- Opowiadanie: MPJ 78 - Plantacja nad Beannafoliewen

Plantacja nad Beannafoliewen

Osa­dzo­ne w świe­cie wiedź­mi­na na­wią­zu­je do opo­wia­da­nia Rysi Pazur

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

regulatorzy, zygfryd89

Oceny

Plantacja nad Beannafoliewen

Sta­tek z pół­no­cy gład­ko przy­bił do na­brze­ża w Pra­dos. Było cie­pło, wiał lekki wiatr od morza. Cze­góż chcieć wię­cej? Może żeby na na­brze­żu nie cze­ka­li na mnie lu­dzie Nean'a aep Manis'a ko­or­dy­na­to­ra taj­nych służb ce­sar­skich na pro­win­cję Gem­me­ry.

– Rysi Pa­zu­rze miło cię wi­dzieć – rzekł jeden ze straż­ni­ków miej­skie­go her­man­da­du, po­ma­ga­ją­cy cel­ni­kom.

– Też cie­szę się ile­kroć znaj­du­ję się w Pra­dos na ce­sar­skiej ziemi. – Po­chleb­stwo nie boli, a czę­sto uła­twia życie.

– Stary przy­ja­ciel liczy na to, że wkrót­ce go od­wie­dzisz – Straż­nik od­chy­lił pła­tek koł­nie­rza, uka­zu­jąc na­szy­te dwu­na­sto­ra­mien­ne słoń­ce, sym­bol taj­nych służb ce­sar­stwa.

– Nie omiesz­kam się z nim spo­tkać.

 

Ba­nal­ne zda­nia, kryją w sobie dość jasny roz­kaz, mam się na­tych­miast sta­wić u Neana aep Ma­ni­sa. Wy­ko­na­łem go bez zwle­ka­nia. Ko­or­dy­na­tor, jako były ka­wa­le­rzy­sta nie to­le­ro­wał opóź­nień, uda­łem się więc do zaj­mo­wa­nej przez niego ka­mie­ni­cy. De­cy­zja była nie­wąt­pli­wie słusz­na. Manis urzę­do­wał na pod­da­szu, po­ło­wa okien tego po­miesz­cze­nia wy­cho­dzi­ła na port. Wiel­ka lu­ne­ta na sta­ty­wie su­ge­ro­wa­ła, iż tajne służ­by ce­sar­stwa, mają przy­by­wa­ją­cych na oku. Zainteresowało mnie, co widać z okien po stro­nie prze­ciw­nej. Lokal o po­etyc­kiej na­zwie „Płat­ki Róż” miał opi­nię naj­lep­sze­go za­mtu­za w mie­ście. Cie­ka­we czy Nean przez lu­ne­tę spo­glą­dał w tamtą stro­nę służ­bo­wo czy pry­wat­nie?

– Witam waszą emi­nen­cję – rze­kłem grzecz­nie.

– Witaj Kon­stan­ty­nie. – Ko­or­dy­na­tor po­wi­tał mnie lekko znu­dzo­nym ski­nie­niem głowy i wska­zał miej­sca do sie­dze­nia. – A kim ona jest? – Nean skie­ro­wał spoj­rze­nie na to­wa­rzy­szą­cą mi ru­do­wło­są pół­elf­kę.

– To moja cze­lad­nicz­ka.

– Witam cię pani. Je­stem Nean aep Manis. – Dały znać o sobie szla­chec­kie ma­nie­ry i mój roz­mów­ca skło­nił się ele­ganc­ko.

– Miło mi, zwę się Aenvel ap Enid. – Pół­elf­ka dy­gnę­ła dys­tyn­go­wa­nie.

– Jak to się stało, że taka pięk­ność szko­li się na wiedź­mi­na?

– Za­bra­kło mi strzał – od­par­ła nieco ta­jem­ni­czo dziew­czy­na.

– O czym ona mówi? – Nean pa­trzył ma mnie

– Po­cząt­ki mie­li­śmy trud­ne, to fakt. – Sta­ram się być dy­plo­ma­tą.

– Lu­bisz kło­po­ty wiedź­mi­nie – Manis był wy­raź­nie roz­ba­wio­ny. – Mamy dla cie­bie misję do wy­ko­na­nia.

– Słu­cham.

– Udasz się na wschód do Ymlac. Gu­staw aep Dahy, mój od­po­wied­nik na tamtą pro­win­cję ma pro­ble­my. Do­tych­cza­so­we me­to­dy ich roz­wią­za­nia za­wio­dły. Zebrane in­for­ma­cje su­ge­ru­je, iż do ich roz­wią­za­nia nie­zbęd­na może być twoja spe­cy­ficz­na wie­dza i umie­jęt­no­ści.

– Za­wsze je­stem gotów słu­żyć ce­sar­stwu, ale… – za­wie­szam głos.

– Tak wiem wiedź­mi­nie twoje usłu­gi kosz­tu­ją. – Nean uśmie­cha się do­myśl­nie. – Za wy­ko­na­nie za­da­nia otrzy­masz od Gu­sta­wa od­po­wied­nie wy­na­gro­dze­nia.

– A moja cze­lad­nicz­ka?

– Też, pod wa­run­kiem, że opo­wiesz mi jak to się stało, iż tra­fi­ła ona pod twe skrzy­dła.

– To dłuż­sza hi­sto­ria.

– Nie szko­dzi, twoje opo­wie­ści są za­zwy­czaj in­te­re­su­ją­ce, choć fak­tycz­nie by­wa­ją dłu­gie. Myślę, że na to dru­gie zaraz coś za­ra­dzę. – Manis kla­snął w ręce wzy­wa­jąc słu­żą­ce­go. Chwi­lę póź­niej na stole po­ja­wi­ły się prze­ką­ski i ka­raf­ka z po­pu­lar­ną, acz na pół­no­cy drogą, na­lew­ką z man­dra­go­ry.

– Tak więc mu­si­my cof­nąć się w cza­sie o trzy mie­sią­ce. Byłem pod­ów­czas w Ka­edwen…

 

