- Opowiadanie: AQQ - Sterowani

Sterowani

Takie coś kiedyś mi się napisało. :)

Pierwsza próba z narracją pierwszoosobową.

Odkopałam, poprawiałam, ale pewnie znajdzie się trochę błędów.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Sterowani

Kiedy w dwa tysiące dwudziestym dziewiątym roku Apophis minął Ziemię, nikt nie był specjalnie zaskoczony. Naukowcy twierdzili, że prawdopodobieństwo kolizji jest znikome. Siedem lat później, gdy również nie doszło do katastrofy, ludzie ostatecznie odetchnęli z ulgą. Apokaliptyczne wizje nie sprawdziły się, można więc było spać spokojnie. Nie długo.

 

Mutacja przebiegła pomyślnie. Jesteśmy gotowi.

 

Grypa zaatakowała wiosną dwa tysiące czterdziestego roku. Pandemia zebrała obfite żniwo. Były miasta, w których nie przeżył nikt. Jednak my ocaleliśmy. Zmutowany wirus zdziesiątkował mieszkańców stolicy, a ci, którzy przeżyli, poczuli się jak wybrańcy, którym Bóg dał, podobnie jak Noemu, drugą szansę. To był trudny czas dla wszystkich. Kiedy pochowano zmarłych w masowych grobach, ludzie na nowo zaczęli pisać swoją historię. Władzę sprawowała Rada Ocalałych, składająca się z kilku wyższych urzędników rządu, którzy przeżyli. To oni utworzyli sztab kryzysowy.

Moja mama zmarła wkrótce po tym, jak wydała mnie na świat. Ojciec podobno przeżył ją tylko o kilka dni, a ja razem z innymi sierotami trafiłem do domu dziecka. Część dzieci szybko znalazła nowe domy, ale ja zostałem.

 

Wyselekcjonowaliśmy ostatnią jednostkę.

 

Pozbawiony czułości i matczynej miłości, rosłem zamknięty w swoim własnym świecie. Czułem, że jestem inny niż moi rówieśnicy, ale sam nie potrafiłem wytłumaczyć, na czym ta inność polegała.

Pierwsze widoczne symptomy mojej odmienności pojawiły się, kiedy byłem w szkole. Miałem wtedy jakieś sześć lat i stawiałem swoje pierwsze litery. Pan Bernard – mój nauczyciel, nachylił się nade mną i pochwalił to, jak bardzo się staram.

– Bardzo panu dziękuję – powiedziałem grzecznie.

– Za co? – zapytał pan Bernard.

– Za to, co pan powiedział – wyjaśniłem. – O tym, że się staram i ładnie piszę.

– Ale ja nic nie powiedziałem – odparł zdumiony.

– Wydawało mi się, że to słyszałem. Gdzieś tam… w mojej głowie – dodałem.

Nie potrafiłem ubrać w słowa tego, co odczuwałem i nie wiedziałem, jak to się dzieje.

Wpatrywał się we mnie przenikliwie, a ja w tamtej chwili usłyszałem, że w głowie mojego nauczyciela rozpętała się prawdziwa burza. Jego myśli były dla mnie trudne, niezrozumiałe i chaotyczne. Pojąłem tylko tyle, że jestem niezwykły i mam ogromne możliwości i władzę. Wtedy jeszcze słowo władza niewiele dla mnie znaczyło.

 

– Chciałbym z tobą porozmawiać po lekcjach – powiedział w końcu pan Bernard.

– Tak, proszę pana – zgodziłem się chętnie. Miałem nadzieję, że pomoże mi zrozumieć, co się ze mną dzieje. Poza tym lubiłem pana Bernarda i perspektywa spędzenia z nim czasu była o wiele lepsza niż samotne popołudnie w sierocińcu.

 

Zostaliśmy w sali sami. Nauczyciel znów długo mi się przyglądał. Miał dobre szare oczy, które budziły zaufanie. A potem zaczął zadawać pytania. W myślach.

– Niedawno.

– Nikomu o tym nie mówiłem.

– Niektóre słyszę wyraźnie, a inne tylko trochę.

– Tak, możemy spróbować.

– Będę pana przyjacielem.

– Tak, chętnie pomogę.

Ucieszyłem się, że ktoś się mną zainteresował i może mi pomóc.

 

Spotykaliśmy się codziennie po lekcjach. Na początku pan Bernard o czymś myślał, a ja miałem powiedzieć, o czym. To było proste. Czasami chodziliśmy do parku za szkołą, gdzie można było spotkać uczniów i nauczycieli. Siadaliśmy na ławce, a on prosił, żebym mówił mu, o czym myślą mijający nas ludzie. To była fajna zabawa, chociaż bałem się wtedy odczytywać myśli dorosłych, nie rozumiałem ich, a często po prostu się wstydziłem. Te ćwiczenia bardzo mi pomogły i byłem w stanie kontrolować moją niezwykłą umiejętność. Potrafiłem wyciszyć docierające z zewnątrz, niechciane myśli i sam decydować, co chcę usłyszeć.

