- Opowiadanie: maciekzolnowski - Cyberdoggy - wersja zdecydowanie uproszczona

Cyberdoggy - wersja zdecydowanie uproszczona

Ponieważ lubię mieć porządek w swoich papierach, postanowiłem z marszu zamieścić uproszczoną wersję “Cyberdoggy”. Osoby, które za górami nie przepadają i nie trawią przydługawych, poetyckich opisów przyrody będą, myślę, bardziej usatysfakcjonowane. Cyzelując błędy, korzystałem wielokrotnie z klawisza Delete. I w ten sposób usunąłem m.in. motyw Złotego Pociągu oraz inne barokowe ozdóbki. Mam nadzieję, że powstały w ten sposób króciak będzie całkiem strawny. Życzę przyjemnej lektury! 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Cyberdoggy - wersja zdecydowanie uproszczona

 

Działo się to lat temu piętnaście. Zdarzenie zasnuło się ciemnosiwą ćmą spraw minionych, przybrało już kształty rozwiewne, niemal oniryczne. Jan Grot, krępy, zwalisty blondyn, o fizjognomii czterdziestolatka, zdołał jedynie zapamiętać emocje, jakie mu towarzyszyły owego pieskiego popołudnia, i tę jesienną, smętną i mglistą aurę. Listopadowe były to akordy, nader minorowe, lubo efektowne. A czas biegł nieubłaganie ku zimie jak życie ku śmierci, w sposób aż nazbyt widoczny i imperatywny.

Wybył Grot ze swych domowych pieleszy tego dnia po tym, jak otrzymał wiadomość następującej treści: „Baczność na warunki pogodowe! Gęste mgły i zamglenia. Widoczność ograniczona do zera”. I kiedy tak szedł Jan i biegł już prawie, naprzód pojawił się przydomowy ogródek. I mężczyzna go minął, gdyż to właśnie codzienny jego rytuał przewidywał. Potem pojawiło się pole i mały lasek. I Grot to pole i ten mały lasek przeszedł, bo taki miał zwyczaj, a nade wszystko zamiar. Wspiął się następnie na sam szczyt Błatniej (którą zwał po swojemu Holy Mountain), a wysoko się wdrapał, bo lubił się wdrapywać i nosić nieco zgarbiony, a temu jego lekkiemu przygarbieniu sprzyjał ów żmudny marsz ku górze właśnie. I tak to, powolutku, po dwóch godzinach z hakiem, doczłapało wreszcie chłopisko do źródlisk Jasienicy.

A pora była przecudna. Wymizerowane, listopadowe słoneczko już dawno pokonało zenit i rozlewało po świecie złotą siejbą promyków. Za chwilę miało przestać być widoczne, gdyż na szumiące chwiejbą świerków i sosen ramiona boru z wolna opadała mgła. Perspektywa robiła się więc niemalże mroczna, choć wciąż jeszcze, daleko na horyzoncie gdziekolwiek okiem sięgnąć, siniała szaroburą wstęgą linia gór, pagórków, przełęczy, pasm i pasemek.

A był tam w pobliżu, na jednym z przepastnych tarasów stawik śródleśny – takie całkiem pokaźne i dla zmysłów przyjemne oczko. Kryształowo czyste jego wody zachęcały do wrzucania doń monet i wypowiadania najskrytszych nawet pragnień, najśmielszych nawet życzeń. Nikt tego jednak nie czynił, gdyż zmącić to mogło niczym niezbrukaną toń i zaburzyć odwieczną wędrówkę promieni słonecznych po dnie oszałamiającej głębi. Nikt tutaj zresztą nie zaglądał i tego miejsca nie odwiedzał. Nikt prawie także nie był świadom cudownych własności, jakie posiadały wody tego stawu.

A nim Grot zdołał przybyć i od strony lądu do brzegów sadzawkowych dobić, pojawiła się tu i na dobre zadomowiła mgła, która gęstniała z każdą minutą i każdą sekundą niczym studzona żelatyna. A zastał tam coś jeszcze, prócz jesieni i mglistej otchłani. I to coś przykuło teraz jego uwagę, wzbudzając w nim niewysłowiony i niekontrolowany wprost niepokój. Pulsujące światełko koloru niebieskiego, pełganie, którego nie powinno w tym miejscu być widać, unosiło się z całą zuchwałością antygrawitacyjnego pędu, jak ogromny znak zapytania nad sensem „być albo nie być?”, i wzbijało, i wzlatywało, i wznosiło ku szczytom Holy Mountain. Grot stał tymczasem na drugim brzegu jeziora, a naprzeciwko skarpy, która stanowiła w istocie jedno z wydatniejszych zboczy Świętej Góry. Stał jak wryty i zastanawiał się, czy już ma brać nogi za pas, czy też ma „wytrwać na swym posterunku” – skulić się i zmniejszyć do rozmiarów pytania i odpowiedzi: Co to, kto to? Czy to UFO, czy duch jakiś? Zamarł, obrawszy strategię „dzielności i chwały”, tylko że bez „chwały”, i – kierowany ciekawością oraz zdrętwieniem mięśni podudzia – czekał na dalszy rozwój wypadków.

A tymczasem… po drugiej stronie sadzawki, na przeciwległym jej brzegu, stanął ciemnoszary, prawie metaliczny cyborg (o zmutowanych i szklących się ślipiach, złych ślipiach). Miał ten skurczybyk aż pięć rogów i diademów w porywach siedem do dziewięciu. I gestem połyskującej w ledwie dostrzegalny sposób, metalicznej ręki począł mechanicznie wskazywać na Grota i go przywoływać. Ten pobladł natychmiast i zamarzył o nowych oraz czystych galotach. I skulił się jeszcze bardziej, a przynajmniej tak mu się wydawało. Na to cyborg zareagował z chyżością iście nadświetlną i wykorzystał swój nowy generator mocy akustycznych oraz (coś jakby) usta. Zagwizdał on mianowicie po trzykroć króciuchno, ale w sposób jednocześnie przenikliwie donośny, donośnie srogi i srogo posępny. A zagwizdał w sposób tak donośny i tak srogi, że aż to wzniesione i oddalone pełganie wyhamowało i w końcu też się zatrzymało.

Zatrzymało się, zastopowało, zamerdało ogonkiem krotochwilnie i zawróciło w dół do swojego właściciela.

– Psiakrew – zauważył Jan Grot.

I zaczął siebie obwiniać za pospolite tchórzostwo oraz dawanie wiary ułudom i fantazjom. Po czym odwrócił się na pięcie i przepadł gdzieś we mgle. Także i cybernetyczny pies ze swym panem – dystyngowanym Alojzym Konratowskim, ubranym w metaliczny, modernistyczny szynel – powędrowali w siną dal.

Nad sadzawkę zawitała czarna noc. Po północy jednak rozbłysły tu jakieś światła… tuż ponad taflą wody. Nastał czas niepokoju – zadrżała ziemia, zadęły trąby Apokalipsy… i wszystko się zaczęło. Jęło się z początku niewinnie – od pojedynczego bąbelka na powierzchni cieczy i jednej tylko wiązki światła, wydobywającej się spod dna, a skończyło na prawdziwej orgii dźwięków i kolorów. Oczko się na coś otwierało, a jego wody bulgotały i rozstępowały w pośpiechu. A wszystko dokoła syczało, wirowało, harcowało. Aż wreszcie, po dłuższym wyczekiwaniu i jakby rozruchu, dno zakipiało potworną kanonadą: bim, bum, bam! I ukazał się…

Koniec

Komentarze

Nie bardzo zgaduję, co, poza chęcią zachowania porządku w papierach, obudziło w Tobie pragnienie uraczenia czytelników skrócona wersją opowiadania, szczególnie że ta pierwsza wcale długa nie była, a choć treść zawierała nieco absurdalną, to i na swój sposób zajmującą przecież. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Skądś znam tę treść.

Teraz chyba lepiej widać, że kompozycja jest zachwiana – przez prawie 2/3 tekstu nic się nie dzieje – opisy przyrody i facet, który wyszedł z domu. A potem – pośpieszna końcówka.

 

Babska logika rządzi!

No OK, trochę przedobrzyłem. Ale przynajmniej jako taki ordnung jest, a i dowiedziałem się czegoś na temat zachwianej kompozycji. :)

maciekzolnowski

Właściwie mogę podpiąć się pod opinię Finkli. Najpierw przez większość tekstu opisujesz bieg Grota, by mocno przyspieszyć w końcówce, gdy pojawia się ów cyborg. Koniec końców też nic się nie dzieje – podbijasz napięcie, by obie strony poszły w swoją stronę. Końcowy trik z cliffhanderem niestety nie ratuje sytuacji.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nie będę ukrywać – przebrnąłem z trudem, potykając się na co bardziej misternych zdaniach. Natężenie poetyki tak duże, że fabuła zatraca się w tym wszystkim, a styl dodatkowo dekoncentrował (fizjognomia? a niedługo potem niepasujące do przyjętej konwencji antygrawitacyjny?)

Ponadto, zachodzę w głowę, po co streszczać własne pomysły? Nie lepiej napisać coś nowego?

Z oryginalnym Cyberdoggy’m nie skonfrontuję, bo nie czytałem.

Tym razem niestety bez satysfakcji.

 

Tyle ode mnie.

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

OK, dzięki. Postaram się wyciągnąć wnioski z Waszych… wniosków. :)

maciekzolnowski

Nowa Fantastyka