- Opowiadanie: Larval Stalker - Podróże w ciemnościach

Podróże w ciemnościach

Hej!

Pierwszy raz publikuję coś na tej stronie. Jest to także moje pierwsze dokończone opowiadanie.

Liczę na cenne rady i mam nadzieję, że wam się spodoba.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Podróże w ciemnościach

 Szczęk klucza w zamku, skrzypnięcie drzwi, odgłos moich własnych kroków w przedpokoju – nareszcie byłem w domu. Spojrzałem na zegarek na moim nadgarstku – 22 lipca 1997 roku, godzina 22.04. Westchnąłem głęboko, byłem bardzo zmęczony. Miałem za sobą kolejny ciężki dzień w biurze, wyścig szczurów nigdy nie miał końca.

Kiedy zaczynałem pracę w korporacji, czułem się jak prawdziwy yuppie z lat osiemdziesiątych. Byłem ambitny, pełen energii, marzyłem tylko o tym, żeby piąć się w górę w hierarchii firmy. Jednak szara rzeczywistość szybko sprowadziła mnie do parteru, ponieważ uświadomiłem sobie, że taki styl życia nie jest dla każdego. Ogromna ilość stresu i praca po kilkanaście godzin dziennie sprawiły, że w wieku dwudziestu siedmiu lat byłem zupełnie wypalony i pozbawiony jakichkolwiek chęci do dalszego życia.

 Zapaliłem światło w salonie i rozsiadłem się wygodnie na kanapie. Mieszkanie było schludne, niemal sterylne, zupełnie jakby nikt tutaj nie mieszkał. Urządzone elegancko, zgodnie z obowiązującymi trendami. W związku z moim wysokim stanowiskiem musiałem otaczać się pewnymi luksusowymi przedmiotami, na przykład najnowszym sprzętem grającym, odpowiednio dużym telewizorem i nowoczesnymi meblami. Oczywiste było również to, że zegarek prawdziwego korpo-szczura musiał być odpowiednio drogi, z miliardem wskazówek. Musiał podawać dokładną datę, nie tylko godzinę, istne szaleństwo. Zupełnie nie było mi to potrzebne, ale towarzystwo, w którym się obracałem, źle odebrałoby brak takowych udogodnień.

Wstałem z kanapy i ruszyłem do kuchni, myśląc o tym, że byłem niczym innym, jak tylko więźniem społeczeństwa konsumpcyjnego. Zjadłem lekki posiłek, wziąłem prysznic i już o godzinie 23.30 leżałem w łóżku, czekając, aż nadejdzie Morfeusz i weźmie mnie w swoje objęcia. Byłem ogromnie zmęczony, lecz sen nie nadchodził. W końcu jednak powoli zacząłem zasypiać.

 Zawsze, kiedy to się działo, byłem już w głębokim śnie. Jednak dokładnie czułem moment, gdy rozpoczynał się cały proces. Objawy zawsze były takie same. Najpierw serce zaczynało bić jak szalone, potem każdy mięsień ciała napinał się do granic możliwości. Kolejną rzeczą było coś niezwykle trudnego do opisania. Czułem, jak kurczę się w sobie. Kuliłem się we własnym ciele, aby sekundę potem znaleźć się poza nim.

 Doskonale pamiętam dzień, w którym po raz pierwszy przytrafiło mi się to dziwne zjawisko. Od tamtego dnia miało mi już ono towarzyszyć do końca życia. Był to 22 lipca 1984 roku, dokładnie trzynaście lat temu. Miałem wtedy czternaście lat i właśnie wróciłem z obozu letniego. Poznałem tam kilku starszych chłopaków, którzy oprócz wyjawiania mi tajemnic na temat ludzkiej seksualności i relacji damsko-męskich , zapoznali mnie z dwoma zespołami, które miały ogromny wpływ na moje życie – The Doors i Pink Floyd. A, że mózg czternastoletniego chłopca jest chłonny jak gąbka i podatny na wszelkiego rodzaju podniety, od razu stałem się ich największym fanem.

Zaraz po powrocie do domu poleciałem jak na skrzydłach do wypożyczalni kaset i zabrałem stamtąd wszystko, co wiązało się z tymi dwiema grupami muzycznymi. Plakaty nad moim łóżkiem, najczęściej przedstawiające jakieś modele samochodów i słynnych piłkarzy, szybko ustąpiły miejsca tym, na których był Jim Morrison lub chłopacy z Pink Floyd. Ci ostatni już zawsze mieli specjalne miejsce w moim sercu. Tego pamiętnego dnia, a właściwie wieczora, leżałem wyciągnięty na łóżku i słuchałem mojej ulubionej płyty – The Wall. Powoli zapadałem w sen.