Hra­bia Fer­dy­nand de Furie ru­szył tego dnia sa­mo­pięt pa­tro­lo­wać leśny trakt. Mi­nąw­szy za­kręt, do­strzegł ma­ka­brycz­ny ob­ra­zek. Be­stia nie­zna­ne­go po­cho­dze­nia przy­po­mi­na­ją­ca skrzy­żo­wa­nie pa­si­ko­ni­ka z kra­bem, tyle że o roz­mia­rach krowy, kon­su­mo­wa­ła w naj­lep­sze ja­kie­goś nie­szczę­śni­ka. Fer­dy­nand dał roz­kaz do szar­ży. Parę minut póź­niej trzech jego ludzi nie żyło. Czwar­ty, ranny ucie­kał, po­kła­da­jąc na­dzie­je na prze­ży­cie w szyb­ko­ści konia. Hra­bia czę­ścio­wo przy­wa­lo­ny przez mar­twe­go wierz­chow­ca mógł li­czyć je­dy­nie na wy­trzy­ma­łość zbroi. Wów­czas za­ata­ko­wa­łem. Na po­czą­tek ude­rzy­łem zna­kiem Igni nie tylko w osa­dzo­ne na kra­bich słup­kach oczy be­stii, ale też w czuł­ki ja­ki­mi był po­kry­ty jej pan­cerz. Oglą­da­jąc po­tycz­kę ludzi hra­bie­go z po­twor­kiem do­sze­dłem bo­wiem do wnio­sku, iż kie­ru­je się on naj­praw­do­po­dob­niej nie tyle wzro­kiem, co słu­chem i drga­nia­mi pod­ło­ża. Stwór kontr­ata­ko­wał, ale miał wy­raź­ne pro­ble­my z na­mie­rze­niem celu. Od­cią­łem w sta­wie jed­no z tyl­nych pa­si­ko­ni­ko­wa­tych od­nó­ży, co po­zba­wi­ło go moż­li­wo­ści wy­ko­ny­wa­nia szyb­kich sko­ków. Dwie mi­nu­ty póź­niej be­stia już nie żyła. Fer­dy­nand de Furie w mię­dzy­cza­sie wy­do­stał się spod konia. Było to dużym osią­gnię­ciem, bio­rąc pod uwagę, iż miał zła­ma­ną prawą rękę. Zy­skał dzię­ki temu w moich oczach. Skoro po­ra­dził sobie sam, to nie mu­sia­łem się mę­czyć i go wy­cią­gać. Nie­ste­ty od razu po­psuł dobre wra­że­nie, po­peł­nia­jąc zna­czą­cą nie­zręcz­ność, w każ­dym razie z mo­je­go punk­tu wi­dze­nia. Za­miast za pomoc za­ofe­ro­wać mi pę­ka­tą sa­kiew­kę, rzekł:

– Ura­to­wa­łeś mi życie, dam ci za to wszyst­ko czego sobie za­ży­czysz.

– Dasz mi to, co masz, a o czym jesz­cze nie wiesz. – Wy­re­cy­to­wa­łem od­ru­cho­wo for­mu­łę prawa nie­spo­dzian­ki.

– Wy­bacz wiedź­mi­nie, ale dziec­ka ci nie dam. Moja żona uro­dzi­ła mie­siąc temu, więc sam ro­zu­miesz.

– Panie, nie je­stem ślepo przy­wią­za­ny do tra­dy­cji dziec­ka nie­spo­dzian­ki. Uwa­żam, iż rów­nie nie­spo­dzie­wa­ne mogą być… – za­wie­si­łem głos – dobra bar­dziej ma­te­rial­ne.

– Go­tów­ka w moim zamku fak­tycz­nie by­ła­by czymś nie­spo­dzie­wa­nym. Zwłasz­cza po tym jak król pod­niósł ostat­nio po­dat­ki. – Fer­dy­nand upił z pier­siów­ki so­lid­ny łyk na­lew­ki na man­dra­go­rze. Chciał się wi­docz­nie odro­bi­nę znie­czu­lić zanim na­sta­wię mu zła­ma­ną rękę.

– Za­je­dzie­my na miej­sce, zo­ba­czy­my – od­rze­kłem fi­lo­zo­ficz­nie, unie­ru­cha­mia­jąc zła­ma­nie.

– Jak ro­zu­miem ustą­pisz mi konia.

– Nie muszę. Zanim przy­stą­pi­łem do walki, schwy­ta­łem wierz­chow­ca po tym cu­da­ku, któ­re­go be­stia pierw­sze­go ubiła.

– A wła­śnie, kto to mógł być? Może mój pod­da­ny? Wtedy w wy­na­gro­dze­niu do­stał­byś jego konia na pra­wach nie­spo­dzian­ki.

– Oba­wiam się, że na­le­żał do maga z Ban Adr. – Wska­zu­ję księ­gi w sa­kwach.

– Szko­da – rzekł ze smut­kiem hra­bia.

 

Dwie go­dzi­ny póź­niej wy­je­cha­li­śmy z lasu na pola ota­cza­ją­ce zamek Fer­dy­nan­da. Bra­ko­wa­ło jesz­cze ja­kieś pół­to­ra ty­sią­ca kro­ków, a od­dał­bym hra­bie­go w ręce żony i służ­by, in­ka­su­jąc jakąś miłą brzę­czą­cą na­gro­dę. Nie­ste­ty, w naszą stro­nę z od­le­głej o ja­kieś dwie­ście kro­ków kępy krza­ków po­le­cia­ła strza­ła. W ostat­niej chwi­li zbi­łem ją zna­kiem Aard. Z ran­nym le­d­wie trzy­ma­ją­cym się na koń­skim grzbie­cie nie było szans na uciecz­kę. Rzu­ci­łem na sie­bie i wierz­chow­ca znak Quen, po czym za­szar­żo­wa­łem. Nie było to roz­wią­za­nie ide­al­ne. Gdy od­le­głość spa­dła po­ni­żej sześć­dzie­się­ciu kro­ków, dwie rze­czy stały się oczy­wi­ste. Po pierw­sze, ata­ko­wa­ła nas jedna tylko ru­do­wło­sa łucz­nicz­ka. Po dru­gie, strza­ły choć po­zba­wio­ne im­pe­tu, za­czę­ły prze­ni­kać ma­gicz­ną ochro­nę znaku. Ze­sko­czy­łem z sio­dła, uspo­ko­iłem konia zna­kiem Aksji, żeby nie ucie­kał, po czym bie­giem ru­szy­łem na wroga. Elfka szyła raz po raz, jedne strza­ły zbi­ja­łem mie­czem, inne zna­kiem Aard. Nie sta­no­wi­ła dla mnie więk­sze­go za­gro­że­nia, toteż nie za­mie­rza­łem jej za­bi­jać. Po­psu­ło­by mi to sto­sun­ki w elfim mie­ście nad Za­po­mnia­ną Za­to­ką. Gdy dzie­li­ło nas le­d­wie dwa­dzie­ścia kro­ków, wy­strze­li­ła ostat­nią strza­łę, chwy­ci­ła łuk ni­czym pałkę i ru­szy­ła do ataku z obłę­dem w oczach. Wy­mi­ną­łem ją zwodem, pod­ci­na­jąc nogą. Chwi­lę póź­niej sie­dzia­ła na ziemi zwią­za­na cię­ci­wą z wła­sne­go łuku.

– Wiedź­mi­nie, po co ją bra­łeś żyw­cem? – Fer­dy­nand przy­czła­pał konno na miej­sce – Było ubić od razu.

– Cze­muż to?

