- Opowiadanie: Unfall - NOWA PRZYGODA KAPITANA VICTIMA.

NOWA PRZYGODA KAPITANA VICTIMA.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

NOWA PRZYGODA KAPITANA VICTIMA.

 

ROZDZIAŁ I – ​Impreza zapoznawcza.

 

Rape Victim ocknął się był jako pierwszy. Zawsze był pierwszy we wszystkim, tylko w jednym nie był – umierał zawsze ostatni. Dlatego był spokojny, bo nie wiedział gdzie był i jak tam był przybył, ale wyczuł był nosem, że nie był tam sam, więc nie mógł zginąć, zanim by nie był ostatni. W końcu był komandosem i był we wszystkim najlepszy, ale nie muszę Wam o tym pisać, bo przecież wszyscy go znają.

Rape otworzył jedno oko i jednocześnie też drugie, po czym rozejrzał się wnikliwie dookoła głowy. Pomieszczenie było duże i miało chyba z 10m kwadratowych, może nawet 11. Wokół ockiwali się też inni ludzie, a wszyscy byli przykuci kajdankami do ścian stojącymi w równych odstępach po 3m, tak, co by się nie mogli dosięgnąć, jakby chcieli. Było ich około 21, a dokładniej 20. Nie wiem, czy uda mi się opisać wszystkich 20 głównych bohaterów przy takim skąpym limicie znaków, ale pretensje należy kierować do organizatora konkursu. Jakby nie mógł ogłosić konkursu na mikropowieści. 

– Gdzie jesteśmy? Jak się tu znaleźliśmy? Co jest grane? Co się dzieje? – ​krzyczeli wszyscy naraz i po kolei jeden przez drugiego.

– Cicho! Dajcie pooglądać telewizor! – ​przekrzyczał ich mały chłopiec o czarnych lokach, czarnych oczach, czarnych spodniach, ciemnoczerwonej koszulce i mrocznym imieniu Piotruś.

– Co? – zapytał Rape jako pierwszy.

– Co? – zapytał księgowy Horacy.

– Co? – zapytała babcia Basia.

– Co? – ​zapytał Lenny dostawca pizzy, hotdogów, zapiekanek, frytek i kebabów.

– Co? – zapytała modelka Scharon.

– Cu? – z​apytoł góral Maciej.

– Szto? – sprosił Wania matros.

– Cio? – ziapytał bobas, ale on jeszcze nie był chszczony i nie miał imienia.

– Kotoo? – ​dodał werneguj, który nie był człowiekiem, bo był wernegujem.

W sumie zapytali wszyscy po kolei, ale Wam tego nie opiszę dokładnie, bo mnie limit znaków ciśnie.

Wtedy nagle wszyscy zobaczyli, że na środku pokoju pod sufitem wisi telewizor z klaunem w masce klauna i się uśmiecha. Ten sam, co go najpierw zobaczył Piotruś, a jeszcze najsampierw Rape, tylko nic nie powiedział, bo mu się nie chciało. 

– Witam na moim castingu – ​powiedział telewizor głową klauna – jestem Clown.

– Do czego ten casting? – zapytała Scharon zalotnie kręcąc loka pod pachą.

– Teraz wam nie powiem, bo nie ma czasu. Pod telewizorem leży bardzo wybuchowa bomba, która już tyka, a obok leżą klapcążki do przecinania kabelków od bomby. Jak nimi nic sobie nie utniecie, to wybuchniecie. 

Telewizor zamiast klauna Clowna pokazywał już sekundy do wybuchnięcia, a było ich mało.

10.

– Trzeba zaplanować plan, jak się odczepić od ściany i rozbroić ten IŁW – jak zwykle pierwszy zareagował Rape.

– Co to jest IŁW? – ​zapytała zadziwiona bogatym słownictwem kapitana (bo jak pamiętacie Rape był kapitanem) babcia Basia.

– IŁW to Improwizowany Ładunek Wybuchowy, ale teraz nie czas na wyjaśnienia, bo czas ucieka – odpowiedział nasz ulubieniec i zaczął szybko myśleć nad planem, bo czas uciekał.

9.

– Ma ktoś dzidę? – spytał Horacy.

– Ni, ale ja mom ciupaga – ​pedział Maciej i zrazu wpodł na pomysła – ​ciepna jo ciupagom w kabelki – ​i pudy to pomyśloł, wyciepał ciupagę, ino ni wcelowoł. Przelecioła ci ona 2mm od zilonygo drucika i poleciała dalyi.

– Aaaa! – ​zawołała modelka, umierając ze wstydu i rozpaczy po tym, gdy ciupaga przebiła jej sztuczną pierś.

– Co żeś uczynił nieszczęsny Macieju? – zaskowytała babcia Basia.

– No właśnie – zripostował Rape – zmarnowałeś ciupagę jełopie. A mogłeś sobie odrąbać rękę.

8.

– Czymu rzech mioł se ręka odrumbać? – zafrasował się góral.

– Aby się uwolnić z kajdanek i rozbroić bombę – ​wytłumaczył mu mały Piotruś. Miał szczeniak na karku tęgą głowę jak sam Victim, tylko bez zarostu i włosów w nosie.

– Masz głowę na karku, Piotrusiu – ​pochwalił go kapitan. – Ale do rzeczy, bo czas ucieka, a chyba nikt nie chce być wybuchnięty, prawda? Skoro ciupagi w cycu nikt nie sięgnie, ktoś musi sobie rękę odgryźć. Ja nie mogę, bo do duszenia zombiaków są potrzebne obie. 

7.

– Ja jestem jeszcze dzieckiem – zaczął wymówki Piotruś.

– Ja nie mogę liczyć do dziesięciu bez obu rąk – wymawiał się księgowy.

– Ja jesce nie mam sembóf, gugu gaga – mamrotał bobas.

– A ja już nie mam zębów – podchwyciła babcia.

– Kuo kiki kabito nou – rozgadał się werneguj, w sumie niepotrzebnie, bo przecież wszyscy wiedzą, że werneguje nie mają gumb z zębami, tylko trąbki.

– Ja nie utrzymam pizzy w jednej – ​tłumaczył Lenny.

Tym tłumaczeniom nie byłoby końca, gdyby nie Wania. Matros kłapnął, chapnął, zapił spirytem i już nie miał ręki, jak jaki bandyta z kasyna.

6.

Czas pędził jak rozpędzone pendolino po ślepym torze do nieubłaganej katastrofy. Wania wyrwał z kajdanek rękę, której już nie było i ruszył galopem do klapcążków. Pewnie by pobił rekord na 100m, ale tak daleko nie było.

– Wania! Wania! Wania! – ​wszyscy go dopingowali, chociaż to podobno zabronione, ale przecież Rosjanie nic sobie z tego nie robią, więc doping był. Już prawie dobiegał, ale poślizgnął się na krwi, co mu tryskała stróżkami z odgryzionej ręki i wywinął orła na lewą stronę.

5.

Wania taplał się w szkarłatno-czerwonej krwi i się nie mógł podnieść, bo się próbował podnieść na odgryzionej ręce, a z niej leciało jeszcze więcej krwi, na której jeszcze więcej się ślizgał. Wszyscy krzyczeli dookoła – Wstawaj łachu!

Tylko werneguj wrzeszczał – kukurukikaku! – ​ale nikt nie podzielał jego zdania.

4.

Wreszcie matros się pozbierał i chwiejnymi krokami doczołgał się do klapcążek, a trwało to chyba całą długowieczność. Chwycił je prawą ręką, ale sobie przypomniał, że ją sobie odgryzł, więc przełożył do lewej.

3.

– Tnij czerwony!

– Nie! Zielony tnij!

– Właśnie że czerwony!

– A nie, bo zielony!

– Utnij sobie zielony!

– Ani się waż! Zielony tnij! To znaczy czerwony! – ​wszyscy się nagle znali na bombach i dawali głupie rady.

– Tukato – wtrącił werneguj, chociaż szarego kabelka nie było. Ale przecież werneguje są daltonistami, to z kąt on miał wiedzieć, no z kąt?

2.

– No to sami sobie tnijcie, jak tacy mądrzy! – ​wnerwił się Wania i pizgnął klapcążkami o ścianę. Ta rykoszetowała i klapcążki trafiły w głowę Lenniniego, dostawcę pizzy, hotdogów, zapiekanek, frytek i kebabów, a te skręciły mu kark.

1,5

– No dobra, to tnij który chcesz! – ​zawołali wszyscy i się wreszcie zamknęli.

Wania doczłapał do klapcążek, podniósł je lewą ręką, żeby nie musieć już przekładać i w te pędy ruszył do bomby.

– Będę ciął czerwony, bo widziałem dużo filmów z bombami i rozbrajacze zawsze w tych filmach ucinają czerwony. – zakomanderował i w te pędy ruszył do bomby.

1.

– Tnij wreszcie! – ​odemknęli się przed chwilą zamknięci wszyscy, bo już się troszeczkę niecierpliwili. Wania w te pędy ruszył do bomby i zaraz przeciął czerwony kabelek. W tym momencie pół bomby wybuchło i zabiło połowę głównych bohaterów. Może pożyliby dłużej, gdyby nie skąpy limit znaków. Tak oto ogłaszacz konkursu ma krew na rękach bohaterów, bo mu się czytać dłuższych tekstów nie chce. Chociaż tylko trochę ma tej krwi, bo i tak muszą wszyscy zginąć, bo zostać musi tylko jeden. Ale nie zdradzajmy zakończenia. Na razie przeżyli Rape, Horacy, Basia, Piotruś, bobas, werneguj, Maciej, ojciec Borowik i Wania, chociaż Wania nie całkiem, bo zaraz potem się wykrwawił.

– Aha – odezwał się telewizor klaunem – ​zapomniałem wam powiedzieć, gdzie macie kluczyki od kajdanków!

– Zaszyte pod kolanem? – zapytał Horacy.

– Pod gałką oczną? – wtórował mu ojczulek.

– Nie. – wyjaśnił Clown – ​w kieszeniach w spodniach. Aby bobas ma w pampersie, a wereguj w karitaku, bo nie noszą spodni.

– Ha ha ha – jako pierwszy wybuchnął śmiechem Rape. – dobry żart.

– Ha ha ha – ​wybuchli pozostali. Nie wybuchli aby ci, co wybuchli, bo byli wybuchnięci i już im nie było do śmiechu, bo w końcu nikt nie lubi być umarty.

– A dlaczego wybuchło tylko pół bomby? – spytał przenikliwie Piotruś.

– Bo przecięliście tylko jeden kabelek, a nie dwa. – ​wyjaśnił klaun i wszyscy tylko pokiwali głowami, bo czegoś się nowego nauczyli o bombach.

– To na co ten casting? – ​zapytała Scharon, chociaż była nieżywa, ale ciekawość była silniejsza niż śmierdź.

– Masz dzidę? – dodał pytanie Horacy.

– Nie mam – ​wyparł Clown. – ​A casting jest na superbohatera. Bo wiecie, każdy superzłoczyńca, jak na przykład Jocker i Batman, ma swojego superbohatera, a ja nie mam – ​zapłakał nad swym wdzięcznym losem.

– A, to nie dla mnie – konkludowała modelka i teraz to już umarła na dobre.

