- Opowiadanie: katia72 - Uważaj, w co wierzysz

Uważaj, w co wierzysz

Taki tekst na żarty... Za to kolejny bardzo poważny, dla równowagi... :)

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Uważaj, w co wierzysz

 

Mam na imię Wojtek, a raczej miałem, bo teraz, to już nie potrzebuję żadnego imienia. Piszę, a raczej myślę, a jakaś niewidzialna ręka spisuje wytwory mojego nieistniejącego mózgu, bo chciałem się Wam pożalić. Hmm… Od czego zacząć? Może od teorii…

 

Ludzie mają różne teorie odnośnie tego, co może się im przydarzyć po śmierci. Katolicy wierzą, że jak już wyzioną ducha, to czeka ich Sąd Ostateczny. A potem, zależnie od wyroku, pójdą do Nieba – to najlepsza opcja, Czyśćca – to takie pośrodku, albo trafią do Piekła, a tam… O, aż strach bierze jak się pomyśli, co czeka na nas w Królestwie Szatana.

Gdy byłem dzieckiem, w każdą niedzielę chodziłem z rodzicami do kościoła, takiego dużego, z epoki baroku. Muszę przyznać, że nawet mi się tam podobało. Jak miałem siedem, osiem lat na specjalnych mszach dla maluchów ksiądz grał na gitarze, śpiewaliśmy pozytywne piosenki. Pamiętam, że jedna z nich opowiadała o Arce Noego. Zakonnica, nawet ładna laska, czasem częstowała nas tanimi landrynkami. A najlepsze było już po. Latem rodzice kupowali mi lody waniliowe z automatu, a zimą obwarzanki. W sumie to opłacało się uczęszczać do świątyni Boga.

Gdy już wkroczyłem w lata kończące się na naście, zamiast do kościoła chodziłem do kolegi pograć na komputerze. Napieraliśmy na siebie mrocznymi armiami. Moją drużynę stanowiły żywe trupy. Żywe trupy. Żywy trup to taki ktoś, kto umarł, a ciągle żyje. I do tego się rozkłada. Też trochę nieciekawa opcja na pośmiertną egzystencję. Gdy rodzice się dowiedzieli, że nie słucham słowa bożego tylko jak szalony macham myszką to się odrobinę zdenerwowali. Zagrozili, że przestaną mi dawać kieszonkowe, a wtedy bym nie miał na fajki i piwo, ale jakoś się to wszystko rozeszło po kościach.

 

***

 

Sam siebie zaskoczyłem, że udało mi się skończyć liceum ogólnokształcące i zdać maturę. Ściągi zacząłem przygotowywać już trzy dni przed egzaminami. Długie, długie niczym papier toaletowy i napisane drobnym maczkiem. Dobrze, że miałem dobry wzrok. A z matmą pomógł mi kolega, taki kujonek w okularach. Obiecałem, że go zaproszę na imprezę pożegnalną. Urządziliśmy ognisko u kumpla na działce. Kupiliśmy kiełbaski, boczek i kilka, a może kilkanaście, już nie pamiętam, butelek wódki. Ten mózg z komputerkiem w głowie tak się uchlał, że rozgniótł butem własne okulary, a potem zwymiotował do miski z chipsami. Masakra. Myślałem, że tacy ułożeni kolesie to wiedzą, jak się zachowywać, a tu… No nic. Nigdy go już potem nie widziałem.

Próbowałem się dostać na elektronikę do Krakowa, ale nie wyszło. Zabrakło mi dosłownie dwa punkty. Trochę się podłamałem i za namową sąsiada, dwa lata ode mnie starszego, wyjechałem do Anglii, do pracy w fabryce. I wtedy to już nie żałowałem, że nie studiuję. Robota łatwa, dużo hajsu, libacje w każdy piątek.

Poznałem Fazila, nowoczesnego Araba z Pakistanu. I wiecie, w co on wierzył… Pewnie wiecie… Ach, ich wizja Nieba strasznie mi się spodobała. Na tych, którym udało się przekroczyć wrota Raju, miały czekać w przepięknym gmachu siedemdziesiąt dwie dziewice. Dziewice, ach, to przecież tak rzadko obecnie spotykany towar. I nie dość, że dziewice, to dodatkowo niespotykanej urody, hurysy o wielkich, ciemnych oczach. A seks z nimi? Po prostu nieziemski. Wszyscy ci szczęśliwcy mieli cieszyć się wieczną erekcją, a ich penisy miały nigdy nie mięknąć. Gdy tego słuchałem, aż mi się ciepło w sercu robiło…

Tylko jakoś nie byłem w stanie się przekonać do tej wizji. Nic mi się tu kupy nie trzymało. I do tego najszybszą drogą, by trafić do Raju, było męczeństwo, a ja? Hmm… Nie za bardzo lubiłem się męczyć.

A Fazil? On tak się zachowywał, że na te dziewice z pewnością nie zasługiwał. Ciągle mu jakieś perwersje w głowie rozkwitały. Kajdanki z różowym futerkiem, majtki z lateksu, panienki z biczami… I inne, ale może o nich już nie będę wspominać, bo takie trochę, nawet jak dla mnie zbyt, hmm… Jakby to grzecznie ująć, odważne.

 

***

 

W czerwcu do pracy na mojej zmianie przyszła młoda Hinduska. Naprawdę niezła dupcia. Oczy wielkie, piwne, usteczka pełniutkie i te sterczące cycuszki, i pupa taka lekko wystająca. Jakoś tak bardziej dla mnie apetyczna niż europejskie zadki. Gdy ją zobaczyłem, to o niczym innym nie byłem w stanie myśleć, jak tylko o bzykanku. I imię miała tajemnicze, egzotyczne – Amrita. Na przerwie w kantynie podszedłem do niej i nie owijając w bawełnę zagadałem wesołym tonem:

– Hej, mała, wyskoczymy po pracy na piwko?

