- Opowiadanie: El Lobo Muymalo - Krew nie woda

Krew nie woda

Co by było, gdyby pradawne, wymykające się ludzkiemu zrozumieniu siły miewały gorsze dni?

 

Edit: opowiadanie zostało dość znacznie zmodyfikowane (m.in. poprawiłem błędy i dołożyłem cały fragment) w dniu 11.12.2017, godz. 22.18.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Krew nie woda

Księżyc był w pełni. Rzeka zabulgotała.

– Tato.

– Natalka.

Wiatr zerwał się i zaszeleścił w zaroślach. Zimny jak na sierpień.

– Ta-to!

– Natalka, nie przeszkadzaj. Tatuś sprawdza dno, żebyśmy mogły wejść.

– Ale po co my tam wchodzimy? Przecież woda jest zimna.

– Tak trzeba, kochanie. Wszyscy wchodzą. Zobacz, rodzice Kasi są już po szyję w rzece.

Ojejku, no! To wesele jest najgorsze na świecie!

 

***

 

Na sali tanecznej panował gwar. Pociągnąłem łyk szampana i uśmiechnąłem się do siebie. Pomyśleć, że jeszcze kilka dni temu w ogóle nie miałem ochoty iść na to wesele.

Po pierwsze nie było z kim. Miałem dwadzieścia cztery lata, a moje relacje z dziewczynami nie były najlepsze. Delikatnie mówiąc. W każdym razie nie miałem żadnej partnerki. Iść na wesele samemu to nuda. Poza tym wstyd.

"To żaden problem" mówił Przemek, mój kumpel. "Ja też nie lubię wesel. Ale zobaczysz, że jak sobie wypijesz ze dwa, trzy kieliszki, to będziesz miał ochotę na zabawę. I przestaniesz się przejmować jak cię widzą inni".

To był mój drugi problem – nie piłem alkoholu. Wcale nie miałem po nim dobrego humorku, nie czułem przyjemnego pobudzenia. Robiłem się przygnębiony, chciało mi się spać. Dlatego wolałem go unikać, zwłaszcza na imprezach.

Ale tydzień przed weselem Przemek przypomniał sobie o swojej dalekiej kuzynce, a ona zgodziła się ze mną pójść. Alicja, dwadzieścia dwa lata. W sam raz. Na zdjęciach na Facebooku wyglądała całkiem ładnie, choć ostatnie było sprzed dwóch lat. Mogła się zmienić.

Ale nie uroda była najważniejsza. Właściwie, gdyby Alicja była brzydka, czułbym się przy niej swobodniej. Wystarczy, żeby była miła. I żeby można było z nią normalnie pogadać. W zasadzie mogłaby być nawet niemiła, byle tylko nie była wredna.

Ostatecznie, wredna też mogłaby być.

Nie liczyłem na jakiś wielki podryw. Miałem tylko nadzieję, że wesele zleci w miarę bezboleśnie. Przy odrobinie szczęścia zdążę jeszcze tej nocy pograć na kompie.

Jednak im przyjęcie było bliżej, tym bardziej Alicja mnie fascynowała. Przez kilka dni codziennie (a czasem dwa razy dziennie) gapiłem się na jej zdjęcia i słuchałem piosenek, które wrzucała na walla. Z internetowego profilu wyglądała na dziewczynę, która lubi muzykę, książki i filmy. Nie przepada za imprezami. Kto wie, może się dogadamy?

Miałem coraz większą ochotę na to wesele. Zastanawiałem się tylko, dlaczego Alicja chce ze mną iść, skoro taka z niej domatorka.

 

***

 

Nadeszła pamiętna sobota. Ranek spędziłem na prasowaniu koszuli i sprzątaniu samochodu. Nie zdążyłem odwiedzić myjni, ale w końcu przejazd autem to tylko chwila, może nikt nie zwróci uwagi. Później, koło południa, pojechałem po Alicję.

Czekała na podjeździe z kostki brukowej, już wyszykowana. W czerwonej sukience wyglądała całkiem nieźle. Ubranie kończyło się odrobinę powyżej kolana, więc widziałem spory kawałek kształtnych nóg. Wyżej były krągłe biodra, płaski brzuszek i pełne piersi. Na ramieniu mała torebka w kolorze bordowym. Na głowie ruda czupryna, której kosmki opadały na czoło. Do jej łydek łasił się wielki, kudłaty, biało-rudy kocur. To wesele mogło nie być wcale tak złe, jak się na początku wydawało.

 

***

 

Odkąd wyjechaliśmy spod jej domu, cały czas miałem wrażenie, że na mnie patrzy. W końcu odwróciłem głowę i rzeczywiście – wgapiała się we mnie wielkimi, zielonymi oczami.

– Jak się czujesz? – zapytała.

Przed nami do ruchu włączył się biały bus. Zwolniłem i wrzuciłem czwórkę.

– Super. A ty?

Nie odpowiedziała. Patrzyła na mnie.

 

***

 

Minęła msza i przejazd z kościoła do remizy. Minęło picie szampana i krojenie tortu. Zaczął się pierwszy taniec, a Alicja cały czas wpatrywała się we mnie. W końcu, przy trzeciej piosence, gdzieś w połowie Cykad na Cykladach, powiedziała:

– Jestem czarownicą.

Muzyka była tak głośna, że się przesłyszałem. Wydawało mi się, że Alicja powiedziała, że jest czarownicą.

– Proszę? – Zbliżyłem usta do jej ucha, żeby uniknąć kolejnych nieporozumień.

Nachyliła się do mnie. Poczułem zapach perfum. Pchaniała kwiatami, ale nie miałem pojęcia jakimi.

– Jestem czarownicą! – krzyknęła mi prosto do ucha.

– Jak to czarownicą?

Kiwnęła głową.

– Uważaj, czy nie zaczynasz myśleć o wodzie.

O wodzie? Ona była jakaś dziwna.

 

***

 

Potem poszliśmy na obiad. To, co powiedziała Alicja, nie dawało mi spokoju.

– Co miałaś na myśli? – zapytałem, kiedy kończyłem zupę. Cholerna tradycja. Na każdym weselu musi być rosół. Z makaronem. Idealne danie, żeby upaćkać sobie garnitur zwisającymi z ust nitkami.

– Kiedy? – Alicja już wycierała usta serwetką. Jadła niesamowicie szybko. Widziałem kiedyś w telewizji zawody w jedzeniu na czas. Na bank miałaby pierwsze miejsce.

– Powiedziałaś, że jesteś czarodziejką.

Uśmiechnęła się, nie patrząc na mnie.

– Czarownicą. Po babci.

Zgrywała się. Jak mogłem od razu nie załapać? Pewnie chciała mi powiedzieć dopiero, kiedy pójdziemy nad rzekę.

– Rozumiem – powiedziałem. – Dlatego masz takiego kota.

