- Opowiadanie: michalovic - Drugi

Drugi

Dzień dobry.

 

To moje pierwsze opowiadanie, które umieszczam na tym zacnym forum. Wszelkie konstruktywne komentarze i cenne uwagi bardzo mile widziane.

Pozdrawiam, MA

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Finkla, NoWhereMan, regulatorzy

Oceny

Drugi

Drugi

 

Powietrze w Edenie było ciepłe, ciężkie od wilgoci i nieruchome. Acher najbardziej lubił tych kilka pierwszych, głębokich oddechów kiedy płuca, przyzwyczajone do atmosfery Midgardu, buntowały się przed zbyt dużym stężeniem tlenu, a w głowie zaczynało wirować od mnogości intensywnych zapachów.

Czując, jak rozkoszne zamroczenie ustępuje, mocniej ściągnął szelki plecaka i ostrożnie zrobił pierwszy krok. Z włączonym maskowaniem był niewidoczny dla kamer i czujników termicznych, jednak nadal mógł być usłyszany. System alarmowy analizował dźwięki rozchodzące się w gąszczu – zbyt głośne i regularne kroki z pewnością zwróciłyby jego uwagę. No i jeszcze pułapki, ich również nie obchodził kamuflaż. Uruchomione przez nieostrożną stopę, błyskawicznie wyskakiwały z ziemi i metalowymi paszczami odgryzały ją przy samym biodrze albo strzelały w intruza gradem gwoździ. Upewniwszy się, że przed nim nie ma żadnej z nich, zrobił drugi krok.

Co kilka metrów powolnego marszu spoglądał na wyświetlacz navicomu na swym lewym przedramieniu. Utrzymanie w dżungli jednego kierunku było niemożliwością, nawet pomijając pułapki i czujki, których – jak doskonale sobie zdawał sprawę – najwięcej było w łatwych przejściach. Dlatego musiał kluczyć, starając się jednak zbliżać do centrum Edenu jak najkrótszą drogą – im więcej czasu spędzał w tym gąszczu, tym większe prawdopodobieństwo, że zostanie wykryty. Nie myślał o tym jednak. Wędrował już od pół godziny, ważąc każdy kolejny krok i jak na razie miał obie nogi i zero ran kłutych. Nie natknął się jak dotąd na żadną przeszkodę, co już było dobrym wynikiem, ale nie udało mu się pobić rekordu.

Dwa metry przed nim pojawiła się przeszkoda.

Dysk średnicy kilkudziesięciu centymetrów bezdźwięcznie wynurzył się spomiędzy drzew i zatrzymał w powietrzu na wysokości jego twarzy. Zamocowane na górnej powierzchni urządzenia, obracające się niezależnie kamery, lustrowały każdy skrawek terenu. Działko zamontowane pod spodem wisiało nieruchomo, wycelowane w ziemię.

Acher zaklął w duchu, gdy bot ruszył powoli w jego kierunku. Musiał działać szybko, nie było ucieczki. Maszyna zaskoczyła go, gdy przechodził nad spróchniałym pniem, był unieruchomiony w szerokim rozkroku, utrzymując się na jednej nodze, podczas gdy stopa drugiej, wyciągniętej daleko do tyłu ledwie dotykała ziemi. Wycofując się lub uchylają narobiłby zbyt dużego dla czujników hałasu, musiał więc działać inaczej. Ostrożnie sięgnął do kabury przy biodrze. Jeśli dron nie zatrzyma się, będzie musiał go zestrzelić. Zdradzi przy tym swoją pozycję i uruchomi alarm, ale zyska mobilność i kilka sekund na uratowanie życia.

– Acher.

Dziewczęcy głos rozlał się po jego płacie skroniowym, kompletnie wybijając go z równowagi, ściółka pod jego stopami zaszeleściła cicho. Zanim zrobiło się ciemno, zobaczył tylko rozmazany czubek szpikulca, wystrzelonego w sam środek jego czoła.

– Kurwa mać – mruknął bez cienia emocji w głosie. Często słyszał to słowo z ust ojca, nie zastanawiał się czemu akurat je wypowiada, wiedział jednak, że pasowało do takich sytuacji jak ta.

– Arkadij? – Wychodzeniu z kilkugodzinnej sesji towarzyszyły zawsze te same objawy co po długim śnie. Dlatego zanim otworzył oczy przesłonił twarz dłonią, by dać źrenicom czas na przyzwyczajenie się do światła w pokoju. W końcu wyraźnie ujrzał pochylającą się nad nim Awlę – Zgarnęli go?

To był jeden z dwóch rozsądnych powodów, dla których wyrwałaby go z sesji treningowej – drugim byłoby pojawienie się policji lub wojska. Ten był jednak bardziej prawdopodobny, oczekiwali tego od kilku tygodni.

– Jakieś pół godziny temu – powiedziała dziewczyna – Właśnie odebrałam wiadomość.

Pół godziny… A zatem pewnie jeszcze nie zdążyli się za niego zabrać. Prawdopodobnie najpierw odwalą robotę wizerunkową, ogłoszą sukces, którego potrzebowali od tak dawna. Potem przyjdzie czas na przesłuchania i tortury… Ile czasu będą potrzebowali, by zmusić go do mówienia? Wierzył, że dużo. Znał go przecież – wiedział, że Arkadij ma charakter i wolę jak z zahartowanej stali. Tyle tylko, że każdą stal można złamać, trzeba po prostu użyć siły i odpowiednich narzędzi.

Ignorując sztywność ciała zerwał się z fotela i otworzył skrzynię stojącą obok. Ze środka wyciągnął komplet, który czekał na niego już od dawna – kombinezon, buty o wysokich cholewach, lekką wojskową kurtkę i czapkę z daszkiem – oraz plecak, taki sam jak w symulacji. Otworzył go, by sprawdzić jeszcze raz jego zawartość. Niczego nie brakowało

– Pospiesz się. Musimy iść.

– Poczekaj – odparł, kończąc ubieranie się – Jeszcze jedna rzecz…

Otworzyła usta, jednak pytanie która miała zadać nie uwięzło w gardle. Uderzenie twardej jak kamień pięści zmiażdżyło wąski nos dziewczyny i odrzuciło ją pod same drzwi. Ważyła może z czterdzieści kilo – Acher nie musiał wkładać w cios zbyt wiele siły. Gdy nad nią klęknął i ścisnął za chude gardło, była kompletnie zamroczona. Dopiero na chwilę przed śmiercią oczy Awli nabrały wyrazistości, a blade palce wpiły w duszącą ją dłoń.

– Przykro mi – powiedział Acher. To pasowało do okoliczności.

Gdy już przestała się ruszać, zaniósł jej ciało do sypialni i położył do łóżka. Kiedy znajdą jej zwłoki w pierwszej chwili uznają, że spała w chwili śmierci. Autopsja w celu ustalenia szczegółów będzie trwała zbyt długo. Niedługo nikt nie będzie miał głowy by się tym zajmować.

Założył plecak, ściągnął paski do odpowiedniej długości i wyszedł z mieszkania. Windą zjechał na sam dół, prosto w jeden z przelewających się przez Midgard, nigdy nie zwalniających strumieni ciał. Był piątkowy wieczór, więc wiadomo było, dokąd każde z nich – kobiety, mężczyźni, starzy i młodzi – zmierzało. Wszyscy planowali poświęcić resztę tego świętego dnia, pamiątki stworzenia człowieka, na zniszczenie się.

Mimo upływu lat i przeminięcia niezliczonych pokoleń, wciąż nie udało się zredukować barier narodowych, etnicznych, kulturowych i ekonomicznych, dzielących społeczność Midgardu. Dochodziły do tego liczne subkultury, które jeszcze mocniej mieszały w tym tyglu. Ale jedną rzeczą, która pozostała wspólna dla niemal wszystkich, niezależnie od przynależności, był zwyczaj imprezowania do upadłego w każdy piątkowy wieczór. Acher widział w tym pewien filozoficzny sens. W końcu człowiek, podobnie jak cały wszechświat powstał z chaosu – tak twierdziły starożytne religie. Coś musiało zostać zniszczone, żeby dać początek czemuś innemu – to z kolei zwykła fizyka. Wszystko podlega nieskończonemu cyklowi tworzenia i niszczenia, powstania i upadku. A zatem, żeby zachować człowieczeństwo, trzeba czasem się po prostu zeszmacić, sponiewierać, by odrodzić się na nowo. Z bólem co prawda, ale i z niezłymi perspektywami na przyszłość.

Acher sam nigdy nie tego nie robił i nie zamierzał dziś niczego w tej kwestii zmieniać. Filozofia niszczenia była mu mimo to bliska – wyznawał tylko nieco inne metody i postrzegał świat jako linię, a nie okrąg. Nie zakładał, że po zniszczeniu nastąpi odrodzenie.

Kilkanaście minut po jego wyjściu mieszkanie obok rozerwała eksplozja. Ładunek był niewielki, wystarczył jednak, by zniszczyć najbliższe lokale. Pożar ugaszono sprawnie, pozostałych przy życiu mieszkańców ewakuowano, teren zabezpieczono. Na podstawie zebranego materiału ustalono, że właścicielem feralnego mieszkania jest członek grupy terrorystycznej Arkadija Khina, odpowiedzialnej za liczne zamachy i śmierć setek ofiar. Mężczyznę namierzono w ciągu godziny, korzystając z lokalizacji jego karty chipowej – egzekucję przeprowadzono na miejscu, bez procesu, w samym środku nocnego klubu, w którym właśnie przebywał. Sprawę zamknięto. Nikt nie zwrócił uwagi na widocznego na nagraniach z monitoringu pod blokiem ciemnoskórego, siwowłosego mężczyznę, który wyszedł z bloku niedługo przed katastrofą, choć w ogóle nie powinno go tam być.