A ona zrobiła nadąsaną minę i powiedziała:

– Tylko nie mała. I piwa nie pijam. Możemy pójść na spacer, nad morze.

„Cholera, jaka romantyczka się znalazła” – pomyślałem, ale miło się do niej uśmiechnąłem i umówiliśmy się w sobotę na przechadzkę.

Akurat był odpływ i plaża cuchnęła glonami, i w ogóle szło się okropnie, bo pokruszone muszle wbijały mi się w cienkie podeszwy tenisówek. Cwaniara założyła gumiaki w kwiatki, więc nieszczególnie dbała, po czym hasa. Niebo poszarzało, przestraszyłem się, że zaraz lunie deszcz, a wtedy ta mała zapytała:

– Wojtek, a ty wierzysz w życie po śmierci?

Spojrzałem jej głęboko w oczy i siląc się na poważny ton odpowiedziałem:

– Tak.

– W Niebo i Piekło? I w Sąd Ostateczny?

– Mhm. I w Czyściec. – Podrapałem się po lekko zarośniętej brodzie. Słyszałem, że taki jednodniowy zarost pozytywnie działa na dziewczyny. – A ty, słoneczko?

Amrita najpierw się skrzywiła, chyba się jej mój pieszczotliwy zwrot znowu nie spodobał, po czym oznajmiła:

– Ja wierzę w reinkarnację.

– W reinkarnację?

– Mhm… Po śmierci ciała nasza świadomość wędruje do innego bytu fizycznego, nowo narodzonego dziecka bądź zwierzęcia. Cykl przechodzenia z jednego ciała do drugiego zostaje przerwany dopiero w momencie pełnej integracji duszy z Brahmanem.

Zmarszczyłem brwi i patrząc w chmury odpowiedziałem:

– Ta… Coś kiedyś o tym słyszałem. Ten Braha… coś tam… to taki wasz Bóg?

Pokiwała głową.

 

***

 

Sam nie wiem dlaczego, ale jak już wróciłem do mojego małego, trochę śmierdzącego lokum, to zacząłem rozmyślać o tej hinduskiej teorii. W co ja bym się chciał po śmierci zamienić? Hmm… Najpierw się zastanawiałem nad lwem. Wylegiwałbym się na sawannie, lwice by mi żarcie przynosiły, a ja bym był królem zwierząt. Od czasu do czasu schrupałbym antylopkę, zapłodnił parę lwich samic. Żyć nie umierać. Nikt by mi nie podskoczył. Tylko ci ludzie ze strzelbami… Może lepiej byłoby wskoczyć w jakiegoś ptaka. Orła na przykład. Wolny, dumny, piękny… Wypiłem łyk taniego piwa, dokończyłem wyjadać z puszki czerwoną fasolkę i zasnąłem. Nawet zębów nie umyłem.

Kolejnego dnia w pracy przysiadłem się podczas przerwy lunchowej do Amrity, trochę pogadaliśmy o religii i zaprosiłem ją do siebie pod pretekstem obejrzenia polskiego filmu. Taka wymiana kulturowa. Powiedziałem, że będę jej tłumaczył, o czym rozmawiają. Kupiłem w Tesco wino, nawet nie z najniższej półki, tylko takie droższe, a do tego serowe ciasteczka i hinduskie samosy.

Amrita przyszła lekko opuchnięta na twarzy. Nie chciała pić wina ani jeść przygotowanych przeze mnie przysmaków. Tylko się tak dziwnie rozglądała po pokoju. Wiem, że panował tam bałagan, ale… To przecież nieładnie tak się gapić na stertę brudnych talerzy na parapecie. Każdemu się może zdarzyć. Puściłem pierwszą część „Kilera”. Film się jej nie spodobał, nawet do końca nie obejrzała i szczerze mówiąc, to zaczęła mnie już poważnie wkurwiać. Ach, przepraszam za słownictwo. Mimo wszystko, postanowiłem dać jej ostatnią szansę. Wypiłem drugi kieliszek wina, usiadałem obok laski, położyłem rękę na kolanie i chciałem ją pocałować, a ta suka, buch, w policzek mnie uderzyła. Możecie to sobie wyobrazić? Zdzira. Wyzwałem ją od najgorszych i wyrzuciłem za drzwi.

A potem ze spuszczoną głową podreptałem do pubu po drugiej stronie ulicy. Zamówiłem cydr, jeden, drugi, trzeci, i czwarty… Świat wirował, stoły skakały, a wszystkie panie w pubie, niezależnie od wieku i tuszy, zmieniły się w gwiazdy filmowe… Tylko ja już nie miałem siły ich podrywać. Chwiejnym krokiem wyszedłem na zewnątrz. Pomyślałem dwie minuty i będę u siebie, wskoczę do łóżka i…

 

***

 

BUM!

Pisk opon czerwonego BMW. Kierowca próbował zahamować, niestety nie zdążył. Ciemność. Granatowa czerń. Zacząłem spadać, niżej, i niżej, i niżej. Otchłań bez dna. Nicość. Na chwilę wróciłem. Światło szpitalnych jarzeniówek raziło mnie w oczy. Do moich uszu dobiegł, jakby zza ściany, poważny głos lekarza:

– Nie daję mu żadnych szans.

Krew kapiąca na podłogę. Kap, kap, kap. I znowu cisza. Koniec.

Ocknąłem się w tonącej w półmroku jaskini. Siedziałem na krześle wykonanym z dziwnego, galaretowatego materiału. Bardzo miękkiego. Zaskakujące, że się nie zapadałem. Na biurku przed mną leżał robak. Gigantyczny, pokryty łuską robal. Otworzył dziurę na czubku głowy, która zapewne służyła mu za jamę ustną, i wypuścił z niej kilka lekko różowych baniek. Bąbelki powoli zmierzały w moją stronę. Gdy już dotknęły czoła, przed moimi oczami pojawiły się napisy po polsku:

„Witaj, Wojciechu. Jestem Bogiem Wszystkich Bogów. Umarłeś. Przed śmiercią wierzyłeś w reinkarnację. Teraz przyszedł czas, by zdecydować, w co się wcielisz w kolejnym życiu”.

