- Opowiadanie: maggotsinside - Baśń ludów północy

Baśń ludów północy

Dziękuję betującym za ich pomoc i cierpliwość. 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

NoWhereMan, Użytkownicy, Użytkownicy II

Oceny

Baśń ludów północy

1.

 Tam skąd po­cho­dzę czę­sto opo­wia­da się pewną hi­sto­rię. Mówi o chłop­cu o imie­niu Ar­r­luk, który miesz­kał razem ze swym ojcem w nie­wiel­kiej wio­sce, po­ło­żo­nej u pod­nó­ża lo­do­wej góry zwa­nej Yura­iria. Spo­śród po­zo­sta­łych dzie­ci, wy­róż­niał się nie­zwy­kłą by­stro­ścią umy­słu i nie­złom­nym upo­rem. Matka chłop­ca umar­ła wkrót­ce po po­ro­dzie, a oj­ciec nigdy nie zna­lazł kogoś, kto po­mógł­by mu wy­cho­wać dziec­ko w at­mos­fe­rze czu­ło­ści. Po­zo­sta­wio­ny sa­me­mu sobie, Ar­r­luk z każdą ko­lej­ną wio­sną sta­wał się coraz bar­dziej upar­ty i za­pal­czy­wy.

 Chło­piec stro­nił od ludzi i kiedy tylko mógł, sa­mot­nie wy­pra­wiał się na całe dnie w po­szu­ki­wa­niu dzi­kich stwo­rzeń. Wi­dzia­no go w to­wa­rzy­stwie lwów mor­skich, które na­uczy­ły się trak­to­wać malca jako jed­ne­go ze swych mło­dych. Wspi­nał się po gór­skich żle­bach pod czuj­nym okiem kozic, a cza­sa­mi, w tylko sobie zna­nych miej­scach, po­dzi­wiał ta­niec wie­lo­ry­bów. Więk­szość miesz­ka­ją­cych w wio­sce dzie­ci na­uczy­ła się go uni­kać, jed­nak dwoje z nich; Nuti i Qi­mug­kauy­ar, zdo­ła­ło zy­skać jego przy­jaźń.

 Ze swo­ich wy­praw Ar­r­luk wra­cał prze­mar­z­nię­ty i wy­cień­czo­ny. Jego oj­ciec był my­śli­wym i sam rów­nież rzad­ko prze­by­wał w domu. Wszel­kie próby zmu­sze­nia syna do po­słu­szeń­stwa: gło­dów­ka, bicie, krzyk, nie skut­ko­wa­ły i męż­czy­zna w końcu ustą­pił. Upór malca był tak wiel­ki, że z pew­no­ścią do­pro­wa­dził­by do wła­snej śmier­ci, by­le­by tylko nie pod­dać się cu­dzej woli. Męż­czy­zna wy­ja­wił sy­no­wi po­ło­że­nie skry­tek z upo­lo­wa­ną zwie­rzy­ną i z cięż­kim ser­cem prze­stał in­ge­ro­wać w jego życie. Tych dwóch przez długi czas nie po­tra­fi­ło zna­leźć spo­so­bu prze­kro­cze­nia dzie­lą­cych ich ba­rier, aż nagle wszyst­ko ule­gło zmia­nie.

 Pew­ne­go dnia przy­szła po­tęż­na śnie­ży­ca, po niej ko­lej­na i jesz­cze jedna. Gęsty, cięż­ki śnieg nie prze­sta­wał padać nawet na chwi­lę i lu­dzie z wio­ski, gdzie miesz­kał Ar­r­luk nie mogli po­lo­wać ani łowić ryb. Po kilku ty­go­dniach zgro­ma­dzo­ne za­pa­sy za­czę­ły się kur­czyć i nad ludź­mi za­wi­sło widmo głodu.

 Uwię­zio­ny w domu swego ojca, chło­piec po­sta­no­wił, że musi od­na­leźć przy­czy­nę tej nie­zwy­kłej po­go­dy. Któ­re­goś po­ran­ka wy­mknął się z chaty i ru­szył przed sie­bie, nie wie­dząc czego szuka, ani w jaki spo­sób można to od­na­leźć. Ar­r­luk roz­po­czął swą po­dróż pełen za­pa­łu i bez­tro­skie­go opty­mi­zmu. Do­sko­na­le znał oko­li­ce i jeśli w po­bli­żu było coś, co wy­wo­ła­ło tę nie­zwy­kłą śnie­ży­cę, wie­rzył, że to od­naj­dzie. Szedł zatem nie­prze­rwa­nie przez kilka go­dzin, nie na­po­ty­ka­jąc na swo­jej dro­dze ni­cze­go, poza wi­ru­ją­cym cha­osem. Po­cząt­ko­wo wie­rzył, że nawet w tak trud­nych wa­run­kach bę­dzie w sta­nie zna­leźć drogę po­wrot­ną. Jed­nak pod wpły­wem zmę­cze­nia za­czął wąt­pić w swoje siły. Dla­te­go, gdy w krót­kim cza­sie za­padł zmrok, chłop­ca ogar­nął strach i zro­zu­miał, że po­stą­pił nie­roz­trop­nie.

 Ko­lej­ne go­dzi­ny upły­nę­ły na go­rącz­ko­wym po­szu­ki­wa­niu drogi po­wrot­nej. Ar­r­luk pró­bo­wał iść po wła­snych śla­dach, jed­nak śnież­ny puch z ła­two­ścią za­tarł je wszyst­kie. Krzyk­nął łu­dząc się, że ktoś usły­szy wo­ła­nie i przyj­dzie mu na pomoc. Nie­ste­ty pół­noc­ny wiatr za­głu­szył jego słowa, roz­wie­wa­jąc je w zim­nym po­wie­trzu nocy. Wokół nie było nic poza ciem­no­ścią i chło­dem.

 Nagle gdzieś w od­da­li za­mi­go­ta­ło wątłe świa­tło. Ar­r­lu­ko­wi wy­da­ło się, że to je­dy­nie prze­wi­dze­nie, jed­nak gdy wy­tę­żył wzrok, do­strzegł pło­mień tlący się po­śród tu­ma­nów śnież­ne­go pyłu. Nie na­my­śla­jąc się dłu­żej, ru­szył przed sie­bie. Chło­piec był zmę­czo­ny i wy­zię­bio­ny. Się­ga­ją­cy do kolan śnieg od­bie­rał mu po­zo­sta­łe reszt­ki ener­gii.

 Gdy do­tarł na miej­sce, uj­rzał grotę, któ­rej nigdy wcze­śniej nie wi­dział i odzia­ne­go w skóry, ro­słe­go męż­czy­znę, grze­ją­ce­go się przy nie­wiel­kim ogni­sku. Czło­wiek ten zwró­cił ku niemu ogo­rza­łą twarz i z sze­ro­kim uśmie­chem za­pro­sił do środ­ka. Pie­ką­cy się nad ogniem udziec ka­ri­bu był nie­mal go­to­wy. Wkrót­ce nie­zna­jo­my po­ło­żył przed Ar­r­lu­kiem stra­wę i sa­me­mu przy­stą­pił do je­dze­nia. Chło­piec przez chwi­lę przy­glą­dał się po­dejrz­li­wie ofia­ro­wa­ne­mu mu ka­wał­ko­wi mięsa, jed­nak na­si­la­ją­cy się w nim głód zwy­cię­żył.

 Gdy tylko za­spo­ko­ili głód i do­kład­nie ob­li­za­li po­pa­rzo­ne tłusz­czem palce, nie­zna­jo­my męż­czy­zna zwró­cił się do Ar­r­lu­ka.

 – Dla­cze­go opu­ści­łeś swoją chatę w cza­sie tak okrop­nej śnie­ży­cy?

 – Lu­dzie w mojej wio­sce cier­pią głód, śnieg więzi nas i nie po­zwa­la po­lo­wać. Chcia­łem zna­leźć spo­sób, by go za­trzy­mać – od­parł chło­piec.

 – Wiem jak za­trzy­mać pa­da­ją­cy śnieg i uci­szyć wie­ją­cy z pół­no­cy wiatr. Po­tra­fię spra­wić, by stada ka­ri­bu wio­sną za­wsze wra­ca­ły w to samo miej­sce oraz czy­tać przy­szłość z kości kruka. Czy chcesz się tego na­uczyć?

 Ar­r­luk spoj­rzał za­sko­czo­ny na nie­zna­jo­me­go, po czym od­po­wie­dział zde­cy­do­wa­nie:

 – Chcę.

 – Ceną jaką bę­dziesz mu­siał za­pła­cić jest cier­pie­nie, sa­mot­ność, a w końcu też śmierć. W za­mian na­uczysz się cho­dzić wąską ścież­ką mię­dzy świa­ta­mi. Po­znasz język zwie­rząt i na­uczysz się ujarz­miać nie­spo­koj­ne duchy. Lu­dzie będą cię po­dzi­wiać, ale też się cie­bie oba­wiać, gdyż w prze­ci­wień­stwie do nich bę­dziesz wi­dział rze­czy ta­ki­mi ja­ki­mi są. Czy tego wła­śnie pra­gniesz?

 Chło­piec przez dłuż­szą chwi­lę wpa­try­wał się w do­ga­sa­ją­cy ogień. W końcu po­wie­dział:

 – Tak.

 Męż­czy­zna uśmiech­nął się po­now­nie i pa­trząc mal­co­wi głę­bo­ko w oczy rzekł:

 – Wymów moje imię, a bę­dzie jak chcesz.

 – Je­steś Wład­cą Ospy, tym któ­re­go boi się pół­noc­ny wiatr. Tym, który okieł­znał sza­leń­stwo i tym, który wie wszyst­ko – od­po­wie­dział chło­piec bez chwi­li wa­ha­nia, jed­no­cze­śnie od­wza­jem­nia­jąc na­tar­czy­we spoj­rze­nie. Trze­ba bo­wiem wie­dzieć, że poza upo­rem, Ar­r­luk znany był rów­nież ze swo­jej pasji do wsze­la­kich opo­wie­ści. Czę­sto wy­mu­szał na star­szych wio­ski po­wtó­rze­nie hi­sto­rii, które i tak znał już na pa­mięć.

 Męż­czy­zna uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej, po czym wstał i ski­nął na chłop­ca. Razem ru­szy­li w głąb ja­ski­ni.

 Na­stęp­ne­go dnia śnie­ży­ca nie­spo­dzie­wa­nie usta­ła. Pół­noc­ny wiatr za­milkł i miesz­kań­cy wio­ski wy­szli ze swo­ich chat cie­sząc się słoń­cem i błę­kit­nym nie­bem, któ­re­go tak bar­dzo im bra­ko­wa­ło. Jakie było ich zdzi­wie­nie, gdy za­uwa­ży­li Ar­r­lu­ka prze­dzie­ra­ją­ce­go się chwiej­nie przez śnież­ne zaspy. W tłu­mie roz­le­gły się po­na­gla­ją­ce okrzy­ki. Oj­ciec chłop­ca oraz jeden z my­śli­wych ru­szy­li w jego kie­run­ku.

 Dziec­ko było na skra­ju śmier­ci. Męż­czyź­ni za­nie­śli je do chaty, gdzie zdję­to z niego po­kry­te lodem ubra­nia, otu­lo­no skó­ra­mi, a także na­po­jo­no go­rą­cym mle­kiem z odro­bi­ną tłusz­czu. Przez trzy dni i trzy noce Ar­r­luk leżał tra­wio­ny go­rącz­ką w cha­cie swego ojca. Jego przy­ja­cie­le: Nuti oraz Qi­mug­kauy­ar trwa­li przy nim przez cały czas. Nie­ste­ty wkrót­ce stało się pew­nym, że ciało chłop­ca nie znie­sie cię­ża­ru cho­ro­by.

 – Gdyby tylko w na­szej wio­sce był sza­man – mó­wi­li miesz­kań­cy wio­ski. – Z pew­no­ścią zna­la­zł­by spo­sób na prze­bła­ga­nie du­chów i ura­to­wa­nie malca.

 Wśród nich nie było jed­nak ni­ko­go ob­da­rzo­ne­go mocą. Ich wio­ska znaj­do­wa­ła się z dala od prze­ci­na­ją­cych pół­noc szla­ków han­dlo­wych. Mały Ar­r­luk zdany był tylko na sie­bie.

 Czwar­te­go dnia chło­piec obu­dził się jed­nak zu­peł­nie zdro­wy. Na­kar­mio­ny, ze szcze­gó­ła­mi opo­wie­dział o tym jak spo­tkał Wład­cę Ospy i razem z nim wy­ru­szył w po­dróż mię­dzy świa­ta­mi, by czer­pać siłę i wie­dzę od po­tęż­nych du­chów.

 Wedle jego opo­wie­ści naj­pierw zna­lazł się w miej­scu, gdzie stało sie­dem chat róż­ne­go kształ­tu i wiel­ko­ści. Ar­r­luk wszedł do jed­nej z nich, by prze­ko­nać się, że na­le­ży ona do ludzi Wiel­kiej Cho­ro­by. Gdy tylko go zo­ba­czy­li, wy­rwa­li mu serce i wrzu­ci­li do go­tu­ją­cej się wody, a potem zje­dli je ze sma­kiem. W ko­lej­nej cha­cie spo­tkał go­spo­da­rza Sza­leń­stwa, który otwo­rzył jego czasz­kę i wyjął z niej mózg, a po­wsta­łą po nim pust­kę wy­peł­nił roz­to­pio­nym że­la­zem. Na­stęp­nie na­po­tkał go­spo­da­rzy Za­gu­bie­nia, Głu­po­ty, Nie­koń­czą­ce­go się Żalu i in­nych. Dzię­ki nim po­znał wszyst­kie ist­nie­ją­ce cho­ro­by.

 Na­stęp­nie przy­był do kraju sza­ma­nów, gdzie za­har­to­wa­no jego gar­dło i głos. Spo­tkał tam wiele męż­czyzn i ko­biet, któ­rzy chęt­nie dzie­li­li się z nim swoją wie­dzą. Dzię­ki nim po­siadł zdol­ność do śpie­wa­nia pie­śni sza­mań­skich i wpa­da­nia w trans.

 Ostat­nim miej­scem jakie od­wie­dził była kra­ina dzie­wię­ciu je­zior. Po­środ­ku jed­ne­go z nich rosło po­tęż­ne drze­wo, a pod nim swoją pra­cow­nię miał ko­wal-ol­brzym. Nagi męż­czy­zna z po­mo­cą po­tęż­ne­go mie­cha roz­dmu­chi­wał ogień w pa­le­ni­sku, na któ­rym stał ko­cioł, wiel­ki jak po­ło­wa Ziemi. Gdy tylko zo­ba­czył Ar­r­lu­ka, pod­biegł do niego i chwy­cił go po­tęż­ny­mi ob­cę­ga­mi. Na­stęp­nie od­ciął głowę chłop­ca, a po­kro­jo­ne na ka­wał­ki ciało wrzu­cił do kotła, gdzie go­to­wa­ły się przez trzy lata.

 W kuźni ol­brzy­ma znaj­do­wa­ły się trzy ko­wa­dła. Męż­czy­zna po­ło­żył głowę chłop­ca na skraj­nym i wziął do ręki swój młot, jed­nak po chwi­li na­my­słu nie zde­cy­do­wał się ude­rzyć.

 – Na tym ko­wa­dle wy­ku­wa się złych sza­ma­nów – oświad­czył. – Szko­da mi tego malca. To po­wie­dziaw­szy po­ło­żył głowę Ar­r­lu­ka na środ­ko­wym ko­wa­dle, jed­nak i tym razem nie zde­cy­do­wał się ude­rzyć.

 – Ta głowa tu nie pa­su­je. Musi zo­stać wy­ku­ta w inny spo­sób. – Po­wie­dziaw­szy to, po­ło­żył ją na trze­cim ko­wa­dle. Na­stęp­nie ude­rzył w nią kilka razy, jakby spraw­dzał jej wy­trzy­ma­ło­ści i rzekł.

 – Trze­ba po­pra­co­wać nad tą głową, a na pewno zo­sta­nie wiel­kim sza­ma­nem. To jest ko­wa­dło dla do­brych, a nie złych sza­ma­nów.

 Kowal za­czął ude­rzać w głowę z całej siły. Głu­chy dźwięk niósł się wokół bu­rząc spo­kój dzie­wię­ciu je­zior. Gdy ol­brzym skoń­czył swą pracę, wło­żył głowę Ar­r­lu­ka do kotła z zimną wodą, by ją za­har­to­wać i tym samym za­koń­czył swą pracę.

 Po­cząt­ko­wo miesz­kań­cy wio­ski my­śle­li, że chło­pak po­stra­dał zmy­sły, jed­nak jego mowa była skład­na, a umysł czy­sty i nie­ska­la­ny sza­leń­stwem. Po dłu­gich na­ra­dach ze star­szy­zną, oj­ciec dziec­ka zgo­dził się wy­słać go do od­le­głej wio­ski, gdzie żyła stara sza­man­ka Kayuh, by z jej po­mo­cą na­uczył się robić uży­tek z mą­dro­ści prze­ka­za­nej mu przez duchy.

 W ten nie­zwy­kły spo­sób roz­po­czę­ła się hi­sto­ria chłop­ca, który stał się jed­nym z naj­słyn­niej­szych sza­ma­nów pół­noc­nych krain.

 

 2.

 Tego dnia niebo miało barwę po­si­nia­czo­ne­go ciała. Skłę­bio­ne chmu­ry prze­su­wa­ły się ponad nie­ru­cho­mym kra­jo­bra­zem pcha­ne lo­do­wa­tym wia­trem. Stado wron kie­ro­wa­ło się na po­łu­dnie. Syl­wet­ki pta­ków były wy­raź­nie, le­cia­ły w zu­peł­nej ciszy. Po­ni­żej, po­śród nie­skoń­czo­nych śnież­nych wydm, le­ża­ła nie­wiel­ka osada ludzi. Wy­da­wa­ła się być zu­peł­nie za­gu­bio­na w tej kra­inie ciszy i śnie­gu.

 Z po­ło­żo­nej na ubo­czu chaty wy­szedł męż­czy­zna. Odzia­ny w skóry, wy­so­ki, z kru­czo­czar­ny­mi, dłu­gi­mi wło­sa­mi i su­ro­wym, nie­prze­nik­nio­nym wy­ra­zem twa­rzy. W ręce niósł bla­sza­ną miskę, za pasem za­tknię­ty miał długi nóż. Czło­wiek ten pod­szedł do nie­wiel­kiej szopy i otwo­rzył wą­skie drzwi z nie­dba­le zbi­tych desek. Z wnę­trza na­tych­miast wy­sko­czył pies o gę­stym, czar­nym fu­trze i szpi­cza­stych uszach. Prze­peł­nio­ny ra­do­ścią na widok swego pana, ska­kał do­oko­ła, wzbi­ja­jąc tu­ma­ny śnież­ne­go pyłu. Do­pie­ro po chwi­li męż­czyź­nie udało się okieł­znać zwie­rzę i do­się­gnąć rze­mien­nej ob­ro­ży. Ode­szli kil­ka­na­ście me­trów od domu, po czym za­trzy­ma­li się.

 Dmący do tej pory wiatr ustał. Płat­ki śnie­gu, wiel­ko­ści dłoni nowo na­ro­dzo­ne­go dziec­ka, za­czę­ły ude­rzać o zie­mię. Żadna z le­cą­cych w górze wron nie wy­da­ła z sie­bie naj­cich­sze­go dźwię­ku. Męż­czy­zna po­sta­wił bla­sza­ną miskę na śnie­gu, po czym ukląkł za psem rów­no­cze­śnie tuląc się do jego futra. Zwie­rzę jesz­cze przez chwi­lę sa­pa­ło pod­eks­cy­to­wa­ne. Do­pie­ro po chwi­li uci­chło i po­smut­nia­ło, naj­wy­raź­niej poj­mu­jąc za­miar swego pana.

 Męż­czy­zna przy­ci­snął swoją twarz do głowy psa, rów­no­cze­śnie od­gi­na­jąc ją do tyłu, po czym wy­cią­gnął nóż. Za­pach futra przy­wo­dził na myśl wy­su­szo­ną słoń­cem trawę. Nie­zdol­ne prze­ciw­sta­wić się zwie­rzę sie­dzia­ło nie­ru­cho­mo. Ostrze za­kre­śli­ło linię. Pies za­sko­wy­czał, łapy przez chwi­lę wierz­ga­ły roz­pacz­li­wie, roz­ko­pu­jąc biały puch i drąc znaj­du­ją­cą się pod nim zie­mię. Oskar­ży­ciel­ski jęk za­wisł w po­wie­trzu i zwie­rzę znie­ru­cho­mia­ło.

 Wrony nie­prze­rwa­nie kie­ro­wa­ły się na po­łu­dnie. Krew z roz­cię­tej tęt­ni­cy try­ska­ła wprost do bla­sza­nej miski. Męż­czy­zna pła­kał po raz pierw­szy od wielu lat.

 

 3.

 W dniu, gdy przy­pro­wa­dzo­no do niego umie­ra­ją­ce­go chłop­ca, Ar­r­luk obu­dził się z sil­nym bólem głowy. Na­wie­dza­ją­ce go co noc kosz­ma­ry, czę­sto po­zo­sta­wia­ły po sobie taki ślad. Sza­man z tru­dem wstał z wy­sła­ne­go skó­ra­mi po­sła­nia, nie przej­mu­jąc się bra­kiem ubra­nia, roz­pa­lił ogień. Jego ciało było wy­chu­dzo­ne i słabe. Dłu­gie, czar­ne włosy opa­da­ły bez­wład­nie na ra­mio­na. Były skoł­tu­nio­ne, roiło się w nich od wszy. Drżą­cym rę­ko­ma męż­czy­zna do­rzu­cił do go­tu­ją­cej się wody nieco su­szo­nych liści i kilka szczypt brą­zo­we­go prosz­ku. Po cha­cie roz­szedł się przy­jem­ny za­pach ziół.

 Przy­go­to­wa­ny napar stłu­mił nieco ból głowy, ale nie zmu­sił go do odej­ścia. Ar­r­luk czuł głód, jed­nak na myśl, o le­żą­cym w spi­żar­ni mię­sie, ro­bi­ło mu się nie­do­brze. Z tru­dem wró­cił do swo­je­go po­sła­nia. Uło­żył się na boku, zgiął nogi w ko­la­nach i przy­cią­gnął je do klat­ki pier­sio­wej. Za­plótł dło­nie na po­ty­li­cy i mocno ści­snął przed­ra­mio­na­mi głowę. Cza­sa­mi uda­wa­ło mu się w ten spo­sób zmniej­szyć ból, a nie­kie­dy nawet po­wtór­nie za­snąć. Tym razem jed­nak sen od­szedł na dobre i je­dy­ne co mu po­zo­sta­ło, to leżeć bez ruchu, w pół­mro­ku swej par­szy­wej chaty.

 Ostat­nie czasy nie były dla sza­ma­na po­myśl­ne. Uro­dzaj, który prze­po­wie­dzia­ły kości nigdy nie nad­szedł. Stada ka­ri­bu ode­szły z ich ziemi i nigdy nie po­wró­ci­ły. Skła­da­ne ofia­ry nie zdały się na nic. Ostat­nia wio­sna była krót­ka, a lato prze­kwi­tło w mgnie­niu oka. Kilka ty­go­dni temu zima po­wró­ci­ła wraz z całą swą siłą i okru­cień­stwem, mimo że za­pa­sy dla ludzi i zwie­rząt nie zo­sta­ły jesz­cze zgro­ma­dzo­ne. Duchy gnie­wa­ły się, a on nie wie­dział dla­cze­go.

 Mi­nę­ło już wiele ty­go­dni od kiedy ostat­ni raz z kimś roz­ma­wiał. Miesz­kań­cy wio­ski, któ­rym słu­żył przez całe swoje życie, teraz go uni­ka­li. Naj­wy­raź­niej znali praw­dę, którą przez dłuż­szy czas sta­ran­nie ukry­wał. Ciało wciąż było cie­płe, po­ru­sza­ło się i od­dy­cha­ło, jed­nak on sam od dawna był mar­twy. Nawet jeśli nie umrze w ciągu naj­bliż­szym cza­sie, to przed na­sta­niem wio­sny umiesz­czą na jego skro­ni że­la­zną ko­ro­nę i każą mu odejść. Je­dy­ne po­cie­sze­nie, to myśl, że wśród zgro­ma­dzo­nych ziół są też takie, które w razie po­trze­by uwol­nią go od tego po­ni­że­nia.

 Nagle roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi. Po chwi­li ko­lej­ne, a potem jesz­cze raz, ale bar­dziej na­tar­czy­wie. Po­ko­nu­jąc ból ze­sztyw­nia­łych mię­śni, Ar­r­luk na­rzu­cił na sie­bie po­pla­mio­ną zwie­rzę­cym tłusz­czem ko­szu­lę i po­ty­ka­jąc się o roz­rzu­co­ne na pod­ło­dze sprzę­ty, ru­szył w kie­run­ku skąd do­bie­gał hałas. Fala świa­tła ośle­pi­ła go. Do­pie­ro po chwi­li roz­po­znał swych gości. Nic nie mą­ci­ło wszech­obec­nej ciszy. Nikt się nie ode­zwał, nikt nie uczy­nił naj­mniej­sze­go gestu. Spoj­rze­nia i za­ci­śnię­te wargi mó­wi­ły wszyst­ko. Sza­man na po­wrót za­nu­rzył się w mrok swej chaty.

 Przy­nie­sio­ny przez wodza wio­ski Qi­mug­kauy­ara i jego drugą żonę Taqtu chło­piec, umie­rał. Skóra dziec­ka była blada, usta spierzch­nię­te i po­si­nia­łe. Całe ciało po­kry­wa­ły po­tęż­ne sińce, które nie­gdyś fio­le­to­we, obec­nie sta­wa­ły się żółte. Kto­kol­wiek pró­bo­wał go le­czyć, robił to źle i teraz było już praw­do­po­dob­nie za późno, by mu pomóc. Imię chłop­ca brzmia­ło Key­ush. Pa­trząc na nie­ru­cho­mą twarz malca, Ar­r­luk po­wró­cił do cza­sów swego dzie­ciń­stwa.

 Kiedy byli jesz­cze cał­kiem mali Ar­r­luk, Nuti i Qi­mug­kauy­ar byli naj­lep­szy­mi przy­ja­ciół­mi, a za­ra­zem utra­pie­niem całej wio­ski. Byli dzicy, pełni ener­gii i nie­ustra­sze­ni. Nikt nie po­tra­fił ich okieł­znać i kiedy całą trój­ką po­sta­no­wi­li coś zro­bić, za­wsze sta­wia­li na swoim. Poza tym, że spali w osob­nych cha­tach, cały po­zo­sta­ły czas spę­dza­li razem. Wszyst­ko skoń­czy­ło się, gdy na­de­szła Wiel­ka Śnie­ży­ca, a z nią cho­ro­ba Ar­r­lu­ka i jego nauka u sta­rej Kayuh. Pod jego nie­obec­ność po­zo­sta­ła dwój­ka zbli­ży­ła się do sie­bie jesz­cze bar­dziej i gdy Qi­mug­kauy­ar zo­stał wo­dzem wio­ski, Nuti zo­sta­ła jego żoną. Na wieść o tym, Ar­r­luk wy­pra­wił się na wiele dni na śnież­ne pust­ko­wie, by tam w sa­mot­no­ści wy­krzy­czeć swój ból i wstyd. Do­pie­ro wiele lat póź­niej, w cza­sie trud­ne­go po­ło­gu Nuti wy­zna­ła mu skry­cie, że gdyby tylko ist­nia­ła taka moż­li­wość, chcia­ła­by spę­dzić życie wła­śnie z nim. Co z tego, skoro zmar­ła tej samej nocy, wy­da­jąc na świat dziec­ko in­ne­go.

 Sza­man od­go­nił od sie­bie te myśli i po­wró­cił do ba­da­nia dziec­ka. Ar­r­luk znał Qi­mug­kauy­ara na tyle do­brze, by wie­dzieć, że to Taqtu zmu­si­ła go do przy­nie­sie­nia chłop­ca. Wódz wio­ski za wszel­ką cenę uni­kał wzro­ku sza­ma­na, czu­jąc się nie­zręcz­nie w jego obec­no­ści. Znali się całe życie, ale w tym mo­men­cie nic ich już nie łą­czy­ło.

 Gdy sza­man skoń­czył oglą­dać chłop­ca, na po­wrót uło­żył bez­wład­ne ciało na prze­po­co­nym po­sła­niu i wy­pro­sto­wał się. Spoj­rze­nia oboj­ga do­ro­słych skie­ro­wa­ły się jego stro­nę.

 – Przy­nie­ście go o za­cho­dzie słoń­ca – po­wie­dział. – Prze­bła­gam duchy, by po­zwo­li­ły mu zo­stać z wami dłu­żej. – Jego głos był nie­przy­jem­ny, zgrzy­tli­wy ni­czym musz­la ry­su­ją­ca gład­ką po­wierzch­nię ka­mie­nia. Kiedy ostat­ni raz z kimś roz­ma­wiał?

 Oby­dwo­je spoj­rze­li na wątłe ciało umie­ra­ją­ce­go dziec­ka, po czym w mil­cze­niu ode­szli. W oczach ko­bie­ty Ar­r­luk do­strzegł niemą proś­bę, ból i na­dzie­ję. Nie była matką chłop­ca, a jed­nak cier­pia­ła całą sobą. W oczach Qi­mug­kauy­ara trud­no było do­strzec co­kol­wiek. Gdy tylko zo­stał sam, Ar­r­luk na­tych­miast roz­po­czął przy­go­to­wa­nia.

 Sza­man sze­ro­ko otwo­rzył drzwi i okna swo­jej chaty. Część po­roz­rzu­ca­nych sprzę­tów umie­ścił na ich daw­nym miej­scu, po­zo­sta­łe po pro­stu wy­rzu­cił. Za­miótł pod­ło­gę, przy­go­to­wał opał. Wy­stru­gał z drew­na fi­gur­ki wy­obra­ża­ją­ce miesz­ka­ją­ce w za­świa­tach duchy, a także spraw­dził stan swo­je­go bę­ben­ka. Do­brze pa­mię­tał mo­ment, gdy wiele lat temu sa­mo­dziel­nie wy­ko­nał ten in­stru­ment. Za­ję­ło mu to o wiele wię­cej czasu niż mógł się spo­dzie­wać, ale gdy w końcu udało mu się przy­go­to­wać ob­ręcz, na­ciąg i po­dwój­ną mem­bra­nę, a potem po­łą­czyć te ele­men­ty w taki spo­sób, że in­stru­ment wy­da­wał z sie­bie pełny i do­no­śny dźwięk, był z sie­bie na­praw­dę dumny. Teraz, trzy­ma­jąc go w rę­kach, męż­czy­zna nie czuł zu­peł­nie nic.

 Chłop­ca nie dało się ura­to­wać. Sza­man wie­dział to od mo­men­tu, gdy tylko go zo­ba­czył. Jego dusza zbyt długo wę­dro­wa­ła po kra­inie du­chów. Nikt, kogo znał, nie po­tra­fił­by go od­na­leźć, a co do­pie­ro spro­wa­dzić do świa­ta ży­wych. Dla­cze­go więc zgo­dził się to zro­bić? Ar­r­luk nie był pe­wien. Może dla­te­go, że Key­ush był dziec­kiem Nuti, którą kie­dyś tak bar­dzo ko­chał, a któ­rej nie wolno mu było po­ślu­bić? A może po pro­stu li­czył, że ta po­dróż bę­dzie jego ostat­nią?

 Sza­man odło­żył bę­be­nek na bok i za­brał się za przy­go­to­wy­wa­nie mie­szan­ki ziół i grzy­bów, które na­stęp­ne­go dnia miały mu po­zwo­lić wzle­cieć ponad chmu­ry, ponad zimno i ponad mrok. Z go­ry­czą po­my­ślał o mię­sie, któ­re­go część wciąż le­ża­ła w jego spi­żar­ni. Do samej ce­re­mo­nii bę­dzie mu­siał po­ścić, co ozna­cza, że nie­mal wszyst­ko się zmar­nu­je. Mógł­by je komuś ofia­ro­wać, ale do­brze wie­dział, że lu­dzie z jego wio­ski, ni­cze­go od niego nie przyj­mą. Męż­czy­zna do­ło­żył do ognia. Woń ziół wy­peł­nia­ła teraz całe po­miesz­cze­nie. Ar­r­luk za­mknął oczy i po­grą­żył się we wspo­mnie­niach.

 

4.

 Wie­czo­rem Qi­mug­kauy­ar przy­niósł dziec­ko. Uło­żył je na przy­go­to­wa­nym na środ­ku po­miesz­cze­nia po­sła­niu, po czym wy­szedł nie pa­trząc za sie­bie. Taqtu jed­nak zo­sta­ła. Key­ush od­dy­chał płyt­ko i chra­pli­wie, był bar­dzo słaby.

 Ar­r­lujk pod­sy­cił pło­mie­nie w pa­le­ni­sku i wypił przy­go­to­wa­ną wcze­śniej mik­stu­rę, skła­da­ją­cą się z ziół i su­szo­nych grzy­bów. Nie­wiel­ką jej część oddał du­chom ognia. Nie­ru­cho­my do tej pory chło­piec za­kasz­lał. Dym z pa­le­ni­ska draż­nił płuca i oczy, przy­wo­dził na myśl za­pach rzecz­ne­go mułu i je­sien­nych liści.

 Sza­man przy­wdział strój wilka i się­gnął po bę­be­nek. Pierw­sze słowa pie­śni były ciche i bez­kształt­ne, jakby wy­po­wie­dze­nie ich wy­ma­ga­ło od męż­czy­zny ogrom­ne­go wy­sił­ku. Na­stęp­nie do me­lo­dii do­łą­czył rytm, któ­re­mu pod­da­ło się ciało sza­ma­na. Jego ruchy stop­nio­wo na­bie­ra­ły wy­ra­zi­sto­ści, by w końcu zlać się z pie­śnią w jed­no­rod­ny stru­mień ener­gii. Mię­śnie, płuca i pły­ną­ca w ży­łach krew, pod­da­ły się pra­daw­nej sile, za którą po­dą­ża­ło wszyst­ko co żyje. Taqtu przy­glą­da­ła się temu prze­ra­żo­na, nigdy wcze­śniej bo­wiem nie uczest­ni­czy­ła w po­dob­nej ce­re­mo­nii. Trwa­ła jed­nak nie­ru­cho­mo, go­to­wa na wszyst­ko co mogło się wy­da­rzyć.

 Ogień w pa­le­ni­sku skur­czył się. Do­ga­sa­ją­cy żar dawał nie­wie­le świa­tła i wkrót­ce syl­wet­ka sza­ma­na, po­ru­sza­ją­ce­go się wokół nie­ru­cho­me­go ciała dziec­ka, stała się le­d­wie wi­docz­na. Śpiew sta­wał się coraz gło­śniej­szy, słowa wy­ry­wa­ły się z gar­dła męż­czy­zny, z coraz to więk­szą mocą. Rytm bębna wzno­sił się i opa­dał. Z cza­sem pieśń sza­ma­na coraz czę­ściej prze­ra­dza­ła się w zgrzy­tli­we war­cze­nie, jakby skóra wilka sta­pia­ła się z jego wła­sną. Taqtu coraz trud­niej było za­cho­wać przy­tom­ność. Zmę­cze­nie oraz groza roz­gry­wa­ją­ce­go się przed nią spek­ta­klu nie­ubła­ga­nie spy­cha­ły ją na gra­ni­cę snu.

 W pew­nym mo­men­cie ko­bie­ta prze­bu­dzi­ła się. Chatę wy­peł­nia­ła teraz ab­so­lut­na cisza. Ar­r­luk leżał nie­przy­tom­ny tuż obok Key­usha, trzy­ma­jąc bę­be­nek przy­ci­śnię­ty do wła­snej pier­si ni­czym ochron­ny ta­li­zman. Taqtu do­ło­ży­ła opału do ognia i jesz­cze raz spraw­dzi­ła, czy chło­piec jest do­brze okry­ty. Teraz je­dy­ne co jej po­zo­sta­ło, to cze­kać.

 

5.

 Ar­r­luk znaj­do­wał się na szczy­cie nie­wiel­kie­go wzgó­rza. Przed nim roz­cią­ga­ła się roz­le­gła rów­ni­na. Pa­no­wa­ła noc i z roz­sy­pa­nych na bez­kre­snym nie­bie gwiazd są­czy­ło się jed­no­staj­ne, blade świa­tło. Pa­da­ją­cy śnieg był czar­ny i zimny, ale pod wpły­wem cie­pła ciała nie roz­pusz­czał się, a je­dy­nie roz­pa­dał w ni­cość. Ze wszyst­kich stron ota­czał go szczel­ny kor­don strze­li­stych gór. Roz­po­ście­ra­ły się na samym skra­ju wid­no­krę­gu, jed­nak ich obec­ność wy­da­wa­ła się nie­zwy­kle wy­raź­na, jakby to one sta­no­wi­ły ramę, bez któ­rej kra­jo­braz roz­padł­by się w mgnie­niu oka.

 Sza­man ro­zej­rzał się wo­ko­ło, po czym bez wa­ha­nia ru­szył przed sie­bie. Kie­ru­nek nie miał zna­cze­nia. Wie­dział, że ta po­dróż bę­dzie inna niż wszyst­kie po­przed­nie. Z ja­kie­goś po­wo­du w po­go­ni za duszą Key­usha za­wę­dro­wał nie do kró­le­stwa nie­bios, ale w prze­ciw­nym kie­run­ku. Mi­nę­ło już wiele lat od jego ostat­niej wi­zy­ty w pie­kle.

 Przez naj­bliż­sze trzy dni męż­czy­zna szedł przed sie­bie nie na­po­ty­ka­jąc na swo­jej dro­dze żad­nej prze­szko­dy. Śnieg padał nie­prze­rwa­nie, wiatr ustał nie­mal zu­peł­nie. Poza przy­bli­ża­ją­cy­mi się z każ­dym ko­lej­nym kro­kiem za­ry­sem gór, kra­jo­braz nie ule­gał żad­nej zmia­nie. To miej­sce było mar­twe. Przy­szłość i prze­szłość były jed­nym i tym samym. Gwiaz­dy ustę­po­wa­ły miej­sca słoń­cu, o bla­sku jed­na­ko­wo mdłym i po­nu­rym. Czerń prze­ra­dza­ła się w sza­rość, cie­nie skra­ca­ły się, by nie­mal na po­wrót roz­cią­gnąć się w nie­skoń­czo­ność.

 Ar­r­luk od­po­czy­wał tak rzad­ko, jak to tylko było moż­li­we. Pra­gnie­nie i głód wkrót­ce za­czę­ły mu do­skwie­rać, jed­nak on nie zwra­cał na to uwagi. Jego służ­ba nie­od­wra­cal­nie wią­za­ła się z sa­mot­no­ścią i cier­pie­niem. Od­czu­wa­ne w tym mo­men­cie, ni­czym nie róż­ni­ło się od tego, które było jego udzia­łem przez całe życie.

 Trze­cie­go dnia rów­ni­na za­czę­ła się zmie­niać. Po­cząt­ko­wo teren spra­wiał wra­że­nie ide­al­nie pła­skie­go, jed­nak z cza­sem nie­rów­no­ści sta­wa­ły się coraz wy­raź­niej­sze i pierw­sze wzgó­rza za­czę­ły wy­ra­stać na dro­dze męż­czy­zny. Sza­man pró­bo­wał uni­kać le­żą­cych pod czar­nym śnie­giem ka­mie­ni i lodu, lecz mimo to upadł dwu­krot­nie. Nagły ból otrzeź­wił go, si­nia­ki i za­dra­pa­nia nie opóź­ni­ły jego mar­szu.

 W końcu sza­man do­tarł do pod­nó­ża łań­cu­cha gór­skie­go. Ol­brzy­mia masa czar­nych skał wy­ra­sta­ła z ziemi i pięła się do sa­me­go nieba. Zbo­cze wy­da­wa­ło się nie­mal pio­no­we i Ar­r­luk nie­chęt­nie zbo­czył ze swej do­tych­cza­so­wej ścież­ki w po­szu­ki­wa­niu ła­twiej­szej drogi. Ko­lej­ny dzień prze­ro­dził się w noc, gdy męż­czyź­nie udało się w końcu od­na­leźć wąską ścież­kę ukry­tą po­mię­dzy parą ol­brzy­mich gła­zów. Sza­man za­drżał. Stąd nie było już po­wro­tu, od teraz mógł już tylko iść na­przód.

 

6.

 Pnąc się w kie­run­ku szczy­tu góry, Ar­r­luk na­po­ty­kał na swo­jej dro­dze licz­ne po­zo­sta­ło­ści po ist­nie­ją­cych tam nie­gdyś bu­dow­lach. Drew­nia­ne szkie­le­ty domów, kru­sze­ją­ce fun­da­men­ty, tar­ga­ne wia­trem strzę­py tka­nin. Sza­man przy­pusz­czał, że nie­gdyś mogli tu żyć Mali Lu­dzie. Przed­sta­wi­cie­le tej rasy byli bo­ha­te­ra­mi le­gend, ale męż­czy­zna wie­dział też, że wiele z opo­wia­da­nych o nich hi­sto­rii było praw­dzi­wych.

 Na pierw­szy rzut oka Mali Lu­dzie poza samym wzro­stem, bar­dzo przy­po­mi­na­li zwy­kłych ludzi. Byli jed­nak nie­wy­obra­żal­nie silni, tak że każdy z nich z ła­two­ścią mógł unieść do­ro­słe­go ka­ri­bu. Mimo, że byli bar­dzo nie­śmia­li i z za­ło­że­nia uni­ka­li ludz­kich osad, to jed­nak zda­rza­ło się, że do­ko­ny­wa­li drob­nych kra­dzie­ży albo pła­ta­li zło­śli­we figle. Na swoje ofia­ry naj­czę­ściej wy­bie­ra­li tych, któ­rzy źle trak­to­wa­li dzie­ci lub zwie­rzę­ta. Ruiny, któ­ry­mi wy­da­wa­ło się być usła­ne całe zbo­cze góry, wy­wo­ła­ły w męż­czyź­nie złe prze­czu­cia. Trud­no było mu wy­obra­zić sobie co za ka­ta­stro­fa mogła spu­sto­szyć to miej­sce. Po­nu­ry widok za­ab­sor­bo­wał go na tyle, że nie za­uwa­żył zmia­ny, jaka na­stą­pi­ła na wi­szą­cym ponad jego głową nie­bie.

 Tylko in­stynkt, który na­ro­dził się w nim przez te wszyst­kie lata ob­co­wa­nia z du­cha­mi ura­to­wał go przed prze­ra­ża­ją­cą śmier­cią. Zorza po­lar­na roz­bły­sła nad nim w ułam­ku se­kun­dy. Jej dłu­gie, drżą­ce, zie­lon­ka­we łap­ska za­miast do­się­gnąć głowy, ro­ze­rwa­ły skó­rza­ny płaszcz sza­ma­na, po­zo­sta­wia­jąc krwa­we ślady na jego ple­cach. Ar­r­luk za­nur­ko­wał w śnieg, po czym bły­ska­wicz­nie wczoł­gał się po­mię­dzy próch­nie­ją­ce kłody. Mimo prze­szy­wa­ją­ce­go zimna, przy­warł cia­sno do pod­ło­ża, zbyt prze­ra­żo­ny by się po­ru­szyć.

 W jego wio­sce do­ro­śli już od naj­młod­szych lat prze­strze­ga­ją dzie­ci przed zo­rza­mi po­lar­ny­mi. Mówi się, że po­ry­wa­ją dzie­ci i by zrzu­cić je z ol­brzy­miej wy­so­ko­ści do zim­ne­go morza, albo za­no­szą je do swo­jej kra­iny, skąd nie ma po­wro­tu. To dla­te­go, gdy tylko po­ja­wią się na nie­bie, lu­dzie gwiż­dżą, by unie­moż­li­wić im czy­nie­nie krzyw­dy. Ar­r­luk prze­kli­nał teraz swoją lek­ko­myśl­ność. Wi­szą­ce nad nim niebo roiło się od dzie­sią­tek ja­skra­wych zjaw. Męż­czy­zna wy­raź­nie wi­dział ich prze­ra­ża­ją­ce twa­rze o pu­stych oczo­do­łach i dłu­gie, po­wy­krę­ca­ne ra­mio­na. Były nieme, jed­nak obec­ność tak wielu z nich spra­wia­ła, że po­wie­trze wi­bro­wa­ło nie­znacz­nie, two­rząc cichy dźwięk przy­po­mi­na­ją­cy nieco brzę­cze­nie psz­czół. Zorze krą­ży­ły wokół, raz po raz wzno­sząc się i spa­da­jąc po­mię­dzy roz­sia­ne po pła­sko­wy­żu ruiny.

 Sza­man trwał przez chwi­lę nie­ru­cho­mo. Nie mógł cze­kać na na­dej­ście dnia, każda chwi­la jaką mar­no­wał, zmniej­sza­ła szan­se od­na­le­zie­nia chłop­ca. Trzy­ma­jąc się bli­sko ziemi, za­czął czoł­gać się przed sie­bie. Rany na ple­cach oraz prawe ramię i bio­dro, które naj­do­tkli­wiej od­czu­ły upa­dek do­dat­ko­wo go spo­wal­nia­ły.

 Zorze po­lar­ne zda­wa­ły się nie­zdol­ne do­strzec po­sta­ci peł­zną­cej przez śnie­go­we zaspy. Jed­nak z cza­sem, droga sta­wa­ła się coraz trud­niej­sza. Ruiny prze­rze­dzi­ły się i coraz trud­niej było zna­leźć schro­nie­nie przed ata­kiem z góry. Ar­r­luk klu­czył zatem po­mię­dzy szcząt­ka­mi bu­dow­li, by w końcu do­trzeć do miej­sca gdzie roz­po­czy­na­ła się zu­peł­nie pła­ska, otwar­ta prze­strzeń. Po pra­wej stro­nie roz­cią­ga­ła się ścia­na zbu­do­wa­na z gład­kiej, jed­no­li­tej skały, na­to­miast po lewej teren opa­dał gwał­tow­nie, praw­do­po­dob­nie w kie­run­ku prze­pa­ści, albo głę­bo­kie­go wą­wo­zu.

 Męż­czy­zna za­mknął oczy i mimo zimna prze­ni­ka­ją­ce­go całe jego ciało. Czuł płat­ki czar­ne­go śnie­gu ude­rza­ją­ce w jego płaszcz i na­peł­nia­ją­ce go prze­ra­że­niem ciche brzę­cze­nie dra­pież­nych zórz. Po chwi­li otwo­rzył oczy i po­now­nie ro­zej­rzał się wokół. Wy­glą­da­ło, że bę­dzie mu­siał zmar­no­wać ogrom czasu, cze­ka­jąc na na­dej­ście dnia.

 Nagle kil­ka­na­ście me­trów od męż­czy­zny po­ja­wił się srebr­ny lis. Ich spoj­rze­nia spo­tka­ły się na mo­ment i sza­ma­na prze­szedł dreszcz. To było pierw­sze żywe stwo­rze­nie, jakie na­po­tkał na swo­jej dro­dze, od kiedy zna­lazł się w tej prze­klę­tej kra­inie. Lis ob­ró­cił się po­wo­li, po czym nie­spo­dzie­wa­nie znik­nął. W skale mu­sia­ła znaj­do­wać się szcze­li­na. Głowa lisa wy­nu­rzy­ła się spo­mię­dzy skał i zwie­rzę rzu­ci­ło sza­ma­no­wi wy­cze­ku­ją­ce spoj­rze­nie. Dzie­li­ło ich trzy­dzie­ści me­trów po­zba­wio­nych ja­kiej­kol­wiek ochro­ny. Zorze po­lar­ne nie­prze­rwa­nie krą­ży­ły ponad pła­sko­wy­żem i sza­man wie­dział, że ruszą za nim na­tych­miast, gdy tylko go zo­ba­czą.

 Ar­r­luk spraw­dził czy rze­mie­nie płasz­cza są do­brze za­wią­za­ne, a bę­be­nek przy­twier­dzo­ny do pasa. Przez dłuż­szą chwi­lę pró­bo­wał zna­leźć wzór, wedle któ­re­go po­ru­sza­ły się zjawy. Nie­ste­ty, nawet jeśli ist­niał, to sza­man nie po­tra­fił go wy­śle­dzić. Męż­czy­zna za­parł się sto­pa­mi o le­żą­ce pod śnie­giem ka­mie­nie. Mimo, że prze­ra­że­nie zda­wa­ło się po­chła­niać jego wnętrz­no­ści, męż­czy­zna na­piął wszyst­kie mię­śnie do gra­nic moż­li­wo­ści i gwał­tow­nie ru­szył przed sie­bie.

 Nie­mal na­tych­miast po­czuł, że po­peł­nił błąd. Był zmę­czo­ny dłu­gim mar­szem, jego koń­czy­ny prze­mar­z­nię­te i zdrę­twia­łe. W pew­nej chwi­li do­strzegł wid­nie­ją­cą w skale szcze­li­nę, ale zro­zu­miał, że nie zdąży do niej do­trzeć. Upior­ne brzę­cze­nie zórz przy­bra­ło na sile. Nagle, le­żą­cy pod śnie­giem lód pękł i ot­chłań góry wcią­gnę­ła go do swo­je­go wnę­trza.

 

7.

 Ar­r­luk obu­dził się nagle. Roz­pacz­li­wie za­czerp­nął po­wie­trza, krztu­sząc się raz za razem. Jego serce biło jak sza­lo­ne, pró­bu­jąc wy­rwać się z pier­si. Przez dłuż­szą chwi­lę umysł męż­czy­zny błą­dził bez­wład­nie, ciało nie było zdol­ne do ruchu. Ból przy­szedł do­pie­ro po chwi­li. Pa­lą­cy nerwy ogień roz­cho­dził się stop­nio­wo, po­czy­na­jąc od po­ty­li­cy scho­dził w dół wzdłuż krę­go­słu­pa, przez ra­mio­na, ta­le­rze mied­ni­cy i uda, do­cie­ra­jąc aż do pal­ców stóp i dłoni. Przez dłuż­szy czas sza­man leżał nie­ru­cho­mo. Wło­żył do ust rękaw płasz­cza i za­gryzł go z całej siły, dła­wiąc tra­wią­cy go ból.

