- Opowiadanie: slqn - Dosiąść smoka

Dosiąść smoka

Minimalna implementacja powieści, którą wymyśliłam. Historia spisana językiem baśni. Patos alert.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Dosiąść smoka

Dawno temu, gdzieś w południowych stronach, leżał piękny i spokojny kraj zwany Syrmonem. Mawiano o nim, że był krainą wolności i dostatku dla każdego człowieka. Słońce świeciło tam jasno, a ciepłe wody południowych mórz oblewały białe plaże o piaskach lśniących jak pokruszone diamenty. Od północy jednak graniczył wspaniały Syrmon z wrogą krainą ludzi dzikich i gwałtownych, lubujących się w żegludze i morskich wyprawach łupieżczych; kraina ta zwała się Brahmen. Od Syrmonu oddzielały ją wprawdzie wysokie góry, lecz niewiele znaczyło to dla żeglarzy z północy, którzy tę zaporę opływali swymi statkami o czarnych żaglach, by palić południowe wioski i porywać ludzi.

Na długo przedtem, nim nasza historia się rozpoczęła, król Syrmonu stracił wreszcie cierpliwość do niesfornych mieszkańców Brahmen i wypowiedział im wojnę. Żył też wtedy gdzieś w północnej części Syrmonu młody rybak. Był to dzielny chłopak o dobrym sercu, który dość miał już cierpień swoich pobratymców, dlatego też wieści o wojnie niemal go ucieszyły (niemal, bo był człekiem spokojnym i sprawiedliwym i przemoc budziła w nim wstręt). Wraz z innymi żołnierzami Syrmonu ów dobry rybak przebył wysokie góry i wyruszył na stolicę Brahmen. Straszna była to wojna, w kraju obcym i zimnym, z dala od domu i jasnego, południowego słońca; lecz mimo iż inni się bali, rybak wiedział, że walka toczy się o dobro jego ukochanego kraju. Ta myśl dodawała mu sił tak mocno, że wkrótce w nagrodę za swe zasługi rybak został oficerem, a ludzie, których prowadził, podeszli pod samą stolicę i zdobyli ją. Nie uląkł się rybak nawet wtedy, kiedy z ponurego zamku wyłonił się sam król Brahmen, otoczony złą sławą tyran; młodzieniec rzucił mu wyzwanie pojedynku i pokonał go w honorowej walce. Dziki lud Rakhii, bo tak sami o sobie mówili mieszkańcy Brahmen, musieli tedy złożyć broń i oddać rybakowi niechętny pokłon, a król Syrmonu wyznaczył młodzieńca na przyszłego władcę tych ziem, który swym dzielnym i dobrym sercem winien uczyć tubylców, jak powinien postępować człowiek cywilizowany.

Tak właśnie rozpoczęła się historia Fiona Nithredila, lorda namiestnika Brahmen, lecz nie tylko o nim mówić będzie ta historia.

*

Nasza historia bowiem rozpoczyna się wiele lat później, z końcem upalnego lata, pięknego jak każde w Syrmonie. Na samym południu kraju, w jego stolicy, żyła wówczas panienka imieniem Oronai. Nie była księżniczką, choć pochodziła z majętnej i wpływowej rodziny, nie była też bardzo piękna, choć miała urok dziewczęcia młodego, zadziornego i bardzo pewnego siebie. Nie miała Oronai braci ani sióstr, lecz jedną tylko dwórkę, którą kochała jak rodzoną siostrę, oraz matkę, surową dziedziczkę rodu zaklinaczy smoków. Miała też jedno marzenie, pielęgnowane od wczesnych lat dziecinnych, i właśnie jak marzenie małej dziewczynki brzmiące: kochała pana Fiona i chciała go poślubić. Miało to być może związek z tym, że jako jedynaczka chciała poślubić możliwie najpotężniejszego i najbogatszego mężczyznę, który byłby w stanie na to przystać, albo z tym, że otoczona jedynie niewiastami Oronai traktowała zaprzyjaźnionego z matką Fiona jak rodzonego ojca, którego nigdy nie miała; tego nie wiadomo. Wiedziała jednak, że póki tego nie zrobi, nie zazna spokoju.

Tego lata pan Fion przybył do Syrmonu odwiedzić panienkę i jej matkę, i Oronai pełna była ekscytacji. Choć lord namiestnik starszy był od niej blisko trzydzieści lat, wcale nie wydawał się jej stary; wręcz przeciwnie, w całym swym dostojeństwie przypominał jej anioła z hufców samego Boga. Pobyt Fiona w stolicy upłynął Oronai na próbach uwiedzenia go wyglądem i słodkimi manierami, a także czarami, których uczyły się w owych czasach niewiasty; niestety, namiestnik wydawał się smutny i odległy, zajęty jakby własnymi troskami i Oronai nie mogła liczyć z jego strony na więcej jak tylko uprzejmości. Nie gasiło to bynajmniej jej zapału, lecz rozpalało jej zainteresowanie tym bardziej – panienka umierała z ciekawości, co też mogłoby przynieść ukojenie sercu namiestnika. W końcu udało się jej spotkać z nim sam na sam, gdy śpiewał nocą na brzegu morza, pogrążony w smutku. Widok ten tak był dla Oronai piękny, że z początku nie miała śmiałości podejść, lecz w końcu zrozumiała, że wkrótce Fion opuści dom jej matki, i jeśli nie uda jej się rozkochać go w sobie teraz, ta chwila może już nigdy nie nadejść. Oronai dołączyła więc do pieśni i dokończyła ją razem z namiestnikiem, po czym powiedziała doń:

– Panie, taki wydajesz się samotny. Co cię trapi?

Fion uśmiechnął się tylko.

– Wspominam kwiaty z ogrodów Syrmonu i już za nimi tęsknię, bo wiem, że będę w końcu musiał je opuścić.

Oronai obruszyła się na te słowa:

– Nie musisz, panie! Zostań z nami na zawsze, a ich piękno będziesz mógł podziwiać na co dzień.

– Bardziej chciałbym widzieć piękno wolnych ludzi północy, bezpiecznych i szczęśliwych w mym kraju. Jednak życie na północy nie jest proste; Rakhii nie znają Boga, lecz Diabła, i nie rozumieją, czym jest wolność, równość i dobro. Chciałbym ich tego nauczyć i próbuję osiągnąć to od lat, lecz coraz starszy jestem i boję się, że mogę nie dożyć tej chwili, a wtedy będą oni zgubieni.