Nikt się do mnie tak oficjalnie nie zwracał – Wojciechu. Nie za bardzo mi się to spodobało, a poza tym taki wstrętny robal Bogiem??? Chrząknąłem i powiedziałem:

– Inaczej sobie ciebie wyobrażałem.

Robak wypuścił kolejne bańki.

„Wojciechu, nie masz na koncie żadnych szczególnych osiągnięć. Za to mogę tu niestety znaleźć wiele uchybień. Oto jedynie niektóre z nich: brak szacunku dla religii, rodziców, osób starszych, edukacji, nadużywanie alkoholu, kawy i tytoniu, sporadyczne zażywanie środków pobudzających, brak ambicji, traktowanie kobiet w sposób przedmiotowy… Oszustwa, kłamstwa, egoizm i hedonizm”.

Tak to sobie czytałem i od razu mi do głowy przyszło, że ten Bóg Wszystkich Bogów to jakaś krzyżówka Boga katolickiego z hinduskim Brah… Podparłem się po podbródku, przygryzłem górną wargę i wydukałem:

– Przepraszam. Wiem, że nie byłem perfekcyjny, ale te wszystkie moje grzeszki takie malutkie, no nie? Myślę, że chyba możemy się jakoś dogadać.

Stwór się jakoś tak dziwnie wygiął, a z jego dziury wyleciała jedna olbrzymia bania.

„W kolejnym życiu zostaniesz PIETRUSZKĄ”.

Pietruszką! Od razu pomyślałem, że ten niby Bóg zupełnie zwariował.

– Chyba ci się coś pomyliło! I reinkarnacja nie zakłada przemiany w warzywo! – krzyczałem, cały się trzęsąc.

 

***

 

Niestety moje wydzieranie na niewiele się zdało, bo zaledwie po dwóch, trzech minutach znalazłem się na grządce w wiejskim ogródku. To znaczy nie na, tylko w środku. Na zewnątrz wystawała jedynie moja zielona natka. Nic za bardzo nie czułem. Może jedynie takie delikatne łaskotanie w korzeniu i dreszcze w liściach, które się potęgowały, gdy mocniej zawiało.

Wieczorem przychodziła do mnie starsza kobieta w chusteczce z konewką w ręce. I lała na mnie wodę. To było całkiem przyjemne. Taki orzeźwiający prysznic i jednocześnie ugaszenie pragnienia. Dwa w jednym. Nigdy nie zapomnę, gdy pewnego bardzo upalnego dnia staruszka się nie pojawiła. Aż mnie skręcało od środka. Natka paliła, szczypała, zwijała się z bólu, a korzeń kurczył się i rozkurczał, jakby próbował wyciągnąć odrobinę wody z własnych komórek. Gdy potem na mnie siknęło z konewki, to pewnie, gdybym miał oczy, bym się ze szczęścia popłakał. Magiczna moc deprywacji.

I jeszcze muszę Wam wspomnieć o odcinaniu natki, którego przyszło mi doświadczyć cztery razy. Pierwszy kontakt z nożem skończył się traumą, skutkującą odrętwieniem psychicznym i szokiem. To tak jakby mi ktoś ściął głowę przy pomocy francuskiej gilotyny, tej z czasów Wielkiej Rewolucji. Drugi zamach na moje liście wyglądał podobnie, tylko tym razem wyobrażałem sobie kata z wielkim, lśniącym w słońcu toporem. Ale już przed trzecią egzekucją zacząłem sam siebie przekonywać, że natka to nie moja głowa, tylko włosy. Zielone włosy. I wiecie co? Pomogło. Trzeci i czwarty raz odebrałem jak wizytę u fryzjera. Siła perswazji.

W czerwcu pomarszczony kolo w dziurawych spodniach wykopał mnie z ziemi, po czym wpakował obok sióstr i braci do taczki. To była jakby kolejna śmierć albo raczej narodziny. Zostałem oderwany od matki żywicielki, ale w pewien sposób już jej nie potrzebowałem. Hmm… Chyba można to porównać do odcięcia od pępowiny. Dziwne, ale wraz z opuszczeniem gleby przestałem też odczuwać łaknienie.

A w taczce ciasno jak cholera, a poza tym podskakiwałem na wybojach tak, że aż mi się korzenne wnętrzności do góry nogami przewracały. Dotarliśmy do czegoś na kształt szopy i wylądowałem w drewnianej skrzyni. Ciemno i cicho, przyjemnie. I wtedy pojawiła się u mnie potrzeba bycia zjedzonym. Fizyczna i psychiczna. Wraz z tym pragnieniem w moim nieistniejącym pietruszkowym sercu rozkwitła nadzieja, że jak już mnie ktoś skonsumuje, to trafię z powrotem do Boga robaka i tym razem przerzuci mnie w człowieka albo przynajmniej w jakieś zwierzę.

Następnego dnia wcześnie rano pojechaliśmy w przyczepie na targ. Niestety znalazłem się na dnie skrzyni i nikt mnie nie kupił. Wróciłem do szopy. Miałem nadzieję, że ta miła pani, co podlewała grządki, ugotuje mnie na obiad, na przykład jako składnik sałatki z majonezem lub zupy warzywnej. Tak się jednak nie stało. Staruszek zabrał mnie do chlewu i oddał na pożarcie prosiakom. Wszędzie pełno błota, słomy i świńskich odchodów. W pewnym momencie podszedł do mnie warchlaczek, zachrumkał przyjaźnie, a ja zacząłem niemo krzyczeć:

– Zjedz mnie! Zjedz mnie!