 W końcu sza­man po­now­nie otwo­rzył oczy. Był słaby i zdez­o­rien­to­wa­ny. Usiadł naj­ostroż­niej jak tylko po­tra­fił i ro­zej­rzał się wokół. Pa­nu­ją­cą wokół ciem­ność nie­znacz­nie roz­pra­sza­ło świa­tło, wle­wa­ją­ce się przez po­je­dyn­cze szcze­li­ny. Mu­siał znaj­do­wać się na jed­nym z lo­do­wych odłam­ków, spły­wa­ją­cych w dół pod­ziem­nej rzeki. Góra, przez którą wio­dła jego droga, kryła w sobie wię­cej ta­jem­nic, niż mógł się tego spo­dzie­wać.

 Ar­r­luk po­now­nie uło­żył się na ple­cach. Wy­rzu­cał sobie lek­ko­myśl­ność, która nie­mal kosz­to­wa­ła go życie, ale rów­no­cze­śnie zda­wał sobie spra­wę, że jego gniew był zu­peł­nie bez­u­ży­tecz­ny. W tym mo­men­cie nie mógł zro­bić nic, poza pod­da­niem się woli nio­są­cej go rzeki. Stop­nio­wo ota­cza­ją­ca męż­czy­znę ciem­ność za­czę­ła prze­ra­dzać się w brud­ną, zu­ży­tą sza­rość. Ar­r­luk pod­niósł głowę. Da­le­ko przed sobą doj­rzał ła­god­ną po­świa­tę, pod­ziem­na rzeka opusz­cza­ła trze­wia góry, a on razem z nią. Obez­wład­nia­ją­ce go otę­pie­nie znik­nę­ło. Wciąż ist­niał cień szan­sy, że uda mu się wy­peł­nić swą misję.

 Jego na­dzie­ja ulot­ni­ła się jed­nak rów­nie szyb­ko, jak się po­ja­wi­ła. Pod­ziem­na rzeka zdra­dzi­ła go. Wy­nio­sła go poza za­sięg żar­łocz­nych zórz, ale rów­no­cze­śnie wpę­dzi­ła w pu­łap­kę bez wyj­ścia. Męż­czy­zna wstał z tru­dem. Jego było sztyw­ne od zimna i bez­ru­chu. Stały ląd zo­stał za jego ple­ca­mi. Przed nim aż po ho­ry­zont roz­po­ście­ra­ło się bez­kre­sne morze. Ota­cza­ją­ca go ze­wsząd woda zda­wa­ła się czar­na i gęsta ni­czym smoła. Nie ist­nia­ła stąd droga uciecz­ki.

 Nagle sza­man uświa­do­mił sobie, że morze pod nim wy­peł­nia się nie­zna­ną mu obec­no­ścią. Coś ol­brzy­mie­go cza­iło się w bez­kre­snych głę­bi­nach, czuł to całym sobą. Ar­r­luk wy­cią­gnął spod płasz­cza swój długi nóż i cze­kał. Spy­cha­ją­cy go z dala od lądu prąd znik­nął i nic nie mą­ci­ło gład­kiej tafli wody.

 W jed­nym mo­men­cie to wszyst­ko znik­nę­ło. Nie­ru­cho­ma toń morza pękła wy­ła­ma­na ciel­skiem ol­brzy­mie­go wie­lo­ry­ba. Stwór wy­strze­lił z głę­bin i uniósł się aż pod sam nie­bo­skłon, gdzie za­wisł na mo­ment, jakby pra­gnąc za­pre­zen­to­wać się w całej swej po­twor­nej oka­za­ło­ści. Ta krót­ka chwi­la zda­wa­ła się trwać przez całe eony, aż nagle czas na po­wrót wzno­wił swój bieg. Stwór runął w dół, za­my­ka­jąc mi­kro­sko­pij­ną syl­wet­kę sza­ma­na w swoim wnę­trzu. Po chwi­li po­wierzch­nia morza na po­wrót stała się gład­ka i nie­ru­cho­ma.

 

8.

 Ar­r­luk otwo­rzył oczy, spo­wi­ja­ła go jed­nak naj­czyst­sza ciem­ność. Spró­bo­wał wstać, jed­nak jego ciało zda­wa­ło się być zu­peł­nie wy­czer­pa­ne. Po­now­nie zna­lazł się w nie­wo­li sił rzą­dzą­cych tą po­nu­rą kra­iną. Był ni­czym za­baw­ka wokół któ­rej za­ci­snę­ły się bez­li­to­sne dło­nie nie­przy­ja­cie­la. Moc, upór i wie­dza za którą za­pła­cił wła­sną krwią, były bez­u­ży­tecz­ne. Cho­dzą­cy trup, roz­cza­ro­wa­nie, drwi­na.

 Męż­czy­zna przez chwi­lę wal­czył ze sobą, ale w osta­tecz­no­ści po­chła­nia­ją­ca jego duszę roz­pacz zwy­cię­ży­ła i Ar­r­luk wydał z sie­bie ochry­płe łka­nie. Oto­czył swą głowę ra­mio­na­mi i ści­snął ją z całej siły. Ogar­nię­ty bez­sil­no­ścią uło­żył się na boku i wył ni­czym ranne zwie­rzę, po­zwa­la­jąc, by ból, który nosił w sobie przez tak długo, wy­do­stał się na ze­wnątrz. W końcu znu­żo­ny za­snął.

 Gdy się obu­dził, przez dłuż­szą chwi­lę leżał na­słu­chu­jąc. Wie­lo­ryb, który go po­chło­nął był tak ol­brzy­mi, że Ar­r­luk nie po­tra­fił stwier­dzić czy be­stia po­ru­sza się, czy też trwa w bez­ru­chu. Jego wnę­trze to jed­no­rod­na ot­chłań, kra­niec ko­smo­su i wszel­kiej na­dziei.

 Sza­man z tru­dem usiadł i oparł się ple­ca­mi o utwo­rzo­ną z gład­kiej tkan­ki ścia­nę. Ubra­nie męż­czy­zny było już suche, ale wciąż sztyw­ne od za­krze­płej soli. Pró­bo­wał uspo­ko­ić umysł, ale im bar­dziej pra­gnął ja­sno­ści, tym trud­niej było mu ujarz­mić swe myśli. Py­ta­nia, które od dawna na­wie­dza­ły go w snach teraz kłę­bi­ły się w jego gło­wie z furią wio­sen­nej burzy. Męż­czy­zna za­czął głę­bo­ko od­dy­chać li­cząc każdy ko­lej­ny wdech i wy­dech, do­kład­nie tak, jak wiele lat temu na­uczy­ła go stara Kayuh.

 Ar­r­luk wró­cił my­śla­mi do tego co wy­da­rzy­ło się w prze­szło­ści. Pa­mię­tał swoje dzie­ciń­stwo, śnie­ży­cę, nagłą cho­ro­bę i spo­tka­nie z Wład­cą Ospy, naukę w od­le­głej wio­sce, a potem po­wrót do domu i służ­bę. Wspo­mi­nał wszyst­ko czego się na­uczył, wszyst­ko co kie­dy­kol­wiek po­wie­dział i zro­bił. W tej ogrom­nej plą­ta­ni­nie przy­czyn i skut­ków pró­bo­wał od­na­leźć ja­ką­kol­wiek nie­pra­wi­dło­wość, ka­ta­stro­fal­ny błąd, który do­pro­wa­dził go do­kład­nie do tego miej­sca i czasu. Do wnę­trza wie­lo­ry­ba. Do sa­mot­no­ści, bez­na­dziei i pust­ki. Ale mimo, że sza­man my­ślał o tym przez długi czas, nie zna­lazł w swej prze­szło­ści po­dob­ne­go wy­da­rze­nia.

 Do­pie­ro wtedy uświa­do­mił sobie, że wy­bo­ry przed ja­ki­mi sta­wał w prze­szło­ści były po­zor­ne. Nawet zna­jąc ich osta­tecz­ny re­zul­tat, nie mógł­by zmie­nić swej de­cy­zji. To kim był kie­ro­wa­ło go w jed­nym i nie­zmien­nym kie­run­ku. Nic nie było w sta­nie zmie­nić tej naj­mniej­szej i naj­głę­biej ukry­tej cząst­ki, która de­cy­do­wa­ła o tym kim był.

 Sza­man wstał i po­wo­li roz­pro­sto­wał obo­la­łe ciało. Z za­sko­cze­niem za­uwa­żył, że sen po­krze­pił go i dodał mu sił. W jego sta­wach wciąż czaił się chłód, jed­nak ciało, choć otę­pia­łe, było mu po­słusz­ne. W tym mo­men­cie, po raz pierw­szy od kiedy roz­po­czął swą po­dróż, wie­dział co musi uczy­nić.

 Ar­r­luk ru­szył przed sie­bie. Stą­pał ostroż­nie, dłoń­mi ba­da­jąc ota­cza­ją­cą go ciem­ność. Po­cząt­ko­wo nie na­tra­fiał na nic poza su­chym po­wie­trzem. Do pierw­szej prze­szko­dy do­tarł po dłuż­szej chwi­li. Sza­man badał ją z po­mo­cą do­ty­ku, by od­kryć, że to ol­brzy­mia łódź, więk­sza niż ja­ka­kol­wiek, którą do tej pory wi­dział. Ob­szedł ją do­oko­ła, uważ­nie ba­da­jąc jej fak­tu­rę i chło­nąc przy­jem­ny za­pach drew­na. Od tej chwi­li na­tra­fiał na ko­lej­ne przed­mio­ty, róż­nych kształ­tów i roz­mia­rów. Nie­któ­re po­tra­fił roz­po­znać od razu, jed­nak wiele z nich było mu zu­peł­nie ob­cych, jakby po­cho­dzi­ły z miejsc i cza­sów, o któ­rych nigdy nie sły­szał. Minął ka­mien­ną fi­gu­rę przed­sta­wia­ją­cą pół ko­bie­tę pół kota, ol­brzy­mie bele cien­kie­go ma­te­ria­łu, który wy­star­czył­by na ty­sią­ce żagli. Prze­szedł przez las mar­twych drzew oraz wydmy po­wsta­łe z psze­ni­cy zmie­sza­nej z su­szo­ny­mi kwia­ta­mi.

 Sza­man parł przed sie­bie, do­pó­ki nie na­tra­fił na sze­reg bu­dow­li skon­stru­owa­nych przy po­mo­cy drew­na, gliny i kości. Tak jak się tego spo­dzie­wał, w środ­ku nie było ni­ko­go. Ar­r­luk sta­nął przed jedną z chat i się­gnął po przy­tro­czo­ny do pasa bę­be­nek. De­li­kat­nie po­gła­dził po­dwój­ną mem­bra­nę.

 Po­cząt­ko­wo, rytm wy­gry­wa­ny przez ze­sztyw­nia­łe od zimna dło­nie, wy­da­wał się być wątły i nie­po­rad­ny. Na prze­mian gubił się w bez­kre­snej pu­st­ce wie­lo­ry­ba, by na po­wrót od­na­leźć wła­ści­we sobie miej­sce. Jed­nak z każdą ko­lej­ną chwi­lą na­bie­rał mocy i pew­no­ści sie­bie. Ten rytm i po­dą­ża­ją­ce jego śla­dem bicie serca przy­po­mnia­ły Ar­r­lu­ko­wi kim był. Przy­wra­cał twa­rze tych, któ­rych nie zdo­łał ura­to­wać, po­raż­ki któ­rym nie zdo­łał za­po­biec. Po raz pierw­szy wy­raź­nie wi­dział, że zo­stał sza­ma­nem tylko dla­te­go, że nie było innej moż­li­wo­ści.

 Nagle Ar­r­luk usły­szał szum skrzy­deł i po­czuł, że coś nie­wiel­kie­go upada u jego stóp. Odło­żył bę­be­nek na bok i się­gnął w ciem­ność. Jego palce na­tra­fi­ły na dwa po­dłuż­ne przed­mio­ty i męż­czy­zna zro­zu­miał, że trzy­ma w dło­niach dre­wien­ka do roz­pa­la­nia ognia. Sza­man się­gnął po nieco za­ście­la­ją­cej pod­ło­że ściół­ki zło­żo­nej z wy­su­szo­nej kory, kwia­tów i liści, po czym za­brał się do pracy. Przez chwi­lę zu­peł­nie nic się nie dzia­ło, gdy nagle wątły język ognia wy­nu­rzy się z ciem­no­ści mo­men­tal­nie ośle­pia­jąc męż­czy­znę i jed­no­cze­śnie ni­we­cząc jego pracę. Ar­r­luk roz­po­czął wszyst­ko na nowo, jed­nak tym razem nie po­zwo­lił się za­sko­czyć. W końcu ogień przy­jął ofia­rę i bły­ska­wicz­nie stra­wił po­da­ro­wa­ne mu po­ży­wie­nie. Po­ja­wi­ły się ko­lej­ne ję­zy­ki, a po se­kun­dzie ogień roz­lał się do­oko­ła i ni­czym wzbu­rzo­na fala za­czął po­chła­niać wszyst­ko, co zna­lazł na swo­jej dro­dze.

 W bla­sku roz­świe­tla­ją­cym prze­past­ność wie­lo­ry­ba Ar­r­luk do­strzegł po­stać kruka przy­cup­nię­tą na zbu­twia­łym masz­cie sta­ro­żyt­ne­go stat­ku. Ptak i czło­wiek spo­glą­da­li na sie­bie w bez­ru­chu. W końcu kruk ob­ró­cił głowę, roz­po­starł skrzy­dła i wzbił się w po­wie­trze, tylko po to by z im­pe­tem rzu­cić się w ogień. Czar­ne pióra ptaka za­ję­ły się w ułam­ku se­kun­dy i zwie­rzę zmar­ło, zanim jego ciało do­tknę­ło pod­ło­ża. Oszo­ło­mio­ny męż­czy­zna po­chy­lił głowę i wy­szep­tał słowa po­dzię­ko­wa­nia. Już wcze­śniej sły­szał o sza­ma­nach i wiedź­mach, któ­rym nie udało się po­wró­cić z wę­drów­ki po kra­inie du­chów. Ten bie­dak mu­siał cze­kać tu bar­dzo długo, zanim spo­tkał kogoś, komu mógł oddać swoje dre­wien­ka i uwol­nić się z tego wię­zie­nia. Ar­r­luk uśmiech­nął się do sie­bie. Jego po­dróż nie po­szła na marne, nawet jeśli miało to być jego je­dy­ne zwy­cię­stwo.

 Roz­po­czę­ty przez sza­ma­na pożar przy­bie­rał na sile. Ciem­ność ode­szła, za­stą­pio­na przez wi­ją­ce się po­śród pło­mie­ni cie­nie. Skar­by, które przez ty­siąc­le­cia wie­lo­ryb zgro­ma­dził w swoim wnę­trzu, teraz ob­ra­ca­ły się w go­rą­cy pył. Ogień coraz śmie­lej lizał po­tęż­ny krę­go­słup be­stii i wy­ra­sta­ją­ce z niego żebra. Snopy iskier prze­szy­wa­ły po­wie­trze ni­czym ko­ro­wo­dy zło­ci­stych tan­ce­rzy. Pożar tra­wił drew­no i wy­gi­nał metal, na­sio­na pę­ka­ły z hu­kiem. Ar­r­luk mu­siał przy­znać, że nie­wie­le rze­czy może do­rów­nać pięk­nu pło­ną­ce­go pie­kła.

 Nagle sza­man po­czuł gwał­tow­ne drże­nie. Przez kilka se­kund nic się nie wy­da­rzy­ło, po czym ol­brzy­mia fala wtar­gnę­ła do wnę­trza be­stii. Ar­r­luk roz­ło­żył ra­mio­na w po­wi­tal­nym ge­ście, tuż przed tym, gdy masa wody ru­nę­ła na jego wątłą po­stać. Sza­man nie pró­bo­wał wal­czyć z po­tę­gą po­chła­nia­ją­ce­go go ży­wio­łu, ale uległ mu cał­ko­wi­cie. Jesz­cze przez dłuż­szą chwi­lę w od­mę­tach lo­do­wa­tej wody dało się za­uwa­żyć po­je­dyn­cze sku­pi­ska ognia, po czym wszyst­ko na po­wrót za­to­nę­ło w ciem­no­ści i ciszy.

 

9.

 Ar­r­luk obu­dził się w nie­wiel­kiej ja­ski­ni. Z za­sko­cze­niem od­krył, że tuż obok pali się ogni­sko, a nad nim, go­tu­je się stra­wa. Usiadł po­wo­li, sta­ra­jąc się nie zwa­żać na pro­te­sty obo­la­łe­go ciała. Pło­ną­cy ogień przy­wo­dził wspo­mnie­nia nie­daw­ne­go po­ża­ru. Męż­czy­zna naj­pierw zo­ba­czył Key­usha. Chło­piec spał opa­tu­lo­ny zwie­rzę­cy­mi skó­ra­mi. Jego klat­ka pier­sio­wa uno­si­ła się i opa­da­ła mia­ro­wo, a nie­zdro­wa bla­dość znik­nę­ła. Za­pa­trzo­ny w ob­li­cze chłop­ca, sza­man do­pie­ro po chwi­li do­strzegł obec­ność jesz­cze jed­nej osoby. Na wprost niego, na po­sła­niu ze skór sie­dzia­ła Nuti. Pa­trzy­ła wprost na niego uśmie­cha­jąc się ła­god­nie. Wy­glą­da­ła do­kład­nie tak jak ją za­pa­mię­tał. W jej dłu­gich wło­sach wid­nia­ło kilka po­je­dyn­czych war­ko­czy, by­stre oczy z ła­two­ścią od­ga­dy­wa­ły jego myśli. Do­pie­ro teraz, wi­dząc ją po raz pierw­szy od tak dłu­gie­go czasu, uświa­do­mił sobie jak bar­dzo za nią tę­sk­nił.

 Ko­bie­ta wsta­ła i usia­dła obok Ar­r­lu­ka. Ob­ję­ła go, przy­tu­la­jąc jego twarz do swo­jej. Dło­nie męż­czy­zny wpiły się w jej ubra­nie, jak gdyby bojąc się, że to ko­lej­na za­sta­wio­na na niego pu­łap­ka. Jesz­cze nigdy nie czuł się tak bez­bron­ny. Za­pach jej ciała, jej dotyk spra­wia­ły, że wszyst­ko inne prze­sta­wa­ło mieć zna­cze­nie. Trwa­li tak przez dłuż­szą chwi­lę, po czym uło­ży­li się obok sie­bie. Leżąc twa­rzą w twarz spo­glą­da­li sobie w oczy, szu­ka­jąc w nich tego, czego nie da się wy­po­wie­dzieć sło­wa­mi.

 Palce Nuti za­głę­bi­ły się w dłu­gich, wło­sach sza­ma­na. Jej druga dłoń ru­szy­ła na po­szu­ki­wa­nie zmian, jakie wy­warł na nim czas. Każda bli­zna, każda świad­czą­ca o za­le­czo­nym zła­ma­niu wy­pu­kłość, były do­kład­nie ba­da­ne i za­pa­mię­ty­wa­ne. Ar­r­luk za­mknął oczy. Ich usta spo­tka­ły się. Ar­r­luk chciał coś po­wie­dzieć, ale nie zna­lazł słów, któ­rych szu­kał. W tym mo­men­cie ist­nia­ła już tylko je­dy­na droga i sza­man wi­dział ją wy­raź­niej, niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej.

 

10.

 Na­stęp­ne­go ranka sza­man opu­ścił ja­ski­nię. Pod jego ubra­niem, tuż przy sercu spało szcze­nię srebr­ne­go lisa. Ar­r­luk zna­lazł je na po­sła­niu gdzie jesz­cze wczo­raj leżał Key­ush. Ciało zwie­rzę­cia było cie­płe i de­li­kat­ne.

 Z półki skal­nej na którą wy­pro­wa­dził go wąski ko­ry­tarz, roz­ta­czał się widok na sze­ro­ką rów­ni­nę, za którą ła­god­nie wzno­si­ło się zna­jo­me wzgó­rze. To tam roz­po­czę­ła się ta po­dróż i to tam się za­koń­czy. Nuti w po­sta­ci srebr­nej li­si­cy cze­ka­ła tuż przy wy­lo­cie z ja­ski­ni. Na jego widok ru­szy­ła przed sie­bie, a on po­dą­żył jej śla­dem. Poza ich trój­ką, nie było tam ni­ko­go.

 Zej­ście w dół za­ję­ło im nie­mal dwa dni. Gdy w końcu do­tar­li do skra­ju rów­ni­ny, z nieba po­now­nie za­czął spa­dać gęsty, czar­ny śnieg. Wie­ją­cy z prze­ciw­ka wiatr przy­brał na sile i do­dat­ko­wo spo­wal­niał męż­czy­znę. Jego od­dech stał się płyt­ki i chra­pli­wy. Zmę­cze­nie, które wy­gna­ła z niego noc przy boku Nuti, po­wró­ci­ło.

 Wkrót­ce ich cel zna­lazł się w za­się­gu wzro­ku. W tym samym mo­men­cie sza­man zdał sobie spra­wę, że cie­pło sku­lo­ne­go pod ubra­niem zwie­rzę­cia za­czy­na po­wo­li ga­snąć. Ze wzro­kiem utkwio­nym w jed­nym punk­cie, Ar­r­luk roz­po­czął naj­trud­niej­szą część wę­drów­ki. Ból prze­szy­wał zmę­czo­ne ciało, koń­czy­ny sztyw­nia­ły od zimna, a płuca zda­wa­ły się być do po­ło­wy wy­peł­nio­ne lo­do­wa­tą wodą. Je­dy­ne co da­wa­ło mu siłę do walki, to ocie­ra­ją­ce się o jego skórę zwie­rzę i pra­gnie­nie by je oca­lić.

 Gdy do­tarł do stóp wzgó­rza i roz­po­czął wspi­nacz­kę, burza roz­pę­ta­ła się na dobre. Gro­ma­dzą­cy się na ubra­niu Ar­r­lu­ka śnieg za­czął top­nieć i na­bie­rać cię­ża­ru. Męż­czy­zna spró­bo­wał strzą­snąć go z sie­bie, ale ten przy­lgnął do jego ubra­nia ni­czym smoła. Od teraz mu­siał wal­czyć o każdy ko­lej­ny krok. Lep­kie pasma czar­nej sub­stan­cji cią­gnę­ły się za nim, wią­żąc go ni­czym łań­cu­chy. Z każ­dym szarp­nię­ciem ciała sza­man zry­wał część z nich, tylko po to, by na ich miej­scu po­ja­wi­ły się nowe, sil­niej­sze pęta. Wkrót­ce nie był już w sta­nie iść. Upadł na ko­la­na i wkła­da­jąc w to całą po­zo­sta­łą mu moc, czoł­gał się na­przód. Nagle roz­legł się stłu­mio­ny trzask i jedna z mem­bran przy­tro­czo­ne­go do pasa bę­ben­ka, pękła pod na­po­rem ob­le­pia­ją­ce­go go śnie­gu.

 Czar­na maź roz­luź­ni­ła wią­żą­cy jego człon­ki uścisk i ni­czym żywy or­ga­nizm prze­su­nę­ła się w kie­run­ku jego głowy. Za­skle­pi­ła oczy i uszy, po czym skie­ro­wa­ła się ku jego ustom. Sza­man pró­bo­wał krzy­czeć, ale słowa, które wy­po­wia­dał, na­tych­miast zdła­wił huku wi­chu­ry.

 – Pomóż mi – wy­szep­tał Ar­r­luk, zwra­ca­jąc się do trwa­ją­cej przy jego boku Nuti. – Pomóż, mi pro­szę!

 Czar­na sub­stan­cja, z siłą, która wstrzą­snę­ła całym cia­łem męż­czy­zny, wtar­gnę­ła do jego gar­dła. Wnętrz­no­ści wy­peł­ni­ły się prze­raź­li­wym zim­nem, każda ko­mór­ka jego ciała umie­ra­ła osob­no.

 W jed­nym mo­men­cie wszyst­ko się skoń­czy­ło. Zimno i mrok ode­szły. Uni­ce­stwio­ne ciało męż­czy­zny na po­wrót stało się ca­ło­ścią. Gwiaz­dy zga­sły, góry za­pa­dły się, a czar­ny śnieg wy­pa­ro­wał. W prze­strze­ni wy­peł­nio­nej bia­łym świa­tłem stała cała ich trój­ka; Ar­r­luk, Nuti i Key­ush. Wie­dzie­li, że nie mają wiele czasu na po­że­gna­nie.

 

11.

 Key­ush otwo­rzył oczy. Do­ga­sa­ją­ce ogni­sko utrzy­my­wa­ło po­miesz­cze­nie w pół­mro­ku. Ota­cza­li go jacyś lu­dzie, ich głosy wy­da­wa­ły mu się zna­jo­me, jed­nak nie po­tra­fił po­wie­dzieć do kogo na­le­ża­ły. Pró­bo­wał się po­ru­szyć, ale jego ciało było zbyt słabe. Po­da­no mu kubek won­ne­go na­pa­ru i na­kar­mio­no go odro­bi­ną chle­ba roz­mo­czo­ne­go w cie­płym mleku. Po chwi­li na po­wrót osu­nął się w ciem­ność.

 Mi­ja­ją­ce ty­go­dnie i tro­skli­wa opie­ka przy­wra­ca­ły chłop­cu siły. Długa cho­ro­ba i bez­ruch spra­wi­ły, że jego mię­śnie skur­czy­ły się i osła­bły. Chło­piec po raz ko­lej­ny mu­siał uczyć się cho­dzić. Wła­sna nie­moc i pomoc jaką nie­ustan­nie ofia­ro­wa­li mu inni, bu­dzi­ły w nim gniew i wstyd. Dla miesz­kań­ców wio­ski był to jed­nak ra­do­sny czas, gdyż wraz z Key­ushem po­wró­ci­ły też stada ka­ri­bu i pierw­szy raz od bar­dzo dawna, mogli na­jeść się do syta.

 Pod­czas gdy chło­piec wciąż do­cho­dził do sie­bie, roz­po­czę­to przy­go­to­wa­nia do po­grze­bu Ar­r­lu­ka. Ku zdzi­wie­niu wszyst­kich, z naj­od­le­glej­szych skraw­ków pół­no­cy przy­by­li sza­ma­ni by oddać mu hołd. Mimo, że nikt po nich nie po­sy­łał, wie­dzie­li gdzie i kiedy mają się zja­wić. W trak­cie ce­re­mo­nii każdy z nich, po­zba­wił swój bę­be­nek jed­nej z mem­bran i od tego dnia, by upa­mięt­nić to czego do­ko­nał ich brat, sza­ma­ni pół­no­cy już za­wsze po­wle­ka­li swe in­stru­men­ty tylko z jed­nej stro­ny.

 Miesz­kań­cy wio­ski byli onie­śmie­le­ni na­głym przy­by­ciem tak czci­god­nych gości. Wielu z nich nie ro­zu­mia­ło po­wo­du ich przy­by­cia. Znali oni Ar­r­lu­ka je­dy­nie z jego nie­po­wo­dzeń i sła­bo­ści.

 – Czy od­da­je­cie mu hołd dla­te­go, że oca­lił chłop­ca? – py­ta­li. – A może dla­te­go, że oca­lił też wa­sze­go brata, kruka? – do­cie­ka­li inni.

 – Nie – od­po­wia­da­li sza­ma­ni. – Przy­by­li­śmy po­nie­waż zdo­łał oca­lić sa­me­go sie­bie.

 Po po­grze­bie przy­by­sze roz­pierz­chli się w różne stro­ny. Od­cho­dzi­li sa­mot­nie albo pa­ra­mi. Miesz­kań­cy wio­ski hoj­nie ob­da­ro­wa­li ich świe­żym pro­wian­tem. O tym co się wy­da­rzy­ło opo­wia­da­no jesz­cze przez długi czas, tak że dzi­siaj każdy miesz­ka­niec pół­no­cy zna hi­sto­rię Ar­r­lu­ka i jego nie­zwy­kłej po­dró­ży.

 Key­ush po­wró­cił do swych zabaw i obo­wiąz­ków. Jego przy­ja­cie­le cze­ka­li na niego z utę­sk­nie­niem, to prze­cież on był naj­zręcz­niej­szy i naj­śmiel­szy z nich wszyst­kich. Mimo po­cząt­ko­we­go en­tu­zja­zmu, chło­piec wkrót­ce od­krył, że wspól­na za­ba­wa nudzi go. Czas, który spę­dził wę­dru­jąc po ze­wnętrz­nych świa­tach w jakiś spo­sób od­da­lił go od ró­wie­śni­ków. Każ­dej nocy na­wie­dza­ły go sny, któ­rych zna­cze­nia nie ro­zu­miał. Wi­dział w nich męż­czy­znę ubra­ne­go w strój kruka, roz­pa­la­ją­ce­go ogień we wnę­trzu ko­ścia­nej klat­ki. Sły­szał dud­nie­nie bęb­nów i to­wa­rzy­szą­cy im sze­lest wia­tru. Czuł jak jego krew go­tu­je się, a płuca wy­peł­nia­ją smołą. Każ­de­go ranka bu­dził się zmę­czo­ny i oszo­ło­mio­ny.

 

12.

 Do­kład­nie rok póź­niej Key­ush za­cho­ro­wał. Przez trzy dni i trzy noce leżał na po­sła­niu drę­czo­ny przez kosz­ma­ry, tra­wio­ny przez go­rącz­kę. Chcia­no po­słać po naj­bli­żej miesz­ka­ją­ce­go sza­ma­na, jed­nak zanim się to stało, Key­ush prze­bu­dził się zu­peł­nie zdro­wy.

 Gdy tylko otwo­rzył oczy, na­tych­miast pod­niósł się z po­sła­nia, umył w zim­nej wo­dzie, po czym ubrał się i tego sa­me­go dnia wy­ru­szył w drogę. Jego oj­ciec i ma­co­cha o nic nie py­ta­li, a je­dy­nie po­wstrzy­mu­jąc ci­sną­ce się do oczu łzy, ży­czy­li mu po­wo­dze­nia. Key­ush szedł przez dwa dni, po czym do­tarł do po­ło­żo­nej nad brze­giem nie­wiel­kiej wio­ski, gdzie miesz­kał stary sza­man Ton­rar. Sta­rzec sły­nął nie tylko ze swych umie­jęt­no­ści uzdra­wia­nia, ale też prze­po­wia­da­nia przy­szło­ści, dla­te­go od dawna ocze­ki­wał przy­by­cia no­we­go ucznia.  

 Upły­wa­ją­ce na nauce lata mi­ja­ły szyb­ko. Key­ush wkrót­ce zbu­do­wał wła­sny bę­be­nek o po­je­dyn­czej mem­bra­nie i po­wró­cił, do swej wio­ski by zająć miej­sce Ar­r­lu­ka. Jego bra­cia mó­wi­li mię­dzy sobą „Oto ten, który umarł dwa razy, a jed­nak żyje”. Ufali mu, ale jed­no­cze­śnie nigdy nie prze­sta­li się go oba­wiać. Wie­dzie­li bo­wiem, że moc sza­ma­na zwie­lo­krot­ni­ła się dzię­ki sile tego, który oddał za niego życie.

 Key­ush nie zwa­żał na to i słu­żył swym lu­dziom naj­le­piej jak tylko po­tra­fił. Ko­chał ich całym ser­cem, jed­nak nigdy ni­ko­mu nie zdra­dził, że pod­czas swych wę­dró­wek po kra­inie du­chów, czę­sto to­wa­rzy­szą mu srebr­na li­si­ca i wilk o sier­ści czar­nej ni­czym smoła.

Koniec

Komentarze

Ludzie, czemu tu nie ma komentarzy? Mnie indiańsko-szamańskie klimaty zupełnie nie kręcą, ale i tak przeczytałem z zainteresowaniem. Za samo to należą się moje gratulację. Kliknąłbym bibliotekę, ale nie mam takich mocy.

Przypomina mi to takie baśnie w starym stylu. Trochę miałem skojarzeń z “czarnoksiężnikiem z archipelagu”, ale nie wiem czemu, więc nie ma sensu pytać. Tak czy inaczej nieźle :)

 Będzie z tego jakaś seria?

lol

Ciekawy tekst. Też lubię baśnie dla dorosłych, poza tym uwielbiam historie “północy”. Opowiadanie mnie zaintrygowało, wciągnęło, uległam niesamowitemu nastrojowi. Natomiast nie kliknę jeszcze biblioteki, ponieważ zauważyłam pewne niedostatki warsztatowe. Wypiszę kilka, bo nie jestem dobra w szczegółowych łapankach, ale ufam, że da to pogląd Autorowi, nad czym ewentualnie popracować.

 

Sięgający do kolan śnieg odbierał mu pozostałe resztki energii. Gdy dotarł na miejsce, ujrzał grotę – jakby śnieg dotarł na miejsce

 

ujrzał … rosłego mężczyznę, grzejącego się przy niewielkim ognisku. Człowiek ten zwrócił ku niemu ogorzałą twarz i z szerokim uśmiechem zaprosił do środka. – Do środka ogniska? Auć!

 

nieznajomy położył przed Arrlukiem strawę i samemu przystąpił do jedzenia –  „sam” brzmiałoby lepiej

 

nasilający się w nim głód zwyciężył. Gdy tylko zaspokoili głód – powt

 

Wiem,(+) jak zatrzymać padający śnieg

Ceną, (+) jaką będziesz musiał zapłacić

a będzie, (+) jak chcesz

 

Często wymuszał na starszych wioski powtórzenie historii, które i tak znał już na pamięć. – zdanie poprawne gramatycznie (no prawie, gdyby zmienić powtórzenie na powtarzanie), ale kiepski styl; proponuję, np. wymuszał, by wielokrotnie opowiadali te same historie, lub wysłuchiwał z przyjemnością wciąż tych samych historii, itp.

 

mieszkańcy wioski wyszli ze swoich chat,(+) ciesząc się słońcem

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Hmmm. Mnie się opowieść dłużyła, szczególnie rozkminy szamana.

Brakowało mi nieco geograficznych osobliwości życia na dalekiej północy. Raptem jedna zorza, żadnej nocy polarnej ani dnia. Odnosiłam wrażenie, że słonko grzecznie codziennie wieczorem zachodzi, jak u nas.

A lwom morskim (samcom) nie zdarza się czasem rozwałkować własne dziecko?

Ale fajnie przedstawione wędrówki szamana po różnych światach.

Technicznie szału nie ma. Interpunkcja kuleje, styl trochę niewyrobiony. Szczególnie na początku.

Mówi ona o chłopcu o imieniu Arrluk. Mieszkał on razem ze swym ojcem w niewielkiej wiosce, położonej u podnóża lodowej góry zwanej Yurairia. Spośród pozostałych dzieci, wyróżniał się niezwykłą bystrością umysłu i niezłomnym uporem. Jego matka

Zaimkoza.

 

Kliknąłbym bibliotekę, ale nie mam takich mocy.

Janieadalbercie, ależ masz takie moce. Wyszukaj w HP temat o nominacjach bibliotecznych i poczytaj.

Babska logika rządzi!

I mnie spodobała się Twoja baśń, ale nie ukrywam, że chyba lepiej by mi się ją czytało, gdyby nie dość powolne tempo, szczególnie wędrówki Arrluka, podyktowane i usprawiedliwione surowymi warunkami.  Być może nie odczułabym też swoistego znużenia, gdybym mogła poświęcić się wyłącznie lekturze, ale cóż, miejscami musiałam brnąć przez tekst, albowiem wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

Brakło mi natomiast opisania tej części życia chłopca, kiedy pobierał nauki u szamanki.

Zastanawiam się też, jaki lud opisujesz – czy całkiem wymyślony, czy też istniejący rzeczywiście. Jeśli w Twojej Krainie niemal bez przerwy panuje zima, skąd ludność wioski ma chleb i mleko? Jeśli mają jakieś owce czy kozy, czym je karmią? Czy ci ludzie rzeczywiście noszą płaszcze, czy raczej praktyczniejsze w surowych, północnych warunkach futrzane kurty, skąd mają koszule?

 

Się­ga­ją­cy do kolan śnieg od­bie­rał mu po­zo­sta­łe reszt­ki ener­gii. –> Skoro śnieg padał tak długo, że w wiosce zaczęło brakować żywności, to wydaje mi się że było go znacznie więcej, niż do kolan chłopca.

 

Moi lu­dzie cier­pią głód, śnieg więzi nas i nie po­zwa­la po­lo­wać. Chcia­łem zna­leźć spo­sób, by go za­trzy­mać – od­parł chło­piec. –> Chłopiec nie ma w wiosce swoich ludzi.

Proponuję: Lu­dzie w mojej wiosce cier­pią głód

 

gdzie zdję­to z niego po­kry­te lodem ubra­nia, okry­to skó­ra­mi… –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …gdzie zdję­to z niego po­kry­te lodem ubra­nie, otulono skó­ra­mi

 

a także na­po­jo­no go­rą­cym wy­wa­rem z odro­bi­ną tłusz­czu. –> Wywarem z czego?

 

ko­wal-ol­brzym. Nagi męż­czy­zna z po­mo­cą ol­brzy­mie­go mie­cha… –> Nie brzmi to najlepiej. 

 

Tego dnia niebo miało barwę po­si­nia­czo­ne­go ciała. –> Siniaki na ciele mogą mieć barwę od ciemnoczerwonej, przez odcienie fioletu, niebieskości, zieleni aż po żółć. Czy takie barwy miało niebo tego dnia?

 

Nie­zwo­dl­ne się prze­ciw­sta­wić zwie­rzę sie­dzia­ło nie­ru­cho­mo. –> Czy tu miało być: Nie­zdo­l­ne prze­ciw­sta­wić się zwie­rzę sie­dzia­ło nie­ru­cho­mo.

 

Na­wie­dza­ją­ce go co noc kosz­ma­ry, czę­sto po­sta­wia­ły po sobie taki ślad. –> Literówki.

 

je­dy­ne co mu po­zo­sta­ło, to leżeć bez­ru­chu… –> …je­dy­ne co mu po­zo­sta­ło, to leżeć bez ­ru­chu

 

za­pa­sy dla ludzi i zwie­rząt nie zo­sta­ły jesz­cze za­bez­pie­czo­ne. –> Raczej: …za­pa­sy dla ludzi i zwie­rząt nie zo­sta­ły jesz­cze zgromadzone.

 

Mi­nę­ło już wielu ty­go­dni od kiedy ostat­ni raz z kimś roz­ma­wiał. –> Literówka.

 

Naj­wy­raź­niej znali praw­dę, która jemu też wy­da­wa­ła się oczy­wi­sta. Jego ciało wciąż było cie­płe, po­ru­sza­ło się i od­dy­cha­ło, jed­nak on sam od dawna był mar­twy. Nawet jeśli nie umrze w ciągu naj­bliż­szym cza­sie, to przed na­sta­niem wio­sny umiesz­czą na jego skro­ni że­la­zną ko­ro­nę i każą mu odejść. Je­dy­ne co go po­cie­sza­ło, to myśl, że wśród jego ziół są też takie, które w razie po­trze­by uwol­nią go od po­ni­że­nia. –> Przykład nadmiaru zaimków. Czy wszystkie są konieczne?

Bardzo często nadużywasz zaimków.

 

Ar­r­luk na­rzu­cił sie­bie po­pla­mio­ną zwie­rzę­cym tłusz­czem ko­szu­lę… –> Ar­r­luk na­rzu­cił na sie­bie po­pla­mio­ną zwie­rzę­cym tłusz­czem ko­szu­lę

 

po­ty­ka­jąc się o roz­rzu­co­ne po pod­ło­dze sprzę­ty… –> …po­ty­ka­jąc się o roz­rzu­co­ne na pod­ło­dze sprzę­ty

 

gdy Qi­mug­kauy­ar odzie­dzi­czył po swym ojcu rolę wodza wio­ski… –> Bycie wodzem chyba nie jest graniem roli. Czy rolę można odziedziczyć?

Proponuję: …gdy Qi­mug­kauy­ar, po swym ojcu, został wodzem wio­ski

 

Uło­żył je na przy­go­to­wa­nym na przy­go­to­wa­nym na środ­ku po­miesz­cze­nia po­sła­niu… –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

po czym wy­szedł nie oglą­da­jąc się za sie­bie. –> Masło maślane. Czy mógł obejrzeć się przed siebie?

Wystarczy: …po czym wy­szedł, nie oglą­da­jąc się. Lub: …po czym wy­szedł, nie patrząc za sie­bie.

 

Chatę wy­peł­nia­łą teraz ab­so­lut­na cisza. –> Literówka.

 

Pa­no­wa­ła noc i z roz­sy­pa­nych po bez­kre­snym nie­bie gwiaz­dy są­czy­ło się jed­no­staj­ne, blade świa­tło. –> Pa­no­wa­ła noc i z roz­sy­pa­nych na bez­kre­snym nie­bie gwiaz­d są­czy­ło się jed­no­staj­ne, blade świa­tło.

 

pierw­sze wzgó­rza za­czę­ły wy­ra­stać na dro­dze męż­czy­zny. Męż­czy­zna pró­bo­wał… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

w końcu męż­czyź­nie udało się od­na­leźć wąski trakt ukry­ty po­mię­dzy parą ol­brzy­mich gła­zów. –> Trakt, o ile się nie mylę, bywa raczej szeroki.

 

stro­ma ścież­ka bu­dzi­ły w nim strach. –> Literówka.

 

ro­ze­rwa­ły skó­rza­ny płaszcz sza­ma­na, po­zo­sta­wia­jąc krwa­we szra­my na jego ple­cach. –> Drapiąc plecy można je zranić, ale szramy powstaną dopiero po zagojeniu się ran.

 

wczoł­gał się po­mię­dzy próch­nie­ją­ce kłody drew­na. –> Czy próchniejące kłody mogą być inne, nie drewniane.

 

twa­rze o pu­stych oczo­do­łach i dłu­gie po­wkrę­ca­ne ra­mio­na. –> W co były powkręcane ramiona?

 

Szra­my na ple­cach oraz prawe ramię i bio­dro… –> Rany na ple­cach oraz prawe ramię i bio­dro

 

Zorze Po­lar­ne zda­wa­ły się nie zdol­ne do­strzec… –> Zorze po­lar­ne zda­wa­ły się niezdol­ne do­strzec

 

wspo­mnie­nia, które na co­dzień sta­rał się trzy­mać z da­le­ka. –> …wspo­mnie­nia, które na co ­dzień sta­rał się trzy­mać z da­le­ka.

 

Pa­mię­tał też swo­ich ro­dzi­ców, oschłe­go ale życz­li­we­go mu ojca, oraz matkę… –> Na początku napisałeś: Jego matka umar­ła wkrót­ce po po­ro­dzie… –> W jaki sposób Arrluk mógł pamiętać matkę?

 

wył ni­czym ranne zwie­rze… –> Literówka.

 

Sza­man nie­pew­nie sta­nął na nogi… –> Czy mógł stanąć inaczej, nie na nogi?

 

jed­nak wiele z nich było mu zu­peł­nie obce… –> …jed­nak wiele z nich było mu zu­peł­nie obcych

 

To wła­śnie wtedy wtedy w bla­sku roz­świe­tla­ją­cym prze­past­ność wie­lo­ry­ba… –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Z wzro­kiem utkwio­nym w jed­nym punk­cie… –> Ze wzro­kiem utkwio­nym w jed­nym punk­cie

 

wkła­da­jąc w to całą po­zo­sta­łą mu moc, czoł­gał się na przód. –> …czoł­gał się naprzód.

 

po czym skie­ro­wa­ła się w kie­run­ku jego ust. Sza­man pró­bo­wał krzy­czeć, ale słowa, które wy­do­by­ły się z jego ust na­tych­miast zdła­wił huku wi­chu­ry.–> Brzmi to fatalnie.

Proponuję: …po czym skie­ro­wa­ła się ku jego ustom. Sza­man pró­bo­wał krzy­czeć, ale słowa, które wypowiadał, na­tych­miast zdła­wił huk wi­chu­ry.

 

na­kar­mio­no go odro­bi­ną chle­ba roz­mo­czo­ne­go cie­płym mle­kiem. –> …na­kar­mio­no go odro­bi­ną chle­ba roz­mo­czo­ne­go w cie­płym mle­ku.

 

roz­pa­la­ją­ce­go ogień we wnę­trzu ko­ścia­nej klat­ki. Sły­szał dud­nie­nie bęb­nów i to­wa­rzy­szą­cy im po­mruk wnę­trza ziemi. –> Powtórzenie.

 

Chcia­no po­słać po naj­bli­żej miesz­ka­ją­ce­go sza­ma­na, jed­nak za nim się to stało… –> …jed­nak zanim się to stało

 

Ko­chał ich całym serce… –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Całkiem niezła opowieść. Tworzysz fajny klimat szamanów i wierzeń, historia w zarysie jest bardzo ciekawa. Jednak niepotrzebnie wydłużałeś podróż Arrluka po krainie duchów – w pewnym momencie zacząłem już ją skanować, bo miałem wrażenie, że wiele elementów nie wnosiło nic do treści.

Zabrakło mi też na początku akcentu na stosunki Arrluka, Nuti i Qimugkauyara, przez co informacja, kto kogo i dlaczego kochał nie wzbudziła zainteresowanie.

Podsumowując: jest tu niezła historia i mocny klimat, za który dam klika. Ale samej opowieści przydałoby się trochę szlifów, by ją skrócić.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Właściwie popieram. Świetny klimat (nie chodzi o pogodę), interesująca i wciągająca rzecz. Ale znakomite opowiadanie to jednak nie jest, potrzeba było by jeszcze pieszczenia, jeszcze szlifów. Być może właśnie przycięcia. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Co do błędów i zarzutów o wydłużoną podróż Arrluka to napiszę, że i tak jest lepiej niż było na początku :) Zaś błędy można poprawić i kolega pewnie to zrobi (prawda, Maggot?).

Z natury jestem strasznym pesymistą i marudzę na każdym kroku, ale przyznam, że świat i historia mnie urzekły. Jestem na bakier z mitologiami, a szczególnie z tymi północnymi, nie-wikingowymi i to było dla mnie przyjemne zaskoczenie – brak wikingów :) Może i relacje między bohaterami nie zostały nakreślone mocno, ale według mnie rdzeniem opowiadania był sam Arrluk oraz jego podróż i rozterki. Uważam, że jego postać została dobrze narysowana i poprowadzona, a przygody niebanalne. Zaskoczyło mnie również zakończenie, a dokładnie morał historii. Trafił w moje gusta.

Czytałem z przyjemnością, zagłębiając się w świat śniegu. Chociaż przy obecnych mrozach już trochę zniechęciłem się do zimy :)

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Przepraszam, że odpisuję dopiero teraz, jestem w trakcie intensywnej przeprowadzki i nie do końca ogarniam ;)

@janadalbert

Fajnie, że ci się podoba :) Seria? Co masz na myśli?

 

@fleurdelacour

Dzięki za wskazówki, postaram się nanieść poprawki w wolnej chwili.

 

@Finlka

No właśnie ta północ nie jest aż tak daleka i dlatego są tu pory roku ;) Kilka lat temu spędziłem trochę czasu na Islandii i bazując na tym doświadczeniu wydawało mi się, że mogę sobie pozwolić na brak dnia i nocy polarnej. Ale może masz rację, prawdopodobnie ten element dało by się jakoś fajnie wykorzystać.

 

@regulatorzy

Boję się, że jeśli napisałbym więcej o pobieranych przez chłopca naukach, to tekst stałby się jeszcze bardziej nużący. Ale pomyślę o tym przygotowując kolejną wersję :)

Jak zauważyła Finkla, w przedstawionym świecie są pory roku, dlatego utrzymanie zwierząt i handel powinny być możliwe (wydaje mi się, że wspominałem szlaki handlowe). Ludzie i ich zwyczaje oraz instytucja szamana, to połączenie tego co można znaleźć u Inuitów i ludów Syberii. W tej kwestii posiłkowałem się książkami Szyjewskiego i tym co znalazłem w internecie.

Naniosę poprawki w wolnej chwili.

 

@NoWhereMan

Dzięki za bardzo trafne spostrzeżenie. Wydaje mi się, że błędem było opowiadanie o stosunkach bohaterów dopiero w 2/3 podróży szamana po zaświatach. Gdybym zrobił to wcześniej, to mógłbym wyrzucić cały opis podróży podziemną rzeką, co chyba pod każdym względem było by na plus.

 

@thargone

Dzięki, pomyślę jeszcze co mogę zrobić z tym tekstem :)

 

@Skull

No pewnie tak :P Jakby co, to mam sporo pomysłów na kolejne teksty i w żadnym nie pojawiają się wikingowie, więc może coś ci się spodobaja :D Dzięki jeszcze raz za pomoc! 

Maggotsinside , dziękuję za wyjaśnienia. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A mnie, nie ze względu na to, że tekst betowałam, bardzo podoba się klimat opowiadania. Jest baśniowy, a cała podróż głównego bohatera wydała mi się niezwykle ciekawie przedstawiona. Może nie ma tam krwawych walk, ale chyba nie o to chodziło. Opis podróży może i długawy, ale uwierzcie mi był znacznie dłuższy i ciężko było już coś wyciąć. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Większość mieszkających w wiosce dzieci nauczyła się go unikać, jednak dwoje z nich; Nuti i Qimugkauyar, zdołało zyskać jego przyjaźń. – ten średnik wydaje mi się nie na miejscu

 

Doskonale znał okolice i jeśli w pobliżu było coś, co wywołało tę niezwykłą śnieżycę, wierzył, że to odnajdzie. Szedł zatem nieprzerwanie przez kilka godzin, nie napotykając na swojej drodze niczego, poza wirującym chaosem. Początkowo wierzył, że nawet w tak trudnych warunkach będzie w stanie znaleźć drogę powrotną. Jednak pod wpływem zmęczenia zaczął wątpić w swoje siły. Dlatego gdy słońce przestało dzielić się swoim ciepłem, chłopca ogarnął strach i zrozumiał, że postąpił nieroztropnie.

Wirujący chaos śnieżycy i grzejące słońce nie idą w parze – albo jedno, albo drugie. 

 

Jest w tym pewien klimat, ale generalnie opowiadanie raczej mnie zmęczyło, niż zachwyciło. To dlatego, że jak dla mnie za bardzo jest rozwleczone. Baś baśnią, ale zaprezentowana forma do mnie nie przemawia.

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Naniosłem poprawki i skróciłem nieco tekst. Pzdr!

Nowa Fantastyka