Gdzieś w środku nocy zacząłem czuć się bardzo dziwnie. Spałem, czułem to dokładnie, jednak moja świadomość pracowała na pełnych obrotach. Następnie poczułem objawy, które potem okazały się towarzyszyć każdemu takiemu zdarzeniu w moim życiu. Serce zaczęło bić tak szybko, jakbym właśnie przebiegł maraton, a każdy mięsień napiął się niczym cięciwa łuku gotowego do oddania strzału. Poczułem, że zwijam się w kłębek wewnątrz własnego ciała. Tak, jakby całe moje wewnętrzne „ja” skumulowało się gdzieś w okolicach klatki piersiowej. Ten dziwny stan trwał kilka sekund, po czym po prostu otworzyłem oczy i ze strachem zdałem sobie sprawę, że lewituję ponad ziemią. Instynktownie spojrzałem w dół. Jakiż szok przeżyłem, kiedy zobaczyłem samego siebie, wciąż śpiącego sobie w najlepsze! Pamiętam, że pomyślałem sobie wtedy, że moja dusza po prostu wystrzeliła z ciała jak pocisk armatni. Wyciągnąłem rękę przed siebie,a przynajmniej tak mi się wydawało, bo nie zobaczyłem jej przed sobą. Po chwili zdałem sobie sprawę, że smacznie sobie śpi, razem z resztą ciała. Coś sprawiło, że przestałem się bać, wszak nie działo się nic złego. Po prostu tej nocy moja dusza postanowiła opuścić ciało. Pomyślałem, że taka wędrówka może się już nigdy nie powtórzyć, więc grzechem byłoby przepuszczenie okazji, która pozwalała mi na oglądanie świata z zupełnie innej perspektywy.

Tak właśnie zaczęła się moja pierwsza „podróż w ciemnościach”, jak zwykłem nazywać to dziwne zjawisko. Spojrzałem na zegar – była godzina 01.04. Zacząłem snuć się po domu. Pamiętam, że chciałem sprawdzić, czy moi rodzice śpią. Przeleciałem przed drzwi do ich sypialni, właściwie przez nie przesiąknąłem. Tak, to chyba najodpowiedniejsze słowo. Od razu jednak cofnąłem się z obrzydzeniem, gdyż moi rodzice byli akurat w trakcie oddawania się miłosnemu aktowi. Było mi bardzo wstyd, że przyłapałem ich w tak intymnej sytuacji, jeżeli można to w ogóle nazwać przyłapaniem. W końcu nie byłem tam obecny cieleśnie. Kiedy znalazłem się poza domem, zacząłem wznosić się coraz wyżej i wyżej. Było to dla mnie niesamowite przeżycie. Cała okolica, wszystkie domy wyglądały jak zbudowane z klocków, a przed nimi stały zabawkowe samochodziki. Tylko w jednym domu w sąsiedztwie paliły się jeszcze światła. Mieszkał tam Butch Douglas – szkolny cwaniak, który dokuczał każdemu, kto był od niego mniejszy i słabszy. Niestety, zaliczałem się do grupy tych nieszczęśników. Pomyślałem o nieskończonych możliwościach, jakie dawała mi ta niecodzienna sytuacja. A nuż okazałoby się, że nasz mały Butch musiał spać z zapalonym światłem, w dodatku z pluszakiem i pewnie w ogóle moczył się w nocy. Miałbym doskonały sposób na to, aby w końcu się na nim odegrać. W myślach zacierałem ręce, zbliżając się do jego domu. Gdy byłem już niedaleko, usłyszałem krzyki i kobiecy płacz. Kiedy spojrzałem przez okno, akurat zobaczyłem, jak matka Butcha padła na ziemię przez cios w twarz, który zadał jej wysoki, brodaty mężczyzna – prawdopodobnie pan Douglas. Głośno krzyczał, używając wielu niecenzuralnych słów.

Oglądając tę makabryczną scenę, zdałem sobie sprawę, że w pokoju znajdują się jeszcze dwie inne osoby. Dwie postaci siedziały skulone w kącie pomieszczenia. Był to Butch tulący do siebie swojego młodszego brata. Malec ukrył twarz w koszulce chłopca i głośno płakał. Kobieta leżała nieruchomo na podłodze, prawdopodobnie straciła przytomność. Kiedy mężczyzna skierował się ku dzieciom, wydałem z siebie krzyk przerażenia.

 Okazało się, że krzyknąłem dokładnie w tym momencie, w którym się obudziłem. Byłem zlany potem. Zegar wskazywał godzinę 01.34.