Świnka zbliżyła się, dotknęła ryjkiem, powąchała i odeszła. Potem nagle wyrosła przede mną, jak spod ziemi, ogromna maciora i to samo. Cmoknęła mnie ryjem i odwrót. Mijał dzień za dniem, a ja pomału wysychałem i czułem się jak pietruszkowy wyrzutek… Aż w końcu pojawiła się staruszka i opróżniła koryto. Trafiłem do dołu z kompostem, gdzie znajduję się do chwili obecnej, ulegając powolnemu rozkładowi…

 

Czyż nie smutny jest mój los?

Koniec

Komentarze

Naprawdę ciekawe podejście do sprawy życia po życiu i w dodatku przedstawione w nieziemsko dobry sposób. Wręcz korci mnie, żeby dowiedzieć się, jak to wszystko potoczyło się dalej laugh 

Po takiej lekturze poranek staje się lepszy wink 

Ale świetny rysunek na początku! Najlepszy ze wszystkich Twoich, które widziałem! 

Jak bohater ściągał z tak długich ściąg? ;)

A teraz już przejdę do całości. Opowiadanie zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Ciekawe podejście do religii, znam człowieka, który twierdzi, że każda religia jest fajna i wszyscy bogowie istnieją i rządzą. Losy bohatera są smutne i przewrotne, szczególnie od momentu przemiany w pietruszkę. “You’re the same decaying  organic matter as everything else”, jak powiedział Tyler Durden. 

Narracja jest świetna, tworzy klimat i obraz głównego bohatera. Dzięki temu cała historia jest sensowna i solidna, znaczy bez dziur fabularnych i tego typu mankamentów.

Pozdrawiam!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Nic za bardzo czułem. – nie zabrakło tu czasem nie?

 

Zgadzam się, że narracja jest świetna. Jak Ty się tak wczułaś w tę pietruszkę? ;) Teraz wreszcie już wiem, dlaczego słyszę dochodzący od jedzenia cichy głosik, wołający “zjedz mnie!”, chociaż najczęściej wołają tak do mnie słodycze i owoce.

Chociaż nie parskałam ze śmiechu, to przyznaję, że ten tekst jest zdecydowanie lżejszy od wcześniejszych, a i uśmiech na twarzy mi się momentami w trakcie czytania pojawiał. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dobra, podwajam, ha, co ja piszę – potrajam spożycie warzyw. Przecież każdy zasługuje na kolejną szansę. Co prawda, zaraz pojawia się klasyczny, reinkarnacyjny paradoks – w jaki sposób, będąc pietruszką, starać się być lepszą pietruszką, żeby awansować w kolejnym życiu? ;-)

Ale rzeczywiście, tekst lekki i przyjemny, choć bez śmierci się nie odbyło. Nie poruszasz, co prawda, czegoś niezwykle odkrywczego, ale jest to niezwykle miła odskocznia od Twojej Krainy Cieni. Dobrze wiedzieć, że potrafisz również uśmiechnąć, nie tylko zasmucić. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

:) Nie spodziewałam się takich pozytywnych komentarzy :):):)

 

Ocmel – niezmiernie mi miło, że uczyniłam Twój poranek lepszym :)

 

Pietrek – cieszę się, że podoba Ci się rysunek. Bardzo stary, z 2014… ZA moich czasów takie długie ściagi bardzo były w modzie, zwijane w harmonijki. Ja niestety musiałam się wszystko uczyć, bo mam słaby wzrok :) Bardzo mi miło, że mój tekst zrobił na Tobie duże wrażenie i że spodobała Ci się narracja :)

 

Śniąca – ​dzięki za poprawkę, A wczuwanie w pietruszkę… Powiem szczerze, że naprawdę się a nią wczuwałam, czytałam dużo o uprawie i nawet miałam jakiś surrealistyczny sen z tym związany :)

 

Thargone – hmm… ciężki temat do rozgryzienia, jak się stać lepszą pietruszką. Może jakoś zadbać o zwiększenie ilości witamin w korzeniu i natce :)

 

Jeszcze raz dziękuję za miłe komentarze :)

Kiedy jadłam warzywa, nigdy nie słyszałam żadnych głosów, ale zawsze przepełniało mnie wrażenie, że dobrze robię tym korzonkom i liściom. Teraz będę się zastanawiać, jak mieli na imię ci, którzy znaleźli się w mojej zupie…

Bardzo zacny tekst, Katio, a rysunek świetny!

Lektura sprawiła mi wielką przyjemność. ;D

 

W czerw­cu do pracy na mojej zmia­nie przy­szła młoda hin­du­ska. –> W czerw­cu do pracy na mojej zmia­nie przy­szła młoda Hin­du­ska.

 

Za­mó­wi­łem cydr grusz­ko­wy… –> Cydr, o ile się nie mylę, jest napojem wytwarzanym z jabłek.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ależ Reg. Od dawna są i cydry gruszkowe :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Reg – niezmiernie mi miło, że lektura mojego opowiadania była dla Ciebie przyjemnością :) Hinduskę poprawiałam, a cydr zostawię, bo mimo, iż masz rację, że oryginalnie to napój wytwarzany z jabłek, to ostatnio piłam nawet cydr o smaku czarnej porzeczki… Okropny :)

Dla mnie cydr był zawsze z jabłek. I tak mi już zostanie.

Producentom chyba nie chce się nadawać nowych, właściwych nazw temu, co wytwarzają i wykorzystują dobre wzory.

Taki np. indyk w ogóle na ma szynki, a w sklepie jest szynka z indyka. ;(

 

edycja

Napój z innych owoców mógłby nazywać się np. gruszecznik, porzecznik albo jakoś inaczej, może krócej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To ja zacznę od pytania. Czy to opowiadanie miało coś wspólnego ze Zmienną formą kolczastą? Samo się nasuwa, i to nie tylko ze względu na tematykę, ale też postać Boga-robaka, który może skojarzyć się z Blaskotutu – ogromnym robakiem o psiej głowie. I z tego, co pamiętam, to Blaskotutu też puszczał bańki z nosa ;)

 

Opowiadanie przyjemne, parę razy się uśmiechnąłem, szczególnie w momencie, kiedy narrator wyjawił, że został zreinkarnowany w pietruszkę :D 

Dobrze napisane, pomysł też robi swoje.

I jak zwykle świetny rysunek :)

 

Ciężki temat do rozgryzienia, jak stać się lepszą pietruszką 

Poruszylem tę kwestię, bo jestem raczej kiepski z religioznawstwa, ale jestem pewien, że ci od reinkarnacji jakoś to rozwiązali ;-) 

P. S. 

Rzeczywiście, porzeczkowy cydr śmierdzi kocimi siuśkami. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Reg – przemyślałam sprawę jedząc pieczoną pietruszkę (naprawdę) i usunęłam “gruszkowy”​, bo błędnego nazewnictwa nie ma co promować :)

 

Karol – tak, tekst jest jakby owocem “Zmiennej formy kolczastej”​… Chyba we własnej głowie, nie wiem dlaczego, mam wizję Boga robaka… Cieszę się, że zarówno opowiadanie jak i rysunek Ci się spodobały :)

 

Thargone – ​jak znajdę chwilkę to chyba jeszcze poczytam o reinkarnacji… :) No i zostaję przy cydrze z jabłek :)

No i bardzo dobrze! ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

:):):)

Ciekawa koncepcja. Faktycznie, jak na Ciebie, bardzo lekka.

Początek mi się mniej spodobał – wyjaśniasz podstawowe, świetnie znane kwestie. Za to narracja z punktu widzenia pietruszki – świetna.

Co do reinkarnacji, dobrych i złych pietruszek. Obiło mi się kiedyś o uszy, że zwierzęta awansują z automatu. Dopiero formy obdarzone wolną wolą czy tam rozumem można zdegradować, jeśli się źle zachowują.

A potem zależnie od wyroku, pójdą do Nieba – to najlepsza opcja, Czyścica – to takie pośrodku,

Literówka i to na początku.

Gdy byłem dzieckiem w każdą niedzielę chodziłem z rodzicami do kościoła,

Przecinek po “dzieckiem”. Zasadniczo, jeśli masz dwa czasowniki w zdaniu, potrzebujesz dobrego powodu, żeby ich nie oddzielić przecinkiem.

W wieku siedmiu, ośmiu lat na specjalnych mszach dla maluchów ksiądz grał na gitarze,

Trochę to brzmi, jakby w tej parafii był wyjątkowo młody ksiądz. ;-)

krzyczałem cały się trzęsąc.

Przecinek po “krzyczałem” – jest obowiązkowy w zdaniach złożonych z imiesłowem.

Babska logika rządzi!

Finkla – na początku chciałam pokazać charakter Wojtka na tle różnych teorii, i chyba rzeczywiście za dużo tam oczywistości. Ciszę się, że spodobała Ci się narracja w drugiej części tekstu.

Dziękuję za wyłapanie literówki, księdza w wieku ośmiu lat i rady odnośnie przecinków. Postaram się je zapamiętać, chociaż czasem odnoszę wrażenie, że mój mózg nigdy nie będzie w stanie pojąć zasad interpunkcji :(

Miłego dnia :)

Fajne :)

:):):) Cieszę się :)

A mnie się ten początek podobał. Biorąc pod uwagę tytuł, to cały ten wstęp jest uzasadniony. No ale pietruszka?! Genialny pomysł i świetnie pokazany świat z perspektywy warzywa. To był rzeczywiście lekki tekst i tak zupełnie inny od Twoich poprzednich opowiadań. Czytało się bardzo dobrze i przyznam, że chętnie zobaczyłabym świat oczami marchewki albo selera, o ile byłby to tekst w Twoim wykonaniu. Bardzo mi się podobało. :)

AQQ – bardzo się cieszę, myślę, że w pod koniec lutego dodam tekst z tej serii, tylko taki bardziej czarny… :)

Bardzo dziękuję za pozytywną opinię i życzę miłego wieczoru :)

I do tego najszybszą drogą by trafić do Raju było męczeństwo, a ja? Hmm… Nie za bardzo lubiłem się męczyć.

Padłem xD

Tekst zabawny, zamiana w warzywo nawet ciekawa. Choć czy pietruszka w kompostniku nie jest już martwa? No, na potrzebę opowiadania, przyjmijmy, że jest ;)

Podsumowując: fajny koncert fajerwerków, humorystyczny, w sam raz na urozmaicenie popołudnia.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki NoWhereMan. Cieszę się bardzo, że opowiadanie Ci się spodobało. Miłego wieczoru :)

Ciekawe. :) Pietruszką mówisz? ;)

Życiowe podejście, muszę przyznać, że całkiem dobrze wskoczyłaś w skórę chłopaka. Nie zawsze się to udaje, różnica płci robi jednak swoje. Gładko i zabawnie napisane opowiadanie.

Cieszę się, że siegasz też po lżejsze pomysły. Różnorodność rozwija.

Pozdrawiam.

 

Skóra chłopaka jak skóra chłopaka. Ale ta natka pietruszki. To dopiero jest przeskok…

Babska logika rządzi!

Darcon – ​dziękuję bardzo za komentarz i cieszę się, że tak źle nie poszło z wcielaniem się w płeć męską :)

Finkla – ​i w pietruszkę :) Może jednak z pietruszką łatwiej :)

 

Pozdrawiam serdecznie i miłego wieczoru

Myślisz, że nikt nie wie, jak to powinno być, więc nikt nie marudzi, że źle? ;-)

Babska logika rządzi!

:):):) Hmm… Na szczęście pietruszki jeszcze się nie logują na fantastyce, gdyby mogły pisać komentarze, pewnie by uznały, że mój tekst to totalna lipa… :)

Nie znasz dnia ani godziny. Już dajemy Internet lodówkom, lada moment przyjdzie kolej na pietruszki… ;-)

Babska logika rządzi!

Znalezione obrazy dla zapytania smiling parsley

Bardzo sprawnie napisane. Niby nic odkrywczego (może oprócz wcielenia się w pietruszkę), ale bohater jak prawdziwy – zdarzało mi się spotykać osoby z podobnym podejściem do życia : >. Całość trochę z przymrużeniem oka, a przecież niegłupia. Wychodzi na to, że Wojtek nie trafił najgorzej, bo nawet najbardziej odpychająca pietruszka w końcu zgnije – to chyba lepsze niż niekończące się męki? Swoją drogą te fragmenty o oczekiwaniu na podlanie i o przycinaniu natki naprawdę przemawiają do wyobraźni!

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Lekki i przyjemny tekst. Fajny miks różnych motywów religijnych. Postać Wojtka odebrałam jako taki trochę zbiór naszych emigracyjnych stereotypów i pewnie trochę (albo więcej niż trochę) prawd. W każdym razie bohater przy obranej narracji wypadł przekonująco.

Choć najjaśniejszym punktem jest zdecydowanie narracja od momentu odrodzenia się pod postacią pietruszki :D

 

Technicznie – zabrakło mi kilku przecinków, ale nie przeszkadzało to jakoś bardzo w czytaniu, więc ich nie wypisywałam ;-)

"Encumbered forever by desire and ambition, there's a hunger still unsatisfied. Our weary eyes still stray to the horizon, though down this road we've been so many times " Pink Floyd

Nevaz – bardzo dziękuję za opinię i pozytywny komentarz, a opcja z pietruszką chyba rzeczywiście nie najgorsza :)

 

Dogsdumpling – bardzo mi miło, ze tekst Ci spodobał i bohater jest przekonywujący. A interpunkcja to taka moja zmora :)

 

Pozdrawiam serdecznie i miłego wieczoru :)

Faktycznie, tekst zyskuje po zmianie perspektywy narratora. A gdyby tak pociągnąć dalej – przez cały łańcuch zaskakujących wcieleń? 

Cobold – ​dziękuję bardzo za odwiedziny :) To mogłoby powstać długie i zależnie od możliwości autora mniej bądź bardziej interesujące opowiadanie :) Ale tego już chyba nie ma sensu przedłużać…

Bardzo fajne, zabawne podejście do kwestii ostatecznych. Zwłaszcza zmiana w pietruszkę. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Bardzo się cieszę, że się spodobało: :)

katiu, przykro mi to pisać, ale opowiadanie nie podobało mi się w żadnym chyba aspekcie. No, może dająca do myślenia końcówka na plus, ale i tak nie dorosła do oczekiwań, które wobec niej – jako być może właśnie tego jednego, konkretnego powodu, dla którego tutaj wylądowałem – po cichu żywiłem.

Z uwag technicznych, to masz tutaj tyle zaginionych przecinków, że spokojnie wystarczyłoby na cały sezon “Policjantów i Policjantek” czy inszych “Detektywów”. A ja za tymi paradokumentami – uwaga, eufemizm – nie przepadam (choć muszę przyznać, że od czasów mięsnego jeża poziom się jakby wypionował).

Forma, ten taki myślowy flow, i to jeszcze w wydaniu kolesia, którego z pewnością nie lubię, i który tak naprawdę nie miał do powiedzenia nic, czego miałbym ochotę wysłuchać, też mi, niestety, nie siadła. Może winy należy upatrywać w fakcie, że trochę się uprzedziłem już na początku, po – dla mnie zawsze irrcjonalnie irytującej – spekulacji na temat tego, że (Uwaga, komentarz może zawierać śladowe ilości spoilera!) “spoko, gadam, a coś te myśli rejestruje, choć nie wiem jak to działa, a moja opowieść jest o czym innym, więc tam też nie ma wyjaśnienia”, oraz po cokolwiek blokowym fragmencie opisów rzeczy, które doskonale znam – które zna każdy chyba Polak, niezależnie od tego, jak się na nie zapatruje – i z którymi jakoś nie mam ochoty się zgodzić.

Jakoś specjalnie śmiesznie też, prawdę mówiąc, nie było. Już raczej tak przykro trochę. Coś jak z oglądaniem pijanego wujka na weselu, któremu wydaje się, że jest cool, szarżując na wszystkie możliwe sposoby, a tymczasem inni goście – co też, niestety, trzeba oglądać – patrzą na niego z przeplatanym dezaprobatą politowaniem, zniesmaczeniem i może nawet pogardą; pogardą, którą człowiek, ku chwale własnego wstydu, rozumie aż za dobrze. Mam nadzieję, że odmalowałem to dosyć plastycznie, bo szkoda by mi było sprowadzać cały ten wywód do prostego: “gość próbuje być zabawny, a jest po prostu śmieszny”.

– Oh, wait…^^ – powiedział wujek.

 

Za to końcówka faktycznie fajna, taka trochę mickiewiczowska (Kto nie był człowiekiem ni razu…). Choć z drugiej strony rodzi się pytanie: skoro typ był tak nędzną pietruszką, że nawet świniak pogardził – i to, najpewniej, w ramach kary za poprzednią wojtkowatość – to co dalej? I nie chodzi mi o kwestię tego, kiedy warzywo zgnije tak bardzo, że faktycznie staje się martwe i dusza je opuszcza (choć to też ciekawy motyw), ale o to, czy Wojtek poniesie karę za to, że był beznadziejnym warzywem; czy poniesie karę za to, że został ukarany. Bo jeśli tak, to czeka go jeszcze dotkliwsza kara, za którą znów zostanie ukarany. I tak pewnie aż do momentu, gdy zmieni się w kwarka, a potem… kwarki są chyba tym najmniejszym, co dotąd wymyśliła nauka, nie? I to one składają się, z – dosłownie – niczego. A więc w tej bezsensownej spirali Wojtek w końcu stanie się niczym. A być niczym, to jakby osiągnąć Nirvanę. Ergo – koleś chyba znalazł się na dobrej drodze do celu.

No chyba, że Bóg-Robak dojdzie do wniosku, iż jako warzywo, Wojtek wierzył w Raj, Czyściec i Piekło…

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, przykro mi, ze zostałeś zmuszony czytać tekst, który tak bardzo Ci się nie podobał. Tak czy inaczej dziękuję za obszerny komentarz. Odnośnie interpunkcji to wciąż moja zmora i doskonale zdaję sobie sprawę z konieczności poprawy w tym obszarze. Niestety odbijam się jedynie z jednej strony na drugą, i albo brakuje przecinków, albo jest ich za dużo :(

Odnośnie treści, napisałam tekst trochę dla na żartu i z pewnością nie oczekiwałam nominacji do piórka, jakkolwiek miło mi, że się niektórym użytkownikom wyjątkowo spodobał :)

 

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego dnia.

Nie no, Katiu, spokojnie, nie popadajmy w skrajności. Tekst mi nie siadł, i owszem, ale bardzo daleki jestem od “tak bardzo”. To “zmuszanie” też brzmi o wiele gorzej, niż jest w rzeczywistości. Fakt, przygnał mnie tu obowiązek, ale do punktu, w którym zmuszałbym się, by czytać dalej, było naprawdę bardzo daleko. Przy czym wypada chyba nadmienić, że zdarza mi się trafiać do tego punktu, a potem go przekraczać zdecydowanie zbyt często – literatura to droga bez powrotu – więc w miarę wiem, o czym mówię. A mówię, że tutaj tak nie było. Jeśli zabrzmiałem jak pokutująca dusza uskarżająca się na warunki panujące w Piekle, to przepraszam.

Interpunkcja jest zmorą wielu, w tym moją – może dlatego jestem trochę przeczulony? – ale to jest do ogarnięcia. Przynajmniej w większości, i raczej intuicyjnie (przynajmniej ja tak mam). Dalekie jest to rozwiązanie od doskonałości, ale człowiek całe życie się uczy podobno, więc uszy do góry.

I do zobaczenia przy kolejnym tekście.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, ten kolejny nominowany w podobnym klimacie, ale może do końca lutego przynajmniej popracuję nad przecinkami…

Mam na imię Wojtek, a raczej miałem, bo teraz[-,] to już nie potrzebuję żadnego imienia.

 

Katolicy wierzą, że jak już wyzioną ducha[+,] to czeka ich Sąd Ostateczny.

 

A potem[+,] zależnie od wyroku, pójdą do Nieba

 

Myślałem, że tacy ułożeni kolesie to wiedzą[+,] jak się zachowywać, a tu…

 

DlaNa tych, którym udało się przekroczyć wrota Raju, miały czekać w przepięknym gmachu

 

Gdy tego słuchałem[+,] aż mi się ciepło w sercu zrobiło… – Zrobiło czy robiło, bo słuchał więcej niż jeden raz?

 

I do tego najszybszą drogą[+,] by trafić do Raju[+,] było męczeństwo, a ja?

 

On tak się zachowywał, że na te dziewice[-,] z pewnością nie zasługiwał.

 

Gdy ją zobaczyłem[+,] to o niczym innym nie byłem w stanie myśleć, jak tylko o bzykanku.

 

– Tylko[-,] nie mała.

 

Kolejnego dnia w pracy przysiadłem się podczas przerwy lunchowej do Amrity , trochę pogadaliśmy o religii – zbędna spacja przed przecinkiem

 

Nie chciała pić wina[-,] ani jeść przygotowanych przeze mnie przysmaków.

 

Puściłem pierwszą część „Killera”. – Kilera, przez jedno l

 

Otworzył dziurę na czubku głowy, która zapewne służyła mu za jamę ustną[+,] i wypuścił z niej kilka lekko różowych baniek.

 

Gdy już dotknęły czoła[+,] przed moimi oczami pojawiły się napisy[-,] po polsku:

 

Witaj[+,] Wojciechu.

 

Teraz przyszedł czas[+,] by zdecydować, w co się wcielisz w kolejnym życiu.

 

zaledwie po dwóch, trzech minutach[-,] znalazłem się na grządce w wiejskim ogródku.

 

Gdy potem na mnie siknęło z konewki, to pewnie, gdybym miał oczy, to bym się ze szczęścia popłakał. – O jedno „to” za dużo, jak na mój gust.

 

W czerwcu pomarszczony kolo w dziurawych spodniach wykopał mnie z ziemi, po czym wpakował obok moich sióstr i braci do taczki. To była jakby moja kolejna śmierć albo raczej narodziny.

 

 

Sympatyczna, lekka opowiastka, ale nie zostanie ze mną na dłużej. Jak na rozrywkowy tekst zawiera wszystkie elementy, jakie powinna, w związku z czym dziękuję za miłą chwilę ;) Losem Wojtka nie przejęłam się może zbytnio, ale spodobał mi się nędzny los pietruszki zaserwowany na koniec. Ot i tyle.

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Joseheim, tekst taki miał być – ​rozrywkowy… Cieszę się, że przynajmniej się czytało bez bólu :) i jestem niezmiernie wdzięczna za przecinki. Tekst poprawię i trochę nad nim pomyślę, to znaczy nad interpunkcją.

Pozdrawiam serdecznie :)

Wracam z komentarzem piórkowym.

Tekst jest definitywnie dobry, zasługuje na bibliotekę bez dwóch zdań. Ale niestety nie jest dla mnie poziomem piórkowym w takim stopniu, jak dawne Ugupugu. Tutaj jest to raczej humoreska na rozweselenie, ale nie ma w sobie tego pazura, przez który zapadłaby w pamięć na dłużej, czy zmusiła do zastanowienia. Albo zachwytem nad światem przedstawionym.

Tak więc teraz jestem na NIE, ale kto wie, jak będzie następnym razem :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereMan – ​dziękuję za komentarz i tak sobie myślę, że ani Ugupugu ani obecny tekst na piórko nie zasługiwały… Ale mimo wszystko, chyba będę pisać dalej, bo mimo braku piórek, pisanie na chwilę obecną bardzo mnie cieszy :)

Dobry tekst. Według moich kryteriów typowo biblioteczny, ale jeszcze nie piórkowy. 

Piszesz już tak, że przyjemność sprawia samo obcowanie z tekstem. Jeśli wcześniej z przecinkami był problem, to wygląda na to, że dużo pomogła tu Jose. Więc technicznych zarzutów nie mam. 

W narracji czuć było kobiecą rękę. Nie wiem, jaki był zamysł, ale ja odebrałem to tak, że chciałaś opowiedzieć historię samca alfa, którego pokarało. Tylko ten samiec alfa miejscami był zbyt wrażliwy, słownictwo miał zbyt łagodne. Ale na pewno plus, że spróbowałaś wejść w skórę kogoś takiego. 

Krótkie dywagacje o życiu pośmiertnym mi nie przeszkadzały. Jasne, wszyscy to znamy. Na szczęście nie rozwodziłaś się długo nad tematem, tylko zamykałaś chrześcijańskie wierzenia w zwięzłym akapicie. Właśnie – dlaczego “Katolicy wierzą, że jak już wyzioną ducha, to czeka ich Sąd Ostateczny.”? Dlaczego tylko katolicy? Z tego, co wiem, to dotyczy wszystkich, a przynajmniej większości chrześcijan. 

Zakończenie fajne, niespodziewane. 

Skoro tekst na żarty to nie rozwodzę się dłużej. Podobał mi się i tyle. 

Czekam na coś piórkowego, bo już na to czas najwyższy :)

 

Edit: Ilustracja jak zwykle super :D

Funthesytem – ​dziękuję bardzo za opinię, rzeczywiście Jose pomogła mi z przecinkami, bez niej była totalna masakra… I zgadzam się, ze nie jest to tekst piórkowy, ale mi nie do końca przeszkadza taki trochę spowolniony rozwój :) Cieszę się, że przyjemnie się czytało i że podoba Ci się ilustracja.

Pozdrawiam serdecznie i miłego wieczoru :)

Twój rozwój jest błyskawiczny. Może nawet zbyt szybki? Publikujesz w zastraszającym tempie. Dzielisz się z nami każdym tekstem, który skończysz?

Nie, ale z 80% :), przynajmniej teraz. Wcześniej odrzucałam zdecydowanie więcej. I jak mnie nie było, to pisałam książkę, ale taką typową dla siebie, nie do publikacji :)

Mam trochę taki problem, że łatwiej mi z ilością niż z jakością, ale zawsze jestem dobrej myśli, jak zaczynałam rysować, zanim powstało coś sensownego musiałam stworzyć tysiące obrazków :)

Długo się zastanawiałam nad tym tekstem.

Tak ogólnie to na kolana nie rzuca. Bohater niezbyt ciekawy; bierny, niewiele wie o świecie… No, nie mielibyśmy o czym rozmawiać. Jego historia też specjalnie frapująca nie jest.

Za to część pisana z perspektywy pietruszki… Fajnie przedstawić tak nieludzki punkt widzenia to raczej trudna sprawa. Znaczy, przedstawić jeszcze się jakoś da, ale wpaść na taki porypany pomysł – to już jest ewenement.

Ogólnie, tematyka wiary w życie pozagrobowe ciekawie ujęta. Coś Cię ten bóg-robak fascynuje. ;-)

Byłam na TAK, znaczy, ale mocno po bandzie jechałaś.

Babska logika rządzi!

Finkla, cieszę się, że pomysł z pietruszką Ci się spodobał :), a początek rzeczywiście taki trochę mdły…

 

Sama mam do tego tekstu mocno mieszane uczucia :) Mam nadzieję, że kolejny będzie lepiej odebrany :)

Bardzo sympatyczny tekst. Już myślałem, że po przeczytaniu dwóch Twoich opowiadań pod rząd dostanę depresji i zacznę się gibać w przód i w tył. Cóż za miłe zaskoczenie!

Bohater z klasy niższej średniej wyszedł Ci bardzo realistycznie. Pietruszka to z kolei niemałe zaskoczenie i również wysokiej próby fragment, który skończył tekst. Lekka narracja wieńczy dzieło, a całość to całkiem przyjemne czytadło, do którego nie bardzo mam jak się przyczepić. Gratuluję!

MrBrightside – ​bardzo się cieszę, że spodobało Ci się moje opowiadanie. A z moimi tekstami bardzo różnie bywa, więc postaram się do każdego przygotowywać przedmowę, żeby czytelnik wiedział, czego się spodziewać i niepotrzebnie moimi wytworami nie psuł sobie dnia…

Pozdrawiam serdecznie :)

Bardzo mi się podobało. Pomysł z pietruszką zaskakujący. Na koniec miałam nadzieję, że ktoś już się nad biedakiem zlituje, ale jednak dosięgnęła go karma za jego poprzednie wcielenie.

Co do samego bohatera. Nie mogę przyznać, że go polubiłam, ale sama postać wyszła Ci nad wyraz dobrze. Jest realistyczna i charakterna. Rozważanie na temat śmierci spojrzeniem kilku religii to również ciekawy pomysł. Narracja poprowadzona także bardzo przyjemnie, aż zapraszająca do czytania.

To pierwszy Twój tekst jaki czytam i z pewnością mnie zachęcił żeby spróbować kolejnego ;)

Pozdrawiam!

Dziękuję Nerissa :) Bardzo mi miło, że opowiadanie Ci się spodobało… Pozdrawiam serdecznie :)

Nowa Fantastyka