- Opowiadanie: bednar94 - Powrót cienia

Powrót cienia

Kolejny fragment osadzony w świecie Strażnikó, których realia przeplatają sięz naszymi.

To moje drugie opowiadanie, które być może w przyszłości nieco się rozwinie, ponieważ traktuję je jako pomysł na dłuższą historię.

W nadziei, że jest ono lepsze niż pierwsze, ale gorsze niż następne, zapraszam do lektury.

Oceny

Powrót cienia

Antek czuł pieczenie w płucach. Biegli z Oswaldem już kilkaset metrów, nie zwalniając ani na sekundę. Nie mogli sobie na to pozwolić.

– Kim oni są? – wysapał w biegu.

– Nie wiem! Ale na pewno nie naszymi przyjaciółmi! – odparł Oswald nawet nie spoglądając na swojego kompana.

Antek wierzył Oswaldowi. Nie są to pierwsze osoby, z którymi jego przyjaciel ma na pieńku. Zapewne znów nie zamknął jednego z nieciekawych rozdziałów swego życia. Zdarzało mu się to już wiele razy. Oswald był bowiem nietypowym Strażnikiem. Wielu uważało go za skrajnego egoistę – istotnie, miał w sobie taki pierwiastek. Jednak bywał niezwykle przydatny. Obracał się w różnych środowiskach, znał wielu ludzi i wiele wpływowych stworzeń, przez co miał dostęp informacji. Nie znosił za to działań grupowych, nie interesował go Kodeks Strażników, często też działał na własną rękę i wpadał przez to w niezłe tarapaty.

Obok głowy Antka świsnęła nagle brunatna cegła roztrzaskując się z hukiem na ścianie pobliskiego budynku. Zabrakło kilku centymetrów. Mimo to żaden z nich nie zatrzymał się w przerażeniu, nawet nie zwolnił.

– W lewo! – krzyknął Antek – zgubimy ich na Dworcu Centralnym!

Miał nadzieję, że pośród ludzi, ich prześladowcy zaniechają pościgu. Nie mogli być na tyle głupi, by ujawniać się przy większej ilości osób.

Skręcili więc w lewo. Skórzana kurtka Oswalda łopotała dziko na wietrze. Jego czoło było zlane potem. Powinien być przyzwyczajony do biegania a już na pewno do uciekania. Antek od dawna powtarzał mu, żeby odstawił papierosy, ale Oswald odpowiadał, że nie ma lepszego przyjaciela niż dym.

Tymczasem przeciwnicy byli coraz bliżej. Posłali w stronę Strażników ognistą kulę, która przysmażyła ucho Oswaldowi. Ten odwrócił się przez prawy bark i zobaczył cztery czarne postaci, ale nie mógł rozpoznać żadnej twarzy. Wszystkie wydawały się szare.

– Cholera! Wyglądają jak Zakon! – wykrztusił Oswald patrząc tępo przed siebie.

– Zakon… Co..?

– Zakon Cienia – wybełkotał Oswald, zdając sobie sprawę jak wielkie mogą mieć kłopoty.

Rondo Czterdziestolatka było tuż przed nimi. Zazwyczaj było tu pełno samochodów, którym towarzyszyła symfonia różnorakich klaksonów. Ale tak wczesną porą, gdy słońce dopiero wychylało się zza horyzontu, było tu pusto. Pusto i cicho.

Minęli pierwsze zejście do podziemia i skierowali się w lewo, w kierunku Bramy Zachodniej. Szybko wbiegli w następne schody prowadzące w dół, ostro zakręcając. Skacząc co dwa stopnie, w kilka sekund znaleźli się w podziemiach. Bez zastanowienia prując korytarzem przed siebie, minęli kolorowe sklepiki, które teraz były zamknięte i zdali sobie sprawę, że potrzebny im plan. Nie zgubią ich ot tak.

– Zaczynam mieć obawy, że obecność ludzi ich nie powstrzyma! – krzyknął Antek

– Chrzanić to, może znikniemy w jakimś tłumie na dworcu!