– To prawda. Jasiek jest magiczny.

Jasiek. Głupie imię dla kota czarownicy. Tego jej nie powiedziałem, mogłaby się obrazić.

– Dobrze, że go nie wzięłaś. Koty nie lubią wody.

Popatrzyła na mnie poważnie.

– Już cię bierze – powiedziała.

– Co mnie bierze?

– Rzeka. Ciągle mówisz o wodzie.

Uśmiechnąłem się niepewnie. Chyba żartowała, ale mówiła tak jakoś poważnie. Jak jej powiedzieć, że plecie bzdury, ale tak, żeby jej nie urazić?

– Chyba normalne, że kiedy jestem na weselu, to myślę o wodzie?

– Nie! – krzyknęła, aż rozmowy przy stole ucichły. – Zastanów się! Ile razy byłeś na weselu?

– Milion. W przybliżeniu.

– Właśnie. Na ilu z nich było coś związanego z wodą?

Jakie to miało znaczenie?

– Chyba na każdym. Tylko raz nie, kiedy byłem w Suwałkach. Ale oni tam mają inne tradycje.

– Jest gorzej niż myślałam. – Napiła się soku. Patrzyłem, jak płyn przelewa się ze szklanki do jej ust. Fascynujące. Zauważyła moje spojrzenie i odstawiła literatkę.

– Pijesz? – zapytała.

– Widzisz? Teraz ty zaczynasz – zażartowałem.

Nie śmiała się.

– Mówię o wódce.

– Nie.

– Dobrze. Alkohol potęguje działanie czarów. Nie wolno ci pić na tym weselu! – powiedziała to akurat w jednym z tych momentów, kiedy podczas gwaru rozmów nagle na sekundę zapada cisza. Wokół siedzieli moi znajomi. Kilkoro spojrzało na nas. Mogli pomyśleć, że Alicja to moja dziewczyna i że straszna z niej zołza. Ale przynajmniej mogli pomyśleć, że to moja dziewczyna.

– Posłuchaj – powiedziałem. Postanowiłem być teraz stanowczy, podobno laski to lubią. – Wyjaśnij mi, proszę, o co ci chodzi. Jeśli nie, to chodź pływać… Tańczyć!

Zmrużyła oczy.

– Niedaleko stąd jest rzeka – powiedziała.

– No jest. Wisłok.

– Tak. Ostatnio tak się nazywa.

– Jak to ostatnio?

– Nieważne. Ta rzeka jest przeklęta. Mieszkają w niej dziwne istoty. Złośliwe.

W takich chwilach żałowałem, że nie piję.

 

***

 

Nie bardzo wiedziałem, co sądzić o tym wszystkim. Byłem prawie pewien, że Alicja ma po prostu dziwne poczucie humoru. Ewentualnie na chwilę jej odbiło. W miarę upływu czasu i opróżnionych kieliszków atmosfera na weselu rozluźniała się.

Wtedy się zaczęło.

Państwo młodzi – Marek i Klaudia – akurat przechodzili obok. Siedziałem przy stole z Alicją, a obok nas jeszcze kilka osób, głównie koledzy pana młodego ze swoimi partnerkami. Kiedy młodzi się zbliżyli, goście zaczęli śpiewać:

– Gorzko, gorzko, gorzko!

Obowiązkowy kawałek na każdym weselu. Spojrzałem na Alicję. Uśmiechała się lekko.

Standardowa procedura – najpierw młodzi byli trochę zakłopotani i wykonywali gesty mówiące coś w stylu "dajcie spokój". Potem, w wyniku nieprzerwanego bombardowania "gorzkami", nieśmiało cmoknęli się w usta.

– Nie pijemy wody, nie pijemy wody! – zaśpiewało kilka głosów, głównie męskich, niskich i przepitych. – Pocałuuuuunek był bez szkody!

Co to w ogóle za rym? Z drugiej strony, od kiedy to w weselnych przyśpiewkach liczył się kunszt artystyczny?

Młodzi, chcąc nie chcąc, pocałowali się znowu. Tym razem nieco śmielej. Panna młoda ugięła nawet nogę w kolanie, jak w romantycznym filmie z Hollywood. Rozległy się brawa.

Potem zapadła cisza i zdawało się, że tak śpiewanie, jak i całowanie zostało zakończone. Nie na długo.

– Nie pijemy wcale… – zaczął jeden z siedzących przy stole facetów, krępy, silnie zbudowany Marcin Wolski.

– Nie pijemy wcale! – pociągnęła reszta. – Boooooo zmoczyyyyli się niedbale!

Kolejny pocałunek. Czy ja też dziś będę się całował? Wątpliwe.

– Nas uczyli w wodzie, nas uczyli w wodzie, że całuuuuuuje się po brodzie!

Państwo młodzi nie bardzo wiedzieli co mają robić. W końcu pan młody cmoknął małżonkę w podbródek. To wystarczyło. Brawa i wiwaty.

Ale goście byli niezmordowani.

– Woda w rzece chlupie, woda w rzece chlupie, booo całuuuuuuuuuje się po…

– Czarek.

Odwróciłem głowę. Nie usłyszałem, gdzie teraz się całuje. Alicja patrzyła na mnie z wyrazem twarzy typu "a nie mówiłam?".

Fakt, w piosence coś nie grało. Słyszałem ją tysiące razy i wydawała się taka sama jak zawsze. Jednak coś było nie tak, choć nie potrafiłem powiedzieć co. Odnosiłem wrażenie takie jak wtedy, kiedy ma się coś na końcu języka. Wydaje się to oczywiste, ale nie można sobie przypomnieć.

 

***

 

Część osób tańczyła, część siedziała przy stołach. Jeszcze inni rozleźli się wokół remizy. Alicja i ja znów byliśmy na parkiecie.

Orkiestra grała akurat Córkę rybaka. Na sali było tylko kilka par. Nachyliłem się Alicji do ucha.

– Pięknie wyglądasz – powiedziałem. – Jesteś bardzo wilgotna.

Zatrzymała się w pół kroku, przydeptując mi stopę. Spojrzała na mnie poważnie. Dostrzegłem napięcie w jej twarzy. Po chwili rozluźniła się i wróciliśmy do tańca. Oparła głowę o mój bark.

– Dziękuję – powiedziała cicho.

Tańczyliśmy długo. Teraz, kiedy na moim ramieniu opierała się pachnąca ruda głowa, marzyłem, żeby orkiestra nigdy nie przestała grać. Piosenki były różne, wolniejsze i szybsze, ale my cały czas tańczyliśmy tak samo. Powoli.

 

***

 

Były i oczepiny. Północ nastała nie wiadomo kiedy. Przez większość czasu tańczyłem z Alicją i już trochę bolały mnie nogi, ale nadal miałem ochotę na zabawę. Wciąż tylko nie dawało mi spokoju, o co jej chodzi z tą całą rzeką.

