- Opowiadanie: joseheim - Panna z wilkiem

Panna z wilkiem

Opowiadanie tematyczne, bo noworoczne. Pierwotnie ukazało się we wrześniowym numerze Białego Kruka ;)

 

EDIT: Zalth mi przypomniał, że popełniłam okropne fopa. “Panna” była bowiem betowana tu, na NF, przez zacne grono użytkowników, którym serdecznie dziękuję za pomoc! ;) Bez Was ten tekst byłby o wiele gorszy.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Panna z wilkiem

Takiego sylwestra jeszcze w Kobielowej nie widziano, fajerwerki puszczono najlepsze w całej okolicy. Inna sprawa, że rozochoconej młodzieży od niezbyt legalnych specyfików kolorowo zrobiło się przed oczami już grubo przed północą, więc nie miało większego znaczenia, co jej latało nad głowami.

W remizie alkohol lał się strumieniami, disco porażało natężeniem głośności, a w ogólnym ścisku nikt nie miał pewności, kogo akurat maca i przez kogo sam jest macany.

Marika wytoczyła się z budynku gdzieś po trzeciej, ledwo utrzymując równowagę. Zaraz za nią wyszło kilku chłopaków, również mających już dość imprezy. Dziewczyna szczelniej opatuliła się płaszczem, który prawie na pewno nie należał do niej i, krok za krokiem, zaczęła przemieszczać się w stronę przystanku autobusowego. Siarczysty mróz natychmiast przeniknął do szpiku kości, nie zdołał jednak pokonać unoszących się wokół oparów alkoholu.

Nie miała czapki ani rękawiczek, szalik imitowała cieniutka apaszka. Buty na nonsensownie wysokich obcasach zapadały się raz po raz w głęboki śnieg, którego gminny pług nie raczył od rana ruszyć. Dobrze, że teraz nie sypie – pomyślała Marika na wpół przytomnie. – A może niedobrze, podobno pod śniegiem jest ciepło…

Po zdającej się trwać w nieskończoność wędrówce dotarła do przystanku i opadła na betonową ławeczkę. Objęła się ramionami i tak zamarła, skulona, jeszcze drżąca z zimna, ale powoli tonąca w oceanie odrętwienia.

– Nie siadaj na zimnym, bo wilka dostaniesz! – zawołał jeden z chłopaków, którzy właśnie minęli przystanek i, przepychając się po przyjacielsku, poszli chwiejnie dalej.

Marika zignorowała ich, skupiona całkowicie na sobie. Tak zimno… Chociaż w pewnym momencie zaczęło jej się wręcz robić ciepło. Nawet nie zauważyła, kiedy osunęła się z ławeczki na ziemię i przewróciła na bok.

Nagle w przyjazny mrok nieświadomości wdarły się dwie rzeczy – uczucie wilgoci i odór psiej paszczy.

Coś lizało ją po twarzy.

– Co znowu… – wymruczała słabo. Z trudem otworzyła oczy i ujrzała wielki, szary, kudłaty łeb. To nie był pies.

– Wstawaj, mała – powiedział wilk.

Dziewczyna resztką dostępnej świadomości zadumała się głęboko nad tym, co zobaczyła i usłyszała. Choć przeszła już kiedyś chrzest bojowy w postaci tańczących drzew i płynących przez zielone niebo jednorożców, to jeszcze nigdy nie miała halucynacji, które potrafiłyby mówić.

– Wstawaj – powtórzył wilk. – Bo zamarzniesz.

– Czekam na autobus – zaprotestowała Marika, całkowicie obojętna na absurdalność sytuacji.

– W Nowy Rok? W środku nocy? Na autobus szkolny?

Wilk prychnął pogardliwie i energicznie przystąpił do szorowania twarzy Mariki. Dziewczyna, nieco otrzeźwiona, z trudem uniosła rękę, by odgonić intruza. Kiedy ten nie przestawał, a najwyraźniej nie zamierzał też zniknąć, postanowiła odwrócić się do niego plecami. Wilk bezceremonialnie wcisnął łeb w śnieg, między ziemię a brzuch Mariki, usiłując dźwignąć ją do góry.

Poddała się w końcu, podparła na rękach, potem podniosła na kolana. Wreszcie, przytrzymując się częściowo ławki, częściowo wilczego grzbietu, przyjęła pozycję mniej więcej pionową. Zwierz był w dotyku ciepły, wręcz gorący jak piec.

– Bardzo ładnie – pochwalił. – A teraz za mną. Żywo! Pomachaj trochę rękami, potuptaj w miejscu, zrobi ci się lepiej. Tutaj nie możesz zostać.

– Bo co? – nadąsała się dziewczyna, ale posłusznie zaczęła udawać marionetkę, która dostała się w ręce epileptyka.

– Wystarczy. Chodź. Do domu tylko kilometr. Środkiem drogi, śmiało. O tej porze i tak nikogo raczej nie spotkamy, a samochody trochę rozjeździły śnieg, będzie ci łatwiej. No dalej. Przytrzymaj się mnie, jeśli musisz. Grzeczna dziewczynka. A najlepiej to mów cały czas. Wierszyk wyrecytuj albo co.

– A bo ja tam wiersze znam – wymruczała Marika, usiłując się skupić na stawianiu kolejnych kroków. Resztka zdrowego rozsądku kołaczącego się w jej świadomości uznała, że może to i wilk, ale mądrze gada. I że lepiej go słuchać, bo inaczej nie będzie miała więcej okazji do słuchania kogokolwiek, kiedykolwiek. – Skąd wiesz, gdzie mieszkam?

Zwierz nie odpowiedział. Po kilkunastu krokach Marika straciła rachubę, więc przestała liczyć i ponownie zwróciła się do towarzysza:

– Nie wiedziałam, że wilki potrafią mówić.

– Cóż, niewątpliwie jest to noc pełna niespodzianek dla nas obojga – odparł wilk. – Bo ja na przykład wcale nie planowałem się tu pojawiać.

– Nic z tego nie rozumiem. – Dziewczyna zaczęła rozcierać skostniałe ramiona.

– Wiem tylko to, co wiem – odpowiedział spokojnie wilk. – I wiem, że ty miałaś cholerne szczęście, że jednak usiadłaś na zimnym betonie, a tamci goście akurat przechodzili obok.

 

~*~

 

Inna dziewczyna nie miała tyle szczęścia. Ale o tym wieś dowiedziała się dopiero po południu następnego dnia, kiedy imprezowicze zaczęli trzeźwieć i podnosić się z barłogów. Powoli, od domu do domu, rozniosła się wieść, że córka sołtysa, Sylwia, nie wróciła z remizy.

– No i co z tego? – skwitował ojciec Mariki, kiedy sąsiad zaszedł do niego na noworocznego kielicha i podzielił się wieściami. – Bo to pierwszy raz dziewucha na noc do domu nie wróciła? Poszła w tango i przygruchała se kawalera.

– Może tak, może nie – mruknął sąsiad, Kazik Kielecki, kontemplując zawartość wypełnionej czystą koniakówki. – No, to hapluczek… Mówią, że jakieś dziwne ślady znaleźli za remizą. Jakby kto wyszedł z tancbudy i kroki nagle się urywały, czy co, a dalej tylko śnieg nietknięty. Niedaleko na dodatek pełno wilczych tropów… A dziady mówią, że nie widziano tu tych bestii ze sto lat!

– A wilcze to chyba wiem skąd – ucieszył się ojciec, pocierając nos. – Moja najmłodsza takowego jednego po nocy przyprowadziła.

Sąsiad zamrugał zaczerwienionymi oczami.

– Że niby co?

– No, wilka. Chcesz zobaczyć? Marika!!!

Dziewczyna, która słuchała rozmowy mężczyzn jednym uchem, niechętnie przywlokła się z sąsiedniego pokoju, gdzie właśnie dogorywała na kanapie. Mimo długiego snu nadal czuła się jak rozdeptany krowi placek. Wilk, z niewiadomych powodów, wszędzie chodził w ślad za nią. Nawet do kibla.

– O kurrr… – zatchnął się sąsiad. – Wilk! Najprawdziwszy!

– Dzień dobry – powiedział grzecznie zwierz, na co Kielecki aż pisnął z wrażenia.

– No, każdą razą bądź, to pewno stąd te ślady – powiedział ojciec Mariki, uradowany, jakby rozwiązał skomplikowaną zagadkę kryminalną. – A gdzie zniknęła Sylwia? Ano, diabli wiedzą. Ale niech mnie, jeśli najpóźniej jutro nie wróci do domu, rozchełstana i bez grosza przy duszy. Założyłbym się o berbeluchę.

 

~*~

 

Diabli rzeczywiście wiedzieli, gdzie się podziała Sylwia Jakimiuk. Tyle tylko, że absolutnie nic ich to nie obchodziło. A gdyby ojciec Mariki faktycznie założył się z kimkolwiek o cokolwiek – przegrałby z kretesem. Sylwia bowiem nie wróciła do wsi ani tego popołudnia, ani następnego.

Miejscowa policja nie grzeszyła inwencją i inteligencją, kiedy więc rozpoczęła wreszcie poszukiwania zaginionej, wszelki ślad już dawno ostygł i został zasypany śniegiem, który po Nowym Roku zaczął padać jak opętany. Sołtys z sołtysową rozpaczali i szaleli, krążąc od domu do domu i przepytując ludzi, którzy bawili się w sylwestra w remizie, jednak bezskutecznie. Wszyscy byli zbyt nawaleni, by cokolwiek zostało w ich pamięci. Według relacji niezbyt godnych zaufania świadków, ostatni raz widziano Sylwię około północy, kiedy młodzież wyległa przed budynek, by podziwiać fajerwerki i wznieść toast szampanem zmieszanym z wódką. Potem – nic.

– W sumie to moja tak jakby przyjaciółka – stwierdziła Marika, wyglądając za okno na pokrytą przybrudzonym śniegiem wieś. Sama niestety nie potrafiła powiedzieć zrozpaczonej sołtysowej nic ponadto, że Sylwia przez większość nocy trzymała się paczki Łysego, czyli Grześka Dorosza, szalejąc na parkiecie do hitów pokroju „Ona tańczy dla mnie” oraz „Daj mi tę noc”. – Nie raz i nie dwa popalałyśmy skręty za przystankiem albo w lesie.

– No, to rzeczywiście brzmi jak przyjaźń wszech czasów – mruknął wilk. Leżał pod piecem, z nosem schowanym pod ogonem.

– Właśnie. To co, idziem?

– Słucham? Dokąd niby?

– No, niefajnie, że zniknęła. Nie dałbyś rady jej wywąchać czy coś?

– Genialne – parsknął wilk. – Rychło w czas wymyśliłaś, doprawdy, jak wszystko zdążył pokryć śnieg. Teraz już tak jakby trochę za późno. Poza tym co ja, pies gończy? Nie jestem tu po to, by szukać jakichś zalanych w pestkę dziewuch po stodołach…

– A po co tu jesteś? – spytała Marika, a wilk nie odpowiedział. Bo nie wiedział co.

Mierzyli się przez chwilę wzrokiem, aż z sieni dobiegł nieludzki łomot, jakby stado demonów dobijało się do drzwi.

– Musi Kielecki – westchnęła dziewczyna, podnosząc się ociężale. Miała rację. To była pora popołudniowego kielonka.

– Co tam słychować? Jest Staszek? – zapytał gość, ładując się do domu.

– W szopie – mruknęła Marika, cofając się, by nie dostać z łokcia bądź potężnego spirytusowego chuchu sąsiada. – Zawołam.

Po niespełna dziesięciu minutach stół w kuchni już był zastawiony. Marika wyłożyła na półmiski pokrojoną w talarki kiełbasę i resztki świątecznego śledzika, a potem zaczęła wycofywać się na z góry upatrzoną pozycję. Zamarła jednak w progu, gdy sąsiad powiedział radośnie:

– Wiesz, Staszek, co gadają? Sołtysówny nadal nie znaleziono, nie? No to ponoć mają zawołać jakiegoś policyjnego łebka z miasta, bo nasi se nie radzą. Niby to za wcześnie, bo dopiero po trzech dniach się uznaje, że delikwent zaginął na dobre, ale stary Jakimiuk znajomości ma w Białymstoku, czy co. No i przyjedzie jakiś uczony pętak, co to naszą Sylwię ma odszukać. O! Zdarovie!

Wypili, a Marika nie mogła się zdecydować, czy wyjść, czy zostać.

– Wie sąsiad może, kiedy ten miastowy ma przyjechać? – zapytała wreszcie, przezwyciężając marazm.

– Ano, pono jutro.

– To może i ja do jutra zaczekam. – Marika zamknęła za sobą drzwi, by nie słyszeć odgłosów popijawy.

– Popieram – oznajmił wilk. Potruchtał do sąsiedniego pokoju i zajął ulubione miejsce pod piecem. Starszy brat Mariki, Jeremi, gapił się tępo w telewizor. Na ekranie właśnie coś wybuchło.

– Suń się – burknęła Marika i przyłączyła się do brata. A co, w końcu niedziela była, a na dworze ziąb. Jutro też jest dzień.

 

~*~

 

Detektyw był młody, przystojny i niedostępny niczym wino na najwyższej półce w Stokrotce. Marika umierała do niego przez okno, raz po raz wydychając gęste kłęby pary. Mróz, który w noc sylwestrową był zaledwie silny, trzeciego stycznia wręcz momentalnie ścinał krew w żyłach. Tym razem jednak Marika była trzeźwa, a przez lata przywykła do typowo wschodniej zimy. Wilk zaś nie dość, że miał grube futro, to sam w sobie wydawał się odporny na warunki świata rzeczywistego.

– Znamy się od przedwczoraj, ale domyślam się, że to jedna z najgłupszych rzeczy, jakie kiedykolwiek zrobiłaś w swoim życiu – utyskiwał teraz.

Paczka Łysego w komplecie – czyli Mała Mi, czyli Michalina, Wiktor, Anastazja, Piotr, Sergiusz, Julia i Mikołaj – siedziała karnie rzędem przed policjantem z Białegostoku i niechętnie odpowiadała na krótkie, cięte jak uderzenia bicza pytania.

– Może najgłupsza – zgodziła się dziewczyna, próbując wyłowić cokolwiek przez nieszczelne drewniane okno. Dochodziły do niej strzępy ostrych słów policjanta, ale wiejska młodzież mówiła bardzo niechętnie i cicho. – Nawet licząc… a, zresztą nieważne.

– Co znowu?

– W ten sposób niczego się nie dowiemy – stwierdziła Marika, niezadowolona. – Ni cholery nie słychać. A na dodatek niewiele widzę, bo powietrze jest gęste od dymu.

– Słucham? – Nie zrozumiał wilk. Nie miał pojęcia, co się dzieje w pomieszczeniu, bo siłą rzeczy znajdował się poniżej poziomu parapetu.

– No, wygląda na to, że kłamią, aż im się z uszu kurzy.

Wilk otwarł paszczę i zaraz ją zamknął.

– Od frontu policjanci – zauważył po chwili.

– Od frontu może tak. Ale to moja podstawówka i to ja wiem, którędy można wchodzić i wychodzić bezkarnie. – Marika zatarła ręce i wycofała się między nagie krzewy forsycji, by obejść budynek.

– Zapewne częściej to drugie – mruknął wilk, truchtając za nią.

Przekradli się niezauważenie od tyłu, przez pomieszczenia, w których kiedyś mieściło się niewielkie mieszkanie nauczyciela. W Kobielowej od kilku lat nie było już szkoły podstawowej, jednak budynek nadal stał jak stał. I jakoś nikt nie przykładał wielkiej wagi do zamykania drzwi, bo co też takiego można było ukraść ze starej ceglanej chałupy, opróżnionej z niemal wszelkich mebli? A teraz starą szkołę, jako jedyny adekwatny budynek, zaanektowali policjanci.

– Całkiem sprytne – przyznał wilk, gdy dotarli do drzwi dzielących dawną kwaterę nauczycielską i salę używaną niegdyś do prowadzenia zajęć. Przez cieniutkie skrzydło wszystko było nadzwyczaj dobrze słychać.

– A bo ja wiem, co i z kim robiła, ja tam nikomu w garki nie patrzę – mówił akurat Piotr beznamiętnym tonem. – Rozeszlimy się tuż po północy. Cimno było, głośno, tłoczno. Zapiłem, to co ja tam mogę pamiętać…

– Akurat – parsknęła Marika. – Przecież to kurde abstynent tymczasowy jest, założył się z Łysym, że ani kropelki do Matki Boskiej Gromnicznej nie wypije…

– Cicho! – syknął wilk, gdy w sali obok nagle zapadło milczenie.

– Bo co? – odburknęła Marika. Po chwili rozległ się odgłos kroków, zbliżających się do drzwi od ich drugiej strony.

– Bo… – Wilk nie zdążył dokończyć, bowiem za ich plecami zagrzmiał nagle ponury, niezadowolony głos:

– Wołali?

– Hę? A ty to kto? – zdziwiła się Marika, robiąc obrót na pięcie i mierząc przybysza podejrzliwym spojrzeniem. Za nimi stał wysoki, barczysty chłop odziany w ciężką, ciemnoszarą parkę.

– Zdzicho – odparł mężczyzna tonem sugerującym, że pytanie jest zbędne, bo to przecież oczywiste. Spoglądał na dziewczynę tak bardzo z góry, jak to tylko możliwe w pomieszczeniu wysokim na dwa i pół metra.

– Zamknijcie się oboje! – warknął wilk, jako że miastowy policjant węszył przy drzwiach przedsionka jak, nomen omen, pies. Te jednak były zamknięte na zasuwkę od strony mieszkania i nawet kiedy kontrolnie nacisnął klamkę, ani drgnęły. Wstrzymali oddech, aż kroki za drzwiami zaczęły się oddalać.

– Co tam jest? – spytał śledczy surowo.

Przez chwilę trwała cisza. Wreszcie Wiktor odpowiedział:

– Mieszkanie uczyciela, panie władzo. Dwa pokoje z kuchnią.

– Spadamy stąd – zasugerował wilk. Gdy za drzwiami ponownie rozległ się gromki głos policjanta, wycofali się cichutko poza obręb budynku.