Zbliżyliśmy się do siebie. Pan Bernard był sam, podobnie jak ja. Po roku, który wspólnie spędziliśmy, wystąpił o adopcję i bardzo szybko udało się sfinalizować formalności. Ciężar odpowiedzialności za mnie spadł teraz na niego i wszyscy byli zadowoleni. Ja, bo miałem kochającego ojca i wreszcie własny dom, pan Bernard – bo miał się kim opiekować, i komu przekazywać wiedzę, a Rada Ocalonych nie musiała już łożyć na moje utrzymanie w sierocińcu.

Bernard, bo tak kazał mi do siebie mówić, opowiadał mi o wielu ciekawych rzeczach. Z wykształcenia był biologiem i potrafił pięknie mówić o otaczającym nas świecie, o zwierzętach, roślinach, kosmosie, o wirusach, ich mutacjach i innych epidemiach.

– Bernardzie, czy uważasz, że ja też jestem mutantem? – zapytałem kiedyś, leżąc już w łóżku.

– Dlaczego tak sądzisz? – spojrzał na mnie zaskoczony.

– To, że potrafię czytać w myślach innych ludzi, nie jest normalne. Pomyślałem, że to może też jakaś mutacja? – Starałem się znaleźć odpowiedzi na dręczące mnie pytania.

– Nie wiem, czy to mutacja i skąd to się bierze, ale myślę, że powinieneś o tym myśleć jak o darze. Tak, właśnie. To raczej unikalny dar – powiedział z uśmiechem.

– Od Boga?

– Możliwe. – Bernard zamyślił się i pogładził mnie po włosach. – Śpij już.

 

W tamtym czasie wielu ludzi zwróciło się do Boga. Ci, którzy wcześniej ledwie potrafili zrobić znak krzyża, teraz gorliwie się modlili, ale byli też tacy, którzy całe życie spędzili na klęczkach, a po stracie swoich najbliższych odwrócili się od niego. Podczas pandemii zmarła żona i dwie córeczki Bernarda, ale on nie popadł w żadną z tych skrajności. Do istnienia Stwórcy podchodził dość sceptycznie, ale go nie negował. Często mówił o tym, jacy ludzie są samolubni, zadufani w sobie, i nigdy nie wyciągną żadnej nauki z tego, co ich spotyka. Zastanawiał się, jak można naprawić świat, i czy jest dla niego jeszcze ratunek. Zawsze słuchałem Bernarda uważnie. Wszystko, co mówił, było tak mądre, że nie mogłem się z nim nie zgodzić, więc kiedy zaproponował mi, że może to właśnie my: ja i on powinniśmy coś zmienić, bardzo się ucieszyłem. Byłem dumny z tego, że będę mógł w tym uczestniczyć.

Zaczęliśmy od naszej szkoły, która zdaniem Bernarda, była fatalnie zarządzana, a system edukacji był zły. Prosił mnie wtedy, żebym mówił mu, o czym myśli i jakie ma plany dyrektor, a ja robiłem to z chęcią. Nie wiedziałem, w jaki sposób wykorzystywał zdobytą wiedzę, ale już po roku został dyrektorem szkoły.

Było jednak coś, o czym nigdy nie powiedziałem Bernardowi. Słyszałem czasami czyjeś myśli… nie, to nie były myśli, tylko coś, jakby głosy. Nie wiem, do kogo należały i skąd pochodziły. Zdarzało się to najczęściej wieczorem, przed zaśnięciem. Nie rozumiałem ich. Tak jakby ktoś szeptał coś w jakimś obcym języku. Kiedy później zasypiałem, miałem dziwne sny, których rano nie mogłem sobie przypomnieć, ale było w nich coś tak niepokojącego, że nie mogłem przestać o nich myśleć.

 

Istota poznała swoje możliwości. Nie wie jeszcze, do czego jest zdolna. Wciąż się uczy.

 

Później zaczęły się dziać jeszcze inne dziwne rzeczy. Byłem wtedy chory; przeziębiłem się. Nie muszę chyba dodawać, że po pandemii każde kichnięcie dziecka, czy też dorosłego, stawiało na nogi jego najbliższych. Bernard był przerażony i nie przyjmował do wiadomości, że tak naprawdę nic mi nie jest. Postanowił działać natychmiast i podać odpowiednie leki przeciwwirusowe.

– Weź to i popij. – Podał mi dużą białą tabletkę, na której widok zrobiło mi się niedobrze. Już wcześniej miałem problem z przełknięciem tego paskudztwa.

– Nie, proszę, tylko nie to! – Wykrzywiałem się na wszystkie strony, ale Bernard nie dawał za wygraną.

– Weź, mówię ci! – naciskał.

– Nie!

Nagle Bernard, jakby pchnięty, uderzył z impetem plecami o ścianę, aż szklanka i tabletka wypadły mu z ręki. Przeraziłem się, a on jeszcze bardziej. Zapadła cisza. Patrzyliśmy na siebie, nie wiedząc, co tak naprawdę zaszło.

– Jak to zrobiłeś? – Przerwał milczenie Bernard.

– Ja… ja nie wiem – jąkałem się, nie mogąc dojść do siebie. – Nic ci się nie stało?

– Nie, wszystko w porządku. – Drżącą ręką podniósł z podłogi szklankę i tabletkę. – To było niesamowite, Martinie. Poczułem, jak twój sprzeciw skumulował się i uderzył we mnie.