Oczepiny zaczęły się od jakiegoś szybszego tańca. Potem był wolniejszy, a potem jeszcze coś innego. Nie nadążałem za zmieniającymi się co chwilę zabawami, skupiony tylko na tym, żeby nie deptać Alicji po palcach. Uśmiechnęła się do mnie, zaraz po tym jak niezgrabnym ruchem ręki wprawiłem ją w piruet. Zobaczyłem białe ząbki.

Wtedy zrozumiałem. Wszystkie elementy układanki nagle trafiły na swoje miejsca, jak puzzle układane przez doświadczoną emerytkę przy herbacie.

Ładna dziewczyna. Nie ma faceta, a przede wszystkim – zgadza się iść na wesele z kimś takim jak ja. Nie lubi imprez, w wolnym czasie zaszywa się w domu. Wniosek był oczywisty – niskie poczucie własnej wartości. Nie zdaje sobie sprawy z tego, jaka jest atrakcyjna. Dla mnie to lepiej, jednak jakoś przykro.

Niestety, to dopiero wierzchołek góry lodowej. Na początku naszego spotkania Alicja wgapiała się we mnie tymi swoimi zielonymi oczami. Żadnych słów, tylko wbite we mnie spojrzenie. Potem tekst o czarownicy. Ja wiem, że niektórzy ludzie mają specyficzne poczucie humoru, ale ona mówiła to jakoś tak poważnie.

No i ta woda. Ciągle nawijała o wodzie. W każdym moim zdaniu, w każdej piosence słyszała coś o wodzie. Zdawało jej się, jakby całe wesele było skupione wokół tego tematu. Nie miałem już więcej złudzeń.

Alicja była chora psychicznie.

Trudno. Nie skreślałem jej. Damy sobie radę. Może nie będzie nam razem łatwo, ale kto powiedział, że życie ma być łatwe. Zresztą miłość pokona wszystko. Popatrzyłem na Alicję i uśmiechnąłem się. Wtedy odbił mi ją Marcin Wolski.

A tak, teraz taniec z odbijaniem. Zatańczyłem ze starszą ode mnie dziewczyną o prostych blond włosach, w niebieskiej sukience. Trudno było mi dopasować się do jej rytmu po tym, jak kilka godzin przetańczyłem z Alicją. Po kilku minutach wróciłem do mojej partnerki.

– Jedzie pociąg z daleka! – zaśpiewała orkiestra. Goście ustawili się w szeregu. Alicja złapała jakiegoś faceta za biodra (oczywiście Marcina). Ja złapałem ją.

– Na nikogo nie czeka!

Pociąg ruszył. Zawinął wokół sali tak, że lokomotywa prawie wpadła na ostatni wagon. Przez wąskie drzwi wjechał do sali jadalnej. Przeciskał się między stołami zastawionymi jedzeniem i kelnerkami roznoszącymi gorące dania. Zakręcił na pętli przy szatni i wrócił na salę taneczną.

– A teraz jedziemy się wykąpać! – zaśpiewała orkiestra. Pociąg pojechał dalej, opuścił salę i sznur ludzi wylał się na parking przed remizą. Muzycy wstali zza instrumentów i pobiegli za resztą gości. Zabawa była coraz lepsza. Pomyśleć, że nie chciało mi się iść na to wesele. Nad rzeką dopiero będzie ubaw.

Alicja złapała mnie za rękę i odciągnęła na bok.

– To zaszło za daleko – powiedziała. – Rzeka jest gniewna. Musimy ich ratować!

– Co ją rozgniewało?

– Nie wiem… Wodne demony są drażliwe.

Wodne demony są drażliwe. No pewnie, że tak. Jak mogłem nie wiedzieć?

– Dlaczego my?

Spuściła wzrok i chyba się zaczerwieniła.

– Cóż, jeśli rzeka jest naprawdę wściekła, tak jak dziś… Wtedy jest tylko jeden sposób, żeby ją udobruchać. Potrzebne są dwie dziewice. Pomyślałam, że…

Co niby pomyślała?

– Co to ma wspólnego ze mną? – zapytałem.

Uśmiechnęła się lekko. Bardzo przyjaźnie.

– Teraz rozumiem. To dlatego chciałaś tu ze mną przyjść. Potrzebowałaś dziewicy. Dobra, okej, przyznaję. Nie jestem jakoś niesamowicie doświadczony w tych sprawach, ale…

– To nie tak, że ja cię wybrałam. Po prostu coś nas połączyło. Sprawiło, że znaleźliśmy się razem w odpowiednim miejscu i czasie. Akurat wtedy, kiedy rzeka się gniewa. Wesela są w tej remizie od lat, jednak zwykle kończy się na nasyłaniu ludziom wodnych myśli. Ale dziś… Dziś dzieje się coś złego.

– Nawet jeśli tak jest, to skąd weźmiemy drugą… osobę?

– Dziewicę. Ja nią jestem.

Przełknąłem ślinę. Nieważne, czy wierzyłem w te opowieści czy nie. Metoda Alicji na walkę z siłami ciemności zaczynała wyglądać obiecująco. Mimowolnie spuściłem wzrok i spojrzałem na jej uda. Poczułem, jak krew napływa mi do twarzy. I nie tylko.

– No i co te, ekhm, dziewice mają niby zrobić?

Alicja wzięła głęboki oddech.

– Musimy rozebrać się do naga…

O, słodki Jezu.

– …wskoczyć do rzeki i popłynąć na ostrów. Tam, w tataraku, będziemy błagać rzeczne duchy o wybaczenie. Mam nadzieję, że umiesz pływać?

 

***

 

Pobiegliśmy nad rzekę. Nie tą drogą, którą posuwało się Pendolino złożone z gości weselnych, ale na skróty. Najpierw za remizę, potem przez furtkę do sadu Kamińskiego. Gdzieś w okolicy zaszczekały psy. Kawałek dalej musieliśmy przeskoczyć przez siatkę. Na wystających drutach Alicja rozdarła sobie sukienkę, ale nie zwróciła na to uwagi. Ja zwróciłem. Teraz jeszcze lepiej widziałem jej nogi.

Rzeka płynęła kilkanaście kroków od siatki. Nad wodą unosiły się opary mgły. Brzegi porastał tatarak. Na niebie świecił księżyc w pełni. W jego blasku woda wyglądała przyjemnie jak nigdy dotąd. Miałem ochotę od razu się w niej zanurzyć. Kiedy wpatrzyłem się w dal, na środku rzeki dostrzegłem ciemny kształt małej wyspy.

Alicja zrzuciła buty. Sięgnęła do suwaka na plecach, ale nie mogła go dostać.

– Pomóż mi – jęknęła.

– Alicja.

– Co? Pospiesz się, oni są już nad rzeką.