Marika obejrzała się niepewnie na towarzyszącego im mężczyznę, który, gdyby ktoś zapytał ją o zdanie, pojawił się dosłownie znikąd. Zdzicho był nieprzeciętnie wysoki, w barach szeroki jak kombajn, a na twarzy miał wyraz generalnego niezadowolenia.

– Coś ty za jeden? – powtórzyła.

Zdzicho nie raczył się zniżyć do udzielenia odpowiedzi, tylko – uznawszy, że nie jest w danym momencie do niczego potrzebny – odwrócił się i odszedł ciężkim krokiem. Dziewczyna patrzyła za nim, dopóki nie zniknął za rogiem.

– No i co to było? Przyjdzie taki i wsio zepsuje – burknęła.

– Rzeczywiście, bo tyle się dowiedziałaś z tego całego podsłuchiwania, że ho, ho.

Sarkazm spłynął po Marice niczym woda po wysmarowanej olejem gęsi. Wilk westchnął.

– No, a ty niby wiesz, co to za drągal? Nietutejszy przecie… – powiedziała dziewczyna, marszcząc brwi. W Kobielowej i po okolicznych wsiach wszyscy znali się na wylot jak durszlaki.

– Na litość bogów… To nie dziwiłaś się, jak kłamliwej młodzieży się z uszu kurzyło, a dziwisz się Zdzichowi? Wszystko jedno zresztą. Powiesz mi wreszcie, czego niby chciałaś się dowiedzieć, podsłuchując pod drzwiami?

– Nic tu po nas. Wracamy do domu – zignorowała pytanie dziewczyna, zacierając ręce, marznące mimo grubych, wełnianych rękawiczek.

Wilk warknął, poirytowany.

– Nie. Nie cierpię półśrodków. Albo ci zależy i chcesz coś zrobić dla koleżanki, albo nie. Policja i tak niewiele wskóra. Przesłuchali już połowę mieszkańców wioski i nic. A jeśli ty chcesz się czegoś dowiedzieć, to idziemy do lasu – oznajmił stanowczo.

– A czemu akurat do lasu?

– Bo mieszka tam ktoś, kto wie rzeczy. I nie pytaj, skąd ja o tym wiem. Po prostu wiem.

 

~*~

 

– No chyba sobie jaja robisz – oznajmiła Marika z pewnym podziwem.

Na środku polany stała chatka na kurzej nóżce. Okiennice ociekały czekoladą, szyby skrzyły się lukrem, z komina leniwie sączył się dym.

– To jakaś pomyłka. W okolicy nie mieszka żaden Zdzicho, a w lesie nie ma żadnej cholernej chatki czarownicy. Wiem, co mówię, znam te lasy jak własną kieszeń! Hm, a nawet lepiej – dodała po namyśle – bo to przecież nie jest moja kapota… – Zajęła się metodycznym przeszukiwaniem kieszeni płaszcza, który w pijanym widzie wyniosła z remizy w sylwestra.

Wilk ruszył w stronę chatki.

– Nie komentuj jej wyglądu ani wystroju wnętrza. Najlepiej w ogóle się nie odzywaj. I niczego nie dotykaj – ostrzegł.

Drzwi otworzyły się akurat kiedy stanął u podnóża schodków.

– A, to ty – mruknęła bez entuzjazmu wysoka, czarnowłosa kobieta w typie „od trzydziestu do pięćdziesięciu”. Krytycznym spojrzeniem omiotła też Marikę. – No trudno, wchodźcie, bo mróz, że jaja urywa.

Wnętrze chatki okazało się o wiele większe, niż można by przypuszczać. Okrągłe pomieszczenie stanowiło połączenie kuchni, salonu i biblioteki. Lakierowane, drewniane schodki prowadziły do klapy w suficie, mimo że chatynka zdecydowanie była parterowa. Co więcej, w części kuchennej widniała także klapa w podłodze, choć w budynku stojącym na metrowej kurzej nóżce nie mogło być mowy o piwnicy.

– No, to czego chcecie? – zapytała gospodyni, stając pod oknem z rękami założonymi na bujnej piersi. Nieżyczliwym wzrokiem mierzyła wodę spływającą z białych kozaczków i wilczych łap na gustowne kafelki. – Nie poproszę, abyście usiedli ani nie poczęstuję pierniczkiem.

Wilk od razu przeszedł do sedna.

– Zaginęła córka sołtysa. Co możesz nam powiedzieć na jej temat, Babo?

– No co ty? – zdziwiła się Marika. – Ładnie to tak walić do kogoś, od kogo chcesz pomocy?

– Słucham? Przecież to jej imię, Baba Jaga – mruknął wilk. – Siedź cicho, jak mówiłem.

Kobieta prychnęła pogardliwie.

– Co jest? Zdegradowałeś się z Czerwonych Kapturków do nierozgarniętych wiejskich dziewuch? Skarlałeś z wilka do podwórkowego burka? Wróć, w zasadzie wychodzi na to samo, Czerwony Kapturek też rozumem nie grzeszy i też pochodzi ze wsi.

– Akurat taka konwencja mi się trafiła. – Wilk, gdyby mógł, wzruszyłby ramionami. – Nie samymi kapturkami człowiek żyje. To co? Im szybciej nam coś dasz, tym szybciej się pozbędziesz kałuży z podłogi.

– No dobra. – Po chwili namysłu Baba Jaga wydęła mocno umalowane usta. – Ale dobrze wiesz, że nie mogę powiedzieć niczego wprost.

– Rzuć cokolwiek.

– Skoro doprawdy nie masz nic lepszego do roboty… No to łap: kluczem do odnalezienia córki sołtysa jest to, co dziewczyna usłyszała od matki tuż przed wyjściem na popijawę w remizie. Młoda damo, jeszcze raz tego dotkniesz, a ręka ci uschnie.

Marika czym prędzej odłożyła szmacianą lalkę z powrotem na półkę. Groźba zabrzmiała niepokojąco dosłownie.

– Sorry… nigdy wcześniej nie widziałam takiej bajeranckiej poduszeczki do szpilek.

– I teraz też nie zobaczyłaś. Coś jeszcze?

– Tylko jedno. – Wilk uśmiechnął się szeroko, wywalając język. – Powiedz, jakim cudem wchodzisz w sześciocalowych szpilkach na te lakierowane schodki?

Wiedźma uniosła brwi. Wystarczył jeden gest ręki, by drzwi chatki otworzyły się z impetem, a nieokiełznana siła wyssała Marikę i wilka na zewnątrz. Śnieg zamortyzował częściowo ich upadek, ale i tak przeturlali się dobre kilka metrów, nim udało im się zatrzymać.

– Kurwa – powiedział wilk, który zakończył lot na pniu drzewa.

– Sam jesteś sobie winien – oznajmiła Marika, wypluwając śnieg. – I mnie. A mówiłeś, by jej nie drażnić.

Wilk z trudem wstał i otrzepał się jak pies.

– Wybacz. Nie mogłem się powstrzymać. Ale wiesz co? Było warto.

– Skoro tak mówisz… – Marika niemrawo pozbierała się na czworaki. – Myślałam, że Baba Jaga zjada dzieci – dodała.

– No pewno. Nie widziałaś, jaki ma piec? Ale ty już jesteś za duża na takie zabawy, więc nie musisz się martwić.

– O – odpowiedziała tylko dziewczyna, właściwie bez zdziwienia, kiedy spojrzała przed siebie.

Polana opustoszała. Po chatce na kurzej nóżce nie było nawet śladu.

 

~*~

 

– Co teraz? – spytała Marika.

– Teraz musimy się dowiedzieć, co sołtysowa powiedziała córce.

Weszli pomiędzy pierwsze zabudowania wsi.

– Znaczy, że co? Po prostu zalecimy do niej i zapytamy?

– A czemu nie? Najprostsze rozwiązania są najlepsze. Masz inny pomysł?

Marika po kilku chwilach przeszła nad nowym planem do porządku dziennego. Bo w sumie faktycznie – czemu nie?

– No tak. Po policyjnemu i tak sami nie poradzimy. Zatem pan władza niech se robi po swojemu, ja zrobię po swojemu.

– To znaczy?

– To znaczy, że wezmę połówkie orzechówki i pójdę do Jakimiuków. Nie wiem, jak takie rzeczy załatwia się tam, skądkolwiek przylazłeś, ale u nas flaszka otwiera wszystkie drzwi. No, w każdym razie większość. – Marika rozpromieniła się i zatarła dłonie, tak z uciechy, jak i dla ich rozgrzania. – A po hapluczku zawsze łatwiej zasięgnąć języka, nie?

Wilk miał wątpliwości co do tego, czy sołtysowa zechce się przynapić z taką małolatą, ale nie skomentował. Nie podzielił się również informacją, że on wcale nie sołtysowej zamierzał pytać, jakie były ostatnie słowa usłyszane przez Sylwię Jakimiuk przed wyjściem na zabawę sylwestrową.

Gdy dotarli do domu, sytuacja skomplikowała się o tyle, że Marika odkryła dwie rzeczy – że nie ma już ani kropli orzechówki, o co skrupulatnie zadbał jej ojciec do spółki z Kazikiem Kieleckim, oraz że przed telewizorem obok Jeremiego siedzi Zdzicho.

Kilkukrotnie otworzyła i zamknęła usta, aż wreszcie wzruszyła ramionami, wygrzebała z kredensu ukrytą za garnkami ćwiartkę pigwówki i ponownie wyszła na mróz.

Dodatkowa przeszkoda objawiła się, kiedy dotarli do domu sołtysa. Ponieważ w Kobielowej na porządku dziennym były wzajemne wizyty sąsiadów, tym bardziej w chwilach nieszczęścia, największa chałupa we wsi była pełna ludzi. Jeśli Marika liczyła na kameralną pogawędkę z sołtysową, to srodze się przeliczyła. Na dodatek w drzwiach zderzyła się z Katarzyną Grygorukową, niewiastą tyleż postawną, co stanowczą.

– Kundel zostaje na zewnątrz – oznajmiła.

– Ale…

– Ale, ale, nie dziamgaj mi tu. Jak chcesz wleźć, to właź, ino bez kundla.

Marika obejrzała się niepewnie przez ramię, po czym, trzymając przed sobą pigwówkę niczym tarczę, została wciągnięta do wnętrza domu.

Oprócz starej Grygorukowej sołtysów odwiedziły jeszcze trzy inne sąsiadki oraz – a jakże – Kazik Kielecki, zawsze łasy na darmową popijawę.

Na przybycie Mariki w zasadzie nikt nie zwrócił uwagi. Wydukała kilka słów na temat tego, jak jej smutno i że na pewno wszystko będzie dobrze, a potem – jako najmłodszą – odesłano ją do kuchni, by doniosła jeszcze trochę sałatki ziemniaczanej i ugotowała jajka na twardo, bo właśnie się skończyły. Telewizor nastawiony na kanał informacyjny ryczał niemiłosiernie, a w kuchni, w której zwykle panował nieskazitelny porządek, teraz królowały brudne naczynia i swąd spalonego tłuszczu.

Pod piecem, rozpalonym do granic możliwości, siedział mały, kudłaty, bardzo brzydki chłopiec. Przed sobą trzymał miskę pełną wiśni, ewidentnie wydobytych z gąsiorka z nalewką, i pluł pestkami na podłogę.

– A ty to kto? – zdziwiła się Marika, wciąż ściskająca w dłoniach butelkę pigwówki. Jakimiukowie mieli tylko jedno dziecko, czyli Sylwię, chłopiec zresztą nie wyglądał szczególnie ludzko.

Zapytany obdarzył dziewczynę znudzonym spojrzeniem i splunął pestką pod jej nogi.

– Gówno drogą szło – odparł bez związku.

Marika kątem oka dostrzegła ruch za oknem. To wilk dał radę wspiąć się na tylne łapy i oprzeć przednimi na parapecie. Postukał nosem w szybę.

– Zapytaj jego! – syknął zwierz, gdy Marika uchyliła jedno skrzydło. Do kuchni natychmiast wdarł się podmuch mroźnego powietrza. – Nie sołtysową, tylko jego!

Dziewczyna skinęła głową i na powrót zamknęła okno.

– Ekhm… przepraszam… ale czy mógłbyś mi powiedzieć, co powiedziała pani Justyna Sylwii, kiedy ta wychodziła w sylwestra do remizy? – zapytała najuprzejmiej jak tylko potrafiła.

Chłopiec zerknął na nią spod strzechy skołtunionych włosów i wykrzywił się złośliwie.

– A ni chuja nie powiem.

I pokazał język.

– Nie wytykaj języka, bo ci krowa nasika – burknęła Marika, zirytowana, a chłopiec zakrztusił się jedną z pestek. Zaczął się miarowo uderzać w mostek, tocząc dookoła przerażonym wzrokiem. Jednocześnie gdzieś niedaleko rozległ się straszny huk, dobiegający mniej więcej od strony podwórka. Po chwili chłopiec odzyskał oddech i wybiegł z kuchni na korytarz.

– To jest bobo – powiedział ktoś łagodnie. Marika rozejrzała się i w rogu pomieszczenia dostrzegła zgarbioną postać. Siwowłosy staruszek pogłaskał się po długich wąsach i uśmiechnął. – Ładnieś mu nagadała, dziewczyno. Popamięta tę lekcję na długo.

Rumor na podwórku narastał. W głębi domu rozległy się krzyki.

– Bobo-srobo – fuknęła Marika, mając już dość dziwnych spotkań jak na jeden dzień. U Jakimiuków, przynajmniej aż do dzisiaj, nie mieszkał żaden staruszek. – Co tu się, do cholery, wyrabia?! Ja tylko jedno pytanie chciałam zadać! Miejcie litość, na Boga!

– Bobo to taki demon, psotnik i szkodnik. A ja odpowiem na twoje pytanie, ale coś za coś – odparł dziadek spokojnie. Marika, kompletnie zagubiona, poszukała wzrokiem wilka, którego łeb raz na jakiś czas pojawiał się nad parapetem. Pech chciał, że za oknem dostrzegła coś jeszcze – zbliżających się do frontowych drzwi policjantów, z młodym śledczym z Białegostoku na czele.

– O jejuńciu! Ten przystojniak tu idzie! – jęknęła, z wrażenia wypuszczając wciąż trzymaną w ręku butelkę. Ta upadła i pękła, zaś złocista zawartość rozlała się po starych kaflach. – A niech to!

Wąsaty dziadek z nieprawdopodobną jak na swój wiek szybkością rzucił się na podłogę, by zacząć zlizywać rozchlapany trunek. Okruchy szkła najwyraźniej nie robiły mu różnicy.

– Matka powiedziała córce: „A niech cię licho, jeśli zamierzasz wyjść w tej kiecce!” – oznajmił pomiędzy jednym łykiem a drugim.

Marika złapała się za głowę.

– Nic z tego nie rozumiem…

Kiedy policjanci wcisnęli dzwonek do drzwi, tumult na podwórku osiągnął apogeum. Coś łomotało straszliwie. Gdzieś ktoś wrzeszczał, brzęknęło tłuczone szkło. Mundurowi, słysząc hałasy, nie czekali aż ktoś im otworzy, tylko wpadli z krzykiem do wnętrza domu.

– Twój wilk czegoś chce, dziewczyno – zauważył staruszek, nadal pracowicie oczyszczający podłogę z rozlanej pigwówki. Oszołomiona Marika podeszła do okna i otworzyła je.

– Zapytałaś? – rzucił niecierpliwie zwierz. – Bo, jak widzę, już dostał obiatę.

– Co dostał? Tak, zapytałam…

– Wspaniale. A teraz wyłaź.

– Co, przez okno?

– Dobrze ci radzę, tak będzie najbezpieczniej. Unikniesz zbędnych pytań, policji oraz krowy.

Dziewczyna postanowiła odłożyć dalsze pytania do czasu, gdy znajdą się w spokojniejszym miejscu. Wspięła się na parapet, pomachała staruszkowi i zeskoczyła na ziemię obok wilka, wprost w głęboki po kolana śnieg.

– Zmiatamy stąd, ale już – warknął zwierz i pobiegł, a Marika za nim. Odważyła się obejrzeć dopiero po kilkuset metrach, na podjeździe jedynego we wsi sklepu. Oparła ręce na kolanach, wydychając w mroźne powietrze kłęby pary. Przystanęła akurat w idealnym momencie by ujrzeć, jak przez bramę gospodarstwa sołtysa wybiega rozwrzeszczane bobo, a za nim pędzi mucząca przeraźliwie krowa.

– Ładnie go załatwiłaś – pochwalił wilk. – No, to co ci powiedział domowik?

– Kto?

Wilk zmierzył Marikę ciężkim spojrzeniem.

– Czy was już niczego w tych szkołach nie uczą? – westchnął. – Albo po szkole? Ten dziadek, któremu nalewkę rozlazłaś. Domowe bóstwo opiekuńcze.

– Rozlałam przypadkiem…

– Domyśliłem się, że nie specjalnie. – Wilk wzniósł oczy ku niebu, na którym kłębiły się ciemnoszare chmury, brzemienne śniegiem. – Masz więcej szczęścia niż rozumu. I to tak ze cztery razy więcej.

– Wilku?

– Tak?

– Czemu ja widzę takie rzeczy? Ty się pojawiłeś, teraz jakieś boba i domowiki… Nic z tego nie rozumiem.

– Nie wiem. Ja też nie rozumiem. No, to co powiedział dziadek?

– „A niech cię licho!”

Wilk zasępił się.

– No to szukaj wiatru w polu…

– A właśnie że nie w polu, tylko w lesie – sprostowała Marika, nagle rozpromieniona.

– Co, wiesz, gdzie mieszka licho?

– Nie jestem pewna, ale chyba wiem, gdzie warto o to zapytać.

Wilk nie zdążył odpowiedzieć, bo akurat minęła ich starsza pani prowadząca za rączkę małą dziewczynkę. Dziecko miało na sobie czerwony płaszczyk, do którego kapturka doszyto urocze, okrągłe uszka. Zwierz patrzył tęsknie, jak babcia z wnuczką znikają we wnętrzu sklepu.

– Wstyd przyznać, ale mam silną pokusę, by za nią pobiec…

Marika zajrzała przez witrynę do sklepu.

– Za małą Malwinką? Bo co, bo taka słodka?

– Trafiłaś w sedno, dziewczyno, ale chyba nie w tym sensie, jaki masz na myśli – westchnął wilk. – Zresztą czy słodka to nie dowiemy się, dopóki nie spróbuję – dodał na tyle cicho, by Marika nie dosłyszała.

 

~*~

 

Zmierzchało, gdy byli gotowi do wyruszenia w drogę. Wcześniej wilk nalegał, by Marika wróciła do domu i zjadła coś ciepłego. Niekoniecznie miał na myśli zupkę instant, ale uznał, że lepsze to niż nic. Po czym spojrzał w okno i stwierdził, że może na ten dzień powinni już sobie darować wyprawy; robiło się coraz ciemniej i wszystko wskazywało na rychłe opady śniegu. Dziewczyna jednak ani myślała zostać w domu.

– Co, mało ci marznięcia? – spytał wilk.

– Przecież mróz wcale dziś tak bardzo nie daje, jest tylko minus osiem…

– Jak ci tak zależy na czasie, to sam pójdę, tylko powiedz dokąd.

– Myślałam, że nigdzie nie poleziesz beze mnie. – Marika zmarszczyła brwi. – Zresztą nie ma mowy. W końcu chodzi o, tego, uratowanie Sylwii, nie? Jeśli tylko możemy jej pomóc, to ja ubieram buty.

– Zakładam – poprawił odruchowo wilk, przeciągając się.

– Wsio ryba.

Chwilę trwało, zanim pobiegła przebrać się w ocieplane spodnie, wciągnęła długie buty z kożuszkiem i narzuciła na plecy sztuczne, krzykliwe futerko, tym razem własne.

– Pięknie – podsumował wilk z przekąsem, acz niepotrzebnie, bo Marika była w stu procentach odporna na sarkazm. – To dokąd idziemy?

– Do lasu.

– To już wiem, ale dokąd dokładnie? Jak szliśmy do Baby, to nic specjalnego po drodze nie znaleźliśmy.

– Bo to nie…

Wilk nie dowiedział się, co nie, bo do sieni zajrzał nagle Zdzicho.

– Idę z wami – oznajmił grzmiącym głosem.

– A po kiego?

Zdzicho nie odpowiedział, tylko zaczął wciągać ciężkie śniegowce. Marika protestowała przez chwilę, ale że została zignorowana, a wilkowi ewidentnie było wszystko jedno, skapitulowała.

Wyszli na mróz.

– Musimy przejść bez całą wieś – powiedziała naburmuszonym tonem, rzucając Zdzichowi krzywe spojrzenie.

– Obyśmy tylko na policję się nie natknęli – mruknął wilk.

– A co, boisz się?

– Pfff… Nie boję się, tylko nie lubię. Ciebie jeszcze, o dziwo, nie przesłuchiwali. Chyba nie spieszy ci się do zawierania z nimi bliższej znajomości?

Marika westchnęła z rozmarzeniem na myśl o miastowym śledczym.

– Tak po prawdzie, to… – Urwała. Wszyscy troje czym prędzej zeszli na pobocze, gdy bobo i krowa przebiegli z tumultem obok nich.

Wilk szedł pierwszy, Marika dziarsko maszerowała za nim, Zdzicho zamykał pochód. Gęsta warstwa chmur wisiała nisko nad ziemią, jakby zamierzała ją zmiażdżyć raz a dobrze. Wciąż jeszcze nie padało, ale w każdej chwili mogło zacząć.

– Jesteś pewna, że wiesz, dokąd iść? – spytał wilk, gdy weszli między pierwsze drzewa. Pod ich koronami było jeszcze ciemniej niż na otwartej przestrzeni.

– No raczej, droga jest prosta jak w mordę strzelił. Są zresztą znaki.

Zaiste, przy drodze stała tabliczka z napisem „Leśnictwo Jodełka 3,5 km”.

– Cudownie. Nie wiem, czy wiesz, ale jeśli jest coś, czego nie lubię jeszcze bardziej niż policjantów, to są to leśniczy… – mruknął wilk. – A droga może i prosta, ale też nieodśnieżona.

Miał rację. Drogi we wsi jako tako wyglądały, oczyszczone wspólnym wysiłkiem mieszkańców i gminnego pługa (z wyraźną przewagą tych pierwszych), ale na przejeździe do leśniczówki najwyraźniej nikomu nie zależało.

– A niech to dunder świśnie – zeźlił się Zdzicho, gdy zapadł się po kolana w zaspę.

Jak na zawołanie z ciemniejącego nieba strzelił w ziemię piorun, aż wszystkie okoliczne drzewa się skuliły. Marika po chwili odjęła dłonie od uszu i ze zdumieniem stwierdziła, że nic jej się nie stało.

– Lepiej uważajcie na słowa – syknął wilk.

Marika i Zdzicho spojrzeli po sobie. Wtem Zdzicho bez ostrzeżenia chwycił dziewczynę, uniósł lekko, jak gdyby była piórkiem, i posadził sobie na barana.

– Będzie szybciej – mruknął, ruszając przez głęboki śnieg. Wilk z aprobatą pokiwał głową i, wykorzystując sytuację, szedł korytarzem wydeptanym przez potężnego mężczyznę. Marika po chwili przestała popiskiwać i przyjęła swój los z rezygnacją.

Dzięki Zdzichowi, przebyli całą drogę do leśniczówki zadziwiająco szybko. Warstwa śniegu, poprzecinana tu i ówdzie jedynie śladami dzikiej zwierzyny, wyraźnie świadczyła o tym, że leśniczy nie ruszał się z domu przynajmniej od kilku dni. Na przykład od sylwestra.

– I co teraz? – zapytał wilk, kiedy wreszcie ujrzeli pomiędzy pniami drzew światło. Budynek leśniczówki był spory, piętrowy, kryty dachówką. Przez okna na parterze sączył się ciepły, żółty blask. Budynki gospodarcze tłoczyły się dookoła podwórka, ciemne i ciche.

Z budy stojącej przy otwartej na oścież bramie wystawił nos kudłaty pies, ale na widok wilka zastanowił się i schował na powrót. Najwidoczniej uznał, że ta wizyta to nie jego interes.

– Zadzwonimy – odpowiedziała beztrosko Marika, którą Zdzicho postawił na ziemi tuż przed drzwiami.

Jak powiedziała, tak zrobiła. Świdrujący dźwięk dzwonka zabrzmiał dziwnie obco.

– Czego? – zapytał po chwili wysoki, chudy mężczyzna, uchylając drzwi. Owinięty był szlafrokiem, na gołych nogach miał tylko klapki. – Na bogów, ale ziąb… – Urwał, widząc Zdzicha, po czym przeniósł wzrok na wilka. – A to co za pielgrzymka? Zrobiłem coś, o czym nie wiem i przyszliście dokonać linczu, chłopaki?

– Co, to wy się znacie? Jaki ten świat mały! My do Sylwii – zaszczebiotała Marika, bezceremonialnie pakując się do sieni. Pozostali weszli za nią, by móc zamknąć drzwi i odciąć się od zmierzchu i mrozu.

– A skąd wiecie, że ona tu jest? – Leśniczy nadal podejrzliwie przenosił wzrok z wilka na Zdzicha i z powrotem.

– Nie byliśmy pewni, ale teraz już jesteśmy – odparł wilk, z pewnym uznaniem spoglądając na Marikę. – Skąd wiedziałaś?

Dziewczyna uśmiechnęła się triumfalnie.

– A bo pan Andrzej się nazywa, jak się nazywa!

Wilk uniósł brwi.

– Andrzej Lichy – odparł leśniczy z westchnieniem. – Takiego nazwiska tu używam… Wiem, wiem, mało kreatywne. Ale o co chodzi, tak w ogóle? Coś się stało? Bo my tu trzy dni siedzimy i nie wiemy, co się dzieje na zewnątrz… – dodał, ciaśniej owijając się szlafrokiem.

– No właśnie to się dzieje, że siedzicie. Policja szuka dziewczyny, która nie wróciła do domu w Nowy Rok.

Zdzicho tylko stał i ociekał wodą z potężnych śniegowców, obojętny na wszystko.

– Ach… No tak… Hm, skoro już jesteście, to wejdźcie, rozdziejcie się – mruknął leśniczy. – Co ja poradzę? – dodał tonem tłumaczenia. – Nie miałem wyboru. Wiesz przecież, jak to jest.

Zrobiło się trochę zamieszania, gdy wilk otrzepał futro ze śniegu w ciasnej sieni, a potem goście zajęli się zdejmowaniem butów i płaszczy.

– Sylwia śpi – mówił Andrzej dalej, choć nikt go nie prosił o wyjaśnienia. – No… to taka miła dziewczyna. W sumie zaskoczony jestem. Dobrze nam się razem siedzi, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi… Jej też się tu podoba, przecież siłą jej nie trzymam, w każdej chwili może wrócić do wsi.

Wprowadził gości do przestronnej kuchni. Wydawało się, że cały czas mówi tylko do wilka, ignorując pozostałych.

– Daruj sobie – burknął teraz zwierz, przewracając oczami. – Nie interesuje mnie to za grosz. My tylko chcieliśmy odnaleźć dziewczynę. Gdzie ona jest?

– Śpi, mówiłem…

– Chcę zobaczyć. Nie żebym ci nie ufał, kolego, ale wiesz przecież, jak to jest – dodał z sarkazmem.

Leśniczy wiedział. Wskazał pokój. Po chwili, cicho stukając pazurami po drewnianej podłodze, wilk wrócił i – zadowolony – zwinął się w kłębek pod buchającym gorącem piecem.

Marika, Zdzicho i Andrzej siedzieli jeszcze długo, nie rozmawiając o niczym szczególnym i popijając herbatę z wiśniówką.

 

~*~

 

Zdaniem Mariki, ranek przyszedł o wiele za szybko.

– Zbieraj się, mała – zahuczał Zdzicho, potrząsając lekko jej ramieniem.

Dziewczyna wybełkotała coś niezrozumiale i odwróciła się na drugi bok, jednak gwałtowne szarpnięcie postawiło ją do pionu.

– Śniadanie czeka? – wymamrotała nieprzytomnie.

Marika spała na kanapie w gabinecie leśniczego, a Zdzicho i wilk w kuchni.

– Żadnego śniadania.

– Czemu?

– Bo policja idzie.

Zanim uzmysłowiła sobie, że przecież nie ma powodów, by obawiać się policji, Marika już była kompletnie ubrana. Właśnie wciągała drugi but, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi.

Leśniczy z kwaśną miną otworzył i wpuścił do środka trzech mundurowych: miastowego śledczego i dwóch miejscowych, którzy trzymali się nieco z tyłu i robili zza jego pleców głupie miny. Młody policjant wylegitymował się, a Marika, która z wrażenia – oraz dlatego, że sień była naprawdę ciasna – wbiła się między wiszące na wieszaku płaszcze, odkryła, że jej wyobrażenie o super-przystojnym-panu-władzy właśnie pękło niczym bańka mydlana.

Nie miała wcześniej okazji obejrzeć go sobie z bliska, a teraz szczerze żałowała, że jej się udało. Westchnęła rozdzierająco.

– Kim pani jest? – Policjant odwrócił się ku niej błyskawicznie. – Nazwisko?

– Marika Tołkacz – odpowiedziała, ponownie wzdychając.

– Co pani tu robi?

– A co to pana obchodzi? – zaperzyła się. – W odwiedziny do Sylwii przyszłam, nie wolno?

Zaskoczony śledczy nie zdążył zadać kolejnego pytania, bo do przepełnionej sieni jakimś cudem wcisnął się Zdzicho, już kompletnie ubrany.

– Jezus… A pan to kto?

– Zdzicho – odparł Zdzicho. Spokojnie rozsunął zdumionych mężczyzn, wyprowadził Marikę na zewnątrz i, tak jak wcześniej, posadził ją sobie na barana. Z domu, utorowanym przez Zdzicha tunelem, wysunął się wilk. Przeciągnął się i odetchnął głęboko mroźnym powietrzem. Niespiesznie, nie niepokojeni przez nikogo, zaczęli oddalać się w stronę wsi.

Policjanci najwyraźniej uznali ich za przywidzenie, bo spoglądali za nimi przez chwilę bez słowa, a potem zwrócili się do leśniczego tak, jakby nic się nie wydarzyło.

– O co chodzi? – zapytał wilk Marikę, bo ta wzdychała raz po raz, nadal boleśnie przeżywając zawód.

– Żartujesz? Nie widziałeś jego twarzy? – burknęła. Tak urzekająco przystojny z daleka młody śledczy miał tuż nad górną wargą ogromną, wyjątkowo paskudną brodawkę.

– Znaczy co, czyżby nastąpił koniec wielkiej miłości? – parsknął wilk.

Marika zastanowiła się. Policjant z miasta i tak był poza zasięgiem, z brodawką czy bez. Teraz, jak Sylwia się odnalazła, po prostu wyjedzie i tyle go widzieli.

Zerknęła z góry na niosącego ją Zdzicha. W sumie… nie był taki zły. Nie wiedziała, ile ma lat, bo nie wydawał się ani stary, ani młody. Z pewnością był silny i nie bał się niczego, z takim można się czuć bezpiecznie. Wysoki, barczysty… no i nie miał brodawek.

– Będą następne – odpowiedziała pogodnie.

Zdzicho niósł ją aż do pierwszych zabudowań wsi. I szedł za nią dalej. Po drodze omal nie wpadli na krowę, która nadal ścigała bobo, choć oboje ewidentnie gonili już resztką sił. Na miejscu, w domu, spokojnie ściągnął buty i płaszcz, po czym zasiadł w salonie obok Jeremiego i znieruchomiał niczym posąg.

– Aha, no tak. A ty co, też zostajesz? – zapytała Marika, zwracając się do wilka. – Zrobię jajecznicę. Z kiełbasą.

Zwierz przymknął oczy, zastanawiając się. W sumie… nie miał niczego szczególnego do roboty. Cokolwiek było mu dalej pisane, na razie jeszcze się o niego nie upomniało. W końcu wskoczy w koleiny następnej fabuły, ale póki co na zewnątrz było zimno, a tu czekał rozgrzany piec. Ponadto gdzieś niedaleko mieszkała dziewczynka, która nosiła płaszczyk z kapturkiem z naszytymi uszkami. Prędzej czy później będzie musiała udać się na spacer do lasu, prawda?

– Zostaję – odpowiedział. – Co to za kiełbasa? Dobra aby?

– No raczej. Własnej roboty!

Po południu znowu zaczął padać śnieg. Ale nie dokuczał ani Andrzejowi i Sylwii, którzy nie wyściubiali nosa z leśniczówki, ani Marice, Zdzichowi i wilkowi, którzy siedzieli przed telewizorem i kłócili się, który program włączyć. Tylko młody śledczy wracał do Białegostoku wściekły jak osa i w niewybrednych słowach wyrzekał na biały puch, mimo ciężkiej pracy wycieraczek co chwila oblepiający przednią szybę jego samochodu. Wkrótce jednak ślady kół zasypało i wioska została sama, otulona śniegiem, spokojem i ciszą.

Aż do następnego razu.

Koniec

Komentarze

Hmm… Chyba już to widziałem w wersji beta. ;)

Przyjemny, swojski realizm magiczny. Klik.

/ᐠ。ꞈ。ᐟ\

Świetne opowiadanie, bardzo noworoczne. 

Magia, jak zauważył Zalth, swojska. I przez to przyjemna. Można się pouśmiechać, poprzypominać sobie czasy, kiedy to się słyszało, by nie siadać na zimnym, bo się wilka dostanie… 

Bardzo dobry miałaś pomysł i fantastycznie go zrealizowałaś.

 

Dzięki za wizytę ;)

 

Zalth, cieszę się, że przyjemnie, dzięki za klika!

 

Rossa, cieszę się, że się spodobało. Mam dość ambiwalentne odczucia co do tego opowiadania, więc tym bardziej mi miło czytać, że udało się pomysł zrealizować tak, jak trzeba.

 

Śniąca, czemu usunęłaś komentarz? ;) Tak czy owak, dzięki za klika!

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Jak to usunęłam? O, faktycznie. A wydawało mi się, że jestem wyspana i wiem, co robię, a tu proszę. 

Nie jestem pewna, czy pamiętam co napisałam, postaram się odtworzyć. 

 

Z przyjemnością przeczytałam ponownie, bo humor pierwsza klasa. I tak jak poprzednio płakałam ze śmiechu z bobo i krowy. Cudny element, który fajnie przewija się co jakiś czas do samego końca. Generalnie sam pomysł dostania wilka (a i jego słabość do czerwonych kapturków też) paluszki lizać.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Bardzo dziękuję!

 

Ten tekst to dla mnie eksperyment absurdalno-gatunkowy, więc jeśli choć połowie z czytelników przypadnie do gustu, będę wniebowzięta ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

A widzisz, zapomniałam o absurdzie. Twój w powyższym tekście przypadł mi nawet do gustu, bo jest lekki i przyprawiony naprawdę dobrym humorem. Należy po prostu do tych nielicznych wyjątków, które nie tylko jestem w stanie jakoś zrozumieć, ale które bawią, zwłaszcza że naprawdę całkiem sporo tu wszelkich smaczków, które dodają kolorytu całości. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Miód na moje pseudopisarskie serce! :)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

pseudopisarskie

Dobry dowcip :D 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Takie już mam skrzywione poczucie humoru ;)

 

A tak serio to “pisarstwo” to jednak dla mnie pisanie książek. Umiejętność zbudowania i zakończenia (!) dłuższej formy. Jak kiedyś jakąś książkę wydam, być może przyznam, że moje serce jest pisarskie. Ale do tego daleka droga.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Bardzo fajny pomysł na tekst. Oryginalny jak rzadko który.

Ale chętnie poznałabym więcej wyjaśnień – dlaczego zaczęło działać akurat w sylwka? Kiedy przestanie? Czy ten wilk to już na stałe? Czytaj: czy to się da wyleczyć? ;-)

I zakończenie wydaje mi się nie w ten czas. Albo tuż po odnalezieniu zguby, albo z doprowadzeniem jej do wsi i powszechnym wyjaśnianiem, skąd się wzięła w lesie.

Babska logika rządzi!

albo z doprowadzeniem jej do wsi i powszechnym wyjaśnianiem, skąd się wzięła w lesie

Dla fabuły, moim zdaniem, wyjaśnianie we wsi nie jest konieczne. Dla czytelnika chyba też, bo sprawa przecież jasna (”nazwisko” leśniczego wszystko mówi). Chyba że znów czegoś nie zrozumiałam w Twoim komentarzu. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Chodziło mi o wyjaśnienie sołtysowej. Swoją szosą, dlaczego sama na to nie wpadła? Czemu nikt się nie zorientował? No, nie widać za bardzo zdziwienia (tylko na początku, wilkiem Mariki)? Wątek reakcji wsi na magię wydaje mi się niedomknięty. I powiązania wilka z wsią – dlaczego tylko on wiedział, gdzie jest chata Baby? 40k to już jest trochę znaków, można się pokusić o parę odpowiedzi.

Babska logika rządzi!

Oj tam, czepiasz się. Dla mnie to elementy absurdu, które tu akceptuję bez zastrzeżenia. Gdyby to brać na poważnie poważnie, to pewnie inaczej bym na to patrzyła.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Tradycyjnie wrócę z komentarzem jak się ogarnę. Na razie napiszę jak Anet: fajne.

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Opowiadanie rodem z Przysłowiadań ;) Takiego nagromadzenia przysłów na ilość znaków to ja dawno nie widziałem ;)

Historia nielicha, bardzo dobrze napisana, z pomysłem na postacie i główną intrygę. Para wilk-Marika jest zarysowana wyraźnie, ich interakcje spodobały mi się. Cieszy zwłaszcza, że nie opierała się jedynie an przekomarzaniach.

I chyba mój jedyny problem to rozwiązanie zagadki zniknięcia Sylwii, które to wydało mi się średnie. W sensie kupuję, że dziewczyna uciekła z domu i zatrzymała się u leśniczego, ale coś tak wszystko wyszło gładko na koniec. Ot, śledczy wraca do miasta, wieś jakby zapomniała, rodzice Sylwii – no, nie wiadomo co robią. Pewnie umierają ze strachu.

Podsumowując: dobrze wyważony koncert fajerwerków, z ciekawą parą bohaterów i związaniem fabuły, choć końcówka z lekka mało dla mnie satysfakcjonująca. Klik jednak się należy ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nad wyraz zacne opowiadanie. Od sylwestrowego początku i przepowiedzianego złapania wilka począwszy, przez domowe skrzaty, czerwony płaszczyk z uszkami na kapturku, leśniczego i swojski „folklor”, aż po obsadzenie wiejskiej dziewczyny w roli domorosłej, specyficznej śledczej. Znakomity pomysł i takaż realizacja!

Rzecz opisana świetnie, zajmująco, z odpowiednią dawką humoru, a ponieważ opowiadanie nie jest wolne od absurdalnych sytuacji, nie dociekam większego sensu niczego i wszystko przyjmuję z całym dobrodziejstwem wiejskiego inwentarza. ;D

Na koniec muszę wyznać, że mimo wszystko, nawet po skończeniu lektury, nadal intryguje mnie Zdzicho.

 

Ta­kie­go Syl­we­stra jesz­cze w Ko­bie­lo­wej nie wi­dzia­no… –> Ta­kie­go syl­we­stra jesz­cze w Ko­bie­lo­wej nie wi­dzia­no

 

tyle się do­wie­dzia­łaś z tego ca­łe­go pod­słu­chi­wa­nia, że hoho. –> …tyle się do­wie­dzia­łaś z tego ca­łe­go pod­słu­chi­wa­nia, że ho, ho!

 

Sar­kazm spły­nął po Ma­ri­ce ni­czym woda po wy­sma­ro­wa­nej ole­jem gęsi. –> Gęsi nie trzeba smarować olejem, aby woda po niej spłynęła.

 

– Bo miesz­ka tam ktoś, kto wie rze­czy. –> Co to znaczy wiedzieć rzeczy?

A może miało być: – Bo miesz­ka tam ktoś, kto wie wiele rze­czy.

 

oznaj­mi­ła Ma­ri­ka, wy­plu­wa­jąc śnieg z ust. –> Czy mogła wypluć go skądś indziej?

 

powiedziała naburmuszonym tonem, rzucając Zdzichowi krzywe spojrzenie.

– Obyśmy tylko na policję się nie natknęli – rzucił wilk. –> Czy to celowe powtórzenie?

 

oczysz­czo­ne wspól­nym wy­sił­kiem miesz­kań­ców i gmin­ne­go pługu… –> …i gmin­ne­go pługa

 

jej wy­obra­że­nie o su­per-przy­stoj­nym-pa­nie-wła­dzy… –> …jej wy­obra­że­nie o su­per-przy­stoj­nym-pa­nu-wła­dzy

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, a w jakim sensie intryguje?

Babska logika rządzi!

(strzela szampanem)

 Inna sprawa, że rozochoconej młodzieży od niezbyt legalnych specyfików kolorowo zrobiło się przed oczami już grubo przed północą

Składnię bardziej przejrzystą uczyń. Po łacinie nie piszesz przecież.

 disco porażało natężeniem głośności, a w ogólnym ścisku nikt nie miał pewności, kogo akurat maca i przez kogo sam jest macany.

Nieładne to. Nie można by tego bardziej opisać? Coś o pękających bębenkach, chodzącej podłodze, tynku sypiącym się ze ścian? A macanie też już się nie liczy jako macanie, kiedy człowiek jest ściśnięty między dwoma innymi, raczej jako praktyczna demonstracja mechaniki statystycznej :)

 Marika wytoczyła się z budynku gdzieś po trzeciej, ledwo utrzymując równowagę. Zaraz za nią wyszło kilku chłopaków, również mających już dość imprezy. Dziewczyna szczelniej opatuliła się płaszczem, który prawie na pewno nie należał do niej i, krok za krokiem, zaczęła przemieszczać się w stronę przystanku autobusowego. Siarczysty mróz natychmiast przeniknął do szpiku kości, nie zdołał jednak pokonać unoszących się wokół oparów alkoholu.

Nie powtarzaj informacji i nie wal łopatą (skoro wyszli, to jasne, że mieli już dość). Ci chłopcy są ważni? (jeśli nie, to nie szkodzi, tak pytam). "przemieszczać się w kierunku" – zły ton, popada w śmieszność. Przepisałabym to tak: Marika wytoczyła się z budynku, chyba już po trzeciej, a za nią paru innych zmęczonych imprezowiczów. Jeden padł, wśród rechotu kolegów, w zaspę i wyplątał się z niej oblepiony śniegiem. Bałwan. Było zimno jak cholera, nawet w płaszczu (to jej płaszcz? Brązowy? Jej był chyba zielony…), mimo alkoholowej mgiełki. A przystanek jakby na drugim końcu świata.

Apaszka nie imituje szalika, najwyżej go zastępuje (wiem, że chcesz powiedzieć, że nieadekwatnie, ale hej. Jestem tu od tego, żeby Ci wytykać drobiazgi).

 Po zdającej się trwać w nieskończoność wędrówce dotarła do przystanku i opadła na betonową ławeczkę. Objęła się ciasno ramionami i tak zamarła, skulona, jeszcze drżąca z zimna, ale powoli tonąca w oceanie odrętwienia.

Uciąć, skrócić i wyrzucić. Szarżujesz z tym odrętwieniem. Może zrób tak:

Pół życia minęło, zanim się dotelepała do przystanku i padła na betonową ławeczkę. Brr. Zatulona w cienki płaszcz, dygotała z zimna, ale coraz słabiej. Było jej właściwie wszystko jedno.

 Marika zignorowała ich, skupiona całkowicie na sobie. Tak zimno… Chociaż w pewnym momencie zaczęło jej się wręcz robić ciepło. Nawet nie zauważyła, kiedy osunęła się z ławeczki na ziemię i przewróciła na bok.

OK, teraz wiem, co będzie dalej (dopisek po przeczytaniu całości – tutaj wydało mi się, że wiem, co będzie dalej, ale mnie zaskoczyłaś – zob. dalszy ciąg recenzji). Nie powtarzaj informacji (zignorowała ich, skupiona na sobie) – pokaż ją raz, a dobrze. Skoro nie zwróciła na nich uwagi, zaznacz tylko, że przeszli i więcej się nimi nie zajmuj – jeśli o czymś mówisz, to to jest ważne. Nie mów o tym, czego Twoja narratorka nie postrzega (chyba, że chcesz mieć narratora wszechwiedzącego – chcesz?)

 

"przyjazny mrok nieświadomości" poplątana metafora. Może lepiej miękką, ciepłą ciemność? Daj nam przesłanki, my wyciągniemy wnioski. Przy okazji – uczucie i odór nie są (w polszczyźnie) zaliczane do rzeczy.

Nie musisz mówić, że wymruczała słabo – to jasne z kontekstu.

 Dziewczyna resztką dostępnej świadomości zadumała się głęboko nad tym, co zobaczyła i usłyszała. Choć przeszła już kiedyś chrzest bojowy w postaci tańczących drzew i płynących przez zielone niebo jednorożców, to jeszcze nigdy nie miała halucynacji, które potrafiłyby mówić.

Święty Hieronimie. Zadumała się? w tej sytuacji? Przecież ona ledwo myśli, jest w głębokiej hipotermii. Zobacz, jak odmienne stany świadomości opisuje J. K. Rowling i ucz się od niej (nie kpię – ona naprawdę nieźle to robi). Myśli powinny jej się wleeeeeeec. I wracać do punktu wyjścia. W takim stanie nie powinna być zdolna do rozumowania, najwyżej do niejasnego zdumienia. Ten chrzest bojowy… sugeruje jakieś dziwne doświadczenia w przeszłości (dzieci, nie kupujcie narkotyków), ale mętnie.

 zaprotestowała Marika, całkowicie obojętna na absurdalność sytuacji.

Wiemy, że sytuacja jest absurdalna. Taki dopisek stuka w czwartą ścianę, burzy nastrój. Możesz najwyżej zaznaczyć, że powiedziała to z uporem.

 ze zdwojoną energią przystąpił do szorowania twarzy Mariki

Brzydkie. Jakiś taki telewizyjny język. Wilk nie jest intruzem, bo intruz to taki, co wchodzi nieproszony do budynku. Skoro dziewczyna nie ma siły ruszyć ręką, nie ma też siły się obrócić. A tym bardziej wstać.

 Wreszcie, przytrzymując się częściowo ławki, częściowo wilczego grzbietu, przyjęła pozycję mniej więcej pionową. Zwierz był w dotyku ciepły, wręcz gorący jak piec.

Ja dałabym: W końcu, podciągając się trochę na ławce, a trochę na grzbiecie wilka, ciepłym, cieplutkim, zdołała stanąć na nogi.

 posłusznie zaczęła udawać marionetkę, która dostała się w ręce epileptyka.

Metafora z sufitu, nie udziwniaj, bo ledwo otynkowaliśmy tę czwartą ścianę. Niech zrobi parę pajacyków i wystarczy.

 Resztka zdrowego rozsądku kołaczącego się w jej świadomości uznała, że może to i wilk, ale mądrze gada.

To Marika tak uznała, albowiem jej rozsądek nie jest czymś osobnym od niej samej, mimo wszystko. Może lepiej to pokaż? Wstaw tu i ówdzie jej myśli, tak, jak ja to zrobiłam wyżej (Bałwan. Brr.).

inaczej nie będzie miała więcej okazji do słuchania kogokolwiek, kiedykolwiek

Styl, a nie wiem, czy i nie gramatyka. "inaczej już nigdy i nikogo nie będzie miała okazji posłuchać"

Oo, niezły ten wilk. Ale dlaczego wywołały go akurat słowa pijaczków? To nie przytyk, po prostu niejasność, która może zostać, bo ciekawi.

 

Następny fragment trochę lepszy, choć stylistycznie ciągle trochę nie teges. Ale

 Dziewczyna, która słuchała rozmowy mężczyzn jednym uchem, niechętnie przywlokła się z sąsiedniego pokoju, gdzie właśnie dogorywała na kanapie.

Ona z sąsiedniego pokoju, skacowana jak marcowy zając, słucha tej rozmowy? Jakoś w to nie wierzę. Nie jest to sprawa życia i śmierci, a luba Marika raczej próbowałaby sobie wcisnąć mózg z powrotem do głowy chłodną poduszką, niż słuchać.

 Diabli rzeczywiście wiedzieli, gdzie się podziała Sylwia Jakimiuk. Tyle tylko, że absolutnie nic ich to nie obchodziło.

Cute. Zaczynasz się rozkręcać z narracją – ale nie jesteś Pratchettem. Trzymaj mocniej cugle.

 Wszyscy byli zbyt nawaleni, by cokolwiek zostało w ich pamięci.

Niezręczne. Może: "Wspomnienia tamtej nocy dokładnie spłukała wódka."?

 – W sumie to moja tak jakby przyjaciółka – stwierdziła Marika, wyglądając za okno na pokrytą przybrudzonym śniegiem wieś. Sama niestety nie potrafiła powiedzieć zrozpaczonej sołtysowej nic ponadto, że Sylwia przez większość nocy trzymała się paczki Łysego, czyli Grześka Dorosza, szalejąc na ułożonym z desek podeście do hitów pokroju „Ona tańczy dla mnie” oraz „Daj mi tę noc”. – Nie raz i nie dwa popalałyśmy skręty za przystankiem albo w lesie.

Niezbyt to ładnie, i nie tylko "przyjaźń" mam na myśli. Dziewczę jest mało bystre, i nawet jeśli wilk to zauważa, zgrzyt pozostaje. Nie mów, że wilk nie wiedział, co odpowiedzieć, zabijasz tajemnicę, która czyni go ciekawym.

 Mierzyli się przez chwilę wzrokiem, aż z sieni dobiegł nieludzki łomot, jakby stado demonów dobijało się do drzwi.

Dlaczego nieludzki? Przy tym, co zaludnia ten tekst, spodziewałabym się Belzebuba i Helli na dodatek, a dostaję – co? Tego pijaczynę?

 – Musi Kielecki – westchnęła dziewczyna, podnosząc się ociężałe. Miała rację. To była pora popołudniowego kielonka.

– Co tam słychować? Jest Staszek? – zapytał gość, ładując się do domu.

Nagle stylizacja – nie, przepraszam, trochę jej już było wcześniej, ale tutaj za mocno rzuca się w oczy.

 cofając się, by nie dostać rykoszetem z łokcia bądź potężnego spirytusowego chuchu sąsiada

Niegramatycznie (a rykoszetują pociski, nie łokcie). Czego oni tak tankują na tej wiosce?

 Po niespełna dziesięciu minutach stół w kuchni już był zastawiony. Marika wyłożyła na półmiski pokrojoną w talarki kiełbasę i resztki świątecznego śledzika, a potem zaczęła wycofywać się na z góry upatrzoną pozycję.

Po co jej mierzysz czas? "na z góry upatrzone pozycje", to jest idiom. I czemu sąsiad wznosi toasty po rosyjsku? Nie musisz mówić, że przezwyciężyła marazm, skoro to pokazujesz linijkę wcześniej.

 Detektyw był młody, przystojny i niedostępny niczym wino na najwyższej półce w Stokrotce. Marika umierała do niego przez okno, raz po raz wydychając gęste kłęby pary.

… "umierała do niego"? Wzdychała, umierała z miłości, dobrze, ale tak po prostu nie umierała "do niego".

 Mróz, który w noc sylwestrową był zaledwie silny, trzeciego stycznia wręcz momentalnie ścinał krew w żyłach.

Źle mi to brzmi. Może po prostu powiedz, że ścinał krew, i wystarczy? "strzępy ostrych słów" to niespójna metafora – rzeczy strzępiące się nie są zwykle ostre. "niewiele widzę, bo powietrze jest gęste od dymu" – mało zabawny dowcip (nie kalkuj hollywoodzkich filmów – czytając dalej widzę jego sens, ale powinien być widoczny od razu – byłby, gdyby Marika wcześniej wywołała Zdzicha albo inne idiomatyczne konstrukty). "siłą rzeczy znajdował się poniżej poziomu parapetu" też jest niezręczne, mimo rozmachu. "którędy można wchodzić i wychodzić bezkarnie" – chyba "niezauważoną"?

 przez pomieszczenia, w których kiedyś mieściło się niewielkie mieszkanie nauczyciela. W Kobielowej od kilku lat nie było już szkoły podstawowej, jednak budynek nadal stał jak stał

Spróbuj tak: przez dawne mieszkanie nauczyciela, ciasne nawet bez mebli. Szkołę w Kobielowej zamknięto kilka lat temu, budynek stał pusty.

 Przecież to kurde abstynent tymczasowy jest, założył się z Łysym, że ani kropelki do Matki Boskiej Gromnicznej nie wypije…

I ona w to wierzy? Wtrącenie oddziel przecinkami.

 w sali obok nagle zapadło milczenie

Zapadła cisza.

Po chwili rozległ się odgłos kroków, zbliżających się do drzwi od ich drugiej strony.

Jak to, od drugiej strony? Przecież Zdzicho przychodzi zza pleców Mariki?

 zdziwiła się Marika, robiąc obrót na pięcie i mierząc przybysza podejrzliwym spojrzeniem. Za nimi stał wysoki, barczysty chłop odziany w ciężką, ciemnoszarą parkę.

Nie mogła zrobić tych trzech rzeczy naraz (spróbuj). "Odziany" to bardzo wysoki ton jak na te realia. Za dużo przymiotników – może opisz go raczej: kawał chłopa, jeszcze rozdęty przez tę grubą, szarą kurtkę, którą miał na sobie.

 Gdy za drzwiami ponownie rozległ się gromki głos policjanta, wycofali się cichutko poza obręb budynku.

Wyteleportowali się? (za dużo "się") Gromki głos też jakoś tu nie leży.

 Marika obejrzała się niepewnie na towarzyszącego im mężczyznę, który, gdyby ktoś zapytał ją o zdanie, pojawił się dosłownie znikąd. Zdzicho był nieprzeciętnie wysoki, w barach szeroki jak kombajn, a na twarzy miał wyraz generalnego niezadowolenia.

Wiemy, że Zdzicho im towarzyszy. Wiemy też, że pojawił się znikąd i zdanie Mariki nie ma tu nic do rzeczy. Opis Zdzicha niezły, ale "generalne" niezadowolenie trochę razi.

 Sarkazm spłynął po Marice niczym woda po wysmarowanej olejem gęsi.

Za bardzo się silisz na te metafory.

 ktoś, kto wie rzeczy

Nie po polsku. Może być "wie różne rzeczy". Dlaczego? Nie wiem. Arbitraryness of the sign. I nie oznajmia się stanowczo ("oznajmić" to stwierdzić fakt).

 mróz, że jaja urywa

Jej nie urywa. I dlaczego miałby urywać? Może mogłyby od niego pękać?

 Wnętrze chatki okazało się o wiele większe, niż można by przypuszczać. Okrągłe pomieszczenie stanowiło połączenie kuchni, salonu i biblioteki. Lakierowane, drewniane schodki prowadziły do klapy w suficie, mimo że chatynka zdecydowanie była parterowa. Co więcej, w części kuchennej widniała także klapa w podłodze, choć w budynku stojącym na metrowej kurzej nóżce nie mogło być mowy o piwnicy.

TARDIS! :) Bardzo skrótowo opisujesz – jak wygląda połączenie kuchni z salonem i biblioteką? Opowiedz trochę o wysepce i półkach na książki. Jaką ona ma lodówkę? Jest czysto, brudno? A klapa nie widnieje, najwyżej ją widać. A, i przed "kiedy" powinien być przecinek.

Dialog z Babą trochę nienaturalny. Za mocno się starasz, żeby było śmiesznie – i nie wychodzi śmiesznie, ani trochę.

 Zatem pan władza niech se robi po swojemu, ja zrobię po swojemu.

"Zatem" pasuje tu jak pięść do nosa. Jest po pierwsze książkowe (a Ty stylizujesz, choć niewprawnie), a po drugie nie pasuje znaczeniem.

"Połówkie", "przynapić" – stylizacja raczej niezręczna, i nie trzymasz jej równo. Zdecyduj, czy chcesz mieć stylizację, czy nie, i trzymaj się tego.

 zatarła dłonie, tak z uciechy, jak i dla ich rozgrzania

Może: "z uciechy i na rozgrzewkę jednocześnie"? Ojciec zadbał "skrupulatnie", to przesada.

 Kilkukrotnie otworzyła i zamknęła usta

Tu jest miejsce na uszczypliwy komentarz wilka (coś o rybkach?). Przeszkoda się nie objawiła, bo to nie święta.

 sołtysów odwiedziły jeszcze trzy inne sąsiadki

To brzmi tak, jakby ich odwiedziły w ostatnim czasie, a one u nich właśnie były.

kilka słów na temat tego, jak jej smutno i że na pewno wszystko będzie dobrze

Nienaturalne. Lepiej byłoby: "kilka słów, jak to jej szkoda Sylwii, ale przecież na pewno wróci". Na przykład. I tę kuchnię dobrze by było teraz opisać – najpierw, jak wygląda normalnie, a potem, jak teraz.

 – O jejuńciu! Ten przystojniak tu idzie! – jęknęła, z wrażenia wypuszczając wciąż trzymaną w ręku butelkę. Ta upadła i pękła, zaś złocista zawartość rozlała się po starych kaflach. – A niech to!

Teraz o tym myśli? Opis rozlewania się nalewki jest egzaltowany ("zaś"? unikaj zasiów, bo to pretensjonalne paskudy).

 Wąsaty dziadek z nieprawdopodobną jak na swój wiek szybkością rzucił się na podłogę, by zacząć zlizywać rozchlapany trunek. Okruchy szkła najwyraźniej nie robiły mu różnicy.

Niby to fair folk, ale jednak groteskowa scenka.

 tumult na podwórku osiągnął apogeum.

"Apogeum" nie pasuje do stylizacji (p. wyżej). Opisz to.

 Chwilę trwało, zanim pobiegła przebrać się w ocieplane spodnie, wciągnęła długie buty z kożuszkiem i narzuciła na plecy sztuczne, krzykliwe futerko, tym razem własne.

Czyli wilk czekał, aż ona pójdzie się przebrać?

 przebiegli z tumultem

Lepiej z hałasem. Tumult dotyczy większych grup.

 Dzięki Zdzichowi, przebyli całą drogę do leśniczówki zadziwiająco szybko.

Dzięki Zdzichowi dotarli do leśniczówki zadziwiająco szybko.

I rozwiązanie akcji. No, tak. Czyli a) w tej wiosce idiomy od zawsze ożywają? Jakim cudem nikt tego wcześniej nie zauważył? b) leśniczy nie ma telefonu, c) liczyłam, że ją coś zeżarło ;P (jestem podła, wiem). Budujesz taki horror (choć przyznaję, gdybyś poprzestała na opisie dziewczęcia zamarzającego na śmierć, byłoby to spójne, klimatyczne i straszne), że nastawiłam się na krew i flaki rozmazane po podłodze, ewentualnie mroczne cienie w puszczy i łypiące z drzew oczy – ale od powrotu do domu akcja zaczyna się rozmywać w groteskę i na długo przed dotarciem do leśniczówki jest typowo komiczna. Tylko, niestety, mało śmieszna (jestem znana z ponuractwa i niechęci do kabaretów, więc nie bierz tego do siebie).

 wciągała drugiego buta

Wciągała but (ma być biernik).

 jej wyobrażenie o super-przystojnym-panie-władzy właśnie pękło niczym bańka mydlana

Czyli z bliska brzydki? Mogłabyś to opisać w chwili, kiedy Marika go widzi, byłoby jaśniej. I wyobrażenie nie pęka – może się rozwiać. No, i o "panu", nie "panie" (to już powiedziano wyżej).

 

I koniec. Nie bardzo mogę chwalić ten kawałek – obiecuje, ale nie spełnia (już o tym napisałam), a językowo mógłby być mocniejszy, na wszystkich poziomach. No, tak. Będą następne?

Postanowienie na rok 2018: robić ćwiczenia stylistyczne!

@Finkla i Reg. No właśnie. Podczas bety była o Zdzichu dyskusja. Ciekaw jestem, kto wie o co chodzi. :)

/ᐠ。ꞈ。ᐟ\

Czy chodzi o to, żeby być cicho, bo przyjdzie Zdzicho i rozpędzi towarzycho?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jest takie powiedzonko: “cicho, bo przyjdzie Zdzicho!”. I któreś z nich prawie te słowa wypowiedziało.

Edytka: Za długo czytałam komentarz Tarniny, Reg mnie ubiegła. ;-)

Babska logika rządzi!

To chyba moje ulubione opowiadanie z twoich, Jose. Podobał mi się lekki absurd, humor, stylizacja językowa, wplecenie mitologii słowiańskiej, bohaterowie – w zasadzie wszystko, na co tworzy się dobre opowiadanie.

W zakończeniu, mam wrażenie, trochę siadło napięcie – skoro cała historia obracała się wokół Sylwii, to dziwi mnie rozwiązanie, na które się zdecydowałeś – brak pokazania jej i pozwolenia jej dojść do głosu. Ciekawe, skąd ten pomysł.

Cała lektura była bardzo przyjemna, jeśli kiedyś wrócisz do absurdu, to będę chętnie czytać.

Ach, i zapomniałabym – bardzo fajny tytuł! Już wcześniej, gdy go gdzieś widziałam, wpadł mi w oko.

Ależ mam zaległości… Przede wszystkim serdeczne dzięki za wszystkie kliki do Biblioteki ;)

 

@Finkla – Cieszę się, że pykneło, bo właśnie o oryginalność mi tu przede wszystkim chodziło ;)

Rozumiem zarzut braku dostatecznych wyjaśnień, aczkolwiek nie wyjaśniałam niczego celowo. No bo jak tu to wyjaśnić? Zdarzyło się i już. Stąd konwencja absurdu. A przy wilku jest pod koniec mowa, że pewnie wkrótce wskoczy w kolejną fabułę.

Nie rozumiem natomiast, czemu zakończenie jest nie w ten czas? Miałam skończyć jak doszli do leśniczówki? Jakieś urwane by to było. Cieszę się, że tu Śniąca zaznaczyła, że jej zdaniem wyjaśnienia dodatkowe nie są konieczne, bo mnie też się tak wydało – że dopisywanie czegoś więcej byłoby już laniem wody, przegadaniem. A nie ma pokazanych wyjaśnień przed rodzicami zagubionej dziewczyny, bo opowieść jest niejako z punktu widzenia Mariki. A tak znalazła koleżankę, uznała sprawę za zakończoną i wróciła do domu. Policjantowi nie towarzyszyliśmy, a to policja wyjaśniła co trzeba rodzicom. Nie?

 

@Mr. Maras – Czekam więc ;)

 

@NoWhereMan – Przysięgam, że tekst powstał na kilka miesięcy przed ogłoszeniem konkursu ;)

Cieszę się, że udało się dograć pomysł na fabułę i postacie. Co do zakończenia – jak już napisałam Finkli, widzimy wydarzenia z perspektywy Mariki, a ona nie wie, co dalej robiła policja i jak wyjaśniła rodzicom zaginięcie Sylwii. Ona sama uznała zagadkę za rozwiązaną i wróciła do domu. Aczkolwiek rozumiem, że to może wydawać się niedostateczne ; /

Tak czy owak fajnie, że tekst ogólnie się podobał, mimo wszystko.

 

 

@Regulatorzy – Bardzo się cieszę, że lektura przypadła Ci do gustu ;) Jak pisałam wyżej, to był swoisty eksperyment, więc super, że poszczególne elementy – zwłaszcza folklorystyczne – zagrały, a absurd nie okazał się nadmierny.

Tak, jeśli chodzi o Zdzicha to chodzi właśnie o groźbę, że przyjdzie i rozgoni towarzycho, jak się nie będzie cicho ;)

Co do łapanki to wstyd mi osobliwie przez wzgląd na nieprawidłową odmianę wyrazów O.o Gdzie ja miałam mózg jak to pisałam, a potem czytałam, przecież więcej niż raz? Ech.

Poprawiłam wszystko z dwoma wyjątkami. Rozumiem, że „wie rzeczy” brzmi dziwnie, ale to zamierzony zwrot. Nie chodzi o konkretne rzeczy. Po prostu o rzeczy. Zostawiłam też olej, bo ja przecież wiem, że woda spływa po samej gęsi. Chodziło mi jednak o podkreślenie, że po Maricie spływa jeszcze bardziej ;)

 

 

@Tarnina – Przede wszystkim bardzo doceniam to, że poświęciłaś tyle czasu, by przeanalizować moje opowiadanie. Dziękuję. Kiedy tylko znajdę dość czasu, przysiądę nad Twoim komentarzem i postaram się z niego wyciągnąć jak najwięcej korzyści na przyszłość. Przyznam jednak, że nie jest mi łatwo się do niego odnieść jako do całości. Jakkolwiek widzę, że część wskazanych przez Ciebie rzeczy jest słuszna (np. wskazówka, że czasem niepotrzebnie powielam informacje albo że coś można uprościć), tak w innych miejscach wskazujesz rzeczy napisane przeze mnie celowo, w niektórych przyznam, że nie rozumiem, co jest nie tak, bo mimo wynotowania wydają mi się prawidłowe/oczywiste, a w jeszcze innych jestem trochę zdziwiona trybem rozkazującym bądź formą „wolałabym”. Zdaję sobie sprawę, że nie jestem wirtuozem pióra i nie każdemu moja pisanina przypadnie do gustu, jednak każdy czytelnik mógłby „woleć”, by dane zdanie zostało sformułowane inaczej, niż akurat jest. Wszystkim nie dogodzę, więc przykro mi, ale w tych kwestiach niewiele mogę zrobić. Sama na palcach jednej ręki mogłabym zliczyć pisarzy, w których stylu nie zmieniłabym niczego, przy wielu książkach często krzywię się, bo coś mi się nie podoba bądź wydaje niezręczne. A niektórych rzeczy, które Ty byś wolała, zdecydowanie nie wolę ja ;)

 

Garść odpowiedzi na niektóre zadane w komentarzu pytania: Wilka przywołały nie słowa pijaczków, ale po prostu konkretne słowa. Wszystko jedno, kto by je wypowiedział. Od drugiej strony drzwi dochodziły kroki śledczego, nie Zdzicha. a) Idiomy ożywają dopiero od sylwestra, wcześniej nie ożywały, b) pewnie ma, ale Sylwia na to nie wpadła, zresztą nawet gdyby przez telefon się przyznał, czemu mieliby mu uwierzyć na słowo, c) no coś Ty ; p Serio to wygląda na konwencję horroru? Od początku miało być lekko i zabawnie – zdecydowanie możliwe, że aż za bardzo się starałam o tę zabawność ; /

 

Nie do końca rozumiem końcówkę komentarza – jakie następne? Wszak to nie pierwsze moje opowiadanie na tym portalu. Ale przygód Mariki i wilka nie zamierzam kontynuować.

 

 

@Kam_mod – Bardzo się cieszę, że opowiadanie się spodobało ;) Konwencja mnie wymęczyła, ale też całkiem nieźle się przy niej bawiłam, więc nie wykluczam, że kiedyś, jeśli wpadnie mi do głowy stosowny pomysł, spróbuję ją jeszcze wykorzystać. Tym bardziej, że komentarze są w większości przychylne, więc to dodaje odwagi do dalszego eksperymentowania.

Co do Sylwii… zastanawiałam się, z której strony sprawę ugryźć i w końcu uznałam, że tak naprawdę piszę o Marice i wilku, a zaginięcie Sylwii jest raczej pretekstem, więc postanowiłam samej Sylwii nie pokazywać. Może to błąd, sama nie jestem szczególnie zadowolona z rozwiązania, ale to najlepsze, na co wpadłam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ro­zu­miem, że „wie rze­czy” brzmi dziw­nie, ale to za­mie­rzo­ny zwrot. Nie cho­dzi o kon­kret­ne rze­czy. Po pro­stu o rze­czy.

Ktoś niedawno użył tego/ podobnego zwrotu w swoim opowiadaniu i muszę wyznać, że przyjmuję do wiadomości, że tak się gdzieniegdzie teraz mówi, ale strasznie trudno mi się z tym pogodzić. :(

 

Przyjmuję do wiadomości celowość oleju na gęsi. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie rozumiem natomiast, czemu zakończenie jest nie w ten czas?

No, IMO, albo opowiadanie jest o zaginięciu imprezowiczki i wtedy ucina się je tuż po znalezieniu, albo o niezwykłej serii zdarzeń “słowo ciałem się stało”. I wtedy wyjaśnia się, co, jak i dlaczego. A ty stanęłaś w pół drogi. Ale mogę się mylić.

Babska logika rządzi!

@Reg :)

 

@Finkla – Hm… no, rozumiem, co masz na myśli. Tylko że – może się mylę – nie wydaje mi się, by moment, kiedy jeszcze są w leśniczówce był dobrym momentem na zakończenie ; ( Nie ma przecież dalej tego dużo – policja też znajduje Sylwię, a Marika wraca do domu. Wydawało mi się, że mimo braku wyjaśnienia wielu rzeczy, to domyka pewne wątki…

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Paczka Łysego co do jednego członka – Mała Mi, czyli Michalina, Wiktor, Anastazja, Piotr, Sergiusz, Julia i Mikołaj – siedziała karnie rzędem przez policjantem z Białegostoku i niechętnie odpowiadała na krótkie, cięte jak uderzenia bicza pytania.

Przed

Fajne :)

jestem trochę zdziwiona trybem rozkazującym

Kiedy tylko w polszczyźnie pojawi się tryb łączący, zaraz zacznę w nim doradzać ;)

 

Dobrze, żarty na bok (odłożę je na koniec), bo poruszyłaś Kwestię. Kwestia wymaga odpowiedzi. Po pierwsze – przyznaję się bez bicia, że łatwo, może za łatwo, popadam w ton kaznodziejsko-mentorski (te żarty z Yody, ludzie! aż dziw, że nikt nie odpali Imperatorem, albo nie powie po prostu, żebym się goniła w szmaty) więc dziękuję za zwrócenie uwagi, choć już o tym wiedziałam. Mogłam nie wiedzieć – i tu dotykamy Kwestii z jednej jej strony. Mówiąc wprost – nie czytam Ci w myślach (ani Ty nie czytasz w myślach mnie). Mam do dyspozycji tylko i wyłącznie tekst przez Ciebie przedstawiony (wydany na pożarcie, muahahaha) – i mogę go odczytać tylko i wyłącznie posługując się własnym aparatem pojęciowym.

 

Większość sądów syntetycznych (tj. mówiących coś o czymś) zawiera chociaż troszeczkę opinii mówiącego. Każda opinia jest subiektywna. Nawet "Dzisiaj w Gdańsku jest zimno i wieje" – bo może ktoś tu przyjechał z głębokiego Sybiru i jemu jest cieplutko?

Jednocześnie (bo nic w życiu nie może być za proste) słowa mają swoje znaczenie, ustalone w codziennym użyciu języka. Kiedy mówię, że mam niebieski sweter, wyobrażasz sobie niebieski sweter, a nie, na przykład, różowego kanarka – prawda? A teraz zagwozdka filozoficzna (z góry zapowiadam, że nikt nie zna odpowiedzi na to pytanie) – dlaczego? Skąd wiesz, że różowy nie znaczy niebieski, a kanarek to nie sweter? A gdyby mieszkańcy wysp Hula-Gula posługiwali się językiem zupełnie zbliżonym do polskiego, ale nazywającym kanarki "swetrami", a swetry – "kanarkami" – w pierwszej chwili trudno by Ci było się z nimi porozumieć, nie?

wskazujesz rzeczy napisane przeze mnie celowo

Całe opowiadanie, mam nadzieję, napisałaś celowo, a nie przez sen. Widzisz problem? Rozumiem, o co Ci chodzi w tej wypowiedzi, ale nie na pierwszy rzut oka. Rozmijamy się, bo Ty celujesz w jedno znaczenie, a ja odczytuję inne, zauważam, że nie ma sensu, i dopiero wtedy rozpracowuję, o co chodzi. W jakimś stopniu jest to nieuniknione, ale byłoby dobrze jednak się ukorzyć przed uzusem.

 A niektórych rzeczy, które Ty byś wolała, zdecydowanie nie wolę ja ;)

I oto druga połowa Kwestii – czy krytyk jest bogiem, prorokiem i guru. Otóż nie jest.

 

Nigdy nie twierdziłam, że jestem nieomylna. Więcej, jeśli chodzi o dzieła sztuki (i tym podobne) opinie są nawet bardziej subiektywne, niż kiedy rozmawiamy o pogodzie. Czy to problem? Nie jestem Twoją profesorką (mimo skłonności belferskich) – jestem Twoją koleżanką. Wyobraź sobie, że mnie pytasz o opinię w sprawie stroju, a ja mówię coś takiego: "Botki do tej spódnicy? Zupełnie nie pasują, włóż pantofle. A w ogóle byłoby Ci lepiej w różowym, niż w zielonym." To nie znaczy, że w razie odmowy walnę Cię w głowę i przemocą oblekę w róż, albo, że będę Tobą od tej chwili pogardzać. Zapytałaś – dostałaś szczerą odpowiedź. Skorzystasz z rady, albo nie. Możesz mieć doskonałe powody, żeby z niej nie skorzystać, o których ja nie wiem (od ciasnoty pantofli po głęboką niechęć do różu). Nie mogę Ci powiedzieć, jak wygląda Platoński Ideał Opowiadania, a najwyżej, jak ja, konkretna ja, odczytałam Twój tekst i co mi się w nim podobało albo nie. I tyle.

 

Uważam, że jeśli ktoś prosi o opinię (na przykład wystawiając swoje dzieło na widok publiczny), ładnie jest mu jej, w miarę możności, udzielić szczerze i bez klepania po główce. Czyli potraktować poważnie, jak człowieka, który chce się uczyć.

 

A teraz – o żartach. Chyba mamy zupełnie niekompatybilne poczucie humoru – śmieszą nas bardzo różne rzeczy i w różnych miejscach zauważamy humor ("Będą następne?" to było właśnie żartobliwe nawiązanie do Twojego tekstu). I całe szczęście, bo świat zaludniony moimi własnymi klonami – to dopiero pomysł na horror. Brr. W każdym razie – tak, na początku Twoje dzieło wygląda, jakby miało przerażać: jest osamotnienie, przejmujące zimno, wilk pojawia się znikąd wbrew prawom fizyki. Jeśli dziewczyna prawie zamarza na śmierć i ma halucynacje z zimna, to ja przynajmniej nie nastawiam się na komedię.

 

Odpowiedzi na Twoje odpowiedzi:

Wilka przywołały (…) konkretne słowa. Wszystko jedno, kto by je wypowiedział.

Dobrze, to jest logiczne. Ale tekst powinien się bronić bez objaśnień.

Od drugiej strony drzwi dochodziły kroki śledczego, nie Zdzicha.

W porządku – czyli Zdzich się po prostu zmaterializował? Niejasność wynikła stąd, że zmaterializował się za blisko tych kroków.

 a) Idiomy ożywają dopiero od sylwestra, wcześniej nie ożywały

Dlaczego? Dlaczego nagle zaczęły ożywać? Myślę, że dobrze by było odpowiedzieć na to pytanie w tekście (chyba, że celujesz w humor absurdalny, ale powtarzam, że nie na to byłam nastawiona, recenzując).

 b) pewnie ma, ale Sylwia na to nie wpadła, zresztą nawet gdyby przez telefon się przyznał, czemu mieliby mu uwierzyć na słowo

W zasadzie miałam na myśli, że to Sylwia mogłaby zadzwonić do rodziców. Do czego leśniczy miał się przyznawać? Nic złego nie zrobił.

 

Pozdrawiam.

Postanowienie na rok 2018: robić ćwiczenia stylistyczne!

Takie trochę konopielkowe mi się wydało. Czytało się przyjemnie. Trochę mi tylko zgrzytały te wulgaryzmy, uważam, że bez nich swobodnie mogłaś się, Jose, obejść.

Ale cały czas podczas lektury najbardziej fantastycznym elementem wydawał mi się mróz i śnieg na Sylwestra ;). 

Dwie literówki się też zabłąkały: “podnosząc się ociężałe” i “karnie rzędem przez policjantem”.

I co to, u licha, jest “hapluczek”?

Miejsce na Twoją reklamę!

Przyjemne opowiadanie, czytało się lekko, a to bardzo ważne. Świetnie wyszedł motyw z ożywającymi idiomami, podobnie postać wilka i jego relacja z główną bohaterką.

Według mnie absolutnie nie potrzeba więcej wyjaśnień, absurd to absurd.

Trochę rozczarowało mnie zakończenie, spodziewałem się większych fajerwerków. A tutaj tylko poszli, znaleźli, choć nie dzieciątko w żłobie, a Sylwię (wybacz suchara).

 

“wie rzeczy” – to chyba kalka z “to know things”, i, o ile po angielsku brzmi dobrze, to po polsku tak sobie

 

Stylizacja trochę niespójna, bo czasem coś z rosyjskiego, czasem gwara wiejska, a czasem, zdaje mi się, warszawska? EDIT: mogę się mylić, nie znam się dobrze na gwarach, ale takie odniosłem wrażenie

 

Inna sprawa, że rozochoconej młodzieży od niezbyt legalnych specyfików kolorowo zrobiło się przed oczami już grubo przed północą, więc nie miało większego znaczenia, co jej latało nad głowami.

To zdanie trochę zakręcone. :)

Pacierza i herbaty nie odmawiam.

Ładnie napisana historia. Bohaterowie, pomysł, sceneria bardzo mi się podobały. Niektóre rozwiązania fabularne już mniej. Rozwiązanie zaginięcia Sylwii nie robi wrażenia, przydałoby się też jakieś mocniejsze spuentowanie relacji Mariki z tymi różnymi istotami.

Podobało mi się bardzo. Lubie takie swojskie klimaty. Zaserwowałaś odpowiednią dawkę absurdu i humoru, a do tego ciekawą fabułę. Nie doszukiwałabym się na siłę jakichś wyjaśnień, bo to co przeczytałam w zupełności mi wystarcza.

Podsumowując – świetna noworoczna lektura. :)

Bardzo udany tekst. Absurd, humor i język – ​wszystko na plus. Dziękuję za przyjemną lekturę.

Najbardziej w tym opowiadaniu podobał mi się pomysł. Oryginalny i strasznie abstrakcyjny. Postać wilka jest ciekawa i stanowi oś tego tekstu.

Opowiadanie czyta się lekko i przyjemnie. Ładnie napisane z ciekawą fabułą. Nie przynudzasz. Ciekawa była też wizyta u Baby Jagi.

Motyw licha jakoś mnie nie zachwycił, ale pasuje do abstrakcyjnej całości. Przypomina mi zagadkę – “Na jabłoni jest dwanaście jabłek. Każdy wziął jedno jabłko. Zostało ich jedenaście. Jak to możliwe?”.

Udało Ci się w opowiadaniu stworzyć klimat. Fajna ta wieś i taka prawdziwa. Ci ludzie są tacy “sami swoi”.

Śmieszny jest wątek zauroczenia miastowym agentem, a szczególnie jego zakończenie. Czy jest szansa na coś pomiędzy Mariką a Zdzichem? ;)

Pozdrawiam!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Bardzo sympatyczne, wesołe opowiadanie. Leciutkie i milutkie. Ulubiona postać: Bobo. Osobiście podejrzewałem, że to on porwał Sylwię. Pasowałoby mi tosmiley No powiedz, powiedz, proszę, Joseheim, że Bobo to druga postać leśniczego! Co by oznaczało, że ja to, nie chwaląc się, przebiegle odgadłemsmiley.

Mam pytanie zasadnicze. Kim, u diabła, jest Zdzichu, człowiek nie stąd? Czy też należy do tej bandy bajkostworów jak Baba Jaga i wilk? No, niby normalny chłop, ale pojawia się tak nie wiadomo skąd i po co. Aha, i jeszcze, dlaczego na początku wilk powiedział do Mariki “To dobrze, że jednak usiadłaś na tym murku”, czy jakoś tak. Co on miał na myśli? Bo po takiej jego uwadze, to pomyślałem w późniejszym kontekście zaginięcia Sylwii, że dobrze, iż Marika uniknęła w ten sposób jej losu, ponieważ Sylwia została zgwałcona lub zamordowana. Serio, tak pomyślałem.

Wyłapałem dosłownie kilka niuansów. Od razu mówię, że nie mącą one zupełnie obrazu całości. Styl, jak zwykle u Joseheim, jest więcej niż poprawny. Jest gładki, swobodny, niewymuszony, lekkostrawny. Po prostu ładny. Z tym zastrzeżeniem, odnośnie tego tylko opowiadania. W niektórych dialogach język totalnie wsiowaty gryzie się z raczej literackim. Przykład z brzegu, w jednej wypowiedzi wyrażenie “połówkie orzechówki” (bardzo wsiowe) występuje ze “skądkolwiek nie przyszłaś” (o wiele za mądre jak na wiochmenkę).

“Siarczysty mróz (…) nie zdołał jednak powstrzymać unoszących się wokół oparów alkoholu.” A co w ogóle mróz ma do rzeczy z oparami alkoholu? Byłby je w stanie kiedykolwiek powstrzymać? Z tego co wiem alkohol ma tylko taki związek z mrozem, że znajdując się we krwi zmniejsza zimno odczuwane przez osobę, która się napiła. W żadnym wypadku nie zmniejsza zimna wokół, obiektywnie.

“Wilk (…) ze zdwojoną energią przystąpił do szorowania twarzy Mariki” Tak mi się wydaje, że mówimy, iż ktoś coś robi w sposób zdwojony, jeżeli ktoś już to robił wcześniej, a teraz robi to jeszcze raz, tylko mocniej. Nie było mowy o tym, że wilk wcześniej szorował Marikę. Ale może się mylę, albo przeoczyłem wcześniejsze lizanie.

W taki zdaniu “Drzwi otworzyły się kiedy stanął u podnóża schodów.” Po “się” powinien być przecinek. Wskazała to już chyba Tarnina. To akurat słusznie wskazała.

W chatce Baba Jaga (chyba) stanęła “z rękami założonymi na bujnej piersi”. Nie brzmi to trochę, jakby obie ręce założyła na jednej piersi? Wiem, że na obie kobiece piersi można powiedzieć “pierś” (raczej literacko), ale w tym konkretnie zdaniu tak mi się to kojarzy j/w.

Muszę zacytować trochę dłuższy fragment: “kluczem do odnalezienia córki sołtysa jest to, co usłyszała dziewczyna od matki tuż przed wyjściem na popijawę w remizie. Młoda damo, jeszcze raz tego dotkniesz, a ręka ci uschnie.” Przeczytawszy to, od razu tak pomyślałem. Tuż przed wyjściem Mariki mama powiedziała do niej dokładnie “Młoda damo, jeszcze raz tego dotkniesz, a ręka ci uschnie”. Co więcej, wziąwszy po uwagę realia (wiejska dyskoteka etc), pomyślałem, że mama przestrzegła Marikę przed dotykaniem męskich spodni, fiutów itp.smiley

Marika w pewnym momencie powiedziała “Miejcie litość, na bogów”. I później jeszcze ktoś tak powiedział “na bogów”. Czy tak się współcześnie potocznie mówi? A nie po prostu “Na Boga”? Nie wiem, może po prostu nie znam wschodniej Polski.

Wyjąwszy pierwsze dwa akapity, wszystko co powiedziałem, to duperele i można by to spokojnie zignorować. No może za wyjątkiem w/w brakującego przecinka.

Pozdrawiam!

Przepraszam za zwłokę w odpowiedzi i za ewentualne błędy w długim komentarzu. Mam ostatnio niewiele czasu a odpisanie Wam wymaga użycia szarych komórek, więc tym trudniej było mi się zebrać, by odpisać :(

Przede wszystkim – dziękuję wszystkim za wizytę, lekturę i opinię!

 

@Anet – fajnie, że fajne ;) Literówka poprawiona.

 

@Tarnina – przyznam, że nie do końca rozumiem, co chciałaś powiedzieć aż tak rozbudowaną wypowiedzią pełną przykładów ;) To znaczy rozumiem wszystko z osobna, ale zebrane razem do kupy trochę mi się rozmywa.

Generalnie rzecz biorąc tak, oczywiście, publikuję opowiadanie, by poznać opinię innych na jego temat. Zdaję sobie przy tym sprawę, że każdy odbierze je inaczej i że nie wszystkim się spodoba. Jednocześnie biorę pod uwagę pewną średnią na podstawie otrzymanych opinii. I pocieszam się myślą, że większość czytelników jest jednak zadowolona. Nie chcę przez to powiedzieć, że jeżeli większości użytkowników dobrze się czytało, a Tobie nie, to Twój komentarz jest mniej ważny. Bo nie jest. Zwracasz mi uwagę na pewne rzeczy, z częścią uwag się zgadzam (np. wynotowałaś parę zdań, co do których sama miałam wątpliwości), część obserwacji zdecydowanie może mi pomóc w przyszłości, przy kolejnych tekstach. Także bardzo dziękuję. Każdy odzew jest ważny.

Rozumiem, że są rzeczy, które wydają się niejasne bądź nielogiczne (np. to, że Zdzicho się pojawia znikąd, zostaje przywołany powiedzeniem podobnie jak wilk). Niestety przy takiej a nie innej konwencji trudno zadowolić wszystkich. To miał być absurd, więc dla większości rzeczy – jeśli nie dla wszystkich – brak jest wyjaśnienia. Po prostu się dzieją. To się nie obroni samo, bo nie ma jak.

Co ciekawe poza Tobą tylko jedna jedyna osoba uznała, że opowiadanie miało być w konwencji horroru. I był to MC. Jemu też się nie podobało ;p

Co do telefonu masz rację… Sylwia mogła zadzwonić. Ale uznajmy, że nie pomyślała, bo jest głupią wiejską gęsią, która własnej głowy dla faceta zapomniała, o.

 

@Staruch – cieszę się, że czytało się przyjemnie. Wulgaryzmów dużo nie ma, nie? ; /

Dzięki za wyłapanie literówek (jedną wcześniej wyhaczono, za późno widać poprawiłam). A hapluczek to kielonek ;)

 

@El Lobo Muymalo – fajnie, że eksperymentalny pomysł językowy wypalił. I że lekko wyszło. Dzięki też za uwagę, że Twoim zdaniem nie trzeba więcej wyjaśnień.

Ja też nie jestem zadowolona z zakończenia. Ale niestety nie potrafiłam wycisnąć więcej z pomysłu, że to licho Sylwię porwało :(

Ze stylizacji też nie jestem zadowolona. A siliłam się na gwarę podlaską, stąd te rusycyzmy.

 

@Zygfryd89 – Dzięki za wymienienie plusów i minusów. Dobrze, że chociaż część eksperymentu się udała. Jak już pisałam wyżej, też nie jestem zbytnio zadowolona z zakończenia. Pozostaje mi przeprosić, że nie umiałam lepiej ;(

 

@AQQ – Wielkie dzięki, niezmiernie mi miło, że się dobrze czytało, że klimat odpowiedni i że wyjaśnień jest w sam raz.

 

@Katia72 – Serdecznie dziękuję. Cieszę się, że się podobało ;)

 

@Pietrek Lecter – Bardzo dziękuję, fajnie, że tyle rzeczy zagrało naraz. Tak, to licho to najsłabsza część całości… żałuję, że nie dałam rady zrobić zakończenia mocniejszym/ciekawszym.

Nie znam tej zagadki? :O Jakie jest rozwiązanie?

Nie mam wielkich doświadczeń z klimatami wiejskimi, więc tym bardziej się cieszę, że uznałeś, że dałam radę pokazać wieś tak „swojską”.

Kto wie, kto wie. Zdzicho raczej nie został stworzony do spraw sercowych, ale Marika, jak się uprze, po prostu nie przyjmie tego do wiadomości, a kropla drąży skałę :)

 

@Mjacek7235 – Oj, Jacku, bobo i licho to zupełnie dwie różne słowiańskie istoty, trudno byłoby pogodzić ich natury ;)

Cieszę się, że wyszło sympatycznie i lekko. Nie widzisz tu horroru, nie?

Nie, Zdzicho jest z zupełnie innej parafii. Nie znasz tego powiedzenia: ‘Cicho, bo przyjdzie Zdzicho i rozgoni towarzycho’? No w każdym razie stąd jest Zdzicho. Wcześniejsze badania utwierdziły mnie w przekonaniu, że większość ankietowanych (pochodzących z różnych miejsc w Polsce) zna to powiedzonko, ale nie wszyscy. To była taka trochę loteria, bo jak ktoś zna to może się domyśli i go to rozbawi, a jak nie zna, to wątek kulą w płot ;/

Wilk powiedział Marice, że dobrze, że usiadła na zimnym, bo inaczej on – wilk – by się nie pojawił i nie doprowadziłby jej do domu. I pewnie by wtedy zamarzła.

Ech. Co do języka, to starałam się zaznaczyć gwarę podlaską w dialogach. Nie jakoś bardzo dużo, ale tak, żeby znalazło się trochę charakterystycznych dla niej zwrotów. Ale generalnie z językiem „literackim” w dialogach mam zawsze problem. Beryl dość często mi wytyka, że „normalni ludzie tak nie mówią”, bo używam słów typu „zaiste” czy coś i kurcze ma rację, ale ja to piszę zupełnie bezwiednie. Widocznie za mało znam normalnych ludzi. Albo w ogóle ludzi ; p

Co do oparów alkoholu i mrozu chodziło mi o to, że na powietrzu, zwłaszcza chłodnym, człowieka czasem otrzeźwia. Jak się przejdzie, to mu się robi lepiej. Ale rozumiem, że poległam na skrócie myślowym ; /

Co do zdwojonej energii masz absolutną rację.

Z przecinkiem za to nie masz – w podanym przez Ciebie przykładzie przecinek byłby potrzebny, ale moje zdanie jest sformułowane nieco inaczej ;)

Bujną pierś zostawię (wszak ma się ręce założone na piersi, a nie piersiach, nie? Nawet jeśli w zwrocie nie ma dodatkowych przymiotników), a za Twoje skojarzenia z męskimi spodniami nie odpowiadam :D

A widzisz, „na bogów” jest doskonałym przykładem „ludzie tak nie mówią”. Ja tak mówię i odruchowo to przekładam na to, co mówi moja postać. A ja, jak wiadomo, człowiekiem nie jestem, więc muszę się bardziej pilnować…

Wielkie dzięki za obszerny komentarz!

 

@Finkla – przypomniało mi się coś. Pytałaś, skąd wilk wiedział, gdzie jest chata Baby Jagi. Wydało mi się oczywistym, że on po prostu ją wyczuwał jako istotę należącą do jego świata. Wszak chatka wędrowała (dowód a) Marika mówiła, że nigdy dotąd w okolicy nie było takiej chatki, dowód b) chatka zniknęła, kiedy Baba tego chciała), więc nie wystarczyłaby zwykła znajomość drogi do niej. Ale rozumiem, że w Twoim postrzeganiu ten kawałek się sam nie obronił.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

To jest jakiś argument, ale wilk nie wie, gdzie mieszka licho, musi mu Marika mówić.

Babska logika rządzi!

Rozwiązanie zagadki brzmi : Każdy to nazwisko jednego mężczyzny.

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Finkla, bo z lichem to nigdy nie wiadomo… ; p Zostańmy przy tym, że to absurd, ech…

 

Pietrek, no tak, najprostsze rozwiązania zwykle są tymi właściwymi ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

To mówisz, że nie jesteś człowiekiem, joseheim. To kim Ty właściwie jesteś? Czas wyłożyć karty na stół. Od dłuższego czasu podejrzewam, że w istocie jesteś niksą (wodnicą). Ha!smiley

Coś Ty, ja tam nawet nie lubię wody. Mój awatar jasno mówi, że jestem kotkiem ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

To to nie jest fretka? :o

D :

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Matko jedyna, tyle czasu w błędzie! Plama za uchem wyglądała mi na oko, zaś tylna noga za ogon. ;)

Nie kompromituję się dłużej, z komentarzem o opowiadaniu wrócę niebawem!

Jak to było małe, to mi wyglądało na jakiegoś szczura. Znaczy się myszoskoczka. Seriosmiley

Nie znacie się na kotkach ; p

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Zadziwiające jest zróżnicowanie postrzegania :) Dla mnie to zawsze był wyraźny kociak. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ja już wcześniej dowiedziałem się, że to kocię, ale trudno było mi je sobie wyobrazić. Teraz wszystko już jasne ;D

Co do opowiadania:

Hapluczek <3 Nie znałem tego słowa, jest genialne, Jose! ;D

 

Treść natomiast dość nierówna. Z jednej strony fajnie zaczynasz (zniknięcie Sylwii i postać Wilka to niezłe haki), a później trochę jednak zawodzisz rozwiązaniem całej sprawy. Wydaje mi się, że opko siedzi trochę okrakiem między kryminałem baśniowym a takim rzeczywistym, bez fantastyki. Bo w sumie, wszystkie te nadnaturalne elementy dałoby się wywalić i zastąpić czymś innym. Dziwi mnie, że słowa matki Sylwii spełniły się, jakby była to jakaś przepowiednia… Bo inaczej dlaczego by to powiedziała? Brak mi umotywowania obecności tych postaci w opowiadaniu, odpowiedzi, cóż takiego się stało, że akurat w Sylwestra to wszystko się zaczęło. Wynikałoby by też, że każdy mieszaniec wsi miał możliwość wzywania tych stworzeń – wilk, licho – ale tylko Marika je dostrzegała. Co w niej takiego wyjątkowego?

Piszę przed lekturą komentarzy, więc jeśli podobny feedback już dostałaś, nie kłopocz się powtórnymi wyjaśnieniami ;)

Zakończenie też jakby połowicze – niby Sylwia odnaleziona, ale w sumie nieodnaleziona, bo do domu nie wróciła, a policjant przyjeżdża. Jest w mocy Licha? Marice wystarcza wiedza, że koleżanka żyje sobie w zdrowiu z leśniczym? I co z tym Zdzichem? Wprowadziłaś sporo elementów, szkoda więc, że ich nie domknęłaś. Po co w ogóle ten Zdzichu, poza przenoszeniem dziewczyn przez zaspy?

To tyle, jeśli chodzi o wątpliwości. Trochę, a czasem i mocno, ucierpiała na nich immersja, a szkoda – opowiadanie jest naprawdę dobre. Czyta się wybornie, postaci są obrazowe i wiarygodne (może momentami przesadzałaś ze stylizacją dialogów, szczególnie w pierwszej części opowiadania, przed wyruszeniem na poszukiwania Sylwii), no i ten mróz… prawdziwie kąsa. Czyli klimacik bardzo mi przypasował ;)

Warsztatowo, jak już wspomniałem, bardzo dobrze. Skoryguj tylko zapis “Sylwestra”, bo na początku masz z małej litery, później już chyba tylko wielką. Mam jeszcze kilka wątpliwości:

Buty na nonsensownie wysokich obcasach zapadały się raz po raz w głęboki śnieg

Być może się mylę, ale nie powinno być “w głębokim śniegu”? Zastanowiła mnie ta kwestia, a google w sumie mało pomocne.

Objęła się ciasno ramionami i tak zamarła, skulona, jeszcze drżąca z zimna, ale powoli tonąca w oceanie odrętwienia.

Nie lepiej “mocno”?

kiedy młodzież wyległa przed budynek, by podziwiać fajerwerki i wznieść toast szampanem zmieszanym z wódką.

FUJ! :P (błędu nie ma, ale musiałem dać upust swemu zgorszeniu) ;)

 

Trzym się ciepło.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Opowiadanie kupiło mnie od pojawienia się wilka (dostaniesz wilka), a wprawiło w świetny nastrój w chwili wkroczenia Zdzicha (cicho, bo przyjdzie Zdzicho), a licho, którego się domyśliłem, tylko utrzymało mnie w dobrym sampoczuciu (niech cię licho [porwie]). Inne frykasy, jak np. krowa ścigająca bobo i dunder tylko doprawiły ten smakowity kąsek.

Lubię takie zabawy, Joseheim. Bardzo lubię. Gry słów, żarty językowe wkradające się do świata przedstawionego i fabuły, dosłowne traktowanie niedosłownych zwrotów i powiedzonek itp.

Ty wykorzystałaś je wspaniale w tej opowieści zimowej, która w pierwszych akapitach niespodziewania skojarzyła mi się z „Mistrzem i Małgorzatą”, a dalej snuła się jak historia przyprószona śniegiem i jakby naszym wiejskim, kresowym (chyba) baśniowym realizmem magicznym.

Całość niesamowicie sympatyczna i swojska, klimatyczna i poprawiająca humor.

 

Zatrzymałem się tylko w trzech miejscach. Pierwszy raz tutaj:

 

by nie dostać rykoszetem z łokcia

 

Rykoszet z łokcia ciężko mi sobie wyobrazić.

 

szalejąc na ułożonym z desek podeście do hitów pokroju „Ona tańczy dla mnie” oraz „Daj mi tę noc”.

 

Jakoś tu wciąż „podest do hitów” widzę, a nie podest z desek…

 

Paczka Łysego co do jednego członka – Mała Mi, czyli Michalina, Wiktor, Anastazja, Piotr, Sergiusz, Julia i Mikołaj – siedziała karnie rzędem przed policjantem z Białegostoku i niechętnie odpowiadała na krótkie, cięte jak uderzenia bicza pytania.

 

To mógł być nawet jakiś żart wulgarny, gdyby paczka składała się z samych chłopaków. A tak brzmi dziwinie i dałbym zamiast „co do jednego członka” np. „w komplecie”.

Po przeczytaniu spalić monitor.

@Śniąca – Najwyraźniej Ty, w przeciwieństwie do panów, znasz się na kotkach =^.^=

 

@Count – No wiem, wiem. Jak już pisałam, sama nie jestem zachwycona zakończeniem ;( Co do wyjaśnień – tu jesteś w mniejszej grupie czytelników, którzy chcieli wyjaśnień, reszta uznała, że nie trzeba. Założenie było takie, że nie wiadomo, czemu rzeczy się dzieją, po prostu się dzieją. Powiedzenia wcielają się w życie, pojawiają się dziwne istoty. I tyle. Miało być absurdalnie. Niemniej rozumiem, że nie każdemu to podchodzi.

Marice wystarcza wiedza, że koleżanka jest bezpieczna, reszta jej nie interesuje. A Zdzicho do niczego nie służy, po prostu sam jest powiedzeniem ;)

Stylizowanie dialogów to trudna sprawa. Rozumiem, że chciałam za bardzo.

Fajnie, że klimat zagrał. I warsztat, rzecz jasna.

Za sylwestra przepraszam, poprawiłam jeden przypadek wskazany przez Reg i w ogóle nie pomyślałam, ze jest ich więcej…

Hm… co do zapadania… Powiedziałbyś, że coś zapada się w błoto czy w błocie? Wydaje mi się, że tu jest ok.

Obejmowanie się zmieniłam.

Jakby co, ja w ogóle mocnych alkoholi nie tego, ale moi bohaterowie niech sobie chleją co chcą ;)

Dzięki za wizytę i obszerny komentarz!

 

@Mr. Maras – Niezmiernie się cieszę, że pomysł na opowiadanie do Ciebie trafił, i klimat też, i że uważasz je za sympatyczne ;) Nie mam wprawdzie zielonego pojęcia, jak cokolwiek tutaj mogło skojarzyć Ci się z “Mistrzem i Małgorzatą”, ale to ogromny komplement, dzięki.

Rykoszet zmienię, no problemo.

Zdanie z podestem lekko przearanżowane.

Paczkę Łysego też zmienię, mam dziś łaskawy nastrój, co mi tam ;)

 

Jeszcze raz dzięki, panowie.

 

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Wprawdzie niańczona we wczesnym dzieciństwie przez psa, więc zadeklarowana psiara, to jednak kota na obrazku rozpoznam ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Hmm, ja też myślałem, że to coś w rodzaju fretki… ;)

Pacierza i herbaty nie odmawiam.

Zdecydowanie myszka. Aż do dziś :O

Miejsce na Twoją reklamę!

Lol.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Co do wyjaśnień – tu jesteś w mniejszej grupie czytelników, którzy chcieli wyjaśnień, reszta uznała, że nie trzeba.

Hmm… No to dla Ciebie idealnie :) Szkoda, że również przy Szeptulcu  czytelnicy nie mieli takiego podejścia…

;)

 

Przykład z błotem rzeczywiście stawia rację bardziej po Twojej stronie. Być może obydwie wersje są prawidłowe, mniejsza z tym.

Powiedzenia ze Zdzichem nie znałem, ale spoko. Rzeczywiście fajna ta gra przysłów. Doceniam, spory atut tekstu.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Councie, nigdy nie trafi się do wszystkich, niestety ;) Pocieszam się myślą, że każdy kolejny tekst czyni mnie troszkę mądrzejszą.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Oszołomiona Marika podeszła do okna i otworzyła

j

– Zapytałaś? – rzucił niecierpliwie zwierz.

Jakiś babol z edycji się tu ostał.

 

Gęsta warstwa chmur wisiała nisko nad ziemią, jakby zamierzała ją zmiażdżyć raz a dobrze.

Ładne. Kilka ładnych fraz wcześniej też zwróciło moją uwagę, ale czytałem początek na telefonie, więc nie mam jak zacytować. :<

 

Gratuluję, Joseheim. Dawno nie widziałem równie irytującej trzpiotki-idiotki, co Marika. Sympatycznie wypadł natomiast Zdzicho z tą swoją prostolinijnością, czy wilk nie brnący w schemat cwaniaka, lecz mądry, dający dobre rady. Fantastyczne postaci generalnie bardziej podobały mi się od tych realnych. Parę odniesień do przysłów wyłapałem – super sprawa, natomiast mam wrażenie, że wiele mi umknęło. Ale muszę też uczciwie przyznać, że na jakichś bardziej wyszukanych przysłowiach to się nie znam ni w ząb.

Fabularnie się wynudziłem. Sam wątek poszukiwań Sylwii wyjątkowo nieciekawy – rzucasz zdawkowo, że Marika i ona się kolegowały, ale nie była to żadna przesadna przyjaźń. A główna bohaterka lata później po całej wsi z wilkiem, jakby co najmniej jej matkę porwali. Do tego wyciągasz jak z rękawa a to Babę Jagę, a to leśnika. Pojawiają się sceny, które bezczelnie mają popychać akcję/wątek naprzód i niespecjalnie się z tym nawet kryjesz.

O warstwie językowej krótko, bo pewnie już wiesz, że nie jestem fanem – podobało mi się pójście o krok do przodu względem opowiadania o diable. Jest odważniej i nawet momentami przaśnie, ale ta przaśność jest taka grzeczna i szkolna. Jakbyś się hamowała, żeby nie przesadzić. Nie ma co się hamować. :p Do tego nie mam pojęcia jak zakwalifikować świat, który stworzyłaś – czy to współczesność, czy quasiśredniowiecze. Raz postać wzywa bogów (a nie Boga), żeby za chwilę padło “sorry”, a w telewizji leciał serwis informacyjny.

Ponadto to kolejne Twoje opowiadanie w wiejsko-bajkowej scenerii. Ponieważ nie odniosłem wrażenia, że to spójny świat, jak np. u Ochy, zachęcam do wyjścia z literackiej strefy komfortu i zmierzenia się jeśli nie z innymi gatunkami, to może chociaż z innymi scenografiami. ;)

 

Raz postać wzywa bogów

Co się czepiasz bogów? Uważaj, bo jak się któryś czepnie Ciebie… ;) Ja sama mówię “Na bogów!” albo “O bogowie!” na co dzień, więc dlaczego nie Marika. 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

No moja nauczycielka łaciny z liceum notorycznie wzywała Jowisza. ;) Wilk to część historii z raczej chrześcijańskimi tradycjami, skoro kapturek powstał pod koniec XVII wieku, więc nie widzę sensu wzywania przez niego 'bogów'. Jeśli z kolei pochodzi ze świata w którym są liczni bogowie – nie widać tego w tekście. Nie porównywalbym też całkowicie świadomego wzywania bogów przez światła literatkę z byle chłopem leśnikiem ze (wspólczesnej?) wsi. Dla mnie to pewna niekonsekwencja.

MrBrightside – Hah, nie jestem zdziwiona, że Ci się nie podobało. Nieodmiennie namawiasz mnie do zboczenia ze znanych ścieżek i spróbowania czegoś innego… To miało być coś innego, cholera ; p

Babol poprawiony, dzięki. Fajnie, że chociaż parę zdań dobrze wyszło. I że stworzyłam postać, która wzbudza emocje, nawet jeżeli to tylko irytacja, hihi.

No nie da się ukryć, że wątek poszukiwań Sylwii miał być pretekstem do pokazania różnych postaci/wydarzeń. Sama nie jestem z niego zadowolona.

Tylko skąd Ci się to quasiśredniowiecze wzięło, jak tam jest telewizja, sklep, policja, szkoła, fajerwerki na sylwestra, sam sylwester i w ogóle? O.o Tego kompletnie nie rozumiem.

 

A bogów u Mariki zmienię, bo faktycznie “na Boga” będzie brzmiało normalniej, już mi zwrócono na to uwagę (to jest zwrot, którego ja sama używam i czasem odruchowo wkładam go w usta jakiejś postaci).

(Wilk i licho też używają zwrotu “na bogów”, ale u nich zostawiam).

 

W każdym razie dzięki za wizytę i lekturę :) Tak to jest, jak trafiasz do Loży i czytasz opowiadania, które niekoniecznie chcesz, haha.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ten tekst to dla mnie eksperyment absurdalno-gatunkowy

Lubię, Jose, kiedy eksperymentujesz. A tutaj nawet wolałbym, gdybyś poszła jeszcze głębiej w absurd (cudny jest np. ten niedookreślony Zdzicho), albo i magiczny realizm. Jak na mój gust za dużo natomiast takiego bimbrofolku w tle. Żarty z popegeerowskiego pijaństwa, wiejskiej młodzieży i białych kozaczków to raczej tani chwyt.

Podobało mi się bobo, obiata dla domowika, a nawet, wstyd przyznać, zainteresowanie wilka tą słodką dziewczynką.

Rozwiązanie zagadki z Lichym słabe, rozczarowuje na tle wcześniejszych pomysłów.

Ale już sama końcóweczka, w tym ostatnie zdanie, znowu na plus. 

Coboldzie, dziękuję za wizytę ;) I za zachętę do eksperymentowania – będę się starała.

No wiem, wiem, tanie żarty. Ale jakoś uznałam, że akurat tutaj przejdą.

Tak, też uważam Lichego za lichego. No ale… nie wpadłam na nic lepszego. Kajam się. Fajnie, że przynajmniej część elementów i nawiązań zagrała. I sama końcóweczka ;) Jeszcze raz dzięki.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ciekawostka językowa na temat sylwestra/Sylwestra.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ciekawostka warta zapamiętania. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo przyjemne opowiadanie, umililo mi czas na lotnisku :) gdyby nie zawodzaca koncowka to bym chyba nominowala, choc nic by to nie dalo :P

Tylko nie "Tęcza"!

Tenszo, wielkie dzięki za lekturę. Cieszę się, że choć trochę umiliłam Ci podróż ;) Za końcówkę mogę tylko przeprosić, nie jestem z niej dumna.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Pamiętam ten tekst :) 

Bardzo ładnie wymieszałaś absurd z ludowymi wierzeniami i porzekadłami. Naprawdę stworzyłaś swojski, słowiański, zabawny obrazek. Postacie barwne i ciekawe, zdziwiłam się, że nie każdy zna powiedzonko o Zdzichu… A że poszukiwania Sylwii miały być pretekstem? No cóż zawsze mogli zamiast niej szukać wiatru w polu… albo igły w stogu siana :P I tak by wyszło fajnie.

Przez opowiadanie oczywiście przepłynęłam, nie wiedząc nawet kiedy :)

 

Dziękuję za miło spędzony czas.

 

Hej, Iluzjo.

Bardzo dziękuję za odwiedziny ;) Widzę, że chyba masz za dużo czasu wolnego ;P Oczywiście żartuję. Dzięki, że chciałaś cząstkę tego czasu poświęcić mojemu opowiadaniu. Cieszę się, że dobrze się czytało i że mieszanina wyszła fajna. Polecam się na przyszłość.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Z jednej strony wyraźne, ciepłe skojarzenia z Resnickiem i jego “tropami”, czy to jednorożca, czy wampira, czy wreszcie – niedostępnego w Polsce – smoka (w oryginale to leci jako Stalking the, co z pewnością można było – a osobiście uważam, że nawet należało – przetłumaczyć jakoś ciekawiej, zabawniej i bardziej chwytliwie niż “Na tropie”). A więc sporo zdrowego absurdu, niezgorszy, choć miejscami trochę toporny humor, kryminalne zacięcie oraz sporo interesujących, raczej nietypowych bohaterów i zwrotów akcji. I pod tym względem tekst zdecydowanie na plus. Podobały mi się też niektóre zdania czy po prostu teksty wypowiadane czy wywarczane przez tego lub owego. Generalnie lekka, całkiem sympatyczna lektura. Nie pozbawiona jednak też i pewnych wad.

Pierwszą z nich jest otwierające opowieść zdanie, a potem – zbiorczo – cały akapit.

 

Takiego sylwestra jeszcze w Kobielowej nie widziano, fajerwerki puszczono najlepsze w całej okolicy. (I tu pojawiło mi się takie: i co? I już? Sylwester na propsie, bo puszczali fajerwerki? Gandalf in the town, or what? Brakowało – i to mocno – jakiegoś konkretniejszego opisu, co było takie wyjątkowe w tym sylwestrze, że w ogóle warto o tym pisać. Tu się to ucięło nawet nie w połowie, pozostawiając spory niedosyt) Inna sprawa, że rozochoconej młodzieży od niezbyt legalnych specyfików kolorowo zrobiło się przed oczami już grubo przed północą, więc nie miało większego znaczenia, co jej latało nad głowami. (Tu mi z kolei nie zagrał zaimek “jej”. Niby na miejscu, niby właściwy i w ogóle, ale zupełnie mi to nie brzmi, jako określenie zbiorcze Osobiście zastąpiłbym go czymś w stylu “dzieciakom”. Wiem, pierdoła – bo to w sumie pierdoła – ale też pierwsze wrażenie, te ponoć najważniejsze, a tutaj pierdoły się liczą za trzy ;)

Kolejnym dla mnie minusem jest brak jakiegokolwiek wyjaśnienia, co się właściwie na tym Wschodzie podziało. W sumie spodobało mi się, że ojciec Mariki (zresztą nie tylko on) potraktował gadającego wilka córki, plątającego się po chałupie w tak cudownie filozoficzny sposób – no jest, bo jest, a skoro jest, to jest, więc czemu się tu dziwić? Chyba jeszcze bardziej spodobał mi się w tym aspekcie brat dziewczyny. Ten to już w ogóle osiągnął Zen. Ja jednak, niestety, tego stanu ducha nie dostąpiłem, więc część mojej osobowości – ten impertnyntcki burak w koszulce z napisem “Lubię wiedzieć” – domaga się krwi. Albo chociaż cukierka na pocieszenie.

Niby dobra, rozumiem, że absurd ma prawo negować wszelkie prawa i sikać do piaskownicy, kiedy mu się akurat nawinie piaskownica, ale to takie “nie pytaj mnie, skąd wiem, bo nie wiem” odbieram trochę jako LL (literackie Lenistwo) – nie mam dobrego pomysłu, jak to wszystko wyjaśnić, więc .

 

(sztuczne wydłużanie pe… komentarza rulez;)

 

Generalnie trochę to słabe.

 

Zakończenie – a ściślej, to rozwiązanie zagadki – też mi nie podeszło, bo albo czegoś nie doczytałem (i to dwa do czterech razy) i śledztwo Mariki i spółki, choć skuteczniejsze od policyjnego, w ostatecznym rozrachunku i tak nie miało żadnego znaczenia dla zaginionej i całej wioski, albo ktoś zapomniał dopisać czegoś o wykonywaniu telefonu, dajmy na to i wychodzi, że mundurki pod drzwiami uszyły się same, nie wiadomo jakim sposobem.

Tyle że, tak sobie dumam, gdyby to rzeczywiście była kwestia telefonu, to panowie w gustownym niebieskim zjawiliby się jeszcze pod wieczór, a nie dopiero następnego ranka. Zostaje więc zagadka, jak chłopacy rozwiązali zagadkę? Przypadek? Przesłuchali tego biednego duszka, który zgodził się powiedzieć wszystko, byle ktoś ściągnął wreszcie z niego równie biedną – choć pewnie szczęśliwą po opróżnieniu pęcherza – krowę? W akcie desperacji postanowili zajrzeć do ostatniego miejsca, gdzie jeszcze nie sprawdzali (choć skoro dotąd nie przesłuchali Mariki, ani nawet nie wiedzieli, kim ona jest, to jest to raczej wątpliwe rozwiązanie)? Znaleźli jakieś tajemnicze ślady na drodze donikąd, i postanowili sprawdzić? Nie wiadomo i nawet nie ma za bardzo pola na domysły. Nie widzę też sensu, by robić z tego niedopowiedzenie.

 

Mówiąc krótko, jest – jak zwykle u Ciebie – ładnie, sympatycznie i ciekawie, ale jednak nie mogę powiedzieć, bym był lekturą jakoś specjalnie urzeczony.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, wielkie dzięki za wizytę i obszerny – jak zawsze – komentarz. Niestety odpowiem znacznie lakoniczniej ;(

 

Z zadowoleniem łykam osładzający całość akapit na początku, a resztę biorę na klatę i kajam się.

 

Co do zacytowanego przez Ciebie pierwszego akapitu mojego tekstu – pewnie masz rację. Na dobrą sprawę każde, ale to każde opowiadanie wymaga redakcji. Jedne mniej, inne bardziej, ale każdemu przydałaby się osoba, która nie tylko “betuje” jako tako, bo to dość szerokie pojęcie, ale właśnie zada sobie trud rozłożenia tekstu na części i zastanowienia się, czy można coś zrobić lepiej, czy wszystko jest jasne itp. Oczywiście praktycznie nikt nie ma takiego luksusu. Zmierzam do tego, ze gdyby np. to moje opowiadanie tak przeanalizować zdanie po zdaniu, zostałabym absolutnie zniszczona ;)

 

No taka była konwencja, że rodzina Mariki przyjmuje obecność wilka i Zdzicha bez problemu, bo inaczej musiałabym mocno tekst wydłużyć, co na pewno nie wyszłoby mu na dobre. Uznałam, że w niektóre kwestie zagłębiać się nie będę nie przez lenistwo może, a właśnie dlatego, żeby nie zrobić z tego opka na 100.000 znaków, bo byłoby to bez sensu. Niemniej to nie neguje Twojej racji co do tego, że niektóre rzeczy można było lepiej (albo w ogóle) wyjaśnić.

 

Natomiast co do zakończenia, to poruszyłeś kwestię nader ciekawą. Otóż ja się nawet przez sekundę do tej pory nie zastanawiałam, skąd policja się wzięła pod drzwiami leśniczego. Serio. także w tym wypadku to nie problem LL, tylko problem absolutnej bezmyślności autorki ;)

 

Ale nie będę już przy tym grzebać…

 

Jeszcze raz dzięki za lekturę!

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Wracam z komentarzem piórkowym.

Jak pisałem – jest to dobrze wyważony utwór. Sama koncepcja naprawdę dobra, a tandem Marika-Wilk czytało mi się dobrze.

Jednak to zakończenie uwiera mnie bardzo mocno. Jak na sprawę odnalezienia koleżanki kończy się gładko i bez reperkusji, jak na pokazanie urealnienia powiedzonek wyszło okej, ale bez szczególnych fajerwerków (choć ten Zbychu i licho to naprawdę fajne rzeczy).

Mam więc kłopot. Na klik bez problemu zasługiwało to opowiadanie, na piórko… No, kurcze, nie wiem (zaraz mi tu kurczak przyleci). Czuję, że prawie dociąga, że zmierza w kierunku, ale brakuje kilku milimetrów przez to zakończenie, bym mógł dać tak z czystym sumieniem. Toteż tym razem niestety jestem na NIE. Ale było blisko. Bardzo blisko. Cho… Może lepiej nie, bo jeszcze Gdańsk nawiedzi epidemia pewnej choroby na “ch” ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Pewnie już wiesz, jak głosowałam. Ale oficjalnie:

Ujął mnie fajny pomysł na materializację powiedzonek. Świeży, wiele zmieniający w życiu społeczności, lekko zwariowany, sympatyczny. Ścigająca krowa bardzo przemawia do wyobraźni.

Fajnie również wykreowałaś bohaterki.

Co mi się nie podobało, to już punktowałam. Przede wszystkim dziwaczne zakończenie, które IMO zaburza dobry rytm. Mogło być albo “ssssssss… Łup! sssss… Bum!” albo “ssssssss… Łup!”. A ty stanęłaś na “sssssssss… Łup! Pssst”. Więcej wyjaśnień też bym powitała z otwartymi ramionami.

Po namyśle byłam na TAK.

Babska logika rządzi!

Tak, tak, tak! Jeśli to był eksperyment, to ja jestem za tym, żebyś dalej szła w tą stronę, bo “Panna z wilkiem” podobała mi się najbardziej z Twoich opowiadań, które czytałem. Opowiadanie – co tu szukać pięknych słówek – z jajem. Namiastka tego “jaja” była w Fantomowym opowiadaniu, ale pamiętam, że tam uwierało mnie odtwórcze granie na starych motywach. Tutaj zaznałem tej słynnej “świeżości”, która jest trudna do wyjaśnienia: albo czytelnik ją czuje, albo nie. 

Jasne, tutaj też są stare motywy, ale posłużyłaś się nimi z wyczuciem, a zarazem odważnie. Staruch pisał, że niepotrzebne wulgaryzmy. A moim zdaniem pięknie je tutaj wkomponowałaś (bobo!). Cobold pisał, że humor tani, bimbrowniczy. A moim zdaniem jest o klasę lepiej niż u Pilipiuka. 

Podobało mi się, jak w nieoczywisty sposób wprowadzałaś fantastyczne postaci; Zdzicha rozgryzłem dopiero w końcówce. Pozytywnie zaskoczyło mnie też to, że mieszkańcy wioski ze spokojem przyjmowali obecność wilka, Zdzicha i innych – jak w rasowym realizmie magicznym. 

Językowo nie tylko ładnie, ale też błyskotliwie. Możliwe, że to mnie najbardziej przekonało.

Tytuł fajny.

Zakończenie nie tyle mnie rozczarowało, co po prostu nie zrobiło na mnie wrażenia. Ot, znalazła się Sylwia (Sylwia zaginęła w sylwestra – to celowe?), a ja to zaakceptowałem. Ale już dwa ostatnie akapity bardzo dobre. 

Brightside wspomniał o wyjściu ze strefy komfortu. Do wiejskich scenerii i sielankowych klimatów już nas przyzwyczaiłaś – czekam na coś nowego. Może miasto? Może niepolski, niesłowiański folklor? Tutaj eksperyment wyszedł na dobre, więc może warto spróbować pójść jeszcze dalej i zobaczyć, co z tego wyjdzie? :)

 

Na koniec parę usterek, choć bardzo nieśmiało, z szacunku do Twoich korektorskich umiejętności.

Bo nie wiedział, co.

Przecinek powinien tu być?

Przecież to kurde abstynent tymczasowy jest

Kurde nie powinno być oddzielone przecinkami?

– Tak po prawdzie, to… – urwała.

Moim zdaniem “urwała” z dużej litery. 

@NWM – Fajnie, że jednak większość elementów zagrała, nawet jeśli końcówka wpłynęła na NIE. Jak pisałam wcześniej – biorę to na klatę. Zakończenia są trudne. Mam kupę rozgrzebanych tekstów które boję się kończyć, bo obawiam się, że właśnie końcówką zepsuję coś, co zaczęło się dobrze ; (

 

@Finkla – Dzięki za podsumowanie ;) No wiem, wiem, zakończenie leży. może kiedyś doznam olśnienia i przerobię ten tekst? Kto wie. Co do wyjaśnień zaś… No sama nie wiem, nie chciałam zaburzyć “magicznej” równowagi przez wyjaśnianie skąd się co wzięło. Trudno mi powiedzieć, czy to dobrze, czy to źle, bo niektórym czytelnikom tych wyjaśnień brakowało, a innym nie, więc panuje tu pewna równowaga.

 

@Fun – Naprawdę mnie ogromnie zaskoczyłeś. Nie sądziłam, że kiedykolwiek przypadnie Ci do gustu jakikolwiek mój tekst ;) Co jest krzepiące, bo oznacza, że w ten czy inny sposób można dotrzeć nawet do czytelnika, który dotąd był niezadowolony.

Jeśli chodzi o wulgaryzmy to przyznam, że lubię ich używać w niewielkich ilościach. To podkreśla ich wagę.

No i popatrz, to, co Ci się spodobało (że mieszkańcy wioski przyjmowali bez zdziwienia obecność dziwnych postaci), takiemu Cieniowi nie spodobało się w ogóle. Jak tu trafić do wszystkich czytelników? ;)

Co do trzymania się strefy komfortu to myślę, że ograniczają mnie w pewien sposób własne pomysły. Jak mi przyjdzie kolejny w jakiejś okołobaśniowej konwencji to co, mam nie pisać, tylko czekać na inspirację związaną ze współczesnym miastem? ;) Ale będę starała się rozwijać, promise.

 

Co do baboli, zastanawiam się nad pierwszym. Gdyby zdanie było pełniejsze (”Nie wiedział, co odpowiedzieć”), wątpliwości bym nie miała. Ale w wersji skróconej sama nie wiem. Nie wykluczam, że przedobrzyłam. Muszę pomyśleć.

W drugim przypadku – wtrącenie powinno być albo wydzielone przecinkami z obu stron, albo wcale. W większości przypadków zgrabniej jest te przecinki wstawić, ale tu kierowałam się wyobrażoną sobie przeze mnie intonacją.

Natomiast co do “urywania” masz absolutną rację. Dziwię się, że tak napisałam i że ani razu przy kolejnych czytaniach nie wpadłam na to, by poprawić ;(

 

Jeszcze raz serdeczne dzięki i polecam się na przyszłość :)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

To i ja się dookreśle. Choć mój głos już znasz, ale komentarz był taki “na dwoje babka wróżyła”. Ostatecznie byłem jednak na NIE. I nie chodzi o bimber, bo ostatecznie traktuję go jako konwencje, inteligentnie przełamaną tymi zahaczającymi o purenonsens postaciami. Gorzej z linia fabularną – budowałaś intrygę, sugerowałaś, że rozrzucasz poszlaki i co? Na koniec poszli do lasu, wszyscy się spotkali, okazało się, że się nic nie stało, i żyli długo i szczęśliwie. Tu nawet nie chodzi o brak twistu, tylko o niewykorzystanie zbudowanej bazy. A że możliwości znam, to węszę w tym zwykłe lenistwo.

Przecinek przed co. Słyszałam, że w takich sytuacjach (tylko jeden wyraz po) się go pomija: “Wyjaśnij mi dlaczego” itp.

Babska logika rządzi!

Jak mi przyjdzie kolejny w jakiejś okołobaśniowej konwencji to co, mam nie pisać, tylko czekać na inspirację związaną ze współczesnym miastem?

A ja właśnie chętnie zobaczyłbym okołobaśniowe motywy w miejskiej scenerii. Albo żeby tę wieś wywrócić trochę do góry nogami. Jest sporo urban fiction, jest rural fiction, ale nie kojarzę czegoś na pograniczu. A wsi, które znam najlepiej, to właśnie takie podmiejskie, do których miasto się powoli wdziera. Kiedyś to były po prostu “spożywcze” albo “spożywczo-przemysłowe”, a teraz na każdym zadupiu można się natknąć na Dino, Lewiatana itd. Dużo “miastowych” mieszka na wsi i konfrontuje się z wiejską mentalnością. 

I na odwrót. Obrzeża miast to też często wieś. 

 

O, wiem, co jeszcze mi się spodobało w powyższym opowiadaniu. Było mocniej osadzone w rzeczywistości. A “Zacznijmy tedy od Przemka” nie potrafiłbym umiejscowić w czasie ani przestrzeni, czyli było jak w typowej baśni, która dzieje się wszędzie i nigdzie. Co z tego wynika? Element fantastyczny w baśni nie robi takiego wrażenia, jest tam czymś tak normalnym jak karczma w fantasy :D A wsadzenie fantastyki w rzeczywisty świat (określony choćby tym, że są wymienione z tytułów piosenki disco polo) od razu daje ciekawszy efekt (ogólnie w literaturze konfrontacje przeciwieństw dają ciekawe efekty :P). Byłem raz na imprezie sylwestrowej w remizie, więc łatwiej było mi się utożsamić z bohaterami. Wyobraziłem sobie, na który przystanek poszła Marika. I tak dalej. Na tym chyba polegał mój problem z Twoimi opowiadaniami: świat był niedookreślony. Nie odnajdywałem się w nim. Nie był tym rzeczywistym. Ani żadnym konkretnym, zmyślonym uniwersum. Przeszkadzała mi ta baśniowość, którą postrzegałem jako nijakość. 

Przyjrzyj się temu opowiadaniu, porównaj je z innymi. Myślę, że masz umiejętności, by zadowolić każdego czytelnika (choć nie wszystkich naraz jednym tekstem). 

@Finkla – Dobra, usuwam ;)

 

@Cobold – Dzięki. Niewykorzystanie zbudowanej bazy wyniknęło z ogólnej indolencji twórczej i umysłowej ;(

 

@Funthesystem – O, interesujące. Znaczy dzięki, że zwróciłeś uwagę na ten aspekt – osadzenia fabuły w konkretnym, realnym świecie. Do przemyślenia. Bo rzeczywiście większość moich tekstów dzieje się… gdziekolwiek. Z tych dostępnych na forum to tylko poznańska “Selekcja naturalna” i łódzki “Dżin z tonikiem” wyłamują się z tego schematu.

Tym bardziej cieszy mnie Twój komentarz, bo pracuję właśnie nad czymś, co dla odmiany dzieje się na wsi w środku lasu (;P), ale jest to jak najbardziej współczesna, istniejąca wieś i elementów dookreślających tę współczesność jest bardzo wiele. Mam więc nadzieję, że elementy fantastyczne na tym tle wypadną dobrze, tak jak Tobie spodobały się tutaj na tle wsi Mariki ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Nowa Fantastyka