 

***

 

Wielebny Parrino rzadko miewał gości. Choć zgodnie z prawem kanonicznym Trzeciego Kościoła Katolickiego mógł założyć rodzinę, nigdy tego nie zrobił; przyjaciele albo pomarli ze starości, albo ich stan nie pozwalał na opuszczanie łóżka. Zresztą nigdy nie miał ich zbyt wielu. Od czasu do czasu udało mu się zebrać kilku parafian na mszy, jednak od wielu lat żaden z nich nigdy nie odwiedził go w mieszkaniu. Dawno temu uświadomił sobie, że nawet nie pamięta ich nazwisk i gdyby miał zacząć rozmowę z którymś z nich, byłoby to dla niego bardzo niezręczne. Tak, wielebny Parrino nie miał wątpliwości, że życie jego religii skończy się prawdopodobnie wraz z jego własnym. Znał jeszcze dwóch duchownych, służących w innych sektorach Midgardu – obaj byli jeszcze starsi od niego i sytuacja w ich parafiach nie wyglądała wcale lepiej. Chętnych do słuchania Słowa Bożego nie pozostało wielu, tych, którzy chcieliby je nieść było jeszcze mniej. I nikogo, kto mógłby interesować się życiem starego kapłana.

Dlatego teraz z mieszaniną trwogi i zdumienia Parrino spoglądał na drzwi do swojego mieszkania, które irytującym, pulsującym brzęczeniem dzwonka informowały go, że ktoś stoi po drugiej ich stronie. Natarczywość obcego świadczyła, że nie da się nabrać na udawanie nieobecności.

Po dłuższym wahaniu duchowny odstawił szklankę z tanią brandy, którą próbował ukołysać się do snu i podszedł do pulpitu terminala na ścianie. Wywołał na ekran obraz z kamery w drzwiach i ujrzał wysokiego, ciemnoskórego mężczyznę. Szczegóły jego twarzy tonęły w cieniu rzucanym przez szeroki daszek czapki, spod której wystawały końcówki siwych włosów. Na prawym ramieniu obcy nosił torbę albo plecak – pod jego ciężarem przechylał się nieco na bok.

Parrino wcisnął przycisk kontaktu.

– Słu… słucham?

– Potrzebuję spowiedzi.

Wariat, pomyślał wielebny. Wariat albo ćpun. Oba naraz.

– Jest późno, przyjdź jutro rano.

– Nie mogę, jutro mnie tu nie będzie, chcę ruszyć w drogę z czystym sumieniem. Proszę.

Ruszyć w drogę? – zdumiał się Parrino. Co on wygaduje…? Jezu drogi, jestem już wstawiony…

Mężczyzna po drugiej stronie cierpliwie czekał na odpowiedź. W gruncie rzeczy facet nie sprawiał wrażenia świra – prędzej bandyty. Ale kto miałby jakikolwiek powód, żeby wywabiać z mieszkania starego księdza? Nie miał z nikim zatargów, starał się nie rzucać w oczy i po prostu przeżyć swoje życie z dala od kłopotów. A pieniądze? Jakie pieniądze, z pogardą parsknął w myślach wielebny. Mimo to dalej miał pewne opory przed wyjściem.

– Synu, jesteś chrześcijaninem?

– Tak, proszę księdza.

– Przeżegnaj się.

Mężczyzna bez wahania wykonał poprawny znak krzyża.

Cholera…

– Ale czy ty na pewno jesteś z mojej parafii? Jak masz na imię? Bo chyba cię nie kojarzę…

– Ojcze, a czy to ma jakieś znaczenie?

Nie ma żadnego, westchnął Parrino. Późna godzina, kilka szklaneczek brandy, zmęczenie oraz dalej czający się gdzieś z tyłu głowy strach okazały się być słabymi argumentami przeciw powołaniu.

– Kościół znajduje się na dole, pierwsze wejście na lewo od windy. Drzwi są otwarte. Idź, zaraz tam będę.

Wyłączył terminal, westchnął rozdzierająco i przystąpił do przetrząsania bałaganu w poszukiwaniu w miarę schludnego ubrania. Brandy swoją drogą, ale nie godziło się udzielać sakramentu w wyliniałym szlafroku, piżamie i papciach. Ubrany, ze szczątkami siwych włosków gładko przyklepanymi do czaszki, wyszedł z mieszkania i zjechał windą na poziom ulicy. Przez chwilę jeszcze się wahał stanąwszy przed drzwiami kościoła, jednak wziął kilka szybkich oddechów i, na ile pozwalało mu na to jego upojenie, pewnym krokiem wmaszerował do środka.

Nigdy nie odwiedził żadnej z prawdziwych świątyń Drugiego Kościoła Katolickiego, gdyż urodził się zbyt późno, jednak dawno temu był na wirtualnej wyciecze po jednej z katedr. Wszystko co widział było, jak zapewniali przewodnicy, zgodne ze stanem historycznym. To wystarczyło, by kilkuletni Joe „Papuga” Parrino wpadł w zachwyt i poczuł potęgę Boga, która później zaowocowała decyzją o głoszeniu Jego słowa. Teraz wielebny patrzył na swój kościółek i jedyne co czuł, to rozgoryczenie.

Dom Boży urządzony został w nieużywanym pomieszczeniu magazynowym, na tyle dużym, żeby swobodnie umieścić w nim kilka rzędów tanich, składanych krzesełek i pozostawić dość miejsca na biegnące ku ołtarzowi przejście. Sam ołtarz ustawiony był na niewielkim podwyższeniu, obok stała ambona – wszystko wykonane ze skrzynek po owocach. Białe płótno, którym je obleczono zdradzało kształt kontenerów, jednak przynajmniej zasłaniało ich soczystą zieleń oraz widniejące na każdym z nich logo w kształcie wielkiej pomarańczy. Drzwi do kościoła pozostawały cały czas otwarte – w środku nie było nic do ukradnięcia, zatem kiedy zamek kodowy się zepsuł lata temu, Parrino uznał naprawianie go za stratę pieniędzy.

Pod ścianą na lewo od drzwi ustawiono wysoką na półtora metra przegrodę z wywierconą siateczką drobnych otworów. Obcy klęczał już przy tym biednym konfesjonale z opuszczoną głową i dłońmi splecionymi tak blisko twarzy, że kiedy wielebny przechodził obok, by usiąść na stojącym po drugiej stronie krzesełku, dalej nie mógł dostrzec żadnych szczegółów jego twarzy. Przez chwilę myślał, że penitent specjalnie się ukrywa. W głowie zaświtała mu myśl, że jest zbiegiem, albo planuje coś niedobrego, jednak nie poświęcił jej zbyt dużo uwagi – nie jest jego zadaniem oceniać innych, Oko Boga widzi wszystko i wszystko osądza. A zresztą niewiele go to obchodziło.

Mężczyzna od razu przeszedł do rzeczy.

– Kłamałem – wypalił, gdy tylko kapłan usiadł na krzesełku i zbliżył ucho do kratki.

Parrino bardziej zdziwił się brzmieniem głosu obcego – mocnym, pewnym i dość donośnym, kompletnie nie pasujący do sytuacji – niż jego brakiem znajomości rytuału. Ale to i dobrze, pomyślał. Marzył by załatwić to jak najszybciej, bez klepania formułek.

– Często?

– To nie tak, jak ksiądz myśli. To mi się nie zdarza często albo rzadko. To trwa cały czas, odkąd pamiętam. Mam wrażenie, że całe moje życie to kłamstwo. Nawet to jak wyglądam… Nawet moja własna twarz jest kłamstwem.

Z wewnętrznej kieszeni marynarki Parrino wyjął metalową piersiówkę i odkręcił korek.

– To ciężki grzech synu – wydusił z siebie, gdy ciepły ślad po brandy powoli spływał w dół przełyku – Wiesz, że w Piśmie Świętym ponad sto razy mówi się o kłamstwie i ani razu nie zostaje ono usprawiedliwione? Ani razu!

Penitent nie skomentował tego.

– Ciężki – powtórzył ksiądz pod nosem – Bardzo ciężki. Co dalej?

– To wszystko.

– Jak to wszystko? Kłamiesz.

– Mówiłem ojcu.

Parrino westchnął i ponownie przytknął piersiówkę do ust.

– A czy żałujesz swojego grzesznego postępowania? Tylko szczerze – dodał.

– Żałuję.

– W takim razie jako pokutę dwadzieścia… czterdzieści razy zmówisz różaniec. I nauczysz się na pamięć całego psalmu sto pierwszego. To odpowiedni tekst dla ciebie. I jeszcze… złożysz ofiarę na rzecz kościoła.  

 Pogratulował sobie dobrego pomysłu.

 – Ojcze. – głos tamtego załamał się lekko – To nic nie zmieni. Potrzebuję porady.

Parrino jęknął w duchu. Był wstawiony, śpiący, nie miał siły myśleć o czym innym, niż o łóżku. I znienawidził w tym momencie siebie samego za swoje dobre serce. Zrobiło mu się żal. Miał wrażenie jakby po drugiej stronie kratki klęczał nie dorosły facet, ale przerażone, kilkuletnie dziecko.

– Synu – powiedział głosem na tyle miękkim, na ile pozwalało mu przepicie – To, że przyszedłeś tutaj, by wyznać grzech przed Bogiem, jest świadectwem twojej wielkiej odwagi. I pierwszym krokiem do poprawy.

Jezu, co ja plotę?, zdziwił się sprawnością, z jaką jego usta wydalają kolejne słowa.

