- Opowiadanie: jganko - Karaluchy

Karaluchy

Kafkowski surrealizm w cieniu warszawskiej korpokracji.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Karaluchy

– …na kawkę?

R. zamrugał, dając oczom pierwszą sekundę ukojenia od dobrych kilkunastu minut. Powoli odwrócił głowę od monitora, który stanowił dla niego przepustkę do logicznego świata kodu. Obok stała J. z dużym czerwonym kubkiem w ręce. Przechyliła głowę w bok i spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.

– Co?

– Pytałam, czy idziesz do kuchni.

R. jeszcze raz spojrzał w monitor. Był już tak blisko upragnionego celu. Tak niewiele brakowało, by mógł postawić wreszcie znak zapytania i zamknąć to wszystko raz na zawsze przy pomocy trójkątnego nawiasu.

– Masz rację – przyznała J., kołysząc lekko prostymi włosami do ramion. R. poświęcił nawet ich kolorowi linijkę swojego kodu. Próbując jak najlepiej oddać ten odcień, postawił na chabrowy 3300CC, choć pewnie należało wybrać coś spomiędzy Thénarda a Turnbulla. – Pani Ukrainka mówiła rano, że widziała ostatnio w naszej kuchni karalucha. Karaluch. U nas w Instytucie. Dasz wiarę?

R. wciąż nie mógł oderwać wzroku od migoczącego kursora w edytorze tekstu. J. spojrzała do wnętrza czerwonego kubka. Wróciła do biurka ze spuszczoną głową.

– Dużo ci jeszcze zostało?

R. głośno przełknął ślinę.

– Zależy jak na to patrzeć.

Jeśli by na to spojrzeć na przykład w taki sposób, w jaki R. patrzył na J., mogłoby to się ciągnąć jeszcze bez końca, aczkolwiek w ostatecznym rozrachunku żadna funkcja nie działałaby zapewne tak jak należy. Setki tysięcy linijek bezwartościowego kodu zużywającego niepotrzebnie moc obliczeniową procesora. Miliardy impulsów krzemowego mózgu łamiącego sobie głowę nad problemem nie do rozwiązania. Nawet jeśli wydawało się, że R. miał jeszcze tyle do zrobienia i powiedzenia.

Znak zapytania. Trójkątny nawias. Rozsądek krzyknął, że już dość.

– Skończyłeś?

Blask lazurowych oczu J. wyrwał go ze skupienia. A jednak trzeba było pójść w stronę Turnbulla.

– Łatwo jest skończyć. O wiele trudniej…

R. nie zdążył wydukać dalszego ciągu swojej mądrości. Pomiędzy jego boksem a boksem J. pojawiła się znikąd Kierowniczka. Przesadzony uśmiech na jej twarzy był niczym spisany naprędce div, który powstał w celu odwrócenia uwagi od niedzisiejszego layoutu.

– Skończyłeś?

J. dopiero odsunął klawiaturę. Tak jakby wszystkie ich komputery, telefony, ekspres do kawy, a może nawet i własne mózgi podłączone były do jednej maszyny, która stale obserwowała ich poczynania i na bieżąco raportowała szefom.

– Tak.

– Pójdziemy do Dyrektora. Masz teraz chwilę?

R. odwrócił głowę w stronę biurka J. Nawet nie podniosła wzroku, a co tu dopiero marzyć, żeby coś powiedziała. Teraz to ona była zatopiona w świecie funkcji i znaczników, w którym wszystko było do bólu logiczne, zrozumiałe i precyzyjne.

– Chodź.

R. zawadził nogą o kółko obrotowego fotela. Wstał od biurka i poszedł za Kierowniczką. Jej letnia sukienka była jak ten fałszywy uśmiech. Wszystko, aby ukryć wewnętrzną zgniliznę.

– Idziesz? – upewniła się, gdy skręcali w niekończącym się labiryncie odgrodzonych od siebie niedużymi boksami biurek. Niewiele brakowało, by kąciki jej wąskich ust sięgnęły wyłupiastych oczu.

R. widział wcześniej, do czego zdolna jest ta pozornie sympatyczna istota. Nie doświadczył jeszcze osobiście z jej strony żadnych przykrości, ale był wielokrotnie świadkiem, jak krzyczała na swoich podwładnych. Innym razem nie zostawiła suchej nitki na kodzie J. Przeczuwał, że teraz nadchodzi jego kolej.

Kierowniczka otworzyła drzwi do gabinetu Dyrektora.

– Wejdź.

– Dyrektorze. – Mężczyzna palił elektronicznego papierosa i stukał coś w telefonie. J. musiała zwrócić się do niego bezpośrednio, aby zyskać uwagę.

Dyrektor uniósł wzrok i błyskawicznie odłożył e-papierosa, a telefon schował do kieszeni. Miał krótko przystrzyżone włosy, o wiele krótsze niż zapamiętał R.

– Siadaj – zwrócił się do niego Dyrektor.

R. posłusznie zajął miejsce na krześle. Nie wiedząc, co zrobić z rękoma, zaczął się nierównomiernie obracać to w jedną, to w drugą stronę, ale przestał pod ciężarem spojrzenia Kierowniczki, która usiadła obok.