– Alicja, ja… Nie mogę.

– O co ci chodzi?

– Przecież wiesz, do czego to zmierza. Nie mogę tego z tobą zrobić, chociaż oczywiście bardzo bym chciał, bo jesteś piękna i miła, i mądra, i w ogóle, tylko że… I mówię serio, jesteś naprawdę mega atrakcyjna, tylko że…

Patrzyła na mnie ze zmarszczonym czołem i zaciśniętymi ustami. Ściągała z barków ramiączka sukienki.

– …tylko że wydaje mi się, że jesteś w – jak by ci to powiedzieć – w psychozie. Nie jesteś sobą. Gdybyśmy to zrobili, to byłoby wykorzystanie, bo nie jesteś świadoma i…

– O co ci, kurwa, chodzi? – Pierwszy raz usłyszałem od niej takie słowo. Nie sądziłem, że w ogóle je zna. W moich wyobrażeniach była eterycznym aniołem, żywiącym się blaskiem słońca i wspomnieniem ostatniego lata. No i rosołem, naprawdę lubiła rosół. – Płyniemy na ostrów, żeby przebłagać duchy rzeki. Co ty sobie pomyślałeś?

Auć. No dobra, może się zagalopowałem. Ale co miałem pomyśleć, kiedy dziewczyna proponuje mi nagą wycieczkę w krzaki?

 

***

 

Woda była zimna. Cholernie zimna. W pierwszej chwili nie mogłem złapać tchu. Spojrzałem na Alicję. Zdążyła już zamoczyć głowę i mokre włosy kleiły się jej do twarzy. Oczy miała szeroko otwarte i szczękała zębami. Miałem ochotę ją przytulić.

Potem popłynęliśmy. Albo właśnie ratowałem ponad setkę ludzi przed śmiercią w złowrogiej toni, albo ulegałem indukowanej psychozie. Tak czy inaczej, pływałem nago w rzece o północy.

Prąd był w tym miejscu słaby i poszło nam lepiej, niż się spodziewałem. Po chwili wychodziliśmy na brzeg ostrowu. Ściana tataraku przed nami była tak wysoka, że sięgała Alicji do szyi.

Czarownica złapała mnie za rękę. Poprowadziła w zarośla. Liście tataraku były sztywne i ocierały skórę. Kiedy się przez nie przecisnęliśmy, znaleźliśmy się na otoczonym zaroślami, maleńkim skrawku miękkiej, mokrej trawy. Alicja uklękła i pociągnęła mnie za rękę.

Klęczałem nago w krzakach pośrodku rzeki. Obok mnie, również naga, jakaś ruda laska. Zastanawiałem się, co powiedziałby Przemek, gdyby mnie wtedy zobaczył. Pewnie coś w stylu: "Stary, weź się, kurwa, ubierz".

Alicja ścisnęła moją dłoń. Jej oczy lśniły w blasku księżyca.

– Przebłagajmy rzekę – powiedziała.

 

***

 

Nie widziałem, ile czasu już tak klęczymy. Alicja miała zamknięte oczy, a ja pożerałem wzrokiem jej apetyczne ciało.

Usłyszałem plusk. Tatarak zatrząsł się, zaszeleścił. Spomiędzy liści wychynęła głowa o czarnych, poprzetykanych wodorostami włosach. Dziewczyna w podartej sukni wyszła z zarośli. Syknęła. Oczy miała białe, pozbawione źrenic i tęczówek, skórę przeraźliwie bladą.

– Topielica! – krzyknęła Alicja, zrywając się na nogi.

Czarownica w dziwaczny sposób splotła palce. Powietrze nad jej dłońmi zgęstniało, zafalowało i rozbłysło czerwonym płomieniem. Ziemia pod moimi nogami zadrżała.

Topielica uniosła górną wargę, pokazała zielonkawe kły. Warknęła przeciągle. Puste oczy odbijały blask księżyca. Alicja uniosła płomień wyżej.

Odruchowo zasłoniłem czarownicę własnym ciałem. Wpatrywałem się w białe ślepia topielicy, jak gdyby rzuciła na mnie urok. Warknęła. Ugięła nogi i uniosła dłonie, zakończone długimi, poszczerbionymi szponami. Zbliżała się wolno, krok po kroku.

– Eeeeeeeeeee!

Wrzask dobiegł gdzieś z… powietrza?

– Eeeeeeeeeee!

Topielica zasyczała, cofnęła się nieco. Padająca na ostrów księżycowa poświata zaczęła gęstnieć i już po chwili wyglądała jak zawieszony przy ziemi srebrny owal.

– Czekajta! – Z głębi owalu, jak ze studni, dobiegł głos. – Moiściewy, czekajta! O, Jezuniu!

Najpierw pojawiła się głowa w kolorowej chuście, potem niebieska kamizelka. Stopa w filcowym bamboszu zaparła się o trawę i z plamy wygramoliła się, zipiąc ciężko, staruszka. Położyła ręce na lędźwiach, wygięła plecy, aż chrupnęło.

– O, Chrystusie, za stara na to jestem.

– Babcia Aniela! – krzyknęła Alicja.

– A coś myślała, dziecko, że Twardowski? No, topielicha! – Staruszka poklepała stwora po plecach. – Ślepaś już całkiem, starucho? Dyć to oni!

Topielica zasyczała, rozwierając usta i prezentując kły. Odniosłem wrażenie, że w pewien dziwny, okropny sposób demon uśmiecha się szeroko.

– Ala, chowaj ten płomyk, bo kawalera poparzysz. – Babcia Aniela uśmiechnęła się do mnie, szczerząc żółte zęby.

Alicja strzepnęła palcami i zaklęcie rozmyło się w nocnym powietrzu. Babcia zanurzyła ręce w srebrnym owalu. Wyjęła kraciasty koc i rzuciła mi do rąk.

– No, macie, dzieci.

– Babciu, ona chce utopić gości!

– No, bo to topielica, nie? – Staruszka szturchnęła demona łokciem.

– Dlaczego jej nie przeszkodzisz?

– Ja? – Babcia Aniela uniosła brwi. – A to niby ja się z chłopem po krzakach pałętam?

– Ale to nie działa! Jesteśmy tu we dwoje, nago, a nic się nie dzieje!

Babcia Aniela spojrzała na topielicę. Potem na mnie. Pokręciła głową. Popatrzyła gdzieś w noc i westchnęła ciężko, przymykając oczy.

– Dziecko, czyś ty się wczoraj urodziła? Myślałaś, że jak się na golasa w krzaki lezie, to tak o, po nic?

– Ale nie mówiłaś…

– Nie mówiłam, nie mówiłam! Byłam pewna, że w tym wieku już się domyślasz!

Alicja rozdziawiła usta.

– Ale nie dziwota. – Staruszka pokiwała głową. – Nie dziwota. Bo ty, Aluś, toś zahukana strasznie. Pytam i pytam, a to na urodzinach, a to na święta, a to na wakacjach – masz li ty jakiego kawalera? Kręci się kto? Przyjeżdża? Na tańce zaprasza? A tu nic i nic!

– Babciu…

– A ty wiesz, że ja kobieta zaradna jestem. Że jak coś zrobić trza, to ja nie płaczę, nie mitrężę, jeno idę i sprawę załatwiam!

– O, Jezu… Co ty narobiłaś?

– No, jak mi ptaszki wyśpiewały, jaki to kawaler cię na weselisko zaprosił – tu mrugnęła do mnie, że niby wiem o co chodzi – tom zaraz hyc, hyc nad rzekę, demonichę wywołała, zagadała jak trzeba, a niechby ich tam trochę podtopiła. Długo prosić nie musiałam. A ty wrażliwa jesteś, po matce, więc się pewnikiem na ratunek rzucisz. Ech, sama kiedyś taka byłam, ale dawno, bo jak mnie potem jeden z drugim wkurwił, to…

– Więc to twoja wina. Musisz to odwołać!

Babcia skrzyżowała ręce na piersiach, pokręciła głową.

– Myśmy są już z topielicą umówione. Jest między wami ogień, klątwa schodzi. Nie – to nie! No, Ala, ja znikam, a wy się do roboty bierzcie, bo ludziska tam już po szyję w wodzie. A spraw się dobrze, kawalerze. Ej, bym tak trzydzieści lat młodsza była, choć co byś się ode mnie nauczył.

– Babciu!

Staruszka puściła do mnie oko i roześmiała się rubasznie.

– Nie ma mowy! – powiedziała Alicja. – Nie zrobimy tego.

Cała sytuacja była kompletnie nierealna, a jednak ukłucie po tych słowach boleśnie prawdziwe. Babcia Aniela wkładała już nogę do srebrnego owalu. Zatrzymała się w pół kroku i westchnęła dramatycznie. Milczała chwilę, aż pomyślałem, że zastygła na amen. W końcu spojrzała chytrze i zapytała:

– A bo to pewnie nie chcecie?

Alicja patrzyła gdzieś w bok. Ja spuściłem głowę, żeby staruszka nie zobaczyła mojej twarzy. Kiedy na sekundę podniosłem wzrok, babcia Aniela gapiła się na mnie, szczerząc zęby.

– Po tobie, kochasiu – powiedziała – to od razu widać, co byś chciał. A jak żeś jest bez ubrania, to się wręcz w oczy rzuca.

Przypomniałem sobie, że jestem nagi i zakryłem dłońmi to, co się rzucało.

– Po tobie, Aluś, to mniej, boś dziewucha, ale jak się kto na babskim ciele zna, to i u ciebie, bez ochyby, to i owo wyczyta.

– Babciu! – wrzasnęła Alicja, czerwona jak burak. – To szantaż!

– Szantaż, szantaż, ojejku! – przedrzeźniała ją starowinka. Złapała się za głowę i dreptała w miejscu. – Szantaż! Olaboga! Moiściewy! Teraz to szantaż, smarkulo, a tak to się do kawalera mizdrzysz. Mało tych ślepi nie wypatrzysz!

Alicja zerknęła na mnie ukradkiem, kiedy myślała, że nie widzę.

– Wy chcecie, jeno się boicie, boście młokosy nieopierzone. A zahukane. Ale od tego jest babcia Aniela.

Alicja spuściła głowę i chyba się uśmiechała.

– No. – Staruszka oblizała wargi, popatrzyła w dal, nie wiadomo na co. Zmarszczyła brwi. – To by było na tyle. Miewajcie się i młocka ma tu być, bo jak nie, to w rzece ryby wielkie jak konie będą pływać, tak się najedzą. – Potem uśmiechnęła się szeroko, a żółte zęby zalśniły w świetle księżyca. – Także ten. Ja lecę.

Weszła do srebrnej plamy i straciłem ją z oczu. Topielica zagłębiła się w ścianie tataraku. Po chwili usłyszałem plusk. Poczułem uderzający zapach ozonu, a owal rozmył się i znów był tylko bladym blaskiem księżyca.

Zielone oczy świdrowały mnie na wylot.

– Co teraz?

 

***

 

Marcin Wolski patrzył jak zaczarowany na rzekę skąpaną w blasku księżyca. Nurt nie był ani za szybki, ani za wolny. Był idealny. Marcin rozebrał się pospiesznie i zanurzył nogi w kojąco chłodnej wodzie. Nie stawiała oporu, kiedy szedł naprzód. Zanurzał się głębiej i głębiej.

Poczuł, że niesamowicie kocha swoją żonę. Zawsze jest taka miła i wdzięczna. Przypomniał sobie szefa i pomyślał, że w gruncie rzeczy to dobry chłop. Poczciwy. Przyszłość zapowiadała się wspaniale. Był pewny, że firma, która właśnie rozkręca odniesie sukces, a on nie będzie wiedział, co robić z tą całą kasą. Zmartwienia stały się błahe i odległe. Marcin Wolski każdą cząstką swego jestestwa chłonął rozkosz dotyku wody. Prąd pieścił go czule i zmywał troski tego świata.

Wtedy coś zaczęło się zmieniać. Pewien dyskomfort, z początku nieuchwytny, zagościł w myślach.

Kłótnia o deskę klozetową. Obcięta premia. Ryzyko walutowe. Zaległa faktura. A na domiar złego…

"Po co ja, kurwa, wlazłem do tej rzeki?" Woda sięgała mu do brody, a piaszczystego dna dotykał już ledwie końcami palców. Rozejrzał się. Zanurzonych po szyję w wodzie było kilkadziesiąt osób. Drugie tyle stało w rzece po pas. Inni czekali nieruchomo na brzegu, zastygnięci w pół kroku. Odwrócił się, odbił palcami od dna i popłynął z powrotem. Klął pod nosem i wypluwał wodę, która napływała mu do ust.

 

***

 

Całą drogę milczeliśmy.

Robiło się już jasno, kiedy zaparkowałem na podjeździe z kostki brukowej. Wysiedliśmy z samochodu. Nawet w świetle księżyca widać było, jak brudne jest moje auto. Powinienem był je umyć.

– Twoja wiatrówka. – Czarownica oddała mi kurtkę. Staliśmy tak przez chwilę, patrząc na siebie. Uśmiechnęła się. Objęła mnie i pogładziła ręką po plecach. Nie czułem już perfum, musiały zmyć się w rzece. Alicja odwróciła się i poszła do domu. Kiedy w swojej podartej, mokrej sukience stała przed drzwiami, kudłaty kot łasił się do jej nóg.