Te słowa głęboko poruszyły Oronai, która pokochała pana Fiona jeszcze mocniej, słysząc, jak dalece pragnie on dobra nie dla siebie, ale dla byle niewdzięcznych pogan.

– Weź mnie za żonę, mój panie, a ja i nasze dzieci będziemy nieść dalej twoje dzieło! – wykrzyknęła Oronai w podnieceniu.

– To nie jest rzecz, którą chcę obarczać innych. Miałem już kiedyś żonę, która dla tej sprawy oddała życie. Ty jesteś potrzebna matce tu, Oronai. Żaden, nawet najpiękniejszy anioł nie jest w stanie zdjąć ciężaru świata z ramion Boga. Słysząc twoje słowa, tym bardziej pewny jestem, że muszę stąd odejść i wrócić do obowiązków; żebyś jednak wspominała mnie dobrze i pamiętała, by czasem wznieść za mnie modlitwę, ofiaruję ci mały podarunek.

Po tych słowach Fion wręczył panience wisior w kształcie smoka, podobnego tym, których niegdyś dosiadali ludzie z jej rodu, a następnego dnia odpłynął z powrotem na północ. Oronai tęskniła mocno za namiestnikiem, płacząc każdego dnia; gdy w końcu wypłakała wszystkie łzy, postanowiła odnaleźć go, choćby miały stać się najgorsze rzeczy. W towarzystwie jednej tylko damy dworu Oronai zakradła się do portu i także wypłynęła na północ, do nieznanego mroźnego kraju, by być blisko ukochanego. Naiwna panienka nie przewidziała jednak, że chytry przewoźnik nie jest dobrym człowiekiem i współpracuje z rakhijskimi łowcami niewolników; gdy więc dobili do brzegu, obie damy zostały od razu porwane. Straszni byli ludzie, w których ręce się dostały; nie byli to bowiem ziomkowie panienek z Syrmonu, lecz Rakhii, ludzie o skośnych, zwierzęcych oczach i trupiobladych twarzach pomalowanych na czerwono krwią ptaków i jeleni. Nie znali południowego Boga, a w jego miejsce wyznawali okrutnego Diabła.

Pierwszej nocy Oronai próbowała uwolnić się za pomocą czarów, lecz nie mogła wypowiedzieć zaklęcia przy zakneblowanych ustach i związanych dłoniach. Drugiej nocy udało się jej usiąść na tyle blisko służki, że powoli rozplątała jej więzy i uwolniła dziewczynę; wtedy jednak jeden z porywaczy zbudził się, zobaczył wyswobodzoną z więzów dwórkę i ze złości zabił ją natychmiast.

– Ciebie też to czeka, jeśli tylko spróbujesz uciec! – zagroził omdlałej z przerażenia Oronai i wrócił do spania.

Trzeciej nocy nadzieja opuściła Oronai i dziewczyna jedynie płakała cichutko, modląc się; nie modliła się jednak do Boga, tylko pana Fiona, by szybko odnalazł ją i uratował.

Pomoc nadeszła z nieoczekiwanej strony. Czwartej nocy, gdy porywacze niemal doprowadzili już Oronai do swej kryjówki, napadła na nich banda rakhijskich banitów, łupiąc żywność, a mężczyzn zabijając. Z początku Oronai wystraszyła się banitów mocniej jeszcze niż porywaczy, gdyż zabijali swych pobratymców z tak plugawą uciechą, jakby była to dla nich zabawa. Najstraszniejszym z nich był ich herszt, który zwał się Naule Wilczy Zew. Z początku Oronai pewna była, że i ją Naule zamierza zabić (porywaczy pozabijał z prawdziwą, szatańską radością!), lecz ten oszczędził ją i wziął sobie za nałożnicę. Zauważył też na jej szyi wisior, który podarował panience Fion.

– Piękny brylant. Nadaje się dla damy. Szkoda, by marnował się na szyi kurwy – powiedział Naule i skradł klejnot, a wraz z nim całą nadzieję i otuchę, która pozostawała w sercu Oronai. „Nienawidzę go”, pomyślała tedy. „Nienawidzę każdego Rakhii, jaki stąpa po tej ziemi. Zabili moją drogą przyjaciółkę, zabili mego ojca, a teraz bez wstydu skradli mi to, co miałam najcenniejszego. Chciałabym kochać ich i móc im wybaczyć, jak pan Fion, lecz czuję jedynie nienawiść i jeśli będę mogła, przysięgam, że zabiję ich wszystkich”.

*

Fion tymczasem powrócił do swego królestwa, które – choć przez wzgląd na początek historii moglibyśmy oczekiwać, że będzie szczęśliwe i sprawiedliwie zarządzane – ponownie znajdowało się na skraju wojny. Dziedzic króla Rakhii, pozostawiony niegdyś przez Fiona przy życiu jako bezbronne dziecko, teraz szykował się do powstania i w całym kraju wybuchały bunty. Namiestnik czuł się bezradny: za nic w świecie nie chciał rządzić przy pomocy strachu, przemocy i krwawych represji jak dawny król, lecz jak król Syrmonu, dając ludziom wolność. Z biegiem lat coraz mocniej dostrzegał jednak, że wolność dana Rakhiim prowadzi ich jedynie do tego, co znają; przemocy i rzezi. Fion otrzymał zawiadomienie, że pod stolicę maszeruje ów młody dziedzic, by pomówić z nim. Doradcy z całego serca namawiali Fiona, by nie godził się na żadne rozmowy, lecz od razu posłał do buntowników swe wojska i rozgonił ich na cztery wiatry, jednak namiestnik odrzekł:

– Bóg nigdy nie osądza niesprawiedliwie czy pochopnie. Tako i ja muszę brać przykład z Boga, jeśli chcę, by Rakhii zasmakowali, czym jest dobro. Skąd mają się tego nauczyć, jeśli nie ode mnie?

Wziął więc Fion świtę oraz swego młodego giermka, rakhijskiego osieroconego chłopca, którego pragnął nauczyć honoru i bogobojności, i nad ranem wyruszył na spotkanie buntowników. Na miejscu zastał liczne wojska, złożone głównie z byłej szlachty Rakhiich, i ich przywódcę.