– Właśnie dlatego nie możemy się tam znaleźć! Biegniemy w tunele! – postanowił Antek i wykrzesał z siebie resztki sił, żeby tylko nie zwolnić.

Podeszwy trampek piszczały na szarej, kamiennej podłodze. Antek odwrócił się i zobaczył za sobą tylko trzy czarne postacie. Jedna z nich gdzieś zniknęła. Do peronów zostało już tylko około stu metrów. Musieli pokonać ten odcinek najszybciej jak to możliwe.

W szerokim korytarzu, którego rozwidlenia prowadziły na poszczególne perony, pojawiło się kilku ludzi. Całodobowa kawiarnia zapewniała gościom komfort w oczekiwaniu na pociąg. Dlatego Strażnicy musieli stąd jak najszybciej zniknąć. W ponurych szarościach podłogi odbijały się jarzeniowe światła.

Peron 1… Zbyt oczywiste.

Peron 2… Naprzeciwko kawiarni. Odpada.

– Halo! – krzyknął zgarbiony ochroniarz, którego czas sowicie wynagrodził siwizną na głowie – co to za wyścigi!

– Z drogi starcze, bo nie ręczę za siebie! – odwarknął Oswald. Zrezygnowany ochroniarz zszedł z drogi i machnął ręką mrucząc coś pod nosem.

Peron 3… Tajemniczy nieprzyjaciele pojawili się już w korytarzu. Muszą skręcić. Bez słowa, rozumiejąc się wzajemnie, wbiegli na ruchome schody. Niebieska, podświetlana tablica przedstawiająca dużą trójkę mignęła im nad głowami. Peron zdawał się być dłuższy niż zwykle. Strażnicy zbliżyli się do żółtej krawędzi ostrzegawczej. Nie wiedzieli o której pojawi się najbliższy pociąg, czy ktoś ich widzi, czy łapią to kamery… Nie dbali o to. Prawdopodobnie walczyli o życie.

Zeskoczyli na tory. Oswald zwolnił i sprawdził czy zgubili pościg. Między niebieskimi kolumnami peronu zauważył dwóch ludzi.

– Już tylko dwóch! – oznajmił radośnie, opluwając się przy tym – Tylko dwóch!

– Aż dwóch! Nie zwalniaj!

Ciemność tunelu zaczęła ich pochłaniać. Oczy, przyzwyczajone do jasnych świateł dworc,a nie mogły zarejestrować zupełnie żadnego kształtu w tej niemal namacalnej czerni. W końcu, po kilkudziesięciu metrach zwolnili nieco. Mrok dawał im poczucie bezpieczeństwa, choć dobrze wiedzieli, że za kilka chwil nie tylko ich wzrok przyzwyczai się do braku światła. Nie mieli wiele czasu.

– Co ter…? – zaczął Antek, ale przerwał. Zorientował się, że każde słowo odbijało się echem od ścian, zdradzając tym samym ich położenie.

Antek poczuł szarpnięcie za rękaw. Oswald pociągnął go w swoją stronę i odwrócili się do ściany. Była w niej niewielka wnęka a we wnęce stalowe, zardzewiały drzwi. Bił od nich lodowaty chłód. Słyszeli już nadciągające kroki. Antek obrócił okrągłą klamkę – otwarte! Drzwi, mimo swoich rozmiarów, nie wydały absolutnie żadnego dźwięku. Ot tak, po prostu się otworzyły.

Strażnicy weszli do środka, zostawiając masywne wrota ledwo uchylone. Chcieli poczekać aż ich przeciwnicy znikną dalej w tunelu, stukot ciężkich butów jednak zupełnie ucichł. Usłyszeli za to świszczący oddech i męski głos:

– Nie mogli się rozpłynąć – wycharczała postać – muszą gdzieś tu być!

– Czekamy. Nie możemy ich zgubić. – Piskliwy głos należał do kobiety.

Antek pomyślał o konfrontacji. Dwójka na dwójkę. Szanse się wyrównały…

Zrezygnował jednak po chwili, myśląc o konsekwencjach. Delikatnie złapał Oswalda za ramię i skinął głową w stronę korytarza. Musieli iść w głąb, nie mieli odwrotu. Po pierwszych kilku krokach poczuli, że ich nogi są jak z waty a płuca niechętnie pełnią swoją funkcję. Korytarz niewiele różnił się od tunelu, poza tym, że ściany były wilgotne a w powietrzu unosił się zapach stęchlizny.

– Możesz to jakoś wyjaśnić? Nie wiem czy zauważyłeś, ale przed chwilą ktoś próbował zamienić nas w kupkę popiołu… – stwierdził Antek.

– Faktycznie, nie dogaduję się ostatnio z niektórymi znajomymi, ale jestem równie

zaskoczony – odparł z przekąsem Oswald, gładząc się po kilkudniowym zaroście.

– Mówiłeś coś o Zakonie Cienia. Skąd ten pomysł? Myślałem, że został rozwiązany ponad czterysta lat temu!

– Ostatnio dość głośno było o kilku… incydentach. Ludzie zaczynają gadać różne rzeczy. Niektóre niewiarygodne. Panowie lasu uciekają, bogunki migrują w górę rzeki. Coś wisi w powietrzu.

– Co masz na myśli? – zapytał Antek.

Najwyraźniej ta sprawa rozpościerała swoje korzenie znacznie głębiej i nie ograniczała się tylko do Oswalda.

-Zakon Cienia zawsze chciał sprawować władzę nad wszystkim co żywe. Uważali się za jakichś pierdolonych pomazańców. Nigdy nie mieli dobrych intencji. Dla własnych idei gotowi byli z zimną krwią niszczyć życie po życiu. Cena władzy nigdy nie grała dla nich żadnej roli.

– Ale co to za incydenty? O czym ludzie tak gadają? – dopytywał Strażnik.

– Zakon zawsze miał bzika na punkcie starych artefaktów. Ich kolekcje były bezcenne a żeby je uzupełniać potrafili więzić przeróżne kreatury, plądrować dawne kurhany, często odbierać życie bez zawahania… W ciągu ostatnich kilku tygodni zbezczeszczono miejsce pochówku Derwana Czerwonego, skradziono zwłok Grzymisławy Silnej. No jak myślisz, kto to? – zapytał Oswald z nutą ironii w głosie.

– To poważne oskarżenia – wtrącił się Antek – skąd pewność?

– Wszystko to łączy jedno. W każdym miejscu pozostawiono wiadomość ze słowem „odrodzenie”.

– To… To jest… – Antek nie wiedział co powiedzieć. To co wszyscy odłożyli między karty historii może okazać się tak prawdziwe i tak teraźniejsze jak ich pobyt w tym śmierdzącym, ciemnym miejscu – To jest coś w co ciężko mi uwierzyć. Nadal jednak nie rozumiem czego oni chcieli od ciebie?

Oswald zatrzymał się niespodziewanie i nagle wszystko zrozumiał:

– Tydzień temu poznałem jednego handlarza, pierwszy raz widziałem go w tych okolicach. Krępy grubas, jąkał się jakby miał go zeżreć bies… W każdym razie po wyjątkowo niskiej cenie udało mi się odkupić od niego rzekomo dwunastowieczne ryciny. Rarytas.

– Ktoś kazał mu sprzedać lipny towar i zapłacił mu za to… Szukali kolekcjonerów – wymamrotał Antek przygryzając wargę.

Tymczasem korytarz zupełnie się zmienił. Stał się znacznie węższy, temperatura była a pod nogami nie było już twardego, zimnego betonu, ale piach. Teraz każdy krok sprawiał jakby jeszcze większą trudność.

– Gdzie my jesteśmy? Nie miałem pojęcia o tym miejscu. – Rozejrzał się Oswald.

– Nie wiem. Chyba gdzieś pod Pałacem Kultury. Pierwszy raz tu jestem. I mam nadzieję, że ostatni – odpowiedział Antek i po chwili dodał – musimy powiedzieć reszcie o tym co się dzieje.

-I co, ilu ich jest? Właśnie dlatego nic nie mówię cholernej bandzie Strażników! Ich zasrany honor i misja chronienia dwóch światów… Wyznaczyli ją sobie sami, żeby wpieprzać się w cudze sprawy! Nie potrafią żyć własnym życiem. Nie są wiele lepsi od Cieni! – wysyczał Oswald zaciskając pięści. Czuł, że zbielały mu knykcie.

– Co w takim razie zamierzasz? Jesteś jednym z nas.

– Wyjść stąd. To pierwszy punkt programu – urwał.

Przeszli około pięćdziesięciu metrów piaszczystym korytarzem, gdy ich oczom ukazały się kolejne drzwi. Normalnych rozmiarów, mniejsze od poprzednich, choć wyglądały na równie solidne. Antek wyciągnął kościstą dłoń, by pociągnąć za klamkę, ale Oswald wypalił:

– Czekaj! Nie wiem czy powinniśmy… Mam złe przeczucia…

– Daj spokój! – odparł szybko Antek a jego palce zatańczyły tuż nad klaką – Musimy sprawdzić co jest za nimi. Nie ma innej drogi.

Obaj Strażnicy zasłonili oczy. Przyzwyczajeni już do ciemności, zostali oślepieni żółtym światłem żarówek, zwisających na białych kablach. Brunatne cegły łączyły ściany w półokrągłym sklepieniu. Gdy ich wzrok przyzwyczaił się do nowych warunków, Antek rzekł:

– Nie wiem gdzie jesteśmy, ale przynajmniej połowa żarówek działa bez zarzutu. Idźmy dalej. Może to korytarz prowadzący do jakiegoś zaplecza albo starego magazynu?

W korytarzu stało bowiem mnóstwo plastikowych manekinów. Większość była poustawiana w pokracznych, nienaturalnych dla ludzkiego pozycjach. Niektóre z nich nie miały rąk, inne nóg, jeszcze inne były przykryte białym prześcieradłami. Wyglądały na wyjątkowo wysłużone. Części ciała odlane ze sztucznych materiałów walały się po podłodze

– Może – wychrypiał Oswald – ale mam nadzieję, że moje przeczucia były błędne.

Jasność, jaką zapewniała elektryczność, napawała Strażników cichą nadzieją, że są coraz bliżej wyjścia. Mimo to, kolejne kroki stawiali ostrożnie. Nadal nie czuli się pewnie.

– Myślisz, że jeszcze nas ścigają? – zapytał Antek.

– Niech mnie pocałują, psia ich mać!

– Do tej pory sądziłem, że twoim największym problemem jest to, że makaron podgrzewany w mikrofali nigdy nie jest gorący – odrzekł z przekąsem Antek podpuszczając Oswalda – najwyraźniej potrzebny był powrót Zakonu Cienia, żeby ruszyło cię coś więcej.

– Niech wracają skąd przyszli! – burknął Oswald i kopnął jednego z manekinów tak mocno, że ten rozleciał się na części.

Po korytarzu poniosło się głuche echo. Obaj strażnicy zamilkli. Zaczęło im się zdawać, że ten pokaz siły rozgniewał polimerowe postacie.

– Przyspieszmy kroku. Może za chwilę znajdziemy wyjście – zmienił temat Antek.

Korytarz kończył się niskim przejściem, które wpuszczało wąską strużkę światła w kolejne pomieszczenie. Strażnicy zgarbili się i przeszli przez nie.

– To chyba jakaś ogromna piwnica – zauważył Antek – wyjście musi być gdzieś blisko. Poszukajmy schodów. Znowu ciemno…

Strażnicy ruszyli powolnym krokiem. Szukali czegokolwiek, kolejnych drzwi, klamki, okna. Nie znaleźli jednak zupełnie nic. Trafili do wielkiej, okrągłej komnaty, bez jakiegokolwiek przejścia dalej, bez światła i bez odpowiedzi.

– Wracajmy – powiedział Antek rozgoryczonym tonem.

– Antek… – wychrypiał Oswald drżącym głosem – tam na górze, spójrz.

Strażnik podniósł wzrok. Ujrzał dwa świecące punkciki wiszące w powietrzu. Mrugnął i punkciki przemieściły się o kilka metrów.

– Co to jest? – zapytał Antek. Nie usłyszał jednak odpowiedzi. Dwa świecące punkciki przemieszczały się co chwilę, zataczając nad nimi kręgi. Coś zacharczało.

Nagle punkty zniknęły. Antek i Oswald rozglądali się cierpliwie.

Obcy głos zabulgotał obrzydliwie, bredząc jakieś niezrozumiałe wyrazy. Dwa świecąca punkty niespodziewanie znalazły się na dole, jakieś dziesięć metrów przed Strażnikami. Coś stało nieruchomo.

Bydle nie czekało dłużej z atakiem. Rozpędziło się i wyciągnęło ostre jak brzytwa pazury w stronę Antka. Strażnik zdołał skupić się na tyle, by przeszła jego ciało przeszła fala gorąca a przedramiona stwardniały i zmieniły się w twardą skałę.

W ostatniej chwili zablokował atak potwora, kryjąc się za podwójną gardą. Uderzenie było jednak na tyle silne, że ledwo ustał. Następny cios już nadciągał. Tym razem jednak Antek zdążył się przygotować. Zrobił szybki unik i wyprowadził silny cios podbródkowy, mocno skręcając biodro. Potwór zawył dziko, uderzony kamienną pięścią.

– Strzyga! – ryknął Strażnik.

Z lewej strony nadbiegał Oswald. Wybił się wysoko i kopnął w powietrze. Za jego ciosem wystrzeliła kula lodowatego powietrza, pędząc ze świstem w stronę strzygi. Ta jednak w porę zauważyła drugiego przeciwnika. Warknęła wściekle i zanurkowała, unikając ataku Oswalda. Odbiła się silnymi nogami od ziemi. Strażnik zdążył odskoczyć, ale monstrum drasnęło go zębami. Rozdarło dżinsy a z nogi zaczęła sączyć się ciepła krew.

– Aargh! – zawył z bólu Oswald.

Poczuł przypływ gorąca, siłę żywiołu powietrza i w furii wyprowadził ślepy atak, który trafił strzygę prosto w szczękę. Odleciała na kilka metrów.

-Kieruj się w stronę światła! – krzyknął Antek do rannego przyjaciela i ruszył z pomocą.

Hałas walki odbijał się echem od ścian komnaty, przez co wydawało się, że toczy się w niej wielka batalia. To mocno dezorientowało zarówno Strażników jak i strzygę. Z tym, że ta druga lepiej odnajdywała się w tych warunkach.

Wyrosła nagle spod ziemi i powaliła Antka, atakując z boku. Przeturlał się po podłodze i nim zdążył się otrząsnąć, strzyga siedziała na nim, przyciskając go mocno do ziemi. Był bezradny. Potwór wyprowadził silne uderzenie celując ostrymi pazurami między oczy. Antek ukrył się za podwójną gardą – litych skał nie przebija nawet tak silne stworzenie. Ale wiedział, że pozostanie w tej pozycji oznacza przegraną. Jeszcze jeden cios. I jeszcze jeden…

– Hej, ruda! – wykrztusił utykający Oswald.

Strzyga podniosła głowę a Antek szybko zrozumiał plan Oswalda. Palce same zacisnęły się w pięść a pięść sama odnalazła drogę do celu. Strzyga, trafiona prosto w ucho, upadła na ziemię. Nie zastanawiając się ani chwili, Antek ruszył sprintem w stronę światła i Oswalda.

– Uiekamy, szybko! – ryknął Antek. Pamiętał, że strzygi nie lubią światła.

Oswald czekał już przy samym wyjściu. Ale nogi Antka, zmęczone ucieczką, która teraz wydawała się odległą przeszłością, zawodziły.

– Uwaga! Za tobą!

Strzyga wyskoczyła wysoko w powietrze. W tej samej chwili, Antek dał nura przed siebie, aby zyskać choć kilka centymetrów. Już prawie chwyciła nogę Antka, gdy Oswald wykonał skomplikowaną sekwencję i z jego rąk wystrzeliło coś, co przypominało małą trąbę powietrzną, którą w pełni kontrolował. Porwał strzygę i mocno machnął dłońmi w kierunku ściany. W tej samej chwili, monstrum gruchnęło o cegły.

Dopiero teraz, gdy światło padało na demoniczną kobietę, mogli się jej dokładniej przyjrzeć. Długie, rude włosy sięgały niemal linii bioder. Cienka, blada skóra, opinała wychudzone ciało, wyraźnie zarysowując każdy mięsień. Twarz poprzecinana granatowymi żyłkami wyglądała na zmęczoną i zniszczoną. Ostre jak brzytwa zęby ledwo mieściły się w szczęce a brązowe pazury miały kilka centymetrów i były znacznie twardsze i ostrzejsze niż jakiekolwiek inne. Jej podkrążone, czerwony oczy skierowane były nas sufit.

– Jest mocno zamroczona – stwierdził Antek – ale jednak żywa.

– Jak w takim ciele może mieścić się tyle siły i agresji? To nie stworzenie. To piekielna

machina – szepnął Oswald nie zwracając uwagi na Antka – chodźmy. Nic tu po nas. Musimy pogadać z innymi. Powiedzieć o tym co się stało.

– I co, zostawimy ją tutaj? – zapytał Antek.

– A jest inne wyjście? Chcesz ją targać przez miasto za dnia? Z resztą, na słońcu i tak zaraz zdechnie .

Nagle jednak obaj zamilkli.

– Proszę… – wychrypiała leżąca strzyga – nie zostawiajcie mnie…

Strażników przeszedł zimny dreszcz. Spojrzeli na siebie, ale nie odpowiedzieli. Jej twarz wyraźnie złagodniała, oczy stały się niebieskie a ciało jakby nabrało koloru. Zbliżyli się ostrożnie. Nie wiedzieli co zrobić, bili się z myślami.

– Nie chcę tu zostać… – powiedziała aksamitnym głosem, cała pogruchotana.

– Spokojnie – odrzekł Antek i zbliżył się o krok. Nie zamierzał zostawić jej w potrzebie, nawet jeśli przed chwilą niemal odebrała mu życie.

– Sama… – dodała a kąciki jej ust uniosły się, ukazując pełne uzębienie. Oczy zaszły szkarłatem. Podniosła głowę i wbiła przeszywający wzrok prosto w Antka. Strażnik odskoczył intuicyjnie. Zaskoczony tym co się stało, poczuł złość, rozczarowanie i gorycz. Przykucnął, wyciągnął ręce przed siebie i wstał obracając się wokół własnej osi. Krzyknął i z ziemi wyrwał się wielki blok ziemi o kształcie kwadratu. Porwał ze sobą strzygę, przygniatając ją do ściany. Antek i Oswald usłyszeli jedynie dźwięk łamanych kości.

– Wychodzimy – wydukał, dysząc ciężko – to już koniec.

Oswald nie odpowiedział. Był jednak rad, że przyjaciel postąpił w taki sposób. Nie było innej możliwości. Nie w tym przypadku. Odwrócili się i ruszyli w stronę korytarza z manekinami. Nie spieszyli się. Dzisiaj było już wystarczająco dużo okazji do pośpiechu.

Byli tak zmęczeni, jakby nie spali co najmniej dwie doby. Mięśnie zaczęły się rozluźniać, adrenalina powoli przestawała działać. Walka ze strzygą nie zdarza się codziennie. Strażnicy zazwyczaj unikali konfrontacji i starali się rozwiązać problem w sposób dyplomatyczny. Nie zawsze jednak jest to możliwe. Zwłaszcza mając do czynienia z czymś tak groźnym.

– Wiesz, że dobrze zrobiłeś, no nie? – zapytał Oswald. Chciał przerwać niezręczne milczenie. Widział, że jego kolegę dręczą wyrzuty.

– Nie wiem… – odparł sucho Antek – ale chyba nie miałem wyjścia.

– Nie miałeś, o ile faktycznie nie chciałeś z nią zostać. – Oswald starał się nieco rozluźnić atmosferę.

– To dziwne, że gdy tylko trafiliśmy tutaj, to Zakon zrezygnował z pościgu, nie sądzisz? Nie ścigali nas, pozwolili iść dalej – stwierdził Antek. Składał wszystkie wydarzenia w jedną całość, podczas gdy Oswald patrzył na niego wytrzeszczając oczy – Potem ten korytarz. Wszędzie zupełnie ciemno, ale ktoś zadbał o to, żeby w jednym, jedynym korytarzu wisiał rząd żarówek…

– I strzyga – przerwał Oswald, który zrozumiał tok rozumowania Antka – mieszkająca w komnacie, z której nie ma wyjścia… Strzygi nie lubią siedzieć w miejscu, ale ta przecież była odcięta światłem!

– Podejrzewam, że nie przypadkiem. Wiedzieli, że tam jest, bo sami ją tam umieścili. Tylko po co?

– Chcieli się mnie pozbyć. I pewnie nie tylko mnie.

Kolejne kroki stawiali cicho i podejrzliwie. Mieli świadomość, że Zakon chciał, aby się tu znaleźli. Antek wyciągnął rękę w kierunku drzwi – tym razem znajdując się z ich drugiej strony. Rzucił jeszcze pytającym wzrokiem w stronę Oswalda. Ten kiwnął delikatnie głową, unosząc brwi.

Z ciemności wyskoczyły dwie czarne postacie. Poruszały się tak szybko, że Strażnicy nie zdążyli nawet zareagować. Ta wyższa i bardziej barczysta uderzyła Antka prosto w brzuch, pozbawiając go powietrza z płuc, po czym przygwoździła go do ściany. Druga osoba, znacznie mniejsza, z gracją ominęła kilka wyprowadzonych na oślep ciosów Oswalda, zupełnie jakby widziała w ciemności. Kręcąc piruety, ledwie musnęła strażnika, który jęknął cicho.

– Nie ma takiego światła, które pokona ciemność! – powiedział obcy mężczyzna, ochrypłym tonem – Przeżyłeś, więc zapamiętaj to i przekaż reszcie. Powróciliśmy!

Antek poczuł jak uścisk zelżał. Doszedł do siebie po kilku sekundach, kaszląc i krztusząc się. Postacie jednak zdążyły rozpłynąć się w powietrzu.

– Czekali tu! – krzyknął Antek, dysząc ciężko – czekali aż wrócimy!

Nie usłyszał jednak odpowiedzi. Rozejrzał się błędnym wzrokiem

Oswald osunął się na ziemię bezwładnie. Nie oddychał.

 

Koniec

Komentarze

Szkoda, Bednarze, że mimo zwrócenia Ci uwagi w poprzednim opowiadaniu, że źle zapisujesz dialogi, nie zrobiłeś nic, aby w Powrocie cienia ten błąd się nie powtarzał. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dialog zaczynaj od półpauzy, a potem stawiaj spację. Resztę uwag napiszę, jak coś się w tym aspekcie zmieni. Taki tam waruneczek ;)

Pozdrawiam Czwartkowy Dyżurny

@regulatorzy, “nic” odbieram jako trochę za dużo, ale mimo wszystko dziękuję za zwrócenie uwagi :) Prawdą jest, że dialogi sprawiają mi sporą trudność. Dlatego też edytowałem tekst starając się wyeliminować resztę błędów i zapisać dialogi w poprawny sposób.

Oby fabuła choć w jakimś ułamku nadrabiała te potknięcia!