– Kłamstwo… tak, to grzech. Ale grzech to część naszej natury, nie bylibyśmy ludźmi, gdybyśmy nie grzeszyli. Szczególnie dziś, szczególnie teraz. Ja… ja sam mam wrażenie, że cały Midgard i życie każdego z nas zbudowane jest na monstrualnym kłamstwie. Rozumiesz o co mi chodzi? Ten człowiek, Arkadij Khin… Słyszałeś o nim, prawda? Popełnił potworną zbrodnię, niewyobrażalną. Ale jednocześnie pokazał, że nasz świat nie jest taki jak do tej pory sądziliśmy. Pokazał co naprawdę kryje się za fasadą naszych wyobrażeń.

– Ojciec go broni?

– Nie, oczywiście że nie. – Na całe ciało Parrinoa nagle wystąpił zimny pot – Chce tylko powiedzieć, że… nie powinieneś się tak zadręczać. Wszyscy jesteśmy ulepieni z tej samej gliny, wszyscy mamy szansę na zbawienie. Ty też. Masz odwagę i siłę, by zmienić swoje życie na lepsze. Skorzystaj z tego i uczyń ten świat choć trochę lepszym.

Głośno zamknął usta i zrobił głęboki wdech. Bał się tego, co zaraz usłyszy.

– Dziękuję, ojcze – odezwał się wreszcie tamten – Czuję się, jakby spadł mi z pleców ogromny ciężar, który mnie spowalniał. Dobranoc.

Po czym wstał i raźnym krokiem ruszył do wyjścia. Parrino wychylił się lekko zza przepierzenia w ostatniej chwili, by zobaczyć jego plecy, gdy znikał za drzwiami.

– Cholerny świr – burknął, opadając na oparcie krzesełka – Co z tobą jest nie tak?

Zakołysał piersiówką. Wciąż chlupotało w niej całkiem sporo brandy. Popijając ją niespiesznie popadł w zamyślenie. Od początku miał przeczucie, ale teraz był pewien, że coś tu nie gra. Świadczył o tym jakiś drobiazg, szczegół, który rzucił mu się w oczy, jednak teraz nie potrafił go wywołać z pamięci. Im dłużej próbował zidentyfikować problem, tym większa stawała się pustka w jego głowie. Bez sensu. Wraz z ostatnim łykiem poczuł jak ponownie wali się na niego ciężar zmęczenia. Zrezygnowany powlókł się do mieszkania, niespieszenie rozebrał i położył do łóżka.

Już powoli odpływał w sen, gdy z jego pamięci wypączkował obraz obcego, wychodzącego z kościoła. Ten plecak… Wcześniej facet wyglądał, jakby mu solidnie ciążył, jednak teraz niósł go na jednym ramieniu bez żadnego wysiłku…

„Czuję się jakby spadł mi z pleców ogromny ciężar”. Tak, to musi być to, pomyślał Parrino. I zasnął. Po kilku godzinach obudził się i niczego już nie pamiętał.

 

***

 

– Mówię ci stary, Midgard się kończy, a my razem z nim.

Acher spojrzał kątem oka na obskurnego typa, który usiadł na hokerze obok niego i nieproszony rozpoczął gadkę. Bladolicy kucharz, który po drugiej stronie lady właśnie siekał składniki na jego obiad, w ogóle nie zwrócił uwagi na nieproszonego gościa.

– Jesteśmy tylko ładunkiem – mówił dalej tamten – Jak zwierzęta. Uwięzieni w bebechach maszyny, która wykrwawia się na śmierć[1]. Dasz dolca na browara?

– Jak ci na imię, koleś? – spytał Acher.

Twarz lumpa rozjaśnił szeroki, choć mocno przerzedzony uśmiech.

– Martin, ale dla przyjaciół…

– Spierdalaj, Martin.

Pijak posłusznie oddalił się, mrucząc jeszcze coś pod nosem, jednak Acher nie zwracał już na niego uwagi. Na chwilę zawiesił jeszcze wzrok na kucharzu, zastanawiając się czy to co ten przygotowuje na pewno jest tym samym, co zamówił, po czym ponownie skupił się na ekranie terminala wizyjnego, wiszącego pod sufitem obwoźnego baru.

Gdy był młodszy, spędzał wolne chwile oglądając kreskówki. Większość z nich była bardzo stara. Szczególnie lubił jedną – jej bohaterem był niebieski, humanoidalny kot oraz złota rybka na tyczkowatych nogach. Nie żeby była to jakaś szczególnie atrakcyjna rozrywka, w początkowym okresie w ogóle nie rozumiał tego, co widzi na ekranie. Jednak wylewający się z każdej sceny absurd z czasem okazał się być idealną odskocznią od ponurej realności pozostałych materiałów, które były mu wtłaczane do głowy każdego dnia. Historia wojny, strategia, techniki szpiegowskie, działania psychologiczne, anatomia, sztuki walki i przetrwania, obsługa broni palnej i białej – tym właśnie każdego dnia musiał karmić swój umysł. Filmy animowane były jak haust powietrza przed ponownym zanurkowaniem w mroczną głębię. Arkadij widocznie zdawał sobie sprawę z tego, jak istotne są te chwile odpoczynku, gdyż pozwalał Acherowi korzystać z nich w takiej właśnie formie. Miał całe archiwum kreskówek, których – jak Acher podejrzewał – nikt ze zwykłych obywateli całego Midgardu nigdy nie widział. Skąd je wziął? Tego nigdy nie zdradził. Kategorycznie jednak zabronił mu oglądać telewizję publiczną. Dopiero w tej chwili Acher zaczynał rozumieć dlaczego.

Minęło kilka minut odkąd usiadł przy barze. Terminal wyposażony był w czytnik geometrii twarzy – system analizował kształt oczu, brwi oraz ust osoby patrzącej w ekran i na tej podstawie stwierdzał, jaki program będzie najlepiej pasował do nastroju widza. Acher musiał wyglądać na śmiertelnie znudzonego, ponieważ na ekranie terminalu programy zmieniały się co kilkanaście sekund. Te kilka minut spędzonych przy barze w zupełności wystarczyło, by przekonał się, czym jest telewizja. Szumem. Otumaniającą, przytłaczającą mnogością emocji oraz jaskrawą estetyką mieszanką reklam i propagandy o dość prostym przekazie: kupuj, pracuj, imprezuj, bądź posłuszny, nie martw się niczym. Nie myśl.

I faktycznie, choć telewizji go zawiodła, a zakaz ojca początkowo wydał mu się nieco na wyrost, Acher stwierdził w pewnym momencie, że nie potrafi przywołać z pamięci ani jednego obrazu, który zobaczył. A miał przecież doskonałą pamięć. Dlaczego teraz mógł w myślach wykreślić ledwie nikły zarys scen, które dopiero co zobaczył? Zupełnie tak, jakby telewizja była w stanie uruchomić jakiś przełącznik w jego mózgu. Pstryk – nie myśl. Nie myśl…

Nagłe uświadomienie sobie tego faktu musiało wywołać jakieś widoczne zmiany w jego mimice, gdyż terminal ponownie zmienił kanał, tym razem jednak było to coś innego. Przez pierwsze dwie sekundy widać było godło Midgardu, po nim w kadrze pojawiła się sylwetka eleganckiego mężczyzny w drogim kombinezonie, patrzącego prosto w oko kamery. Acher nie musiał nawet słyszeć głosu prezentera, zagłuszonego przez uliczny gwar – wszystko odczytywał z ruchu jego warg.

Przywódca rebeliantów zatrzymany.

Dziś o godzinie dwudziestej drugiej szesnaście służby specjalne policji Midgardu pojmały Arkadija Khina, przywódcę siatki terrorystycznej odpowiedzialnej za przeprowadzenie licznych zamachów bombowych, w tym największego z nich, szóstego sierpnia trzy tysiące sto dziewięćdziesiątego ósmego roku. W wyniku mającej tego dnia miejsce serii eksplozji zniszczona została znaczna część infrastruktury medialnej, a śmierć poniosło blisko dwieście osób. Lista zarzutów wobec grupy zjednoczonej pod przywództwem Khina obejmuje również porwania, napady na konwoje żywności i surowców, kradzieże sprzętu wojskowego oraz szerzenie dezinformacji.

– Mam nadzieję, że utrupią go jak najszybciej – warknął kucharz, ożywiając się, kiedy na ekranie pojawiła się właśnie podobizna zbrodniarza – Skurwysyn. Popatrz tylko na niego, jakie ma, kurwa, wstrętne spojrzenie. Jakby chciał cię prześwidrować tymi szarymi gałami. I ta twarz, wygląda jak siwy wampir na głodzie. Już za sam wygląd powinni go capnąć lata temu. Stary pojeb. Cześć, Blinky.

Kucharz odwrócił się od telewizora, by przyjąć zamówienie od nowego klienta. Opisał Khina całkiem trafnie, choć Acher doskonale wiedział, że to stare zdjęcie. Wątpił, by w tej chwili wygląd tak samo – nie po tylu tygodniach ukrywania się, nie po brutalnym zatrzymaniu i nie po kilku godzinach w areszcie, w towarzystwie wojskowych katów. Prawdopodobnie wyglądał teraz gorzej niż lump Martin i w niczym nie przypominał dostojnego mężczyzny w średnim wieku, jednego z najwybitniejszych żyjących naukowców Midgardu, którym był kilka lat temu.

Kucharz przełożył gotowe z żeliwnej patelni na talerz i postawił go na ladzie. Okazało się, że trochę się z tym spóźnił, danie było już suche i łykowate, jednak w smaku całkiem niezłe. Tyle Acherowi wystarczyło, nie spodziewał się szału za dwa dolary. Zaczął je niespiesznie jeść, nie odrywając wzroku od terminala, który pozostał na tym samym kanale. Tymczasem kucharz pogrążył się w rozmowie z Blinkym, ciemnoskórym, dziwnie poruszającym się facetem z wielkimi przeciwsłonecznymi okularami, zasłaniającymi mu niemal pół twarzy.