– Młody panie – powiedział Fion. – Uważasz lud Rakhii za swój. Jeśli dbasz o ich dobro, każ im wracać do siebie i zakończ to szaleństwo, nim nie jest jeszcze za późno, a obiecuję, że nikomu nie stanie się krzywda. Kolejna wojna nie jest tym, czego potrzebuje ten kraj.

– Tym, czego potrzebuje ten kraj, jest wolność, starcze – odpowiedział mu królewicz. – Ludzie z południa przyszli tutaj i w miejsce wolności wprowadzili swoje prawa; zabronili zabijać tych, których nienawidzimy, i zagarniać to, co mamy siłę sobie wziąć. Zabronili kochać tyle kobiet, ile chcemy, i rządzić tymi, którzy sami nie wiedzą, co lepszego robić ze swoim życiem. Ty i twój fałszywy Bóg miłujący głupców, starcze, jesteście chorobą dla tej ziemi, a moi ludzie chcą przywrócić zdrowe czasy. Jeśli ukorzysz się teraz, zabiję cię i spalę twoje zwłoki z szacunkiem, a twym ludziom dam odejść. Walcz ze mną, a po śmierci rzucę cię na pożarcie psom, a wszystkich twoich ludzi zarżnę jak prosiaki.

Fion westchnął tylko ze smutkiem.

– Nie zdołacie tego zrobić. Bóg jest dobry, a dobro musi zwyciężyć.

– Chcesz się przekonać? To patrz! – powiedział na to dziedzic Rakhii, wydobył z rękawa zatruty nóż i cisnął nim w Fiona.

Kilku stojących z tyłu strażników rzuciło się, by osłonić namiestnika, jednak żaden nie zdążył; za to stojący najbliżej giermek krzyknął tylko ze strachu i odskoczył w bok. Po chwili zdał sobie sprawę z błędu i przypadł do swego rannego pana, krzycząc:

– Och, panie, wybacz mi! W imię Boga, wybacz!

– Wybaczam ci – wyszeptał tylko Fion, nim osunął się w nieświadomość.

Jednak nie był to koniec. W otulającej go ciemności, Fion usłyszał głos, wołający do niego z dalekich otchłani innego świata:

– Fionie Nithredilu, twój lud cię potrzebuje. Czemu nie zakończysz wojny, nim się w ogóle zaczęła?

– Nie mogę tego zrobić, gdyż umarłem – odpowiedział Fion.

– To nieprawda. Jeszcze nie umarłeś. Twoje serce przestało już bić, jednak duch wciąż nie opuścił ciała. Jeśli zrobisz dla mnie jedną, ostatnią rzecz, zwrócę ci to, co utraciłeś.

Fion strwożył się bardzo, mimo iż był dzielnym człowiekiem. Nigdy jeszcze żaden głos nie budził w nim takiego poruszenia; sądził, że to sam Bóg musi do niego przemawiać.

– Co mam zrobić?

– Weź swego giermka, rakhijskie nasienie, i zabij go, a zwrócę ci życie, zwrócę młodość i zwrócę pasję, abyś mógł walczyć dalej o dobro.

– Tego uczynić nie mogę. Zabicie tak niewinnej istoty to grzech! – odrzekł Fion.

– A jednak gorzko płacisz za to, iż kiedyś tego nie zrobiłeś. Gdybyś lata temu zabił niewinne dziecię, teraz nie prowadziłoby ono buntowników do wojny. Gdybyś rządził Rakhii po ichniemu, torturami i przemocą, nie buntowaliby się i żyliby dalej, pokornie poddając się twym rządom. Czy to naprawdę grzech, jeśli ratujesz życie i oszczędzasz cierpienia setkom innych istnień?

– Czy jesteś Bogiem? – zapytał Fion z nadzieją.

– Nie. Tu, w Brahmen, jedynym Bogiem jesteś ty, Fionie Nithredilu.

Wtedy też namiestnik otworzył oczy i dostrzegł swego giermka. Na twarzy chłopca lśniły łzy ulgi.

– Wybaczyłem ci – wyszeptał Fion – a teraz ty musisz wybaczyć mi.

Namiestnik wstał chwiejnie, wydobył z pochwy miecz i ściął chłopcu głowę jednym cięciem. Wtedy też niebo nad zebranymi poczerniało, zerwała się wichura, a z chmur wystrzeliły pioruny. Z nieba lunął rzęsisty deszcz, a nim namiestnik zdążył się obejrzeć, zauważył, że wszyscy wokół nie żyją, i to ich krew płynie mu pod stopami, nie woda z ulewy. Uniósł do oczu swoje dłonie i zauważył, że gładkie są jak ręce młodzieńca, a do ramion powróciły mu dawne siły. „Teraz jestem wolny”, pomyślał tedy. „Teraz wiem, wiem po co tutaj jestem”.

*

Tymczasem Oronai żyła dalej u boku Naulegu Wilczego Zewu i jego grupy banitów. Brahmen było krajem wrogim i zimnym, obcym panience, a poza hersztem Rakhii nie miała tutaj nikogo, czuła się więc samotna i nieszczęśliwa. Jej ubranie, barwne jedwabie i miękkie dziane wełny z Syrmonu podarły się dawno i zniszczyły, musiała więc Oronai ubrać się w skóry jak dzikuska. Nieraz tęskniła za matką, tęskniła za dobrą służką, która zginęła, aby jej pomóc, a nocami modliła się do pana Fiona, by dodał jej sił. „Obiecuję, panie, że cię odnajdę. Odnajdę i poślubię, i dam ci synów, a twoje dzieło nigdy nie umrze”, myślała, leżąc bezsennie u boku Naulego.

Czas mijał jednak, a obraz domu zacierał się powoli w pamięci panienki. Coraz gorzej pamiętała matkę, służkę i swe pałacowe pokoje. W ogarniętym wojną i głodem kraju nauczyła się Oronai władać włócznią jak dzikie kobiety Rakhii, a widząc, że nikt z dzikusów nie zna się na czarach, używała ich, by budzić w banitach lęk. Zaskarbiła tym sobie też szczególną sympatię Naulego, który ponad wszystko cenił sobie potęgę siły i strachu. Uwielbiał przy tym pochlebstwa, Oronai wiedziała więc dobrze, jak kierować jego uczuciami.