 

Koniec

Komentarze

Ciekawy koncept przedstawiłeś w opowiadaniu. Akcja jest pospieszna, chyba zatrzymujesz się tylko na opis weselnych atrakcji ;) Dziwi mnie zachowanie bohatera, gdy Alicja wyznała mu prawdę. Rozmawia z nią na przyziemne tematy, zamiast zastanawiać się w co wdepnął, gdy ta powiedziała o klątwach, czarach itd? Trochę to mi nie przystawało, choć później coś tam próbował z tego wywnioskować. Swoją drogą jego towarzyszka mogła też poświęcić więcej czasu na wytłumaczenie bohaterowi sytuacji :P

Trochę mi też wstęp nie przystaje do wydarzeń. Czy to urywek z uprzedniego, tragicznego zdarzenia? Czy może zapowiedź przyszłych wydarzeń? Powiem szczerze, że nie wyłapałem.

Zakończenie w stylu tych nagłych. Ot, rytuał odprawiony (ciekawe jaki) i po krzyku.

Podsumowując: nieźle się czytało, ale sporo mięsa można by dodać to tu, to tam, by podkreślić i urozmaicić opowiadanie. Koncercik fajerwerków niczego sobie, ale mógł osiągnąć więcej.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

W wielu punktach zgadzam się z NWM. Akcja szybka, gnasz do przodu jak ten weselny pociąg. Ale podobała mi się historia. Ciekawie przedstawiony punkt widzenia chłopaka. Szkoda, że nie podpytał czarownicy o szczegóły. ;-) Reakcja na pomysł popłynięcia nago na wysepkę wydaje mi się genialna. Taka męska…

Wymieniasz dużo weselnych elementów.

Babska logika rządzi!

Mnie też lektura sprawiła przyjemność. Akcja wartka jak rzeka ;) brakowało mi może nieco bardziej obrazowych opisów, ale może niepotrzebnie rozwlokłyby opowieść. Na pewno bardzo podobał mi się pomysł, jako niezwykle ciekawy i wyjątkowy, także za to ogromny plus. Największym rozczarowaniem było jednak tempo zakończenia. Całość rozgrywała się szybko, ale pod koniec tempo było ekspresowe, miałam wrażenie urwania się historii, a nie jej zamknięcia, co nieszczególnie mi przypadło do gustu. Niemniej jednak, całość zdecydowanie na plus.

O rany, jaki fajny tekst! Świetny portret umiarkowanego socjopaty, absurdu tyle, żeby było zabawnie (Marcin Wolski?!), przyśpiewki weselne – miodzio. Bardzo się z bohaterem identyfikowałam. :) Ubawiłam się, podobało się.

Wciągało, wciągało, wciągało… ale na końcu nieco rozczarowało. Może byłoby lepiej gdyby wszyscy weselnicy jednak się potopili. ;P Brakuje mi tu jakiegoś wyjaśnienia dlaczego te wodne duchy takie wkurzone i dlaczego trzeba przebłagać. Sam rytuał też potraktowałeś po macoszemu. Co oni robili w tych krzakach? ;) Ogólnie fajny tekst, ale nie pozbawiony dziur. Podobało mi się.

Alicja zrzuciła baletki – Czy ona była czarownicą-baletnicą? Chyba raczej baleriny :)

Dziękuję, dziękuję, cieszę się, że się podobało. :)

 

NoWhereMan – Czy to urywek z uprzedniego, tragicznego zdarzenia? Czy może zapowiedź przyszłych wydarzeń? – Miała to być zapowiedź przyszłych wydarzeń, w takim sensie, że reszta opowiadania zaczęła się od retrospekcji.

Rozmawia z nią na przyziemne tematy, zamiast zastanawiać się w co wdepnął, gdy ta powiedziała o klątwach, czarach itd? – Nie zastanawiał się, bo w ogóle (na początku) nie przyszło mu do głowy, że to może być prawda. Próbował sam siebie przekonać, że Alicja po prostu lubi takie dziwne żarty. Zresztą później dochodzi do wniosku, że jest chora psychicznie. Ale rozumiem, że mogłem to lepiej pokazać.

 

 

AQQ – baletka – ​(najczęściej w liczbie mnogiej – baletki) but przeznaczony do tańca w balecie albo przypominający taki but, ale noszony na co dzień (Słownik)więc chyba tak też może być.

 

Ogólnie rozumiem, że tekst był trochę zbyt “okrojony”, a akcja szybka, wręcz ZA szybka. Trochę było to celowe (jak lubię takie rzeczy czytać :)).

 

Aha, szczegółów rytuału nie przedstawiłem celowo, miały pozostać do indywidualnej interpretacji. ;)

 

Dzięki za uwagi i fajnie, że jakąś przyjemność sprawiło. :)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories;

Opowiadanie podobało mi się bardzo do momentu zakończenia. Tak po prostu uciąłęś historię. Nie wiem, co o tym myśleć. Doprowadziłeś do ciekawego momentu i to ucięcie psuje całość. Tak po prostu uratowali ludzi w zagadkowy sposób. Słabo wyszło.

Cała historia jest napisana jest świetnie. Akcja płynie, jest opisana w obrazowy i prawie namacalny sposób. Wczułem się w tą opowieść. Cały wątek z wodą jest porywający i intrygujący. Postać czarownicy jest dobrze nakreślona. To kobieta intrygująca i tajemnicza. Nie miałem wątpliwości, dlaczego bohater czuł do niej takie, a nie inne emocje i snuł plany. 

Tyle achów i ochów, ale niedopowiedzenia psują opowiadanie. Miałem nadzieję, że wyjaśnisz o jaką klątwę chodzi, a tu też pozostawiłeś tylko znak zapytania. Za dużo tych pytań bez odpowiedzi. Lubię jak historia jest niedopowiedziana i zapada w pamięć, ale tu przesadziłeś. Szkoda, z potencjału pomysłu można by wyciągnąć więcej.

Pozdrawiam!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

W kwestii baletek jednak bym polemizowała. Ja przynajmniej nie spotkałam się z takim określaniem butów, poza tymi do tańca w balecie. Ale może tylko ja. :)

Melduję, że przeczytałam. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Cieszę się, Pietrku, z tych ochów i achów, niezmiernie. :) A co do reszty – cóż, pozostaje mi tylko wziąć Wasze sugestie do serca i następnym razem napisać inaczej. Dzięki!

 

AQQ – ja to określenie znam z autopsji. Może to zależy od regionu?

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories;

Opowiadanie przyjemne. Narracja na przegrywa z kobietami udana. Czytało się to wszystko dobrze do zakońćzenia, które wszystko psuje. Zamiast zrobić ostre łał, to pozostawia mnie z rozczarowaniem. Niestety słaba końcówka potrafi zniszczyć cały wcześniejszy trud.

Tymczasowy lakoński król

Mnie te baletki nie przeszkadzają ;)

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

A widzieliście kiedyś baletki i kobietę w kiecce wieczorowej? ;-)

Babska logika rządzi!

Ja widziałem. :] Nie jako obuwie główne, ale zapasowe, jak już nogi bolą. 

W sumie jako główne tez widziałem.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories;

To baletki są wygodne? Wprawdzie nigdy nie miałam na nogach, ale nie sprawiały takiego wrażenia. To nienaturalny sposób chodzenia.

Babska logika rządzi!

Finkla – baletki są wygodne, w odróżnieniu od point, które wymuszają nienaturalny sposób chodzenia. Myślę, że autorowi chodzi tutaj jednak o regionalną nazwę obuwia.

Historia niespecjalnie przypadła mi do gustu.

Zawiódł mnie początek. Najpierw, zaintrygowana, czekałam na rozwój wypadków i wytłumaczenie, dlaczego wszyscy wchodzą do wody, no i na czekaniu się skończyło. :(

Brakło mi też wyjaśnień, skąd u Alicji wzięło się czarownictwo i rozczarował brak opisania zapowiedzianego rytuału. :(

Przyśpiewek oczepinowych i wszelkich innych weselnych szczerze nie znoszę i jeśli muszę,  wysłuchuję ich z największą przykrością, ale o to już nie mogę mieć pretensji do Ciebie, bo w końcu opisałeś wiejskie wesele. ;)

 

gdzieś w po­ło­wie Cykad na cy­kla­dach, po­wie­dzia­ła: –> …gdzieś w po­ło­wie Cykad na Cy­kla­dach, po­wie­dzia­ła:

 

Po­czu­łem za­pach per­fum. Pchnia­ła kwia­ta­mi… –> Literówka.

 

wy­ko­ny­wa­li gesty mó­wią­ce coś w stylu "daj­cie spo­kój." –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

Nie na­dą­ża­łem za zmie­nia­ja­cy­mi się co chwi­lę za­ba­wa­mi… –> Literówka.

 

Za­tań­czy­łem ze star­szą ode mnie dziew­czy­ną w pro­stych blond wło­sach i nie­bie­skiej su­kien­ce. –> Co to znaczy, że dziewczyna była we włosach? Była nimi obsypana, oplątana?

Pewnie miało być: Za­tań­czy­łem ze star­szą ode mnie dziew­czy­ną o pro­stych blond wło­sach, w nie­bie­skiej su­kien­ce.

 

Na wy­sta­ją­cych dru­tach Ali­cja roz­pru­ła sobie su­kien­kę… –> Raczej: Na wy­sta­ją­cych dru­tach Ali­cja rozdarła sobie su­kien­kę

Rozprucie ma miejsce wtedy, gdy puszcza szwy.

 

Alicja zrzuciła baletki. –> Baletki, jako rodzaj obuwia do tańca na weselu, wydaje mi się nazwą raczej regionalną.

Za SJP PWN: baletka «pantofel baletowy przystosowany do tańca na palcach»

Obejrzałam też baletki do tańca tutaj: https://www.google.pl/search?hl=en&ei=62glWqKoKsL2UomRong&q=baletki+do+ta%C5%84ca&oq=baletki&gs_l=psy-ab.1.2.0i203k1l10.4490310.4492017.0.4494640.7.7.0.0.0.0.117.656.6j1.7.0….0…1.1.64.psy-ab..0.7.655…0j46j0i46k1j35i39k1.0.Zsu6ax0uMFU

I muszę wyznać, że w takim obuwiu nie pokazałabym się na żadnym weselu.

Proponuję: Alicja zrzuciła pantofle.

 

– Ali­cja, ja…. Nie mogę. –> – Ali­cja, ja Nie mogę.

Po wielokropku nie stawia się kropki.

 

Ło­dy­gi ta­ta­ra­ku były sztyw­ne i ocie­ra­ły skórę. –> Raczej: Liście ta­ta­ra­ku były sztyw­ne i ocie­ra­ły skórę.

Liście tataraku wyrastają bezpośrednio z kłącza, nie z łodyg. Łodygi z kwiatostanami zazwyczaj otoczone są liśćmi i raczej nie mają styczności z ciałem idącego przez zarośla ajeru.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo przyjemne opowiadanie. Podobał mi się absurd, który ładnie wpleciono w całą historię, ale muszę się zgodzić, że szkoda, że cała sprawa rytuału i samo zakończenie zostało potraktowane po łebkach. Zwłaszcza, że wiejskie wesele przedstawiono baaaaaardzo szczegółowo. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Reg – dzięki za uwagi, błędy poprawione. Baletki zmieniłem na buty, nie będzie wątpliwości. ;)

 

OneTwo, Reg, Morgiana89 – fajne, że czytało się przyjemnie. Co do reszty uwag, to już chyba widzę w czym rzecz i w brodę sobie pluję, no ale cóż, na poprawki za późno. ;)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories;

Jeszcze nie. Do 15 grudnia możesz jeszcze wnosić poprawki, tylko potem zaznacz to w przedmowie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jeszcze nie. Do 15 grudnia możesz jeszcze wnosić poprawki, tylko potem zaznacz to w przedmowie. ;)

Dzięki! W takim razie klawiatura w łapę i ogień. :)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories;

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Technicznie:

 

„Wcale nie czułem po nim dobrego humorku ani przyjemnego pobudzenia.” – Czy humor się czuje?

 

„W czerwonej sukience wyglądała całkiem nieźle. Ubranie kończyło się odrobinę powyżej kolana, więc widziałem całkiem spory kawałek kształtnych nóg.”

 

„Odkąd wyjechaliśmy z jej domu…” Spod domu. Przecież nie wjechał do środka ;)

 

„– Jestem czarownicą – krzyknęła mi prosto do ucha.” – skoro krzyknęła, to brakuje wykrzyknika.

 

„Młodzi, chcąc nie chcą, pocałowali się znowu.” – Literówka: chcąc

 

„Pani młoda ugięła nawet nogę w kolanie…” – Panna młoda. W dniu ślubu, nawet jeśli już jest zamężna, nadal jest „panną” młodą.

 

„Alicja patrzyła na mnie z wyrazem twarzy typu "a nie mówiłam?" – brakuje kropki na końcu zdania.

 

„Słyszałem ją tysiące razy i wydawała mi się taka sama jak zawsze, ale jednak coś było nie tak, tylko nie potrafiłem powiedzieć co. To było takie uczucie, jak wtedy, kiedy masz coś na końcu języka. Wydaje ci się to oczywiste, ale nie możesz sobie przypomnieć.”

Ponadto „ale jednak” to tautologia (przynajmniej dwa razy się na to w tekście natknęłam).

 

„Orkiestra grała akurat Córko rybaka.” – Córkę rybaka

 

„o co jej chodzi z całą tą rzeką.” – tą całą

 

„Zatańczyłem ze starszą ode mnie dziewczyną w prostych blond włosach i niebieskiej sukience.” – Może się czepiam, ale włosy to nie ubranie. Można być w sukience, ale trudno być we włosach ;) Chyba że mowa na przykład o wookiem…

 

„Wesela są w tej remizie od lat, ale zwykle kończy się na nasyłaniu ludziom wodnych myśli. Ale dziś… Dziś dzieje się coś złego.”

 

Szerszy komentarz po zakończeniu konkursu ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dziękuję, joseheim, będzie poprawione. Zamierzam też trochę zmodyfikować opowiadanie, dopisać co nieco, zaznaczę to w przedmowie.

„Zatańczyłem ze starszą ode mnie dziewczyną w prostych blond włosach i niebieskiej sukience.” – to już poprawione :)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories;

Bardzo fajny pomysł, prościutki ale oryginalny, czytało się z zaciekawieniem. Świetnie wyszło to, jak rozmowa faktycznie schodziła cały czas na wodne tematy. Humor do mnie trafił, a scena rozbierania się już w ogóle rozwaliła. Sympatyczni bohaterowie, Alicja wyszła ciekawie, ale i Czarek z tą swoją narracją nie odstawał. Niby w opowiadaniu nic wielkiego się nie dzieje, a jednak pozostawiło dobre wrażenie. Przyjemny, lekki tekst.

Leć pan w końcu do tej biblioteki, bo ileż można tak stać na rozdrożu :)

Ojej, dzięki, miło mi bardzo. A to moje pierwsze opowiadanie w Bibliotece, więc już w ogóle… :)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories;

Przeczytane!

 

Świetny portret umiarkowanego socjopaty (…) Bardzo się z bohaterem identyfikowałam.

Ocho??? :D

Fajne, podobało mi się :)

Ciekawa koncepcja – wesela współczesnego, w przestrzeni remizy, typowej zabawy w klimacie Polo, z charakterystyczną “wiochą”, obok klimatu, z którego nasze rytuały i życie zostały wyprane na przestrzeni dziejów, a towarzyszyły naszym przodkom, zwłaszcza przy ważnych wydarzeniach. Mowa o czarownicy i wszystkim tym, co jej postać może wnieść ze sobą do opowieści, podkreślając kontrast między dwoma światami, jednak w tym opowiadaniu nie zaistniało w pełni.

Zabrakło mi w postaci Alicji i relacji bohaterów większej dawki tajemniczości, typowego uwodzenia, budowania przez wiedźmę fascynacji, w oparciu o erotykę i rzeczywistą tajemnicę, które pociągałyby bohatera za sobą, z godziny na godzinę głębiej, zamiast tak pędzić na złamanie karku (zbyt dużo w Alicji typowej, współczesnej dziewczyny). Proste zdania z niedopowiedzeniem, zamiast ostentacyjnego wyznania, w wolnym tańcu (tu był dobry trop), zamiast hałaśliwym, pozbawionym intymnego kontaktu pląsie, z całą paletą subtelnych gestów, które zacieśniają wokół bohatera więzy – typowa czarownica :-)

Pojawiły się niektóre elementy, zapach – świetnie, taksowanie figury, zwrócenie uwagi na urodę – rewelacja!, tylko za mało reakcji bohatera, jego doznań z tym związanych, które przełożyłyby się w jasny sposób na jego działanie, podążanie za tą tajemnicą, fascynacją, aż do momentu, którego mi zabrakło najbardziej: chwili intymnej, która stanowi zwieńczenie budowanej przez cały wieczór relacji i atmosfery, czyli rozmowy, gdzieś przy wodzie, która uwiarygadnia czarownicę, wyjaśnia przyczyny, dla których konieczne jest odprawienie rytuału, pojawia się pocałunek, a bohater idzie wziąć w tym udział, ponieważ rzeczywiście tego pragnie.

W chwili przed rytuałem (jeżeli dobrze zrozumiałem, na czym polega :-)) znowu zabrakło mi zdania lub dwóch opisujących doznania bohatera, siedzącego naprzeciwko (nareszcie) nagiej dziewczyny, w chwili zwieńczającej budowaną fascynację i atmosferę. Coś więcej niż: “Jej oczy lśniły w blasku księżyca”.

Przebitka z Wolskim, nie świadomym zagrożenia weselnikiem, genialna! – uwielbiam takie.

 

Kilka moich spostrzeżeń pokrywa się z tym, co koleżanki i koledzy już napisali, więc nie powtarzam.

 

Dziękuję pięknie za lekturę i życzę powodzenia w konkursie oraz doskonaleniu sztuki pisania. Pozdrawiam!

A ja dziękuję za rozbudowany komentarz i cieszę się, że wiele elementów się podobało.

Masz bardzo ciekawe spostrzeżenia i na pewno wezmę je pod uwagę przy kolejnych tekstach.

Alicja, oprócz tego, że jest czarownicą, jest też właśnie zwykłą, współczesną dziewczyną. Najdalej we wtorek zmodyfikuję to opowiadanie i to, co dopiszę uzupełni braki. Natomiast nie jestem pewien, czy opowieść przybierze taki wyraz, o jakim myślisz. ;)

 

Pozdrawiam!

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories;

jest też właśnie zwykłą, współczesną dziewczyną.

No, nie przesadzajmy ze współczesnością, skoro była w okolicy w 1417… ;-)

Babska logika rządzi!

Tu mnie masz. xD

Ale! Jest współczesna wobec czasów, w których żyje, tak w 1417 jak i w 2017. ;)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories;

No i jestem!

Na wstępie zaznaczę, że przypadło mi to opowiadanie do gustu. Może gna do przodu jak wspomniany pociąg, może tłumaczy nieco za mało, ale w ogólnym rozrachunku wypada porządnie. Muy bien, amigo!

Paradoksalnie te niedociągnięcia wpisują się dla mnie w przekaz opowieści. Tekst jest trochę jak główny bohater – nierozgarnięty, ale da się lubić ;)

Sama postać czarownicy to trochę taka personifikacja różnic kulturowych w szeroko pojętych tradycjach między “kiedyś” a “dzisiaj”. Przebłaganie Rzeki (czyżby odwołanie to kultu przyrody?), inne znaczenia dawnych słów – wszystko układa się w spójną opowieść.

No i całość ma także charakter edukacyjny – sporo się dowiedziałem o polskiej tradycji weselnej ;D

 

Pozdrawiam serdecznie!

Jai guru de va!

Gracias, amigo.

Cieszę się, że się podobało, ale też że wiem, nad czym popracować.

Fajnie, że odnalazłeś to w postaci czarownicy.

Wszelkie wiadomości o tradycjach weselnych pochodzą z pierwszej ręki. W wielu aspektach tego procederu miałem swój udział. Mniej lub bardziej chwalebny. ;)

 

Zdrówka! ;)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories;

Nowa Fantastyka