 Cały następny ranek próbowałem sobie wmówić, że moja nocna wędrówka była jedynie wyjątkowo rozbudowanym snem, spowodowanym słuchaniem magicznej muzyki zespołu Pink Floyd tuż przed zaśnięciem. Do obiadu zdążyłem zupełnie w to uwierzyć. Po południu wybrałem się na przejażdżkę rowerową. Jadąc wzdłuż mojej ulicy napotkałem panią Douglas. Ku mojemu przerażeniu zauważyłem, że jej policzek był naznaczony wielkim siniakiem – nocnym prezentem od jej męża. Tego dnia dowiedziałem się jak bardzo ponurym miejscem jest świat, w którym przyszło mi żyć.

 Później przekonałem się, że ta pamiętna noc nie miała być jedyną i niepowtarzalną w moim życiu. OOBE (Out Of Body Experience), jak okazało się nazywać to zjawisko, zaczęło mi się przytrafiać średnio dwa razy w miesiącu. Tak było aż do czasu ukończenia przeze mnie dwudziestego pierwszego roku życia. Potem moje wędrówki w ciemnościach zdarzały się o wiele rzadziej. Bywało, że nic nie zakłócało mojego snu przez całe miesiące. Nigdy nie wiedziałem, której akurat nocy moja dusza postanowi opuścić ciało. Badałem to pod różnymi kątami, jednak w końcu wysnułem wniosek, że nie działało to w oparciu o jakąkolwiek prawidłowość. Naturalnie, nikomu nie powiedziałem o tej dziwnej dolegliwości. Kiedy byłem dzieciakiem i tak nikt by w to nie uwierzył, jako dorosły zostałbym po prostu uznany za wariata lub ćpuna.

 Dzięki moim nocnym eskapadom udało mi się poznać przeróżne aspekty ludzkiego życia. Krótko mówiąc – podglądałem innych. Bycie takim „duchowym obserwatorem” wydawało mi się wyjątkowo fascynujące. Chociaż moja pierwsza wyprawa miała bardzo traumatyczny finał, podglądanie ludzi w ich naturalnym środowisku zdawało się być najlepszym sposobem na spożytkowanie czasu, który spędzałem poza ciałem. Przeciętnie, taka podróż trwała od trzydziestu minut do półtorej godziny i nigdy nie miałem wpływu na czas jej trwania. W pewnym momencie jakby wybudzałem się ze snu, w swoim własnym łóżku.

 Podczas wielu nocnych podróży, które odbyłem, było mi dane obserwować przeróżne zdarzenia. Niektóre były bardzo radosne i napawały mnie dużym optymizmem. Nie jestem w stanie zliczyć pierwszych pocałunków, oświadczyn, łez szczęścia przy rzewnych powitaniach na lotnisku, których byłem świadkiem. Gdy obserwowałem takie zdarzenia, czułem się jak anioł stróż, który stoi na straży szczęścia doświadczanego przez uczestników.

 Oczywiście nie każda wyprawa miała taki pozytywny charakter. Duże miasto, do tego nocną porą, było bardzo brutalnym miejscem. Snując się wśród budynków, wiele razy byłem świadkiem okropnych zdarzeń, a każde z nich wywarło trwałe piętno na mojej psychice. Byłem więc obecny przy wielu włamaniach, napadach, kradzieżach, pobiciach, a nawet przy jednym gwałcie. To ostatnie było dla mnie wyjątkowo traumatycznym przeżyciem, po którym długo nie mogłem dojść do siebie. Dopiero wtedy zacząłem zdawać sobie sprawę, że nocne zajście w domu państwa Douglas to jedynie czubek góry lodowej okrucieństwa tego świata.

 Niestety, gwałt nie był najgorszą rzeczą, którą było mi dane oglądać dzięki mojemu przeklętemu darowi. Pamiętam, ta noc była wyjątkowo upalna – 7 czerwca 1989. Miałem dziewiętnaście lat i właśnie wróciłem do domu po dosyć mocno zakrapianej imprezie. Od razu rzuciłem się na łóżko i zapadłem w głęboki sen. Wydawało mi się, że minęło tylko kilka sekund od kiedy zasnąłem, jednak po chwili ocknąłem się poza swoim ciałem. Byłem bardzo rozbawiony, ponieważ ilość wypitego alkoholu czułem nawet po odłączeniu się mojej duszy od ciała. Kolejną podróż w ciemnościach rozpocząłem w iście szampańskim nastroju.

Fruwałem wśród budynków i nieświadomych przechodniów, gdy ktoś szczególnie zwrócił moją uwagę. Na rogu jednej z ulic stała młoda dziewczyna, latynoska. Na oko miała zaledwie siedemnaście lat. Była prostytutką, co do tego nie miałem żadnych wątpliwości. Miała na sobie kusą sukienkę o bardzo krzykliwych barwach, a jej usta były pomalowane na krwistoczerwony kolor. Pomimo tandetnego ubioru była naprawdę piękna. Długie, ciemnobrązowe włosy spływały po jej delikatnych ramionach, czerwone usta były pełne i lekko rozchylone. Budowę ciała miała drobną i bardzo atrakcyjną. Rozglądała się, najwyraźniej wyczekując kolejnego klienta.

Postanowiłem, że dzisiaj właśnie ta dziewczyna będzie obiektem moich obserwacji. Wstyd się przyznać, jednak często bywałem świadkiem intymnych zbliżeń między ludźmi. Lubiłem podglądać pary podczas miłosnych uniesień, czy to w ich sypialni, czy w samochodzie na jakimś odosobnionym parkingu. Pod tym względem prostytutki nie były najlepszym materiałem do podglądania z racji tego, że akty pomiędzy nimi i ich klientami wydawały mi się po prostu obleśne. Ta dziewczyna jednak bardzo mi się spodobała, więc gdy wsiadła do samochodu jakiegoś mężczyzny w garniturze, bez zastanowienia ruszyłem za nimi. Zatrzymali się na parkingu w biedniejszej części miasta. Dookoła nie było śladu żywej duszy, oczywiście poza mną. Między kierowcą a pasażerką wywiązała się krótka wymiana zdań, typowa dla takiej sytuacji. Mężczyzna jednak wyraźnie nie był w nastroju na amory, co zbiło młodą prostytutkę z tropu. Siedzieli chwilę w milczeniu, a ja wciąż obserwowałem, zawieszony w powietrzu dokładnie przez zaparkowanym samochodem, czekając na rozwój wydarzeń. Nagle mężczyzna złapał dziewczynę, zatykając jej usta, a ta instynktownie zaczęła się szarpać, bezskutecznie próbując uwolnić się z żelaznego uścisku. Kierowca dobył z kieszeni nóż i bezceremonialnie pchnął dziewczynę kilka razu w brzuch. Strach sparaliżował moje niematerialne ciało a poczucie, że jedyne co mi zostało to bierna obserwacja, przepełniało ogromnym bólem i smutkiem.

Młoda prostytutka przestała stawiać opór. Jej niedoszły klient wywlókł ją z samochodu i ułożył na ziemi. Zauważyłem, że miał na sobie rękawiczki, co wskazywało na to, że wszystko zaplanował tak, aby nie zostawić po sobie żadnych śladów. Dziewczyna wciąż żyła, jednak nie mogła już wydać z siebie głosu. Jej ciało przeszywały drgawki spowodowane szybką utratą krwi. Sukienka na brzuchu przybrała kolor zbliżony do jej szminki.

Oprawca wsiadł do samochodu i odjechał ku wiecznej ciemności, do której również zmierzała jego ofiara, oddająca właśnie ostatnie tchnienie. Zbliżyłem się do tej biednej istoty i pochyliłem się nad nią. Przerażenie ustępowało miejsca ogromnemu współczuciu, który czułem wobec niej. Najbardziej bolał mnie fakt, że nie mogłem zrobić nic, aby temu zapobiec. Wtem dziewczyna jakby nagle odzyskała świadomość i spojrzała prosto na mnie. Byłem pewien, że w tamtym momencie naprawdę mnie widziała. Z jej oczu pociekły łzy. Próbowała podnieść rękę, jednak zabrakło jej sił. Dłoń ciężko opadła na ziemię, gdy dziewczyna umarła.

 Po tym zdarzeniu przez wiele miesięcy nie odbywałem żadnych podróży. Kiedy zdarzało mi się doświadczać postrzegania pozacielesnego nawet nie opuszczałem swojej sypialni. Po prostu czekałem na moment, w którym moje ciało się obudzi i dusza znów powróci na swoje miejsce. Bardzo się bałem, a moje nerwy były w strzępach.

 Na pewno znalazłoby się wielu oburzonych moją bierną postawą wobec tych wszystkich zbrodni. Uznaliby moją dolegliwość za supermoc, za prawdziwy dar od Boga! Przecież mógłbym zrobić tyle dobrego, zapobiec tylu nieszczęściom! Ja jednak nigdy nie patrzyłem na to w taki sposób i uważałem to za całkiem słuszne. Moją „supermocą” było jedynie to, że co jakiś czas „odrywałem się” od swojego fizycznego ciała i snułem się bez konkretnego celu. Nie miałem możliwości jakiejkolwiek ingerencji w wydarzenia, których byłem świadkiem. Kiedy powracałem do ciała, zbrodnie już dawno były popełnione. Ten „dar” był tak naprawdę prawdziwym przekleństwem, gdyż uświadamiał mi mój zupełny brak wpływu na otaczający mnie świat i krzywdy, które na nim mają miejsce. Byłem zupełnie bezużyteczny. Jedyne co zyskałem to niezliczone blizny na psychice pozostawiane przez każde makabryczne zdarzenie, które było mi dane obserwować podczas tych podróży.