– Jesteś tak potężny, mój panie. Czemu jesteśmy jeszcze w tym kraju, biednym, pustym i zimnym? Tuż za górami na południu leży mój kraj, a w nim pełno jest wsi i małych dworów, które za małe są, by się obronić, lecz dość duże, by złupić je z ogromnym zyskiem! – mówiła mu, gładząc jego czarne włosy – Pozwól, że zaprowadzę cię tam, a będziesz bogaty jak sam namiestnik Fion!

Naule wiedział o namiestniku, a wizja takiego bogactwa od razu połechtała jego dumę i chciwość; był bowiem niegdyś korsarzem i wyprawy łupieżcze miłe były jego sercu.

– Zawierzę ci, siostro – odrzekł, po czym poprowadził Oronai wraz z resztą swych ludzi na południe, w stronę gór.

Gdy dotarli do ich podnóża, panienka zadrżała z lęku; nie widziała nigdy gór tak stromych i surowych, o graniach jak sztylety wycelowane w niebo i pionowych żlebach ociekających lodem, rdzawym jak krew. Spojrzała na swych towarzyszy i zrozumiała, że oni także są przerażeni i jeden tylko Naule wydaje się nie obawiać; w jego oczach płonęła jedynie chciwość i szaleństwo.

– Panie, w tych górach żyją smoki! – powiedzieli Naulemu banici.

– Nie dbam o to. Moja wiedźma jest panią smoków, a ja jestem Naule Wilczy Zew i nie boję się nawet samego Diabła, jeśli miałbym z nim walczyć – prychnął Naule i jął pierwszy wspinać się na skały. Szło mu to dobrze, gdyż zręczny był i silny, lecz w tym momencie Oronai zrozumiała, że reszta Rakhii może tej podróży nie przeżyć. „Cóż z tego!”, pomyślała z początku, przepełniona rozpaczą i tęsknotą za matką, Fionem i pięknym Syrmonem. „Niech zginą, przeklęte plemię tchórzy i zbójców! Z własnej woli nigdy nie odprowadzą mnie do namiestnika, którego boją się jak wrząca oliwa wody; więc jest to jedyny sposób, bym mogła kiedyś jeszcze spotkać pana Fiona. Reszta nie ma znaczenia”. Tak postanowiwszy ruszyła za Naulem.

Długa i ciężka była to droga, lecz każdego dnia byli coraz bliżej Syrmonu. Przy przeprawie przez stromizny i urwiska poginęło wielu Rakhii, lecz Oronai radziła sobie, gdyż sam Naule opiekował się nią najlepiej, jak umiał. Chcąc nie chcąc, zaczęła w końcu Oronai żałować swej decyzji; im więcej Rakhii ginęło, tym mocniej zaczynała rozumieć, że zaprzyjaźniła się z nimi przez ten czas w bandzie Naulego i że wszak nie są oni winni temu, kim się urodzili. Nadszedł nawet dzień, kiedy zapłakała nad jednym z nich, choć wiedziała, że za późno jest na powrót. Kiedy byli już prawie w połowie drogi, nadszedł jednak moment, od którego Rakhii nie chcieli iść dalej. Było tak, gdyż dostrzegli na jednym ze skalnych zboczy Żmija, straszliwego czarnego gada z rakhijskich legend, tak wielkiego, że był w stanie połknąć owcę jednym kłapnięciem szczęk.

– Nie idziemy dalej! To sam Diabeł stanął nam na drodze, byśmy nie mogli opuścić Brahmen! – mówili Rakhii. Widząc gada, nawet sama Oronai struchlała ze strachu i pewna była, że Naule zaraz rozkaże im zawrócić. Myliła się jednak.

– Mówiłem wam, głupcy, że Naule Wilczy Zew nie boi się niczego! – wykrzyknął Naule z pasją. – I że nawet jeśli sam Diabeł stanie mi na drodze, zabiję go i pójdę po to, co mi się należy! Wiedźmo, zabij czarnego smoka swymi czarami.

Oronai spróbowała spełnić rozkaz Naulego, lecz gruba skóra potwora odbijała każdy czar; podobnie było z oszczepami i strzałami z łuków, które miotali w bestię banici.

– Trudno. Jeśli wy za słabi jesteście, zabiję potwora sam! – krzyknął do nich z pogardą Naule i wyruszył samotnie na spotkanie Żmija.

Straszliwa była to walka, gdy potwór nacierał na wojownika, maleńkiego przy nim jak dziecko, lecz walczącego zajadle, by zadać śmiertelny cios. W końcu, na skraju wyczerpania, Naule zdołał zatopić włócznię w piersi potwora, lecz tak był przy tym osłabiony, że ledwie już trzymał się na nogach. Żmij zaryczał rozdzierająco i w ostatnim przypływie furii rzucił się na herszta, spychając go z południowego zbocza góry. Obydwaj spadli i zniknęli banitom z oczu.

– Nasz pan nie żyje, bracia. Wracajmy do domu – powiedział ktoś. – Ty też chodź z nami, siostro. Masz już miejsce wśród nas.

Nie była to jednak prawda. Miejsce Oronai nigdy nie leżało wśród Rakhii, gdyż należała ona do Południa i do pana Fiona, którego kochała tak bardzo, że gdyby nie on, dawno już załamałaby się i umarła z rozpaczy. Poza tym, na szyi Naulego pozostawał skarb, który chciała odzyskać.

– Idźcie beze mnie – powiedziała im i z drżącym ze strachu sercem ruszyła powoli w dół urwiska, z którego spadli Naule i Żmij. Gdy dotarła na miejsce, dostrzegła tam jedynie Naulego, leżącego bez ducha pomiędzy skałami. Jego oczy wciąż były otwarte, wpatrujące się w milczącym zdumieniu w niebo, a na jego szyi połyskiwał wisior od Fiona. Oronai zabrała go i już miała odejść, gdy nagle przypomniała sobie, co powiedział jej Fion, gdy widzieli się ostatnim razem: „Chciałbym nauczyć Rakhii, czym jest dobro”. Serce zabolało ją wtedy, gdyż zrozumiała, jak bardzo złą i nieczułą osobą się stała; pociągnęła ku śmierci swą ukochaną służkę, pociągnęła niewinnych Rakhii, a teraz pociągnęła tam też Naulego, który uratował ją i chronił, a ona mimo to mamiła go kłamstwami i przekupstwami, by ten doprowadził ją do domu. „Jeśli teraz go tu zostawię, będę gorsza niż jakikolwiek Rakhii, którego poznałam”, zrozumiała. Z ogromnym trudem wzięła nieruchome ciało Naulego i zaciągnęła je do pobliskiej pieczary, gdzie rozpaliła ogień i ocuciła rannego. Gdy herszt się zbudził, okazało się, że odniósł rany tak straszliwe, że nie jest w stanie chodzić ani poruszać rękoma i jest całkowicie bezbronny. W tym samym momencie Oronai usłyszała dobiegający z zewnątrz pieczary hałas; to ranny Żmij odnalazł ich schronienie i próbował dobrać się do swych ofiar. Ciasne wejście uniemożliwiało mu to, lecz Oronai zrozumiała, że właśnie zostali uwięzieni, gdyż Żmij nie odejdzie, póki będzie wyczuwał tu ich zapach.