Acher sam nie potrafił później stwierdzić, czy to co zrobił w następnej chwili było odruchem, czy błyskawicznie skalkulowaną decyzją. Może jednym i drugim. Pamiętał tylko dreszcz zgrozy, który przeszył mu ciało, gdy na ekranie pojawiło się zdjęcie jego twarzy z podpisem „POSZUKIWANY!”. Terminal znajdował się na wprost drugiego klienta, w tym momencie zbyt zajętego rozmową. Ale wystarczyło, by uniósł wzrok…

Uciekać? Nie wchodziło w grę, zwróciłby ich uwagę. Rzucić czymś w terminal? Nie miał pewności czy uda mu się go zniszczyć, poza tym kucharz mógłby kogoś zaraz wezwać. A więc dywersja… Toczony obok niego dialog urwał się w pół słowa, kiedy podrzucony talerz z brzękiem uderzył o sufit baru, rozsiewając wszędzie resztki jedzenia.

– Odjebało ci?! Przestań! – ryknął kucharz i rzucił się by powstrzymać Achera, który, wrzeszcząc, zamaszystymi ruchami ramion zrzucał z lady pojemniki na przyprawy, sztućce oraz serwetki. Acher złapał go za nadgarstek i przyciągnął do siebie przez kontuar. Z bliska spojrzał mu w oczy, starając się jak najlepiej zagrać rolę, którą naprędce wymyślił.

– A co jeśli – wyszeptał spanikowanym głosem – jeśli tamten typ ma rację? Co jeśli koniec świata jest blisko? Jeśli Midgard niedługo faktycznie się skończy? Co wtedy zrobimy? Co zrobimy?!

W wolnej dłoni kucharza błysnął nóż do mięsa. Ostrze zawisło w górze, wycelowane w twarz Achera.

– Puszczaj.

Acher usłuchał. Z łatwością mógł go rozbroić i wbić mu jego własną broń w gardło, ale nie po to odstawił ten cyrk z napadem szału, by zabijać przypadkowego człowieka i ściągać na siebie uwagę. Stało się to, czego oczekiwał: terminal w wyniku zamieszania przełączył się na kanał muzyczny.

– I wypierdalaj – sapnął grubas, wskazując ostrzem noża gdzieś za jego plecy.

Acher jak gdyby nigdy nic zdjął wiszący mu na kolanie plecak i zeskoczył z hokera. Zanim odszedł, spojrzał jeszcze na Blinky’ego. Łudził się, że coś zdoła wyczytać z jego twarzy, w połowie niemal schowanej za ciemnymi okularami. Gość siedział z ustami lekko otwartymi w wyrazie zdumienia, palce, które od momentu kiedy usiadł przy ladzie nieustannie wybijały na niej chaotyczny rytm, teraz były nieruchome. Jednak wydawało się, że w ogóle nie patrzy na Achera; że jego spojrzenie kręci się gdzieś w okolicach znajdujących się przy tylnej ścianie szafek i wieszaków na kuchenne przybory.

„Idioto”, zganił się w myślach, odchodząc. „Przecież ten facet jest niewidomy”.

Przez chwilę nawet go to bawiło, że zmarnował całkiem niezły obiad w tak głupi sposób, jednak szybko spoważniał. Nierozważnie zrobił, zakładając, że będzie miał co najmniej kilka godzin czasu, zanim Khin da się złamać. Teraz znajdował się w samym środku Shangri’la, sektora, który właśnie przeżywał oblężenie szukających rozrywek obywateli z całego Midgardu. Wystarczy jedna osoba, która bawi się na tyle źle, że zwróci na niego uwagę i…

– Hej, typie! Ty, siwa pało!

Słowa zostały mu wykrzyczane niemal prosto do ucha, nie było więc wątpliwości, że są skierowanie do niego, był jednak mistrzem w zachowaniu obojętnego wyrazu twarzy, udał że nie słyszy. Nie miał jednak sposobu, by zignorować silne szarpnięcie za rękaw, które zatrzymało go w pół kroku i obróciło w miejscu.

– Ja cię znam – wychrypiał napastnik, o głowę od niego niższy, całkowicie pozbawiony owłosienia i bardzo żylasty.

– Nie znasz – odparł Acher lodowato spokojnym głosem – Puść mnie.

– Znam – upierał się tamten – Znam, pamiętam.

Wpatrywał się w niego z dołu rozszerzone źrenice, jego palce drgały nerwowo… Musiał już wciągnąć krechę albo dwie. Stanął na palcach, by bliżej przyjrzeć się Acherowi i w jednej chwili twarz przeciął mu grymas nienawiści

– Pamiętam! – wrzasnął, chwytając Achera za poły kurtki – Ty mi ją zabrałeś!

– Wilkis, ogarnij dupę!

Wokół nich pojawili się towarzysze ćpuna. Sześciu, wśród nich chyba dwie kobiety. Trudno było stwierdzić płeć, gdyż wszyscy byli tak samo bladzi, chudzi i łysi, jakby przeszli zbiorową chemioterapię.

– Wilkis, puść tego gościa, raz! – huknął władczo jeden z mężczyzn, widocznie przywódca gangu – Nie chcę znowu żadnych kłopotów!

– To on! Pamiętam go! Ritch, to on!

– Gówno pamiętasz, to nie on. Puść go.

Wilkis w końcu odstąpił. Odwrócił się, położył głowę na ramieniu najbliższego członka gangu i zaczął rozpaczliwie szlochać. Pozostali otoczyli go, zaczęli poklepywać go i głaskać po głowie oraz barkach, przedrzeźniając słowa pociechy.

– Wybacz, koleś – zwrócił się do Achera mężczyzna nazwany Ritchem – Nasz przyjaciel stara się zapomnieć o jednej dupeczce, w której jak głupi się zakochał. Wszędzie widzi faceta, który mu ją odbił, od miesięcy nie możemy spokojnie zaimprezować, żeby nie wdał się z kimś w przepychanki. „To on, to on, pamiętam go!”. Głupi, zaćpany skurwiel. Chociaż… Chociaż ty faktycznie całkiem przypominasz tamtego – Pod spojrzeniem Achera zaśmiał się nerwowo i prędko dodał: – Ale to chyba to światło! Tamten gość był wojskowym, generałem, czy coś… Tacy jak on raczej nie zjeżdżają do tej dziury. Dobra, ekipa, zabieramy tego jełopa. Nara, koleś!

W sekundę ulotnili się w tłumie. Nikt nie zwrócił uwagi na to, co się stało.

– Kurwa mać… – mruknął Acher, zabezpieczając ukryty w kieszeni miotacz.

Zaczynał żałować, że nie przystąpił od razu do realizacji zadania. Był ciekaw świata zewnętrznego, ale teraz miał już go tylko dość. Jeszcze kilka takich numerów i nawet mimo swego uwarunkowania niedługo puszczą mu nerwy.

Naciągnął daszek czapki tak nisko, że zasłaniał mu niemal cały widok i ruszył szybkim krokiem przez tłum. Nikt z potrąconych przechodniów nawet nie zwrócił mu uwagi. Uruchomił navicom i wyłącznie z jego pomocą zaczął szukać jakiejś kryjówki. Szybko ją znalazł – zaledwie pięćdziesiąt metrów dalej w odnodze ulicy, którą szedł znajdował się pionowy segment mieszkalny, przeznaczony do rozbiórki. Idealne miejsce, nikt nie będzie mu przeszkadzał w przygotowaniu się do zadania. I w zjedzeniu czegoś jeszcze…

 

***

 

– Dwanaście sekund, panie senatorze. Na pańskim miejscu bym otworzył.

Senator Koval poczuł nieprzyjemny ucisk w piersi – serce kotłowało się w niej jak spanikowane zwierzę, które chce się wyrwać z klatki. Wiedział, że stojący przez drzwiami jego apartamentu mężczyzna nie widzi go, jednak nie mógł pozbyć się wrażenia, że wąskie, wpatrzone w obiektyw oczy świdrują go na wylot. Kompletnie nie panując nad drżącymi dłońmi próbował zawiązać przemoczony szlafrok.

– Siedem, sześć, pięć…

Zwolnił blokadę zamka. Białe skrzydło drzwi z cichym szumem wsunęło się w ścianę i zamknęło, gdy tylko gość przekroczył próg. Koval przyjrzał mu się uważnie. Odkąd go poznał minęły tylko dwa lata, jednak mężczyzna znacznie się zmienił w tym czasie – jego twarz pokryła się niezbyt głębokimi, acz wyraźnymi zmarszczkami, powieki nieco opadły, a włosy posiwiały. Jednak to na pewno był on, Acher. Koval nie miał zbyt dobrej pamięci do imion, szczególnie osób które spotkał tylko raz, jednak tego, zaczerpnięte z jakiegoś dawno wymarłego języka, nie mógł się pozbyć z pamięci. A bardzo tego chciał. Miał nadzieję nigdy więcej o nim nie myśleć.

– Potrzebuję pańskiej pomocy – powiedział gość w odpowiedzi na niezadane pytanie – Miałem jednak nadzieję, że będzie pan sam.

– Nie mówiłeś, że będzie trójkąt. Ten drugi też musi zapłacić.

Koval spojrzał ku drzwiom łazienki. Stojący w nich młody mężczyzna, którego wynajął na wieczór był kompletnie nagi, po jego bladej skórze spływała woda z mydlinami. W niespełna dwudziestoletniej, szczupłej twarzy tkwiły ponure oczy znacznie starszego człowieka. Chwiał się wyraźnie na nogach, jednak wypity do tej pory alkohol nie zdążył jeszcze rozmyć wyrazu odrazy wykrzywiającej jego usta.

– Nie skorzystam – odparł Acher i z kabury pod kurtką wyciągnął pistolet.