– Nie chcę, żeby znów coś było niesamowite – odparłem ze łzami w oczach. – Wystarczy mi to, że słyszę to, czego nie powinienem.

– To kolejny dar, który posiadasz, a o którym nie miałeś pojęcia. – Bernard objął mnie i przytulił mocno. – Jakoś sobie z tym poradzimy. Nie martw się.

– To dla mnie za dużo. – Teraz płakałem już otwarcie, mocząc przód koszuli mojego opiekuna.

 

Istota odkrywa nowe możliwości. Prowadzący mu pomaga.

Niedługo opanuje psychosugestię.

Bardzo dobrze.

 

Barnard pomagał mi poznać i ujarzmić mój dar; znów ćwiczyliśmy. Początkowo to jego musiałem zmuszać do robienia jakichś prostych czynności, a on, pomimo oporu i tak je wykonywał. Bałem się i nie chciałem tego robić, zwłaszcza jemu, ale powiedział, że tak trzeba. Później ćwiczyłem na innych; na kolegach ze szkoły, nauczycielach, przypadkowych przechodniach. Bernard mnie wspierał i zapewniał, że nic złego nie robimy, a to tylko może nam pomóc w zmianie świata na lepszy. Wierzyłem mu, a kiedy zaczynałem studia, Bernard zajmował już eksponowane stanowisko w Ministerstwie Edukacji.

Lata mijały, świat się zmieniał. Czy na lepsze? Tak, nie miałem co do tego wątpliwości. Zacząłem wykorzystywać swoje zdolności do własnych celów. Uczyłem się dobrze; nigdy nie miałem z tym problemów, ale wpływanie na innych i sterowanie nimi ułatwiało mi życie.

Studia, na kierunku – stosunki międzynarodowe, skończyłem z wyróżnieniem, co zawdzięczałem tylko sobie, i nie miałem wątpliwości, że chcę dalej współpracować z Bernardem; a to było proste.

 

Wszystko przebiega zgodnie z planem.

Istota zmierza we właściwym kierunku.

 

Znów byliśmy razem. Stanowisko sekretarza ministra edukacji bardzo mi odpowiadało. Bernard jednak twierdził, że aby zrealizować nasz plan, musimy sięgnąć wyżej; na sam szczyt.

Wybory prezydenckie były dla mnie wyzwaniem. Nigdy nie próbowałem sterować ludzką świadomością na taką skalę. Znów powróciły niepokojące sny i nocne szepty. Przestałem się ich już bać i powoli zaczynałem je rozumieć. Powoli znikały wątpliwości. Coś mi mówiło, że tak trzeba, że to jest właściwe. Zrobiliśmy to, a właściwie to ja zrobiłem; dla Bernarda, dla nas wszystkich. Nie wiedziałem, co było z naszym światem nie tak, ale miałem świadomość, że coś się musi zmienić, a ja miałem na to wpływ. Czułem, że to do czego dążymy, jest właściwe, a nasza wizja świata dobra. I tak było do czasu. W jakimś momencie poglądy moje i Bernarda na pewne sprawy zaczęły się nieco różnić. Zrozumiałem też, że mogę przestać być narzędziem w jego rękach, i tak naprawdę to ja mogłem nim sterować. Nie zrobiłem tego jednak i wciąż działaliśmy razem. Uświadomiłem sobie natomiast, czym jest władza.

Starannie selekcjonowałem ludzi w naszym otoczeniu. Każdy współpracownik był sprawdzany i odpowiednio kierunkowany.

 

Wprowadzamy dodatkowy element.

Czekamy na ostateczne rozstrzygnięcie.

 

Emma była tłumaczką. Wybrałem ją nie tylko ze względu na fakt, że biegle władała sześcioma językami, ale przede wszystkim dlatego, że była wyjątkowa. Po raz pierwszy w życiu spotkałem kobietę, której nie byłem w stanie się oprzeć. Nigdy wcześniej nie miałem problemu z dziewczynami. Zaspokajałem swoje potrzeby, wykorzystując koleżanki ze studiów, a później z pracy. Nigdy nie stawiały oporu. Nie mogły. Wcześniej jednak nie czułem tego, co przy niej. To dziwne uczucie uzależnienia od drugiej osoby, potrzeba przebywania w jej towarzystwie, a także pustki, kiedy nie było jej obok mnie. Jeśli to nazywa się miłością, to byłem w niej zakochany, a ona kochała mnie. Nie musiałem jej do niczego zmuszać; znałem jej myśli i wiem co do mnie czuła. Bernard też to wyczuł.

– Muszę zwolnić Emmę – stwierdził stanowczo.

– Nie, Bernardzie – odparłem spokojnie.

– Martinie, czy nie widzisz, że ona wszystko może skomplikować? Nie tak to planowaliśmy. To my dwaj mieliśmy zmienić ten świat – pamiętasz? Nie możemy pozwolić, żeby coś nam stanęło na drodze. Ja rozumiem, że potrzebujesz kobiety, ale zbyt emocjonalnie do tego podchodzisz.

Nie musiałem zagłębiać się w jego myśli, żeby wiedzieć, że się bał. Dzięki mnie doszedł tak daleko, a teraz wszystko zawisło na włosku.

– Nie, Bernardzie – powtórzyłem. – Nie poświęcę jej. Mój związek z Emmą niczego nie zmienia.

