- Opowiadanie: katia72 - Zrobisz mi zdjęcie?

Zrobisz mi zdjęcie?

Miał być śmieszny szort, a wyszło takie długie :(

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Zrobisz mi zdjęcie?

I

 

Zenek ocknął się w okrytym półmrokiem pokoju. Odetchnął z ulgą. Myślał, że się nie uda, a tu takie zaskoczenie. Rozejrzał się wokół. Hmm, to nie szpitalna sala i nie jego mieszkanie, gdzie się więc, do jasnej cholery, znajduje? Zsunął kołdrę, poczuł delikatny ból pod lewym żebrem, skierował tam wzrok i… zemdlał. Po paru minutach odzyskał świadomość, spojrzał znowu. To samo. W jego brzuchu znajdowała się ogromna dziura, z której powoli sączyła się krew.

– Czy ja… ja umarłem? – zapytał sam siebie.

Powoli podniósł się z łóżka, założył stojące obok mokasyny i wyszedł na korytarz, a potem na klatkę schodową. Odrapane ściany, unoszący się w powietrzu smród moczu i wyglądająca bardzo podejrzanie winda. Skręcił w stronę schodów. Piętro niżej spotkał mężczyznę, a raczej poruszające się, zmasakrowane zwłoki. Żywy trup uśmiechnął się szeroko i zachrypniętym głosem powiedział:

– Ty, nowy. Czemu nie używasz windy? Jak masz na imię? Ja jestem Józek.

– Zenek… A winda. Ona…

– Dawaj, dawaj, wsiadamy. Nic się nie bój, przecież i tak już nie żyjesz. – Józek roześmiał się i pchnął kolegę do trzeszczącej kabiny. Nacisnął przycisk parteru i ruszyli w dół. – Ty, Zenek, wiesz, gdzie jesteśmy?

– W jakimś śmierdzącym bloku.

– No, ale pytam w takim szerszym znaczeniu… – Józek podrapał się po wystającej z ramienia kości i dodał: – Eee, brudzisz podłogę.

Zenek spojrzał na kapiącą z rany w brzuchu krew.

– Przepraszam. Gdzie się znajdujemy? Am… W Czyśćcu?

– Nie. – Józek zrobił tajemniczą minę.

– To gdzie? Chyba nie.

– Nie, nie, nie. Nie w Piekle. To jest taka, jakby to nazwać, poczekalnia.

– Poczekalnia? – Zenek zaczął pocierać czubem buta czerwoną plamę. Winda, wydając z siebie piszczący dźwięk, raptownie się zatrzymała.

– Wysiadka. Czekamy tutaj na Sąd Ostateczny. Zwykle tydzień. A potem spotykamy się z Bogiem, bach, bach, szybka rozprawa i trafiamy tam, gdzie zasłużyliśmy.

Zenek zbladł.

– Tam, gdzie zasłużyliśmy – wyszeptał bardziej do siebie niż do Józka.

Na zewnątrz roiło się od umarlaków. W cieniu rozłożystego dębu kobieta z siekierą w głowie flirtowała ze strasznie chudym jegomościem o żółtej twarzy. Miała na sobie rozdartą sukienkę, spod której wystawał idealnie płaski brzuch. Dwójka pokrytych ropnymi pęcherzami młodzieńców grała w ping-ponga. Na hamaku wylegiwał się gruby pan z dziurą postrzałową w czole, a dziewczyna z urwaną nogą siedziała na ławce, jedząc lody z bitą śmietaną.

– Chodź, strzelimy sobie po piwku. – Józek poklepał Zenka po ramieniu. – Spróbuję ci wszystko objaśnić, a to zawsze łatwiej z zimnym browarem przy gębusi.

– Ja… Ja nie piję. Lekarz mi zabronił. Wiesz, marskość wątroby i te sprawy.

Józek wybuchnął śmiechem.

– Chłopie, ty już możesz pić do woli, przynajmniej przez następne siedem dni. Przecież nie przeżyłeś operacji, a jak się jest martwym, to nie można znowu umrzeć. Widzisz ile plusów?

Zenek poczuł nieprzyjemne kłucie w sercu.

– No dobra. A mają żywca i marlboro? Przy piwie lubię sobie zapalić.

– Pewnie, że mają.

W knajpie unosił się dym papierosowy, wszędzie czuć było spirytus. Zenek i Józek usiedli w kącie.

– A ty, jak umarłeś? Jakaś katastrofa? – Zenek spojrzał wymownie na pokiereszowaną twarz kolegi i wystające z kończyn połamane kości.

– Ta… Katastrofa. Jechałem po pijaku i przywaliłem w drzewo. Na szczęście to w nocy było i nikogo poza sobą nie zabiłem. – Józek wypił łyk piwa i kontynuował: – Hmm… Ta poczekalnia to tak naprawdę duże miasto. Ponad milion mieszkańców. Więc jak łatwo się domyślić Bóg jest bardzo zajęty i tak na własne potrzeby zakrzywia czas i w ogóle nie śpi. Litrami pije czarną kawę bez cukru. Poza tym zastosował różne uproszczenia.

– Uproszczenia? – Zenek dotknął palcem krwawiącej dziury, po czym wytarł opuszkę o wypłowiałą zasłonkę.

– Nie analizuje całego życia umarłego, tylko trzy zdjęcia z jego uczynkami. Jeśli są dobre, to wrota niebieskie staną przed tobą otworem, a jeśli złe… ty jesteś swoim obrońcą i musisz się z tych zarejestrowanych boskim aparatem grzechów wytłumaczyć, żeby cię nie usmażyli w ogniu piekielnym. – Józek wyciągnął z kieszeni marynarki kolorową fotkę i podał koledze.

Zenek spojrzał na zdjęcie, chrząknął i oznajmił:

– Eee, jaka jakość, dobrego sprzętu ten nasz Bóg używa. Wiesz, jaka to marka?

– Hmm… Chyba Hasselblad, lustrzanka z super zoomem, ale mogę się mylić.

Na fotografii widoczny był Józek, tak mniej więcej dziesięć lat młodszy, i w całości, bez blizn na ciele, wymachujący rękoma w kierunku farbowanej blondynki z piersiami sięgającymi pępka.

– To ja podczas kłótni z moją starą. Nie było dnia, żeby między nami awantura nie wybuchała, ale to wszystko przez tę szmatę z niewyparzonym pyskiem. I tak się powinna cieszyć, że ją po tym ryju nie trzaskałem. Jak się w końcu rozwiedliśmy, to do butelki uciekłem. Mam nadzieję, że nasz wszechmogący sędzia uwzględni tę dramatyczną sytuację.

Zenek westchnął i drżącym głosem zapytał:

– A gdzie są moje zdjęcia?

– W twoim mieszkanku w sypialni pod łóżkiem.

Mężczyzna z dziurą brzuchu zaczął się powoli podnosić. Józek rzucił mu rozbawione spojrzenie.

– Bez stresu, chłopie. Jeszcze zdążysz się im naprzyglądać i coś wymyślisz na wytłumaczenie. Chyba nikogo nie zabiłeś, no nie?

Zenek na chwilę zamarł, po czym pstryknął paznokciem kufel i wybełkotał:

– Nie, nikogo nie zamordowałem. No, poza sobą samym w pewnym sensie.

– Widzisz. Przyniosę jeszcze po piwku. Tak na trzeźwo to świat taki ponury. Napijesz się, to wszystko w bardziej pozytywnych barwach zobaczysz.

Zenek pod rękę z Józkiem, po sześciu żywcach, chwiejnym krokiem wracali do szarego wieżowca. Niebo już ściemniało, parkowe uliczki opustoszały, jedynie kobieta z siekierą w głowie spacerowała z nadąsaną miną wśród krzaków pigwowca.

– Ha, znowu się jej nie udało, a jutro… jutro sobie z Bogiem poflirtuje. Nimfomanka. Wiesz, mąż ją zamordował, jak się o tych wszystkich romansach dowiedział. I wcale mu się nie dziwię.

– Am… Ja tam nie oceniam. – Zenek na chwilę zamilkł, po czym kontynuował: – Józek? A to miasto? To Bóg stworzył? Takie trochę… mało boskie.

– Nie, to ludzie. Taki efekt, hmm, jakby to określić, zbiorowej wyobraźni. Jedno z twojej głowy, pewnie ten smród na klatce i winda z innej epoki… – Józek puściło oczko i szturchnął Zenka w lewy bok. – Drugie z mojej jak ta piękna fontanna, a jeszcze inne z rozpłatanego łba flirciary… Pewnie te krzaki, w których dupy można dawać. A to, tak w ogóle, polska dzielnica. Jutro cię po innych oprowadzę. Niektóre z nich naprawdę warte zobaczenia.

Zenek jak tylko otworzył drzwi sypialni, wskoczył do łóżka, naciągnął kołdrę po samą szyję i zapadł w sen. Zdjęcia zostawił na rano.

 

II

 

Obudził się z okropnym bólem głowy i wysuszonym gardłem.

– Jasna cholera, nawet po śmierci kac atakuje – wybełkotał sam do siebie, po czym podreptał do kuchni z nadzieją, że w szafce nad zlewem, jak u niego na Żelaznej, znajdzie aspirynę. I się nie pomylił. Zażył dwie tabletki, popił wodą niegazowaną i usiadł przy stole. Ukrył twarz w dłoniach. Powinien zajrzeć pod łóżko, ale trudno mu się było do tego zebrać. Rana w brzuchu zaczęła szczypać, dzwoniło w uszach.

„Chyba muszę się jeszcze na chwilę położyć” – pomyślał i wślizgnął się pod kołdrę.

Gdy ponownie się obudził, zegar na ścianie pokazywał dwunastą trzydzieści. Na szczęście ból głowy minął i dziura pod żebrem też jakoś tak mniej dawała o sobie znać. Drżącymi rękoma sięgnął pod łóżko. Znalazł tam bordowe pudełko, takie trochę jak po czekoladkach. Przez chwilę patrzył na nie w milczeniu, po czym otworzył. Trzy ostre zdjęcia. Wycinki z jego życia. Oparł się o szafę i spojrzał na pierwszą fotografię.

Nagi mężczyzna leżący na nagiej kobiecie. Zenek, lat czterdzieści dziewięć, i osiem lat młodsza Helenka o ognistych włosach. Tak, tylko jego żona miała na imię Renata i włosy miała takie jakiś szare, bez wyrazu. Zdrada. Szóste przykazanie.

Drugi obrazek. Zenek w barze okładający pięściami osiłka w koszulce polo. Ale to była libacja, a ten gówniarz sobie na to zasłużył. Wtrącał się tam, gdzie nie powinien. Niestety, chyba można to podciągnąć pod piąte przykazanie.

Zenek westchnął. Ze zrezygnowaniem wziął do ręki ostatnią fotografię, a na niej on składający fałszywe zeznanie podatkowe.