Chłopak prawdopodobnie w ogóle nie zrozumiał, co się dzieje. Po wystrzale po prostu upadł bezwładnie, jak marionetka, którą ktoś odciął od krzyżaka.

Senator krzyknął krótko.

– Proszę mi zaufać, senatorze. Oszczędzam panu kłopotów.

Koval słynął ze swego ironicznego stylu wypowiedzi i gdyby nie okoliczności odparłby pewnie, że martwa męska dziwka z ogromną, krwawą dziurą w tyle głowy była jasnym jak słońce zwiastunem kłopotów. W tym momencie nie był w jednak stanie sformułować takiej wypowiedzi. Stał jak sparaliżowany, wpatrując się w namydlone ciało oraz krwawą mozaikę strzępów mózgu i kości, spływających powoli po ścianie jego łazienki.

Ocknął się dopiero, gdy twarda dłoń złapała go na ramię.

– Potrzebuję pańskiej pomocy – powtórzył Acher – Mamy coraz mniej czasu.

– Chyba zwariowałeś… Jeśli myślisz, że…

– Obawiam się, że nie ma pan wyboru.

Nie patrząc na Kovala zdjął plecak, postawił go na podłodze i otworzył.

– Żeby się tu dostać – powiedział, ostrożnie sięgnąwszy w jego głąb – musiałem przeprowadzić małą dywersję. Udało mi się oszukać system bezpieczeństwa, ochrona sektora prawdopodobnie dalej przeszukuje kwatery po drugiej stronie, nie dam jednak głowy jak długo jeszcze im to zajmie. Musi pan to ukryć zanim się tu zjawią.

Główną część urządzenia, które trzymał teraz w dłoniach stanowiła bateria połączonych ze sobą przezroczystych tub, każda wypełniona mlecznobiałym, gęstym płynem. Pod nimi ulokowany był cały zestaw wskaźników, których przeznaczenia Koval nie potrafił – i nawet nie chciał – się domyślić.

– Nie mów mi, że to jest… – wychrypiał.

Zgodnie z prośbą tamten zmilczał odpowiedź.

– Po co ją tu przyniosłeś?

– Ponieważ nie mogę jej zabrać do Edenu. Proszę słuchać uważnie. Najmniejsze rozszczelnienie tej instalacji sprawi, że ciecz w środku natychmiast paruje. Jeśli do tego dojdzie, nikt w tym sektorze nie będzie miał dość czasu na ewakuację. W ciągu kilku minut rozprzestrzeni się po Midgardzie. Wystarczy jej by uśmiercić jedną trzecią populacji, a pozostałym zafundować permanentne uszkodzenie układu nerwowego. Wojsko już mnie szuka. Mogę z nim walczyć, ale nie z tym czymś przymocowanym do pleców.

– Ale dlaczego tutaj!?

Acher uniósł brwi w wyrazie lekkiego zdumienia.

– Czy to nie jest oczywiste?

– Nie, kurwa, nie jest!

– Bo jest pan teraz jedyną osobą, w której interesie jest ukrycie tej bomby.

Koval wytrzeszczył oczy.

– O czym ty…?

– Może mi pan odmówić. – Wzruszył ramionami tamten – Może pan nawet wezwać ochronę. Nie będę pana powstrzymywał. Proszę tylko pamiętać, że wojsko będzie chciało wiedzieć, co tu zaszło. Co zamierza pan im powiedzieć? Że poszukiwany terrorysta wpadł tutaj, żeby zabić dziwkę i uciąć sobie z panem pogawędkę? Że przypadkiem sam otworzył mu pan drzwi? Jak pan myśli, ile czasu zajmie im powiązanie go z Khinem?

Ogromna kula lodu zmaterializowała się w brzuchu senatora. Wiedział, że nie mógł nie otworzyć Acherowi drzwi. Gdyby znalazła go ochrona, na pewno ktoś w końcu zacząłby się zastanawiać się, co robił w tym miejscu. Aresztowany sam mógłby im wszystko wyśpiewać, nie miał żadnego powodu by tego nie zrobić. W tym momencie Koval nie mógł się już wycofać, był zaszachowany z każdej strony. Pozostało mu jedynie słuchać poleceń Achera i czekać.

Skinął głową. Czuł się jakby jego kark był odlany z betonu.

– Mamy coraz mniej czasu – oznajmił tamten – Do roboty. Najpierw ta komoda.

Wspólnie przesunęli ciężki mebel spod ściany na środek hallu, pod wylot szybu wentylacyjnego. Senator nie protestował, kiedy Acher polecił mu wejść na blat i zdemontować kratę zabezpieczającą. Zawahał się dopiero wtedy, gdy ten podał mu bombę.

– Ostrożnie. Proszę złapać za ten uchwyt i uważać na tuby.

– Mógłbym ją teraz umyślnie upuścić – wycedził Koval, unosząc bombę nad głową.

– To prawda – przyznał beztrosko Acher.

Po ostrożnym wepchnięciu urządzenia do kanału i zamontowaniu kraty, Koval niezdarnie zlazł z komody. Dopiero gdy stanął na podłodze, całym jego ciałem zaczęły trząść dreszcze tak silne, że musiał oprzeć się o komodę, by nie upaść. Kolana ledwo utrzymywały go w pionie.

– Skoro bomba jest tutaj – wysapał między dwoma głębszymi oddechami – to co zamierzasz zrobić, gdy już będziesz w Edenie? Przecież to właśnie nią mieliśmy zmusić Radę do zmiany…

Acher nie odpowiedział od razu, zajęty navicomem.

– Wywołam pożar.

Koval parsknął nerwowym śmiechem.

– Skoro to takie proste, to po co w ogóle Khin zawracał sobie głowę tą pieprzoną bombą?

– Ponieważ chciał szantażować Radę totalnym i nieodwracalnym zniszczeniem całego Edenu, wraz z bankiem nasion. Straty od ognia nie będą tak wielkie… Jednak to zawsze coś. No, gotowe.

– Co takiego?

– Właśnie wezwałem ochronę. Mamy jeszcze jakąś minutę. Proszę.

Senator zamrugał oczami ze zdumieniem. Na wyciągniętej w jego kierunku dłoni spoczywał odbezpieczony pistolet.

– Wiem, że jest pan już tym zmęczony – rzekł Acher. Jego głos zmienił się nagle, stał się łagodny i miękki, niemal czuły – Wiem, że ma pan dość. Proszę mi zaufać jeszcze tylko przez chwilę. Zaraz wszystko się skończy, ale musi pan wziąć broń. Ostrożnie, w komorze znajduje się pocisk.

Chwycenie pistoletu, wycelowanie i pociągnięcie za spust zajęłoby może sekundę. Mógłby rozwalić bandycie łeb, tamten nie miałby nawet szansy na unik. Mógłby… Jednak nawet o tym nie pomyślał. Dotychczasowy stres, połączony z dezorientacją przygotowały w jego głowie podatny grunt dla obietnic jak ta przed chwilą. Senator mógłby w tym momencie zrobić wszystko, czego Acher zażądał, byle tylko mieć wreszcie święty spokój. Posłusznie ujął kolbę pistoletu w spocone dłonie i pozwolił, by ten, jak dorosły uczący dziecko chodzić, wyprowadził go na środek mieszkania.

– Proszę celować tutaj.

Broń była ciężka, a Koval zbyt roztrzęsiony. Acher ujął lufę w dłoń i przytrzymał ją przy swoim lewym barku. Obaj wzięli głęboki oddech w tym samym momencie.

– Teraz.

Koval nie wiedział czy bardziej przerażający był huk wystrzału, grzmiący w niskim hallu jak grom, zaskakująco silny odrzut broni, który zmusił go do cofnięcia się o dwa kroki, czy może fakt, że Acher – mimo, że jego pierś zalewała krew, a pocisk przeszedł na wylot, rozrywając jego łopatkę na kawałki – nadal stał w tym samym miejscu, wyprostowany, milczący i tylko nieco bledszy.

Boże, pomóż, pomyślał. Czym jest ten facet?

Z kabury pod kurtką Acher wyciągnął drugi pistolet, ten sam, którym zastrzelił wcześniej chłopaka w łazience, i wpatrywał się w drzwi wejściowe. Za nimi rozlegał się teraz tupot ciężkich wojskowych buciorów i krótkie szczeknięcia komend.

– Chyba czas brać nogi za pas – powiedział cicho.

Koval rzucił się w kierunku sypialni, po drodze niemal gubiąc szlafrok. Wpadł do pomieszczenia i wyciągnął rękę w kierunku przełącznika drzwi, jednak nie zdążył go dotknąć – jego łokieć eksplodował. Nie wrzasnął z bólu tylko dlatego, że druga kula Achera przebiła płuco. Przedziurawiony żołądek wypełnił się krwią. Na koniec poszły kolana. Senator runął jak kłoda na podłogę, nie będąc nawet w stanie zamortyzować upadku ramionami. Tego, jak Acher bez żadnego oporu daje się wywlec z mieszkania przez grupę żołnierzy, już nie zobaczył.

***

 

Zaraz się porzygam, pomyślał Acher. Spodziewał się mdłości od początku i nie martwiłby się nimi, gdyby tylko nie leżał na brzuchu z rękami skutymi za plecami i z policzkiem przyciśniętym do podłogi. Nie miał siły podnieść się i zmienić pozycji, rzyganie w tym momencie było wyjątkowo słabą opcją.

Cele w sektorze Barzakh były maleńkie. Ledwie mieściły się w nich dwie prycze po bokach i zamontowany między nimi sedes. Kiedy żołnierze wepchnęli go do środka jednej z nich, nie miał nawet dość miejsca by upaść na podłogę – zamiast tego z impetem walnął w ścianę nad kiblem, osunął się po niej na muszlę, by wreszcie upaść na podłogę. Wypluł kolejny wyłamany ząb i wsłuchał się w spowijający go tępy ból. W czasie zatrzymania żołnierze uderzyli go chyba w każdy kawałek ciała, wykorzystując do tego pięści, buty i kolby karabinów. Siła uderzeń była proporcjonalna do ich frustracji, a ta z kolei rosła kiedy mimo usilnych prób nie udało im się wywołać na jego twarzy choćby śladu cierpienia. Przestali go bić na rozkaz dowódcy, który wszedł do mieszkania Kovala za nimi. Gdy zabrali go do lekarza, by opatrzył jego ranę postrzałową, czuł się jak jeden wielki krwiak. Mimo to nadal zachowywał spokój, zadowolony, że poświęcił tyle czasu medytacjom. To był jego pomysł, by włączyć je do treningu.

Lewym okiem, nie ukrytym tak głęboko pod opuchlizną jak prawe, wpatrywał się w drzwi. Czekał aż się otworzą, wiedział, kogo w nich zobaczy. Miał tylko nadzieję, że nie potrwa to długo – zawroty głowy i mdłości stawały się coraz silniejsze.

Wreszcie po kilku koszmarnie długich minutach do celi weszło dwóch żołnierzy.

– Posadźcie go. Ostrożnie.

Acher rozpoznał głos, choć w jego głowie zawsze brzmiał nieco inaczej.

Żołnierze chwycili go pod pachy i poderwali do góry. Nie miało to zbyt wiele wspólnego z ostrożnością. Posadzili go na jednej z prycz i oparli o ścianę. Nie zdjęli mu kajdanek, dlatego przygniatał sobie dłonie i nadgarstki. Mimo niewygody uśmiechnął się widząc mężczyznę, który wszedł do celi i usiadł naprzeciwko niego. Miał wrażenie, jakby patrzył w lustro. Te same oczy, te same usta, włosy, nos… Nawet ta mała brodawka pod prawym okiem… Wszystko się zgadzało poza tym, że twarz tamtego była cała, niepoznaczona krwiakami i ranami.

Harlan Dharry, prawowity właściciel jego genów, przypatrywał mu się z uwagą.

– To zaszczyt, panie admirale – wymamrotał Acher, starając się wykrzywić usta w uśmiechu – Od dawna wyobrażałem sobie ten moment. Proszę wybaczyć, że nie podam panu ręki, ale sam pan rozumie…

– Nie przyszedłem tutaj po wymianę uprzejmości – odparł tamten i dał swoim ludziom znak do odmaszerowania. Kiedy zamknęły się za nimi drzwi dodał: – Przyszedłem po odpowiedzi.

-Niby czemu miałbym ich udzielać?

– Bo niedługo umrzesz.

– Podziwiam pańską zdolność stawiania racjonalnych diagnoz, jednak musi pan jeszcze popracować nad darem przekonywania.

Darry nachylił się w jego stronę, opierając dłonie o kolana.

– Nie trać sił i oddechu na cienką ironię, Drugi – powiedział chłodno – Powiesz wszystko i tak, bo sam tego chcesz. Khin powiedział mi o tobie sporo. Jesteś próżny i arogancki, i ta twoja arogancja nie pozwoli ci milczeć.

Acher wydał z siebie odgłos, który miał być śmiechem, ale brzmiał jak sapanie astmatyka.

– W punkt, panie admirale. Ale żeby udzielić odpowiedzi, muszę znać pytania.

– Co robiłeś w mieszkaniu Kovala?

– To chyba oczywiste, był pan tam? Nie zauważył pan dwóch ciał na podłodze?

Darry puścił szyderstwo mimo uszu.

– Analiza aktywności terminala mieszkaniowego wykazała, że Koval po raz ostatni otworzył drzwi niecałe trzy minuty przed uruchomieniem alarmu. Wpuścił cię do mieszkania, zatem musiał cię rozpoznać. Kamery nie zarejestrowały tego, ponieważ zostały zhakowane by zapętlić obraz pustych korytarzy. A więc jesteś w środku… Gdybyś chciał go po prostu zastrzelić, zrobiłbyś to od razu po wejściu. Byłeś z nim jednak przez te prawie trzy minuty. Dopiero po uruchomieniu alarmu i dotarciu ochrony na miejsce Koval strzelił do ciebie, a ty go zabiłeś. Zainscenizowałeś tę szopkę.

Acher przypomniał sobie satysfakcję, jaką czuł widząc tego starego knura doprowadzonego na skraj załamania. Tak łatwo dał się złamać. Zabicie go od razu było zbyt proste, chciał zniszczyć go psychicznie, fizycznie i wizerunkowo, ale dał się ponieść. Już w tamtej chwili wiedział, że Koval umrze zanim zajmą się nim wojskowi śledczy.

– Po prostu postępowałem zgodnie z planem – odparł.

– Khin zdradził mi szczegóły swojego planu…

– Nie wątpię w jego szczerość – przerwał Acher – Ale nie mówiłem, że to był jego plan.

Przez długą chwilę Darry milczał i przez cały ten czas świdrował więźnia nieruchomym spojrzeniem.

– Wyjaśnij to – zażądał – Skąd znałeś Kovala?

Acher z wysiłkiem oparł się nieco wyżej o ścianę, by odciążyć odcinek lędźwiowy.

– Spotkaliśmy się raz, dwa lata temu. Ale nawet nie rozmawialiśmy. Koval chciał się po prostu upewnić, że jego pieniądze włożone we mnie nie idą na marne.

– A więc był wmieszany w spisek Khina. Skąd się w nim wziął?

Acher kiwnął głową, czując nawracającą falę mdłości.

– Kiedy Rada ogłosiła – wydusił z siebie po kilku głębszych oddechach – że Midgard ruszy w kierunku Ziemi, Arkadij jako jedyny twierdził, że oznacza to wyrok śmierci dla całej społeczności. Że Stara Ziemia nie nadaje się do rekolonizacji i że ludzkość przetrwa w jej środowisku najwyżej kilka pokoleń. Mówił o tym przy każdej okazji. A pan go nie poparł. Ojciec był dumny, nie przejmował się tym, co o nim mówią, ale z tego samego powodu nie potrafił przełknąć zdrady. Zostawił pan przyjaciela. Pozwolił, żeby robiono z niego wariata.

Admirał Dharry oparł łokcie o kolana i schował twarz za splecionymi dłoniach, aby ukryć grymas wykrzywiający jego usta.

– W gruncie rzeczy nie potrzebował mnie – kontynuował Acher, zadowolony z jego reakcji – Mógł wymyślić inny sposób, by zmusić Radę do zmiany kursu. Ale chodziło mu o pana, admirale. Uznał, że to będzie najlepsza kara. Przeniknąć do strzeżonego przez pana rajskiego ogrodu i stamtąd – pańskim głosem płynącym z pańskich ust – nadać na cały Midgard komunikat o ultimatum: dymisja Rady i kontynuacja poszukiwań planety do zasiedlenia, albo wytrucie Edenu do ostatniego nasiona. Nigdy by się pan nie odgrzebał z tego syfu.

– Nikt by w to nie uwierzył.

Acher parsknął.

– Ma pan mocno zawyżone mniemanie o ludziach.

– Wróćmy do rzeczy. Khin znalazł sobie nowego… przyjaciela.

– Sponsora. Jako genetyk miał dostęp do baz danych i próbek DNA, nie mógł jednak ot tak, wyklonować sobie admirała. Potrzebował sojusznika, który mógłby pomóc mu zbudować własną komorę klonującą, zapewnił źródło energii i surowce. Koval był idealnym kandydatem. Bogaty, z mnóstwem koneksji i możliwości. A przy tym ambitny, marzący o tym, by przestać być marionetkowym politykiem, który miał tylko dawać ludziom poczucie, że mają na coś wpływ. Wystarczyło mu obiecać zmianę status quo i miejsce w przyszłej Radzie, a zaczął tańczyć dokładnie tak, jak mu zagrano. Dzięki niemu mogę teraz z panem rozmawiać…

– Czułeś do niego jakąś… urazę?

– Nie zabiłem go z tego powodu, jeśli do tego pan zmierza.

– Khin twierdził, że przejawiasz oznaki psychopatii.

– Bo mam dopiero siedem lat – odparł Acher gwałtowniejszym tonem – Przy tym tempie wzrostu rozwój emocjonalny jednostki jest mocno spowolniony. Objawy szajby są, jak na ironię, całkiem normalne. Ale mam lepsze powody do zabijania, niż skrzywdzone uczucia, to dziecinne. Mam mówić dalej?

Admirał skinął głową, choć nie wyglądał na usatysfakcjonowanego.

– Problem w tym, że żebym mógł – udając pana – wedrzeć się do Edenu, musiałem wyglądać dokładnie jak pan. Arkadij szprycował mnie toksyną niszczącą włókna kolagenowe, by mnie postarzyć, jednak i tak przygotowania musiały trwać kilka lat. To była główna skaza całego planu – byłbym w stanie wykonać zadanie na długo po dotarciu Midgardu do Ziemi. Na rozwiązanie problemu wpadł Koval. Przypomniał sobie, że Rada wydała wojsku polecenia zwiększenia kontroli nad bezpieczeństwem wewnętrznym – mogło to oznaczać, że nie zezwolą na uruchomienie napędu nadprzestrzennego, jeśli na pokładzie pojawi się jakieś większe zagrożenie. Arkadij zaczął więc werbować ludzi, drobnych kryminalistów, których opłacał forsą Kovala. Zlecał im różne zadania – napady, podkładanie ładunków wybuchowych pod sklepy, wzniecanie pożarów… Cokolwiek, bylebyście mieli co robić. W końcu się pokapowaliście, co jest grane. Coraz więcej zamachowców zaczynało wpadać wam w ręce, pozostali, którzy jeszcze pozostali na wolności zaczęli się wykruszać, ryzyko nie było warte pieniędzy, które dostawali.

– I wtedy Khin wysadził stację medialną.

Acher uśmiechnął się z zadowoleniem.

-To było genialne zagranie, przyzna pan? Włamać się do siedziby stacji, nadać na każdym kanale komunikat o planach Rady i wywalić wszystko w powietrze. To było jak… Zasiał w ludziach ziarno niepewności i wytrącił władzy narzędzie do jego usunięcia. Zanim udało się postawić sieć na nowo, ziarno już wykiełkowało.

– Zginęło dwieście osób!

– Trudno. -Acher wzruszył ramionami – On sam nigdy sobie tego nie wybaczył. Spędzał całe dnie, ucząc się na pamięć biogramów wszystkich ofiar. Taka jakby pokuta… Ale powiedział mi, że gdyby zaszła taka potrzeba, zrobiłby to ponownie.

Nagły atak kaszlu na chwilę przerwał jego wypowiedź. Dharry nie reagował, spokojnie przypatrywał się, jak więzień wypluwa z siebie płuca.

-W każdym razie – powiedział Acher, gdy już odzyskał oddech – przekaz przyniósł oczekiwany skutek. Społeczeństwo się podzieliło. Tak jak do tego pory wszyscy postrzegali Arkadija jako nieszkodliwego paranoika, tak po tej akcji niektórzy zaczęli widzieć w nim groźnego fanatyka, inni – nowego kandydata na wodza. Do jego siatki zaczęli werbować się nowi ludzie, w tym żołnierze. To dało nowe możliwości. Mógłby zmusić rząd od ustąpienia siłą, gdyby tylko chciał. Ale był zbyt próżny, by przyjąć taką opcję.

– I zaczął kończyć mu się czas.

– Tak – pokiwał głową Acher – Widząc do czego to zmierza, Rada podjęła decyzję o przyspieszonym uruchomieniu napędu mimo krytycznej sytuacji na pokładzie. Jedyną szansą na powstrzymanie ich było jak najszybsze umieszczenie w Edenie bomby i szantaż. Problem w tym, że przez tyle czasu wzmogliście czujność – przedarcie się przez waszą linię obrony niepostrzeżenie było w tym momencie niewykonalne. Dlatego najpierw Arkadij zaczął sabotować własną siatkę, chciał żebyście poczuli się pewnie. Przez kilka tygodni ukrywał się z jakiejś dziurze, o której nawet mnie nie poinformował, a potem sam was do siebie sprowadził. Wszystko po to, byście uwierzyli, że to już koniec.

Admirał podrapał się z namysłem po podbródku.

– I teraz na scenę wchodzisz ty – powiedział powoli – Wchodzisz i buntujesz się. Nie robisz tego, co zakładał pierwotny plan. Zamiast próbować przedostać się do Edenu, idziesz do Kovala i w jego mieszkaniu ukrywasz bombę. Czemu?

Acher uśmiechnął się z politowaniem.

– Bo chciałem, żeby bomba detonowała w Midgardzie – odparł powoli, punktując każde słowo.

– Dobrze wiesz, że nie o to pytam.

Uśmiech spełzł z jego twarzy. Czemu?

Już prawie zdążył zapomnieć nawiedzające go regularnie koszmary, w których przez całą wieczność topi się w oceanie żółci. Każdego ranka po przebudzeniu na nowo uświadamiał sobie, że to nie były sny, lecz wspomnienia z komory klonującej. Spędził w niej czternaście miesięcy, w pełni świadomy i przerażony, za towarzystwo mając jedynie cienie przypatrujących mu się ludzi.

Prawie zdążył zapomnieć o upokorzeniu jakie czuł za każdym razem, gdy patrzył w lustro i widział w nim twarz, która nigdy nie należała do niego. O tym, że nawet jego imię, zaczerpnięte z dawno wymarłego języka, zdradzało kim jest – Drugim. Innym.

Prawie zdążył zapomnieć o tym, że ktoś, kto nigdy dla niego nic nie znaczył chciał zmusić go do zniszczenia rzeczy znaczącej dla niego wszystko. I po co? Dla ocalenia zgrai kosmicznych pasożytów, którzy powinni wymrzeć już dawno temu, a mimo to uczepili się życia jak kleszcze, niszcząc wszystko na swojej drodze. Nawet samych siebie.

Czemu?

– Bo was nienawidzę – wychrypiał w końcu.

Dharry westchnął, opadł do tyłu i oparł się o ścianę.

– A więc poszedłeś do Kovala, zaaranżowałeś w jego mieszkaniu strzelaninę, by odwrócić uwagę od bomby. Wiedziałeś, że będziemy jej szukać. Ukryłeś ją w takim miejscu, byśmy ją znaleźli. Zrobiłeś to specjalnie, mam rację? Mógłbyś przynajmniej postarać się wyglądać na zmartwionego…

– Czemu miałbym się nią teraz martwić? – odparł Acher obojętnym tonem.

Tym razem to admirał się uśmiechnął.

– Myślę, że powinieneś, bo twoja instalacja okazała się nieszczelna. Nasi technicy znaleźli ją, gdy płyn w środku zaczął już wyciekać. Widocznie tuby zostały uszkodzone przy wkładaniu bomby do kanału.

Oderwał się od ściany, wstał i pochylił nad więźniem.

– Też chciałeś uśpić naszą czujność, co? Wcisnąć nam w ręce baniak wypełniony mlekiem, licząc na to, że damy się na to nabrać i uznamy sprawę za zamkniętą, a ty zyskasz nieco czasu.

Nagle uniósł dłoń i ugodził go w sam środek opatrunku na barku. Twarz Acher skrzywił lekki grymas dyskomfortu, jednak w pełni czuł ból eksplodujący w jego ranie – jakby dotykający jej palec była tak naprawdę rozżarzonym do białości gwoździem.

– Co było w tym pocisku? – dopytywał admirał – Polon? Zwykła przestrzelina nie zrobiłaby z ciebie takiego ochłapu, Khin powiedział mi jak cię podrasował. Myślisz, że uwierzę, że dałeś się tak po prostu złapać, Drugi?

– Nie nazywaj mnie tak – wycedził tamten przez zaciśnięte zęby.

– Wiem na co czekasz. I muszę cię zmartwić – prawdziwą bombę też znaleźliśmy.

Acher poczuł jak wielkie, zimne krople potu spływają mu po kręgosłupie. Kłamie, zaświtało mu w głowie. Chce zobaczyć jak zareaguję. Zacisnął usta i wpatrywał się w oczy admirała, męcząc się by nie odwrócić wzroku. Dharry nie przejął się jego milczeniem, wyglądało na to, że nawet nie spodziewa się odpowiedzi.

– Właściwie – mówił dalej – to nie musieliśmy jej szukać. Khin powiedział nam gdzie jest.

Skąd niby on miałby to wiedzieć, zaczął zastanawiać się gorączkowo Acher. Przecież przez kilka ostatnich tygodni nie było z nim żadnego kontaktu. Nawet o jego pojmaniu dowiedzieli się z podsłuchanych na wojskowej częstotliwości komunikatów.

– Kiedy powiedzieliśmy mu, że udałeś się do Kovala, zorientował się, że go zdradziłeś. Skojarzył to z tym co przekazała mu dziewczyna, która miała cię pilnować. Że podczas podłączenia do wirtuala urządzasz sobie wycieczki po Midgardzie. Oglądasz każdą dziurę w sektorze biedoty i szczególnie często wracasz do jednego miejsca.

Niemożliwe…!, niemal wyrwało mu się z ust. Awla nie mogła podłączyć się do jego wirtuala, zaprogramowanego na odczytywanie jednej sygnatury genetycznej. Poza nim tylko Dharry mógłby skorzystać z komputera i uzyskać dostęp do rejestru… W jednej chwili Acher uświadomił sobie, że nigdy nie pytał o jej przeszłość. Nie wiedział skąd się wzięła. Miała tylko czternaście lat… Albo…

Mój Boże. Jeszcze jeden klon.

– Khin wskazał nam kościół. Zanim tu przyszedłem, ekipa saperów potwierdziła, że znalazła bombę. Do detonatora podłączony było monitor pulsu. Dlatego kazałeś Kovalowi się postrzelić. Chciałeś mieć pewność, że instalacja uwolni toksynę dopiero po twojej śmierci.

Acher przewrócił się na bok i zamknął oczy, czuł ogarniające go coraz większe obrzydzenie.

– Tak jak mówiłem, próżność i arogancja – przerwał ciszę Dharry – Nawet Akradij nie był w tym tak dobry jak ty…

– Bo mam to po tobie – odparł Acher cicho i niewyraźnie, z połową twarzy wtuloną w szorstki materac – Idź już, daj mi spokój.

Usłyszał jak admirał podnosi się z pryczy, a po chwili poczuł, że z jego nadgarstków spadają kajdanki. Gdy tylko drzwi celu zamknęły się za Dharrym, przycisnął palce do zapuchniętych powiek, próbując wycisnąć spod nich łzy. Był pewien, że płacz w takich momentach był bardzo na miejscu. Zaraz potem zasnął. W ostatnim śnie widział Eden.

 

Koniec

 

 

[1]Nawiązanie do utworu „Dead Flag Blues” zespołu Godspeed You! Black Emperor

Koniec

Komentarze

Na pierwszy rzut oka: błędny zapis dialogów. Znam ten ból, jak wrzucałam pierwszy tekst miałam ten sam błąd, co więcej nadal mi się zdarza. Dialogi powinny się zaczynać od półpauzy, czyli dłużej kreski: “–” i po nich zawsze powinna być spacja. Polecam też poniższy poradnik, do którego nadal zaglądam, w razie wątpliwości: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Ciekawa historia, zainteresowała mnie. Dobrze przemyślane zwroty akcji.