– Kró­lew­skie roz­po­rzą­dze­nia na­ka­zu­je „Wie­wiór­ki” tępić bez li­to­ści. Schwy­ta­nych bun­tow­ni­ków pod­dać śledz­twu, a potem stra­cić. Ja zaś mam taką sła­bość, że nie lubię wi­do­ku wie­sza­nia ko­biet. Męż­czyzn mogą przy mnie za­bi­jać w do­wol­ny spo­sób, po­wie­ka mi nie drgnie, ale ko­biet mi szko­da. – Fer­dy­nand pod wpły­wem na­lew­ki z man­dra­go­ry mówił z pi­jac­ką szcze­ro­ścią. – Jako po­szko­do­wa­ny będę zaś mu­siał być obec­ny pod­czas eg­ze­ku­cji i na do­da­tek de­mon­stro­wać ukon­ten­to­wa­nie.

– Nie je­stem scoia'tael, to była oso­bi­sta spra­wa – rze­kła dziew­czy­na. – Lu­dzie hra­bie­go dwa dni temu po­wie­si­li mi brata.

– Wie­sza­my je­dy­nie bun­tow­ni­ków. – Stwier­dził z prze­ko­na­niem de Furie.

– Wra­cał pu­stym wozem z targu, a oni uzna­li, że za­wiózł żyw­ność do lasu „Wie­wiór­kom” po­bi­li, ob­ra­bo­wa­li i po­wie­si­li.

– Coś ko­ja­rzę. – W oczach hra­bie­go po­ja­wił się prze­błysk zro­zu­mie­nia. – Po­cho­dzisz z tej mojej wsi pod lasem, co ją Pur­chaw­ką zowią?

– Tak – rze­kła zre­zy­gno­wa­na dziew­czy­na.

– Je­steś więc moją pod­da­ną. Nawet, jak nie na­le­żysz do scoia'tael, to zgod­nie z pra­wem za atak na swego przy­ro­dzo­ne­go pana i tak trze­ba bę­dzie cię po­wie­sić.

– Panie, po­wiedz czy do­brze ro­zu­miem. Ona jest kimś kogo masz, ale o niej nie wie­dzia­łeś.

– W sumie tak. – Fer­dy­nand in­ten­syw­nie my­ślał, co nie było łatwe, z uwagi na wy­pi­ty al­ko­hol. – Wy­cho­dzi na to, iż ona mo­gła­by być tą nie­spo­dzian­ką. Tylko, że jest do­ro­sła – rzekł zmar­twio­ny.

– Prawo nie­spo­dzian­ki nie obej­mu­je wy­łącz­nie dzie­ci. Spójrz hra­bio na za­gad­nie­nie w ten spo­sób. Oka­zu­jesz mi­ło­sier­dzie tej – przy­glą­dam się jej uważ­nie – pół­elf­ce. Nie bę­dziesz mu­siał oglą­dać eg­ze­ku­cji. Spła­casz dług wią­żą­cy cię pra­wem nie­spo­dzian­ki, a na do­da­tek po­zby­wasz się pro­ble­mu. Ja zaś po­sta­ram się mieć z niej jakiś po­ży­tek.

– Za­bi­ję jeśli spró­bu­jesz mnie tknąć! – Krzy­cza­ła dziew­czy­na.

– Na pewno chcesz tę nie­spo­dzian­kę? – Fer­dy­nand w oczach miał zwąt­pie­nie. – Może le­piej bę­dzie ją po pro­stu po­wie­sić.

– To kiep­ski po­mysł. Jak uczy hi­sto­ria, na­ru­sza­nie zasad prawa nie­spo­dzian­ki ścią­ga nie­szczę­ście na wszyst­kich.

– Skoro tak, to do­peł­nij­my for­mal­no­ści. Jak się zo­wiesz ko­bie­to?

– Aenvel ap Enid.

– Ni­niej­szym ja, Fer­dy­nand hra­bia de Furie prze­ka­zu­ję moją pod­da­ną Aenvew ap Enid w ra­mach prawa nie­spo­dzian­ki, temu oto wiedź­mi­no­wi. Rów­no­cze­śnie ska­zu­ję ją na ba­ni­cję i za­ka­zu­ję pod karą śmier­ci po­wro­tu do hrab­stwa de Furie do­pó­ki lasy szu­mią i rzeki płyną.

– Ja Kon­stan­tyn Felis przyj­mu­ję od cie­bie Aenvew ap Enid w ra­mach prawa nie­spo­dzian­ki i przy­rze­kam nie mieć in­nych rosz­czeń.

 

Nean aep Manis po­pra­wił się na krze­śle, prze­gryzł dak­ty­lem z tacy po czym rzekł.

– Masz cie­ka­we życie wiedź­mi­nie. By­ło­by szko­da gdyby ona cię za­bi­ła.

– Nie żeby po­cząt­ko­wo nie pró­bo­wa­ła, ale wy­ja­śni­li­śmy sobie pewne kwe­stie.

– Ru­szaj­cie więc do Ymiac, jak wró­ci­cie chęt­nie po­słu­cham co tak za­nie­po­ko­iło Gu­sta­wa, iż szu­kał spe­cja­li­sty ta­kie­go jak ty.

 

Yamiac to naj­nud­niej­sza pro­win­cja im­pe­rium. Morze traw, nad któ­rym gdzie­nie­gdzie gó­ru­ją skal­ne ostań­ce przy­po­mi­na­ją­ce wieże wznie­sio­ne przez gi­gan­tów, nie­licz­ne mia­sta, sporo wio­sek i fol­war­ków. Przez dwa ty­go­dnie, które za­ję­ła nam droga do bę­dą­cej sto­li­cą tej pro­win­cji La­ko­ty, mia­łem mnó­stwo czasu by się za­sta­na­wiać nad tym, co mogą mi tu zle­cić. Z tego, co wiem, w Yamiac wiedź­mi­ni od wie­ków nie mieli nic do ro­bo­ty. Więk­szość po­two­rów wy­bi­to już dawno temu, za cza­sów gdy dzia­ła­ła Szko­ła Żmii. Sta­cjo­nu­ją­ce tu w cza­sie po­ko­ju cho­rą­gwie ce­sar­skiej jazdy bez więk­sze­go pro­ble­mu by­ły­by w sta­nie po­ra­dzić sobie z nie­licz­ny­mi po­ja­wia­ją­cy­mi się be­stia­mi. Może cel misji bę­dzie zwią­za­ny z tym, kim jest ko­or­dy­na­tor ce­sar­skich taj­nych służb na tę pro­win­cję? On zaś, w prze­ci­wień­stwie tej pro­win­cji, nie był nud­nym. Po dro­dze ze­bra­łem sporo plo­tek na jego temat. Gu­staw aep Dahy, sto­sun­ko­wo młody, eks­cen­trycz­ny, słu­żył w pie­cho­cie, sza­le­nie am­bit­ny, pra­co­wi­ty, sku­tecz­ny, po­cho­dził ze zu­bo­ża­łej szlach­ty, oże­nio­ny z Eilan aep Dahy, przy­jął na­zwi­sko żony. Zło­śli­wi róż­nie tłu­ma­czy­li ten me­za­lians. Część twier­dzi­ła, że w ten spo­sób ce­sarz po­zbył się swo­jej daw­nej ko­chan­ki. Nie bra­kło jed­nak su­ge­stii, iż córka diuka Ad­ra­la aep Dahy, wo­la­ła nie ry­zy­ko­wać, iż po­dzie­li los in­nych człon­ków rodu. Słano ich ko­lej­no na sza­fot za udział w spi­sku prze­ciw ce­sa­rzo­wi. Dzię­ki mał­żeń­stwu z ce­sar­skim agen­tem, zna­la­zła się poza krę­giem po­dej­rzeń, on zaś wszedł do ksią­żę­ce­go rodu. Czego taki czło­wiek może chcieć od wiedź­mi­na? Mia­łem na­dzie­ję, że unik­nę po­wtór­ki z pro­ble­mów w jakie wpę­dził mnie Pusz­czyk.

Gu­staw aep Dahy przy­jął nas na we­ran­dzie nad­rzecz­ne­go domu, który zaj­mo­wał. Po­gło­ski o jego eks­cen­trycz­no­ści nie były prze­sa­dzo­ne, o czym świad­czy­ły choć­by orle pióra, wple­cio­ne we włosy.

– Wiedź­mi­nie, po­dob­no po­tra­fisz roz­wią­zy­wać nie­ty­po­we pro­ble­my ze zwie­rzę­ta­mi – głos ko­or­dy­na­to­ra był me­lo­dyj­ny.

– Robię co w mojej mocy – od­po­wia­dam skrom­nie.

– Od paru mie­się­cy do­sta­ję listy pełne panicznych doniesień, z na­le­żą­cej do Kor­po­ra­cji Han­dlo­wej plan­ta­cji po­ło­żo­nej nad Be­an­na­fo­lie­wen. Po­cząt­ko­wo kła­dłem ich treść na karb tam­tej­sze­go mi­kro­kli­ma­tu prze­siąk­nię­te­go opa­ra­mi man­dra­go­ry. Na wszel­ki wy­pa­dek po­sła­łem tam paru moich ludzi.

– Nie po­mo­gło – rze­kłem do­myśl­nie.

– Nie­zbyt – od­rzekł Gu­staw. – Jest, co praw­da, pewna szan­sa, że spili się pro­du­ko­wa­ną tam na­lew­ką i przy­sy­ła­ją mi bzdur­ne ra­por­ty, ale za­kła­dam ra­czej, iż gra­su­je tam jakiś zwie­rzak wpro­wa­dza­ją­cy chaos na plan­ta­cji.

– Jak ro­zu­miem mam roz­wią­zać pro­blem.

– I to de­fi­ni­tyw­nie, że się tak wy­ra­żę.

– Zro­bię wszyst­ko by za­słu­żyć na swoje wy­na­gro­dze­nie.

– Po­sta­raj się, a będę hojny. Aby ci pomóc, po­je­dzie z tobą ko­lej­ny mój czło­wiek.

– Do­brze wasza eks­ce­len­cjo. – Było oczy­wi­ste, że Gu­staw mi nie ufał.

 

Ty­dzień za­ję­ło nam do­tar­cie do plan­ta­cji. Po­dróż była uciąż­li­wa, nie z po­wo­du drogi, lecz z uwagi na fakt, iż Da­mird, czło­wiek Dahy'ego, po­sta­wił sobie za punkt ho­no­ru wy­pro­wa­dze­nie mnie z rów­no­wa­gi. Twier­dził, iż zabił wię­cej be­stii niż nie­je­den wiedź­min. Jego opo­wie­ści co­dzien­nie ewo­lu­owa­ły po­więk­sza­jąc za­rów­no licz­bę jak i roz­mia­ry po­two­rów. Nie po­trze­bo­wa­łem wię­cej niż kwa­dran­sa, by do­strzec, iż nie od­róż­niał gryfa od man­ti­ko­ry, a utop­ca od wam­pi­ra. Mógł­bym uznać, że to wsio­wy głu­pek, gdyby nie oczy, zimne i czuj­ne. Czu­łem, iż chce mnie spro­wo­ko­wać. Spo­tka­łem wielu ta­kich jak on, za­wo­do­wych za­bój­ców chcą­cych po­chwa­lić się za­bi­ciem wiedź­mi­na. Mia­łem szcze­re chęci po­pie­ścić go że­la­zem. Nie­ste­ty nie mo­głem zro­bić tego od razu. Gu­staw mógł­by mieć pre­ten­sje, a to ne­ga­tyw­nie wpły­nę­ło­by na wy­na­gro­dze­nie.

Wresz­cie, ku mej ra­do­ści, do­tar­li­śmy na plan­ta­cję. Na­tych­miast uda­łem się do miej­sco­we­go za­rząd­cy. W sumie im szyb­ciej skoń­czył­bym misję, tym szyb­ciej po­zbył­bym się Da­mir­da. Pie­czę nad wszyst­kim peł­nił tu, nie­ja­ki Adal­bert Stral­sund. Szyb­ko prze­szli­śmy do rze­czy.

– Co wam po­wie­dzie­li na temat na­szych pro­ble­mów w La­ko­cie? – spy­tał za­rząd­ca.

– Nie­wie­le. Je­dy­nie to, że źró­dłem kło­po­tów jest ja­kieś zwie­rzę i do­tych­cza­so­we me­to­dy za­wio­dły. Przy­czyn, dla któ­rych nie zajmą się lo­kal­ne cho­rą­gwie ce­sar­skiej jazdy, mi nie wy­ja­wio­no. Ro­zu­miem jed­nak, że ma to zwią­zek z cha­rak­te­rem upraw.

– Jak za­pew­ne wiesz, man­dra­go­ra jest wy­so­ce tok­sycz­na. Na jej upra­wy nie można wpu­ścić ludzi bez od­po­wied­nich środ­ków bez­pie­czeń­stwa. Nasi ro­bot­ni­cy, pra­cu­ją je­dy­nie w wietrz­ne dni, uży­wa­ją ka­fta­nów, rę­ka­wic, masek z fil­tra­mi do od­dy­cha­nia, a i tak mamy co roku po kilka wy­pad­ków śmier­tel­nych i kil­ka­na­ście cza­so­we­go lub trwa­łe­go sza­leń­stwa. Wpusz­cze­nie tu woj­sko­wych to pro­sze­nie się o kło­po­ty. Wy­star­czy, że żoł­nie­rze roz­dep­czą kilka sa­dzo­nek, a sam ro­zu­miesz… – Adal­bert za­wie­sił głos.

– Ro­zu­miem – od­po­wie­dzia­łem spo­koj­nie. – Wiem też, iż opary ze świe­że­go soku dzia­ła­ją jed­na­ko­wo za­rów­no na ludzi, zwie­rzę­ta i po­two­ry.

– Mnie to też nie­po­koi. Co­kol­wiek to jest, po­ja­wia się na po­lach w po­łu­dnie, kiedy nikt z nas nie waży się tam wejść, zrywa li­ście i ja­go­dy, po czym znika.