– Mylisz się. Zmienia i to bardzo dużo. Nie widzisz tego?

– Nie, nie widzę – pokręciłem głową. – Jestem za to ciekawy, jak ty to widzisz tak naprawdę.

– Nie zrobisz tego! – zaprotestował.

Powoli wdzierałem się do jego świadomości. Robiłem to po raz pierwszy od wielu lat. Od czasu kiedy wspólnie ćwiczyliśmy. Potem nigdy nie próbowałem czytać mu w myślach. Wierzyłem, że ma dobre intencje. Teraz widziałem, jak w panice próbuje ukryć coś przede mną, jakby chciał wznieść mur, który odgrodzi mnie od jego myśli, i od poznania prawdy…

Nie, to niemożliwe! – krzyczałem w duchu. Cała moja wiara w Bernarda i jego szlachetne pobudki legła w gruzach. Manipulował wszystkimi; a przede wszystkim mną. A chodziło tylko i wyłącznie o władzę.

Postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce.

 

Pogrzeb prezydenta był cichy i skromny. Postarałem się, żeby nikt jakoś specjalnie nie rozpaczał z powodu jego samobójczej śmierci. Zostałem zaprzysiężony niedługo potem.

 

Wszystko przebiega zgodnie z planem. Istota przejęła kontrolę.

Ustaliliśmy, że życiem istot kierują emocje.

Czy powinniśmy to wyeliminować?

Jeszcze nie.

 

Skończyłem pracę późno. Kiedy kładłem się obok Emmy, ona już spała. Przytuliłem się do niej i zanurzyłem twarz w długich jasnych włosach. Chłonąłem ją każdą cząstką swojego ciała; wszystkimi zmysłami. Jej zapach i ciepło ciała działały na mnie odurzająco. Na tym świecie tylko ona była dla mnie prawdziwa i szczera. Nie mogłem, a nawet nie miałem powodu, żeby coś zmieniać. Było dobrze, bez mojej ingerencji. Wiedziałem jednak, że muszę to ciągle kontrolować. Sprawa z Bernardem nauczyła mnie, że nie można ufać bezgranicznie nikomu; nawet najbliższym, najbardziej kochanym osobom.

Znów miałem sen. Teraz widziałem wszystko wyraźniej niż dotychczas. Ogromne czarne lekko skośne oczy wpatrywały się we mnie przenikliwie, a potem usłyszałem instrukcje…

 

Istota jest gotowa.

Co z pozostałymi?

Pozostałe sześć istot na tej planecie również przejęło kontrolę nad swoimi społecznościami. Czekaliśmy tylko na niego.

W takim razie możemy przejąć całkowitą kontrolę.

 

Wiem, że ktoś nade mną czuwa i mówi mi co mam robić. Czy to Bóg, czy coś zupełnie innego? Nie wiem. Wiem tylko, że to, co robię, jest dobre.

Koniec

Komentarze

Ładnie pokazany rozwój Istoty. Telepatia połączona z telekinezą to nic nadzwyczajnego w fantastyce, ale dodałaś jeszcze inne elementy. Spodobało mi się. Łącznie z otwartą końcówką.

Myślałaś kiedyś, żeby dodać postaciom głębi, jakichś cech szczególnych?

Napisane całkiem przyzwoicie.

Babska logika rządzi!

Finkla, nawet nie wiesz, jak mi miło, że pozytywnie odebrałaś ten tekst. Co do głębi postaci, to rzeczywiście masz rację. Sama zastanawiałam się nad tym, czy nie są takie… bezosobowe? Dobrze, że to potwierdziłaś. Tak jak pisałam wcześniej, to moje pierwsze spotkanie, a właściwie eksperyment, z narracją pierwszoosobową, której osobiście nie trawię. W sumie można by te cechy szczególne uwypuklić jakoś w dialogach, no ale nie wyszło. Dzięki za komentarz :)

Podobało mi się. Opowiadanie nie było może jakoś szaleńczo odkrywcze, ale fajnie zbudowałaś historię i opowiedziałaś ją sprawnie  i zwięźle. Jedyne z czym miałam problem to poczucie beznamiętności narratora. Wydaje mi się, że pierwszoosobowa narracja powinna nieco głębiej wchodzić w kwestię tego jaki stosunek ma postać opowiadająca do spraw, a tutaj (być może przez to, że był manipulowany) stosunkowo niewiele jest takich informacji. Może właśnie dlatego postaci wydają się bezosobowe,  niezupełnie pełnokrwiste. Niemniej fajny koncept, nie rozchodziłaś się na wątki poboczne, chociaż może trochę szkoda. Opisałaś co się stało ze światem, ale niewiele dostarczasz informacji o tym, jak on po tych przemianach zaczął wyglądać, chociaż być może było to po prostu niepotrzebne do opowiedzenia tego, co chciałaś. 

Zauważyłam też jedną rzecz, która mi zgrzytnęła. Mianowicie tutaj: “Bernard, bo tak kazał mi do siebie mówić, opowiadał mi o wielu ciekawych rzeczach.” Narrator już wcześniej nazywał Bernarda po imieniu, a dopiero tutaj pojawia się taka informacja. Wprawdzie domyśliłam się, że pewnie chodzi o to, że mimo adopcji nie zwracał się do niego per “tato”, ale jakoś w pierwszej chwili zbiło mnie to z tropu. Niemniej jest to drobny szczegół, który nie rzutuje na całościowy, pozytywny odbiór historii. Ode mnie też klik (mój pierwszy). :)

Dziękuję bardzo za komentarz. Postaram się może jakoś poprawić bohaterów, i tchnąć w nich trochę życia, ale nie wiem czy mi się uda. Z tym Bernardem masz rację, chodziło mi o to, że Martin nie zwracał się do niego per “tato”, ale to rzeczywiście może zgrzytać.

Nie chciałam w żaden sposób sugerować, jak świat zmieniał się na lepsze i na czym te zmiany polegały, bo narzucanie czytelnikowi swojej wizji, to mógłby to być strzał w stopę; a tak każdy może sobie sam dopowiedzieć, co powinno się zmienić.

Dziękuję za klika! Piękny prezent mikołajkowy. :)

Sama nie mogę się doczekać kiedy będę mogła poklikać. ;D

O ile paranormalne zdolności są popularne aż do bólu, to jednak zaprezentowana otoczka, świat i postać bohatera i Bernarda czynią tekst przyjemnym w odbiorze. Zwłaszcza relacja dwójki ostatnich, choć oczywista, mi przypadła do gustu. No i motyw z istotami, które to wszystko kontrolują. Podoba mi się ich tajemniczość.

Podsumowując: z lekka ograny temat, ale przedstawiony w ciekawej formie i z tajemniczym detalem, który mi przypadł do gustu. Stąd masz mojego klika.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Zacnie! Gdyby nie wtrącenia istot nieznanych pisane kursywą opowiadanie byłoby bardzo średnie, ale one nadają całości potrzebnego kontrastu. Jakoś nie pasują mi dialogi, w paru miejscach brzmią zbyt sztucznie, lecz utwór był zbyt krótki, żeby zdążyło mnie to zmęczyć. Chętnie przeczytałabym kontynuację, może coś więcej o tajemniczych szefach? Pozrawiam!

NoWhereMan – Chyba za mało opowiadań przeczytałam, żeby stwierdzić czy jakiś temat jest ograny, czy nie. W sumie może to i dobrze. W każdym razie bardzo się cieszę, że udało mi się pokazać oklepanego w nowej formie. Dzięki za klika. :)

Żongler – Miło mi, że zacnie i ostatecznie nie zmęczyło. Co do kontynuacji, to ja akurat męczyłam się pisząc już to, więc raczej sobie odpuszczę. Dziękuję za komentarz i również pozdrawiam!

Choć pomysł nie zaskakuje oryginalnością, opowiadanie okazało się całkiem niezłe, a w dodatku  udało się Tobie, AQQ, pokazać „zdolności” chłopaka w naprawdę interesujący sposób. Podoba mi się też, że całą sprawę opisałaś w dość oszczędny sposób, właściwie tylko sygnalizując kolejne etapy życia Martina. Może istotnie postaci okazały się nieco płaskie, ale z drugiej strony, skoro sytuacja była cały czas pod kontrolą, a wszystko, co się działo, działo się po myśli obcych, nie ma w tym nic dziwnego, że bohaterowie zachowywali się trochę jak marionetki, którymi w końcu chyba byli. :)

 

Bar­nard po­ma­gał mi po­znać i ujarz­mić mój dar… –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mam mieszane uczucia. Z jednej strony ciekawie było śledzić, jak rozwijają się moce bohatera i w którą stronę zmierzają jego działania, intrygujące na pewno wtrącenia kursywą, dobrze ukazana relacja z Bernardem. Z drugiej – czegoś mi jednak zabrakło. Po części mocniejszego pomysłu, ale chyba najbardziej jakiejś iskry w narracji, miałam wrażenie, że jest zbyt sucho, a czasami za bardzo wprost.

Zdziwiły mnie trochę studia na różnych kierunkach w postapokaliptycznym świecie, ale cóż, jeśli ludzie szybko się ogarnęli, to tylko im gratulować ;)

Regulatorzy – cieszę się, że znalazłaś wytłumaczenie dla moich braków warsztatowych. ;D Tak, Tak,

 właśnie o to chodziło, że oni byli jak marionetki! I niech mi nikt nie próbuje zarzucać, że postacie są bezosobowe. :P A tak serio, to bardzo się cieszę, że Ci się spodobało. Cały czas pracuję nad warsztatem i metodą prób i błędów dochodzę do tego, co robię nie tak. Twoje błogosławieństwo wiele dla mnie znaczy. :) Pozdrawiam!

Teyami – Co do braku iskry, to nie mam chyba nic na swoją obronę (ewentualnie przeczytaj to, co napisałam wyżej w odpowiedzi na komentarz Reg;))

Co do studiów, to wydaje mi się, że nawet jeżeli pandemia wytłukła większość ludzi na świecie, to poza tym niewiele się zmieniło; przynajmniej w systemie oświaty. Jakieś tam narody zostały i pewnie utrzymywały ze sobą stosunki, więc czemu nie można by studiować na takim kierunku? Poza tym od epidemii minęły już jakieś dwie dekady. Dziękuję za komentarz i pozdrawiam. :)

Cóż, AQQ, życzę Ci sukcesów w dalszej pracy twórczej. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pięknie dziękuję. Jak się nauczę pisać, to może coś napiszę. :)

Pisać już umiesz, ale nauki nigdy za wiele. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nauki nigdy za wiele, i na naukę nigdy nie jest za późno. ;)

I lepiej późno, niż wcale. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No popatrz, jakie my tu mądrości życiowe wymieniamy laugh

Bo jak się tak rzeczonymi mądrościami życiowymi powymieniamy, to może coś z owych mądrości w nas pozostanie… ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie się wydaje, że one już siedzą we mnie od dawna. W Tobie pewnie . ;)

W Tobie pewnie . ;)

No właśnie, tak jak napisałaś, nie mogę mieć pewności. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Miało być: W Tobie pewnie też. :)

Miej pewność, to przychodzi z czasem (że tak powiem) ;)

I z czasem też mija (że tak napiszę). :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Kurcze, to trzeba się brać do roboty, bo czasu niewiele zostało. ;)

O tak, szkoda czasu i atłasu. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Powiem więcej – czas to pieniądz. :)

Wstawki kursywą oraz finał sprawiły, że opowiadanie stało się niepokojące – w taki dobry dla opowiadania sposób. Napisane tak, że nie potrafiłam przestać czytać. Warsztat bardzo porządny. Podobało mi się.

Natomiast jest coś, co według mnie sprawia, że logika historii się trochę rozjeżdża. Bohater po wielu latach odkrywa, że Bernard nim manipuluje, bo wcześniej nie próbował zagłębiać się w jego myśli. A przecież odkrył swój dar dlatego, że myśli innych (tu: Bernarda) wchodziły mu do głowy mimochodem, nie musiał się specjalnie skupiać. Wydaje mi się, że z taką umiejętnością już wcześniej powinien był wyczuć coś podejrzanego.

 

No, chyba że ktoś ma mało czasu, to wtedy może mówić o śmiesznych pieniądzach. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ocha – (Ocho?) nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę czytając takie słowa. Sama nie byłam zadowolona do końca z ego tekstu, bo wiem, że czegoś w nim brakowało. Teraz przynajmniej wiem czego. Rzeczywiście Martin początkowo słyszał myśli innych, ale nie dawało mu to spokoju i wcale tego nie chciał. Potem ćwiczył z Bernardem i udało mu się nad tym zapanować. Mógł czytać te myśli kiedy chciał. To może takie moje głupie tłumaczenie, ale to powinno być zawarte w tekście. Dziękuję, że zwróciłaś na to uwagę. Założyłam też, że na początku Bernard miał dobre intencje, ale apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wiesz, dopiero teraz to widzę, spieprzyłam sprawę. :(

Dzięki za komentarz i chyba doklikanie. :)

Reg – tak, czy siak – pecunia non olet. ;)

…i szczęścia nie dają. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jak to nie dają? ;P

Ano, tak to, jeśli wierzyć przysłowiu. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poddaję się. Skończyły mi się mądrości. Rano trzeba wstać i zarabiać pieniądze. Miłej nocy, Regulatorzy. :) Dziękuję!

Ech, nie przesadzaj z tym spieprzeniem. Zabrakło zdania czy dwóch. Ale tekst jest naprawdę ciekawy i świetnie się go czytało. :)

I ja Tobie dziękuję, AQQ. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ocha, dopisałam te dwa zdania. Mam nadzieję, że teraz jest lepiej. :)

Na pewno. Zerknę wieczorem. :)

Czułem, że jestem inny niż moi rówieśnicy, ale sam nie potrafiłem wytłumaczyć, na czym na inność polegała.

Literówka.

Podobało mi się, chętnie przeczytałabym dalszy ciąg :)

Dzięki za wyłapanie literówki, Anet. :)

Jesteś drugą osobą, która ma ochotę na przeczytanie dalszego ciągu. Może o tym pomyślę. ;)

Fajnie, że się podobało.

Zaspokajałem swoje prymitywne potrzeby, wykorzystując koleżanki ze studiów, a później z pracy.

Tak mogła napisać kobieta, wcielająca się w mężczyznę :) Dla mnie zdanie brzmi nienaturalnie.

 

Jeśli chodzi o całokształt to pomysł był ciekawy, tylko czegoś mi zabrakło. Może zbyt skrótowo przeleciałaś przez historię, może zabrakło tych emocji, które pojawiają się na końcu (chyba, że to był zabieg celowy).

Sporo czasu zajęło przejęcie kontroli kosmitom. W zasadzie skoro zesłali chorobę, to dlaczego nie wykończyli od razu wszystkich? Po co zostawili część ludzkości przy życiu?

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Pisane na bieżąco przy czytaniu.

Niezbyt interesujący pierwszy akapit – trochę przegadany. Narracja pierwszoosobowa powinna odzwierciedlać osobowość narratora, nie bardzo to tutaj widzę. "Nie długo" – powinno być "Nie na długo", ale w zasadzie zdanie jest zbędne, bo i tak zaraz zobaczymy, jaka katastrofa przecięła to spokojne życie. Linijka kursywą trochę odbiega od narracji pierwszoosobowej – na pewno jest potrzebna?

Akapit o grypie – staccato. Mało wiarygodne psychologicznie – Noe dostał drugą szansę explicite, ludzie po katastrofie naturalnej raczej nabierają ducha wspólnotowego (niekoniecznie na tle religijnym) albo popadają w nihilizm. Opis "trudnego czasu" jest zdawkowy, mało konkretny, przydałoby się parę obrazów (choćby kiwające się na wietrze huśtawki, cokolwiek). Sztab kryzysowy tworzy rząd, do walki z kryzysem, po apokalipsie to już musztarda po obiedzie. "wyżsi urzędnicy rządu, którzy przeżyli" – przeczytaj na głos, jak to zgrzyta (może o to Ci chodziło, ale przypuszczam, że raczej nie). Narrator ciągle dość nijaki, posługuje się wytartymi sformułowaniami ("wydała mnie na świat", i to bez ironii).

"Pozbawiony czułości i matczynej miłości" – powtarza się dźwięk ("ości") co źle brzmi, poza tym sformułowanie jest jakieś bezbarwne, jak z dziennika telewizyjnego. Czy dziecko powiedziałoby pełnym zdaniem "Bardzo panu dziękuję?". "Władza" w tym kontekście brzmi trochę zbyt technicznie (ja poprzestałabym na "możliwościach"), także zamiast "symptomów" można było spokojnie dać "objawy", chyba, że narrator ma być właśnie takim człowiekiem, który używa trudnych słów – ale w takim razie należałoby to zaznaczyć wcześniej.

Słodki ten dialog przed spaniem, ale za okrągły i uładzony – nienaturalny. Mutacja i dar od Boga nie wykluczają się wzajemnie (mutacja to tylko sposób, w jaki coś się dzieje, a "dar" ma jakiś telos – zdaję sobie oczywiście sprawę, że Bernard może być scjentystą, ale mimo wszystko). Nie negował go (istnienia). Ile lat ma narrator? Brzmi dość naiwnie. Dziesięć, jedenaście? Well-intentioned extremist, shucks.

Wystarczy podać leki przeciwwirusowe, wiadomo z kontekstu, że są odpowiednie.

A. I już wiadomo, kto tu mówi kursywą. Ale w interesie wirusów nie leżą pandemie i masowe wymieranie H. sapiens, a właśnie zachowanie go w dużym zagęszczeniu, żeby było łatwiej się namnażać. Wpływanie na innych. Brr. Prymitywne potrzeby? Jeszcze bardziej brr.

 

Trochę ten tekst za gładki i za abstrakcyjny – wszystko wiadomo, ale, mówiąc żargonem psychologów, cierpi na spłycenie afektu ;) a ponieważ wydaje się obliczony właśnie na wywołanie strachu, całość wypada blado. Świat jest zarysowany tylko paroma kreskami, co w takim krótkim tekście nie bardzo przeszkadza, ale w dłuższym byłoby już wadą; bohaterowie są mocno papierowi. Jako przykład czegoś podobnego w profesjonalnym wydaniu polecam "Jabłoń" ("Of Withered Apples") Philipa Dicka (jest w zbiorze "Impostor", chyba da się też znaleźć w Internecie).

Skull– Nienaturalne “prymitywne” potrzeby wyleciały. Chyba rzeczywiście kobiecie trudno się pisze z perspektywy mężczyzny. ;) Ten brak emocji wytykali mi już przedpiścy, ale nie będę nic zmieniać; niech bohaterowie pozostaną marionetkami. A kosmici? Cóż o nich wiemy? Czy w ogóle istnieją? A jeśli tak, to kto wie, czy my – ludzie na Ziemi, nie jesteśmy przypadkiem przedmiotem jakiegoś eksperymentu? A czas jest pojęciem względnym. Dziękuję za komentarz. :)

Tarnina – nie wiem dlaczego, ale ton Twojego komentarza jest podobny do pewnych wypowiedzi pojawiających się ostatnio na portalu. Ale ok, przyjmijmy, że jesteś kimś innym. Na zarzuty odnośnie papierowych bohaterów i braku emocji odpowiadałam już we wcześniejszych komentarzach, więc nie będę się powtarzać. Poza tym tekst nie był wcale obliczony na wywołanie strachu. Chciałam jedynie postawić pytanie, czy nie jesteśmy przypadkiem zabawkami w czyichś rękach i czy ktoś nami nie steruje?

Oczywiście zdaję sobie sprawę z niedociągnięć w tekście i cieszę się, że mi je wskazałaś, ale zbyt krótko zajmuję się tworzeniem własnych historii, żeby robić to perfekcyjnie i ku zadowoleniu ogółu. Twoje uwagi dały mi do myślenia i postaram się bardziej dopracować moje kolejne teksty. Bardzo dziękuję za komentarz.

witam

 

Hmm, mnie nie ujęło niestety :( Chyba chodzi o pomysł, nie zaskoczył. Ale czyta się sprawnie ;)

 

Wyłapałem zdanie z literówkami:

“Do istnienia Stwórcy pochodził dość sceptycznie, ale jej nie negował.”

 

 

Witam, Wojowniku

Dziękuję za wyłapanie kolejnej literówki. Pewnie znajdzie się coś jeszcze.

Jeśli nie ujęło, to trudno. Dobrze, że przynajmniej czyta się sprawnie, a to już połowa sukcesu. :)

Pomysł dobry – i na samą historię, i na formę narracji z tymi wstawkami (jest zagadka, czytelnik złowiony). Ale jak na mój gust zbyt szkicowe to wszystko, pobieżne i pospieszne. Ja naprawdę lubię krótkie teksty, ale tu masz kawał życia zasługujący co najmniej na 40K, relacjonowany przy tym dość beznamiętnie. Chciałbym zobaczyć jakieś scenki, usłyszeć mocne dialogi, poczuć emocje, zasmakować Twojego warsztatu (nie mydl mi oczu, że nie masz – czytałem “Dla dobra kraju”) a dostałem suche, krótkie sprawozdanie.

Narracja pierwszoosobowa jest fajna, bo pozwala właśnie na impresje, emocje, psychologię – grzech tego nie wykorzystać.

Cobold – Cóż mi więc pozostaje? Bić się w piersi i rozpaczać, że opko z takim potencjałem poszło się paść. Cieszę się, w każdym razie, że mniej więcej wszyscy wytykają mi to samo. Nie czuję tej narracji, może dlatego tak wyszło. Poza tym nie lubię rozwleczonych tekstów. Chyba raczej nie będę więcej eksperymentować. Bardzo dziękuję za komentarz i opinię. Obiecuję poprawę. ;)

Ale ok, przyjmijmy, że jesteś kimś innym

Teraz mam problemy egzystencjalne :)

tekst nie był wcale obliczony na wywołanie strachu. Chciałam jedynie postawić pytanie, czy nie jesteśmy przypadkiem zabawkami w czyichś rękach i czy ktoś nami nie steruje?

I to Cię nie przeraża? Ja w każdym razie odebrałam go jako horror – mogę się mylić, naturalnie.

 

P.S. “przedpiścy” – ale fajne słowo, chyba ukradnę ;)

Teraz mam problemy egzystencjalne :) – to na pewno wpływ obcych. :P

Czy mnie to nie przeraża? Nie. Może niepokoi, ale nie przeraża. Jeżeli nie mam na coś wpływu, to muszę to zaakceptować.

Przedpiśców sama ukradłam, bo bardzo mi się podobało. :)

Przejrzałam jeszcze raz i chyba dostrzegłam to, co dopisałaś. Wydaje mi się, że pomogło. :)

Ocha – dzięki wielkie za poświęcony czas. Takie małe poprawki mogę wprowadzać, ale generalnie całość wypadałoby przerobić, a do tego nie mam jakoś serca. :)

Obiecuję poprawę.

Chyba raczej nie będę więcej eksperymentować.

Jedno drugiemu przeczy ;)

 

Więc proszę mi się tutaj nie mazgaić, tylko robić dalej swoje, na złość krytyce!

Tak jest, kapitanie Cobold! ;)

Spocznij! ;)

yes

 

Do zajęć rozejść się! ;-)

Babska logika rządzi!

Przyjemne opowiadanie, bardzo fajnie napisane.

 

Gdybym miał się czepiać, to może nie grało mi, że Martin tak późno zaczął podejrzewać, że Bernard go wykorzystuje (z drugiej strony skoro to była najbliższa osoba w jego życiu, to właściwie nie dziwne, że ufał mu bezgranicznie), no i że Martin tak bez mrugnięcia okiem zabił Bernarda. Ale to gdybym miał się czepiać. ;) 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories;

El Lobo Muymalo – całe szczęście, że się nie czepiasz. ;)

 

…no i że Martin tak bez mrugnięcia okiem zabił Bernarda. – 

Zabił, a raczej zmusił do samobójstwa, w sumie na jedno wychodzi, ale w drugim przypadku nie ubrudził sobie rąk. Sumienie, to inna sprawa. Poza tym był cały czas sterowany. Nie wiem, czy zauważyłeś zdanie: Wprowadzamy dodatkowy element. – Tym elementem była Emma. Kobieta, jak to kobieta, zawsze namiesza i potrafi skłócić najlepszych przyjaciół. Dla kobiety można zrobić wszystko. :P

Jak widzisz, obcy nieźle się bawili, sterując ludźmi. :)

Dziękuję za komentarz i cieszę się, że się podobało. :)

El Lobo Muymalo – całe szczęście, że się nie czepiasz. ;)

 

…no i że Martin tak bez mrugnięcia okiem zabił Bernarda. – 

Zabił, a raczej zmusił do samobójstwa, w sumie na jedno wychodzi, ale w drugim przypadku nie ubrudził sobie rąk. Sumienie, to inna sprawa. Poza tym był cały czas sterowany. Nie wiem, czy zauważyłeś zdanie: Wprowadzamy dodatkowy element. – Tym elementem była Emma. Kobieta, jak to kobieta, zawsze namiesza i potrafi skłócić najlepszych przyjaciół. Dla kobiety można zrobić wszystko. :P

Jak widzisz, obcy nieźle się bawili, sterując ludźmi. :)

Dziękuję za komentarz i cieszę się, że się podobało. :)

Spodobał mi się pomysł – śpioch umieszczony przez obcych. Czytało się nieźle :)

Cichy0 – No, przynajmniej jeden nie zgłasza zastrzeżeń. :) Fajnie, że Ci się spodobało.

Nowa Fantastyka