- Opowiadanie: Lord Vedymin - Czarna planeta - dramat psychologiczny

Czarna planeta - dramat psychologiczny

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Czarna planeta - dramat psychologiczny

Biiip… biiip… biiip…

Świetliste nebule czerwieniły się płomieniami błękitu za wizjerem, a na ekranach Exelsiora pojawił się jednostanny puls. Mógł on oznaczać tylko jedno – statek odebrał sygnał wystarczająco mocny, ażeby go zarejestrować.

– Mauritz, mamy coś – odezwał się metalicznie kapitan Bayer Flint McGuaier, zagasiwszy papierosa, czerwonego Malboro bez filtra w popielniczce i założył splecione dłonie na potylicy rozsiadając się w fotelu i wpatrując w monitory zielonych cyfer, zajmujące całą przednią deskę rozdzielczą statku. Cenił sobie rzeczowość, dlatego kazał utrzymać interfacy w minimalistycznym stylu bez efektownych grafik, które mogły robić wrażenie tylko na efekciarskich amerykańskich filmach z XXI w.

Mauritz ciemnoskóry nawigator, przydzielony przez K.O.N.S.O.R.C.J.U.M. dla kapitana był już doświadczony, jednak nie tak jak stary rekin Kosmosu, chodź był już z kapitanem zażywny. Była to właściwie jego pierwsza ekstradycja poza granice układu słonecznego, ze starą poczciwą Ziemią w nim. Jednakże wystarczyło jego doświadczenia i, nie wdając się w szczegóły, zażywności z kapitanem, ażeby się rozumieli i spojrzał na rzędy cyfer zamiast radaru, i oznajmił:

– To planeta przed nami kapitanie dwa, koma, sześć parseków (jednostka odległości w czasoprzestrzeni Kosmicznej) na szesnaście stopni trzydzieści trzy minuty czterdzieści sekund po osi poziomej, i trzysta cztery stopnie osiemnaście minut osiem sekund po osi pionowej względem osi statku.

– Nie chrzań Mauritz, ustawiaj stery, do cholery – kapitan nawet nie zauważył komiczności tego jak rymował, a Mauritz nie miał czasu się teraz nad tym zastanawiać, bo każda sekunda zakrzywiała bardziej hiperbolę lotu, tak, że manewrowanie stawało by się niemal niemożliwe, gdyby nie uwzględnili efektów relatywistycznych.

Huk…

Szybkie przesterowanie…

…tak, że statek zatrzeszczał w nitach, dysze przeciw ciągu pracowały jak to mówili w slangu nawigatorów na pełnej kurwicy tak, że nieomalże wgniotły się do wewnętrznej kabiny. Turbulencje obudziły resztę załogi. Była to xenobiolożka i lingwistka czarnowłosa inżynieria Amanda Luciano ze słonecznej Italii i łysy na głowie inżynier mechanik Siergiej Kolorov z dalekiej Rosji, ale o Żydowskich korzeniach.

– Co się dzieje? – spytali niemal równocześnie, Amanda aksamitnym a Kolorev twardym słowiańskim głosem.

– Mamy sygnał – odparł z nadzieją w głosie kapitan. – Może nasza misja nie była bez celowa i bynajmniej coś znajdziemy. W końcu po coś musimy lecieć tak daleko. To nie film, ażeby marnować paliwo i energię na efektowne sztuczki.

– Jak zawsze masz rację Bayer – potwierdziła Amanda uwieszając się na szyi kapitana, zaszedłszy ponętnie za jego fotel od tyłu i patrzyła z nim zażywnie w zielone cyfry na monitorach Exelsiora. Kapitan pozostał niewzruszony na jej gierki siedząc, bo wiedział, że robota czeka.

Wytworzyła się atmosfera napięcia sexowego, to Korolov poszedł naprawiać nity.

A Mauritz zapisywał kolejne cyfry do swojego ISCM (interhead-system-counting-module, który spomaga mózg w szybkich obliczeniach na poziomie biologicznym, ażeby zminimalizować wpływ mechanicznej prymitywizacji rzeczywistych zjawisk co ich dokonuje mózg, ludzie to robili przez wiele wieków tworzyli tranzystorowe komputery).

Było to dla nich ekscytujące, czekając tak długo, aż coś się wydarzy i lecąc już przez cztery ziemskie lata. I wszystkim udzielała się atmosfera oczekiwania, bo zwykle nic się nie działo, taka jest proza lotu Kosmicznego, nawet na takim wielkim statku jak Exelsior, gdzie mieli kręgielnię, kasyno, siłownię, basen, a nawet saunę z Amolem, którą ukochał Korolev twierdziwszy że dobrze robi na jego homeopatię.

Nie były to żadne niepotrzebne wymysły, lecz wyniki badań psychologów z instytutu K.O.N.S.O.R.C.J.U.M, że człowiek musi mieć rozrywki i swoje przyzwyczajenia, inaczej fiksuje na, jak to mówili głowę. Nie ma sensu za to robić niepotrzebnych wymysłów, bo po co zwiększać entropię, jak już i tak nie mamy pełnej kontroli nad energią.

Kapitanowi jednakże lot wydawał się dotychczas kąfortowy, jednak nie przeczuwał tego, co mogli już po nim widzieć powoli inni członkowie załogi…

 

***

 

Im dłużej lecieli w kierunku planety, tym sygnał stawał się coraz bardziej wyraźniejszy. Był to urzekający sygnał, jak ludzkiego serca, tylko tak, jakby wielkim sercem biła planeta swojego krwioobiegu, czyli ekosystemu.

Dolecieli na przyspieszeniu sześćset mach na rok świetlny (mogli to osiągnąć dzięki EmDrive propulsion) do studni grawitacyjnej planety, tak że nie było już możliwości się wycofać, więc należało wybadać co to za ciało niebieskie i ewentualnie usiąść na nim lądownikiem, poprosić miejscową cywilizację, jeśli taka była – ale w końcu ktoś musiał nadawać sygnał – o nadanie szybkości, ażeby jednak wylecieć z powrotem ze studni grawitacyjnej, bez utraty części statku – mogli bowiem ostatecznie wykorzystać zasadę zachowania popędu, która rządziła całym światem umasowionej materii. Jedynie, co bardzo romantyczne i czasem wprawiało w zamyślenie w saunie, rosyjską duszę Korelieva o rzeczowych Żydowskich korzeniach (które korzenie pozwalały mu w ogóle myśleć o tak abstrakcjonistycznych sprawach), że światło opierało się zasadzie zachowania popędu, bo było bez masy, jakby mogło wszystko przezwyciężyć. Ale nawet światło jednak nie wychodziło z czarnych dziur o czym zdawał się zapominać w rozważaniach, odurzony Amolem.

– Analizy lingwistyczne, Amanda?

– Udało mi się nawiązać z nimi kontakt i wygląda na to, że to nadspodziewająco ludzko myśląca cywilizacja. Nic z tego nie rozumie.

– Mauritz jakie szanse, że uda się zostać na orbicie i wysłać sam lądownik z ochotnikami?

– W zależności z jaką sprawnością się uda wykorzystać prądy wirowe, wygląda na to że mają tu powietrze.

– Chcesz mi powiedzieć, że będziesz leciał kilkadziesiąttysięcowotonowym statkiem jak szybowcem?

– Kapitanie nie ma rzeczy niemożliwych a tu może chodzić o życie, nie wiadomo jakie mają zamiary tutejsi.

– Dobrze bohaterze, w takim razie zdaję się na ciebie, ale podpiszesz klauzurę, że to twój pomysł, nie pójdę na takie gierki jak w amerykańskim filmie bez zabezpieczenia, w K.O.N.S.O.R.C.J.U.M. byłbym zniszczony. Jesteśmy inżynierami, a nie bandą narwańców.

– Tak jest.

Tymczasem Koloriev z namaszczeniem kończył sprawdzać spoiny korpusu lądownika za pomocą nieniszczącej metody radiologicznej RT, gdyż musiał być szczelny przez duże zmiany ciśnienia podczas spadania, co mogło doprowadzić nawet do popękania głowy pasażerów, ale stary mechanik do tego nie dopuścił.

Kapitan, chodź tak naprawdę podświadomie przez pychę, i ażeby móc potem powiedzieć, że pierwszy to krok dla ludzkości, ale mówił, że poświęci się i wejdzie do lądownika jako ochotnik. Jednak Amanda nie zgodziła się, ażeby poszedł sam, gdyż bała się o niego i postanowiła, że także jako lingwistyczka i xenobiolożka co było ostatecznym argumentem poszła z poświęceniem z kapitanem. Kolarov uroniając swoją słowiańską duszą łzę, co zamaskował maską spawalniczą, zaspawał ich w lądowniku i dał im do środka palnik gazowy, ażeby mogli stamtąd zaś wyjść, bo nie był pewny trwałości połączeń hydraulicznych pokrywy, a właściwie to był, ale dla własnego sumienia skorzystał ze starej zasady redundancji, o czym nie mówił, ażeby się nie rozczulać, że może im w ogóle przyjść do głowy, że boi się o współuczestników wyprawy, bo grał twardego.

Tak oto we wszystkich grały symfonię emocji przystępując do lądowania. Potem zaś działy się rzeczy niewyjaśnione…

 

***

 

Okazało się, że planeta to mlekiem i miodem płynący raj. O czym pomyśleli Amanda i Bayer, to stawało się umaterialnione wprost przed nimi, jakby planeta miała nieograniczone możliwości a ponad to czytała w mózgach, jednakże w niczym im to nie przeszkadzało i teraz już oddali się niczym nieskrępowanym szczęściem i uciechą ciała i duszy.

Problem, już nie dla nich, jak bynajmniej myśleli, stanowiło tylko, że jak potem napisali w raporcie Karolev i Mauritz:

R.I.P. inżynieria Amanda Luciano i kapitan Bayer Flint McGuaier przestali odpowiadać na wezwania załogi i zostali na planecie, która w niewyjaśnionych okolicznościach nadała statkowi popęd wektorowy w kierunku wiertykalnym, w sam raz tak, ażeby udało się wylecieć ze studni grawitacyjnej i być może dać to świadectwo całej ludzkości, że ponoć mówią, że są szczęśliwi i planeta zaprasza w swoje podboje wszystkie stworzenia, które są w stanie odczytać ten komunikat…

 I tak ta historia by się pewnie skończyła, gdyby nie kapitan i jego schorzenie, które to właśnie jak już wcześniej wspomniano, podejrzewali członkowie załogi okazało się prawdą.

 

***

 

Otóż kapitan nabawił się przez nieprzyjazne środowisko na statku, wieloletnie kontrakty dla K.O.N.S.O.R.C.J.U.M. i przez to że spędzał prawie cały czas na Kosmicznych lotach niczego innego jak schizofremii (poza tym jeszcze, że miał doświadczenie prawdziwego rekina czasoprzestrzeni). Powodowało to, że jego świadomość rozdwajała się i po lądowaniu na rajskiej planecie jego druga strona medalu uznała, że coś jest nie tak i nawiązała kontakt ze statkiem. Spuszczono z niego kevlarową linę na, której wyrwał on się razem z wieledziesiąttysiącotonowcem Exelsiorem ze studni grawitacyjnej i dał prawdziwe świadectwo pułapki, co przeczuł emocjami, przeciwnymi do błogości jakie wytworzyła w nim planeta, a te przeciwne wytworzyła schizofremia (co świadczy, że zaburzenia psychiczne nie czynią człowieka gorszym, tylko innym, otwartym na inne stany świadomości).

Otóż pułapką jak wyczuł było to, że planeta wabiła materię i miała zamiar ją przekształcać może tymczasowo w raj, ale potem w czarną kulkę. Taką to miała mądrość, jak to się mawia, etapu.

I tak w pewien sposób niedomaganie jakim była schizofremia stała się może zbawieniem dla wpadnięcia uwikłanej w niezbadane, być może boskie, a być też może że marksistosko materialistyczne meandry samoświadomości materii, która mogła odpowiedzieć na wezwanie planety owładniętej żądzą bez reflektywnego rozrastania się, celem przekształcenia całej masy w doskonale czarną mono krystaliczną kulę o zerowej temperaturze, bez entropii.

Co prawda może miała zamiar być doskonale estetyczna i może uznała w swojej gigantycznej mocy obliczeniowej, jaką wytworzyła w potężnych strukturach rajskiego ekosystematyzmu przed samozagładą swojej samoświadomości, że dokładając parę liter doceni estetykę nad etykę więc może Nietzsche miał rację?

Jednak tak naprawdę kapitan był jeden i tylko jedna z wersji jego zachowania jest prawdziwa, a to już zależy od Ciebie Czytelniczko/Czytelniku?

Koniec

Komentarze

To opowiadanie to jakiś dramat – psychologiczny. Takie rozdwojenie jaźni może popsuć najlepsze opowiadanie, albo naprawić to już zależy od czytelniczki/ka.

Głębokie to niczym studnia grawitacyjna tejże planety. Jestem pod ważeniem lektury.

Nominowałbym do Nebuli, jakbym mógł.

9/10 bo nie ma wampirów.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Ale twist na końcu! LOOOOOoooooOOOOL!!!

Daję 15/10 ale odejmuję 12 za trudne słówka i definicje, których nie pojąłem moim entropowym mózgiem, więc wychodzi 6/11, albo 11/6 zależy którą stroną schizofretki patrzeć.

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Łysy na głowie i napięcie sexowe wymiatają nawet wiertykalną redundancję!

Dziękuję. Tak zależy od Czytelnika los bohaterów uznałem, że trzeba burzyć czwartą, jak to się mówi ścianę. Na nagrodach, Nebulach mi nie zależy, liczy się uznanie Czytelników.

"Czy sarny się tną, czy jeżozwierz, czy pancernik? Żadne zwierzę... w naturze." ~ J. K. Dębski

o.O

za dużo teraz ode mnie zależy

więc nie podjąłem decyzji,

a  jutro wyzbyłem się samoświadomości

i chcę zostac onyxowo czarnym prostopadłościanem

o wymiarach 2mx0,5mx0,47m.

Tak chcę.

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Zacznę może od końca, kiedy pozwoliłeś mi Autorze zdecydować, bo jestem Czytelniczką. Dlatego chyba mogę napisać pełne uznania wyrazy, bo choć muszę się przyznać, że uczoność wywodów i trudnych słów techniczno-kosmiczno-międzyplanetarnych lotów był tu ogrom, to jednak wychynęła z tego gąszcza treści prawda o ludziach udanych się do przestrzeni międzygwiezdnej i pomiędzyplanetowej, której tam w Kosmosie nie brakuje.

Z korzyścią dla Ciebie Autorze jest też w opowiadaniu, że nie odsunąłeś się od kwestii chorób trudnych i nawiedzających ludzi w raju, co może świetnie rokować w przyszłych książkach poświęconych dalszemu ciągu albo i całkiem zgoła nowym zagadnieniom.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Mytrix – To może się okazać przyjęwszy pewne kryteria, że bardzo szlachetnie chcąc się stać prostopadłościanem.

@Regulatorzy – Dziękuję ze napisanie wyrazów uznania. Starałem się zawrzeć prawdę nie tyle tylko że techniczną, ale dogłębniej psychologiczną, ażeby nie wyszło jałowo.

"Czy sarny się tną, czy jeżozwierz, czy pancernik? Żadne zwierzę... w naturze." ~ J. K. Dębski

I dobrze się Lordzie starałeś, bo opowiadanie nie jest jałowe. Jest jak dobrze naoliwiona maszyna i tak samo pracuje Ci na chwałę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czat, nor malinie poszłeś w Hard Scince Fantasy! Bardo modry test presto wyszedł. I o chorobach i o fizyce, na wszy stkim siem znasz. I jeż cze boga tery są zróżniczkowane tak że nacjonalistycznie. Jestem nad wrażeniem.

Babska logika rządzi!

Fajne :)

Przeglądam część tekstów z tegorocznej grafomanii i ten jak na razie wlazł gdzieś do ścisłego topu. Taka bardziej realistyczna grafomania, z trudnymi słówkami wrzucanymi w dziwne miejsca i złożonymi w chory sposób zdaniami. To jest to, co lubię ;)

 

Kilka przykładowych fragmentów, po których się zaśmiałem:

“Była to właściwie jego pierwsza ekstradycja poza granice układu słonecznego, ze starą poczciwą Ziemią w nim.”

“Był to urzekający sygnał, jak ludzkiego serca, tylko tak, jakby wielkim sercem biła planeta swojego krwioobiegu, czyli ekosystemu.”

“mogli bowiem ostatecznie wykorzystać zasadę zachowania popędu, która rządziła całym światem umasowionej materii”

No i to o czym wspomniał rybak.

@Finkla – Dzięki właśnie, starałem się zawrzeć dużo zróżnicowaności, ażeby tekst stał się bardziej kompleksowy. Po co się ograniczać, jakby to powiedział Nieztcshe.

@Anet – Dziękuję, że fajne :)

@Perrux – Nie wiem, co to tu do śmiechu…

;)

"Czy sarny się tną, czy jeżozwierz, czy pancernik? Żadne zwierzę... w naturze." ~ J. K. Dębski

Nowa Fantastyka