*

W międzyczasie Fion podróżował po kraju i kładł kres rakhijskim buntom. Jego ludzie radowali się bardzo, widząc swego ukochanego namiestnika ponownie młodego, pięknego i pełnego wigoru. „To cud!”, krzyczeli, widząc go na ulicach, jednak cenę tego cudu znał tylko Fion, i on tylko jeden wiedział, jaki jest sens tego wszystkiego.

Odkąd krew giermka oświeciła Fiona, widział on także więcej. Zaczął zauważać, jak wiele brudu i zła pochodziło w Brahmen nie od Rakhii, ale od jego własnych ludzi. Widział demagogów mamiących prosty lud fałszywymi obietnicami, kupujących głosy ludzi nienawykłych do głosowań, by przeforsować absurdalne i sobie tylko wygodne warunki; widział swych ziomków kupujących od Rakhii niewolników, co uchodziło w Syrmonie za straszliwy grzech; areszty, do których synowie doradców Fiona chadzali, by dla uciechy dręczyć tam i bić bezbronnych rakhijskich skazańców; w końcu widział księży przerabiających świątynie Boga na domy publiczne, gdzie ku chwale Pana upijano się do nieprzytomności i wyprawiano najbardziej zdeprawowane orgie i ekscesy, adaptując do nowych warunków pogańską wiarę Rakhii.

„W swej władzy mam deszcz, ciemność i samą śmierć”, myślał Fion, „a Bóg jest ze mną. Po co są mi ci grzesznicy? Chciałem nieść wiarę tym, którzy kroczą w ciemności, teraz jednak widzę, że to życie jest ciemnością. Jeśliby oświetlić ten świat pochodnią mądrości Pana… okaże się, że nikogo tu nie ma”.

I wyszedł pan Fion do swoich ludzi, i przemówił do nich:

– Dałem wam mądrość, ale wy nie słuchaliście. Dałem wam piękno, lecz wy zbrukaliście je. Dałem wam siłę, lecz wy roztrwoniliście ją i utopiliście w rozpuście. Czym jest dla was dobry, kochający Bóg? Przeszkodą, bzdurą i solą w oku. Taki byłem i ja, stary człowiek o zamarzniętym sercu i skostniałym umyśle. Teraz wiem, że ludzkie serce nie potrzebuje mądrości, której nie jest w stanie pojąć, piękna, którego nie może ujrzeć i siły, której nie może użyć przeciw swemu bratu. Nie potrzebujecie Boga, który ofiaruje wam wolność i sprawiedliwość; wy chcecie boga, który wam ją zabierze. Oto więc jestem.

To rzekłszy, uniósł Fion ręce, a cienie urosły w miastach i wioskach Brahmen, i odtąd wszyscy ludzie wiedzieli, że Diabeł zstąpił na ziemię i przybrał nowe imię.

*

Oronai i Naule tymczasem przebywali dalej w zimnej, ciasnej pieczarze w górach. Z każdym dniem byli słabsi i coraz bardziej zrozpaczeni. Nie mogli wyjść z ciemności na światło dnia, bowiem ranny Żmij czuł krew Naulego i nie odstępował wejścia do jaskini na krok. Straszne było to przeżycie dla Oronai; pierwszy raz w życiu była tak głodna, przemarznięta i przerażona, a u boku nie miała nikogo, kto mógłby ją pocieszyć. Gdy szukając otuchy próbowała gawędzić z Naulem, ten milczał tylko niczym grób, aż w końcu powiedział:

– Daj mi już spokój i zabij mnie, siostro. Nakarmisz mym ciałem Żmija i uciekniesz stąd. Odzyskałaś swą błyskotkę, a dla mnie i tak nie ma już nadziei.

Na te słowa Oronai zrozumiała, że została oto sama na świecie, gdyż Naule się poddał i nie będzie już dla niej pomocą. Dobyła krótkiego noża, który znalazła u paska herszta i już miała spełnić jego życzenie, gdy znów pomyślała o panu Fionie i w oczach jej stanęły łzy. Zrozumiała naraz całe brzemię, które musiał Fion dźwigać przez wszystkie te lata, a świadomość ta dała jej siłę. Schowała nóż i powiedziała Naulemu:

– Nie obawiaj się niczego, Naule. Nie umrzesz i nie pożre cię Żmij. Zabiorę cię do Syrmonu i dam wszelkie bogactwa, które ci kiedyś obiecałam. Proszę cię tylko, abyś pomodlił się za mnie do Boga, gdyż wyruszam pokonać smoka.

To powiedziawszy, ruszyła Oronai do ujścia jaskini, gdzie czyhał Żmij. Spojrzała jeszcze raz na jego czarne łuski, po czym wyciągnęła przed siebie prawą dłoń; w chwili, gdy dłoń była na tyle blisko Żmija, że ten już, już otwierał pysk, by odgryźć ją razem z ramieniem, Oronai wypowiedziała słowa zaklęcia i dotknęła miękkiej skóry, która pokrywała język gada. Potwór nie zdążył zewrzeć szczęk, nim spłynął na niego czar i odtąd musiał być posłuszny wiedźmie we wszystkim.

Zmusiła więc Oronai Żmija, by ukląkł i podniósł bezwładne ciało Naulego, po czym wszyscy troje opuścili pieczarę i powędrowali w dół górskich stoków. Trudna to była wyprawa, gdyż bez pomocy Naulego nie potrafiła Oronai polować ani sprawnie poruszać się pośród skał. Przez wiele dni męczył ich głód, zimno i potworne znużenie, a także strach przed dzikimi zwierzętami i dzikimi ludźmi, którzy jedli ludzkie mięso. Gdy doszli w końcu do zielonych nizin Syrmonu, Oronai ledwie trzymała się na nogach, a Naule był tak chory i wyniszczony, że ledwie przypominał człowieka. Ujrzeli jednak w oddali zapalone pomiędzy chatami lampiony, kolorowe i piękne, i Oronai wiedziała, że doszli do domu.

*

Minęły lata i sytuacją w Brahmen zainteresował się król Syrmonu, zaniepokojony nagłym zerwaniem kontaktów ze swym wasalem. Usłyszał od doradców straszliwe wieści o herezji namiestnika i o tym, jak po latach rządów sprawiedliwych i ugodowych naraz zaprowadził w swym kraju tyranię straszliwszą niż poprzedni, rakhijski król. Doradcy wspominali też o niewyobrażalnych magicznych mocach, które Fion niespodziewanie posiadł.

– Nie potrzebuje do pomocy ludzi, gdyż jego moc jest mocą Diabła. Potrafi zabić człowieka spojrzeniem, a gdy zaczyna śpiewać, niebo chłoszcze ziemię ognistymi piorunami, słońce gaśnie a gwiazdy spadają z firmamentu – mówili królowi jego ludzie. – Żaden człowiek nie wyjdzie żywy z walki z Fionem Nithredilem, zgubą Brahmen. Jeśli chcemy z nim wygrać, trzeba będzie okupić to zwycięstwo krwią wielu poległych, a i wtedy nie ma pewności, czy zwyciężymy!

Król postanowił jednak spróbować, gdyż żal mu było północnych ziem, bogatych w kruszec i rudę żelaza. Rozkazał rozmówić się z mężami kościoła i kowenem czarownic, i w każdej zaufanej organizacji państwowej szukać śmiałka, który odważy się poświęcić dla ojczyzny i odzyskać Brahmen dla Boga.

*

Oronai tymczasem powróciła wraz z Naulem do swego domu. Matka tak bardzo cieszyła się z powrotu córki, że od razu wybaczyła jej ucieczkę i śmierć służki. Gdy jednak ujrzała dzikiego Rakhii, spytała:

– Cóż to znaczy, córko? Jak mam rozumieć fakt, że przyprowadzasz do mych progów tego poganina? Czy pomógł ci wydostać się z Brahmen? Czy sądzi, że coś mu jesteś winna?

– Nie, matko. Ten mężczyzna uratował mi życie. Zostanie moim mężem, a twoim dziedzicem.

Tak też się stało; Oronai wezwała do swego domu najlepszych lekarzy, którzy uleczyli rany Naulego i zwrócili mu władzę w rękach i nogach, po czym poślubiła go. Naule został panem jej domu, osiągnął wszelkie bogactwa i tytuły szlacheckie, a Oronai urodziła mu syna, który ugruntował jego pozycję jako obywatela Syrmonu. Nie zrobiła tego jednak z miłości, gdyż od zawsze kochała tylko dobrego i pobożnego Fiona, którego smutną pieśń słyszała w swym sercu każdej nocy. Zrobiła to, gdyż wciąż czuła się człowiekiem złym i nieprawym, który choć tyle dobrego może zrobić dla bliźnich, że dotrzymuje danego słowa. Zrobiła to także, gdyż jako człowiek nieprawy rozumiała Naulego jak nikt na świecie, współczuła mu i bardzo go lubiła. Naule nie był jednak Fionem, który jako jedyny mógł spełnić jej marzenia.

Lata mijały, a Oronai nauczyła się żyć z tęsknotą; zapomnienie odnalazła w księgach, które teraz dopiero zaczęła pilnie studiować, by lepiej pojąć istotę magii. Coraz więcej czasu spędzała na spotkaniach kowenu czarownic, swe obowiązki dziedziczki w pełni powierzając Naulemu. Tam też ostatecznie dotarły do niej wieści o Brahmen i o tym, co stało się z panem Fionem. Gdy ich wysłuchała, nie czuła zawodu czy złości; czuła jedynie głęboki żal i ciężko jej było w to uwierzyć.

– Jeśli taka jest prawda – powiedziała tedy do swych mistrzyń – to ja zgłaszam chęć, by pójść na spotkanie z namiestnikiem i stawić mu czoła, choćbym miała przypłacić to życiem. Każda dobra rzecz, którą w życiu uczyniłam, uczyniłam dla niego. Niech ta będzie ostatnią, której dokonam, nie chcę bowiem żyć w świecie, w którym pan Fion nie jest uosobieniem całego dobra, które nosi w sobie rodzaj ludzki.

W taki oto sposób pani Oronai wypłynęła na północ ponownie w wieku lat dwudziestu czterech, pewna, że nigdy już nie wróci. Przed opuszczeniem domu zdjęła z szyi wisior, który kiedyś podarował jej Fion. Oddała go swemu synkowi, wesołemu czarnowłosemu chłopcu, który bardzo przypominał Naulego.

– To klejnot zaklinaczy smoków. Moi praojcowie przemierzali niegdyś niebo na ich grzbietach, a i twój ojciec swego czasu dosiadał smoka. Ty też kiedyś tego dokonasz, gdy tylko przyjdzie pora - powiedziała mu Oronai i odeszła, by nigdy już nie zobaczyć syna, Naulego ani pięknego Syrmonu.

Gdy dotarła do stolicy Brahmen, w towarzystwie jedynie paru najbardziej zaufanych czarodziejek i zaprzysiężonych rycerzy, ujrzała świat smutny i zrujnowany. Ulice zupełnie były puste, gdyż ludzie śmiertelnie bali się opuszczać domy; niebo zasnuwały złowrogie, czerwone chmury, z których siąpił rdzawy deszcz, a ciemnymi zaułkami przemykały nieokreślone kształtem cienie, szepcząc podmuchami wiatru. Wszystkie świątynie Boga były upadłe i strzaskane, zmienione w sterty gruzu i kamieni. Oronai patrzyła na to wszystko jak we śnie. „To nieistotne. Zaraz spotkam pana Fiona i tylko to się liczy… Co jednak mu powiem? Co zrobię? Czy powinnam bronić jego dzieła do końca? Czy może oddać się jemu, za nic mając to, od czego i on odwrócił wzrok?”.

Oronai pozostawiła swoich przybocznych w bezpiecznym schronieniu parę mil od pałacu namiestnika, dalej udając się sama. Czarownice rozpoczęły rytuał, który umożliwić miał rzucenie pojedynczego, śmiercionośnego zaklęcia. Uczynić to i położyć kres tyranii namiestnika, w imię Boga i dobra Syrmonu, było misją Oronai.

Zastała Fiona samego, siedzącego przed zimnym, pustym kominkiem, piękniejszego jeszcze i smutniejszego, niż go zapamiętała. Spojrzała na niego z dawną miłością, z jaką nigdy nie patrzyła na wizerunki Boga w świątyniach. Zapragnęła, by Fion wyciągnął do niej rękę i kazał zapomnieć o matce, Naulem i dziecku, przekląć Syrmon i króla, i kazał dołączyć jej do siebie, by już na zawsze śpiewać z nią wspólną pieśń.

*

Fion również spojrzał na niewiastę i zobaczył coś, o czym niemal zapomniał: wiarę. Bezgraniczną, nieustraszoną i pełną miłości wiarę w piękno, wieczność i absolut. Wiarę w coś, o czym wiedział, że nie istnieje i nigdy nie istniało, choć sam niegdyś tę wiarę miał, a potem długo jeszcze chciał ją zatrzymać, choć była martwa. Naraz zrobiło mu się straszliwie szkoda całego świata, którego ciężar musiał dźwigać na barkach od zawsze. Uśmiechnął się smutno.

– Zrób to, po co tu jesteś, pani.

*

Oronai podeszła do Fiona i ręce ich złączyły się, a pałac namiestnika stanął w płomieniach. Płonął tak jasno, że ulice miasta wypełniły się światłem, które przegnało cień, a gdy słońce zaszło za horyzont, ludzie z Brahmen nie wiedzieli, czy to wciąż jeszcze dzień, czy już noc.

 

 

Koniec

Komentarze

Hmmm. Baśń do mnie nie przemówiła. Faktycznie, sporo tu patosu. Infodump na początku to nie jest dobry pomysł. Do tego bohaterowie wydają się tak dobrzy i szlachetni, że kucyki wyglądałyby przy nich na podłe skurczybyki. No i od czasu do czasu następuje zwrot akcji, bo ktoś nawrócił się na szlachetność tak po prostu, bo uświadomił sobie, że źle robi. Jakoś trudno mi uwierzyć w takie nagłe przemiany w dobrą stronę. W bajkach dla dzieci – może jeszcze. Ale to chyba nie opowiastka dla dzieci.

Ale napisana w miarę przyzwoicie.

Babska logika rządzi!

A mnie się podobało. I wcale nie piszę tak dlatego, żeby się tradycyjnie niezgodzić z Finklą ;-) 

Ostrzeżenie w przedmowie spowodowało, że nastawilem się na nasiąkniętą patosem, baśniową opowieść, prostą w historii i uroczo przepoetyzowaną w języku. Dostałem więcej: fabuła ma całkiem fajne zwroty, postacie, miast typowej czerni i bieli, migotały pełną paletą szarości, jak w porządnych anime. W rezultacie czytałem z zainteresowaniem, do samego końca zastanawiając się, kto okaże się tym złym, kto dobrym, a może tylko czyniącym dobro zła pragnąc, tudzież wręcz przeciwnie.

Słowem – kawał fajnej baśni fantasy, niekoniecznie dla dzieci. Kucyków nie zauważyłem.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Mimo ostrzeżenia w przedmowie, patos i tak mnie przytłoczył. Opowieść, mimo że to baśń i wszystko mogło się w niej zdarzyć, czytało mi się nie najlepiej, już to za sprawą wspomnianego patosu, już z powodu niezbyt zajmującego ciągu zdarzeń. Zwroty akcji, jeśli już są, to raczej mało zaskakujące.

Niespecjalnie też przypadł mi do gustu czarno-biały podział królestw – dobre południowe i złe północne. Wątpliwe też wydaje mi się zgodne istnienie i współpraca kościoła z czarownikami.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenie. W lekturze szczególnie przeszkadzał mi nadmiar zaimków, czasem powtórzenia.

 

spo­koj­ny kraj zwany Syr­mo­nem. Ma­wia­no o nim, że był kra­iną wol­no­ści… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

z wrogą kra­iną ludzi dzi­kich i gwał­tow­nych, lu­bu­ją­cych się w że­glu­dze i mor­skich wy­pra­wach łu­pież­czych; kra­ina ta zwała się Brah­men. –> Powtórzenie.

 

mu­sie­li tedy zło­żyć broń i oddać ry­ba­ko­wi nie­chęt­ny po­kłon… –> Raczej: …mu­sie­li tedy zło­żyć broń i niechętnie oddać ry­ba­ko­wi po­kłon

 

Tak wła­śnie roz­po­czę­ła się hi­sto­ria Fiona Ni­th­re­di­la, lorda na­miest­ni­ka Brah­men, lecz nie tylko o nim mówić bę­dzie ta hi­sto­ria.

*

Nasza hi­sto­ria bo­wiem roz­po­czy­na się… –> Powtórzenia.

 

Nie była księż­nicz­ką, choć po­cho­dzi­ła z ma­jęt­nej i wpły­wo­wej ro­dzi­ny, nie była też bar­dzo pięk­na, choć miała urok dziew­czę­cia mło­de­go, za­dzior­ne­go i bar­dzo pew­ne­go sie­bie. Nie miała Oro­nai braci ani sióstr, lecz jedną tylko dwór­kę, którą ko­cha­ła jak ro­dzo­ną sio­strę, oraz matkę, su­ro­wą dzie­dzicz­kę rodu za­kli­na­czy smo­ków. Miała też jedno ma­rze­nie, pie­lę­gno­wa­ne od wcze­snych lat dzie­cin­nych, i wła­śnie jak ma­rze­nie małej dziew­czyn­ki brzmią­ce: Oro­nai ko­cha­ła pana Fiona i chcia­ła go po­ślu­bić. Miało to być może… –> Dwie paczki masła maślanego: Dziewczę jest młode z definicji. Takoż z definicji mała jest  dziewczynka.

Powtórzenia, objaw miałozy.

 

uwie­dze­nia go wy­glą­dem i słod­ki­mi ma­nie­ra­mi… –> Można mieć np. wytworne maniery, ale nie słyszałam, aby mogły one być słodkie.