– No, z tym to już ten Bóg przegiął pałę. Nie ma się, gdzie wtrącać, tylko do skarbówki? Psiakrew – mamrotał pod nosem. Siódme przykazanie.

Zebrał zdjęcia i położył na parapecie. Zdecydował, że musi o nich pogadać z Józkiem. Może kumpel mu coś doradzi. W barku w regale znalazł butelkę wódki wyborowej i zestaw kieliszków, pięćdziesiątek. Tylko nie wiedział, pod którym numerem mieszkał Józek. Ba, nie miał nawet pojęcia, jak się nazywał. Podrapał się po czole, przymknął powieki i usiadł przy stole. Z rozmarzeniem patrzył na zgrabną butelkę i jej zawartość. Niewiele się zastanawiając, zdecydował, że sam się napije i wtedy rozległo się pukanie.

– Co ty, brachu?! Wódeczka beze mnie? To przecież grzech po śmierci! – W progu z uśmiechem na ustach stał Józek.

– No to trafiłeś! – Zenek też się ucieszył na widok kolegi.

– Głupiemu szczęście sprzyja.

– Siadaj, siadaj, już rozlewam.

Stuknęli się szkłem, wznosząc toast za łagodny Sąd Boży, wyjęli karty i zaczęli grać w wojnę. Po paru kieliszkach Zenek, już mocno czerwony na twarzy, wziął do ręki damę pik, pstryknął ją w dekolt i wycharczał:

– Ona jak ta moja Helenka wygląda. Normalnie identyczne, te same oczęta i krągłe cycuszki. Ach, palce lizać.

– Helenka, to… to… to twoja żona? – wyjąkał Józek, rozlewając resztę wódki.

– No, właśnie nie.

– Aha, rozumiem. To niedobrze. I Bóg was podczas bzykanka utrwalił?

– Mhm.

– Wódzia się skończyła. Chodź, trochę miasta ci pokażę, a po drodze może nam coś do głowy przyjdzie, jak tę twoją zdradę usprawiedliwić. Na przykład taki powód, że ją bardzo kochałeś, tę Helenkę i tak ci jej szkoda było, więc…

– Więc jej dobrze zrobiłem? – dokończył Zenek, ciężko wzdychając. – Coś wątpię, że nasz Stwórca to łyknie.

Szli w milczeniu przez park, potem przez deptak ze straganami, skręcili do lasu.

– Eee, stary, nie boisz się, że zabłądzimy?

– Nie. Spoko, Maroko. Za tą mini puszczą mieści się obozowisko amerykańskie. Kasyna, dziwki, Hollywood, głośna muzyka. Słyszysz?

Zenek rzeczywiście coś usłyszał. Chyba country.

Pięć minut i wyszli na rozległą polanę, pośrodku której stał olbrzymi, szklany budynek. Ogromny neon rzucał fioletową poświatę na stojące pod futurystyczną lampą dziwki. Jedna z nich w skórzanej sukience pozbawiona była lewego oka, druga w samych tylko kabaretkach straszyła podciętymi żyłami, a trzecia sińcami na całym ciele. Jak tylko zobaczyły Zenka i Józka, szeroko się do nich uśmiechnęły.

Bum. Bum. Bum. Zenek aż podskoczył, obrócił się w stronę strzałów i ujrzał grupę czarnoskórych ze spluwami, walczącą ze skośnookimi.

– Gangi Nowego Yorku – zachichotał Józek. – Teraz bez ograniczeń mogą się tłuc. Patrz, ile tamten już ma dziur w głowie. Jak durszlak wygląda. Ta… Na dole tego drapacza chmur jest fajny bar. Chodź, strzelimy sobie whisky.

– Dobrze. – Zenek z lekkim przerażeniem w oczach rozglądał się wokół.

Zrobili parę kroków i podszedł do nich nastolatek, chudy, z siną twarzą i żółtą pianą, lecącą mu z ust.

– I am sorry, guys. Do you have any… – Nie dokończył, a jedynie zwymiotował na buty Zenka.

– Fuj! Co za ohyda! – krzyknął poszkodowany, po czym pociągnął Józka za rękaw.

Odepchnęli narkomana, z którego kieszeni wyleciała zakrwawiona strzykawka, i ruszyli w przeciwnym kierunku. Zenek na chwilę się zatrzymał, by przetrzeć mokasyny i wtedy jedna z kul świsnęła mu koło ucha.

– Józek, wracamy! Ja już mam dość tej Ameryki, wolę naszą polską rzeczywistość.

 

III

 

Polska rzeczywistość, polskie wieżowce, polskie klatki schodowe, bezpiecznie i bez strzałów, na szczęście broń nielegalna. Za to można zginąć, jadąc po pijaku… Kolejnego dnia Józek już o świcie zastukał do drzwi, pogrążonego w głębokim śnie, Zenona. Kolega z zaropiałymi oczyma, w samych slipach, zwlókł się z łóżka i poczłapał otworzyć.

– Co ty… spać nie możesz? – wydukał.

– Mogę, tylko… – zaczął Józek zachrypniętym głosem. – Tylko, jutro mój ostatni dzień i wiesz, dzisiaj już się z tobą nie napiję. Muszę przygotować mowę obronną.

Zenek w zwolnionym tempie naciągał spodnie, patrząc z niepokojem na kolegę. Znowu przypomniał sobie o swoich własnych przewinieniach.

– A, oprócz tej kłótni, to jakie masz jeszcze zdjęcia?

– Na jednym wyrywam skrzydła muszce owocówce, to jak byłem siedmioletnim chłopcem, a na drugim zbieram na ulicy datki dla dzieci w Afryce.

– To, czym ty się, chłopie, martwisz? Dręczenie owada przez małolata, toż to przecież nawet grzechem trudno nazwać. A te datki to rzeczywiście szły do Afryki, a nie do prywatnej kieszeni?

Józek się zaczerwienił.

– Pięćdziesiąt procent dla Murzynków, a pięćdziesiąt dla nas, ale to… to… wciąż im pomagaliśmy, no nie?

– No, nie wiem, jak to Bóg potraktuje. To chyba trochę pod piąte przykazanie podpada. Nie kradnij.

– Nie musisz mi przypominać, jak brzmi piąte przykazanie, ja regularnie do kościoła chodziłem, co niedziela i w święta, i na tacę też dawałem. Już sobie pójdę.

– No, co ty taki nietykalny. Próbuję ci tylko naświetlić sprawę. Żebyś… żebyś się odpowiednio przygotował. Tak czy owak, za twoje grzeszki piekło się z pewnością nie należy. I masz szczęście, że nie ma fotki z samobójstwem.

– Z jakim samobójstwem?

– No, taka jazda po pijaku, to trochę proszenie się o śmierć, a w religii katolickiej to bardzo poważny grzech.

Józek kopnął nogę stołu.

– Ja się nie chciałem zabijać. Słyszysz? I lepiej się martw o siebie. Ładnie to tak żonę zdradzać? – mężczyzna obrócił się na pięcie, trzasnął drzwiami i już go nie było.

Zenek chrząknął, wypił szklankę wody, łyknął dwie pigułki i poszedł pod prysznic. Przyjemna, gorąca woda. Znowu mu się Helenka przypomniała, jak razem w wannie baraszkowali. Za grzechy trzeba płacić, ale jaki to grzech? Od kiedy to ludzie są monogamiczni? I co robić jak ci się już własna żona przestanie podobać? Może Bóg to zrozumie, przecież w kościele na niedzielnej mszy ksiądz głosił, że Bóg to Stwórca miłościwy, a my jego dzieci jesteśmy. A dzieci? Dzieci czasem popełniają błędy…

A ta cała bijatyka? Przecież temu młodzieniaszkowi, koksiarzowi, nic się tak naprawdę nie stało. Jedynie wybite górne jedynki, złamana ręka i dwa szwy na głowie. No, ale… Taki był upakowany, całe dnie na siłowni spędzał, mógł się bronić. Poza tym to wszystko wina testosteronu. Hmm, Bóg to chyba też mężczyzna, ale stary, to może się już trochę wyluzował.

No i jeszcze Urząd Podatkowy. I tu to już przesada, to na pewno nie uchybienie. A jeśli już to ze strony skarbówki, toż to dopiero są złodzieje, krwiopijcy. Żadnego interesu się prowadzić nie da, bo cię podatki pod rękę z ZUS-em zeżrą.

Zenek wytarł się, ubrał i zdecydował wybrać na spacer. Może świeże powietrze rozjaśni mu umysł. Tym razem na pewno w przeciwną stronę niż amerykańska polana. Zatrzymał się jeszcze na chwilę w barze, duszkiem wypijając lecha i podreptał na wschód.

Z każdym krokiem robiło się zimniej i zimniej. Zenek w oddali zobaczył rzekę, a przy niej grupkę mężczyzn. Wszyscy w grubych kożuchach i futrzanych czapkach. Wyglądali na bardzo zadowolonych, krzyczeli, śpiewali, śmiali się jak szaleni. Jednym słowem zabawa na całego. Jeden z nich zbliżył się do rzeki, ukląkł i zaczął pić. Zenek, cały już z zimna siny, przeskakiwał z nogi na nogę. W pewnym momencie dwóch z imprezowiczów podbiegło do niego, klepnęło w plecy i wykrzyknęło:

– Привет дружище, а не желаешь ли бухнуть из нашей заповедной речки?

Zenek trochę po rosyjsku rozumiał, więc skumał, iż go zapraszają do rzeki, która jego zdaniem przy takich mrozach powinna być całkiem zamarznięta, a nie była. Gdy już znalazł się odpowiednio blisko, poczuł intensywny zapach alkoholu, nachylił się, umaczał palce, oblizał i… Toż ta rzeka wódką płynęła. Wypił tak dużo, że aż mu się w głowie zakręciło. Próbował zrobić krok i bum. Upadł na ziemię. W tym czasie wschodni przyjaciele przynieśli mu pikowaną kurtkę i śmieszną czapę z pomponem. Jak już trochę doszedł do siebie, gorąco im podziękował i ruszył dalej. Minął zagajnik sosnowy i po chwili temperatura się podniosła. Zostawił podarowane ubranie przy jednym z drzew i powoli kroczył do przodu. Nagle stanął jak wryty. Ziemia, po której stąpał, po prostu się skończyła. Podobnie jak niebo, jakby świat, w którym się znajdował, był jednie narysowanym na kartce papieru obrazkiem. Pustka. Przerażająca nicość. Serce Zenkowi zamarło. Zbladł. Odwrócił się i zaczął biec. Przez lasek, wzdłuż wódko rzeki, obok baru, przez park. Zdyszany dopadł wejścia do bloku. Gdy z językiem na wierzchu wspinał się po schodach, omal się przewrócił o schlanego do nieprzytomności Józka. Ostatkiem sił podniósł kolegę i zawlókł do łóżka, a sam okrył się kocem i położył na kanapie w salonie.

 

IV

 

Józek obudził się po dziesiątej. Chwiejnym krokiem wyszedł do przedpokoju i wybełkotał:

– Gdzie… Gdzie ja jestem?

Po chwili zjawił się zaspany Zenek.

– Znalazłem cię na klatce schodowej.

Józek usiadł pod ścianą, ukrył twarz w dłoniach i zaczął pochlipywać:

– Ja nie chcę, ja się boję.

Zenek przykucnął przy nim. Objął ramieniem.

– Wszystko będzie dobrze, te twoje grzechy naprawdę malutkie. Nie martw się.

Dzwonek do drzwi.

– Proszę, otwarte – krzyknął Zenek.

W progu stanął ubrany na czarno mężczyzna z dziurą na wylot w klatce piersiowej. Miał kwadratową szczękę, ulizane włosy i ciemne okulary z podobiznami czaszek na szkłach. Chrząknął wymownie i powiedział:

– Już czas. Jesteś następny w kolejce. Ruchy, ruchy. Bóg nie ma czasu na nikogo czekać.

Józek przetarł rękawem nos i ze spuszczoną głową wyszedł z nieznajomym.

Zenkowi się tak jakoś smutno zrobiło, zdążył się już do swojego przyjaciela od kieliszka mocno przyzwyczaić. Podreptał do łazienki, umył zęby, chwilę popatrzył na zdjęcie z Helenką i udał się do baru.

– Piweczko? – zapytała słodkim głosem anorektyczna panienka przy barze.

„Same kości i skóra. Pewnie umarła z głodu” – pomyślał Zenek, a do niej się miło uśmiechnął i odpowiedział:

– Nie, tym razem sok pomarańczowy z lodem.

Już zmierzał do stolika w kącie, gdy nagle do głowy mu przyszło, że przecież ten kościotrup stał za barem wczoraj, i przedwczoraj, i… I panienka wcale nie wyglądała, jakby to był jej pierwszy dzień w pracy, tylko jakby tu od lat piwo serwowała.

– Przepraszam, słoneczko, mogę cię o coś zapytać?

– Oczywiście, przystojniaczku. – Chudzinka zalotnie zatrzepotała rzęsami.

– Jak długo tu już jesteś, w tej poczekalni?

– Am… Trzy lata i prawie pięć miesięcy.

– Ale… przecież… Józek, wiesz, ten, z którym tu dwa dni temu byłem, powiedział, że po siedmiu dniach w poczekalni czeka nas Sąd Boży. – Zenek przypadkowo dotknął dziury w brzuchu, skrzywił się i zaczął rozglądać za chusteczką.

Anorektyczka podała mu serwetkę z maleńką podobizną Kaczora Donalda.

– To moja ulubiona postać z Disneya… – Mężczyzna rozmarzył się i szeroko uśmiechnął. – Dzięki, jak masz na imię? Ja Zenek jestem.

– Wioletka.

– Wioletka. Am… To Wioletko, mogę spytać, czemu jesteś tu tak długo?

– Bo pan Bóg tak zadecydował. Widzisz, on potrzebuje personelu do obsługi tego miasteczka. Nawet całkiem sporo personelu. I jeśli się bardzo boisz, że trafisz do Piekła, to możesz się próbować z nim dogadać. Najlepszy interes to chyba zrobił jego posłaniec, Czarny Kosiarz, tak go nazywają.

– Czarny Kosiarz? Kto to taki? Trochę przerażającą ma ksywkę. – Zenek wypił łyk soku, ponownie spojrzał na Donalda.

– Ej, pewnie go znasz. Ten, co po grzeszników przychodzi.

– Z dziurą w piersi?

– Mhm. Wiesz, on był zawodowym mordercą, pracował dla mafii, narkotyki, kradzieże, prostytutki, te sprawy…

– I co policja go tak na wylot przedziurawiła?

– Ee, policja. Nie policja. Tylko konkurencja. – Wioleta przygryzła dolną wargę i tak się jakoś wygięła, że wyglądała, jakby się miała zaraz złamać. – Ta… Czarny Kosiarz to już tu z pięć lat jest, jak nie dłużej. I nikt mu nie podskoczy.

Ostatnie zdanie tak wypowiedziała, że Zenek odniósł wrażenie, iż ten typ spod ciemnej gwiazdy mocno jej imponuje. Ach, zrozumieć kobiety.

– A ty? Czym tak sobie nagrzeszyłaś, że się bałaś Sądu?

– Ja… ja niczym. To pan Bóg ze mną zagadał. Powiedział, że fajna ze mnie laska i że teraz moda na takie chude…

„Takie chude, no bez przesady, to już przecież choroba” – pomyślał Zenek, bo sam lubił, jak kobietę się dało za pupę i cycuszek złapać, a nie podczas seksu o wystające biodra obijać. A takiej Wiolety to by się w ogóle bał dotknąć, jeszcze by mu się na kawałeczki rozleciała. Chrząknął i poważnym tonem powiedział:

– To ty, słoneczko, musisz mieć z naszym szanownym sędzią dobre układziki? Co nie? Więc mi może doradzić jak z nim gadać. Tak zupełnie szczerze, czy trochę bajerować?

– Zenek – zaczęła z takim jakimś smutkiem w głosie, na chwilę przerwała, poprawiła włosy i kontynuowała: – Bóg to taki bardzo skryty jest. Już go wiele razy podpytywałam, nawet Czarny Kosiarz nic nie wie. To jego wielka, boska tajemnica.

Zenek też się zasmucił.

– Wioletka, daj mi jednak piwo, albo nie, pięćdziesiątkę czystej. I mam jeszcze jedno pytanie.

– Tak? – barmanka postawiła na ladzie kieliszek luksusowej.

– Wiesz, wczoraj jak się wybrałem na spacer, daleko, jeszcze za rosyjską rzekę, to…

– Doszedłeś do krańca?

– No… I się cholernie przestraszyłem.

Wioleta wybuchnęła śmiechem i rozbawionym tonem powiedziała:

– Że co? Że niby tam wpadniesz i znikniesz? Już się tacy znaleźli, co woleli niebyt niż spotkanie ze Stwórcą i… uderzali w niewidoczną ścianę i odbijali się aż na Dziki Zachód. Z poczekalni nie ma ucieczki…

Zenek westchnął, podrapał się po czole i podreptał do stolika. Do mieszkania, mimo iż tego nie planował, znowu wrócił pijany. Natury nie przeskoczysz.

 

V

 

Kolejny poranek z silnym kacem. Woda, dwie tabletki, tym razem do tego jeszcze kanapka z żółtym serem. Zenek przeciągnął się, przez chwilę popatrzył przez okno. Na zewnątrz zebrała się grupka żywych nieżywych. Wyglądali na mocno podekscytowanych, coś wykrzykiwali, machali rękoma i przepychali się jeden przez drugiego. Mężczyzna przeniósł wzrok na dziurę w brzuchu, zmarszczył czoło i wyjął pudełko ze zdjęciami. Rozłożył fotografie na łóżku i zaczął się w nie wpatrywać. Odetchnął głęboko. Helenka, bijatyka i podatki. Znowu poczuł nieprzyjemny ucisk w sercu. Czy Bóg mu wybaczy? I co to by w ogóle miało znaczyć? Nawet się przed śmiercią nie wyspowiadał. Nigdy za życia nie rozmyślał nad Sądem Ostatecznym, nad niczym szczególnie nie rozmyślał, dni mijały jeden za drugim, bezrefleksyjnie, szybko, gdzieś tam w tle z kościołem, niebem i piekłem. W pewnym momencie może za bardzo napędzane trunkami wysokoprocentowymi, zdradą i jakąś taką głupkowatością. A teraz? Zenek spuścił głowę i zaczął się zastanawiać, jak tam jest w tym piekle. Wieczne męki w ogniu i wyrzuty sumienia zjadające duszę od środka? Czy Bóg może być tak okrutny? Zenek wstał i z całej siły kopnął drewniane krzesło.

– Cholera! Przecież on nawet nie ma czasu na porządny proces! – Wykrzykiwał, podchodząc do okna. – Ty Boże, gdzie jest mój adwokat? I co to za pomysły z trzema zdjęciami?! Nic o tym na katechezie nie było! Życie to nie trzy wycinki! Jak nie dajesz rady, to się za inną robotę zabierz!

Ze złości Zenek aż się cały bordowy na twarzy zrobił, odsapnął i dopiero wtedy zauważył, że na zewnątrz niezorganizowana grupa przekształciła się w długą kolejkę, jak po mięso na kartki za komuny. Poprawił włosy i wybiegł sprawdzić, co tam takiego magicznego oferują.

– Hej, ludziska, co tu sprzedają? – zawołał.

Chudzielec z roztrzaskaną głową, ostatni w kolejce, zachrypniętym głosem oznajmił:

– Nie wiesz pan? Wczoraj do nas trafił Wielki Wynalazca i on zaprojektował niesamowitą maszynę.

– Maszynę? – Zenon spojrzał pytająco na rozmówcę.

– Panie, toż to cud świata. Wchodzisz do kabiny, siadasz przed czymś na kształt telewizora, pojawia się okienko i wpisujesz nazwisko.

– Jakie nazwisko?

– Ano, na przykład twojej żony, jak masz ochotę zobaczyć, co ona teraz tam na Ziemi wyprawia, albo kolegi, albo syna, albo sąsiadki. – Chudzielec roześmiał się.

– Naprawdę? Toż to jeszcze bardziej niesamowite niż rzeka pełna wódki.

– Ta… Tylko masz dziesięć minut, bo zobacz, chłopie, ilu chętnych. Na szczęście i tak zagranicznych nie wpuszczają. Polska dla Polaków. – Ostatnie zdanie wypowiedział z dumą w oczach, wypinając do przodu kościstą klatę.

– Aha… To ja też bym chciał zobaczyć. – Zenek ustawił się za chudzielcem, nerwowo przestępując z nogi na nogę.

Po chwili z blaszanej budy wyszła zapłakana kobieta, powtarzając rozpaczliwym tonem:

– Skurwysyn, skurwysyn, skurwysyn…

Dziesięć minut później pojawił się grubas wykrzykujący:

– Ja tę kretynkę zabiję, ja wrócę i ją zatłukę na śmierć.

Chudzielec odwrócił się do Zenka i skomentował:

– Ta… Na pewno wróci, jak mi tu kaktus na ręce urośnie.

Zenek nic nie odpowiedział, tylko sobie pomyślał, że w tym mieście cudów wszystko jest możliwe. Postał w milczeniu jeszcze chwilę, po czym odwrócił się do starszej kobiety za nim, która jak na trupa wyglądała wyjątkowo zdrowo i radośnie, i nieśmiało zapytał:

– Czy mogłaby pani być tak miła i tak, dosłownie na pięć minutek popilnować mi kolejki? Muszę za potrzebą, no wie pani.

Uśmiechnęła się i pokiwała głową, a Zenek szybkim krokiem udał się do baru.

W barze pustki, chyba ta machina do podglądania tak wszystkich wykurzyła. I za ladą nikogo nie było. Za to z zaplecza jakieś podejrzane dźwięki dochodziły. Może myszy? Chociaż do tej pory Zenek w poczekalni żadnych zwierząt nie spotkał i stwierdził, że albo rzeczywiście nie mają duszy, albo mają swojego własnego Boga. Powoli podkradł się, zajrzał przez szparę i własnym oczom nie mógł uwierzyć. Ta szczuplutka, słodka Wioletka opierała się rękoma o ścianę, a za nią z opuszczonymi spodniami Kosiarz podskakiwał, a ona wraz z nim. W górę i w dół. W górę i w dół. Zenek na palcach się wycofał, sam sobie piwo nalał i wrócił do kolejki.

Jak wchodził do magicznej kabiny, niebo już ciemniało. Drżącymi palcami zaczął stukać w klawiaturę:

"ALICJA BOZDZIK".

Na ekranie pojawiły się kolorowe zygzaki, które stopniowo formowały się w obraz córki Zenka. Dziewczyna ubrana na czarno zapalała znicz na grobie. Sprawiała wrażenie bardzo smutnej, zamyślonej… Kamera najechała na tablicę nagrobkową:

"Zenon Bozdzik. Żył lat 55. ZM. 2 VII 2008. Pokój jego duszy".

Zenkowi się tak jakoś bardzo dziwnie zrobiło, nie był pewny, czy miał ochotę patrzeć na własny grób. Z drugiej strony mocno się rozczulił, łzy mu się w oczach zakręciły. Kochana córeczka, stęskniona za ojcem.

Obraz się rozmazał, a mężczyzna wpisał kolejne nazwisko:

"HELENA MALINOWSKA".

Na ekranie pojawiła się kobieta z krągłymi piersiami, siedząca na kanapie i wpatrzona w telewizor. W jakąś operę mydlaną. Oczy miała takie lekko opuchnięte.

"Może po mnie płakała" – pomyślał Zenek i znowu się wzruszył. I w końcu przyszedł czas na żonę:

"RENATA BOZDZIK".

Obraz taki, nie wiedzieć czemu, trochę niewyraźny, a tam Renatka z szafki butelkę wina wyjęła, zachichotała. Po chwili, no nie, tego już dla Zenka było za dużo, jego kolega od wódeczki Romuś, bach, ją za pośladek złapał.

Zenek omal nie przyłożył ręką w klawiaturę, zacisnął wargi i wybiegł, trzaskając drzwiami budy.

– A to suka jebana! – Strużki potu mu po czole spływały, oddychał ciężko i nierównomiernie. Jak już wpadł do sypialni, usiadł na łóżku i trochę się uspokoił. Wziął do ręki zdjęcie z Helenką.

"No teraz, to już Bóg musi mi, przynajmniej zdradę, wybaczyć" – pomyślał i przykrył się kołdrą.

 

VI

 

Przedostatni dzień, a Zenek wciąż nie czuł się przygotowany na rozmowę z Bogiem. Zrobił sobie tosty z szynką, usiadł przy stole w kuchni i dumał. Nagle, wstał jak oparzony i sam do siebie wykrzyknął:

– Wiem! Wiem!

Założył mokasyny i szybkim krokiem podążył do dużego sklepu wielobranżowego.

– Dzień dobry. Chciałbym kupić aparat fotograficzny – zachrypniętym głosem zwrócił się do sprzedawcy. – Taki, no wie pan, z wyższej półki, lustrzankę, z zoomem.

– Aparat… Hmm… Już zerknę, co mamy na magazynie. Proszę chwileczkę poczekać.

Po paru minutach mężczyzna o sinej twarzy, bladych wargach i z wodorostami we włosach, pojawił się z polaroidem. Zenek skrzywił się i wydukał:

– Ale… Ja potrzebuję coś lepszego, wie pan, mi zależy na jakości, nie szybkości.

– Przykro mi, ale…

Zenek bez słowa podziękowania odwrócił się i wyszedł ze spuszczoną głową. Usiadł na ławce w parku i zaczął się wpatrywać w błękitne niebo. Przypomniał sobie słowa Józka, że to miasto, poczekalnia, to wytwór zbiorowej wyobraźni, a jeśli zbiorowej, to też jego… Podniósł się raptownie i z powrotem pobiegł do sklepu. Jak tylko dopadł lady, sprzedawca szeroko się uśmiechnął i powiedział:

– Ależ ma pan szczęście. Właśnie mieliśmy dostawę i przyszło parę sztuk Canona, lustrzanki. Proszę obejrzeć.

Profesjonalny aparat z ogromnym obiektywem. Zenek aż zaklaskał z radości.

– Super. Biorę.

Rozpromieniony udał się do baru. A tam zamiast Wiolety blondynka o pełnej figurze, z ustami umalowanymi jaskrawą szminką.

– Przepraszam, czy… Czy się pani orientuje, gdzie jest Wiola?

– Wiola już tu nie pracuje.

– Jak to? – Zenek zrobił zdziwioną minę. – A wie pani, gdzie ją mogę złapać?

– Mieszka w tym śmierdzącym wieżowcu, pod dziesiątką, pierwsza klatka.

– To tam, gdzie ja – skwitował Zenek i szybkim krokiem opuścił bar.

Spojrzał na zegarek, dochodziła dziesiąta.

Puk. Puk.

– Proszę – odpowiedział cichutki głosik.

Jak tylko otworzył drzwi, jego oczom ukazała się tonąca w łzach Wioleta.

– Co się stało? – zapytał Zenek, kładąc dłoń na kościstym ramieniu dziewczyny.

– Bóg mnie wywalił. A jutro mam się u niego stawić na rozprawę. Buu, buu… – chlipała.

– Dlaczego?

– Za Kosiarza. Powiedział, że mu przeszkadzam w pracy i że się już przeze mnie parę razy spóźnił, i Bóg musiał czekać na oskarżonego, a Bóg nie lubi czekać.

– Zazdrośnik, a myślałam, że zazdrość to ludzka cecha.

Wioleta westchnęła i zrezygnowanym tonem oznajmiła:

– Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo.

– Ta… To za dużo czasu na przygotowanie ci nie zostawił. – Zenek poklepał dziewczynę po plecach i dodał: – Nie płacz.

– Nie znasz dnia ani godziny. Ja się tym sądem tak za bardzo nie przejmuję. Te moje fotki to tylko o jedzeniu. Jak wyrzucałam kanapki od rodziców do kosza na śmieci, jak wymiotowałam do ubikacji po obiedzie, i… I jak… Kupiłam sobie tabletki z tasiemcem.

– Tabletki z tasiemcem! – wykrzyknął Zenek i aż się za głowę złapał, poza tym tak sobie pomyślał, że te grzechy Wiolety, to jego zdaniem takie lekkie nie są. Chrząknął i zapytał:

– To skoro się sądu nie boisz, to czemu ryczysz?

– Bo… bo…

Zenek zmarszczył czoło, podrapał się w podbródek.

– Przez tego… Tego Kosiarza?

Dziewczyna przytaknęła. Zenkowi się trochę smutno zrobiło, ale przecież musiał myśleć też o sobie. Przełknął ślinę i niepewnym głosem powiedział:

– Przykro mi. Może się jeszcze z Bogiem dogadasz. A ja… ja do ciebie z prośbą przyszedłem.

Wioleta spojrzała na niego pytająco.

– Czy… czy… Czy mogłabyś mi zrobić trzy zdjęcia? – Zenek wskazał na aparat.

– Jakie zdjęcia i po co?

– No… – Zenek zaczerwienił się na twarzy.

– Naprawdę? Nie wierzę. Chcesz oszukać Boga?

– Mhm.

– I ty się go nie boisz? Przecież on wszystko wie i wszystko widzi.

Zenek przygryzł dolną wargę.

– Niby tak, ale na Ziemi, a tu, w tej poczekalni… Może nie.

– Odważny z ciebie koleś, ale jak tam sobie chcesz. Mogę ci zdjęcia pstryknąć.

Zenek pobiegł do siebie po kurtkę, żeby ukryć dziurę w brzuchu i wyszli razem do parku. Na szczęście niebo wciąż nie straszyło chmurami, co dobrze rokowało na jakość fotografii. Po dwóch godzinach sesja była zakończona. Zenek z kroplami potu na czole uściskał delikatnie Wioletę, tak by jej nie połamać i życzył powodzenia w rozmowie z Bogiem. Na pożegnanie pocałował ją jeszcze w czoło i udał się do Wielkiego Wynalazcy z prośbą o jak najszybsze wywołanie zdjęć. Pokryty dziwnymi, zielonymi plamami okularnik z pokaźnym brzuchem trochę marudził, po czym obiecał, że dostarczy fotografie przed północą.

Już piętnaście po jedenastej rozległo się pukanie do drzwi Zenona.

– Proszę.

Wynalazca zastał Zenka przy butelce. Położył na stole szarą kopertę, uśmiechnął się i powiedział:

– Powodzenia.

– Dzięki, dzięki. Napijesz się ze mną?

– Nie, nie. Alkohol to nie dla mnie. – Okularnik poklepał się po brzuchu, pomachał na pożegnanie i zniknął na korytarzu.

Zenek westchnął, nalał sobie kolejny kieliszek. Tak na rozluźnienie, bo już go stres przed jutrzejszym spotkaniem mocno męczył.

 

VII

 

Minęła północ i Zenek cały się trzęsąc, przyniósł stare fotografie, po czym drżącymi rękoma otworzył kopertę od Wynalazcy. Nowe fotki były odrobinę mniej wyraźne, ale żeby wyłapać różnicę należało jedne położyć obok drugich. Zenek westchnął, wziął pierwszą z podróbek, na której udawał, że zbiera śmieci z trawnika w parku.

„To zamiast Helenki będzie” – pomyślał.

Na drugim fałszywym zdjęciu pomagał starszej kobiecie przejść przez ulicę. Dobrze, że niewiasta zmarła na udar mózgu i w miarę w porządku po śmierci wyglądała, tak, że nie trzeba było nic maskować.

„Ona zastąpi pobitego kolesia z baru”. – Zenek krzywo się uśmiechnął.

I ostatnia fotografia. On przy stole z piwem z taką niewyraźną miną. To na pokrycie skarbówki. Taki lekki grzeszek dla zmyłki, żeby nie było, że Zenek taki całkiem święty.

Mężczyzna odsapnął, zakręcił wypitą do połowy butelkę i podarł na kawałki zdjęcia otrzymane od Boga, po czym wrzucił je do umywalki i podpalił.

Poczłapał do łóżka, skulił się pod kołdrą i bezskutecznie próbował zasnąć. Zaczął sobie owce biegające po zielonych pagórkach wyobrażać. Jedna, druga, trzecia… Pięćdziesiąta… Cholera, i czarny baran… Nie, od nowa. Jedna, druga, trzecia… Setna… Dwusetna… Na trzysta siedemdziesiątej zapadł w sen. Niestety tylko na trzy godziny, bo już o ósmej z krainy marzeń wyrwał go dzwonek. Półprzytomny podreptał do drzwi.

Czarny Kosiarz. Bardziej wyglądał jak posłaniec Szatana niż Boga.

– Nie zapomnij o zdjęciach – burknął.

– Mam je w kieszeni. – Zenek zbladł, czuł spływający po plecach pot.

– No, to na co czekasz? Chodźmy.

Trzeszcząca winda, smród na klatce schodowej, odrapane ściany. Dziwne Zenek spędził tu tylko tydzień, a czuł, że będzie tęsknił. Przed blokiem czekał czarny mercedes klasy S. Kosiarz splunął i wepchnął Zenka do środka. Sprawiał wrażenie mocno czymś wkurzonego. Odpalił silnik i ruszył.

Zenkowi zrobiło się ciemno przed oczami. Włożył rękę do kieszeni, upewniając się, czy na pewno zabrał fotografie. Czuł kłucie w sercu i nieprzyjemne pulsowanie nad prawą brwią.

„Uspokój się, uspokój się” – powtarzał w myślach. Przecież jak będzie wyglądał na zdenerwowanego, Bóg od razu się czegoś domyśli. Z tak dobrymi zdjęciami powinien sprawiać wrażenie wyluzowanego.

„Wyluzuj się, wyluzuj!” – krzyczał sam do siebie.

Nagle przypomniał sobie słowa, wypowiedziane jakiś czas temu po paru mocnych przez Romusia, który pewnie teraz pukał jego żonę:

– Bóg jest taki, jakim chcemy go widzieć. Jeśli wierzymy, że jest dobry i miłościwy taki będzie, a jeśli istnieje w naszych głowach jako potwór, to jak przyjdzie się nam z nim spotkać, pożre nas w całości.

Romuś lubił filozofować, szczególnie jak był nietrzeźwy. Zenek wolał pogadać o pierdołach, ale teraz… Teraz chciał wierzyć, że kolega miał rację. I już wszystko jedno, że bzykał się z Renatą.

Kosiarz gwałtownie zahamował. Zaparkowali przed dziwnym, mocno futurystycznym budynkiem, przypominającym kształtem ogromne jajo, oplecione niezliczoną ilością kolorowych kabli. Już mieli wysiadać, gdy z jaja wybiegła roześmiana Wioleta. Miała na sobie żółtą sukienkę, tak krótką, że ledwie przykrywała majtki, kabaretki i czarne szpilki. Jak tylko zobaczyła mercedesa Kosiarza, pomachała w ich kierunku, po czym zakryła dłonią usta, jakby zrobiła coś, czego nie powinna i szybkim krokiem oddaliła się na przystanek autobusowy.

Kosiarz sprawiał wrażenie, jakby właśnie mu powiedziano, że wygrał w totka. Najpierw zaczął gwizdać i stukać palcem w kierownicę, po czym z szerokim uśmiechem na twarzy zwrócił się do Zenka:

– Chcesz zapalić? Mamy jeszcze z piętnaście minut, tutaj na parkingu czas się powoli zakrzywia… – Wyjął paczkę czerwonych marlboro. – Trzymaj i się trochę zrelaksuj, Bóg nie taki straszny jak go malują.

– To chyba nie o Bogu było, tylko o Diable… – wydukał Zenek, włożył do ust papierosa i mocno się zaciągnął.

Posiedzieli parę minut w milczeniu, po czym Kosiarz oznajmił:

– Już czas na ciebie, brachu. Drzwi, tam z przodu. Nie pukaj, tylko wchodź. Powodzenia!

Zenek ze wzrokiem wbitym w asfalt podreptał do surrealistycznego jaja. Gdy znalazł się już odpowiednio blisko, zobaczył, że te kable, to tak naprawdę nie kable, tylko jakieś niesamowite wężopodobne stworzenia, wydające z siebie grzechoczące dźwięki. Delikatnie, nie chcąc ich rozzłościć, nacisnął klamkę. Drzwi zaskrzypiały, a oczom Zenka ukazał się długi, ciemny korytarz. Po omacku posuwał się naprzód. Wreszcie w oddali ujrzał słabe światło. Jego źródłem była umieszczona nad żelaznymi, zdobionymi wizerunkami różnych zwierząt drzwi, lampka. Zanim Zenek zdążył zapukać, rozległ się głos, głęboki, trochę brzmiący jak spod ziemi:

– Zenonie, zapraszam.

Zenek wszedł do środka, cały się trzęsąc. Bóg siedział w ogromnym, przypominającym trochę tron, fotelu. Był bardzo stary, miał wąsy i długą siwą brodę, jakby założyć mu na głowę czerwoną czapkę z pomponem, to wypisz wymaluj, Święty Mikołaj. Przed nim stało dębowe biurko, a na nim młotek sędziowski, sterta papierów, filiżanka i popielniczka. A za nim troje drzwi. Na lewo czerwone z napisem: „Piekło”, pośrodku szare „Czyściec”, a na prawo błękitne „Niebo”. Wszystkie niestety wyglądały, jakby prowadziły do toalet na dworcu kolejowym, umalowane farbą olejną, z aluminiowymi klamkami.

Bóg grubym palcem wskazał Zenkowi krzesło.

– Proszę, pokaż zdjęcia.

Mężczyzna drżącą ręką położył plik fotografii na blacie.

Bóg wziął jedną z nich, a potem dwie kolejne i zaczął się nim uważnie przyglądać.

– Hmm… Kiepska jakość.

Serce Zenka zamarło.

– Hmm… Chyba muszę pomyśleć o nowym sprzęcie. Widzisz, moje dziecko, jak wszystko się szybko zużywa. Ech… Co tu mamy? Pomagasz starszej pani. To zdecydowanie na plus. A gdzie to było? W twoim rodzinnym mieście?

– Tak, tak, w Radomiu, niedaleko Rynku.

– Miło, miło. O, a na drugim sprzątasz trawnik. To też w Radomiu?

– Nie, to jak mnie wysłali na delegację do Warszawy.

– Ale… Ale czemu ty właściwie te śmieci zbierałeś? Przecież w Polsce to siły sprzątające nawet sprawnie działają, zwłaszcza w stolicy. Tak mi się przynajmniej wydawało.

– Bo… Bo… Bo to… – jąkał się Zenek. – Bo… Bo to… Był Dzień Sprzątania Świata.

– Aha… To coś małe zainteresowanie… Ty sam jeden na tym trawniku, zwykle jak się w necie ogląda sprawozdania, to się tam roi od pełnej entuzjazmu młodzieży. Mhm… Ostatnie zdjęcie. Co my tu mamy, Drogi Zenku? Nadużywanie alkoholu. Ta… – Bóg sięgnął po jeden z leżących na biurku papierów. – Śmierć. Podczas operacji. Karta chorobowa: marskość wątroby, nadciśnienie… Ta… To podkopywanie własnego zdrowia. Piąte przykazanie. Nie zabijaj.

Zenek zbladł.

– Ale, proszę pana Boga. To, to… To nie było świadome morderstwo. Ja, ja… Ja nie po to piłem, żeby szybciej umrzeć, tylko żeby się bardziej życiem cieszyć. Żeby śpiewać, żeby… No, żeby wszystko było kolorowe…

– Aha… – Bóg westchnął, okręcił końcówkę brody wokół palca i dodał: – Hm… Dziwne, że te wszystkie zdjęcia z jednego okresu. Ba… Ty nawet w tej samej kurtce jesteś.

– Bo… Bo… Ja nie lubiłem wydawać pieniędzy na ubrania. Ale… Ale to nie grzech prawda?

– Oszczędność to nie grzech, toć cnota przecież jest. Dobrze… – Bóg spojrzał na zegarek. – Późno się zrobiło. Muszę coś przekąsić. Dobra, chłopie, uciekaj do nieba.

Zenek zaniemówił, nogi mu zdrętwiały, wstrzymał oddech.

– No, co, dawaj, dawaj, bo jeszcze się rozmyślę. – Bóg wstał, podciągnął spodnie.

– Już, już idę.

Zenek chwiejnym krokiem, jakby ktoś go przed chwilą w głowę uderzył, zmierzał w kierunku niebieskich drzwi, mając nadzieję, że niebo bardziej będzie jakościowe niż wrota doń prowadzące.

Prawie nacisnął klamkę, gdy Bóg za nim krzyknął:

– Poczekaj!

Zenek odwrócił się z przerażeniem w oczach, a Bóg uśmiechnął się i powiedział:

– Gratulacje! Lepiej wychodzisz na fotkach jak nie pozujesz.

Koniec

Komentarze

Witaj!

 

Atakujesz jakością i ilością jednocześnie :)

 

Na razie przeczytałem I i II i bardzo mi się podobało, nie licząc chyba dwóch literówek. Obrazek mega git :) 

 

“Wida” zamiast “Winda”, a drugie, kurcze, mi uciekło :(

Stań się, kim jesteś.

Windę sama wyłapałam, a drugiej zaraz poszukam. A z ilością łatwiej niż z jakością :)

:)

Stań się, kim jesteś.

Ty na bierząco trzaskasz te opka, czy pisałaś jak Cię nie było? ;>

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

To napisałam w trzy dni… Jak mnie nie było pisałam książkę, ale tak marnie mi to szło i nie skończyłam.

Lubię jednak jak ktoś moje teksty czyta, a dodatkowo jak się komuś podoba, to podwójnie mnie to motywuje, a poza tym mam takie okresy w życiu, że jestem totalnie nadaktywna, tak, że aż mam problemy ze snem. Teraz trochę jestem w takiej fazie.

Bo oprócz pisania, pracuję na pełnym etacie, zajmuję się synkiem (ma siedem lat) i mężem, i nie tylko jako żona, lecz również pomagam mu w firmie…

No tak, wystarczy nie spać!

W myśl zasady live fast die young :D

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Ja już na szczęście młodo nie umrę :)

Na hamaku wylegiwał się grupy pan

Aha, rozumiem. To niedobrze i Bóg was podczas bzykanka utrwalił

Chyba lepiej byłoby z kropką po "niedobrze" 

Czarne BMW klasy S

Jeśli klasa S to mercedes. Drobiazg, ale mój wewnętrzny dziesięciolatek się najeżył. 

Ty sam jedne na tym trawniku 

Tych kilka rzeczy udało mi się wyłapać, ale ja kiepski jestem w wyłuskiwaniu baboli :-) 

A ogólnie – lekko, przyjemnie, zabawnie, z delikatnym cieniem powagi, wplecionym misternie w zgoła pogodną osnowę Poczekalni. Generalnie mocno na plus, do tego kilka przeuroczych pomysłów. Gdybym nie czytał wcześniej tekstu o Wojtku i pietruszce, to bym normalnie pomyślał, że nie Katia. 

Końcówka jednak wywołuje mieszane uczucia 

SPOJLER 

Bo w zasadzie wszystko jakoś tak się układało, że spodziewałem się jakiegoś tłista. I mimo, że parcia na tłisty nie mam, to w tym przypadku poczułem rozczarowanie. Potem pomyślałem, że fakt, iż Bóg wygląda tak, jak dany "petent" sobie go wyobraża i robi to, czego ów "petent" pragnie, a nie to, na co zasługuje, jest pewnego rodzaju tłistem, niekoniecznie radosnym. Nie wiem zatem, co myśleć, może później cos wymyślę ;-) 

Tak czy owak, tekst mi sprawił przyjemność. Jak to zwykle u Ciebie bywa.

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Bardzo fajny tekst. Spodobał mi się pomysł z trzema fotkami. Taki niby prosty, a jednak rewelacyjny. Zenka sposób na wymiganie się od odpowiedzialności też bardzo ciekawy. Taki polski, z socjalistycznym posmakiem…

Trochę literówek Ci zostało.

– Добро пожаловать друг мой, прошу, испей немного из нашей волшебной реки!

Strasznie sztywno to zdanie brzmi. Jakby Rusek przemawiał do przewodniczącego KC KPZR. I to na trzeźwo.

i podarł na kawałki zdjęcia otrzymane od Boga, po czym wrzucił je do muszli klozetowej i podpalił.

To w jego muszli nie było wody?

Babska logika rządzi!

Hell oł…

Zacznę od literówki.

“Bóg grubym placem wskazał Zenkowi krzesło.” – chyba grubym palcem :)

 

Fajny tekst, ładnie napisany, zresztą, jak zwykle u Ciebie. Ciekawe dialogi i przede wszystkim pomysły. Bardzo spodobała mi się idea, że Boga tak łatwo nabić w butelkę – he he, w przypadku Zenka, nabiera to dosłownego znaczenia.

 

Z drugiej strony… naszła mnie pewna myśl – a jeśli Bóg jednak jest tu wszystkowidzący i zamienił oznakowanie na drzwiach, a chłop poszedł prosto do piekła? Albo każde drzwi dla niego prowadziły do piekła?

 

Chciałbym zobaczyć tu taki, bardzo pesymistyczny epilog, że Boga wy.ujać się nie da, ale to tylko taka myśl :) Hm… to kandydat do brązowego piórka?

 

Co do biblioteki nie mam wątpliwości.

 

Pozdro!

Stań się, kim jesteś.

Thargone – ​dziękuję bardzo za przeczytanie i komentarz. Tekst rzeczywiście bez tłista… Ale wciąż chyba w tłistach nie jestem najlepsza. Dziękuję za wyłapane błędy i cieszę się, że tekst ogólnie się podobał :)

 

Finkla – ​niezmiernie mi miło, że spodobał Ci się pomysł. Odnośnie muszli… Hmm… chyba muszę zmienić na umywalkę :) A to rosyjskie zdanie. Specjalnie prosiłam kolegę Rosjanina, żeby było dobrze, bo mój rosyjski nie za dobry… Am… Jak masz jakąś propozycję to z chęcią zmienię.

 

Piotrze – cieszę się, że opowiadanie Ci się spodobało. Dziękuję bardzo za klik. A odnośnie piórek, to myślę, że jeszcze muszę dużo nad wszystkim popracować.

 

Pozdrawiam serdecznie i miłego dnia!

 

 

Skoro tak to ma wyglądać, to nie mam wątpliwości, że trafię do nieba. ;P

Jak zwykle samo się czytało i cholernie mnie wciągnęło. Podobał mi się pomysł na poczekalnię przed sądem bożym, jednak z samym Zenkiem miałam problem. Z jednej strony chłop niby obyty, bo i skarbówkę oszukać porafi, a i Helenkę z ułańską fantazją bzyka w wannie, a z drugiej te gumiaki, które pasują mi jedynie do imienia. :)

Końcówka nieco mnie rozczarowała, bo też spodziewałam się jakiegoś mocnego łupnięcia, ale dopiero po przemyśleniu doszłam do wniosku, że Twoje rozwiązanie jest niezłe, bo skoro Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, to czego można się po nim spodziewać?

Bardzo mi się podobało, Katiu. :)

 

Dziękuję AQQ. Długo myślałam nad końcówką i mogłam bym próbować jakoś inaczej to rozwiązać, ale… Jakoś się na tą zdecydowałam.

A gumiaki. Hmm… Chyba zmienię na mokasyny :)

Pozdrawiam serdecznie :)

Hmmm. Może zmień to oficjalne powitanie na “priwiet” albo “zdrastwuj” (pisownia fonetyczna). Wywal “proszę” i przerób na pytanie zaczynające się “chociesz”?

Babska logika rządzi!

Też myślałam, że priwiet lepsze :) Ten mój kolega chyba trochę za bardzo chciał wszystko skomplikować… Ale, w sumie nie miał szans przeczytać opowiadania :) Zaraz coś pokombinuję.

Finkla, bardzo dziękuję za nominację.

Po namyśle dołączam do nominacji. Życzę wszystkim zajefajnego i chusteczkowego dnia! :D

Stań się, kim jesteś.

Dziękuję bardzo Piotrze i Tobie również życzę udanego dnia :)

Dziękuję :)

Stań się, kim jesteś.

No, może nie wiedział, o co chodzi i powiedział coś, co mógłby wygłosić władca do elfiego ambasadora…

Cała przyjemność po mojej stronie. :-)

Babska logika rządzi!

:):):) Pewnie tak. W sumie mogłam się tego po nim spodziewać… ;)

Jak zwykle o Ciebie, Katio – niezły pomysł przeistoczyłaś w całkiem fajne opowiadanie, więc z przyjemnością dołączam do grupy usatysfakcjonowanych czytelników.

 

Na­ci­snął przy­cisk par­te­ru z wy­pa­lo­ną po­środ­ku dziu­rą i ru­szy­li w dół. –> Dlaczego parter miał wypaloną dziurę?

 

i w ca­ło­ści, bez blizn na całym ciele… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

uj­rzał grupę czar­no­skó­rych ze splu­wa­mi, na­pie­ra­ją­cą się ze sko­śno­oki­mi… –> Co to znaczy napierać się z kimś?

 

dni mi­ja­ły jedne za dru­gim… –> …dni mi­ja­ły jeden za dru­gim

 

Zenek wstał i z całej siły kop­nął drew­nia­ne krze­sło. –> Zenek wstał i z całej siły kop­nął drew­nia­ne krze­sło.

Kopiemy coś, nie w coś.

 

– Aha…To ja też bym chciał zo­ba­czyć. –> Brak spacji po wielokropku.

 

Zenek na pla­cach się wy­co­fał… –> Literówka.

 

– A wie Pani, gdzie ją mogę zła­pać? –> – A wie pani, gdzie ją mogę zła­pać?

 

Po omac­ku, z wy­su­nię­ty­mi do przo­du rę­ko­ma po­su­wał się na­przód. –> Nie brzmi to najlepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Kopiemy coś, nie w coś.

A w kalendarz? ;-)

Babska logika rządzi!

Nie mam zamiaru kopać w kalendarz. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg – bardzo się cieszę, ze jesteś usatysfakcjonowana lekturą mojego tekstu. Jak zwykle bardzo dziękuję za wyłapane błędy (wszystkie poprawiłam) i zazdroszczę spostrzegawczości, spacja po “…”​ ja chyba nigdy nie byłabym w stanie tego dostrzec :) 

Miłego dnia :)

Brak spacji widać. Trochę trudniej z podwójną…

Babska logika rządzi!

To przy wyjustowanym tekście, jak dla mnie prawie niemożliwe, zwykle usuwam spacje, które są pojedyncze, a potem znowu je dodaję… I tak w kółko :)

Cieszę się, Katio, że uznałaś uwagi za przydatne.

A spostrzegawczość – no cóż, przestałam już sięgać tam, gdzie wzrok nie sięga i skupiam się raczej na tym, na co pozwala coraz bardziej, niestety, niedoskonały wzrok. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

:):):) Mój wzrok już od dawna nie najlepszy… I też już nie sięgam, gdzie on nie sięga :)

Aha, tak sobie jeszcze myślę, że może natura nie zaszalała w dawaniu mi rozumu i wynagrodziła to spostrzegawczością… ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie zauważyłam :) I tak sobie myślę, że natura jest niesprawiedliwa, i jednym daje zarówno dużo spostrzegawczości jak i rozumu, a drugim… 

…a drugim daje rozległe talenty, nie skąpiąc przy tym rozumu! ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

:):):)

Bardzo dobre opowiadanie, Katiu. Początek chwytający, podobnie jak cała relacja z Józkiem. Kiedy go zabrakło, akcja trochę siadła. Typowy problem środka opowiadania, nie ma się więc czym przejmować. Ale końcówka nadrabia z nawiązką. Motyw oszukania Boga i końcowej rozmowy – takiej swojskiej, jak w urzędzie, nomen omen, podatkowym – świetny. Tylko ten ostatni motyw zazgrzytał. Zagranie to bowiem fabularnie jest do bólu ograne. Jeszcze żeby go wezwał z powrotem albo coś, ale typowy pik nerwowy akurat mnie nie ujął.

Tym niemniej koncert fajerwerków znakomity :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję NoWhereMan​, bardzo się cieszę, że opowiadanie Ci się spodobało i dziękuję za klik. A nad ostatnimi czterema linijkami może się jeszcze zastanowię…

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego dnia :)

Tekst na pewno biblioteczny, szybko zleciało jak na 40K znaków. Bardzo fajne pomysły na boskie fotki, poczekalnię jako dzieło zbiorowej wyobraźni. Humor w porządku, choć tekst z pietruszką był jak dla mnie bardziej zabawny. Tutaj trochę za bardzo podchodiło pod klimaty typowych alkożartów. Zastanawiam się nad zakończeniem i trochę brakowało mi czegoś zaskakującego. Jakiejś bardziej podkreślającej puenty.

Także tekst biblioteczny, ale jak dla mnie nie piórkowy. Ale przy takim tempie wrzucania solidnych tekstów, pewnie jeszcze będę mieć okazję nominować coś twojego. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Dziękuję SzyszkowyDziadku, cieszę się, że opowiadanie się ogólnie podobało i mam nadzieję pisać w przyszłości lepiej :) I dziękuję za klik… :)

Bardzo fajne opowiadanie, które przeczytałam w najgorszym momencie sesji i teraz, prawie tygodniu, nadal je pamiętam. 

Jak to u Ciebie zwykle bywa – jest pomysł, bardzo dobre wykonanie i całość mocno działa na odbiorcę. Wciągnęło mnie od pierwszej sceny i nie pozwalało się nudzić przez kolejne czterdzieści tysięcy znaków. :) 

Bardzo się cieszę Rossa :) Miło mi słyszeć, że tekst zapadł Ci w pamięć. I trzymam kciuki za egzaminy :)

a poczekalnia to tak naprawdę duże miasto. Ponad sto pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców. Tylu mniej więcej ludzi umiera na świecie kaOKżdego dnia.

Skoro dziennie umiera 150 tys., a czas oczekiwania wynosi 7 dni, to miasto powinno liczyć 1mln 50 tys. mieszkańców.

 

2.VII.2008

Z tego co pamiętam z podstawówki, w zapisie dat z cyfrą rzymską nie ma kropek.

 

Przed blokiem czekało czarny mercedes klasy S.

 

Lekko i przyzwoicie napisane. Humor akurat mnie nie złapał, zdecydowanie bardziej podobało mi się opowiadanie z pietruszką. Miałaś parę ciekawych pomysłów (fotki, posłaniec-mafiozo), ale wymieszałaś je z rozwiązaniami wymyślonymi, zdaje mi się, naprędce, korzystającymi z klisz – fragmenty bazujące na stereotypach czy to o Rosjanach, czy Amerykanach, raczej mnie nudziły. Wpadłaś też w pułapkę własnego pomysłu, bo wyznaczając bohaterowi siedem dni oczekiwania czymś te dni należało wypełnić i nie wszystkie przygody wypadły ciekawie. Myślę, że 40k dla tego tekstu to przesada, jest gdzie ciąć.

Rozczarowało mnie zakończenie, wydaje się urwane. Naiwny bóg jako odzwierciedlenie własnych wierzeń – no ok, ale co z tego wynika? Nie widzę puenty, konsekwencji czynu Zenka.

Przeczytałem bez przykrości, ale i bez zachwytów.

No cóż, MrBrightside, nie pozostaje mi chyba nic innego jak zgodzić się z Twoimi uwagami… Dziękuję za przeczytanie i zaraz spróbuję skorygować błędy. Tylko z tą liczbą mieszkańców… Bo każdego dnia ich ubywało…

Ale każdego też przybywało tyle, ile ubyło. :D

Fajne :)

Cieszę się :)

Czytałam twoje opowiadanie na raty, w warunkach, które niestety nie pozwoliły mi wynotowywać po drodze tego, co zauważyłam. Nie było tego wiele, jakby co. Ze dwa razy znalazłam jakiś nieprawidłowy zapis dialogu, kilka przecinków (robisz postępy! ;), jakieś powtórzenia. To jedno mi zapadło w pamięć:

“Szli w milczeniu przez park, potem przez deptak ze straganami, skręcili do parku.”

 

Ogólnie rzecz biorąc opowiadanie mi się spodobało. Jest lekko napisane, z pomysłem. Podoba mi się też przewrotny koniec – że oszustwo się udało. W ogóle Bóg mi przypadł do gustu. Zgodzę się jednak z MrBrightsidem, że spokojnie dałoby się to wszystko skrócić, po zastanowieniu tak dopasować wątki i skondensować całość, by uniknąć dłużyzn i stereotypowych, niekoniecznie zabawnych żartów. Także lektura ogólnie na plus, rozrywkowa, ale też niepozbawiona wad. Niemniej dziękuję za miłą chwilę – a nawet kilka ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Joseheim – dziękuję bardzo za przeczytanie i komentarz. Cieszę się, że ogólnie opowiadanie Ci się spodobało i co nawet ważniejsze, że widzisz postępy w temacie przecinków. A że wciąż tekst nie pozbawiony jest wad… Cóż, będę się starała z nimi powoli walczyć w kolejnych swoich tworach :)

Pozdrawiam serdecznie :)

Wiesz, żaden tekst nigdy nie jest pozbawiony wad ;) Najważniejsze, że pisanie sprawia Ci przyjemność i ewidentnie z każdym kolejnym opowiadaniem po prostu robisz to lepiej. Powodzenia! ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dziękuję :):):)

Czytałem na telefonie, siedząc na zimnych schodach, bo współlokatorzy przekręcili nie ten zamek co trzeba :P No, przynajmniej te kilkadziesiąt minut szybko zleciało ;)

Ogólnie jestem zadowolony z lektury. Był pomysł, dobrze napisane, fajnie ukazane ludzkie zachowania (i przy okazji Boże).

Bóg trochę leniuch. Trzy fotografie to niezbyt reprezentatywna grupa. Nieźle można wpaść po “wylosowaniu” nieodpowiednich zdjęć. No, ale skoro Bóg został przedstawiony jako zmęczony urzędnik to nic dziwnego ;)

 

A mężczyzna z rysunku przypomina mi jakiegoś aktora, tylko nie mogę sobie przypomnieć którego… Może Ron Perlman?

Michael Shannon :)

 

Karol, dziękuję za przeczytanie i cieszę się, że ogólnie się spodobało. Taki tekst chyba trochę nie w moim stylu, ale czasem próbuję napisać coś lżejszego :)

 

Pozdrawiam serdecznie.

Wszystko jasne. Ale chociaż facet ma specyficzną twarz, nigdy bym się nie domyślił ;)

Wiesz Katiu, co Ci napiszę? Wiesz?

Pali licho przecinki, ale te literówki to już naprawdę świadczą o pośpiechu. Nawet w samej końcówce ostało się jakieś “uż”.

Nie przepadam za takimi przaśnymi, stereotypowymi bohaterami. Fragmenty o Amerykanach i Rosjanach też jak z kiepskiego kabaretu. Ale to wszystko było do wygrania, naprawdę zaufałem Ci i sądziłem, że to dla zmylenia przeciwnika, a na koniec uderzysz potężnym twistem. I miałaś to w ręku, zobacz, jak Ci komentujący podpowiedzieli: życie pozagrobowe każdemu według jego wyobrażeń. I Bóg, którego można oszukać. Tylko że takie życie i taki Bóg odbierają sens wieczności.

Gdybym przeczytał opowiadanie z takim przesłaniem, pewnie głosowałbym na TAK (nawet pomimo braków technicznych). Ale tego nie dostałem, musiałem sobie sam, albo z pomocą komentujących dośpiewać. Bo Tobie zabrakło do tego cierpliwości.

Katiu, czekam dalej na Twoje opowiadanie, które mnie zachwyci.

Cobold, dziękuję za komentarz. Chyba rzeczywiście brakuje mi cierpliwości i nie tylko w pisaniu, ale też w życiu :( I już chyba pogodziłam się z myślą, że nic zachwycającego nie stworzę :) Ale nie każdy musi pisać…

 

Wracam z komentarzem piórkowym.

Opowiadanie miało dla mnie bardzo dobry pomysł. Realizacja w większości mu podołała, choć niestety zabrakło kończących szlifów. Widzę tu nadal niedokończoną formę, gdzie można by niektóre rzeczy lepiej zrealizować (jak to pierwsze zakończenie, teraz widzę, że poprawione). Inni komentujący także podpowiedzieli, jak tekst dałoby radę rozbudować, by nadać mu jeszcze lepszy kształt.

Tak więc jestem na NIE. Twórczo idziesz w dobrym kierunku, ale musisz zastanowić się nad techniką ostatnich szlifów, pewnie też betowaniem. Sądzę, że wtedy piórko murowane :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki NoWhereMan. Na razie po prostu trochę zwalniam z pisaniem :) I zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Sympatyczny tekst. Fabuła nieco bardziej rozbudowana niż zwykle u Ciebie, ale to chyba głównie ze względu na długość. Mam wrażenie, że gdybyś inne pomysły nieco rozbudowała, efekt byłby bardziej piórkowy. Znowu kłania się Twój pośpiech.

Zresztą, bardziej podobały mi się Twoje inne teksty z lutego – “Jestem muchą” i “Człowiek bez głowy”. Myślę, że oba mogłyby się doczekać nominacji, gdyby nie to, że czytelnicy tak jakby się “rozrzedzają”. Wolisz dostawać po 5-7 komentarzy (głównie od tych samych osób) pod wieloma tekstami, czy może po 20 komentarzy pod mniejszą ilością tekstów? O tyle to ma znaczenie, że im większa liczba czytelników do jednego tekstu, tym wiarygodniejsze wnioski możesz wyciągnąć, bo istnieje mniejsze ryzyko, że trafiłaś akurat na parę osób o specyficznym guście. 

Tak więc trochę nie wiem, co mam Ci tutaj napisać. Motyw zaświatów nie nowy, ale posłużyłaś się nim w ciekawy sposób. Pomysł na to, że poczekalnia jest sumą ludzkich wyobrażeń – miodzio. Można było z tego wycisnąć więcej, choćby w końcówce. A tak to finał wybrzmiał słabo. 

Humor był jak na mój gust nieco zbyt sielankowy. Drażniły mnie imiona Józek i Zenek, wydały się takie dobrane na siłę, żeby było śmiesznie. 

Przez chwilę myślałem, że Józek okaże się Bogiem, który sprawdza, jaki Zenek jest dla innych ludzi. 

Pomysł z trzema zdjęciami – dobry, nośny. Taki konkretny motyw mobilizuje wyobraźnię czytelnika podwójnie: po pierwsze rysujesz w jego głowie konkretne obrazy, czyli wydarzenia z życia bohatera; po drugie sprawiasz, że czytelnik może zacząć myśleć, jakie byłyby kadry z jego własnego życia. Zwróć uwagę na to, że motywy/pomysły są różnych rodzajów. “Jestem muchą” dało jeden konkretny, sugestywny obraz. “Człowiek bez głowy” nieco bardziej otwiera się na czytelnika (czytelnik myśli o tym, jakby się porozumiewał dotykiem, co by czuł), ale najwyraźniej odbywa się to w powyższym tekście. Pytanie “Jakie kadry ze swojego życia byś wybrał?” jest pytaniem w rodzaju “Kogo byś wziął ze sobą na bezludną wyspę?”. To taki chwyt na kupienie czytelnika: sprawić, by zastanowił się, co zrobiłby na miejscu bohatera. 

Ogólnie na plus, ale stać Cię na więcej. 

I już chyba pogodziłam się z myślą, że nic zachwycającego nie stworzę :) Ale nie każdy musi pisać…

I proszę mi nie gadać głupot :)

Fun, dziękuję bardzo za komentarz. Też jak dla mnie najlepszym moim tekstem w lutym był “Człowiek bez głowy”​ :) “Mucha”​ była za bardzo kontrowersyjna i mam odnośnie tego opowiadania mieszane uczucia.

Wszystko sobie przemyślałam, rady Twoje, Cobolda i NoWhereMana i postanowiłam wolniej pisać, więcej myśleć i dodawać, tak maksymalnie jedno opowiadanie miesięcznie :) I zobaczymy, co z tego wyjdzie :)

 

Pozdrawiam serdecznie i jeszcze raz dziękuję za przecinki :)

Ojojoj, no no, ojojoj.

 

Z jednej strony bardzo fajne, z drugiej – zupełnie spoko. Czyli tak gdzieś już niemal na poziomie pełnej satysfakcji i, co za tym idzie, ślicznego piórka.

 Generalnie opowiadanie zdecydowanie sympatyczne i ciekawe, choć osobiście, jeśli chodzi o humor, to widzę go tutaj w zasadzie tylko w luźnym podejściu do konceptu po-życia. Sama opowieść, mimo kilku uśmiech-akcentów, wydaje mi się natomiast raczej smutna i nostalgiczna. Ale może w tym tkwi jej siła?

Obaj Panowie z lutowej stawki zażądali ode mnie “zarzucenia wiary (względnie niewiary)”, by odnaleźć w ich tekstach to, co gdzieś tam zakopali na dnie. Ale to tak nie działa. Ty, na szczęście, zrobiłaś inaczej – POZWOLIŁAŚ mi zarzucić tę wiarę-niewiarę, dając jasny sygnał, że nie jest mi ona tutaj potrzebna; że moja akceptacja tego czy innego motywu zupełnie nie ma znaczenia, więc zamiast grzebać w logice (której tu po prostu nie ma, bo brak na nią zapotrzebowania/tego czytelniczego również/ – co bynajmniej nie jest zarzutem), mogę skupić się na tym, co mi się podobało (bądź nie). Dzięki temu opowiadanie sporo zyskało (choć może uczciwiej byłoby powiedzieć, że po prostu nie straciło), bo gdybyś potraktowała swoją wizję zupełnie serio, tym samym i mnie zmuszając do takiego podejścia, niniejszy komentarz byłby… No cóż, o wiele dłuższy.

 

A tak, to mam zasadniczo trzy podstawowe elementy do rozpisania: pomysł, przedstawiona historia i wykonanie.

No więc pomysł: ten z trzema zdjęciami jest ciekawy i na swój sposób bardzo mądry, taki refleksyjny. Świetnie współgra z tym sławetnym, a wspomnianym tutaj przez Ciebie: “Nie znacie dnia ani godziny”. Z drugiej jednak strony ten motyw jest bardziej niż dosyć naciągany, by sprawdzać się jako coś więcej niż koncept humorystyczny. Gdyby się okazało, że w “realu” wygląda to podobnie, raczej ciężko bym się… zirytował. Zenek ma bowiem całkowitą rację, twierdząc, że trzy losowo wybrane momenty z życia to żadna podstawa, by kogoś oceniać. A już szczególnie, by miała to być ocena o tak wielkim znaczeniu.

Świat przedstawiony, jeśli już uwolnić go od ciężaru logiki i wszystkich tych pytań, na które odpowiedzi by się domagała, a których na szczęście zadawać nie muszę, również wypada dosyć ciekawie i sympatycznie (plusik za tę zbiorową kreację rzeczywistości), choć – mimo wszystko – zbyt abstrakcyjnie, by budzić jakieś naprawdę ciepłe uczucia. No i zostaje jeszcze ten zdarty schemat podziału zaświatów rodem z kawałów – nasze, ichnie i tamtych (szczególnie, jeśli Ichni to Amerykanie, a Tamci to Ruscy; fajnie chociaż, że tym razem odwróciłaś im “role moralne” w skali kosmopolitycznej) – który mnie po prostu trochę nuży. Wolałbym coś oryginalniejszego.

Historia Zenka, choć jakoś specjalnie nie miażdży systemu, w sumie całkiem przyjemnie wciąga. Generalnie pomysł chwycił i człowiek po prostu czeka na jego “Sąd” z wciąż narastającym zainteresowaniem. Szczególnie od chwili, gdy chłop postanawia kantować. I byłoby to, generalnie, mocno na plus wszystko, gdyby nie fakt, że zakończenie wypadło jakoś tak… niepełnie zupełnie. Ładnie, ale niepełnie, w związku z czym otwierają się przede mną dwie drogi interpretacji:

Z jednej strony nasuwa się wersja znacznie ładniejsza; taka, którą chciałbym móc przyjąć, ale za którą nie przemawia, obawiam się, nic poza moimi dobrymi chęciami. W tej wersji Bóg, doskonale świadom oszustwa, przepuszcza Zenka i tak, ponieważ podczas jego pobytu w Poczekalni zrobił mu zupełnie nowe zdjęcia, akurat w momentach, kiedy pijusek okazywał się po prostu w porządku gościem. Czy to taskając pijanego Józka do własnego mieszkania, czy pocieszając Wioletkę, czy w jakiejś innej jeszcze sytuacji. To byłoby naprawdę fajne, ciepłe i krzepiące zakończenie. Niestety, jak już się rzekło, jest to zakończenie, którego bym chciał, a nie takie, które otrzymałem (nic, prócz ostatnich słów Boga, nie wskazuje na takie właśnie rozwiązanie, a jedna wątpliwa poszlaka to jednak za mało). To natomiast, które otrzymałem, interpretuję w sposób następujący: Wiem, chłopie, żeś oszukiwał, w końcu jestem Bogiem i wiem wszystko (ale i tak siedzę we własnym piekle, bawiąc się w biurokrację, która w sumie do niczego nikomu potrzebna nie jest ;), ale idź już do tego nieba i nie truj mi tyłka.

To już samo w sobie wypada raczej przeciętnie, natomiast w porównaniu z tym, co mogłoby być, jeszcze traci. I to zdecydowanie traci.

 

Pewnym zgrzytem jest też sam Zenek i swoista bezrefleksyjność, z jaką zaakceptował swój los. Wydawałoby się, że śmierć i zaświaty będą wywierać większe wrażenie. Albo, mówiąc dosadniej: jakiekolwiek znaczenie. I że człowiek jednak poświęci trochę myśli i emocji ludziom, z którymi się właśnie rozstał, być może już na wieczność, a nie tylko “przy okazji”, skoro ta się już nadarzyła, sprawdzi, co u nich słychać (a raczej, czy go opłakują. Swoją drogą romans żony i kumpla też raczej tani i niepotrzebny). Nie powiem, gość da się lubić, ale zupełnie zabrakło mi w nim warstwy emocjonalnej na poziomie choćby prawdopodobieństwa.

 

Osobnym, wyłącznie już przyjemnym dla mnie aspektem tej opowieści, jest jej wykonanie. Tutaj bowiem muszę podkreślić, że w porównaniu z wcześniejszymi Twoimi tekstami poprawa jest kolosalna. Jeden, może dwa przecinki, do których można by się przyczepić, gdyby się naprawdę chciało, ale to chyba wszystko. Poza tym jest po prostu dobrze – styl, lekki i niewymuszony, ładnie współgra z przedstawioną historią, czyniąc lekturę naprawdę przyjemną.

 

Koniec końców, choć wahałem się nad tym (a w sumie, to nadal trochę się waham) nie przyklepię Ci tu piórka. Opowiadanie jest naprawdę fajne, już faktycznie wyższa półka, ale to jeszcze nie to, co mogłoby być.

Jestem jednak niemal przekonany, że jeśli nadal będziesz nam tutaj tak pięknie literacko rozkwitać (myślę o tym opowiadaniu i o poprzednim, również traktującym o sądzie ostatecznym i, normalnie: niebo a… niebo ;), to piórko z moim pełnym, uczciwym poparciem, jest już tylko kwestią czasu.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, bardzo dziękuję za ten długi i wnikliwy komentarz. Oczywiście zdaję sobie sprawę z braków tego tekstu jak i mojego obecnego pisania, jednakże cieszę się, że widzisz postęp w mojej twórczości i wciąż we mnie wierzysz :), bo ja czasem mam ochotę to wszystko rzucić… I ostatnio w każdej dziedzinie cierpię na brak weny :(

Odnośnie zakończenia… Rzeczywiście mam z tym duży problem i niestety coś sobie myślę, że pisania dobrych zakończeń nie da się po prostu nauczyć :(

 

Pozdrawiam serdecznie i miłego dnia :)

Katiu, da się. Kiedyś kończyłam tekst, kiedy uznałam temat za wyczerpany. Z czasem wywnioskowałam, że dobrze, kiedy na finiszu pojawi się jakieś “bum”.

Babska logika rządzi!

Hmm…. Będę próbować :) bo “bum”​ rzeczywiście w większości tekstów, by się przydało.

Że jestem na TAK, to dawno wiadomo, bo nominowałam.

Kupił mnie lekki nastrój tekstu – bardzo odległy od Twojej przeciętnej.

No i – jak już wspominałam – świetny pomysł z trzema zdjęciami. Jeden z tych niby prostych, ale dopiero wtedy, kiedy ktoś inny na nie wpadnie. Fajne jest również to, że prowokuje do refleksji.

Spodobał mi się również sposób, w jaki Zenek obszedł problem. Bardzo lubię, kiedy bohater używa głowy i wykorzystuje to, co ma pod ręką. Prawdziwy Polak wychowany w komunizmie. Jakoś nie zabolało mnie, że Bóg daje/ pozwala się zrobić w konia.

Babska logika rządzi!

Finkla, myślę, że piórka tym razem nie zdobędę, ale sama nominacja z Twojej strony niezmiernie mnie cieszy :):):), więc jeszcze raz dziękuję i może jeszcze kiedyś stworzę coś lekkiego :)

Pozdrawiam gorąco.

No to trzymam kciuki. Bo ja bardzo lubię lekkie teksty.

Babska logika rządzi!

Malkontenci :)!

Jak zwykle u Katii, czytałem zachwycony. Kupił mnie pomysł z poczekalnią, zachwycił – ze zdjęciami. I nawet Amerykanie i Rosjanie wydali mi się jacyś tacy… na miejscu. A w opku jak w życiu – chcemy jak najlepiej, a bywa, że kończymy przy flaszce i obcej kobiecie z marskością wątroby.

Bóg idealnie wpasował się w taki trochę siermiężny styl poczekalni. Stworzyłem was, ale właściwie po co? I teraz męczyć się muszę.

Jak dla mnie – majstersztyk!

Ale nie byłbym sobą, jakbym się do czegoś nie przyczepił:

– masz Twórcę, a o Bogu to raczej Stwórca mówimy?;

– “Proszę, otworzone – krzyknął Zenek.” – tu chyba powinno być “otwarte”;

– “Powoli skradł się” – a tu “podkradł się”.

Dzięki Katiu za chwile czystej magii :)!

Miejsce na Twoją reklamę!

Staruchu, dziękuję bardzo za miłe słowa :) i bardzo się cieszę, że tekst Ci się spodobał :) I oczywiście dziękuję za wyłapanie błędów. Wszystkie poprawiłam…

Pozdrawiam serdecznie i miłego wieczoru :)

Nowa Fantastyka