Bohaterów można by, IMO, rozbudować. Nie są źli, ale mogli być lepsi. Ze światem podobnie – chętnie dowiedziałabym się o nim więcej.

Słabiej z wykonaniem. Interpunkcja kuleje na obie nogi, czasami literówka, niekiedy powtórzenie, gdzieś tam błędy zapis dialogu. Tak, te spacje po myślnikach otwierających wypowiedzi też warto dołożyć.

Dharry nie reagował, spokojnie przypatrywał się, jak wypluwa z siebie płuca.

Kto wypluwa, Dharry? Podmiot uciekł.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za uwagi. Szczerze mówiąc nigdy nie zwróciłem uwagi na spacje po myślnikach, wkrótce to poprawię :)

A zwróciłeś uwagę na zaznaczenie płci podczas rejestrowania? Bo póki co uchodzisz za kobietę. ;-)

Babska logika rządzi!

Kolejna słuszna uwaga ;)

Całkiem porządny pomysł zaowocował niezłym, ciekawym opowiadaniem. Początkowo trochę się gubiłam, ale w miarę czytania rzecz się klarowała, a choć zwroty akcji wprowadzały chwilowy zamęt, na koniec wszystko się ułożyło w zrozumiałą całość.

Przykro mi tylko, że nie mogę napisać, iż to była satysfakcjonująca lektura, albowiem całą przyjemność zepsuło mi fatalne wykonanie.

Mam nadzieję, Michalovic, że Twoje przyszłe opowiadania będą równie zajmujące, ale znacznie lepiej napisane.

Jeśli poprawisz błędy i usterki, kliknę Bibliotekę.

 

me­ta­lo­wy­mi pasz­cza­mi od­gry­za­ły ją przy samym bio­drze albo strze­la­ły w in­tru­za gra­dem me­ta­lo­wych gwoź­dzi. –> Powtórzenie.

Może wystarczy: …i me­ta­lo­wy­mi pasz­cza­mi od­gry­za­ły ją przy samym bio­drze albo strze­la­ły w in­tru­za gra­dem gwoź­dzi.

 

Pła­ski dysk śred­ni­cy kil­ku­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów… –> Masło maślane. Dysk jest płaski z definicji.

 

Za­mo­co­wa­ne na gór­nej po­wierzch­ni urzą­dze­nie, ob­ra­ca­jąc się nie­za­leż­nie ka­me­ry, lu­stro­wa­ły każdy skra­wek te­re­nu. –> Literówka.

 

był unie­ru­cho­mio­ny w sze­ro­ki roz­kro­ku… –> Literówka.

 

pod­czas gdy stopa dru­giej, wy­cią­gnię­te da­le­ko do tyłu… –> Literówka.

 

ale zyska mo­bil­no­ści i kilka se­kund na ura­to­wa­nie życia. –> Ile mobilności zyska?

 

-Acher. –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza. Ten błąd pojawia się wielokrotnie w całym opowiadaniu.

Już wiesz, że źle zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

ściół­ka za­sze­le­ści­ła po sto­pa­mi za­sze­le­ści­ła cicho. –> Literówka. Dwa grzybki w barszczyku.

 

Ze środ­ka wy­cią­gnął kom­plet, które cze­kał na niego… –> Literówka.

 

dwu­czę­ścio­wy kom­bi­ne­zon… –> Kombinezon jest strojem jednoczęściowym.

 

buty na wy­so­kich cho­le­wach… –> …buty o wy­so­kich cho­le­wach…

 

uwię­zło jej w gar­dle. Ude­rze­nie twar­dej jak ka­mień pię­ści zmiaż­dży­ło jej nos i od­rzu­ci­ło pod same drzwi. Wa­ży­ła może z czter­dzie­ści kilo – nie mu­siał wkła­dać w cios zbyt dużej siły, by po­wa­lić. Była kom­plet­nie za­mro­czo­na, gdy klęk­nął nad nią i ści­snął za chude gar­dło. Do­pie­ro na chwi­lę przed śmier­cią wzrok jej się wy­ostrzył, a blade palce wpiły w du­szą­cą dłoń. –> Przykład nadmiaru zaimków. Miejscami nadużywasz ich.

 

więc wia­do­mo było, gdzie każde z nich – ko­bie­ty, męż­czyź­ni, sta­rzy i mło­dzi – zmie­rza­ło. –> …więc wia­do­mo było, dokąd każde z nich

 

Ru­szyć w drogę?, zdu­miał się Par­ri­no. –> Po pytajniku nie stawia się przecinka. Ten błąd pojawia się jeszcze dwukrotnie w dalszej części opowiadania.

 

Dom boży urzą­dzo­ny zo­stał… –> Dom Boży urzą­dzo­ny zo­stał

 

Sam oł­tarz usta­wio­ny był na nie­wiel­kim pod­wyż­sze­niu, obok stała mów­ni­ca… –> Jeśli to kościół, to raczej ambona.

 

Par­ri­no uznał na­pra­wia­nie go za stra­tę pie­nię­dzy –> Brak kropki na końcu zdania.

 

Oko Boga widzi wszyst­ko, nie jest jego za­da­niem oce­niać in­nych. –> Czy dobrze rozumiem, że zadaniem Oka Boga nie jest ocenianie innych.

 

Twarz lumpa roz­ja­śnił sze­ro­ki, choć mocno prze­rze­dzo­ny uśmiech. –> Co to znaczy, że uśmiech był przerzedzony?

 

były jak haust po­wie­trza przez po­now­nym za­nur­ko­wa­niem… –> Literówka.

 

Acher nie mu­siał nawet sły­szeć głosu pre­zen­te­ra, za­głu­szo­ne­go przez ulicz­ny gwar wszyst­ko od­czy­ty­wał z ruchu jego war […] w tym naj­więk­sze­go z nich, sierp­nia 3198 roku. –> Skoro Acher czytał z ruchu warg, to musiał przeczytać: …szóstego sierp­nia trzy tysiące sto dziewięćdziesiątego ósmego roku.

 

Ku­charz prze­ło­żył go­to­we je­dze­nie z że­liw­nej pa­tel­ni na ta­lerz i po­sta­wił go na la­dzie. Oka­za­ło się, że tro­chę się z tym spóź­nił, je­dze­nie było już suche i ły­ko­wa­te, jed­nak w smaku cał­kiem nie­złe. Tyle Ache­ro­wi wy­star­czy­ło, nie spo­dzie­wał się szału za dwa do­la­ry. Przy­stą­pił do nie­spiesz­ne­go je­dze­nia… –> Powtórzenia.

 

fa­ce­tem wiel­ki­mi oku­la­ra­mi prze­ciw­sło­necz­ny­mi oku­la­ra­mi, za­sła­nia­ją­cy­mi mu nie­mal pół twa­rzy. –> Dwa grzybki w barszczyku.

fa­ce­tem w wielkich przeciwsłonecznych okularach, za­sła­nia­ją­cy­ch mu nie­mal pół twa­rzy.

 

„Prze­cież ten facet jest nie­wi­do­my.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

zmar­no­wał cał­kiem nie­zły obiad w tak głupi stylu… –> Literówka.

 

Le­d­wie mie­ści­ły się w nich dwie za­mon­to­wa­ne po bo­kach pry­cze i za­mon­to­wa­ny mię­dzy nimi sedes. –> Powtórzenie.

 

za­miast tego z im­pe­tem wal­nął w ścia­nę… –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Nie ro­bisz tego, co za­kła­dał pier­wot­nu plan. –> Literówka.

 

gdy pa­trzył w lu­stro i wi­dział w niej twarz… –> …gdy pa­trzył w lu­stro i wi­dział w nim twarz

 

Pra­wie zdą­żył za­po­mnieć o tym, że ktoś, kto nigdy dla niego nic nie zna­czył chciał zmu­sić go do znisz­cze­nia, która zna­czy­ła dla niego wszyst­ko. –> Tu chyba czegoś brakuje.

 

Zwy­kła prze­strze­li­na nie zro­bi­ła by z cie­bie ta­kie­go ochła­pu… –> Zwy­kła prze­strze­li­na nie zro­bi­łaby z cie­bie ta­kie­go ochła­pu

 

zimne kro­ple poty spły­wa­ją mu po krę­go­słu­pie. –> Literówka.

 

Oglą­da­łasz każdą dziu­rę w sek­to­rze bie­do­ty… –> Oglą­da­sz każdą dziu­rę w sek­to­rze bie­do­ty

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobrze prowadzisz fabułę – trzymasz zwroty akcji blisko siebie i w odpowiednim czasie zagrywasz. Tłumaczysz je także logicznie, więc nie wyskakują one znikąd.

Świat i postacie wyglądają interesująco, acz niektórym, poza głównym bohaterem i księdzem, przydałoby się trochę więcej szlifu w kwestii charakteru. Szczególnie chodzi mi tu o senatora, który daje się poznać jedynie jako homoseksualista i interesant polityczny – przydałaby się jakaś jeszcze cecha niekoniecznie związana z samą fabułą.

Technicznie zaś nie jest najlepiej. Zapis dialogów, szalejąca interpunkcja, czasem jakieś powtórzenia. Polecam poprawić błędy wskazane przez Reg i dialogi, by przyszłym czytelnikom nie sprawiały problemów. Ale wszystko to da się poprawić wytrwałą pracą. Chwytaj przydatne linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Powodzenia, zwłaszcza że ten pierwszy koncert fajerwerków był w miarę udany. Ode mnie masz klika ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję za uwagi, wprowadziłem już poprawki :) Przyznaję, że mam problem z literówkami i innymi błędami – czytałem ten tekst kilka razy i nie wszystko udało mi się wyłapać. Dzięki również za poradniki, na pewno się z nimi zapoznam.

W takim razie spełniam obietnicę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka