- Opowiadanie: katia72 - Zmienna forma kolczasta

Zmienna forma kolczasta

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Zmienna forma kolczasta

I

– Muama, Muama, Muama… Moje drogie dziecko, które to już twoje wcielenie? – Blaskotutu zmrużył oczy, podrapał się po nosie i głęboko westchnął.

– Nie wiem. Na dwieście trzydziestym dziewiątym przestałem liczyć. – Galaretowaty stwór, o nigdy niezamykającym się otworze gębowym, przysunął się na skraj drewnianego siedziska.

– To co teraz? Na co masz ochotę? – Z ucha ogromnego robaka o psiej głowie wyleciała żółta bańka. Dotknęła sufitu i zniknęła. – Jakaś forma inteligentna?

– O, nie. Nie dam się znowu wrobić w człowieka. – Muama ułożył się w kształt przypominający rozgwiazdę.

Blaskotutu spojrzał na niego pytająco.

– No, co? Mam dosyć. Tym razem chcę coś prostego.

– Synu, żadna forma nie jest do końca prosta, bo z założenia cechuje ją zmienność. A jeśli coś się przeorganizowuje… Sam rozumiesz. To dlaczego nie chcesz być istotą ludzką? Zdolność do miłości, rozwoju, mowy… Mowy… Czyż to nie piękne?

Muama wybuchnął śmiechem.

– Już się dosyć przez te wszystkie stulecia, am… tysiąclecia, nagadałem. Nie mam nic więcej do powiedzenia. A ludzie są zdolni bardziej do nienawiści niż miłości, ich rozwój prowadzi do przemocy, a pragnienia do wojen. I ten ciągły lęk. Dzieci boją się utraty matki, nastolatki utraty samych siebie, a potem jest tylko gorzej i gorzej, dorośli obawiają się utraty bliskich, choroby i śmierci. A na koniec umierają.

Blaskotutu wygiął ciało w łuk i głęboko westchnął.

– Chyba rzeczywiście jesteś zmęczony. Czarna szybka przesłoniła ci świat. To, tak dla relaksu… Może być zmienna forma kolczasta?

– Forma kolczasta. Tak, chyba tak. Chyba nie istnieją kolczaści ludzie…

– Jak się znudzisz, to daj znać. Jak zwykle trzy razy powtarzasz swoje imię i teleportujesz się do mojej nory.

– Ta… tylko najpierw muszę ze cztery formy zaliczyć. Wiem, wiem, przecież słyszałem to już… Ta… Nie wiem, ile razy. – Muama ziewnął.

– Ale przestrzegam, że przy kolejnej przemianie się nie wymigasz. Ktoś musi wcielać się w człowieka.

Wąskie, wydłubane w litej skale pomieszczenie okrył mrok. Blaskotutu wślizgnął się do łóżka. Liczył na różowofioletowe sny, gwiazdy pływające w rzekach. Rzekach, które nigdy nie łączyły się z morzem, bo pragnęły wiecznie żyć.

 

II

 

Dziecięcy pokój. Lampka w kształcie księżyca rzucała przyjemne, żółtawe światło. Cienie tańczyły na ścianach. Radosne, pełne słodkiego spokoju. A nad łóżeczkiem wesoło dyndał Muama. Usypiające kołysanie, ruch w prawo, i w lewo, jak w łonie matki. A jego kolce nie były nawet ostre. Takie gumowe, cienkie macki. Śmieszna kulka zmieniająca kolory, by przyciągnąć uwagę niemowlęcia. Jak się ją pociągnęło, to wydawała z siebie piszczące dźwięki.

Muama był zachwycony. Odpoczywał. Żadnych rozterek psychicznych, ambiwalentnych uczuć, pragnień, których nie dało się zaspokoić. Dyndanie. Auć. Brutalne wspomnienie przypełzło do jego nieistniejącej głowy. Dawno temu, nie pamiętał dokładnie kiedy, został wrzucony w ciało mężczyzny skazanego na powieszenie. Dyndający sznur. Na nowo poczuł ten przerażający ból. Wszędzie. W każdej z pięćdziesięciu macek. Po co nam ta przeklęta pamięć? Po każdym wcieleniu powinien następować reset. Reset, zgniatarka wspomnień i niechcianych myśli. Z ponurych rozważań wyrwał go hałas na korytarzu.

Drzwi powoli się otworzyły i do pokoju weszła wysoka blondynka z chłopczykiem na rękach. Opatulony niebieskim kocykiem niemowlak rozglądał się wokół. Ciekawskie oczka błądziły po białych ścianach. W końcu zatrzymały się na księżycu. Małe dzieci lubiły światło. Muama wolał półmrok.

Kobieta pocałowała syna w czoło i włożyła do łóżeczka. Rozległ się płacz.

– Ciii… Ciii… Patrz, kochanie – wyszeptała młoda matka i pociągnęła Muamę, który głośno zapiszczał i zmienił barwę na intensywną zieleń.

Chłopiec na chwilę zamilkł i spróbował dosięgnąć kolczastą kulkę malutkimi dłońmi. Niestety nie udało mu się i znowu zalał się łzami.

Muama chciał się trochę obniżyć, żeby mu pomóc, ale był tylko kawałkiem gumy. Bezwolnym, nieruchomym, w pewien sposób martwym.

Kobieta wzięła dziecko z powrotem na ręce. Usiadła w fotelu i zaczęła kołysać, nucąc przy tym piosenkę o samotnym rybaku i złotej rybce. Maluch zamiast zasnąć, dorwał się do jej piersi i dopiero odurzony słodkim mlekiem zamknął oczy.

Noc. Księżyc w pokoju i księżyc za oknem. Jeden sztuczny, a drugi prawdziwy. Jeden blisko, wręcz na wyciągnięcie dłoni, a drugi nieosiągalny. Wzory na dywanie jak bezgłowe węże dotykały się obłymi ciałami. Muama cieszył się ciszą. Przestał się już poruszać, przykre wspomnienia uciekły.

 

W tym czasie Blaskotutu rozmawiał z innym galaretowatym dzieckiem, które również odmawiało wcielenia się w człowieka. Chciało być formą skrzydlatą.

– Nie, nie mogę się zgodzić – charczała psia głowa, a robakowate ciało trzęsło się z nerwów. – Zmienność jest podstawą Wszechświata.

– A ja z całą stanowczością protestuję. Teraz mam prawo dostać skrzydła. Czekałem na nie dwieście lat!

– Dobrze, dobrze. Muama musi szybko wrócić… Powiedz mi tylko jeszcze, dlaczego nie chcesz być człowiekiem?

– Ostatnim razem wcisnęliście mnie w taką panienkę. Jak już w niej wylądowałem, to leżała w szpitalu. Anorektyczka. Powiedzieli do mnie, że zaczną mnie karmić przez rurki. Chciałem to wszystko naprawić, więc zacząłem jeść jak szalony. I… Ta mała miała tak zjechany przełyk, że… Nie wiem, co mi się do końca stało, ale się udusiłem. To znaczy ona… Bo mnie przerzuciło do jakiegoś kolejnego psychola, który trzymał chłopca w piwnicy. Wolę nie myśleć, co z nim robił. Oczywiście uwolniłem malucha, a kolo wylądował w więzieniu. A jak już wyszedł na wolność, to ojciec tego dziecka siekierą łeb mu odrąbał, a potem sam się zastrzelił. Do tej pory się zastanawiam, skąd wziął spluwę.

 

Muama, mimo krzyków malucha, nocnych pobudek na mleko oraz szarpania za sznurek, bardzo sobie cenił egzystencję kolczastej kulki. Jak dla niego mogła ona trwać i trwać, w nieskończoność. Niestety pewnego ciepłego popołudnia ojciec niemowlęcia odwiązał Muamę, a na jego miejscu przymocował, wygrywającą melodie ze znanych bajek, karuzelę.

Kolczasta kulka wylądowała w koszu ze starymi zabawkami. I ku rozpaczy Muamy zainteresował się nią pudel olbrzym. Wyciągnął, używając do tego swoich ostrych zębów, i przetransportował na legowisko. Gryzł i mamłał. Obśliniał i trącał łapą. To nie było przyjemne. Muama zapragnął zmiany i mimo, iż się tego nie spodziewał…

 

III

 

Dreptał na malutkich nóżkach leśną ścieżką. Wokół wesoło świergotały ptaki. W oddali słychać było szum strumienia. Ziarenka piasku łaskotały gołe łapki, a wiatr miło podrażniał długie wąsy. Muama zamienił się w jeża. Takiego młodziutkiego, optymistycznie patrzącego w przyszłość. Bawił się patykami, turlał szyszki, wygwizdywał nieme piosenki. Jego śmieszny ryjek radośnie badał, co kryje się wśród trawy i pod liściem dębu. Czasem spotykał się z innymi jeżami. Porozumiewali się ze sobą mrugnięciami oczu i dotykiem pyszczków. Było słodko.

Aż przyszło pewne niedzielne popołudnie. Rodzice z dwójką dzieci wybrali się do lasu na wycieczkę. Słońce błyszczało wysoko na niebie. Upał, jak to na początku sierpnia. Brat z siostrą popędzili w krzaki, a tam w cieniu spał Muama.

– Patrz! Jeż! – wykrzyknął ubrany w niebieską koszulkę chłopiec.

– Jaki śliczny! – zapiszczała blondynka.

– Zabierzmy go domu! Mamo, tato!

Muama zwinął się w kulkę, nastroszył kolce, ale w środku jego małe serduszko omalże ze strachu nie eksplodowało. Niestety nie obronił się skutecznie. Wsadzili go do klatki, dali jabłko i wodę w pojemniku. W zamknięciu bycie jeżem już tak bardzo mu się nie podobało, ale i tak nie spodziewał się najgorszego. Zaledwie po tygodniu rodzice zadecydowali, że jeża trzeba wypuścić na zewnątrz, bo jest potencjalnym siedliskiem pcheł i wścieklizny. Nie mieli czasu jechać do lasu, więc zanieśli go do miejskiego parku.

I tam zaczął się koszmar. Psy, koty, dzieci. Jedzenie było trudno zdobyć. Muama czuł się zmęczony wieczną gonitwą i powoli pragnął zmienić formę, ale żywy już tego nie doczekał. Na małych nóżkach dreptał przez ulicę, kiedy znienacka pojawiło się zielone auto z zarysowanym zderzakiem, bum i na gorącym asfalcie rozpłaszczył się jak naleśnik.

 

W tym czasie Blaskotutu drapał się w lewe ucho i głęboko wzdychał.

– Ty też? Co was tak wszystkich naszło. Przecież człowiek… Człowiek to … Jego inteligencja, empatia, poczucie humoru, zdolności twórcze…

– Zdolności twórcze! Przez te zdolności… Chyba doskonale zdajesz sobie sprawę, że nie tak dawno temu, przez chyba dwa miesiące stacjonowałem w ciele jednego z największy zbrodniarzy przeciwko ludzkości?! A on, przecież tylko chciał być malarzem! Cholera! Ja się teraz piszę na formę ciekłą! Mogę być wodą, albo mlekiem, albo nawet ściekami w miejskich kanałach! Tylko nie człowiekiem!

 

IV

 

Muama ocknął się jako fragment kolczastego płotu. I rozpoczął wyjątkowo nudną egzystencję. Po całych dniach przyglądał się przechodniom zmierzającym do szpitala. Z daleka widział też samochody, pędzące w to samo miejsce. Czasem przejeżdżała karetka, zwykle na sygnale. W szarym budynku o niezliczonej liczbie okien ludzie rodzili się, chorowali, leczyli i umierali. Kołowrotek bezwolnej egzystencji.

Jednakże pewnego chłodnego, jesiennego popołudnia do płotu podszedł mężczyzna z kubłem zielonej farby i zaczął malować Muamę. Sam płot wolałby kolor czerwony, ale przecież jako martwe żelastwo nie miał prawa głosu. Pędzel miło go smyrał, a malarz gwizdał wesołe piosenki. Po malowaniu Muama trochę śmierdział, a zanim zdążył wywietrzeć, przez położoną w pobliżu bramę weszła wysoka szatynka, gruby jegomość i chłopiec o niebieskich oczach.

I wtedy Muama przypomniał sobie o istnieniu położonego w oddali domu. Do tej pory opustoszały budynek nie wzbudzał nim szczególnego zainteresowania. Nic się tam nie działo. Ale teraz… Nowi mieszkańcy. Kolejnego dnia rozpoczęło się porządkowanie trawnika, a kobieta z synkiem zaczęła spacerować po popękanych, chodnikowych płytach. Tupot jej obcasów i śmiech dziecka, warkot kosiarki i przekleństwa ogrodnika. Teraz bodźce docierały do Muamy z dwóch stron – ulicy i domu.

Sam nie wiedział na czym się koncentrować, aż przyszła zima, mroźna i cicha. Do szpitala zmierzało mniej samochodów, a mieszkańcy domu za kolczastym płotem, rzadko wychodzili na zewnątrz. Spokój, to co forma kolczasta najbardziej lubiła.

Spokój trwał do Świąt. Wtedy powrócił harmider. Kolędy, choinka, radość, impreza, goście. Chłopiec w futrzanej czapce wybiegł do ogrodu, a za nim dziewczynka w różowym szaliku. Zaczęli lepić bałwana, a potem rzucali się śnieżkami. I w końcu wpadli na pomysł przejścia przez płot. Muama, jak tylko się do niego zbliżyli, pomyślał, że stanie się coś złego. Oczami kolczastej wyobraźni widział jak jedno z nich wspina się, jest już na górze i… Nadziewa się na kolec. Wydarzyło się jednak coś innego. Chłopiec z pomocą dziewczynki i ogromnej śnieżnej kuli, służącej za przenośny schodek, już prawie znalazł się po drugiej stronie. Niestety w ostatniej chwili podwinęła mu się noga i zamiast zgrabnie się ześlizgnąć, runął głową na skuty lodem chodnik. Przyjechała karetka, na sygnale. Na szczęście do szpitala nie było daleko.

 

A w podziemnej norze Blaskotutu owinięty w kraciasty koc ze zrezygnowaniem patrzył na galaretowatą córkę.

– Dlaczego? Dlaczego?

– Bo nie lubię ludzi. Ich konstrukcja psychiczna jest totalnie zrypana, w większości przypadków. Monogamia. Ha, ha, ha. Empatia… – Stwór przewrócił się na podłogę i zaczął tarzać się ze śmiechu.

– Natychmiast się uspokój! – Psie ślepia wybałuszyły się, a z pyska wyciekła ślina.

– Oki, doki, tatusiu. To co teraz? Jakiś urlopik by się przydał. Może forma sypka. Piach albo mąka. Ach… Chciałabym być mąką. Piekliby ze mnie świeże bułeczki, chałki, rogaliki z cukrem. Może ktoś by się mną zadławił. Hi, hi, hi…

– Dlaczego skoczyłaś do morza? A potem zdradzałaś tego poczciwego urzędnika z kelnerem, taksówkarzem, hydraulikiem? I na dodatek mu o tym wszystkim powiedziałaś?

– Ale miałam ubaw. Wiesz, jaki się zrobił czerwony? Upadł na podłogę i złapał się za serce, ale dalej już nie wiem, co się działo, bo mnie złośliwie przerzuciłeś w ciało jakiegoś pomarszczonego, cuchnącego czosnkiem starca…

– Którego najpierw schlałaś, a potem utopiłaś w rzece. Jesteś okrutna. Nie wiem, naprawdę nie wiem, czym mam cię za karę uczynić. Wrzucę cię znowu w człowieka, żebyś miała szansę się zrehabilitować. Fruń nad jezioro…

 

V

 

Muama po wypadku przeniósł się z wietrznej ulicy do starej szopy. Obok niego wisiała łopata, kilof, grabie. A on sam tym razem przybrał formę wideł. Przyjemny półmrok, unoszące się wszędzie drobinki kurzu i ta niesamowita cisza. Cisza, jakby w promieniu kilkudziesięciu kilometrów nie było żywej duszy. To już czwarte wcielenie. Nie oczekiwał niczego dobrego.

Zaledwie po tygodniu usłyszał hałasy. Niski głos mężczyzny i piskliwy śmiech kobiety.

– Kochanie, zabrałaś ten mały garnuszek do gotowania wody?

– Nie, przecież jest czajnik.

– No tak, ale…

– Bartek, nie marudź. Proszę.

Bardzo chudy, wysoki blondyn wszedł do szopy. Zdjął z haka najpierw łopatę, a potem widły. Oba narzędzia wbił w wilgotną ziemię. Muama ujrzał jezioro. Szare i jakieś takie posępne. Przy brzegu kołysała się drewniana, samotna łódź.

– Alina!

– Co?! Rozpakowuję bagaże.

– Chodź!

Blondynka przydreptała ze skwaszoną miną.

– Co się dzieje? – warknęła.

Bartek zaczął ją całować, po czym złapał za pośladek.

– Przestań. – Kobieta zesztywniała. – Nie teraz. Muszę wziąć prysznic, zresztą ty też. Śmierdzisz potem.

Westchnęła i wolnym krokiem odeszła. Mężczyzna wymamrotał pod nosem:

– Dziwka.

Wziął łopatę i zaczął kopać dół pod drzewem. Za chwilę znowu pojawiła się Alina i słodkim głosem zapytała:

– Skarbie, co robisz?

– Kopię dół na odpadki.

– Może weźmiemy razem prysznic?

– Teraz to spadaj.

Kobieta przygryzła dolną wargę tak silnie, że poczuła w ustach krew i nic nie odpowiedziała. Muama obserwując ich, jedynie utwierdzał się w przekonaniu, że nie warto być człowiekiem.

Przez kolejne dni albo się ze sobą chandryczyli, albo zgarniali widłami siano, albo obrażeni na siebie milczeli. Noce spędzali w domku. Mniej więcej, co drugi dzień Alina głośno jęczała, a czasem nawet krzyczała. Muama zastanawiał się, czy było jej z Bartkiem, aż tak dobrze, czy aż tak źle.

To był zimny, choć bezwietrzny wieczór. Para rozpaliła ognisko, naostrzyła długie kije, przygotowała kiełbaski i grube plastry boczku. Po czym usiadła razem, objęła się ramionami i zaczęła wpatrywać się w płomienny taniec. W powietrzu unosił się przyjemny zapach pieczonego mięsa. Muama pomyślał, że jedzenie to to, czego go mu brakuje w zmiennej formie kolczastej bardziej nawet niż seksu.

– Bartek.

– Tak?

– Za dwa miesiące skończę trzydzieści lat. I… No, wiesz. – Alina ściszyła głos.

– Znowu zaczynasz, zamiast cieszyć się wieczorem. – Mężczyzna odsunął się i ciężko westchnął. – Nie stać nas na dzieci. Zarabiasz grosze.

Kobieta nabrała rumieńców. Odłożyła na bok kij z nabitą kiełbaską.

– A ty… Ty… To ty powinieneś przynosić więcej pieniędzy i utrzymać mnie i…

– Chyba ci się coś pomieszało. – Bartek wstał. – Kretynka.

Alina wybuchnęła płaczem i uciekła do domu.

– Wracaj szmato! Kto sprzątnie ten cały bajzel?! – Mężczyzna z całej siły przykopał w stolik z talerzami. Kobieta cała się trzęsąc podbiegła do niego, szlochając:

– Proszę uspokój się. Przepraszam. Poszukam lepszej pracy.

– Z tym swoim skretyniałym mózgiem?! Lepiej zastanów się, co mówisz, idiotko! – krzyknął i pchnął Alinę na ziemię.

Wrzask i szloch. Łzy i przekleństwa. Najpierw oddalił się on, a potem ona, zgięta wpół.

Księżyc w pełni świecił zbyt jaskrawo, nie pozwalając ciemności otulić uszkodzonych serc. Łódź przybrała kształt śpiącego potwora, a drzewo rzucało upiorny cień na wilgotny piasek.

O północy z domu wyszła Alina. Miała taki dziwny wyraz twarzy, blade policzki i czerwone oczy. Wyjęła z ziemi Muamę i powoli podreptała do drzwi. Otworzyła je delikatnie, po cichu. W salonie na kanapie spał Bartek. Chrapał. Kobieta zacisnęła dłoń wokół drewnianego trzonka. I…

Muama wylądował w brzuchu mężczyzny. Krew trysnęła na bladą twarz oprawczyni, powycieraną kanapę, plastikowe krzesło, na Muamę…

 

MUAMA, MUAMA, MUAMA

Koniec

Komentarze

Katio, nim przeczytam opowiadanie, muszę powiedzieć, że ogromnie się cieszę, że wróciłaś! ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, ja też się cieszę. Niestety, wróciłam po kryjomu… Wiec różnie może być z moją aktywnością, ale nie będę już usuwać opowiadań :)

A to… Niestety, myślę, że nie w Twoim stylu, ale miałam ogromną ochotę coś dodać :) I muszę przyznać, że za wszystkimi się mocno stęskniłam.

Katia wróciła! Ja też się cieszę :) 

 

W sumie rozumiem dzieci Blaskotutu, ale i on sam ma sporo racji. Tylko traf tu na odpowiedni egzemplarz… Trochę smutny ten żywot Muamy, ale zmienna forma kolczasta spodobała mi się. I nawet jeśli uważasz, że jest w tym tekście absurd, to najwyraźniej taki, który zmieścił się w granicach mojego pojmowania. 

Takie pytanie – czy ta córka z części IV to Alina z części V? Tak jakoś mi pasuje… 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Mniejsza o to, czy opowiadanie jest w moim stylu, ważne że zrobiłaś to, na co miałaś ochotę! ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Śniąca – ​sama nie wiem, czy to absurd, ale trudno mi było dobrać jakąkolwiek kategorię… Dziękuję za przeczytanie i komentarz, a Alina i dziewczyna… Hmm… Nie planowałam między nimi żadnych powiązań. Tak czy inaczej, mam ochotę znowu coś popisać. Ten tekst powstał parę miesięcy temu. Nad następnymi planuję się trochę bardziej zastanawiać :)

Wielce mnie raduje Twój powrót, Katio, w wolnej chwili na pewno przeczytam <3

Katio, cieszę się,że wróciłaś :)

Mam wrażenie, że jest za dużo przecinków w niektórych miejscach: 

– To, co teraz?

– Ta… tylko najpierw, muszę ze cztery formy zaliczyć.

Fajny pomysł z wcielaniem się w różne formy, niekoniecznie żywe.

Ciekawe opowiadanie :)

O, Katia! Miło cię znów widzieć :) Wrócę tu po przeczytaniu :)

Rosebelle, Anet, Kam_mod – ​ja też się cieszę, że mimo utrudnionej sytuacji, odważyłam się wrócić. Jak już pisałam, mocno się za Wami stęskniłam.

 

Anet – ​przecinków na pewno za dużo, albo niekiedy za mało… Dziękuję za przeczytanie i cieszę się, że uważasz opowiadanie za ciekawe :)

Fajne opowiadanie :)

 

Normalnie takich nie czytam, ale jak już zacząłem to… nawet nie wiem, kiedy skończyłem. Podsumowując – bardzo wciągające.

Kiedyś dostanę Nobla, zobaczycie.

Katio, ależ Ty masz wyobraźnię!

I muszę wyznać, że Twoje obawy były niepotrzebne. Opowiadanie bardzo przypadło mi do gustu i przeczytałam je z przyjemnością. No i świetna ilustracja, jak zwykle zresztą.

Obawiam się, że jak w każdej historii, obok fantazji i absurdalnych sytuacji, mogło znaleźć się tutaj też trochę prawdy. Tak czy siak, nie powinnaś przestawać pisać.

 

Po co nam tam prze­klę­ta pa­mięć? –> Chyba miało być: Po co nam ta prze­klę­ta pa­mięć?

 

Bla­sko­tu­tu dra­pał się w lewe uchu i głę­bo­ko wzdy­chał. –> Literówka.

 

Przy­je­my pół­mrok, uno­szą­ce się wszę­dzie dro­bin­ki kurzu… –> Literówka.

 

Muszę wziąć prysz­nic, z resz­tą ty też. –> Muszę wziąć prysz­nic, zresz­tą ty też.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witamy córkę marnotrawną. ;-)

Uważam, że tekst w Twoim stylu. Nietuzinkowy. Na swój sposób chory i pokręcony. Albo Muama miał cholernego niefarta. Już ten niespełniony malarz wystarczy… Ale po co właściwie oni się tak bez przerwy wcielają? I mają wpływ na zachowanie obiektu czy nie? A to zdradzają męża, a to marudzą, że ciało podle się zachowuje.

Babska logika rządzi!

Borowik – ​cieszę się, że opowiadanie, mimo swojej, hmm… dziwności? Cię wciągnęło :)

 

Reg – ​Jak zwykle bardzo dziękuję za poprawki i wiem, że już wielokrotnie o tym wspominałam, ale dzięki Tobie, nauczyłam się jako tako sklecać zdania… :) I bardzo się cieszę, że opowiadanie przypadło Ci do gustu.

 

Finkla – ​zgadzam się, że tekst w moim stylu, i że chory i pokręcony… Cóż, tak mi już chyba zostanie :)

A po co się wcielają? Hmm… Nie wiem, ale to tak trochę, jak z nami, też nie do końca wiem, co my na tym świecie robimy ;) Tak czy inaczej cieszę się, że wróciłam :)

Tak, Katio, to są Twoje pomysły. Chyba nikt na portalu nie ma tak kolczastych wizji. :) Czasem Count coś wysmaruje i wtedy innych wykręca, ale nie aż tak, jak u Ciebie. :) Lubię te światy. :) Fajnie, że wróciłaś.

Jakieś drobne uwagi jednak mam. Dialog pomiędzy Blaskotutu i Muama mógłby być bardziej finzezyjny, inny. Wiesz, teraz przypomina zupełnie gadkę ludzi, a przecież Muama tak bardzo opierał się przed tą formą. ;)

Druga uwaga do krótkiej wzmianki:

Bo mnie przerzuciło do jakiegoś kolejnego psychola, który trzymał chłopca w piwnicy. Wolę nie myśleć, co z nim robił. Oczywiście uwolniłem malucha, a kolo wylądował w więzieniu. A jak już wyszedł na wolność, to ojciec tego dziecka siekierą łeb mu odrąbał, a potem sam się zastrzelił. Do tej pory się zastanawiam, skąd wziął spluwę.

Taka kawa na ławę, typowo patologiczna, jasna i oczywista, nie pasuje mi do konwencji całości. Najczęściej Twoje opowiadania wyróżniają się niedopowiedzeniami, swoją drogą, bardzo dla mnie ciekawymi. A tu… Wiesz, siekiera w łeb! ;)

Pozdrawiam serdecznie. :)

Darcon, dziękuję bardzo za wizytę i uwagi. Masz rację, że dialogi powinny być trochę mniej ludzkie, ach, tylko jak je napisać :) A i czasem lubię tak trochę za bezpośrednio się wyrażać. Będę na to bardziej uważać następnym razem. I dziękuję za klika.

 

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego dnia :)

Bardzo mi miło z Twego powrotu, Katio :)

Opowiadanie jak zawsze przejmujące – umiesz pisać tak, że czuć emocje bohaterów. Szczególnie żal i się zrobiło Muama-jeża tak źle potraktowanego przez ludzi.

Całkiem też ciekawa wizja istot, które po kolei wcielają się w każdą istotę czy rzecz. Choć trochę szkoda, że tutaj nie odsłoniłaś celu tej wędrówki ani kim są. Ubogaciłoby to obraz.

Podsumowując: emocjonalny obraz, bardzo wyraźny, choć fabularnie nie za bardzo widać cel tych wojaży. Ale bohaterów przedstawiasz tak ciekawie, że dam klika :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję i też się cieszę, że wróciłam :) I bardzo mi miło widzieć Cię w loży. Gratulacje :)

Hmm… Chyba rzeczywiście powinnam trochę więcej powyjaśniać, tak to troszkę wyszło pudełko bez zawartości. Będę mieć to na uwadze następnym razem.

Pozdrawiam serdecznie.

Katiu, cudownie, że jesteś. 

Ilustracja jest taka… fantastycznie pokręcona. Opowiadanie zresztą też. Masz pomysły kochana. Pisz jak najwięcej, bo w Twoich tekstach jest coś takiego, czego często brakuje nawet uznanym pisarzom. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bajka – bo czytałam to jak bajkę – fantastycznie pokręcona. Twoje teksty, Katiu, kojarzą mi się z pewną serialową bohaterką, o której wszyscy mówią, że jest “dark and twisty” – u ciebie też, poziom dark and twisty jest niezmiennie taki sam… I bardzo wciągający.

Mam wrażenie, że pisałaś tekst nie dla samej fabuły, tylko dla pokazania pewnych uczuć. Z jednej strony jest to pewien minus (myślę, że dobra puenta przy końcu, która ujawniłaby cel wędrówki Muamy, podniosłaby wartość tego opowiadania), z drugiej strony – piszesz tak pięknie i przekonująco, że i tego wystarczy, by skończyć lekturę z satysfakcją.

Same wnioski Muamy uważam za przygnębiające – jednak chyba każdy z nas w pewnym momencie życia mógłby się z nimi zgodzić, i to właśnie – odwoływanie się do powszechnie znanych uczuć – uważam za największą siłę tej opowieści.

Bardzo udany powrót, Katiu :)

Bemik – ​ja też się cieszę, że zdecydowałam się na powrót :) I dziękuję za przeczytanie i komentarz. A to opowiadanie chyba rzeczywiście najbardziej pokręcone z moich tekstów :)

 

Kam_mod – “dark and twisty”​, nie znam serialu, ale muszę przyznać, że określenie mi się podoba :)

Bardzo dziękuję za pozytywny komentarz i chyba masz rację, że trochę za mało koncentruję się w tekstach na fabule… I tak trochę piszę dla samego pisania. Wezmę to pod uwagę przy kolejnym tekście i zobaczymy, co z tego wyjdzie :)

Witaj, Katiu.

Wszyscy tu witają Cię po powrocie, a ja chyba jestem na portalu zbyt krótko, żebyśmy mieli okazję się poznać. Wobec tego – miło mi zrobić to teraz. :)

 

Opowiadanie podobało mi się, czytało się je dobrze i wciągnęło. Nie natrafiłem chyba na żaden problematyczny fragment.

Fabuła ciekawa, zabrakło mi jedynie jakiegoś wyraźniejszego zakończenia, no i nie zaszkodziłoby wyjaśnienie, kim są Muama i Blaskotutu i dlaczego ten pierwszy wciela się w różne, hmm, obiekty? Czy to są postacie z jakiejś mitologii?

Trochę też nierealistyczny wydaje mi się motyw zabójstwa Bartka przez Alinę, jakoś za łatwo jej to przyszło i nie pasowało do jej wcześniejszego zachowania. Wiem jednak, że nie to było w opowiadaniu najważniejsze. :)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

El Lobo Muymalo – ​dziękuję bardzo za wizytę i też miło Cię poznać :) Cieszę się, że opowiadanie Ci się ogólnie podobało. I zgadzam się z uwagami, sygnalizowanymi już wcześniej przez innych, więc na pewno coś w nich jest. Pisząc kolejne teksty postaram się o bardziej składną fabułę.

A odnośnie Aliny, jej zwrot w zachowaniu miał być następstwem wskoczenia w jej ciało złośliwej córki Blaskotutu, ale domyślam się, że zdecydowanie za mało to zasugerowałam…

Pozdrawiam serdecznie.

 

Jako że jestem na tym portalu raz na ruski rok, nie czytałem nigdy przenigdy nic od Ciebie, Katio – ale ta historia mnie kupiła i będę sobie do niej wracał. Świetna sprawa. 

TheLastAxeman, niezmiernie miło mi to czytać :) To chyba pierwsze moje tak pokręcone opowiadanie :) Pozdrawiam serdecznie.

A odnośnie Aliny, jej zwrot w zachowaniu miał być następstwem wskoczenia w jej ciało złośliwej córki Blaskotutu, ale domyślam się, że zdecydowanie za mało to zasugerowałam…

Ok, teraz rozumiem. Wydaje mi się, że trudność z załapaniem wzięła się stąd, że w tej chwili układ wydarzeń jest taki:

  1. Blaskotutu wysyła córkę do ciała Aliny
  1. Alina jest uległa “Proszę uspokój się. Przepraszam. Poszukam lepszej pracy.”
  1. Alina przestaje być uległa i zabija Bartka

Nie widać więc wpływu córki Blaskotutu na zachowanie Aliny. Co innego, gdyby było tak:

  1. Alina jest uległa “Proszę uspokój się. Przepraszam. Poszukam lepszej pracy.”
  1. Blaskotutu wysyła córkę do ciała Aliny
  1. Alina przestaje być uległa i zabija Bartka

 

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Masz rację… Może dopiszę w ostatnim rozdziale ze dwa zdania o przybyciu córki Blaskotutu. Tylko muszę na spokojnie zastanowić się jako to w miarę zgrabnie ująć. :)

Jak zwykle klimatyczne i dziwne opowiadanie :) Wykreowałaś tajemniczą i szkaradną (chociaż bardzo wyrozumiałą dla ludzi) postać Blaskotutu. Szkoda, że nie wiemy, dlaczego potomstwo stwora musiało przenosić się w inne formy, szczególnie że Blaskotutu kładł nacisk na to, aby dzieci wchodziły w ludzi.

Bardzo ładnie napisane. Dobrze ukazane uczucia Muamy i nienawiść dzieci Blaskotutu do ludzi, a już najbardziej rozpacz Aliny.

Bardzo starałem się odszukać jakieś znaczenie, metaforę, analogię, ale nic. Miałem nawet kilka teorii, ale każda mi się rozleciała podczas pisania komentarza. Został tylko ułamek jednej: dzieci Blaskotutu to jakaś część ludzi, która, w bardzo nieprzychylnych warunkach, powoduje u nich zgorzknienie, a w końcu prowadzi ich do niszczących działań. Ale to tak tylko… Tutaj chyba nie ma dobrej interpretacji. Jest dziwaczność, tajemnica i ponury klimat ;)

Rysunek też świetny (chociaż nie mam pojęcia, co tam się dzieje) :)

Ogólnie bardzo mi się podobało :)

Dzięki Karol :) Cieszę się, że ogólnie się podobało. A zamysł był taki, że ludzie, ich psychika nie jest całością, lecz ciągle się zmienia, a dzieci Blaskotutu są wyrazem tych zmian, są częściami nas, od urodzenia do śmierci. w każdej chwili naszej egzystencji któreś z nich jest z nami. Oczywiście to tylko metafora, która na dodatek nie za bardzo udało mi się przekazać :)

No, w końcu udało mi się dotrzeć i przeczytać! 

Kolejny tekst i znowu lepszy od po przedniego (chociaż bezpośrednio porównać się nie da)

Nie będę rozpisywał się na temat treści i interpretacji, bo wiele zostało już powiedziane w komentarzach. Dodam tylko, że to, co najbardziej lubię u Ciebie, to te perełki pięknych zdań, rozrzucone w teście. Pięknych, ale nie przegiętych i niewymuszonych. Ot tak, tu i ówdzie błyska zdanie, które aż prosi się, by je zapamiętać. Jak choćby to o księżycu i uszkodzonych sercach. 

Oczywiście całość jest na wysokim poziomie i nie sądzę, bym miał się do czego przyczepić.

Ech, mam tylko nadzieję, że ta pokryjumowość powrotu nie narobi Ci kłopotów i będę miał okazję częściej obcować z Twoimi tekstami! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Ciekawe opowiadanie, głównie przez pomysł i unikalny klimat – bardzo to wszystko osobliwe. Ale i wykonanie ładne. Najciekawsze w tym jest to, że tekst wciąga, ale trudno jednoznacznie go ocenić – czyli ambiwalentnie.

Całkiem to mocne jest. :]

yes

Ja też w końcu znalazłam chwilę, żeby przeczytać i cóż mogę powiedzieć. Masz coś wyjątkowego, Katio. Bardzo unikatową wyobraźnię, tworzysz światy i postaci, które są absolutnie niestandardowe i to właśnie lubię w Twojej twórczości. Thargone zresztą też się nie myli pisząc o pięknych zdaniach, które udaje Ci się naturalnie wplatać w tekst. Mnie opowieść o Muamie bardzo się podobała. Lubię kiedy historie o jednym opowiadają tak naprawdę o czymś innym i wydaje mi się, że tutaj tak właśnie jest… Bo historia niby o zmiennokształtnym Muamie, a w istocie o naturze ludzkiej. Trochę tylko zakończenie wydało mi się zbyt rozmyte. Chciałabym wiedzieć, czy to była ostatnia forma kolczasta Muamy? Czy zdecydował się znowu zostać człowiekiem? Brakowało mi takiego domknięcia na sam koniec. 

Raz jeszcze, bardzo się cieszę, że wróciłaś i mam nadzieję, że nie będziesz miała z tego tytułu nieprzyjemności, bo to naprawdę okropne, gdy ktoś ma taki talent, a nie może się realizować. 

Thargone – Bardzo mi miło czytać Twój komentarz. Ciągle pracuję nad warsztatem, więc wyjątkowo mnie cieszy, że znajdujesz w moim tekście zdania perełki :) To naprawdę budujące. Dziękuję.

 

Blackburn – ​Dziękuję za przeczytanie i komentarz i cieszę się, że uważasz tekst za ciekawy.

 

Rosebelle – ​Dziękuję bardzo za pozytywną opinię i też się cieszę, że wróciłam i w dodatku jesteście dla mnie tak mili, że aż chce mi się pisać :) A zakończenie… Muama zaliczył cztery formy i wypowiedział trzy razy swoje imię, więc zgodnie z umową miał wrócić do Balskotutu i zmienić formę, tym razem na ludzką :)

 

Pozdrawiam wszystkich serdecznie i życzę miłego dnia.

Bardzo Katiowe to opowiadanie. W życiu nie wpadłbym na pomysł, że tyle uczuć można wycisnąć z drutu kolczastego czy wideł. Acz straszni ci twoi ludzie, Katiu, paskudni. Ale obawiam się, że taka jest rzeczywistość…

Parę uwag:

– “ w końcu wpadali na pomysł”– powinno być “wpadli”;

– “promieniu kilkudziesięciu kilometrów kwadratowych” – jeśli promień, to bez “kwadratowych”;

– “Kobieta zacisnęła dłoń wokół drewnianej rączki” – widły mają raczej stylisko, trzonek czy drzewce.

 

A tak poza tym – jak ja lubię czytać Twoje opowiadania. Są tak… inne, że to zawsze miłe zaskoczenie, gdzie tym razem zawiedzie Cię wyobraźnia :).

Mam jednak petycję – w ramach szlifowania warsztatu, jako literackie wyzwanie, mogłabyś napisać coś hurraoptymistycznego ;).

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm." - Arnubis

Staruchu, dziękuję bardzo za wizytę :) Błędy poprawiłam i niezmiernie się cieszę, że lubisz czytać moje opowiadania. A ludzie u mnie rzeczywiście paskudni… Niemniej przyjmuję petycję i pomyślę nad czymś, hmm… może przynajmniej z optymistycznym zakończeniem :)

Popieram Starucha – napisz, napisz!

 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

No to i ja podpiszę petycję. ;-)

Babska logika rządzi!

:):):)

Jeżeli chciałaś pokazać jakimi potworami mogą być ludzie, to rzeczywiście ci się udało. Niezły przekrój przez patologie. No i ten malarz ci wyszedł. :) Zastanawiam się tylko, czy to dzieci Blaskotutu mają po prostu pecha, czy może w tym dość dziwnym świecie robali o psich głowach mogą się wcielać tylko w takie typy?

Podsumowując – opowiadanie bardzo mi się podobało. :)

 

To ci chyba zostało po prowadzeniu poprawek:

Kobieta zacisnęła dłoń wokół drewnianym trzonku. I…

 

AQQ, bardzo się cieszę, że opowiadanie Ci się spodobało. I dziękuję za poprawkę :) A ludzie… Jakoś łatwiej mi pisać o ich wadach niż zaletach :) Może przez to, ze niestety bardziej rzucają się w oczy…

Pozdrawiam serdecznie.

Więcej optymizmu i wiary w ludzi, Katiu. :)

Zapomniałam dodać, że grafika również piękna. Jeśli Twoja, to gratuluję talentu. :)

Ja tak poza opowiadaniami i rysunkami to chyba raczej dosyć optymistycznie na wszystko patrzę i dużo się śmieję :) Chyba…

Cieszę się, że również ilustracja Ci podoba :)

Ilustracja idealnie pasuje do opowiadania. A sam pomysł, jak zauważyli już wcześniej komentujący, pokręcony i iście fantastyczny. Przeczytałem z zainteresowaniem. No i bardzo podoba mi się tytuł opowiadania, jakoś skojarzył mi się z tekstami Marka Huberatha.

Belhaj, dziękuję bardzo za wizytę i komentarz. I oczywiście cieszę się, że przeczytałeś tekst z zainteresowaniem i że spodobał Ci się tytuł :)

Pozdrawiam serdecznie :)

Fajne, w Twoim stylu. Tytuł świetny. No i nie spodziewałem się, że na tym będzie polegała ta “zmienna forma kolczasta”… ;)

Mam tylko wrażenie, że opowiadanie jest jednym z wielu, napisanym dzień po jakimś innym i dzień przed kolejnym. Zbyt pospieszne, jakbyś celowała tylko w szkolną piątkę, a nie szóstkę. 

Nie traktuj tego jako zarzut, lecz jako wołanie o więcej, o coś zachwycającego :)

Fun, bardzo się cieszę, że się spodobało :) Postaram się trochę zwolnić i nie traktować opowiadań jak śrubek na taśmie produkcyjnej, tylko raczej podchodzić do nich jak do rękodzieł… Ale zobaczymy, co tego wyjdzie. Ostatnio cierpię na spadek energii…

Miłego weekendu :)

Nowa Fantastyka