– Postanowiliśmy zakończyć z tobą współpracę – wyznał Dyrektor.

R. poczuł wielką gulę w gardle, która powoli rosła wzwyż. Ale jak to, ale czemu, ale przecież właśnie skończył projekt – chciał od razu powiedzieć wszystko to i wiele więcej. Nie był jednak w stanie wydobyć z siebie dźwięku.

Kierowniczka siedziała obok niewzruszona w swojej letniej sukience z nogą założoną na nogę.

– Byłeś u nas zatrudniony na umowę o dzieło, nie musimy więc podawać ci powodu naszej decyzji.

Nie są w stanie powiedzieć mu nawet tyle. Po tym wszystkim, co dla nich zrobił! Złapał prawą dłonią za lewą pięść, by nie walnąć w biurko Dyrektora. Od trzech lat był wzorowym pracownikiem, wykonywał bez problemu wszystkie swoje zadania, manipulował kodem wedle swojego życzenia niczym fakir zaklinający kobry. Żądał wyjaśnień, lecz z trudem był w stanie opanować roztrzęsioną szczękę.

– Masz zapisany w umowie dwutygodniowy okres wypowiedzenia, ale zwalniamy cię z jakichkolwiek zobowiązań wobec Instytutu. Proszę cię jeszcze tylko o podpis tutaj i możesz sobie iść.

R. spojrzał na biurko. Faktycznie leżały na nim dwa egzemplarze pisma mówiącego o rozwiązaniu współpracy. Dyrektor patrzył na niego nieruchomym spojrzeniem. Pod jego wpływem sięgnął po długopis i złożył podpis w odpowiednim miejscu.

Kierowniczka zasłoniła usta dłonią.

– Ostatnią wypłatę dostaniesz w terminie. No, to chyba by było na tyle.

Dyrektor wstał i wyciągnął rękę. R. jeszcze raz spojrzał na treść pisma, które właśnie podpisał. Uniósł wzrok i zobaczył potężną dłoń Dyrektora. Miał mu tyle do powiedzenia. Bez słowa podał mu nieruchomą rękę.

Czuł się, jakby kręcił spirale wokół niechlujnego znaku zapytania i stawiał koślawy nawias trójkątny.

Opuściwszy gabinet Dyrektora, udał się labiryntem boksów z powrotem do swojego biurka. Po drodze obserwował programistów, grafików, front– i backendowców, wpatrzonych w swoje monitory. Żaden z nich nie wiedział, co go właśnie spotkało. Nie zdawali sobie sprawy, że tak jak on mogą w mgnieniu oka zostać wydaleni z Instytutu z byle powodu zmyślonego przez Kierowniczkę. Nikogo nie obchodził ich dalszy los.

R. opadł na krzesło przed swoim biurkiem. Jego komputer był już wyłączony. Błyskawicznie odcięli go od sieci i nie miał dłużej dostępu do ani jednego znaku ze swojego trzyletniego dorobku. Wszystko przepadło bezpowrotnie.

J. siedziała bezczynnie i wpatrywała się w paznokcie.

Na szczęście nie miał wielu rzeczy na biurku. Instytut i tak nie pozwalał pracownikom zaśmiecać ich przedmiotami osobistymi. Schował do torby zeszyt, w którym przez trzy lata zapisał może ze trzy strony, kilka długopisów i firmowy, bezpłciowy kubek.

– Już wychodzisz? – spytała J., obserwując go spomiędzy rozczapierzonych palców. – Wiesz, z tym karaluchem to mogła być jakaś ściema.

R. początkowo zignorował jej słowa. Wziął głęboki wdech nosem, wydech zrobił ustami. Trzy lata niewolniczej pracy. Właśnie skończył kolejny projekt. Poświęcił Instytutowi całego siebie, wkładał w jego pracę całe serce. A oni nawet nie mają odwagi, by wyjaśnić mu tę sytuację. Kierowniczka ziewała i nie potrafiła mu spojrzeć w oczy. Ale może J. będzie początkiem czegoś lepszego? Na pewno umówiłaby się z nim po pracy na kawę. Opowiedziałby jej o wszystkim, a ona by go zrozumiała.

Córka Thénarda i Turnbulla, ostatnie dobro tego świata.

Zatopił się w tych rozmyślaniach do tego stopnia, że nawet nie zauważył, gdy J. wstała od biurka i zniknęła. Pewnie poszła sama do kuchni, nawet się nie pożegnali.

A co jeśli spotka tam tego karalucha?

 

Gdy R. opuszczał budynek Instytutu, słońce świeciło jeszcze pełnią blasku. Nie był przyzwyczajony do wychodzenia na zewnątrz o tak wczesnej porze. Powolnym krokiem pokonywał centrum miasta, które o tej godzinie było niemal całkiem opustoszałe. Nawet tramwaje zatrzymywały się na przystankach jedynie dla formalności. Kiedy więc dostrzegł z oddali, jak podjeżdża jego numer, rzucił się w jego stronę.

Pojazd wyjątkowo na niego zaczekał. Gdy R. przekroczył próg wagonu, udał się w stronę motorniczego, by mu podziękować.

– Nie ma za co, panie kochany – odpowiedział życzliwie czterdziestoparoletni mężczyzna z wąsem. – O tej porze to i tak mało kto jeździ. Nie warto się spieszyć. Potem by mnie pan zgłosił do Zarządu i co by było? Jakieś wyjaśniania, nieprzyjemne sytuacje. Nie warto, mówię panu.

R. oparł się o szklane drzwi kabiny motorniczego, by złapać oddech.

– A ja to tę pracę bardzo lubię. Nie zarabiam może kokosów, ale jest pewna i stabilna. Rozumie pan? Bez tej pracy to ja nie wiem, co bym zrobił. Rodzinę mam na utrzymaniu, pan wie, zanim mnie tu przyjęli, to już niebezpiecznie podjeżdżałem. Żona mnie wyzywała od alkoholików. Miała rację, bo to jak człowiek nie pracuje, to nie ma co ze sobą zrobić. Chodzi tylko z tymi kolegami, tak się zawsze mówi, a to jedno piwko, drugie piwko, tu wódeczka, tam wódeczka. Człowiek nie myśli tak o tym, a jak zaczyna myśleć, to dopiero się robi. Zwariować można! Mówię panu, straszna rzecz tak bez pracy. Ta robota ocaliła moje małżeństwo, a może całe moje życie!

Gdy tramwaj stanął na światłach, motorniczy pozwolił sobie oderwać wzrok od trasy i spojrzał na R. Ten ledwo stał na nogach, cały pobladł, a jego czoło zlał pot.

– Dobrze pan się czuje? Przepraszam, nie chciałem pana niepokoić. Pan sobie usiądzie.

R. słaniając się zrobił dwa kroki do fotela i usiadł. Motorniczy odprowadził go wzrokiem i nie odezwał się już przez resztę trasy.

Ale jak to teraz wszystko będzie? Że też o tym nie pomyślał wcześniej. Przecież on teraz bez pracy na pewno zwariuje i popadnie w alkoholizm. Dokładnie tak, jak opowiedział motorniczy. Rutyna dnia codziennego pozwalała mu dotąd utrzymać resztkę równowagi psychicznej. Wiedział, że bez niej ugnie się pod ciężarem trosk egzystencjalnych.

Tramwaj zatrzymał się na moście Poniatowskiego. R. wybiegł, ile sił w nogach i od razu skierował się po schodkach na dół. Kolejne partie stopni zdawały się nie mieć końca. W ciemnych zaułkach pod mostem dostrzegł zapowiedź mroku, który miał go teraz nawiedzać każdej nocy.

Na szczęście jeszcze przez chwilę mógł liczyć na ratunek dnia. Opuściwszy zaciemnione rejony mostu Poniatowskiego, znalazł się znów na terenie oświetlonym przez słońce. Tu było mu znacznie łatwiej wykrzesać z siebie ostatnie pokłady nadziei.

Szybkim krokiem ruszył w kierunku bloku, gdzie znajdowało się jego mieszkanie. Z oddali zauważył, że przy drzwiach siedzi nieogolony mężczyzna w wełnianej czapce i przetartej skórzanej kurtce.

R. starannie unikał jego spojrzenia, gdy zbliżał się do drzwi. To jednak nie poskutkowało.

– Masz pan kopsnąć szluga?

Zachrypły głos, który usłyszał za sobą, nie pozostawiał wątpliwości, ale dla pewności musiał jeszcze dyskretnie poruszyć oczami na boki.

– Przepraszam, nie palę – wydukał, wciskając ostatnią cyfrę na klawiaturze domofonu i nawet nie zaszczycając mężczyzny swoim spojrzeniem.

– Będziesz pan coś chciał kiedyś!

Czuł wyrzuty sumienia, że nie był w stanie pomóc. Widok znajomej klatki schodowej tylko je pogłębił. Oto bowiem znalazł się na swoim terenie, który już wkrótce mógł nieodwracalnie utracić. Jego ukochana samotnia, ostatnie bezpieczne miejsce w całym wszechświecie, była zagrożona.

Dla formalności zajrzał do skrzynki na listy, by odwrócić uwagę od coraz czarniejszych myśli. Nic się jednak nie zmieniło od rana – wciąż świeciła pustką. Nie znalazła się w niej jeszcze żadna oferta pracy, która przywróci go na powszechnie akceptowane przez społeczeństwo tory życia. Żadnego zawiadomienia o śmierci dalekiego krewnego, informującego o dużym spadku.

Postawił krok na wąskim stopniu i szybko znalazł się na pierwszym piętrze. Przystanął, słysząc obok trzask otwieranego zamka. W drzwiach stanęła jego sąsiadka, pani Tekla, z dużą miską pełną ciasta w rękach.

– Dzień dobry, panie sąsiedzie – przywitała się serdecznie.

– Dzień… dzień dobry – wyjąkał R.

– Piękną dziś mamy pogodę, nieprawdaż? Byłam rano nakarmić koty, to aż za ciepło się ubrałam. Teraz ciasto wyrabiam, jak pan widzi, może wpadłby pan potem na kawałek?

– Dziękuję, chyba będę zajęty…

– No tak, no tak… A pan dziś jakoś wcześnie wrócił z pracy, co to się stało?

– Przepraszam, nie czuję się najlepiej…

– Ooo.

Twarz sąsiadki spochmurniała.

– Wie pan co, panie sąsiedzie? To ja przyniosę panu kawałek ciasta potem. Nie zawracam już głowy, niech pan się pójdzie położy.

R. nie zdołał wydobyć z siebie kolejnego słowa dla troskliwej sąsiadki, więc tylko pokiwał głową na pożegnanie i wznowił podróż ku drzwiom swojego mieszkania.

Dopiero gdy włożył klucz do zamka, usłyszał za sobą cichy szelest. Na schodach za jego plecami siedziała starsza kobieta, która najwyraźniej go oczekiwała. Na jego widok podniosła się i otrzepała trzymany wcześniej na kolanach czarny kapelusz.

– No myślałam, że już się ciebie nie doczekam – wycedziła przez zęby władczym tonem.

– Mama? Co mama tutaj robi?

– Przecież całe miasto wie już o twojej życiowej porażce! Gdybyś miał jakichkolwiek znajomych…

R. otworzył drzwi i przepuścił matkę przodem. Kobieta prychnęła i poruszyła w powietrzu palcami, przestępując przez próg jego mieszkania.

– Pewnie zastanawiasz się, w jaki sposób zdołałam tak szybko tu przyjechać aż z Mokotowa? Hah, wy młodzi. Zawsze wam się wydaje, że starsi ludzie za wami nie nadążają. A to tylko po-zo-ry! Umyślnie sprawiamy takie wrażenie. To właśnie świadczy o naszej wyższości. Kiedyś zmądrzejesz… – kobieta urwała i westchnęła. – Nie, ty już nigdy nie zmądrzejesz.

R. cały dygotał, gdy próbował zabrać matce kapelusz, a następnie zaprosił ją do mieszkania.

– Jak ty, dziecko, żyjesz! – zajęczała, przechodząc z przedpokoju do dużej izby, stanowiącej połączenie kuchni, salonu i gabinetu.

W centralnej części pokoju stało sporych rozmiarów biurko, zajmowane przez komputer i stos książek o programowaniu. Po kanapowym narożniku walało się tekturowe pudełko po pizzy, duży tablet i kolejne książki.

– To wszystko się skończy… Ani myśl, że będę teraz sponsorowała twoje rozpusty!

– Mamo, skąd wiesz tak szybko?

– No przecież zadzwoniła do mnie od razu! Ta twoja “bratnia dusza”…

– J.?

– Która dziewczyna na ciebie w ogóle spojrzy! Ten cały “ko-le-ga”, jak mu było… Bill. Bill Lee. Wciąż podejrzewam, że jakby tego wszystkiego jeszcze było mało, jesteś gejem. Chociaż w obecnej chwili to byłby najmniejszy z twoich problemów…

– Mamo… – zaczął cichym głosem R., ale przerwał mu głośny krzyk kobiety. Matka odskoczyła od kanapy, na której chciała usiąść. – Co się stało, mamo?

– Chyba widziałam karalucha! Tego już za wiele!

Kobieta ostentacyjnie obeszła cały pokój wzdłuż ściany i usiadła przy biurku. Oparła ręce o klawiaturę, wpatrując się w wyłączony monitor.

– Co ty sobą reprezentujesz, dziecko… Za miesiąc masz trzydzieste urodziny, czy ty cokolwiek osiągnąłeś w tym czasie? Ta twoja śmieszna praca, tyle lat stukania w klawisze. Nie masz już nawet tego. Och, co by powiedział twój ojciec…

– Mamo…

– Milcz, gdy do ciebie mówię! Normalny mężczyzna w twoim wieku powinien mieć żonę, rodzinę, własne miesz-ka-nie, a nie taką ruderę. Łudziłam się, że z tego wyrośniesz. Ale ty już jako dziecko byłeś do niczego. Nie słuchałeś mnie… A teraz zostałeś bez pracy, bez pie-nię-dzy! Nie dam ci ani grosza!

R. mimowolnie garbił się coraz bardziej z każdym kolejnym słowem. Wreszcie padł na kanapę i skulił się w narożniku.

– Zabiorą ci tę klitkę, zobaczysz. Co teraz zrobisz? Nie potrafisz nawet wyjść z tego mieszkania! Nie masz żadnych kontaktów. Poznałeś kogoś w tej pracy wartościowego? No właśnie! Co to była za praca w ogóle… I nie myśl, że będę ci robiła obiadki!

Na dźwięk tych słów R. zdał sobie sprawę, że od kilku minut burczy mu w brzuchu. Zastanawiał się, czy jego sąsiadka Tekla dotrzyma słowa.

– O nie, mój drogi, zostaniesz sam i nikt ci ręki nie poda. Cała rodzina się wstydzi takiego dziwoląga jak ty! Jesteś gnidą, nieudacznikiem, prostakiem… Jesteś jak ten karaluch!

R. wstał z kanapy i wyciągnął rozkazująco palec w kierunku matki. Pragnął jej wygarnąć wszystko. Jak od dziecka go gnębiła i utwierdzała w poczuciu niskiej wartości. Wyśmiewała jego pasje i nie traktowała poważnie żadnych planów.

– Dość, matko! – zdołał tylko wykrzyknąć piskliwym głosem i podbiegł do okna. Otworzył je na oścież i zaczął wdrapywać się na parapet. – Skoczę!

R. wyobraził sobie, jak spada na ziemię i w zdającym się trwać wiecznie locie ogląda kolaż wszystkich najważniejszych scen życia. Wreszcie rozbryzguje się o płytki chodnika, lecz jeszcze na moment przed utratą świadomości zdoła sobie wyobrazić całą niepoprowadzoną przyszłość z J. Uśmiech jej lazurowych oczu byłby jednocześnie pytajnikiem i trójkątnym nawiasem kończącym jego życie.

– A skacz! I co? Złamiesz sobie nogę?!

R. wyjrzał przez okno. Faktycznie z takiej wysokości nie było dużych szans na to, by zrobił sobie coś śmiertelnego. Odsunął się od parapetu.

– Ale z Poniatoszczaka już sobie zrobię! – krzyknął nagle i wybiegł z mieszkania.

Rzucił się w dół po wąskich, wysokich schodach. Liczył, że na pierwszym piętrze znowu otworzy mu sąsiadka, ale do niczego takiego nie doszło. Myślał, że na dole znajdzie nieogolonego mężczyznę, który prosił go o papierosa, ale… wcale nie dobiegł na dół.

Pokonawszy schody z pierwszego piętra, które powinny go zaprowadzić na parter ze skrzynkami na listy i wyjściem z bloku, trafił na piętro wyglądające bliźniaczo podobnie do tego, które właśnie opuścił. Przetarł oczy ze zdumienia i podszedł do każdego z trojga drzwi z osobna. Czy oprócz pracy stracił również tego dnia poczytalność?

Rzucił się na kolejne schody, poniżej oczekiwało go jednak następne identyczne piętro. Jak to było możliwe? W jaki sposób w jego bloku mogły wyrosnąć dodatkowe kondygnacje?

Przebiegł jeszcze trzy takie same piętra. Różniły się wyłącznie ustawieniem trojga drzwi, z których jedne były wykonane z elegancko obrobionego drewna, a dwoje pozostałych stanowiło ciemnobrązowe wariacje takich, jakie sam miał w mieszkaniu.

R. postanowił dla odmiany wrócić do góry i sprawdzić, czy pokonawszy sześć pięter trafi z powrotem do siebie. Po przebiegnięciu pędem pięciu pokonał pierwszą partię schodów, lecz tam, gdzie powinna się rozpocząć kolejna, napotkał po prostu na betonowy sufit.

R. podszedł najwyżej jak się dało i wyciągnął ręce w jego kierunku. To nie była iluzja, drogę naprawdę blokowała mu betonowa powierzchnia. Jego piętro i wszystkie ponad nim przestały istnieć, blok nagle urywał się po pięciu zupełnie nowych piętrach. Macał sufit, próbował go podnieść – na darmo.

– Mamo! Mamo! – zaczął krzyczeć z naiwną nadzieją, że jego matka usłyszy i w jakikolwiek sposób uratuje sytuację.

Zamiast tego usłyszał głośny szept:

– Ciszej! Małe dziecko śpi!

Błyskawicznie zbiegł piętro niżej, zdążył już jednak zobaczyć tylko zamykające się drzwi mieszkania, z którego ktoś mu zwrócił uwagę.

Padł na nie, zaczął walić pięściami, a nawet kopać. Nie otworzyły się ponownie.

Miotał się między kolejnymi drzwiami, żadne jednak ani drgnęły. Piętro niżej za jednymi z nich usłyszał ciche szuranie. Przystawił ucho, by posłuchać uważniej. Szuranie nagle zamilkło, a ciszę przeciął niewyraźny szept.

– …nie widzisz? Jak się skręcają. Wiją się też w twojej głowie. To całkiem… entuzjastyczne. Podaruj im oczy. Dotknij okiem swojego mózgu!

R. odskoczył od drzwi, słysząc głośne trzaśnięcie. Zamiast dobijać się do pozostałych, przerażony zbiegł na dół.

Jego blok liczył teraz jeszcze więcej pięter niż wcześniej. Po dziesięciu przestał je liczyć i powoli tracił nadzieję, że kiedykolwiek się z niego wydostanie. Czy to wszystko spotykało go tylko dlatego, że stracił pracę? Czy to już było piekło, które jakimś nieziemskim sposobem zdołało wydostać się z jego nadwrażliwego umysłu?

Przystanął, by złapać oddech i złapał się za kolana. Czy ta klatka schodowa miała jeszcze jakikolwiek koniec? Bez większych nadziei pokonał kolejną partię schodów i znalazł się przed wejściem do piwnicy.

Obok drewnianych drzwi stał potężnie zbudowany, łysy mężczyzna o tępym spojrzeniu.

– Wreszcie trafiłeś. Proszę, zapraszam – odparł drwiąco.

R. powolnym krokiem zbliżył się do drzwi. Jeszcze raz spojrzał na olbrzyma.

– No co? Właź.

Gdy przestąpił próg do nieoświetlonego korytarza, mężczyzna złapał go mocnym chwytem za rękę.

– Czekaj.

Cały czas ściskając jego przedramię, sięgnął do kieszeni i wyjął z niej przedmiot, który wyglądał jak biurowa pieczątka. Mocno przycisnął go do nadgarstka R. i chwilę na nim potrzymał.

– Teraz.

R. zbliżył nadgarstek do oczu, by dostrzec w ciemnościach, co dokładnie zrobił mu strażnik wejścia do piwnicy. Na jego skórze odbił się wyraźny, czarny symbol nierównego rombu. Z każdej jego strony wyrastały po trzy złamane kreski przypominające odnóża. Dotknął znaku. Nie zanosiło się na to, by miał się łatwo zmazać.

– No właź! – ryknął mężczyzna.

 

Ciemny korytarz nie zaprowadził R. wcale do labiryntu niewielkich komórek, które widział dotąd tylko raz w życiu, gdy z ciekawości zszedł zobaczyć piwnicę swojego bloku. Zamiast tego wylądował w ogromnej zaciemnionej sali, która wyglądała jak klub nocny. Jedyne oświetlenie dawało kilka zielonych świateł umiejscowionych w narożnikach, małe lampki na stolikach oraz bar pod ścianą. R. ruszył w jego kierunku.

W całym pomieszczeniu brzmiała głośna muzyka, jeśli można było tak nazwać te posępne, monotonne dźwięki basu urozmaicone partiami wokalnymi przypominającymi przeciągłe bekanie.

Przy zaledwie kilku stolikach siedziały po dwie, góra trzy osoby i mamrotały między sobą. Wszyscy wyglądali na przytłoczonych życiem bezdomnych, którzy nie spali od miesiąca. Tylko przy jednym stoliku rozgrywała się emocjonująca partyjka w karty, R. nie był jednak w stanie zrozumieć ani słowa z wypowiedzi graczy.

Gdy zbliżał się do baru, rozpoznał stojącego za nim nieogolonego mężczyznę w skórzanej kurtce. Mimo braku wełnianej czapki na głowie był pewien, że to ten sam człowiek, który wcześniej prosił go o papierosa. R. miał wrażenie, że to wydarzyło się jeszcze w zupełnie innym życiu.

Mężczyzna wycierał właśnie kufel, a na jego widok zmarszczył brwi.

– Dzień dobry… Może mi pan powiedzieć, co to za miejsce?

Barman bez słowa odstawił kufel, nie spuszczając R. z oczu.

– Naprawdę nie wiedziałem, że mamy w bloku taki loka…

– Piwo? – przerwał mu niskim głosem mężczyzna.

R. zawahał się zbity z tropu, ale pokiwał głową.

– Poproszę.

Barman sięgnął z powrotem po kufel i podstawił go pod kranik. Cierpliwie czekał, aż złocisty trunek spłynie po ściance i zwieńczył cały proces niewielką warstwą piany na górze. Postawił pełny kufel przed sobą. Gdy R. chciał po niego sięgnąć, przybliżył go do siebie. Patrząc mu cały czas w oczy, mężczyzna splunął do środka i popchnął piwo z powrotem w jego stronę.

R. przyjrzał się kuflowi i powoli odsunął się od baru. Barman prychnął i z powrotem zajął się czyszczeniem kolejnych kufli.

Salę wypełnił narastający jazgot. Basowa kakofonia została uzupełniona o głośne, nieludzkie dźwięki saksofonu. R. dopiero teraz zaczął dostrzegać, co jest nie tak z bywalcami lokalu. Pocierali się szybko rękoma i w nadludzkim tempie poruszali palcami. Było w ich zachowaniu coś z nieprzyjemnych insektów.

Zresztą trzech mężczyzn siedzących przy pobliskim stoliku autentycznie wyglądało jak karaluchy. Z głów wyrastały im drgające czułki, ich skóra była ciemnobrązowa, porośnięta ohydnym włosiem. Nagle R. był nawet w stanie zrozumieć ich mowę. Jeden z karalucholudzi opowiadał właśnie dwóm kolegom, jaki ostatnio dostał fantastyczny środek do czyszczenia pancerzyka chitynowego.

R. wpatrywał się w niego, aż ten w końcu go zauważył. Na chwilę zamilkł i zastygł w bezruchu. Wlepił w niego swoje ogromne, ciemne ślepia z obrzydzającą ciekawością.

– To chyba jakiś nowy, zachowuje się jak debil – orzekł wreszcie i jak gdyby nigdy nic wrócił do rozmowy.

R. mimowolnie zaczął iść tyłem w kierunku wyjścia, kiedy nagle poczuł na ramieniu dłoń. Odruchowo odskoczył i odwrócił się, oczekując, że ujrzy za sobą jednego z karalucholudzi. Zamiast tego dostrzegł jednak J. Widok jej uśmiechu i lazurowych oczu od razu go uspokoił.

– Szukałam cię, R…

– J… Co ty tutaj robisz?

– Już spokojnie. Wszystko będzie dobrze.

J. powoli zbliżyła się do niego i złapała go za rękę.

– Nie bój się, chodź ze mną.

R. nie potrzebował większej zachęty. Dziewczyna pociągnęła go do wyjścia. Zdążył jeszcze dostrzec jednego karalucha o ludzkich rozmiarach, który siedział samotnie przy niewielkim stoliku z lampką. Wyglądał na starszego od pozostałych, a jednym ze swoich obrzydliwych czułków badał kawałek ciasta.

– Tak, to pani Tekla. Zrobiła ci ciasto, tak jak obiecała, widzisz?

R. znów stanął w miejscu, a nogi odmówiły mu posłuszeństwa. J. zauważyła jego przerażenie i delikatnie przytuliła. Jej smukłe ręce trzymały go coraz mocniej, gdy głaskała go po twarzy i czule przyciskała do piersi.

– Spokojnie, wszystko będzie dobrze…

 

R. obudził się następnego dnia w mieszkaniu J. Spędził całą noc w jej objęciach, szlochając i poddając się pieszczotom. Jej bliskość go uspokajała i wreszcie nad ranem pozwoliła mu zasnąć. Nie przejmował się wcale utratą pracy i ludźmi-karaluchami. Teraz został jednak sam w jej kawalerce i wczorajsze lęki powróciły.

Domyślał się, że J. poszła do pracy w Instytucie. Jak miał przetrwać te kilka godzin bez niej? Powoli zszedł z materaca, który wciąż nią pachniał. Mieszkanie miało taki sam układ jak jego. Wcześniej nawet nie wiedział, że J. mieszka w tym samym bloku. Myśl o opuszczeniu tego bezpiecznego kącika napawała go strachem. Co jeśli znowu zgubi się w labiryncie nieskończonych pięter?

J. nie zostawiła mu nawet kluczy, ale zdołał przecisnąć się przez szparę pod drzwiami. Wydawało mu się, że porusza się znacznie szybciej niż wczoraj, choć całe otoczenie zrobiło się nagle znacznie większe. Pokonanie schodów zabrało mu tym razem dużo więcej czasu, ale przynajmniej poprowadziły go na sam dół bez przykrych niespodzianek. Zwrócił też uwagę, że na parterze nie było zejścia ani do piwnicy, ani do baru, który wczoraj ją zastąpił.

Droga na górę mostu Poniatowskiego i przystanek tramwajowy dłużyła się w nieskończoność. Uparcie pokonywał stopień za stopniem, ale ile ich musiało być? Mimo że przebieranie nogami bardzo go męczyło, nie zamierzał narzekać. Tym razem przynajmniej był w stanie okiełznać rzeczywistość i nie pojawiało się w niej nic nieziemskiego.

Podróż tramwajem szybko mu minęła. Ludzie byli zajęci telefonami i nikt nie zwrócił na niego nawet uwagi. Podobało mu się to. Zaczął myśleć, że mógłby w ten sposób funkcjonować na świecie. Nikt nie miałby co do niego żadnych wyrzutów, a w domu czekałaby na niego J. Zawsze gotowa, by przytulić i uspokoić.

Wysiadł w centrum miasta. Znowu było koło południa, nie musiał więc przedzierać się przez tłumy ludzi. Bezstresowo doszedł do Instytutu. W recepcji po prostu zaczekał, aż ochroniarz zamknie oczy przy ziewaniu i wtedy przebiegł pod bramką. Kolejne schody wyczerpały resztki jego sił. Jednak myśl o tym, że za chwilę znowu ujrzy J. i będzie mógł bawić się jej niebieskimi włosami, motywowała go do dalszej wspinaczki.

Gdy wreszcie wspiął się na właściwe piętro, uznał, że musi najpierw trochę odsapnąć. Nie chciał, aby J. zobaczyła go w takim stanie. Wszedł do kuchni i usiadł na stole. Zjedli przy nim tyle obiadów, wypili niezliczone ilości kawy.

Kolejne wydarzenia nastąpiły tak szybko, że R. nie zdążył nawet na nie zareagować. Do kuchni weszła Ukrainka, która obsługiwała gości Instytutu. Spojrzała w stronę stołu i na widok R. krzyknęła nieprzyjemnym, chropowatym piskiem. Błyskawicznie sięgnęła po gazetę, która leżała akurat na baniaku z wodą, zwinęła ją w rulon i uderzyła w stół. R. nie zdążył się nawet poruszyć.

– Wreszcie dopadłam skurwysyna.

Ostatnią myślą R. było to, że umiera jak karaluch.

 

10436539

Koniec

Komentarze

Niestety, opowiadanie nie przypadło mi do gustu.

Doceniam stężenie absurdu w absurdzie i wszystkie kłody padające pod nogi R. na jego drodze od zwolnienia do skaraluszenia, ale mam wrażenie, że moja pamięć Karaluchów nie przechowa.

 

– Masz rację – od­par­ła J. –> Komu odparła, skoro nikt o nic ją nie pytał? Poprzednia kwestię też wypowiadała J.

 

La­zu­ro­we oczy J. za­lśni­ły w jego stro­nę. – Jak to zrobiły?

 

ką­ci­ki jej wą­skich ust się­gnę­ły wy­łu­pia­ste­go spoj­rze­nia. –> Wyłupiaste mogą być oczy, ale nie spojrzenie.

 

Kie­row­nicz­ka otwo­rzy­ła drzwi do ga­bi­ne­tu Dy­rek­to­ra i prze­pu­ści­ła go do środ­ka. –> Czy dobrze rozumiem, że do gabinetu pierwszy wszedł Dyrektor.

 

gra­fi­ków, front– i bac­ken­dow­ców wpa­trzo­nych w swoje mo­ni­to­ry. – …gra­fi­ków, front- i bac­ken­dow­ców, wpa­trzo­nych w swoje mo­ni­to­ry.

 

Gdy R. prze­kro­czył próg wa­go­nu… –> To w wagonach tramwajowych są progi?

 

udał się w stro­nę kie­row­cy, by mu po­dzię­ko­wać. –> Tramwaj prowadzi motorniczy, nie kierowca.

Ten błąd pojawia się w opowiadaniu kilkakrotnie.

 

R. sła­nia­jąc się zro­bił dwa kroki do fo­te­la i usiadł. –> Czy w tramwajach na pewno są fotele?

 

R. wy­biegł, ile sił w no­gach i od razu zbiegł po schod­kach na dół. –> Powtórzenie. Masło maślane – czy mógł zbiec na górę?

 

Przy­sta­nął, sły­sząc obok trzask otwie­ra­ne­go zamka. W drzwiach sta­nę­ła jego są­siad­ka, pani Tekla, z dużą miską pełną cia­sta w rę­kach.

– Dzień dobry, panie są­sie­dzie – od­par­ła ser­decz­nie, ugnia­ta­jąc droż­dże w na­czy­niu. –> Komu odparła, skoro nikt panią Tekle o nic nie pytał?

Skoro pani Tekla miała ręce zajęte trzymaniem dużej miski pełnej ciasta, to w jaki sposób mogła jeszcze ugniatać drożdże w innym naczyniu?

 

R. nie zdo­łał wy­do­być z sie­bie ko­lej­ne­go słowa w kie­run­ku tro­skli­wej są­siad­ki… –> Można wydobyć z siebie słowa i skierować je do kogoś, ale nie można wydobywać słów w czyimś kierunku.

 

R. wyj­rzał przez okno i spoj­rzał na dół. –> Powtórzenie.

 

Teraz. R. zbli­żył nad­gar­stek bli­żej oczu… –> Brzmi to fatalnie.

 

pod­sta­wił go pod złoty kra­nik. Cier­pli­wie cze­kał, aż zło­ci­sty tru­nek… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

jedną ze swo­ich obrzy­dli­wych czu­łek badał ka­wa­łek cia­sta. –> Czułki są rodzaju męskiego, więc: …jednym ze swo­ich obrzy­dli­wych czu­łków badał ka­wa­łek cia­sta.

 

a nogi od­mó­wi­ły mu po­słu­szeń­stwa. J. za­uwa­ży­ła jego prze­ra­że­nie i de­li­kat­nie go przy­tu­li­ła. Jej smu­kłe ręce coraz moc­niej go trzy­ma­ły, gła­ska­ła go po twa­rzy i czule przy­ci­ska­ła do pier­si. –> Nadmiar zaimków.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Po przeczytaniu ciśnie mi się słowo “przekombinowane”. Początek próbuje w poetycki sposób opisać proces tworzenia kodu – no jakaś to myśl jest, ale dla mnie mało w tym finezji i poezji. Ale to pewnie dlatego, że jestem informatykiem, więc to szara proza życia ;)

Potem jest dosyć duże stężenie absurdu, które koniec końców przeleciało mi przez palce. Wyraźnie pamiętam tylko matkę R. Przypadła mi do gustu jako postać – może nie była oryginalna, ale na pewno wyrazista. Finkla ma rację, że faceci najpewniej wolą jędze ;) Karalusze zakończenie jakoś też nie chciało się wybić.

Podsumowując: początek mnie nie ujął, a potem absurd na absurdzie nie kupił. Ale ja ogólnie słabo takie rzeczy trawię, więc tą opinią się za mocno nie przejmuj :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

No, mnie też opowiadanie nie ujęło. Na początku nawet nieźle, chociaż wydaje mi się, że dziwnie wszyscy reagowali. Matka strasznie wredna. A potem absurd mnie pokonał. No, można się doszukiwać metafor czy analogii, ale chyba nie aż tak.

Babska logika rządzi!

Poprawki wprowadzone, a opinie z pewnością przemyślę. Dzięki wielkie!

I am surrendering to gravity and the unknown.

Nowa Fantastyka