 

@Blacktom, dzięki, poprawiłem całość. To chyba najbardziej raziło w oczy.

Nie przypadł mi do gustu pierwszy fragment o Strażniku Antonim i, niestety, podobnie jest w przypadku Powrotu Cienia.

Opowiadanie, którego większą część zajmuje opis ucieczki bohaterów przed tajemniczymi wysłannikami pewnego Zakonu, nie zdołało wzbudzić we mnie specjalnego zainteresowania. Końcowa potyczka ze strzygą też nie dostarczyła większych emocji. Nawet samo zakończenie, gdy okazało się, że Oskar nie oddycha, nie wywołało ciekawości, jak potoczą się losy Strażników.

Fajnie, Bednarze, że poprawiłeś dialogi, bo dzięki temu czytało się znacznie lepiej.

 

by ujaw­niać się przy więk­szej ilo­ści osób. –> …by ujaw­niać się przy więk­szej liczbie osób.

 

– Zakon… Co..? –> – Zakon… Co?

Wielokropek ma zawsze trzy kropki!

 

Szyb­ko wbie­gli na­stęp­ne scho­dy… –> Można wbiec na schody, można zbiec ze schodów, ale w schody wbiec się nie da.

 

Oczy, przy­zwy­cza­jo­ne do ja­snych świa­teł dworc,a… –> Bardzo osobliwy ten dworzec.

 

– Fak­tycz­nie, nie do­ga­du­ję się ostat­nio z nie­któ­ry­mi zna­jo­my­mi, ale je­stem rów­nie

za­sko­czo­ny – od­parł… –> Zbędny enter.

 

-Za­kon Cie­nia za­wsze chciał spra­wo­wać wła­dzę… –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

– To jest coś w co cięż­ko mi uwie­rzyć. –> – To jest coś, w co trudno mi uwie­rzyć.

 

Tym­cza­sem ko­ry­tarz zu­peł­nie się zmie­nił. Stał się znacz­nie węż­szy, tem­pe­ra­tu­ra była a pod no­ga­mi nie było już twar­de­go, zim­ne­go be­to­nu, ale piach. –> Co to znaczy, że temperatura była, a pod nogami nie było betonu?

 

-I co, ilu ich jest? –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

jego palce za­tań­czy­ły tuż nad klaką… –> Literówka.

 

Więk­szość była po­usta­wia­na w po­kracz­nych, nie­na­tu­ral­nych dla ludz­kie­go po­zy­cjach. –> Dla ludzkiego czego?

 

jesz­cze inne były przy­kry­te bia­łym prze­ście­ra­dła­mi. Wy­glą­da­ły na wy­jąt­ko­wo wy­słu­żo­ne. –> Skoro były przykryte, to skąd wiadomo, że były wysłużone?

 

burk­nął Oswald i kop­nął jed­ne­go z ma­ne­ki­nów… –> …burk­nął Oswald i kop­nął jed­en z ma­ne­ki­nów

 

Bydle nie cze­ka­ło dłu­żej z ata­kiem. –> Literówka.

 

Straż­nik zdo­łał sku­pić się na tyle, by prze­szła jego ciało prze­szła fala go­rą­ca… –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

a przed­ra­mio­na stward­nia­ły i zmie­ni­ły się w twar­dą skałę. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

-Kie­ruj się w stro­nę świa­tła! –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Uie­ka­my, szyb­ko! –> Literówka.

 

To nie stwo­rze­nie. To pie­kiel­na

ma­chi­na – szep­nął Oswald… –> Zbędny enter.

 

Z resz­tą, na słoń­cu i tak zaraz zdech­nie . –> Zresz­tą na słoń­cu i tak zaraz zdech­nie.

 

Krzyk­nął i z ziemi wy­rwał się wiel­ki blok ziemi o kształ­cie kwa­dra­tu. –> Blok w kształcie kwadratu? A nie sześcianu?

 

Ro­zej­rzał się błęd­nym wzro­kiem –> Brak kropki na końcu zdania.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka