- Opowiadanie: Żongler - O tym, jak Wielka Inkwizycja przerwała pewne wspaniałe wesele

O tym, jak Wielka Inkwizycja przerwała pewne wspaniałe wesele

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Użytkownicy, Finkla, NoWhereMan, MrBrightside

Oceny

O tym, jak Wielka Inkwizycja przerwała pewne wspaniałe wesele

 

Ksenofidus nigdy nie wierzył, że przyjdzie mu się ożenić: był zbyt słaby, żeby wejść po schodach, nie mówiąc już o dotarciu do ślubnego kobierca. Jego ojciec, z kolei, był zupełnie innego zdania. Nie mógł pozwolić na taką zniewagę. Nigdy nie wybaczył synowi, który był jego dziedzicem i przyszłym kontynuatorem rodzinnego interesu. Ojciec – jak każda głowa szanowanej rodziny – wierzył, że pierwsze dziecko powinno być silne, żywiołowe i zaradne. Tymczasem Ksenofidus zawiódł go już w dniu urodzin. Przyszedł na świat tak niezauważenie, że zadziwił tym nawet własną matkę, która spodziewała się syna dopiero za dwa miesiące. Pojawił się nagle, cichy, wątły i pokurczony, niczym nie zdradzając, że żyje. Gdyby to od Ksenofidusa zależało, mogłoby zostać tak już na zawsze. Los miał jednak inne plany i niemowlę odratowano, ku zgrozie ojca.

– To na pewno mój syn? – sprawdził, zaglądając lękliwie za kotary kołyski. – No nie wiem. Jakiś taki wątły. Jak te kocięta, co to rzeka wypłukała. Nie, to na pewno nie moje. I tak raczej nie przeżyje, co? Pewnikiem nie przeżyje, no wspomnisz moje słowa.

Ale Ksenofidus przeżył. Z czasem stał się normalnym dzieckiem, choć w wieku siedmiu lat mógł z powodzeniem przebierać się w ciuszki swojej trzyletniej wtedy siostry. Ba, pokonał nawet dojrzewanie i zmienił się w najchudszego, najbledszego i najmierniejszego dwudziestolatka, jakiego znała jego matka – a matka Ksenofidusa znała wszystkich.

– Ksenio? Nie, nie, wciąż się trzyma. Kochana, zaczęłabym się martwić gdyby on nie był blady… Tak, złamał nogę, wiążąc sznurowadło. Nie, nie wiem jak to się stało. To już szósty raz! Ta sama noga. Nie było sensu uczyć go chodzić!

Gdyby Ksenio musiał znosić jedynie zmartwione kobiety i ich westchnięcia, od czasu do czasu jakieś żarty o pajęczonogich pół-ludziach utkanych z pajęczyny i rosy… być może umarłby stosunkowo szczęśliwy, miał bowiem całkiem udane życie. Nie licząc łamliwych kości, kataru, wrodzonej niezdarności, tchórzostwa i wszechogarniającego przerażenia związanego ze wszystkim nieznanym, Ksenofidus był wręcz okazem zdrowia. Jak powtarzała jego matka, „w zdrowym ciele zdrowy duch”, chcąc podstępem zmotywować ukryte dotąd siły witalne swego jedynego syna, tak więc Ksenofidus robił co mógł, by dostarczać swojemu duchowi warunków do zdrowienia. A Ksenio czuł się zdrowy tylko i wyłącznie wtedy, kiedy był zupełnie sam. Nie było wspanialszego uczucia od tego, które ogarniało Ksenofidusa, gdy zamykał się na stryszku – pokonawszy uprzednio mordercze osiem i pół stopnia – zaciągając zasłony przed słonecznym światłem i delektując się kojącym półmrokiem. Wśród niekończących się ziem graciarni można było pozostać niezauważonym dla ludzkich oczu. Nawet ktoś tak niezdarny jak Ksenio mógł z powodzeniem się tam ukryć. Robił to więc z największą rozkoszą. Siadał pomiędzy zepsutymi narzędziami a skrzyniami o rozbitych wiekach i… nie robił nic. Po prostu siedział. Słuchał ciszy. Pół-drzemał, pół-śnił. Rozkoszował się swoją nieobecnością. To było bardzo rzadkie, uciec od dźwięku tłuczonego szkła czy klekotu spadających misek lub łyżek.

Zapomniane przez świat miejsce na strychu było jego rajem i tu właśnie Ksenofidus odebrał sobie życie.

Wcale tego nie planował, to po prostu się stało. Niczym setki innych nieoczekiwanych wypadków, choć targnięcie się na własne życie nie było zbiciem bezcennej wazy ani zrzuceniem żarzących się węgielków na przechodzącego akurat kota. Wazę można było złożyć, a kota obłaskawić plasterkiem kiełbasy. Życia nie dało się przywrócić z powrotem.

 

Życia nie da się przywrócić z powrotem”, świadczył ponuro niedokończony list spoczywający na zakurzonym blacie. „Ojcze, twoja decyzja odbierze mi wszystko, co było mi kiedykolwiek drogie. Musisz wiedzieć, że wyjątkowo cenię sobie samotność, a ślub pozbawi mnie jej całkowicie. Kobiety… One są takie głośne… Nieustannie czegoś chcą. A ta krowa panna Akacja… Ona chce wszystkiego dwukrotnie bardziej. Ja tego nie zniosę, ojcze. Postanowiłem uciec z dala od niej was wszystkich. Wolę skonać, niż się ożenić pozwolić się usidlić! Do końca życia wlewać inkaust do buteleczek. Przecież ja bym te jeban buteleczki potłukł, wiesz przecież. Widziałeś, jakie są malutkie.

Zrozum mnie, jeśli potrafisz,

Ksenio

Ksenofidus”

 

Żeby być zupełnie szczerym, Ksenio z początku wcale nie zauważył, że jest martwy. Jego padające ciało wprawiło w drganie pobliski stół, na którego krawędzi zatańczyła trwożnie szklanka. Biedaczka runęła w dół, jakby i jej zrobiło się słabo na widok tej zbrodni. Ksenofidus wyciągnął rękę, by ją powstrzymać, ale szklanka obróciła się w powietrzu i najzupełniej w świecie przeleciała przez dłoń Ksenia. Rozległ się głuchy trzask, a Ksenofidus zamarł. Owszem, był mizernej budowy, a matka czasami mówiła mu, że jest wręcz przezroczysty, ale żeby aż tak…

– Kseniu! Co to za hałas? Mówiłam ci, żebyś nie bawił się na strychu. Złapiesz kaszel!

„Matko, umarłem”, przygotował się w myślach Ksenofidus. Spojrzał na własne ciało, leżące nieruchomo na zakrwawionej podłodze. „Chciałem uciąć dół kartki nożem do papieru i złapałem za niewłaściwy koniec. Chyba dźgnąłem się w serce.” Cóż za idiotyczna śmierć! Nawet jak na takiego nieudacznika jak on. W przypływie rozpaczy sięgnął ku rękojeści noża wystającej z piersi swego martwego ciała, ale jego dłoń jedynie przez nią przeniknęła. Równie bezskutecznie usiłował porwać ze stołu nieszczęsny list. Jeśli matka go znajdzie, pomyśli, że Ksenofidus zabił siebie z rozmysłem. O zgrozo! Dlaczego musiał zginąć akurat wtedy, kiedy w końcu zdobył się na pierwszy w swoim życiu akt odwagi?

Rozległy się powolne kroki na schodach.

– Kseniu! Chodź już, musimy cię przygotować do ślubu! I do wesela, koniecznie do wesela! – Kobieta zaśmiała się piskliwie. – Kseniu? Kseeeniuuuu!

Ręka matki pchnęła drzwi.

– Kseniu, co ty tu… Aaaaa! Aaaaaaaa! Chrystusie miłosierny, zbawicielu świata! Kseniu! O boże, boże! Coś ty zrobił, dziecino! – Matka Ksenia runęła na kolana, szlochając głośno. W pozycji klęczącej dotarła do ciała. – A ja cię na rękach nosiłam! Ja nos wycierałam! Napary ziołowe robiłam, kości nastawiałam… Tak mi się odwdzięczasz, synu?

„Nie, matko, to wcale nie tak”, powiedział duch Ksenofidusa, usiłując objąć łkającą kobietę lub choć skłonić ją, by na niego spojrzała. „Tutaj jestem!”, zawołał. Był pewien, że z jego ust wydobył się krzyk, ale matka nie zwróciła na niego najmniejszej uwagi. Płakała, ściskając mocno rękę Ksenia. Ksenofidus był pewien, że gdyby nie był martwy, z pewnością poczułby ból.

W końcu matka dostrzegła list. W miarę jak go czytała, jej twarz tężała, aż w końcu zrobiła się zupełnie nieruchoma. Kseniofidus skulił się ze strachu, chociaż przecież już nie żył i nie miał się czego obawiać.

– Aż to łajdak jeden… Gałgan bezwstydny! Ojciec! – zawyła tak nagle, że duch aż się wzdrygnął. – Ojcieeec!

– Co? – rozległo się zaspane pytanie z dołu.

– Nasz syn się zabił!

– Co? – Głos wyostrzył się natychmiast. – Co ty pleciesz, kobieto?

– Nazwał szlachetną panienkę Akację krową! Wyobrażasz sobie?! Krową!

Coś na dole poruszyło się z przeciągłym, ciężkim jękiem – najwyraźniej ojciec wstał z fotela.

– Toż to plugawiec! Złoję szczeniakowi skórę!

– Za późno! Zabił się! Olaboga!

– Co zrobił?!

– Przestań krzyczeć i leć do Rubrusów, trza weselisko odwołać! Och, jakaż zniewaga, jakaż zniewaga!

 

*~*

 

Po śmierci Ksenofidus nabrał nagłej odwagi.

Nigdy nie czuł się tak dobrze. Śmierć uwolniła go od tego, z czym musiał zmagać się jako żywy człowiek. Czuł się naprawdę wspaniale, nie patrząc pod nogi i nie pilnując się, by stawiać drobne, ostrożne kroki – teraz po prostu sunął w powietrzu, przenikając przez wszystko, co zagradzało mu drogę. Odkrył to, pędząc za rodzicami do domu Rubrusa, ojca swojej narzeczonej. Normalnie zajęłoby mu to całą wieczność, ale teraz poszło wyjątkowo szybko. Ksenio był tuż za nimi. Nigdy nie widział ich tak wściekłych. Matka usiłowała opanować męża, ale Teofila ciężko było uspokoić. Ksenofidus frunął za wiązanką jego przekleństw.

– Spędziłem rok, żeby przekonać Rubrusa do tego małżeństwa! Małżeństwa z kobietą o stokroć lepszą od Ksenia! No bo kto by chciał takiego męża? Cherlak, chorowity, ledwo samemu wstawał z łóżka! Pamiętasz, jak zasłabł, jedząc zupę? Mało nie utopił się wtedy w talerzu!

– Nie wolno mówić źle o zmarłych – pouczyła ojca matka, ciągnąc go za ramię w próżnej nadziei, iż mężczyzna zwolni kroku. – To był nasz syn, Teofilu! Nasz jedyny syn! Och, to małżeństwo… Tylko dla niego żyłam! – wyznała załamującym się głosem. – Czy wyobrażasz sobie, kim byśmy wtedy byli? Stalibyśmy na równi z takim wspaniałym człowiekiem! Z najsłynniejszym iluminatorem po tej stronie…

– Nie przesadzaj, kobieto, Rubrus nie jest święty. – Teofil nie lubił, jak kobiety wychwalały innych mężczyzn w jego obecności. – Ale bogaty to on jest, oj jest. I ważny. Mówiłem ci, że obiecał mi stanowisko naczelnego farbiarza, a do tego dom na skraju jego włości? Mnie! – niemal załkał ojciec. – Gdyby mój tatulek nie skonał na francę, to byłby ze mnie…

– Co my im powiemy? – martwiła się matka. – Panna Akacja tak bardzo kochała Ksenia! Nie mogła się doczekać tego wesela! Och, wszystko przyszykowane, goście naproszeni, stoły zastawione! Co my im powiemy?

– Powiemy im, że wyjechał. Albo że zachorował. Będzie leżał w łożu, a my wprowadzimy się do Rubrusów.

– A panna Akacja wyjdzie za trupa? Co ty pleciesz, stary…

– No przecie…

Matka szarpnęła ojca gwałtownie i uwiesiła się jego ramienia.

– To oni! Olaboga!

Z marmurowych schodów pięknej biało-zielonej posiadłości zbiegał właśnie bogato odziany mężczyzna. Jego wydatny brzuch podskakiwał raźno na każdym stopniu, a rękawy jego zdobionej koszuli były brzydko podciągnięte. Wydawał się bardzo przejęty. Wszystkie jego trzy podbródki były blade jak zsiadłe mleko.

– Kochani… Właśnie przygotowywałem się do uroczystości… Co się stało?

Ojciec wykrzywił odważnie twarz. Odchrząknął.

– Szlachetny Rubrusie… Przyszliśmy was zawiadomić, że nasz syn…

– Ksenio?

Pospieszne kroki zadźwięczały na gładkich schodach i zza pokaźnego ramienia Rubrusa Iluminatora wyłoniła się upudrowana twarzyczka panny Akacji. Dziewczyna mogła wyglądać na drobną, ale po chwili wahania ukazała się w całej swej okazałości. Dorównywała rozmiarom potężnemu ojcu, a jej piersi były równie przesadnie upudrowane, jak jej lico. Niemy w zdumieniu Ksenofidus zdał sobie sprawę, że Akacja spogląda prosto na niego. Wybałuszyła oczy i rozchyliła usta w zdumieniu.

Ojciec był równie zaskoczony.

– Tak, chodzi właśnie o niego. Niestety, mamy do przekazania smutną wiadomość…

– Oczywiście, słucham – mruknął Rubrus, patrząc kątem oka na dygoczącą córkę. – Akacjo, najdroższa, czy wszystko w porządku?

– Więc – zaczął ojciec. – Nasz syn nie żyje.

– Akacjo… – zaczął nieśmiało Ksenio, przybliżając się o krok do swej narzeczonej. – Czy… Czy ty mnie słyszysz?

– Ojoj – pisnęła cichutko Akacja. I padła zemdlona na żwir.

 

*~*

 

– Tak się nie godzi! Umierać godzinę przed uroczystością! Pieczęć na dokumencji była, królewski herb przywieziony z samej stolicy! Lak jeszcze wilgotny, tak niedawno wystawiony! Na rany Chrystusa! Mówcie co chceta, ale ślub został zawarty. Także tu stoi! – Rubrus pomachał pogniecionym papierem przed obliczami Kseniowych rodziców. – No, wy czytać pewnie nie potraficie, ale Bóg mi świadkiem, że…

– Co za nieszczęście! – zawodziła pani Rubrusowa, ściskając bardzo ładną chustkę, która wyglądała na taką, co to wcale nie powinna być ściskana. – Och, moja biedna Akacja! Dziecina postradała rozum!

– To nie nasza wina – zarzekał się ojciec Ksenofidusa, wypinając pierś. – Ślub zawarty i tyle. Teraz, na Boga, jesteśmy rodziną. A w papierach napisze się, że umarł po zaślubinach. Godzinę w jedną czy drugą, co to za…

– Ja ci dam godzinę, pieronie sakramencki! Moja córka legła chora, a ty chcesz dokumentację fałszować?

– Ja żem…

Lecz Ksenofidus już ich nie słuchał. Sunął w dół korytarza, zmierzając ku zamkniętym drzwiom sypialni swojej narzeczonej. Za życia przysiągł przed samym sobą, że nigdy nie postawi tam nogi, ani bosej, ani w bucie, ale skonał i był zwolniony ze wszelkich przyrzeczeń. Teraz był odważny i miał zamiar naprawić wszystko. Inaczej jego nieszczęsne ciało zostanie pogrzebane pod jakąś uwłaczającą inskrypcją, a on sam skazany na wysłuchiwanie kłótni rodziców z państwem Introligatorami. I to na całą wieczność! Nie, Ksenio nie mógł do tego dopuścić. Wesele musiało się odbyć, choćby i musiał skończyć w jednym łożu z panną Akacją. Duch czy nie duch, on swoją godność miał.

Akacja leżała pośród pierzyn, wachlując twarz i przytykając do czoła zimny kompres. Była sina, a usta miała otwarte, jakby wciąż tkwiła w strachu, który zemdlił ją przed dworkiem. Patrząc na nią, wydawało się, że lada chwila osunie się bezwładnie na poduszki. Dostrzegłszy Ksenofidusa, wessała chrapliwie powietrze przez zęby.

– O Matuchno Przenajświętsza. – Ścisnęła mocniej kompres, być może zamierzając cisnąć nim w Ksenofidusa. – K… K… – wydukała. – K…

– Ksenio? – podsunął z nadzieją Ksenofidus, wierząc, że później będzie tylko lepiej.

– Kurwa! Aaa!

– Akacjo, proszę cię, nie krzycz!

Akacja pobladła jeszcze bardziej i przestała krzyczeć.

– Kseniu! Co ci… Czy ty…

Ksenofidus postanowił oszczędzić szczegółów i przejść od razu do rzeczy.

– Tak. Umarłem. Zdaję się być uwięziony w tym świecie jako duch. Akacjo, proszę cię, musisz za mnie wyjść. Tylko tak mogę odczynić to nieszczęście. Tak myślę. Moi rodzice nigdy nie darują mi, że zginąłem przed weselem.

– Przed nocą poślubną?

– Może być i noc, wszystko mi jedno. – Był gotów na najgorsze. – Akacjo, ja… Kocham cię. Śmierć nie może nas rozdzielić. Ty kochasz mnie i dzięki temu wciąż możemy być razem. Tylko ty jesteś świadoma mojej obecności. Widzisz mnie i słyszysz. Możesz mi pomóc.

– Kseniu, to… A twoja matka i twój biedny ojciec? Na pewno ci pomogą. Czyż cię nie kochali?

Ksenio nie był pewien, czy jego rodzice żywili do niego jakieś głębsze uczucia. Tolerowali go, jak kota przybłędę, ale żeby zaraz kochać…

– To inny rodzaj miłości – odpowiedział krótko Akacji. – To, co jest między nami… To miłość kochanków.

– Kochanków – powtórzyła z zachwytem Akacja. Jej ogromne, krowie oczy wypełniły się lubieżnym blaskiem. Zmroził Ksenofidusa nagłym niepokojem. – Dobrze, Kseniu! – zakrzyknęła dziewczyna. – Wesele się odbędzie. Wszystko jest gotowe. To, że nie żyjesz, nic nie zmieniło. Wciąż kochamy się równie namiętnie. Ach, miłość ponad grób! Śmierć nas nie rozłączy! Och, jakież to wspaniałe! Gdzie jest moja suknia? Goście się zadziwią!

– Zadziwią – zgodził się Ksenio, wyobrażając sobie, jak będzie to wyglądało. Spojrzał na swoje przezroczyste ciało. – Akacjo, czy nie lepiej byłoby, gdyby wesele odbyło się tutaj? Tylko pomiędzy nami?

– Wesele? Przecież wesele to wielka uroczystość! Tatko zaprosił pół tysiąca gości z całego kraju!

– Pół tysiąca…

– Tak! I każdy zobaczy, jak panna Akacja wychodzi za mąż za ducha! Och, będziemy sławni na cały świat! Ja będę sławna! Ach, wspaniale, wspaniale!

 

*~*

 

– Wkroczę tam. Trzymaj mnie, kobieto, bo nie wytrzymam. Wkraczam!

– Spokojnie, Rubrusie, przecież zaraz wyjdą.

– Złoję szczeniakowi skórę. Wypatroszę jak karpia.

– Na Boga, Teofilu, przecież on ma kruche kości.

– To będzie miał połamane. Najpierw umarł, a teraz żyje? Sakramencki żartowniś. Nic mnie to nie…

– Idą! Olaboga, widzę suknię!

Przez gęstą od dekoracji i chmielowej mgły sali przetoczył się pomruk ciekawości. Gości było tak wielu, że sufit pękał od zgromadzonych pod nim plotek. Wszyscy byli zdezorientowani, podejrzliwi i żądali wyjaśnień. Wpierw powiedziano im, że weseliska nie będzie, a później, że stało się coś okropnego – ba, nawet bezbożnego! – a następnie sam Rubrus nakazał im przestać zachowywać się jak baby przy studni i zostać na swoich miejscach, bo inaczej, jak powiedział, szlag go jasny trafi. Tymczasem wydawało się, że problem zaginionego narzeczonego panny Akacji się rozwiązał, a wesele miało być niezapomniane, jak wcześniej zapowiadano.

Głowy najbliżej siedzących panien unosiły się i opadały, kiedy przepychały się, żeby lepiej widzieć. Prawa część sali zakładała, że małżonek Akacji jest chory na straszliwą chorobę, na pryszczycę pośladków albo łupież. Stoliki umieszczone po lewej stronie zgodnie głosiły, iż wyszło na jaw, że pan młody jest bezpłodny, a za takiego straceńca panna Akacja absolutnie nie mogła wyjść. Pewien człowiek przy oknie stwierdził nawet, że młody Ksenofidus to brzydal – koniecznie z włochatymi brwiami i haczykowatym nosem – i nie jest godzien ożenić się z panienką tak ładniutką jak Akacja (człowiek ten siedział najbliżej beczułki z niezwykle mocnym winem i to mogło częściowo tłumaczyć jego słowa).

Nikt nie zakładał, że panna Akacja wmaszeruje na salę sama.

Wkroczyła, ostrożnie stawiając stopy w ciasnych, lśniących bucikach, w sukni przypominającej do złudzenia warstwowy owocowy tort, pod którym uginał się główny stół. Szła, rozanielona, uśmiechając się szeroko i unosząc leciutko ramię, jakby jakaś niewidzialna istota szła u jej boku, trzymając ją pod rękę.

Zatrzymała się na podwyższeniu i zachichotała. Ktoś krzyknął, że panna młoda ma rozszerzone źrenice.

– Szlachetni goście! – wykrzyknęła Akacja, niemalże promieniejąc szczęściem. – Oto jest właśnie Ksenio.

Wskazała na prawo. Na podwyższeniu nie było nikogo prócz niej i samotnego krzesła, na które to spojrzeli wszyscy goście. Jakaś kobieta w ogromnym kapeluszu powiedziała, że Bóg ich opuścił. Akacja wciąż się uśmiechała.

– Rozumiem, że jego wygląd może dziwić was niezmiernie, ale zapewniam, że jest to wciąż mój ukochany i żadna siła nie przerwała jego miłości do mnie. No, powiedz im, Kseniu.

Zapadła grobowa cisza. Wszyscy gorączkowo czekali na gadające krzesło, wstrzymując oddechy. Czy już coś powiedziało? Kto wie, jak głośno mogło mówić krzesło! Po dramatycznie długiej chwili panna Akacja klasnęła w dłonie tak gwałtownie, że cały pierwszy rząd drgnął.

– Sami słyszeliście! – roześmiała się. – Czyż to nie wspaniałe? Fantastyczne? Wyjątkowe! Toż to…

– Żarty jakieś! – zagrzmiał ktoś całkowicie skryty za olbrzymim tortem. – Co to ma być, cholera? Teatrzyk jaki? Gdzie jest ten żartowniś, pan młody?

– Pan raczy żartować – odpowiedziała panna Akacja z najwyższą powagą. Zamrugała szczerze rzęsami, widocznie oburzona. – Mój mąż to wielce poważny człowiek. Niech pan nie przerywa uroczystości…

– Uroczystości? Komedia, nie wesele!

– Skandal!

– Taki kawał ze stolicy żem jechała…

– Za ducha chce wyjść, paczcie ją, wariatkę!

Matka panny Akacji zbladła nagle i osunęła się w ramiona męża. Rubrus oddał zemdloną żonę w ręce teścia i wskoczył na podwyższenie, czerwony jak indyk.

– Nie pozwolę! Na moim dworze, takie zachowanie! Akacjo, co to ma znaczyć? Gdzie jest ten podły… – Zacisnął ręce, opanowując się z najwyższym trudem. – Gdzie jest… Ksenofidus?

– Przecie tutaj stoi, tatku. Mówi, że przeprasza.

– Za co, na krew Chrystusa, przeprasza?!

– Że się zabił. Czyż nie słyszysz? Kseniu, musisz mówić głośniej. Tatko już przygłuchy…

Lecz to nie problemy ze słuchem Rubrusa były w tej chwili tematem niezadowolenia zgromadzonych. Bowiem weselni goście przybyli tu z zamiarem uczestniczenia w weselu, chcieli więc pić, jeść, tańczyć, wymieniać się uprzejmościami oraz uśmiechać się uprzejmie na widok źle dobranych koronek, niedopranych plam na obrusie czy nieumiejętnie przypudrowanego pryszcza na czole panny Akacji. Skandal wykraczający ponad rozmiary krótkiego żartu zdecydowanie nie był na liście rozrywek ich dzisiejszego wieczoru. Więc ludzie, na co dzień tak zgodni, tolerancyjni i poprawni, postanowili zaprowadzić porządek. A jeśli uprzejmość zdejmie się jak płaszcz, tkwiące pod spodem ramiona mogą z równym powodzeniem należeć i do dworzanina, i do pozbawionego sumienia złoczyńcy. Ramiona wyraziły swoją niechęć i rozczarowanie poprzez głowy, które dźwigały. A że były to głowy bogobojnych ludzi, sprawa została rozwiązana nader szybko.

Choć była to uroczystość zamknięta, na wesele dotarli ludzie pobliskiego Inkwizytora. Owi ludzie byli sumienni i stos pod „dziewuchę widzącą duchy” wzniesiono z niesłuchanym więc oddaniem. Powiadano potem, że płonącą żagiew rzucił sam ojciec Akacji, Rubrus.

 

I tak panna Akacja zapłaciła za swoją miłość najwyższą cenę, a wesele zapisało się w pamięci ludzi jako jedna z tragiczniejszych ofiar inkwizycji.

 

A Ksenofidus? Wpierw usiłował przeprosić ojca Akacji i przemówić do weselnych gości, potem zasłonić narzeczoną swoją własną piersią, a na koniec chwytał za płonące wiechcie słomy, żeby ocalić Akację od cierpienia. Nie mógł zrobić nic. Bezradnie przypatrywał się, jak Akacja płonie na stosie, a gdy dziewczyna wydała z siebie ostatnie tchnienie, Ksenofidus poczuł nagle swąd płonącego ciała i przez tę jedną chwilę był znowu żywy… a potem zniknął.

Koniec

Komentarze

Bardzo podobało mi się to opowiadanie. Świetnie napisane, a w dodatku pomysłowe i oryginalne. Po tytule zupełnie nie spodziewałam się takiej historii i treść bardzo mnie usatysfakcjonowała. Czytało się płynnie, lekko i przyjemnie. Trzymam kciuki za powodzenie w konkursie :)

Bardzo fajnie napisane, lekko, na luzie, ze swadą, humorem i odrobiną absurdu. Końcówka jednak rozczarowała, po pierwsze pośpiechem (na zasadzie – jeb i do widzenia, zakładam, że tak to sobie zaplanowałaś, ale pozostało we mnie wrażenie, że po prostu albo ci się odechciało, albo nie bardzo wiedziałaś jak sprawę pociągnąć). Po drugie – brakiem logiki, nawet jeśli cały tekst dźwięczał nutką absurdu. 

No ale tak czy owak, czytałem z przyjemnością. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Przyłączam się do zadowolonych. Bardzo przypadły mi do gustu postacie, jakie namalowałaś oraz jak wplątałaś to wszystko dziwaczny nieco absurdalny pomysł. Moim zdaniem świetnie zagrałaś na przewróceniu pewnych konwencji. Do tego dodałaś szczypte niebanalnego humoru.

Końcówka nie wgniotła w fotel, ale nie rozczarowała. Mimo wszystko dobrze się łączy z tytułem. Do piórka nie nominuje, ale rusze tyłek i zgłosze to do biblioteki.

Tymczasowy lakoński król

Dziękuję wszystkim, cieszę się, że dobrnęliście do końca. Przyznaję, że jest to najdziwniejsze opowiadanie, jakie kiedykolwiek napisałam. Co do zakończenia… było znacznie dłuższe, ale zostało skrócone dla dobra zdrowia psychicznego wszystkich tu obecnych.

No, oryginalne wesele, nie da się ukryć. Fajny pomysł.

IMO, nie trzeba było skracać końcówki – teraz wygląda na pospieszne szast-prast.

Ów ludzie byli sumienni

Ów odmienia się przez liczby, rodzaje i przypadki.

Babska logika rządzi!

Bardzo fajne opowiadanie. Mnie akurat końcówka nie rozczarowała. Podobało mi się. :)

Podobał mi się motyw z samobójstwem Ksenofidusa i moment, kiedy po raz pierwszy istniał jako duch. Dalej niestety coraz mniej. Nie rozumiałem na przykład, dlaczego ducha nie widzi nikt poza Akacją. Decyzja Ksenofidusa, żeby jednak wziąć ślub była co prawda uzasadniona, ale jak dla mnie to uzasadnienie naciągane było bardzo. Sprawiło to, że cała fabuła była jakaś niespójna. Ksenofidus zabił się, żeby nie brać ślubu, a później, z jakichś niejasnych pobudek, i tak to zrobił. Inkwizycja na końcu tak ni z gruszki, ni z pietruszki. Wiem, że to jest absurd, ale jakoś tak nie bardzo. 

Może ja się po prostu na absurdzie nie znam? Nie wiem, w każdym razie napisane fajnie, pomysł na wesele oryginalny, ale fabularnie nie porwało.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories;

Podoba mi się pomysł na opowiadanie oraz przedstawiony tutaj rodzaj absurdu. Nie narzuca się on, nie jest jakiś ciężki, ale tak dla mnie w sam raz. Sama postać Ksenia przypadła mi do gustu – nie jest typowym komediowym chuderlakiem i ofiarą losu, ale posiada odrobinę dramaturgii w losie. Jego rodzicie, zwłaszcza ojciec, także są odpowiednio śmieszni i tragiczni.

Sama fabuła ma ciekawe przedstawienie. Szkoda, że końcówka wydaje się mocno skrócona – sama tytułowa Inkwizycja załapała się raptem na zdanie.

Technicznie czytałem gładko, choć czasem wyskakiwała jakaś gruda – najczęściej nagminne powtarzanie imienia bohatera.

Podsumowując: bardzo ładny koncert fajerwerków, z ciekawym bohaterem i nietuzinkowym pomysłem na wesele. Trochę przeszkadza przycięta końcówka. Ale mego klika masz ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Pomysł niewątpliwie był, a dzięki niezłemu humorowi i odpowiedniej dawce absurdu opowiadanie okazało się całkiem zajmujące. I wszystko byłoby w porządku, gdyby byle jakie zakończenie i usterki nie zepsuły dobrego wrażenia.

 

Wśród nie­koń­czą­cych się ziem gra­ciar­ni… –> Jakież to ziemie mieściła graciarnia?

 

a kota uła­ska­wić pla­ster­kiem kieł­ba­sy. –> Raczej: …a kota obłaskawić pla­ster­kiem kieł­ba­sy.

Za SJP PWN: ułaskawić «darować lub zmniejszyć skazanemu karę»

 

Życia nie dało się wró­cić z po­wro­tem. –> Masło maślane.

 

Chyba dźgną­łem się w serce.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

Chry­stu­sie mi­ło­sier­ny, zba­wi­cie­lu świa­ta! Kse­niu! O boże, boże! –> Chry­stu­sie Mi­ło­sier­ny, Zba­wi­cie­lu świa­ta! Kse­niu! O Boże, Boże!

 

Matka usi­ło­wa­ła opa­no­wać męża, ale Teo­fi­la cięż­ko było uspo­ko­ić. –> W jaki sposób można opanować kogoś?

Raczej: Matka usi­ło­wa­ła uspokoić męża, ale Teo­fi­lowi trudno było się opanować.

 

Cher­lak, cho­ro­wi­ty, ledwo sa­me­mu wsta­wał z łóżka! –> Albo cherlak, albo chorowity.

Za SJP PWN: cherlak pot. «człowiek wątły, chorowity»

 

jej pier­si były rów­nie prze­sad­nie upu­dro­wa­ne, jak jej lico. –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

Go­dzi­nę w  czy w tamtą, co to za… –> Go­dzi­nę w  czy w tamtą, co to za

 

We­se­le mu­sia­ło się odbyć, choć­by i mu­siał skoń­czyć… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Aka­cja le­ża­ła pod pie­rzy­na­mi, wa­chlu­jąc twarz i przy­ty­ka­jąc do czoła zimny kom­pres. […] Pa­trząc na nią, wy­da­wa­ło się, że lada chwi­la osu­nie się bez­wład­nie na po­dusz­ki. –> Skoro Akacja leżała w łóżku, to w jaki sposób mogłaby się osunąć na poduszki?

 

O ma­tuch­no prze­naj­święt­sza. –> – O Ma­tuch­no Prze­naj­święt­sza.

 

– Kse­niu, to.. A twoja matka i twój bied­ny oj­ciec? –> Jeśli miała być kropka, jest o jedną kropkę za dużo, a jeśli wielokropek, brakuje jednej kropki.

 

Jej ogrom­ne, kro­wie oczy wy­peł­ni­ły się lu­bież­nym bla­skiem. Zmro­ził Kse­no­fi­du­sa na­głym nie­po­ko­jem. –> Literówka.

 

– Na boga, Teo­fi­lu, prze­cież on ma kru­che kości. –> – Na Boga, Teo­fi­lu, prze­cież on ma kru­che kości.

 

za ta­kie­go stra­ceń­ca panna Akcja ab­so­lut­nie nie mogła wyjść. –> Literówka.

 

Za ducha chce wyjść, pacz­cie ją, wa­riat­kę! –> Za ducha chce wyjść, patrz­cie ją, wa­riat­kę!

 

Lecz to nie pro­ble­my z słu­chem Ru­bru­sa… –> Lecz to nie pro­ble­my ze słu­chem Ru­bru­sa

 

Bo­wiem we­sel­ni go­ście przy­by­li tu z za­mia­rem uczest­ni­cze­nia w we­se­lu… –> Czy to celowe powtórzenie.

 

wy­mie­niać się uprzej­mo­ścia­mi oraz uśmie­chać się uprzej­mie na widok… –> Jak wyżej.

 

Ów lu­dzie byli su­mien­ni… –> Owi lu­dzie byli su­mien­ni

 

na ko­niec chwy­tał za pło­ną­ce wiech­cie smoły… –> Smoła w wiechciach???

Pewnie miało być: …na ko­niec chwy­tał za pło­ną­ce wiech­cie słomy

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Proszę wybaczyć usterki, poprawiłabym, ale nie wiem, czy w konkursowych pracach wolno, także póki co nie tykam.

 

Dziękuję za opinie, opo było pisane niezupełnie na serio, co może usprawiedliwiać pewne problemy z tekstem. Co do absurdu w absurdzie, to miało być komicznie i tragicznie jednocześnie, ale tak, żeby równowaga we wrzechświecie została zachowana. A zakończenie ucięte jak ludzkie życie, że tak poetycko rzeknę.

 

A za smołę/słomę to idę klęczeć na grochu przez pół godziny.

Można poprawiać, aż do upłynięcia terminu konkursu. Dopiero potem odkładamy długopisy.

Babska logika rządzi!

Ów ludzie byli sumienni i stos pod „dziewuchę widzącą duchy” wzniesiono z niesłuchanym więc oddaniem.

Fajne :)

Mi się podobało, zwłaszcza początek. Nawet uśmiechnąłem się przy reakcji ojca na narodziny syna :)

„– To na pewno mój syn? – upewnił się, zaglądając niepewnie za kotary kołyski. – No nie wiem. Jakiś taki wątły. Jak te kocięta, co to rzeka wypłukała. Nie, to na pewno nie moje. I tak raczej nie przeżyje, co? Pewnikiem nie przeżyje, no wspomnisz moje słowa.”

 

„Wśród niekończących się ziem graciarni można było pozostać niezauważonym dla ludzkich oczu.” – Czy na stryszku były jakieś ziemie…?

 

„Rozległ się głuchy trzask” – Czy szło może rozbić się z głuchym trzaskiem?

 

„Mówiłam ci, żebyś nie bawił się na strychu. Nabawisz się kaszlu!”

 

„Chciałem uciąć dół kartki nożem do papieru i złapałem za niewłaściwy koniec. Chyba dźgnąłem się w serce.” – Może to świadczy o mojej mało rozwiniętej wyobraźni, ale zupełnie tego nie widzę…

 

Jego wydatny brzuch podskakiwał raźno na każdym stopniu, a rękawy jego zdobionej koszuli były brzydko podciągnięte. Wydawał się bardzo przejęty. Wszystkie jego trzy podbródki były blade jak zsiadłe mleko.”

 

„– Kseniu, to..” – brak kropki w wielokropku

 

„Przez gęstą od dekoracji i chmielowej mgły sali przetoczył się pomruk ciekawości.” – Przez salę

 

„panna Akcja” – Akacja

 

„Gdzie jest ten żartowniś, pan młody?

– Pan raczy żartować – odpowiedziała panna Akacja”

 

„Ów ludzie byli sumienni” – Owi, nie ów

 

„Ów ludzie byli sumienni i stos pod „dziewuchę widzącą duchy” wzniesiono z niesłuchanym więc oddaniem.” – To zdanie ma nieprawidłową konstrukcję. Albo „i”, albo „więc”.

 

Na razie tyle. Szerszy komentarz po zakończeniu konkursu.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dziękuję raz jeszcze wszystkim komentującym, za opinie i wytknięte błędy, niechlujstwo poprawione. To opowiadanie chyba nie zasługuje na taką ilość poprawek :v

Nowa Fantastyka