– Ktoś to wi­dział?

– Wie­czo­ra­mi znaj­do­wa­li­śmy ślady trój­pal­cza­stych łap.

– A sa­me­go stwo­ra?

– Być może któ­ryś z ludzi Gu­sta­wa… – Stral­sund miał nie­wy­raź­ny wyraz twa­rzy.

– Da się z nimi po­roz­ma­wiać? – Za­py­ta­łem krót­ko.

– Za­le­ży z któ­rym. Dwóch, któ­rzy byli tu pierw­si, po­cho­wa­li­śmy pół­to­ra mie­sią­ca temu. Zlek­ce­wa­ży­li nie­mal wszyst­kie środ­ki ostroż­no­ści, zdję­li maski na polu. Trze­ci, co go zowią Culex Pi­piens, miał wię­cej szczę­ścia. Żyje i nawet pisze do swo­je­go szefa ra­por­ty, ale tak jakby tro­chę zwa­rio­wał.

– Wi­dział coś?

– Twier­dzi, że z Be­an­na­fo­lie­wen wy­szło skrzy­żo­wa­nie kacz­ki z jasz­czur­ką. Strze­lał do tego z kuszy, ale bełty się stwo­ra nie imały, więc mu­siał uciec.

– In­te­re­su­ją­ce…

– Tylko wi­dzisz, wie­czo­rem zna­leź­li­śmy tę jego kuszę nie­wy­strze­lo­ną, a bełty roz­sy­pa­ne do­ko­ła.

– Kła­mał?

– Spraw­dzi­li­śmy potem jego maskę, była lekko nie­szczel­na. – Adal­bert wzru­szył ra­mio­na­mi. – Mógł mieć ha­lu­cy­na­cje od opa­rów man­dra­go­ry.

– Skoro ta ro­śli­na jest tak nie­bez­piecz­na, to po co się ją uprawia? – Aenvel wy­da­wa­ła się za­sko­czo­na tym, co tu sły­sza­ła.

– Z tych co pili na­lew­kę albo de­sty­la­ty z man­dra­go­ry, nie wię­cej niż jeden na dwu­dzie­stu za­padł na Plagę Ca­trio­ny. Dwie trze­cie cho­rych, któ­rym ją po­da­wa­no wy­zdro­wia­ło. Od tego czasu lu­dzie uwa­ża­ją je za wy­jąt­ko­wo sku­tecz­ne le­kar­stwo i chcą się w nie za­opa­trzyć. Popyt rodzi podaż, a Kor­po­ra­cja Han­dlo­wa chce na tym za­ro­bić – Za­rząd­ca plan­ta­cji krót­ko i rze­czo­wo wy­ja­śnił spra­wę.

– Czy ktoś bę­dzie mógł mi wska­zać miej­sca, w któ­rych zna­le­zio­no ciała i kuszę?

– Przy­ślę Cia­ra­na. On was opro­wa­dzi.

 

Prze­wod­nik po­ja­wił się po go­dzin­ce. Był nim elf. Nie mo­gli­śmy jed­nak ru­szyć od razu. Trze­ba było cze­kać do wie­czo­ra, aż opad­ną opary znad pól. Aenvel wy­ko­rzy­sta­ła ten czas do szcze­gó­ło­we­go prze­py­ta­nia Cia­ra­na. Przy­słu­chi­wa­łem się tej roz­mo­wie z pew­nym za­in­te­re­so­wa­niem. Po czym upo­rząd­ko­wa­łem sobie w my­ślach nowe in­for­ma­cje, a było ich tro­chę. Man­dra­go­ra rosła w tej oko­li­cy ponoć od za­wsze. Kom­pa­nia Han­dlo­wa zmie­ni­ła je­dy­nie to, iż ro­śli­na prze­stał się sa­mo­dziel­nie roz­sie­wać a za­ję­li się tym wy­na­ję­ci ro­bot­ni­cy. Tu­tej­sza rzecz­ka, choć w star­szej mowie okre­śla­na jest mia­nem Rzeki Sza­lo­nej Ko­bie­ty, nazwy swej nie za­wdzię­cza­ła man­dra­go­rze, ale ja­kieś el­fiej ma­gicz­ce. Lu­dzie Gu­sta­wa, choć spra­wia­li wra­że­nie spe­cja­li­stów, do tej pory zaj­mo­wa­li się li­kwi­da­cją ludzi. Wiele wska­zy­wa­ło, iż ko­or­dy­na­tor ce­sar­skich taj­nych służb na Yamiac za­kła­dał, że pro­ble­my na plan­ta­cji są wy­ni­kiem sa­bo­ta­żu ze stro­ny kon­ku­rętów Kor­po­ra­cji Han­dlo­wej. Elf opo­wia­da­ją­cy to wszyst­ko mojej cze­lad­ni­cze, co jakiś czas po­pra­wiał włosy, za­uwa­ży­łem, wów­czas, iż ma sy­gnet z wi­ze­run­kiem ryby, na któ­rej grzbie­cie jest brama miej­ska, nad nimi zaś były wy­obra­żo­ne trzy gwiaz­dy. Swego czasu iden­tycz­ny otrzy­ma­łem od Se­ignau­era mia­sta nad Za­po­mnia­ną Za­to­ką.

Wie­czo­rem oglą­da­li­śmy miej­sca, w któ­rych coś osku­ba­ło man­dra­go­ry. Potem prze­spa­ce­ro­wa­li­śmy się w to, gdzie zna­le­zio­no ciała i to gdzie le­ża­ła kusza. Do­strze­głem tam po­mię­dzy grząd­ka­mi kilka zgu­bio­nych beł­tów. Ze wszyst­kich tych lo­ka­cji było bli­sko do rzeki. Po po­wro­cie z pola Adal­bert na­tych­miast za­pro­sił mnie na roz­mo­wę.

– I jak wiedź­mi­nie, udało ci się coś usta­lić?

– Moż­li­we. Jutro w po­łu­dnie spró­bu­ję za­po­lo­wać na tę isto­tę. Oczy­wi­ście, o ile się po­ja­wi.

– Każę wam przy­go­to­wać maski, rę­ka­wi­ce i płasz­cze ochron­ne.

– Wy­star­czą maski.

– W po­łu­dnie! Na plan­ta­cji po­ja­wić się bez wszyst­kich środ­ków ochro­ny, to śmierć! – Stral­sund zde­ner­wo­wał się i pod­niósł głos.

– Nie będę czaić się wśród man­dra­go­ry. Wezmę od was dużą łódź i po­cze­kam na rzece.

– Sam sobie z nią nie po­ra­dzisz, bę­dziesz po­trze­bo­wał wio­śla­rzy.

– Wezmę Aenvel, Da­mir­da, Cia­ra­na, to po­win­no wy­star­czyć.

– Nie chcesz Cu­le­xa? On jest mniej wię­cej nor­mal­ny.

– Jeśli się nam nie uda, ktoś bę­dzie mu­siał na­pi­sać ra­port… – Za­wie­si­łem głos i uśmiech­ną­łem się zna­czą­co.

– Na wiel­kie słoń­ce! Je­steś sza­lo­ny wiedź­mi­nie, nie może być ina­czej.

– Przy mojej pracy to wy­so­ce praw­do­po­dob­ne. – Do­da­łem z uśmie­chem.

 

W po­łu­dnie na­stęp­ne­go dnia cza­ili­śmy się w łodzi ustro­jo­nej ga­łę­zia­mi morwy. Na wszel­ki wy­pa­dek za­ko­twi­czy­li­śmy na brze­gu prze­ciw­le­głym plan­ta­cyj­ne­mu. Be­stia po­ja­wi­ła się koło po­łu­dnia. Wy­szła na brzeg przy plan­ta­cji bar­dzo ostroż­nie. Nie na­le­ża­ła do żad­ne­go zna­ne­go mi z wiedź­miń­skiej prak­ty­ki ga­tun­ku. Wy­pro­sto­wa­na wzrost miała na pół­to­ra chło­pa, sto­sun­ko­wo dużą głowę i oczy, na czub­ku pęk piór, dziób kaczy pro­por­cjo­nal­ny do jej roz­mia­rów, ciało po­kry­te łuską. Stwór kro­czył, na dwóch no­gach, mocno po­chy­lo­ny, ba­lan­su­jąc jasz­czur­czym ogo­nem. Przed­nie łapy miał znacz­nie mniej­sze od tyl­nych i od ra­mie­nia po nad­gar­stek, zdo­bio­ne rzę­dem dłu­gich piór. Bez wąt­pie­nia koń­czy­ny te były spraw­ne i chwyt­ne o czym świad­czy­ła szyb­kość, z jaką zry­wał man­dra­go­rę. Aenvel się­gnę­ła po łuk i strza­ły.

– Cze­kaj – rze­kłem przez maskę – zo­ba­czy­my, gdzie on się uda.

– Do­brze. – Dziew­czy­na zdję­ła strza­łę z cię­ci­wy.

– Ja tam bym go strze­lił – mruk­nął Da­mird trzy­ma­jąc kuszę.

– Wtedy kum­ple tego stwor­ka, prze­ro­bi­li­by nas na karmę dla ryb. – Wska­za­łem ręką, dwie głowy po­dob­nych stwo­rzeń wy­nu­rzo­ne z rzeki w po­bli­żu plan­ta­cji.

– Zbie­ra­ją się. – cicho po­wie­dział Cia­ran.

– Fak­tycz­nie stwór bu­szu­ją­cy po plan­ta­cji, po­dzie­lił się li­ść­mi z tymi cze­ka­ją­cy­mi w rzece i cała trój­ka po­pły­nę­ła w dół rzeki. Ru­szy­li­śmy więc za nimi. Po kwa­dran­sie stwo­ry do­pły­nę­ły do skal­ne­go ostań­ca na środ­ku nurtu, oto­czo­ne­go przez ru­mo­wi­sko. Be­stie z gra­cją otrzą­sa­ły się z wody i chwi­lę potem zni­kły mię­dzy gła­za­mi.

– Mó­wi­łem strze­lać, póki było je widać, ale ja­śnie pan wiedź­min wy­my­ślił ina­czej. Teraz szu­kaj wia­tru w polu – sar­kał Da­mird.

– Do­bi­ja­my, a potem po­szu­kam ich w tych ka­mie­niach.

– Prę­dzej kark skrę­cisz niż je znaj­dziesz. – Da­mird po­sta­no­wił mnie dalej de­ner­wo­wać.

– Mo­żesz zo­stać w łodzi.

– Ro­ze­źlisz je w gnieź­dzie, wy­sko­czą na mnie, łódź roz­bi­ją – na­rze­kał dalej.

– Nie wy­glą­da­ły na spe­cjal­nie agre­syw­ne – cicho rzekł Cia­ran.

– Dur­nyś elfie tak samo, jak wiedź­min. Po­twór to po­twór, trza ubić i już.

– Ru­sza­my – za­ko­men­de­ro­wa­łem.

 

Szyb­ko do­strze­głem, iż przez ru­mo­wi­sko pro­wa­dzi coś na kształt za­ma­sko­wa­nej ścież­ki. Koń­czy­ła się czymś przy­po­mi­na­ją­cym ja­ski­nię. Jedna z be­stii stała tam i przy­glą­da­ła się nam z cie­ka­wo­ścią. Na wszel­ki wy­pa­dek uży­łem znaku Aksji. Teraz można bę­dzie spo­koj­nie przejść koło niej.  Wiedź­miń­ski me­da­lion za­drgał ostrze­gaw­czo. Z głębi szcze­li­ny zbli­ża­ło się coś ma­gicz­ne­go.

– Pad­nij! – Nad na­szy­mi gło­wa­mi prze­le­cia­ła ogni­sta kula.

– Dzia­dy podłe, jak śmie­cie moje „ka­czu­sie” mor­do­wać!

– Z ja­ski­ni wy­szła za­ta­cza­ją­ca się elfka. Nawet z tej od­le­gło­ści czuć od niej było woń moc­ne­go al­ko­ho­lu pę­dzo­ne­go na man­dra­go­rze. Wi­dząc mi­zer­ny efekt po­przed­nie­go ataku za­czę­ła wy­ko­ny­wać skom­pli­ko­wa­ny gest, chwie­jąc się przy tym ni­czym wierz­bo­wa ga­łąz­ka na wie­trze. Ru­szy­łem do przo­du, pra­gnąc ją do­paść, zanim rzuci ko­lej­ne za­klę­cie.

– Wiedź­mi­nie nie za­bi­jaj jej! – krzy­czał Cia­ran.

– Chę­do­żyć to! – Da­mird strze­lił z kuszy, chy­bia­jąc o włos.

Mia­łem już dość, ak­tyw­no­ści tego kre­ty­na. Ude­rzy­łem w jego głowę zna­kiem Aard. Krę­go­słup strze­lił ni­czym trzci­na. Teraz trze­ba za­koń­czyć tę po­tycz­kę, zanim sy­tu­acja wy­mknie się spod kon­tro­li. Sko­czy­łem do przo­du. Elfka rzu­ci­ła w moją stro­nę ko­lej­ną kulę, tym razem lo­do­wą. Nie było miej­sca na unik, więc za­blo­ko­wa­łem ją zna­kiem He­lio­tro­pu zu­ży­wa­jąc na niego nie­mal całą moją moc. Me­da­lion wi­bro­wał w spo­sób su­ge­ru­ją­cy, iż rów­nież za moimi ple­ca­mi ktoś ko­rzy­sta z magii. To mógł być tylko Cia­ran. Przy­pa­dłem do ziemi, a nade mną w stro­nę pi­ja­nej po­mknę­ła fala ja­kie­goś za­klę­cia. Elfka od­bi­ła ją nie­dba­łym ge­stem. Wy­ko­rzy­sta­łem oka­zję, do­pa­dłem do ko­bie­ty i reszt­kę mocy zu­ży­łem na rzu­ce­nie znaku Somne, by ją uśpić.

– Co jej zro­bi­łeś? – spy­tał Cia­ran.

– Wpro­wa­dzi­łem w sen. Zaraz po­win­na się obu­dzić.

– Co się stało, gdzie moje ka­czu­sie? – Elfka wła­śnie po­twier­dzi­ła moje słowa.

– Kim ona jest?

– To wie­dzą­ca, spe­cja­li­zu­ją­ca się w trans­mu­ta­cji.

– Niech zgad­nę, Se­ignau­er z mia­sta nad Za­po­mnia­ną Za­to­ką chce ją wi­dzieć.

– A ty skąd to wiesz?

– Jest mia­sto kwia­tów, nad za­to­ką pięk­ną jak ze snów – wy­re­cy­to­wa­łem hasło.

– Trzy gwiaz­dy spra­wią, a elfy licz­ne będą znów – Cia­ran od­ru­cho­wo podał odzew. – Jak ro­zu­miem ty też dla niego pra­cu­jesz.

– Co ro­bi­my? – spy­ta­łem krót­ko.

– Na­wią­żę kon­takt z mia­stem, otwo­rzę por­tal dla stat­ku, który za­bie­rze ją oraz te jej „ka­czu­sie”.

 

Dwie go­dzin­ki póź­niej na Be­an­na­fo­lie­wen zgasł por­tal, w któ­rym znikł elfi sta­tek. Razem z nim od­pły­nę­ła wie­dzą­ca, jej księ­gi i no­tat­ki, ze­staw ksiąg, które na dro­dze w Ka­edwen ze­bra­łem mar­twe­mu ma­go­wi z Ban Adr, apa­ra­tu­ra z ja­ski­ni i trzy „ka­czu­sie”. Zo­stał de­sty­la­tor i ka­dzie z man­dra­go­ro­wym za­cie­rem, oraz mar­twa „ka­czu­sia”. Culux nie chy­bił. Rany i za­ka­że­nie za­bi­ły stwo­ra dziś rano. Cia­ran mu­siał obie­cać elfce, iż oso­bi­ście do­pil­nu­je fer­men­ta­cji za­cie­ru, przede­sty­lu­je i do­star­czy jej pro­dukt fi­nal­ny. Na chwi­lę uda­łem się do ja­ski­ni i wró­ci­łem z niej z od­cię­tym łbem mar­twe­go stwo­ra.

– Po co ci to? – spy­ta­ła Aene­vel.

– Musze przy­nieść dowód na ubi­cie po­two­ra, by Gu­staw aep Dahy za­pła­cił nam za wy­ko­na­nie misji.

– Ale my prze­cież…

– Spójrz­my na to prag­ma­tycz­nie. „Ka­czu­sie” i ich wła­ści­ciel­ka od­pły­nę­ły, po­let­ka man­dra­go­ry prze­sta­ną być nisz­czo­ne. Misja wy­ko­na­na, wy­na­gro­dze­nie nam się po pro­stu na­le­ży, a że klient ocze­ku­je mar­twej be­stii, to ją do­sta­nie.

– Gu­staw, jak dowie się, że za­bi­li­śmy Da­mir­da, to nas ra­czej po­wie­si, a nie za­pła­cił.

– Ra­nisz mnie ta­ki­mi po­dej­rze­nia­mi. Wszak nasz nie­od­ża­ło­wa­ny to­wa­rzysz zgi­nał bo­ha­ter­sko wal­cząc z po­two­rem. Jego do­cze­sne szcząt­ki za­wie­zie­my na plan­ta­cję i po­cho­wa­my z ho­no­ra­mi.

– Masz rację Kon­stan­ty­nie – rzu­cił Cia­ran – za­wieź­my go na plan­ta­cję. Jak mówi przy­sło­wie, man­dra­go­ra do­brze ro­śnie na złych lu­dziach.

Koniec

Komentarze

Całkiem ciekawą fabułę nam tu przedstawiłeś. Bohaterowie przypadli mi do gustu, choć ciągle zastanawiam się, jak półelfka zdołała polubić wiedźmina. Ogólnie czytało mi się nieźle, choć koniec końców nie wybija się to jakoś ponad typowy standard opowiadań ze świata Sapkowskiego.

Wykonanie mogłoby być lepsze w kwestii interpunkcji. Nierzadko zjadasz przecinki przed wołaczami ;P

Podsumowując: standardowy pokaz fajerwerków marki “wiedźmińskiej”. Niezłe, ale nie jakoś szczególnie poruszające.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Sympatyczna fabuła. Chyba za mało ponura jak na wiedźmińskie klimaty, ale nie narzekam.

Strasznie ten wiedźmin rozrzutny ze znakami. Czy ma się czas na układanie łapek, kiedy strzała już leci?

Gorzej z wykonaniem. Przecinki, zwłaszcza przy wołaczach. Zapis dialogów. Czasem jeszcze coś innego wyskoczy.

Na początek uderzyłem znakiem Ingi nie tylko w osadzone na krabich słupkach oczy bestii,

To Inga doczekała się swojego znaku? ;-)

Odciąłem w stawie jednego z tylnych pasikonikowatych odnóży,

Coś się posypawszy.

– Na pewno chcesz tą niespodziankę?

Tę niespodziankę. Chyba hrabiemu wypada wyrażać się poprawnie.

– Tylko widzisz, wieczorem znaleźliśmy tę jego kuszę niewystrzeloną, a bełty rozsypane dokoła.

Po czym poznać, że kusza jest niewystrzelona? Coś oprócz braku zapachu prochu? ;-)

Babska logika rządzi!

NoWhereMan nie wiem czy ona polubi tego wiedźmina. Może na tej zasadzie na jakiej się lubi koty, tzn wykorzystują cię, a i tak je karmisz ;)

 

Finklo wychodzę z założenia, że ten wiedźmin jest ze Szkoły Kota i powinien być inny niż wiedźmini ze Szkoły Wilka. Trochę na tej zasadzie na jakiej różnią się psy od kotów. Jako że opowiadanie było mało mroczne to teraz posłużę się mrocznym przykładem :D Zdarza się że właściciel umiera. Pies w takim wypadku potrafi latami czekać na niego w miejscu gdzie to się stało, albo przy grobie na cmentarzu, kot po prostu znajduje sobie inną osobę która ma go dokarmiać.  

Wiedźmin z opowiadania w tym przypadku kombinuje aby misje wykonywać przy minimalnym wysiłku.

Co do rozrzutności przy znakach, to niewątpliwie wpływ gry :D 

 

“Po czym poznać, że kusza jest niewystrzelona? Coś oprócz braku zapachu prochu? ;-)”

Wiesz zastanawiałem się nad tym sformułowaniem, wyszło mi że “niewystrzelona” brzmi lepiej niż “niewyszyta” :D

W obydwu przypadkach poznać to można by po tym, że cięciwa jest napięta i np bełt leży na łożu. Powiedzmy, że w tym przypadku po prostu była napięta cięciwa a bełty leżały obok.

 

 

Ech, wszędzie ten wpływ gier…

Z kuszą nie chodziło mi o określenie (a pal licho, jak to nazwiesz), tylko o dowód, że jej nie używano. Bo przecież można wystrzelić, a potem znowu napiąć. Choćby z pięć razy.

Babska logika rządzi!

Choć wiedźmin miał do wykonana typowe zadanie, uporał się z nim skutecznie, przy czym cała historia okazała się naprawdę nieźle wymyślona i takoż opowiedziana. Czytałam z przyjemnością, która byłaby znacznie większa, gdyby różne usterki nie zakłócały płynności lektury.

 

mają przy­by­wa­ją­cych na oku. Od­ru­cho­wo rzu­ci­łem okiem… –> Powtórzenie.

 

Lokal o po­etyc­kiej na­zwie „Płat­ki róż” miał opi­nię naj­lep­sze­go za­mtu­zu w mie­ście. –> Lokal o po­etyc­kiej na­zwie „Płat­ki Róż” miał opi­nię naj­lep­sze­go za­mtu­za w mie­ście.

 

Witam waszą emi­nen­cję – rze­kłem grzecz­nie.

Witaj Kon­stan­ty­nie. – Ko­or­dy­na­tor po­wi­tał mnie… –> Czynie za dużo powitań, szczególnie że dwa zdania dalej witana jest jeszcze elfka?

 

Do­tych­cza­so­we me­to­dy ich roz­wią­za­nia za­wio­dły. Wedle do­stęp­nych in­for­ma­cji ich na­tu­ra su­ge­ru­je, iż do ich roz­wią­za­nia… –> Powtórzenia.

 

Chwi­le póź­niej na stole po­ja­wi­ły się prze­ką­ski… –> Literówka.

 

mógł li­czyć je­dy­nie wy­trzy­ma­łość zbroi. –> …mógł li­czyć je­dy­nie na wy­trzy­ma­łość zbroi.

 

Fer­dy­nand upił z z pier­siów­ki so­lid­ny łyk… –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Wy­mi­ną­łem ją pi­ru­etem, pod­ci­na­jąc nogą. –> Piruet, o ile wiem, to obrót wokół własnej osi, więc jak, wirując w miejscu, można kogoś wyminąć.

 

Za­bi­je jeśli spró­bu­jesz mnie tknąć! – Krzy­cza­ła dziew­czy­na. –> Za­bi­ję, jeśli spró­bu­jesz mnie tknąć! – krzy­cza­ła dziew­czy­na.

 

Rów­no­cze­śnie ska­zu­ję ją na ba­ni­cję i za­ka­zu­je pod karą śmier­ci… –> Literówka.

 

Nean aep Manis po­pra­wił się na krze­śle, prze­gryzł dak­ty­le z tacy po czym rzekł. –> Czy poprzegryzał leżące daktyle, czy raczej: …prze­gryzł dak­ty­lem z tacy, po czym rzekł.

 

w ten spo­sób ce­sarz po­zbył swo­jej daw­nej ko­chan­ki. –> …w ten spo­sób ce­sarz po­zbył się swo­jej daw­nej ko­chan­ki.

 

– Od paru mie­się­cy do­sta­ję pa­nicz­ne listy… –> Listy mogą zawierać treści wywołujce panikę czytającego, ale nie wydaje mi się, aby można powiedzieć, że listy są paniczne.

 

Po­dróż był uciąż­li­wa… –> Literówka.

 

wie­czo­rem zna­leź­li­śmy tę jego kuszę nie­wy­strze­lo­ną… –> Z czego strzela się kuszami?

 

– Skoro ta ro­śli­na jest tak nie­bez­piecz­na, to po co się ją ho­du­je? –> Raczej: …to po co się ją uprawia?

 

są wy­ni­kiem sa­bo­ta­żu ze stro­ny kon­ku­re­tów… –> Literówka.

 

Potem prze­spa­ce­ro­wa­li­śmy się w te, gdzie zna­le­zio­no ciała i te gdzie le­ża­ła kusza. –> Potem prze­spa­ce­ro­wa­li­śmy się w to, gdzie zna­le­zio­no ciała i to, gdzie le­ża­ła kusza.

 

Jutro w po­łu­dnie spró­bu­ję za­po­lo­wać na isto­tę. –> …na isto­tę.

 

przejść koło niej w głąb szcze­li­ny. Wiedź­miń­ski me­da­lion za­drgał ostrze­gaw­czo. Z głębi szcze­li­ny zbli­ża­ło się… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Teraz trze­ba za­koń­czyć po­tycz­kę… –> Teraz trze­ba za­koń­czyć po­tycz­kę

 

Na chwi­le uda­łem się do ja­ski­ni… –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poprawki naniesione 

Cieszę się, że uznałeś je za przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Interesujący tekst z typową wiedźmińską fabułą. Na uwagę zasługuję tutaj wiedźmin – to chyba pierwszy tekst, w którym czułem do głównego bohatera-wiedźmina antypatię. Wyszedł Ci zwykły morderca (bo jakie miał powody, żeby zabić Damirda? że ten go wkurzał i się przechwalał? że chciał zabić potwora albo osobę odpowiedzialną za wiele zbrodni?).

Ten wiedźmin z założenia miał się różnić od Geralta jak kot od psa. Tak jak Biały Wilk miał skłonność do poświęcenia się tak Rysi Pazur ma skłonność do egoizmu. 

 

Czy elfia magiczka była odpowiedzialna za jakąkolwiek zbrodnię? Jej “kaczusie” zbierały liście mandragory zanim pojawiła się plantacja. Ludzie przysyłani przez Gustawa aep Dahy nie zostali przez nie zabici. Wykończyły ich opary mandragory. Adalbert mówił o tym wyraźnie. 

 

W świecie Sapkowskiego wiedźmini ze Szkoły Kota, a w niej szkolono Felisa, bywali skrytobójcami. Nie oznacza to jednak, że Konstantyn zabił Damirda z powodu socjopatycznych skłonności. Ten wiedźmin pracuje dla elfów z miasta nad “Zapomnianą Zatoką” i jest lojalny swym pracodawcom. W opowiadaniu jest o tym wspomniane. U Ciarana dostrzegł pierścień więc wiedział, iż też ma do czynienia z kimś, kto wykonuje misje dla jego pracodawcy. Likwidacja Damirda umożliwiła optymalne wykonie kilku misji na raz. Elfy dostały magiczkę, co prawda alkoholiczkę, ale z wiedzą o transmutacji. Gustaw stracił człowieka, ale za to na plantacji będzie miał spokój.  W zasadzie wszyscy są z tego rozwiązania zadowoleni, no może poza Damirdem, ale akurat on nie protestuje  ;) 

Nowa Fantastyka