Zabójstwo młodej prostytutki przelało czarę goryczy. Po tym zdarzeniu coś we mnie pękło, stałem się bardzo nieczuły i zimny jak lód. Zbudowałem mur wokół siebie, który odgradzał mnie od reszty niczego nieświadomej ludzkości. Na początku byli tacy, którzy próbowali z tym walczyć, chcieli mi pomóc. Jednak kiedy widoczne stawało się to, że ich starania nie przynoszą żadnych rezultatów, po prostu rezygnowali. Z czasem takich ludzi było coraz mniej. Dlatego właśnie całe życie byłem samotny, poza kilkoma przelotnymi romansami, które zaczynały się między jednym i drugim drinkiem w miejscowym barze, po czym kończyły się wraz z wyjściem niewiasty z mojego mieszkania następnego ranka. Miałem również bliższe kontakty ze współpracownikami, ale jeżeli ktoś kiedykolwiek pracował w dużej korporacji, ten na pewno wie jaki charakter miały te „przyjaźnie”. Bolało mnie to, że nie potrafiłem kochać i nikt nie potrafił kochać mnie. Jednak przez wszystkie wydarzenia z przeszłości byłem zbyt słaby, aby to zmienić. Takim sposobem najpierw pilna nauka, a potem praca po godzinach były najwyższymi świętościami w moim nędznym życiu.

 Było około drugiej, kiedy ponownie opuściłem swoje ciało. Więc, chcąc być dokładnym, był już 23 lipca 1997 roku, kiedy zaczęła się moja kolejna podróż w ciemnościach. Muszę przyznać, że ta noc była wyjątkowo nudna. Nie działo się nic godnego uwagi duchowego obserwatora. Ludzie, których mijałem, byli szarzy i wyjątkowo nieinteresujący. Brnąłem więc w ten rozległy ocean betonu, zanurzony w przedwiecznej ciemności, myśląc o swoim bezwartościowym życiu. Byłem pewien, że już nic dobrego mnie w nim nie spotka. Nie pragnąłem jednak wiele – jednej iskry, czystej jak łza, która rozświetli moją duszę ciepłym blaskiem, uleczy me śmiertelne rany, a mnie samego złoży na swym ołtarzu spokoju i oczyszczenia. Z jej pomocą narodziłbym się na nowo, oderwałbym się od bolesnej przeszłości, która wciąż zbierała kolejne żniwa w moim życiu. Z takimi myślami przemierzałem to miasto pełne zepsucia, w którym się urodziłem, żyłem i miałem umrzeć.

Wtem jakiś blask rozświetlił ciemność, a moim oczom ukazała się istota tak czysta i niewinna, że wstyd było mi patrzeć na nią swoim grzesznym spojrzeniem. Stąpała lekko po tej brudnej ziemi, tej samej ziemi, z której wyrosła podła istota, którą byłem ja sam. Szła lekkim, lecz pewnym krokiem, a z jej giętkiego ciała biła piękna, jasna poświata. Płynąłem tuż obok niej w oceanie ciemności, a wzruszenie ściskało mi gardło. Kiedy tak ją obserwowałem, czułem jedynie szczęście i spokój.

Miała na sobie śnieżnobiałą koszulkę, symbol jej czystości i niewinności, jasne jeansy oraz ciężkie, czarne buty, który miały chronić ją przed dotykiem plugawej ziemi, po której przyszło jej stąpać. Długie włosy, koloru szlachetnego miodu, ciepłego słońca, złocistych kwiatów w Ogrodzie Niebieskim były w nieładzie za sprawą lekkiego wieczornego wiatru. Oczy miała koloru nieba, co zdradzało prawdziwe pochodzenie mojej pięknej iskry. W momencie, gdy ją ujrzałem, pokochałem ją całą swoją duszą, miłością czystą i wieczną. To spotkanie, to uczucie, które we mnie wywołała, musiało być nam pisane już wiele wieków wcześniej, gdzieś w gwiazdach.

Podążałem za nią, nie mogąc oderwać wzroku od tego cudu, którego doświadczyłem akurat tej nocy. Dopiero po chwili zorientowałem się, że niebieskooka płakała, zauważyłem dwie wielkie łzy spływające po jej policzkach. Jakaż trwoga ogarnęła moją zbłąkaną duszę. Nie mogłem nic zrobić, kiedy dziewczyna, która rozświetliła moje życie samym swoim pojawieniem się, cierpiała i roniła gorzkie łzy. Dotarła na most nad rzeką przepływającą przez miasto i oparła obie dłonie o barierkę dzielącą ją od ciemnej toni brudnej wody. Rozpłakała się na dobre, a złociste włosy okalające jej twarz lepiły się do policzków mokrych od łez. Tak bardzo pragnąłem ją w tamtej chwili objąć, dodać otuchy.. Moja dusza doskonale czuła, że ta dziewczyna była wyjątkowo dobrą istotą. Bardzo bolała mnie jej rozpacz, zupełnie jakby nasze wnętrza łączyła srebrna nić. Zapłakałem. Trwałem zawieszony w nicości tuż obok niej i po prostu płakałem, a nasz smutek zdawał unosić się w powietrzu. Nie potrafiłem wytłumaczyć sobie tego, co się ze mną działo.

Mój anioł przestał szlochać i trochę się uspokoił. Dziewczyna zaczęła rozglądać się wokół, zapewne chcąc sprawdzić, czy nikogo nie ma w pobliżu. Okolica była zupełnie pusta i niezwykle cicha. Obserwując, spotkała się ze mną wzrokiem i przez chwilę wpatrywała się w miejsce, w którym się znajdowałem. Nie wiedziałem, czy mnie widzi, ale chciałem w to wierzyć. Jej oczy były pełne smutku, jednak oprócz tego zauważyłem w nich również pewien zimny blask, który napełnił mnie niepokojem. Odwróciła się i ponownie zaczęła przyglądać się rzece, która płynęła pod nami. Jedyne, czego teraz pragnąłem, to obudzić się i pognać na ten most. Opowiedziałbym jej wszystko, od początku do końca. Czułem, że tylko ona uwierzyłaby w moją historię. Bolało mnie to, że po raz kolejny nie miałem wpływu na to, co dzieje się wokół.

Mój niepokój rósł z minuty na minutę, czułem, że może wydarzyć się coś złego. Moje przeczucia się sprawdziły, gdyż dziewczyna powoli zaczęła przechodzić przez barierkę. Byłem szczerze przerażony. Chciałem krzyczeć, lecz nie mogłem. Stanęła przodem do przepaści, wciąż trzymając się barierki i spokojnie przypatrywała się tafli wody. Gdyby spadła, umarłaby na miejscu. Byłem pewien, że zaraz stracę jedyne światło mojego życia i nic nie mogłem z tym faktem zrobić. Moja anielica powoli zaczęła puszczać barierkę. Znowu byłem jak sparaliżowany, nie mogłem się ruszyć. Z bólem postanowiłem, że będę ostatnim towarzyszem jej podróży. Jej dłonie oderwały się od metalowej poręczy, a ona pochyliła się do przodu. Powoli spadała w nieprzeniknioną ciemność. Usłyszałem tylko potężny plusk wody w chwili, gdy moja miłość spotkała się ze swym ponurym przeznaczeniem.

Przerażenie i ogromne cierpienie przeszyły mnie całego. Niemal fizycznie poczułem, jak moje serce pęka i rozpada się na miliony kawałeczków. Po chwili znalazłem się z powrotem w moim ciele, oczywiście dopiero wtedy, kiedy już nic nie dało się zrobić. Zacząłem krzyczeć, przeraźliwie krzyczeć. To był koniec, już nic mi nie pozostało. Nie mogłem poradzić sobie z bólem, musiałem się wyżyć. Złapałem więc kij baseballowy, który zawsze trzymałem przy łóżku i zacząłem niszczyć wszystko, co tylko stanęło mi na drodze. Niszczyłem wszystkie dowody mego nędznego, konsumpcyjnego życia – roztrzaskałem moje absurdalnie drogie meble, a sprzęt grający zniszczyłem jednym silnym uderzeniem. Z wrzaskiem uderzyłem w ekran telewizora, który rozpadł się na kawałki, zupełnie jak moje udręczone serce tej nocy, 23 lipca anno domini 1997. Wściekłość powoli ustępowała miejsca ogromnemu smutkowi i wycieńczeniu. Padłem na podłogę wśród szczątków wszelakich dóbr materialnych i po prostu zasnąłem snem głębokim, lecz niespokojnym i pełnym najskrytszych lęków.

Może się to wydać zabawne, jednak rano wstałem, ubrałem się i pojechałem do biura. Byłem wrakiem człowieka, tej nocy pozbawiono mnie duszy – byłem pewien, że tak naprawdę nie powróciła do ciała i wciąż błąkała się w okolicach tego śmiercionośnego mostu. Tak samo jak wszystkie moje myśli. Starałem się zachowywać pozory, jednak na pierwszy rzut oka było widać, że jestem bliski załamania nerwowego. To, że żaden z moich „przyjaciół” nie zapytał nawet co się ze mną dzieje, było idealnym zwieńczeniem obrazu świata, w którym żyłem. Jednak siedząc przy biurku i bezmyślnie gapiąc się w ekran, w mojej głowie wykrystalizował się pewien plan działania. Kiedy wychodziłem z biura, byłem już pewien, że go wykonam. Zamiast wsiąść do samochodu i wrócić do domu wybrałem się na pieszy spacer.