– Musicie wyjść z piernikowej chatki na polankę. Tam musicie wdechnąć dym z superogniska, a dostaniecie swoje supermoce. Ale to jeszcze nie koniec. Potem musicie przejść przez wielki superlas, pełen groźnych i niebezpiecznych bestii, wejść na supergórę, która ma na czubku studnię długowietrzności. Musicie wszyscy napić się z niej wody, aby wasze supermoce zostały wam na zawsze. Ale uwaga! Nie możecie się z niej napić wszyscy, bo wody wystarczy tylko dla jednego, więc pewnie przeżyć musi tylko jeden. Ale nie zdradzajmy zakończenia.

Jak tylko klaun zniknął się z telewizora, wszyscy zaczęli się odpinać swoimi rękami od ściany. Aby werneguj się nie odpinał, bo nie miał rąk, tylko gargole. Tu jest chyba dobry moment, aby go opisać, bo przecież jeszcze nie każdy wie, jak taki werneguj wygląda. Ten miał tukatową skrytuję, cztery gargole, dwa trampaje i trąbkę na środku grybudy. Był raczej średniego wzrostu, bo miał jedynie 3 tekany wzrostu, chyba że stawał na gargolach, to wtedy tylko 2. Z zawodu był kernolem i bardzo lubił jeść (to znaczy wciągać trąbką) trafty z grujami. Na imię miał tak, że i tak byście nie wymówili, więc skoro był tu jedynym wernegujem w tym towarzystwie, nazywajmy go więc po prostu wernegujem. No, to opis jednego bohatera mam już z głowy, ale nie wiem ilu jeszcze uda się opisać w tych marnych 30000 znaków, a chciałbym, aby opisy pozostałych były równie dokładne i interesujące.

W międzyczasie nasi bohaterowie (oczywiście ci przeżyci) przegryźli się już na wylot chatki i stanęli na zewnętrzu. Co prawda drzwi nie były zamknięte, ale szkoda było przegapić taką okazję nawpierniczania się piernika. 

{ Już mi się chyba nie chce dalej pisać. Albo dobra. }

 

***

 

ROZDZIAŁ II – ​Przy ognisku.

 

Jak już wspomniałem, wszyscy wyszli na zewnętrze spierniczałej chaty. Powiecie pewnie, że najsampierwszy był Rape, bo on zawsze był pierwszy, ale nieee. Ale nieee! Rape by wyszedł pierwszy, jakby wyszedł, ale on nie wyszedł (taki twist, a co!). On został we środku.

– Wychodź Rape! Co nie idziesz wyjść? – ​zapytał Lenny albo ktoś inny, bo Lenny chyba już wtedy nie żył.

– Ja zostaję – ​dobiegło Rapem z chatki.

– Ale trzeba iść na spotkanie przygodzie, wdechnąć dymka i łyknąć łódki ze studzienki – zaoponował Piotruś.

– Nie mogę. Muszę poczekać, aż wybuchnięci zmarli zamienią się w nieumarłych zombi, żeby ich pozamieniać na zmarłych nieumarłych wybuchniętych byłych zombi.

– Widział ktoś dzidę? – wtrącił Horacy.

– Nie chcesz być superbohaterem? – nie dawał za przegranego Piotruś.

– Chce być superbohaterem z dzidą – ​odparł księgowy.

– Nie ty! Ty! Ty też nie! – zrobiło się małe zamieszanie, bo dzidy nigdzie nie było. – ​Mówię do Victima!

– Ale ja nie mam dzidy – wyparł kapitan.

– Ale mnie chodzi o superbohatera! Kapitanie, nie chcesz supermocy? – ​drążył dziurę w temacie chłopczyk.

– Aaaa. Ale ja już jestem superbohaterem – replikował Rape. – Jestem super, mam super helikopter, super Pipę, na twarzy okulary, bojówki i glany… – nagle ściszył swój barczysty głos – ​Zdradzę wam tajemnicę. Tylko nie wygadajcie czytaczom! Ja tu jestem tylko wabikiem na nich. No wiecie, umieszcza się taką sławę jak ja, żeby przyszli i czytali, bo lecom na takich w huk wyjechanych gości jak muchi na kupę. Ale już wystarczy tej posługi autorowi (no coś tam dla mnie zrobił niby) i czas się cichaczem zniknąć po amerykańsku.

– Ułaaaa! Ale doi po kierpcoch – ​krzyknął właśnie góral, który wdechnął dymka z ogniska, aby pomóc autorowi odwrócić uwagę czytaczy od znikniętego.

– I co, masz supermoc? – zapytał Piotruś Macieja.

– Mom – ​rzekł se Maciej, a wyleciana z cyca ciupaga suportowała mu do nogi.

– A dzidę? – ​zapytał Horacy wciągający właśnie nosem dym do nosa, ale już mu nikt nie odpowiedział.

I tak po kolei wszyscy przeżyci i niezniknięci zaczęli wdychać nosem dym znad ogniska na zewnętrzu chaty, które było podwórzem w środku lasu. Aby dzidzia wdechnęła dym idący nisko spod ogniska, a werneguj trąbką. Nie opiszę wam jednak wszystkich supermocy, które dostali, bo by mi na pewno nie starczyło na to limitu znaków. Będziecie się ich musieli domyślić z przygód, jakie zaraz nastąpią, ale nie będzie ich dużo, bo wiecie dlaczego.

– Wszyscy już wdechnięci dymkiem? No to idziemy! – zakomanderował Piotruś.

– Ja nie idę – opanował ksiądz.

– No masz, następny! – skrzywił się Piotruś. – Co, też będziesz gwiazdorzyć?

– Nie – odparł Borowik – ale po co mam leźć przez las, skoro mam supermoce.

– Umiesz latać? – spytał Lenny, dostawca pizzy, kebabów, hotdogów i frytek, bo on jednak przeżył zamiast babci Basi.

– Jo umiem! – wydarł się Maciej – to znaczy ni jo, ino mojo ciupaga – rozprostował, po czym wsiodł na ciupagę i odlycioł.

Tymczasem ojczulek zatelefonował i po chwili na skraj polany jakiś bezdomny podstawił mu maybacha. No i odjechał. Lenny zabrał się z nim czepiając zderzaka na swojej deskorolce. Horacy poszedł szukać dzidy. Bobas poraczkował w krzaczory, a werneguj się odturlał w chaszcze. Towarzystwo się rozlazło jednym słowem po lesie, babcia Basia, jak się okazało, jednak nie żyła za Lenniego, no i Piotruś został sam.

Ale Piotruś wcale się nie bał iść sam przez superlas. Nikt nie wie, że ten chłopiec to szerokiej sławy, Czarny Piotruś, assasyn i zabójca w jednej i własnej osobie, którego zabójcze moce teraz się jeszcze zsuperowały. Jak nie chcą z nim iść to niech idą, a i tak nic im z tego nie przyjdzie, bo gdy przejdą przez las, wejdą na górę, przyjdzie im dojść do tego, że on przeszł, weszł i doszł przed nimi. Teraz, gdy znikł Rape, on był faworytą losu w tej nieprzespiecznej grze.

 

***

{jakoś nie mogę powyśrodkować gwiazdków}

 

ROZDZIAŁ III – Jazda bez trzymanki.

 

Lenny, dostawca pizzy, frytek, hotdogów, kebabów i falafeli urwał maybachowi w środku lasu zderzak i tak jechał śmiesznie jeszcze parę kilometrów (bo było pod górkę) po piaszczystej, leśnej dróżce ze zderzakiem wyciągniętym przed Lenniego rękami Lenniego do przodu. Niezłe jaja, co? To teraz Wam go opiszę, bo akurat śmiesznie wyglądał. Miał czapkę z daszkiem do tyłu, pryszczami i kurtką z domino. Miał jasne, długie i tłuste włosy spod czapki, a na nogach spodnie z dziurami w kratę i pepegi na deskorolce. Na rękach miał zderzak z maybacha z numerem rejestracyjnym OJ-DYR04 i muchami, co się na nim z rozpędu rozplaskały. Takie same miał w uśmiechu między zębami i komary też. Z zawodu był dostawcą pizzy, hotdogów, kebabów i frytek, a czasem nawet zapiekanek, keczupu i sprajta. Miał też ciekawe hobby – lubiał pluć do kebabów, wkładać gile pod salami w pizzy i pierdzieć na hoddogi, a frytki wkładał sobie do… a, nie ważne. Nie mogiem się rozpisywać o Lenninie, bo mi limitu znaków na ciekawsze rzeczy zabraknie. A tu przecież właśnie Lenny, wyjąc doniośle do księżyca, zauważył, że nagle od kilku kilometrów biegnie za nim stado wilków. Ale jak to w superlesie, nie były to wcale zwykłe wilki, tylko wilkołaki. Zanim Lenny, dostawca pizzy, frytek, hotdogów i zapiekanek użył innych swoich supermocy, najpierw narobił w gacie, a to co narobił, niechcący przeleciało przez dziury w kracie spodni Lenniego i zaminowało drogę za Lenniem. Wielu zacnych i rodowitych wilkołaków poległo na tym polu, wdepnąwszy i poślizgnąwszy się na Lennych bobkach, przewrócąwszy się i skręciwszy karki. Ale pogoń nie malała i szalała dalej. Tedy wyjął Lenny, dostawca jadła wszelakiego z kieszeni pudełko po pizzy, roztworzył je i zaczął pizgać za siebie małymi pizzami na cienkim cieście, jadąc nadal w przód, jak i chwilę nazad. Wielu legendarnych wilkołaków, w walce z wampirami zaprawionych, poległo w tej epickiej bitwie, ginąc pod margeritą, albo hawajską z ananasem. Ale pogoń trwała w nielepsze. Tak więc Lenny, zmuszony do posunięcia się dalej, posunął się i począł pizgać średnimi, aby zwilkołaczone szeregi przerzedzić, a posunięty do ostateczności użył dużych, familijnych na grubym cieście, bo taką supermoc też posiadał. Wyrwy w wilkołaczych szeregach nie miały końca po takim ich spustoszaniu, a gdy Jazgator Wielki Wściekłykieł XIV, przywódca Hordy Północnej i Połódniowej, Wschodniej i Zachodniej, padł zadławiony wegetariańską z oliwkami, wilkołaccy wojowie wycofali się w mroczne knieje superlasu, choć ich niedoszła ofiara miała dla nich jeszcze w zanadrzu piekielnie gorące hotdogi i ostre jak brzytwa kebaby. I pewnie gnałby SuperLenny, były dostawca pizzy, kebabów, hotdogów i frytek, a aktualny superbohater, gnałby na deskorolce, trzymany za zderzak ręcyma sojemi, gnałby po dziś dzień leśnymi duktami, gdyby nie radość jego przedwczesna ze zwycięstwa. Roześmiał się bowiem on ów był zbyt szeroko, a zęby jego jednej jedynej muchi odflirtować nie zdołały były no i masz… Zadławił się był roześmiany nad swym żałosnym losem. Padł jak zabity bzycząc muchą w gardle, która mu tlen była zatkała w dopływie, aż się zderzakiem maybachowym nakrył jak wiekiem do trumny, której nie było. A wszystko by wyglądało na nieszczęsny wypadek, gdyby gdzieś w ciemnej kniei nie zamajaczył, spowity gęstym mrokiem, cień czarnego assasyna, chowającego do kieszeni procę na muchy.

 

***

 

ROZDZIAŁ IIII – Leśne radio.

 

Tuż za zmartwionym już wtedy Lennym jechał ojciec Borowik swoim nowym, choć już lekko wybrakowanym maybachem (brakowało tylnego zderzaka). Gdy wjechał w Lenninowe superekstrementy, to mu i nawet ABS nie pomógł wyjść z poślizgu. Zboczył więc, zjechał z trasy, bo bez szofera nie był w jeździe wprawiony, jak na Borowika przystało, odbił się od jakiegoś seicento, wpadł w świeżo i złośliwie przez kogoś strząchnięte z drzewa jodlane igły i przebił oponę, choć była pancerna, niczym brzoza.

Nic sobie z tego ojczulek nie robił. Wysiadł i nawet do bagażnika za zapasowym kołem nie zajrzał, bo takiemu super gościowi łatwiej maybacha zmienić, niż koło. Najsampierw wyjął z sutanny komórkę i już chciał do kolejnego bezdomnego dzwonić, gdy w oko wpadł mu wskaźnik zasięgu, którego nie było w lesie. No cóż, trzeba było skorzystać z innych supermocy. A już rude wiewióry, wielkookie sowiska, długouche królikowce, a nawet krwawołbe dzięcioły ostrzyły sobie dzioby na kościelną ofiarę pohukiwając dookoła. Ale nawet tych przerażających potworów ksiądz się nie ulągł. Szybko je ekskomunikował i miał je z głowy.

Wyrwał maybachowi radio z maybacha, ułamał antenkę z biretu i przyprawił radyju. Potem gałkę od biegów do radia przykleił na ślinę i już miał gotowy radiowy sterownik z joystickiem. Korzystając z niego zawrócił był kilka pielgrzymek i skierował do lasu, aby go były chroniły od złego i do celu zaniosły. Nie przewidział był jednak, że znajomy jakiegoś assasyna rozpoczął właśnie niechlubną, aczkolwiek gospodarczą i dochodową działalność u wejścia do superlasu, ustawiając tam dom publiczny, klinikę aborcyjną i kilka seksszopów, co okazało się stanowić zaporę nie do przebrnięcia. Ogromnym powodzeniem cieszyły się szczególnie owe szopy, a pielgrzymkowe niedobitki ginęły na skraju lasu w pogoni za stojącymi przy drodze rusałkami.

A w lesie już dziki olbrzymie szable zaczęły na wielebnego ostrzyć. Nic to jednak dla jego supermocy. Zaraz zsumonował moherowe zastępy i wypuścił w ostępy z parasolami na bagnety przeciw tym dzikim szablom. Pojawiły się jednak i niedźwiedzie potężne, czarne , brunatne, białe, łaciate i jakie tam tylko chcecie, a to już nie przelewki. Ojciec Borowik musiał się bronić w defensywie, sypiąc z rękawa strumieniami wody świętej geotermią podgrzewanymi, aby przeciwników odparować.

I pewnie wygrałby duchowny, gdyby tylko dzikie bestyje przeciw sobie miał. Ale tam w wydarzeniach już od początku brudne paluchy maczał jakiś mroczny, ale dotąd z imienia nierozpoznany zabójca. A przebiegły był ci on, oj był. Wtem z maybachowych głośników poleciały wiadomości, że ze SKIKów, w których ksiądz był książęce oszczędności całego wystawnego życia bunkrował, pieniążki wraz z prezesem, jak te niedźwiedzie strugami wielebnego podlewane, takoż bezpowrotnie odparowały. 

Gdyby miękkie miał zakonnik serce, pewnie by przeżył, ale serducho jego twarde było, w multipleksowych bojach zaprawione jak kamień, a co za tym idzie, mało plastyczne i kruche. Padł na wznak nasz superbohater z sercem na pół rozpękłym, bo z superkont SKIKowych jego supermoce zasilane były. Zapomniał też, że radyjo z maybacha był wyrwał, przez co głośniki maybachowe samowolnie przez tajemniczego, ukrytego w sztucznej mgle assasyna strepanowane wiadomości podawały.

Ja natomiast zapomniałem wam tego znamienitego superbohatera opisać, więc zrobię to teraz pośmiertnie. Leżał, więc był raczej długi, a nie wysoki, a zarazem bardziej wysoki, niż gruby. Miał na sobie obszerną sutannę z ukrytymi kieszeniami na łapów… na ofiary, a na koloratce wygrawerowany numer konta. Trudno powiedzieć, czy z przyrodzenia był blondynem, czy brunetem, bo był łysy. Zanim został superbohaterem, pracował w mediach.

Teraz las szeleścił nad jego trupem i jego maybachem swoimi liściami i szumiał swoimi gałęziami z wiatrem wyjącym mu w jego dziuplach. Obolały superlas też leczył swoje rany, zadane jego wilkołakom, zwierzętom i potworom. A las był naprawdę ogromny i miał ogromne, stare drzewa z kostropatą korą i powygibanymi gałęziami. Wszędzie były porozrzucane jakieś pniaki, patyki, liście i szyszki, jakby od lat nikt tu nie sprzątał. Trochę to nieładnie ze strony jego mieszkańców, że tak nie dbają o porządek, tylko się ciągle uganiają za jakimiś superbohaterami, grzybiarzami i gajowym Maruchą.

Tak oto opisałem wam już drugą epicką rozpierduchę, a gdyby nie limit znaków, to pewnie byłoby ich ze 20. Reklamacje kierujcie wiecie gdzie.

 

***

{zaraz mnie sztag trafi z tymi gwiazdkami. edytor-sredytor}

 

ROZDZIAŁ IIIII – Na skraju góry.

 

Przeszedłszy las Horacy wyszedł z lasu. Miał w nim ogrom śmiertelnych przygód, których Wy jesteście pozbawieni dzięki niewystarczającemu limitowi znaków. Możecie o nie pytać w komentarzach, to może Wam opowiem. Dość że przeżył, bo supermoce miał zaiste potężne. Jego wygląd charakteryzował się teczką, łysiną, okularami grubymi jak słoiki. Lubił dodawać i dzielić, trochę mniej mnożyć i gaciami na szelkach.

Zobaczył Macieja, który siedział właśnie na supergórze, ale siedział na samym jej dole, rzekłbym u podnóżka, ale na skale będącej częścią góry, czyli jednak na górze. Maciej był zajęty plecami do Horacego i coś tam strugał ciupagą. 

– Co robisz, Macieju? – zapytał księgowy górala, a że przeszedł cały las wzdłuż i wgłąb w poszukiwaniu, musiał też dodać – znalazłeś dzidę?

– Ni – zbył go przebiegły górołaz, odwracając się plecami od niego a przodem ku mu – Ale żech dzida wystrugoł – żachnął się serdecznie i wręczył przyjacielowi włócznię. Ale nie taką zwykłą, kija zatemperowanego, ale porządną, z osikowego kołka ciosaną, co i na wampiry dobra, na odyńca, a i superbohaterem by nie pogardziła.

– O ja cię… Ale fajna! – Zachwytom Horacego nie było końca, ale koniec przyszedł na Macieja, gdy ostry koniec dzidy przeszył go w końcu, kończąc jego wysokogórski żywot.

– Dlaczeguj? – zdążył jeszcze wymamrotać przed swym końcem.

– Zawsze marzyłem, aby kogoś dźgnąć dzidą, a że nadarzyła się wreszcie długo oczekiwana okazja… No wiesz, taka ekstrawagancja. Nic osobistego. – rzucił Horacy na odchodne, bo nie chciał dłużej przeszkadzać przyjacielowi w umieraniu.

Opis górala Macieja był malowniczy, przez flaki, co mu wyszły dziurą po dzidzie. Miał je na sobie obok już nie białej koszuli, góralskich spodni z szerokimi szlufkami na góralskie pasy, muszelkami na kapelutku i założonymi na lewą stronę kierpcami. Zawsze mu się myliła lewa z prawą, dlatego ciupagę zazwyczaj trzymał oburącz, choć ta w zasadzie była półtoraręczna. Maciej nie pracował, nie miał żadnego hobby i nic nie lubił, bo był już martwy.

Leżałby tak samotnie na górskim szlaku, gdyby nie jego wierna superciupaga. Szast, prast, szybciuteńko załatwiła mu towarzysza, z czego najmniej zadowolony zdawał się być Horacy, bo on chciał iść dalej, ale z ciupagą w plecach było mu ciężko. I tak spoczęli obok siebie dwaj przyjaciele, druhowie podróży, niezmordowani superbohaterzy, wymordowani zdradziecko ostrymi przedmiotami nawzajem. Ich mięso zgniło, a wnętrzności odpadły od kości i by tak świeciły na biało na przestrogę u skraju góry, gdyby za chwilę nie miała zejść lawina, która ich pokryje. Potem w to miejsce upadnie traft z grujem, którego werneguj nie dogoni, by po latach wyrosnąć drzewem, a korzeniami wymieszać im kości. Ale nie wyprzedzajmy akcji.

Najbardziej zadowolony zdawał się być tajemniczy assasyn, którego tu aktualnie nie było i który co prawda inny los poległym druhom przygotował, ale pogodzić się musiał ze skąpym limitem znaków. Zresztą skutek pewnie byłby podobny, tylko mniej radochy z czytania, ale to już nie wina autora.

 

***

 

​ROZDZIAŁ IIIIII – Gugu gaga.

 

Bobasowi też udało się pokonać superlas, bo był mały i raczkował pod ściółką, tak więc wszystkie potwory go nie widziały. Teraz jednak musiał raczkować pod górę po skale, gdzie z góry był widoczny jak krowi placek na autostradzie. No i cabas – chwycił go wielki orzeł ludojad i zaraz go wyfrunął do gniazda swojego z małymi. Tam go miały pożreć pisklęta w ramach egzaminu na ludojada, ale akcja nagle zmieniła kolej rzeczy. Bobas bowiem skupił się na swojej supermocy i wypełnił nią pampersa, a smród poszedł po okolicy taki, że się tysiącletnie głazy obluzowały. Dobrze, że to nie było już w lesie, bo groziło niekontrolowanym samozapłonem i katastrofą ekologiczną na taką skalę, jaka się szyszkom nie śniła. Skutkiem stosowania broni biologicznej był wpływ na zmianę zamiarów orłów ludojadów na temat szkolenia potomstwa, które w trybie pilnym rozpoczęły przedwczesną naukę latania. Uratował by się superbobas tym oto sposobem, gdyby nie nierozwaga Czarnego Piotrusia, może i celowa, bo przecież głupi on nie był i wiedzieć powinien, że w górach się nie krzyczy.

– Brawo bobas! – krzyknął ten ów doniośle, aczkolwiek chyba nieszczerze, bo ruszyło to głazy, wcześniej smrodem poluzowane. I zeszła ogromna lawina, a biedny bobas zszedł razem z nią (Widzicie, jaka cudna paralela mi wyszła! Lawina zeszła, a bobas z nią w sęsie że się zturlał razem z nią, ale jakby też zszedł z góry i jeszcze zszedł w sensie umarł. Mówcie mi miszczu!). Nawet wam już bobasa opisywać nie mogę, bo spod sterty kamieni wcale go nie widać. Tylko jeszcze supersmród czuć, niemy świadek tragedii i eteryczna nagrobna tablica w jednym, zdająca się wybrzmiewać słowami “tu śmierdzi pogrzebany”. 

 

***

 

ROZDZIAŁ IIIIIII – Na górze góry.

 

Czarny Piotruś był pewien zwycięstwa, bo wyleminował wszystkich innych głównych bohaterów, poza tymi co wybuchli, wykrwawili się, zniknęli, sami się zabili i zostali trafieni ciupagami i klapcążkami, a poza tym limit znaków zbliżał się do limitu. Już wlazł na supergórę i witał się z gąską, a tu przyszło mu się przywitać z wernegujem. Ten łach wturlał się na górę pierwszy i już siedział na studni okrakiem i czterema gargulami wyciągał wiaderko ze studni. Piotruś chciał mu coś zrobić, ale nie chciał. Dostać trampajem, albo z grybudy to mogło nie być przyjemne. A już supertrampajem to już na pewno nie.

Pozostało czekać, aż werneguj wyciągnie wiaderko. Trwało to całą długowietrzność i się wyjaśniła dziwna nazwa studni, bo była ona na samej górze supergóry, a jej dół był na samym dole i wiaderko trzeba było wciągnąć z dołu na górę. Gargule mu się ślizgały na sznurku, a jak wreszcie wyjął wiaderko, to było puste z dziurą w denku bez wody.

Jak już jesteśmy przy wodzie to czas opisać kolejnego głównego bohatera. Był nim Czesław Malina i hydraulik. Miał niebieskie spodnie na szelkach z narzędziami i francuskim kluczem do rur. Kieszenie miał wypchane pakułami do wypychania rur i beret z antenką, a nawet podkoszulek bez rękawków. Jego ulubionym zajęciem było pożeranie mózgów, bo był umarty od bomby i stał się już zombi, ale nie na długo, bo Rape już tam był. Gdyby nie skąpy limit znaków pewnie by przeżył i dopiero w superlesie by go tajemniczy assasyn jakoś zabił, albo nawet na supergórze i miałby przynajmniej przed śmiercią super przygody i miałby potem co wspominać, albo wnukom opowiadać.

Tymczasem werneguj chciał jeszcze raz wrzucić wiaderko do studni, żeby je znowu wyciągnąć. Ale Piotruś miał asa w rękawie, którym był traft, co sobie o nim właśnie przypomniał. Pokazał trafta grujem do werneguja i rzucił w dół góry. Werneguj rzucił się w pogoń za traftem też w dół góry, bo miał na niego smaka, a Piotruś rzucił się do wiaderka. Werneguj turlał się z góry szybciej i szybciej i aż się tak zakręcił, że się wokół niego ugięła czasoprzestrzeń* i wpadł do tego leja i się znalazł w innej galaktyce.

Tak oto Czarny Piotruś wygrał casting. Musiał tylko jeszcze się napić łyk wody, ale nie był taki głupi. Zakleił wiaderko gumą do dziury i dopiero zaczął spuszczać i ciągnąć i już by zaraz wyciągnął, ale się był obudził.

 

***

 

EPITAFIUM

 

Piotruś się obudził po tym, jak otworzył oczy i zobaczył sufit. Usiadł i zobaczył ścianę, a potem opuścił oczy i zobaczył podłogę, żeby zobaczyć kapcie. Założył i spróbował wstać. Udało się za drugim razem, bo podnieść 150 kilo to wcale nie tak łatwo. Poszedł po parkiecie do łazienki, drapiąc się po brzuchu i szurając po nim kapciami. Zrobił siku i popatrzył w lustro. Znów miał 40 lat i włosy w nosie. Poszurał do kuchni i wziął z lodówki wczorajszą pizzę. Wziął też telefon, żeby potem zadzwonić po dzisiejszą i jutrzejszą, to mu Lenny znowu przywiezie. 

Poszedł do salonu i wcisnął się w swój ulubiony fotel, w którym się już odcisnął. Z konsoli wyjął płytę blueray z filmem “Wściekłe zombi – reaktywacja”​ z Kapitanem Victimem w roli głównej, co nic innego już nawet nie oglądał, taki był dobry. Potem odpalił Assasyna, się zalogował Czarnym Piotrusiem i znów był małym chłopcem, zabójcą i pł

Koniec

Komentarze

atnym mordercą. Teraz już wiecie, kto był tajemniczym przebiegłym assasynem ze snu Piotrusia. Poszedł grindować lewele, co by mieć jeszcze lepsze supermoce. Może potem poszuka jakiegoś questa.

 

KONIEC

 

ha ha ha

zhakowałem limit znaków :P

PS.

Jak szukałem tagów, to znalazłem ten – "oniryzm"

Ja rozumiem, że można pisać o takich świństwach i bezeceństwach, ale moim skromnym zdaniem wystarczyłby tag "erotyka".

Rewelacyjne! Rape Victim mnie zniszczył już w pierwszym zdaniu. :D Pod koniec trochę spadek formy i nudnawe te niektóre wątki w lesie – brak dialogów w takiej konwencji to chyba nie najlepszy pomysł. I tez widać, że wbrew zapewnieniom, chciałeś jakkolwiek dociągnąć do tych 30k, żeby zhakować limit. To też super.

Bardzo mi się podobało. Pozdrawiam!

Dodaję do kolejki, ale za samo zhakowanie limitu znaków, ktoś powinien ucałować Cię w czoło!

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Nie mogę się pohamować od obwieszczenia szczerego radości z czekającej mnie lektury do czytania o moim faworycie wszystkich czasów, a i tak nie wiem, czy to wystarczy do zachęcenia tych, co jeszcze nie mieli z Kapitanem przyjemności i okoliczności!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czat! Rejp Wiktim znowu w raca do gry! Chodź aż tyko jako statystyk, bo już się doigrał.

Kurde, skoda, że nie miał eś znaków, żaby opasać wszy sitko, co sobie zmyśliłeś. Ali te przy gody superowe. I znakowanie limesu też zacne. W porzo pomysł!

Babska logika rządzi!

Tymczasem ojczulek zatelefonował i po chwili na skraj polany jakiś bezdomny podstawił mu maybacha.

Ołłłł shieeet! [Mrugnięcie okiem]

A wszystko by wyglądało na nieszczęsny wypadek, gdyby gdzieś w ciemnej kniei nie zamajaczył, spowity gęstym mrokiem, cień czarnego assasyna, chowającego do kieszeni procę na muchy.

Gdzie można kupić taką broń? Jestem początkującym aspirującym assassynem i szukam sklepów z odpowiednim wyposażeniem. Jak ktoś ma namiary, piszcie na priv.

 

Ale tłist na końcu! To był sen?! Łał!!!!111111111!!!!!1

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Jakoś mnie nie ciągnęło do tegorocznej grafomanii, ale nazwisko komandosa i zabójcy zombi mnie przywabiło.

Wypiszę najznamienitsze momenty (co nie znaczy, że inne nie były znamienite):

– A dlaczego wybuchło tylko pół bomby? – spytał przenikliwie Piotruś.

– Bo przecięliście tylko jeden kabelek, a nie dwa. – wyjaśnił klaun i wszyscy tylko pokiwali głowami, bo czegoś się nowego nauczyli o bombach.

– wszystko związane z wernegujem

– opisy bohaterów umiejętnie wplatane w opowiadaną historię

– numeracja rozdziałów :D

Także mnie się podobało.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Dzięki za miłe komentarze. Fajnie, że daliście się zwabić na Victima :)

Pozdrówka

Dardzo bobre, misie, et ceterera, i te pe de. Chociaż trochu długi test ale co zrobić. A i po przeczytaniu uważam że pewne pierwiastki chemiczne na literę be są be, bo autor to podkreśla bez stop.

Polecimy to naszym współkosmitom z UB-455 czy jak sie tam nazywała ta głupia planeta. 

Precz z sygnaturkami.

Ja tam tekstów na grafomanię raczej nie komentuję, bo nigdy nie wiem, czy komentować na serio, czy zostawać w klimacie. Ale czytam prawie wszystkie, zwłaszcza że sam raczej udziału nie wezmę (jakoś nie mogę wymyślić czegoś, co byłoby fajniejsze, niż mój tekst na poprzednią grafomanię, a który to miał ponad 40k znaków i mało kto go przeczytał ;-)) 

Mam więc rozeznanie i wiem, że to zdecydowanie najzabawniejszy z grafomańskich tekstów. Niektóre zdania powinieneś opatentować i pobierać opłaty za cytowanie :-) Narzekanie na limit też pierwsza klasa.

Nie wiem tylko na ile żiuri ocenia zabawność, a na ile autentyczność grafomanii. Jeśli to pierwsze ma w ocenie przewagę procentową, to wygraną masz w kieszeni. 

Edit:

Aha, zapomniałem dodać, iż tekst podoba mi się tym bardziej, że rzeczywiście imię Piotruś jest niezwykle mroczne. Co, jako posiadacz, rozumiem doskonale.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Z pewnym ubolewaniem konstatacja mi przyszła i kazała się zadumać nad nieproporcjonalną dość tym razem całkiem nową przygodą Kapitana, bo się ona odbyła przy niewspółmiernie małym do wcześniejszoopowiadaniowych zasług Kapitana, Kapitana udziale. To mię smuceniem każe się wypełnić, bo nie tak to sobie wyobrażałam, tylko inaczej, no ale widać Pan Autor Unfall miał o tym jeszcze całkiem inne wyobrażenie, chyba niekompatybilne jednak.

No to nie ukrywam, że przeczytałam, goryczą wypełniona pod ostatek, bo mi ciągle i wciąż zabrakło czegoś na miarę godnego prezentacji słynnego bohatera, naszego ulubieńca i wzorca do usiłowania naśladowania.

No owszem, fajnie i bombowo było na początku, ale potem jak już przechrupali pierniczą ścianę i znaleźli się przed dalszym ciągiem poza prawie 11 metrów mającym pokojem, i poszli przed siebie, głównie w las, to choć się dobrze czytało, to nie tak dobrze ja drzewiej, choć drzew tu było multum, bo to był las.

Podoba mi się, że opowieść wytraciła bohaterów, bo było mi od nich za gęsto, nawet tych nie opisanych jeszcze, więc i trochę dla mnie anonimowanych jakby, ale najtrudniej pogodzić mi się ze świadomością, że nieświadoma jestem tego, co się porobiło z Kapitanem – chyba przeżył, myślę sobie, ale jakiś w zapomnieniu pozostał, a przecież swoimi do tej pory zasługami na to nie zasłużył, żeby tak o Nim nie wspomnieć, choćby ogródkiem i nawet symbolicznie.

I bardzo mię boli, że wszystko się rozwiało jak sen jaki złoty… No cóż…

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Miałam już nie czytać Grafomanii, ale jak tylko zobaczyłam, że pojawił się słynny Kapitan Victim, to nie mogłam tego przepuścić. Szkoda tylko, że tak mało Kapitana w Kapitanie, hoć jego braki dzielnie rekompensowali inny bohateży, których tak barwnie tu odmalowałeś., a zwłaszcza Borowik z numerem konta wygrawerowanym na koloratce. Szkoda, że nie podałeś numeru tego kąta, bo może puściłabym jakiś przelew, rzeby miał za co ten zdeżak wymienić. :)

Ogulnie, to cót, miut i ożeszki. xD

Z każdej opowieści trzeba wysnuć wniosek i życiową naukę. I tutaj jest taka życiowa nauka, że ja to chyba nie będę już zamawiał żarcia na telefon.

Lubie Victima i cało jego rodzine i glebe pod jego stopem niegodnym całować, wiec troche kondolencja, że jego tak niemnóstwo, choć niesforna ekipa go próbowała zgodnie zastąpić. I myśle, Unfallu, że Ci siego już nie uda go wyzbyć, bo on już jes regendarny i nieśmierciowy. Trzymiesz poziom jak zły, ale ubłaguję daj jeszcze szanse Kaptainowi, bo może on po 30-stce i by już go Barcelona nie pokupiła za srogi piniondz, ale jeszcze on dużo daje jakości na boisku i ciąga tłumy na stadionie, co go kofają.

Nowa Fantastyka