 

Nie ga­si­ło to by­naj­mniej jej za­pa­łu, lecz roz­pa­la­ło jej za­in­te­re­so­wa­nie… –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

Strasz­ni byli lu­dzie, w któ­rych ręce się do­sta­ły; nie byli to bo­wiem ziom­ko­wie… –> Powtórzenie.

 

jakby była to dla nich za­ba­wa. Naj­strasz­niej­szym z nich był ich herszt, który zwał się Naule Wil­czy Zew. Z po­cząt­ku Oro­nai pewna była… –> Objaw byłozy. Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

na­dzie­ję i otu­chę, która po­zo­sta­wał w sercu Oro­nai. –> Literówka.

 

„Nie­na­wi­dzę każ­de­go Ra­khii, jaki stąpa po tej ziemi. –> „Nie­na­wi­dzę każ­de­go Ra­khii, który stąpa po tej ziemi.

 

Dzie­dzic króla Ra­khii, po­zo­sta­wio­ny nie­gdyś przez Fiona przy życiu jako bez­bron­ne dziec­ko, teraz po­now­nie zbie­rał siły… –> A kiedy poprzednio zbierał siły?

 

Z bie­giem lat coraz moc­niej do­strze­gał jed­nak, że wol­ność dana Ra­khiim pro­wa­dzi ich je­dy­nie do tego, co znają;

prze­mo­cy i rzezi. –> Zbędny enter.

Raczej: Z bie­giem lat coraz wyraźniej/lepiej/ jaśniej do­strze­gał

 

– A jed­nak gorz­ko pła­cisz za to, iż kie­dyś tego nie zro­bi­łeś. –> Co to znaczy gorzko płacić?

 

Uniósł do oczu swoje dło­nie… –> Czy istniała możliwość, by uniósł cudze dłonie?

 

i pio­no­wych żle­bach ocie­ka­ją­cych lodem… –> Czy coś może ociekać lodem?

 

Oby­dwaj spa­dli tedy w dół i znik­nę­li ba­ni­tom z oczu. –> Masło maślane. Czy mogli spaść w górę?

 

Jeśli by oświe­tlić ten świat po­chod­nią mą­dro­ści Pana… –> Jeśliby oświe­tlić ten świat po­chod­nią mą­dro­ści Pana

 

Po­twór nie zdą­żył ze­wrzeć szczęk, nim spły­nął na niego czar i odtąd mu­siał być po­słusz­ny wiedź­mie we wszyst­kim. –> Po­twór nie zdą­żył ze­wrzeć szczęk, gdy spły­nął na niego czar…

 

Roz­ka­zał roz­mó­wić się z mę­ża­mi ko­ścio­ła i ko­we­nem cza­row­nic… –> Jakoś nie bardzo chce mi się wierzyć we współistnienie kościoła i czarownic.

 

Oro­nai we­zwa­ła do swego domu naj­lep­szych le­ka­rzy, któ­rzy ule­czy­li rany Na­ule­go i zwró­ci­li mu wła­dzę w rę­kach i no­gach, po czym po­ślu­bi­ła go. Naule zo­stał panem jej domu, osią­gnął wszel­kie bo­gac­twa i ty­tu­ły szla­chec­kie, a Oro­nai uro­dzi­ła mu syna, który ugrun­to­wał jego po­zy­cję… –> Przykład nadmiaru zaimków.

 

czuła je­dy­nie głę­bo­ki żal i cięż­ko jej było w to uwie­rzyć. –> …czuła je­dy­nie głę­bo­ki żal i trudno jej było w to uwie­rzyć.

 

Ty też kie­dyś tego do­ko­nasz, gdy tylko przyj­dzie pora - po­wie­dzia­ła mu Oro­nai… –> Zamiast dywizu powinna być półpauza.

 

ciem­ny­mi za­uł­ka­mi prze­my­ka­ły nie­okre­ślo­ne kształ­tem cie­nie… –> Raczej: …ciem­ny­mi za­uł­ka­mi prze­my­ka­ły cienie nie­okre­ślo­nego kształ­tu

 

Fion rów­nież spoj­rzał na pa­nien­kę i zo­ba­czył coś… –> Przecież nie była panienką.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Formuła baśni i patos może mnie jakoś szczególnie nie zachęciły, ale czytać nie przeszkadzały. Tekst nawet fajny pod względem historii i pomysłu.

Co mnie jednak dobijało, to ciągłe powtórzenia. “Syrmon”, “Oronai”, potem zwykłe słowa – moim zdaniem formuła baśni nie uzasadnia takiej ich ilości, często zdanie po zdaniu. To strasznie męczyło.

Podsumowując: jest tu pomysł, zastosowana forma nie każdemu przypadnie do gustu, ale koncert fajerwerków definitywnie trzeba by doszlifować technicznie. Zwłaszcza te powtórzenia :/

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję serdecznie za feedback. Część błędów poprawiłam, do części jeszcze wrócę. Faktycznie, nie bardzo wiem, jak uniknąć powtórzeń imion głównej bohaterki i nazw geograficznych. Przyjęłam, że zawsze lepsze to, niż “czarnowłosa” itp.

Podział na dobre i złe królestwo jest wynikiem konwencji baśni i absolutnie nie chciałam stworzyć kraju ludzi dobrych i ludzi złych. Chodziło mi bardziej o pokazanie krajów o zupełnie odmiennych systemach wartości moralnych, które się nie rozumieją i zrozumieć nie chcą, gdyż żyją w relacji “dobrego” misjonarza i “złego” dzikusa, który buntuje się, by zachować tożsamość. Historia pisana jest z perspektywy południowców (no i dziewczyny zakochanej w najgorliwszym z misjonarzy), więc uważam ten typ narracji za usprawiedliwiony.

Jeśli chodzi o współżycie kościoła i czarownic, to bez wdawania się w szczegóły powiem, że nie chodzi o chrześcijańskiego Boga, ale jakieś umowne nadrzędne bóstwo (i Diabła jako drugie nadrzędne bóstwo ludu podbitego). W tak krótkiej formie nie było sensu rozpisywać się, że Bóg z Syrmonu to nie Bóg chrześcijański, a istniały wszak religie tolerujące czarostwo (egpiska, celtycka, summeryjska, nordycka), w których nadrzędne, męskie bóstwo nie zabraniało kobietom praktykować czarów i czcić własnego bóstwa (jak Hekate czy Frigg).

Nowa Fantastyka