Nietrudno było się domyśleć w jakie miejsce poniosły mnie nogi. Całą drogę czułem się zupełnie oderwany od rzeczywistości. Co rusz wpadałem na kogoś, a on w podzięce raczył mnie wiązanką niezwykle soczystych wulgaryzmów, ale nie dbałem o to. Tylko jeden cel mi przyświecał, niczym słup ognia prowadzący naród wybrany przez Morze Czerwone. W miejscu, gdzie dzisiejszej nocy odbył się horror, wciąż trwała akcja policji. Most był odgrodzony od reszty świata żółtą taśmą, a policjanci krzątali się wokół, szukając jakichkolwiek śladów. Wiedziałem, że muszę zrobić to teraz. Rzuciłem się do biegu i przeskoczyłem żółtą taśmę. Mundurowi nie zdążyli nawet zareagować. Zorientowali się dopiero, gdy przeszedłem przez barierkę. Nie zdążyli do mnie dobiec, gdyż od razu skoczyłem głową w dół ku ciemnej toni. Mój kark ugiął się pod siłą, z jaką zderzył się z taflą wody, a mój los przypieczętował głaz na dnie rzeki, który rozbił mi czaszkę. Ciemność, cisza, spokój…

Ze stoickim spokojem przyglądałem się temu, jak policjanci zaczynają akcję ratunkową. Wiedziałem, że było za późno, więź między moją duszą i ciałem zerwała się właściwie już w chwili, kiedy podjąłem ostateczną decyzję o samobójstwie i skoczyłem z mostu. Nie przemyślałem do końca mojego planu. Wyglądało na to, że miałem spędzić całą wieczność, snując się po świecie jako zbłąkana dusza. Tępo przyglądałem się z góry mojemu ciału, które powoli znosił nurt rzeki. Słyszałem krzyki ludzi, jednak nic już mnie nie obchodziło. Wszak nie należałem już do tego świata. Odwróciłem się, chcąc oddalić się z tego miejsca, kiedy ujrzałem ją. Stała spokojnie, wśród tłumu przerażonych gapiów, nie widział jej nikt oprócz mnie. Stała tam, jeszcze piękniejsza, niż w nocy, a jej poświata świeciła jeszcze jaśniej. Uśmiechała się lekko, a jej błękitne oczy były pełne dobra i miłości. Nic nie musiałem mówić. Ona już wszystko wiedziała.

 

Koniec

Komentarze

Hmmm. OBE to nie jest nowy pomysł. Prawda, dodałaś jakieś nowe elementy.

Jednak całość mnie nie poruszyła. Narrator snuje opowieść w czasie przeszłych, przez to tekst sprawia wrażenie opowiadanej historii. Niemal nic nie dzieje się teraz, prawie wszystko już się wydarzyło. Myślę, że jakieś dialogi mogłyby przerwać tę monotonię.

Zakochanie się od pierwszego spojrzenia w pięknej nieznajomej też do mnie nie przemawia. A już tak drastyczne kroki z tego powodu…

Jednak siedząc przy biurku i bezmyślnie gapiąc się w ekran, w mojej głowie wykrystalizował się pewien plan działania.

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu, bo wychodzi, że to plan siedział i się gapił.

Babska logika rządzi!

Przykro mi, ale opowiadanie nie przypadło mi do gustu. Pewnie dlatego, że przedstawione zdarzenia jako żywo kojarzą mi się z doznaniami sennymi, a opisywanie tychże nigdy mnie nie interesowało. Wynurzenia bohatera zdały mi się mocno nużące, wręcz pozbawione życia.

Bohater też mi się nie spodobał – zagrzebany w przeszłości, nie akceptuje teraźniejszości, a jednocześnie nie robi nic, by cokolwiek w życiu zmienić. Jego nagłe zakochanie się w zdesperowanej nieznajomej także wymyka się mojej wyobraźni.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia. Przeszkadza nadmiar zaimków, dość zaawansowana byłoza, powtórzenia, różne usterki i nie zawsze poprawnie konstruowane zdania.

Masz przed sobą trochę pracy, Larval Stalker, ale mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą ciekawsze i lepiej napisane.

 

od­głos moich wła­snych kro­ków w przed­po­ko­ju – na­resz­cie byłem w domu. Spoj­rza­łem na ze­ga­rek na moim nad­garst­ku… –> Czy oba zaimki są niezbędne?

 

ma­rzy­łem tylko o tym, żeby piąć się w górę w hie­rar­chii firmy. –> Masło maślane. Czy można piąć się w dół.

 

mu­siał być od­po­wied­nio drogi, z mi­liar­dem wska­zó­wek. Mu­siał po­da­wać… –> Powtórzenie.

 

na­dej­dzie Mor­fe­usz i weź­mie mnie w swoje ob­ję­cia. Byłem ogrom­nie zmę­czo­ny, lecz sen nie nad­cho­dził. –> Powtórzenie.

 

i re­la­cji dam­sko-mę­skich , za­po­zna­li… –> Zbędna spacja przed przecinkiem.

 

A, że mózg czter­na­sto­let­nie­go chłop­ca jest chłon­ny jak gąbka i po­dat­ny na wszel­kie­go ro­dza­ju pod­nie­ty, od razu sta­łem się ich naj­więk­szym fanem. –> Czy dobrze rozumiem, że chłopiec stał się największym fanem podniet?

 

Wy­cią­gną­łem rękę przed sie­bie,a przy­naj­mniej… –> Brak spacji po przecinku.

 

zo­ba­czy­łem, jak matka But­cha padła na zie­mię przez cios w twarz… –> Mogła paść uderzona, albo od ciosu w twarz, ale nie wydaje mi się, by mogła paść przez cios.

 

ukoń­cze­nia prze­ze mnie dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go roku życia. Potem moje wę­drów­ki w ciem­no­ściach zda­rza­ły się o wiele rza­dziej. By­wa­ło, że nic nie za­kłó­ca­ło mo­je­go snu przez całe mie­sią­ce. Nigdy nie wie­dzia­łem, któ­rej aku­rat nocy moja dusza… –> Przykład nadmiaru zaimków.

 

Duże mia­sto, do tego nocną porą, było bar­dzo bru­tal­nym miej­scem. –> Brutalne jest miejsce, czy raczej to, co się w tym miejscu dzieje?

 

Na rogu jed­nej z ulic stała młoda dziew­czy­na, la­ty­no­ska. –> Masło maślane. Dziewczyna jest młoda z definicji.

Wystarczy: Na rogu jed­nej z ulic stała dziew­czy­na, La­ty­no­ska.

 

Prze­ra­że­nie ustę­po­wa­ło miej­sca ogrom­ne­mu współ­czu­ciu, który czu­łem wobec niej. –> Piszesz o współczuciu, które jest rodzaju nijakiego, więc: …które czu­łem wobec niej.

 

poza kil­ko­ma prze­lot­ny­mi ro­man­sa­mi, które za­czy­na­ły się mię­dzy jed­nym i dru­gim drin­kiem w miej­sco­wym barze, po czym koń­czy­ły się wraz z wyj­ściem nie­wia­sty z mo­je­go miesz­ka­nia na­stęp­ne­go ranka. –> Jednorazowe przespanie się z kimś nie jest romansem, nawet przelotnym.

 

jasne je­an­sy oraz cięż­kie, czar­ne buty, który miały chro­nić ją przed do­ty­kiem plu­ga­wej ziemi… –> …jasne dżin­sy oraz cięż­kie, czar­ne buty, które miały chro­nić ją przed do­ty­kiem plu­ga­wej ziemi

 

Tak bar­dzo pra­gną­łem ją w tam­tej chwi­li objąć, dodać otu­chy.. –> Jeśli na końcu zdania miała być kropka, jest o jedną kropkę za dużo, a jeśli wielokropek, brakuje jednej kropki.

 

23 lipca anno do­mi­ni 1997. –> …23 lipca Anno Do­mi­ni 1997.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Miałeś tutaj jakiś pomysł, ale koncept opowiadania go nie wytrzymał. Zaczynasz bowiem od porządnego infodumpa, by przybliżyć postać bohatera-narratora. I niestety to mocno nuży, bo nim docierasz do końca, nawet bycie świadkiem krwawych przestępstw nie pobudza mojej ciekawości.

Potem silisz się na akcję, masz jakiś pomysł, ale niestety nie ratuje to sytuacji. Tym bardziej, że ciężko mi uwierzyć w zakochanie od pierwszego wejrzenia.

Podsumowując: nienowy pomysł, ale parę elementów tutaj było. Tylko że całość wykańcza forma zaczynająca się od nudnego przedstawienia bohatera-narratora i z lekka nieprawdopodobną sytuację odnośnie miłości.

Co do kwestii technicznych, to już napomknęła o nich Reg. Chwytaj ode mnie pomocne linki z portalu:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka