- Opowiadanie: rybakus - ODCIENIE SZAROŚCI

ODCIENIE SZAROŚCI

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

NoWhereMan

Oceny

ODCIENIE SZAROŚCI

 

Rozciągająca się leniwie gęsta, biała mgła dodawała ponurego kolorytu bagiennej scenerii. Odkąd sięgnąć pamięcią Czerwone Bagna wzbudzały strach w sercach i umysłach prostej ludności. To omijane szerokim łukiem miejsce, było uważane za niebezpieczne, przeklęte i owiane złymi legendami. Nader często słyszano opowieści o nieszczęśnikach gubiących tu bezpowrotnie drogę lub o takich, którzy wracali lecz całkowicie odmienieni. Wszystko to prości ludzie przypisali ognikom, demonom i wszelkiemu innemu diabelstwu lubującemu się w czerwonym kolorze bagien. Tak, przeklęte moczary jak żadne inne miały mocno rdzawy kolor. Barwa mokradeł prawdopodobnie pochodziła od żelazistych związków znajdujących się w mule, które nadawały im tak wyjątkowego koloru. Definicja ta jednak w żaden sposób nie przemawiała do prostych ludzi zamieszkujących okolice. Ci od zawszę twierdzili, że jest to krew zagubionych nieszczęśników lub to, że samo piekło odbija się w bagiennych wodach.

Mimo, że zła sława tych ziem spowodowała, iż nikt o zdrowym umyśle, bądź też bez wyraźnego powodu tutaj nie zaglądał, panujący tu tajemniczy spokój i ciszę od jakiegoś czasu przerywał miarowy chlupot i dźwięk łamanych gałęzi. Za ten hałas, okazało się odpowiadał wysoki, krótko ostrzyżony i odziany w czerwony płaszcz rycerz. Brodząc w wodzie po kolana przedzierał się niezręcznie przez gęsto usiane wierzby, olchy i kępy wysokich traw. Na jego twarzy malowała się złość. Pluł sobie w brodę wspominając jak zdeklarował się samodzielnie sprawdzić bagna. Należy bowiem wiedzieć, iż mężczyzna ten nie był zwykłym rycerzem. Był inkwizytorem. Wystarczyłby jeden jego rozkaz, a grupa podległych mu nowicjuszy wykonałaby całą pracę za niego, lecz Gregor, bo tak miał na imię ów mężczyzna, był ambitny i pyszny. W momencie przyjmowania rozkazów od samego wielkiego mistrza stwierdził, że upora się z tym zadaniem sam. Niestety, to co początkowo miało być banalne okazało się przerastać jego niezwykłe umiejętności. Zrezygnowany długą, meczącą i bezowocną wędrówką zatrzymał się i rozejrzał dookoła. Nigdy więcej – obiecywał sobie w duchu. – Zasrane, wielkie, paskudne bajoro.

Czerwone Bagna były największymi mokradłami jakie znał. Leżały na granicy dwóch z pięciu krajów związkowych Hanervel: Kasdanii i Vegdarburgu. Poza barwą mokradeł szczególnym elementem przykuwającym jego uwagę były porozwieszane po całej okolicy małe zwierzęce kostki na cienkich sznureczkach lub poustawiane paliki z rogatymi jelenimi czaszkami. „Ozdoby” te najprawdopodobniej miały odstraszać nieproszonych gości lub służyły do odprawiania czarów. Gregor, mimo iż o tym wiedział, zanadto się nimi nie przejmował. W tym momencie niewiele go już obchodziło. Spędził tu kilka dobrych godzin i nie znalazł nic godnego uwagi, a jego skórzane buty z cholewami nie wytrzymały nadmiaru wody i zwyczajnie przemokły. Był zły. Spodziewał się, szybkiego śledztwa lub przynajmniej jakiegoś tropu. Niestety nic z tego. Bagna jakby same zacierały ślady w obawie o bezpieczeństwo swych mieszkańców. Wiedział, że wielogodzinne i bezskuteczne łażenie osiągnęło właśnie swoje apogeum. To bez sensu. Mam dość. Albo tu nic tu nie ma, albo za dobrze się ukrywa. Nic tu po mnie – postanowił. Lecz jak to często bywa, właśnie w momencie, gdy wszystko traci sens i nic nie zapowiada zmian, coś się w końcu zaczyna dziać. W tym przypadku nie było inaczej.

W odległości około piętnastu sążni od niego coś głośno chlupnęło w wodę i zaczęło się w niej panicznie taplać. Niestety mgła utrudniała natychmiastowe zlokalizowanie źródła hałasu. Gregor mimo to nie tracił czasu. Najszybciej jak to tylko było możliwe przedarł się do miejsca, z którego rozlegały się dźwięki. Rozglądając się energicznie natrafił w końcu na mokrą, bladą twarz młodzieńca o jasnych włosach. Ich spojrzenia spotkały się na moment, po to tylko, by po krótkiej szamotaninie Gregor już trzymał mocno chłopaka za brudną i mokrą lnianą koszulę.

– Coś za jeden?! – zapytał potrząsając nim agresywnie. Posiadał niski i nieprzyjemny dla ucha głos. – Mów mi natychmiast!

– Proszę! Nie bijcie! – Chłopak zakrywał twarz mokrymi i brudnymi rękami. Niemal natychmiast po tym rozpłakał się i żałośnie zawył płosząc przy tym siedzące na drzewach wrony. – Jestem niewinny!

– Uspokój się! Słyszysz? Spokój, do cholery! – Próbował uciszyć młodzieńca. – Zaraz ci coś zrobię. Przestań!

Chłopak zamilkł na moment i wytrzeszczył na niego wielkie niebieskie oczy.

– Wyście inkwizycja! – płakał. – Czarowników szukacie. A ja nie…

To jakiś szpicel – nagle pomyślał rycerz. – I pewnie wrzaskiem zaalarmował swoich.

– Tak? Skąd wiesz, że szukamy? – Gregor silniej złapał za lnianą koszulę i mocniej docisnął chłopca do ziemi.

– Toż to każdy głupi rozpozna wasze barwy, a na Bieczary to za czym jak nie na polowanie.

– Polowanie? – ciągnął chłopaka za język.

– No, na czarownice! – Blondynkowi znów zebrało się na płacz. – Ja nie z tych! Jestem niewinny. Nigdy żem nie miał nawet styczności z czarownikami. Nie wiem nawet jak taki wygląda!

Zabawne. Wszyscy tak mówicie jak wpadniecie.

– Tak? – Gregor nie ustępował. – To co tu robisz i czemu się chowasz?

Chłopak gorączkowo ocierał łzy mokrym rękawem. Wyglądał żałośnie.

– Ojca chorego mam! Umiera! A znachor mówił, że tu podobno panacum rośnie. Panie, ja szukam rośliny, co uleczy ojca mojego!

– Znachor? Panacum? – Gregor puścił chłopca, lecz nie przestał się mu uważnie przyglądać. Co za brednie – pomyślał.

– Masz na myśli panaceum? Mityczna panacea? Przecież to bajka. Takiej rośliny nie ma. Myślisz, że ci uwierzę? Albo kręcisz i masz mnie za idiotę, albo ten twój znachor cię zwyczajnie oszukał. Po za tym wiesz, że na takich też mamy odpowiedni paragraf?

Młodzieniec był przerażony. Właśnie zdał sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie zdradził jedyną osobę, która była w stanie pomóc jego ojcu. Boisz się gówniarzu – spostrzegł Gregor – Możliwe, że mówisz mi prawdę, a może wpadłeś, do tego wydając swojego pobratymcaByłbym głupcem, gdybym cię tak tu zostawił, poszukiwaczu. Podał mu dłoń i pomógł wstać. Młodzieniec podniósł się niezdarnie i otrzepał mokre ubranie. Na jego twarzy zauważalny był wyraźny smutek, strach, ale też co zaskoczyło inkwizytora, determinacja.

Chłopak nie żartuje. On naprawdę szuka panaceum.

– To dobry człowiek. Ufam mu i wierzę, że ta roślina istnieje – powiedział stanowczo blondyn. – To jedyny ratunek dla mojego taty. Podobno babka znachora kiedyś ją tu znalazła. Znachor mówił też, że jest to najprawdopodobniej jedyne miejsce, w którym można znaleźć panacee. Mówił o przyjaznych warunkach dla wzrostu…

– Naiwny jesteś – burknął krótko Gregor, kończąc tym samym temat. – Powiedz lepiej jak ci na imię poszukiwaczu panaceum?

– Eryk, panie – odpowiedział blondyn pochylając się niezdarnie.

– Hmm, Eryk. Pozwól, że ci potowarzyszę w poszukiwaniach. Wielce jestem ciekaw jak wygląda ta panacea, a przy okazji może i ja znajdę to czego szukam.

Jeśli jeszcze nie zdążyło uciec i się ukryć zaalarmowane twoimi wrzaskami – dodał w myślach. Inkwizytor wiedział, że misja na którą się wybrał była już skazana na porażkę. Sam poruszał się na tyle głośno, by poszukiwana czarownica mogła go zauważyć podobnie jak chłopak. Tym bardziej teraz kiedy obaj z blondynem narobili dostatecznie sporego hałasu. Swoim zachowaniem postawili chyba wszystkie mieszkające tu stworzenia w gotowości. Znalezienie kogokolwiek graniczyłoby w tej chwili z cudem. Nie mógł jednak zostawić chłopaka samego sobie. Mimo iż Eryk był bardzo przekonywujący, nadal mógł kłamać i Gregor postanowił przynajmniej przez jakiś czas mieć go na oku.

 Poszukiwania chłopca okazały się, zgodnie z przypuszczeniami Gregora, mieć tyle samo sensu co jego misja. Przez dwie następne godziny Eryk bezskutecznie przeszukiwał zarośla, a Gregor uważnie obserwował jego i całe otoczenie. Nie można mu było odmówić uporu i zaangażowania, co robiło spore wrażenie na rycerzu i sprawiało, że był coraz bardziej skłonny mu uwierzyć.

– Jak długo tu już jesteś? – zagadnął blondyna.

Chłopak popatrzył na niego po czym usiadł na najbliższej i w miarę suchej wysepce obrośniętej wysoką, pożółkniętą trawą. Na moment schował twarz w obłoconych dłoniach.

– Drugi dzień – odparł Eryk podnosząc oczy znad palców. – Wczoraj nocowałem w mieście, a rano przyszedłem z powrotem.

Dwa dni moknięcia i przedzierania się przez to paskudne miejsce. Cholera. Pomyśleć, że miałem dość po kilku godzinach. Chłopak jest bardziej uparty i wytrwały niż ja.

– A wiesz w ogóle czego szukasz? To znaczy… Wiesz jak wygląda ta twoja roślina?

– Znachor twierdził, że kwiat tej rośliny ma duże, podłużne, białe płatki i niebieski środek. Ma mieć też sercowate liście pokryte… tak jakby włoskami. Z daleka mają wydawać się być szare. Dokładniej powiedział mi, że mają mienić się odcieniami szarości.

– Włochate liście mieniące się odcieniami szarości? – powtórzył Gregor tak jakby chciał, by owa dziwaczna roślina wyrosła w jego umyśle i zaczęła nakłaniać do podziwiania swego niecodziennego wyglądu. – Co za bzdety. Czegoś takiego nie ma. To wszystko to jakieś bajki. Marzenia ludzi o wynalezieniu lekarstwa na wszystkie choroby świata. Wszyscy chcą życia bez końca, sposobu na wszelkie troski, a wszystko to przynieść im mają kamienie filozofów, perpetuum mobile, kwiaty paproci i panaceum. Nie oszukujmy się chłopcze. Niestety nie wszystko jest dla nas osiągalne.

– Twierdzicie tak panie, bo nigdy nie widzieliście takiej rośliny. A znachor widział i dokładnie opisał czego mam szukać.

Biedy chłopak – Zrozumiał, że nie wygra z wiarą i miłością do chorego ojca. Kolejne tłumaczenia nie miały najmniejszego sensu.

– Dobrze – ustąpił. – Skoro tak twierdzisz, to nie stójmy w miejscu. Wstań i szukajmy dalej. Siedząc tu na pewno nic nie znajdziemy.

Z bezpiecznej odległości, zza kępy traw przyglądała się im mała wydra. Nie był to dla niej codzienny widok, więc mocno się nimi zainteresowała. Obserwacja ta trwałaby najpewniej dłużej, gdyby do jej wrażliwych uszu nie dotarł dźwięk dobiegający z zupełnie innej strony. Dźwięk chlupotu, rozmowy i łamanych gałęzi. Zauważywszy, że nie robi się bezpiecznie postanowiła dłużej tu nie pozostawać. Zwinnie i bezszelestnie zanurkowała pod wodą i odpłynęła zajmować się swoimi sprawami w dogodniejszym dla siebie miejscu. Do Gregora i Eryka odgłosy te dobiegły nieco później. Obaj popatrzyli po sobie zastanawiając się nad źródłem hałasu.

– Ktoś tu idzie – stęknął wystraszony chłopak.

– Mhm. W dodatku nie sam. Chyba słyszałem rozmowy. Jak się tu pojawią, nic nie mów. Bądź cicho i zostaw wszystko mnie. Jestem inkwizytorem, a to przeważnie rozwiązuje wszystkie problemy.

To co przed momentem było tylko przypuszczeniami Gregora, po chwili stawało się faktem. Z dobiegających do nich odgłosów wywnioskować można było, że w ich stronę zmierzała grupa kilku lub kilkunastu mężczyzn, a po chwili z pomiędzy drzew i mgły wyłaniały się kolejno czerwone sylwetki obcych. Barwa inkwizycji.

Gregor uspokoił się rozpoznawszy z kim ma do czynienia. Nadciągający nowicjusze również musieli ich zauważyć, ponieważ nagle znieruchomieli i zaniemówili. Skonfundowanie to jednak nie trwało długo.

– Wy tam! – zawołał najbardziej wysunięty do przodu – Stać! Z rozkazu inkwizycji rozkazuję wam się nie ruszać!

– Przecież stoimy! – odkrzyknął Gregor.

– Licho wie coście za jedni i czy nie zamierzacie zaraz uciec!

Nowicjusze w miarę możliwości dumnie ruszyli w stronę Gregora i Eryka, lecz gdy rozpoznali w ubabranym przez błoto ubiorze inkwizytora, zawahali się nagle. Ten, który rozkazał im stać: niski, przysadzisty młodzieniec z brązowymi włosami zaczesanymi do tyłu spojrzał po towarzyszach i nieśmiało odważył się zaryzykować.

– Tu są Czerwone Bagna. Skąd mam wiedzieć żeście panie z inkwizycji? Licho wie czy to nie jakaś podła, magiczna sztuczka?! Ułuda, iluzja jakaś?!

– Waż na słowa, nowicjuszu. Mówisz do inkwizytora Vegdarburgu Gregora Van Liesterberg. Jeszcze jedna taka zniewaga i możesz być pewny, że znajdą się dowody na to żeś szpieg na usługach istot magicznych, albo i sam diabeł. Chyba zdajesz sobie sprawę co z takimi robimy.

 Zapadła cisza. Nowicjusz przełknął ślinę i odwrócił się w poszukiwaniu wsparcia u towarzyszy. Znalazł je.

– A-aa ten drugi… To kto? – wyrwał się wysoki, łysy nowicjusz o krótkiej, śmiesznej bródce. – Nie wygląda na jednego z naszych?

Jeśli powiem tym idiotom, że spotkałem chłopka przypadkiem będzie miał problemy. Tym bardziej jak się wyda, że szuka mitycznej rośliny. W najlepszym przypadku skończyłoby się to na publicznej chłoście.

– To mój przewodnik po bagnach – odpowiedział spokojnie Gregor spoglądając na przerażoną twarz Eryka.

– Przewodnik?

– Tak. Przewodnik.

Ponownie zapadła cisza. Zmieszani nowicjusze nie potrafili wydobyć z ust żadnego słowa. Całe szczęście Gregor cały czas panował nad sytuacją.

– Co tu robicie? Jak na bagna cieszące się tak złą sławą dość gęsto tu od ludzi.

– Inkwizytorze – odezwał się łysy z niemałym zakłopotaniem. – Musieliście zajść za daleko. To już Kasdania. A my tu zbiegów szukamy…

Faktycznie zaszedłem za daleko. Nawet jeśli bym znalazł tę wiedźmę, nic bym jej nie mógł tu zrobić. Chyba, że zostałbym sprowokowany…

– Jakich zbiegów? – zapytał.

– Ano z rozkazu inkwizytora Johanna Grimmbelta urządzane są u nas regularne łapanki. Z całego kraju zwozimy do Readven wszelkie plugastwo, które sądzimy i skazujemy. Dwoje nam dziś uciekło. Dzieciaki jeno, ale ponoć to czarcie pomioty. Wiecie panie. Podczas sabatów na górach wiedźmy z diabłami się dupcują i wiadomo co z tego potem.

– Wiadomo. Niestety nikogo nie zauważyliśmy po drodze.

– Inkwizytorze – Niski nowicjusz wyszedł z grupy i podszedł do Gregora. – Nie wiemy w jakim celu przybyliście tak długą drogę… Zapewne… Zapewne to jakieś bardzo ważne sprawy. Przepraszamy za nasze oskarżenia. W ramach rekompensaty pragniemy zaproponować wam nocleg w mieście. Za kilka godzin zacznie się ściemniać i licho wie gdzie się skryć. Te bagna nie są bezpieczne.

Gregor spojrzał na Eryka i zastanowił się przez chwilę. To  niegłupi pomysł. Nie zdążyłbym wrócić przed zapadnięciem zmroku, musiałbym iść po omacku. W klasztorze natomiast wyschnę i na pewno znajdzie się wygodne łóżko.

– Dobrze – Przystał na propozycję. – Rozumiem, że mój przewodnik także dostanie nocleg i opierunek.

– Tak, oczywiście – odparł szybko. – My już dziś nic nie znajdziemy, więc jeśli panie zezwolicie, ruszymy w drogę.

Gregor spojrzał na Eryka. Zauważył, iż chłopiec nie chciał jeszcze opuszczać tego miejsca. Wiedział jednak to samo co reszta i po krótkiej wymianie spojrzeń zgodził się na przerwanie poszukiwań. Inkwizytor zwrócił się ponownie w stronę nowicjuszy i wskazał dłonią, by prowadzili.

Po wyjściu z bagien ich oczom ukazała się mała, samotna chłopska chata z niewielką zagrodą wewnątrz, której pasło się leniwie osiem koni. Gregor znał politykę, która rządziła w tym miejscu. Nikt poza chłopem żyjącym w tej chacie,  nie chciał mieszkać tak blisko przeklętych mokradeł. Bardzo możliwe, iż sam chłop też nie był z tego faktu zadowolony. To co go tu zatrzymywało to… pieniądze. Faktem było też, że nikt o zdrowym rozsądku nie zaryzykowałby, by jego koń okulał po wejściu na zdradliwy teren bagien. Poza tym konie wyczuwały aurę mokradeł i za żadne skarby nie chciały przechodzić granicy, którą wyznaczały pierwsze, wysokie i poplątane krzewy. Za niewielką opłatą chłop opiekował się koniem do czasu powrotu jego właścicieli. A jeśli takowy, by nie wrócił, chłop mógł sprzedać zwierzę. Chyba, że były to konie inkwizycji, wtedy sprawa wyglądała zupełnie inaczej. Zwierzęta te miały prawo do popasu, gdzie tylko zechciał ich właściciel. A gdyby takowy zaginął i nie pojawił się w ciągu dwudziestu czterech godzin odpowiedzialna za konie w tym czasie osoba miała obowiązek odprowadzenia zwierzęcia do najbliższej siedziby inkwizycji. Oczywiście wszystko to całkowicie za darmo.

Wiedząc to, Gregor nie zdziwił się, gdy zobaczył siedzącego pod chatą na niewielkiej, wysłużonej ławeczce z dwóch pniaków i deski chłopa o niezadowolonej minie. Klasyczny, starusieńki przedstawiciel wiejskiego folkloru, widać wyczekiwał ich z niecierpliwością. Gdy tylko ich zauważył wstał i podpierając się własnoręcznie wystruganą lipową laską, podszedł do brzozowego płotu.

– Och! Wielmożni panowie! – zacharczał do nich słabym głosem. – Toż to widzę, że poszukiwania się powiodły. Znaleźliście dwójkę uciekinierów! Inkwizycyja jak szuka to zawsze znajduje! Zawsze!

– Zamilcz, dziadku! – odkrzyknął dowodzący nowicjuszami kurdupel z zaczesanymi do tyłu włosami. – Toż to nie uciekinierzy, a sam inkwizytor Vegdarburgu wraz ze swym przewodnikiem. Zobaczycie, za takie obelgi znajdą się dowody na to, żeś dziadzie szpieg na usługach istot magicznych, albo i sam diabeł. Wiesz co z takimi robimy.

Gregor odchrząknął usłyszawszy powtórzone własne zdanie. Skonfundowany lekko nowicjusz poprawił się natychmiast.

– Wiedźcie jednak, że inkwizycja docenia wasze poświęcenie, dziadku i tym razem przymrużymy oko na waszą wstrętną pomyłkę.

– A bo i ja stary już! – odkrzyknął szczerząc się do nich w bezzębnym uśmiechu. – I oczy nie te. Słabe już! Ale liczyć do dziesięciu jeszcze potrafią. Jak więc na ośmiu koniach pojedziecie? Uciekinierów toć to wy ciągnięcie za sobą, a takie wielkie osobistości jak pan inkwizytor toć to nie wypada, by szli obok.

Wiejski dziadek trafił w sedno. Oczywistym nagle stało się, że nie wszyscy nowicjusze wrócą do Readven na swych koniach. Któryś z nich musiał odstąpić na rzecz inkwizytora i jego przewodnika.

– Mogę iść – mruknął spokojnie Eryk. – Zawsze chodzę pieszo.

– Inkwizytorze Van Liesterberg – odezwał się milczący dotąd nowicjusz o mocno kręconych, średniej długości włosach i twarzy piegowatej jak przepiórcze jajo. – Niech inkwizytor pozwoli, abym to ja udostępnił inkwizytorowi własnego konia.

– Dziękuję – zgodził się Gregor. – Jak się nazywasz?

– Daniel, panie.

– Danielu, wiedz że wspomnę o tobie słowo inkwizytorowi Johannowi.

– Dziękuję panie – oparł uradowany nowicjusz widząc zazdrosne twarze towarzyszy.

– Zanim jednak ruszymy – Gregor przypomniał sobie o misji, którą mu powierzono. – Powiedz, dziadku… Wiesz może, czy ktoś mieszka na bagnach? Widziałeś tam może kogoś poza przyjezdnymi?

Dziadek zastanowił się i zapatrzył w martwy punkt. Gdy już wydawało się, że nic nie powie stęknął przeciągle i odparł.

– Eee… Bagna skrywają swoich mieszkańców. Nie tak łatwo ich odnaleźć. Ale oni tam są. Diabły, biesy, czarty kosmate, psie syny. Widziałem nieraz stąd nawet błędne ogniki, światła jakieś. Mówią, że na bagnach dziwy same. Wiedźmy trzy jak świat stare, jedna z nich starucha co wie wszystko, to co było i co będzie. Druga młoda, piękna i naga, żądna i nienasycona znająca ludzkie słabości i pragnienia. I trzecia dziecinka jeno, dziewica świata ciekawa. Mówią też o chacie całej z piernika, która dzieci jak ser myszy ma przyciągać. A te, które chatę taką znalazły już nigdy nie wracają. Zjedzone przez babę-jagę zostają. Wiem, że oni tam są. Na tych bagnach straciłem swoją żonę i syna. Teraz samojeden zostałem.

– Ta baba-jaga! – przerwał dziadkowi niski nowicjusz. – A ziemia jest okrągła i krąży wokół słońca. Słyszałem już takie bajki!

– A kwiat widzieliście? – wtrącił Eryk chcąc skorzystać z okazji. – Taki biały z niebieskim środkiem i mieniącymi się na szaro liśćmi.

Dziadek znów się zagłębił we wspomnieniach poszukując rośliny o podanym opisie. Potrząsnął jednak po chwili głową zaprzeczając.

– Jak żyje takiego kwiatka żem nie widział.

– Rozumem, dziękuję – powiedział smutno Eryk.

– Panie… – wtrącił piegowaty. – Możemy ruszać? Pora nagli.

– Tak – odparł Gregor – Zdecydowanie już pora.

 

Ostatecznie wszyscy podróżni wracali do miasta konno. Po krótkich ustaleniach, Eryk i nowicjusz Daniel dosiedli się do jeźdźców z najsilniejszymi końmi. Mimo tego zabiegu droga do miasta dłużyła się niemiłosiernie. Towarzystwo okazało się nie należeć do rozmownych. Powodem takiego zachowania była rzecz jasna obecność inkwizytora.  Sytuacja zmieniła się dopiero, gdy do nozdrzy Gregora dobiegł odór rozkładu. Kiedy zapytał o jego źródło, nowicjusze niechętnie odpowiedzieli tylko, że to pomysł inkwizytora Johanna i że zaraz sam zobaczy. Rzeczywiście. Odpowiedź sama szybko nadeszła. Kryła się za kolejnym zakrętem, a przysłaniała ją rosnąca po prawej stronie ściana lasu. Wzdłuż głównego traktu co kilkanaście sążni stał drewniany pal, a na nim będące w różnym stopniu rozkładu ciało ofiary. Ścieżka potępionych ciągnęła się aż po mury daleko widocznego Readven. Gregor już nie raz widział podobne obrazy. Wiszące z rozdartych brzuchów wnętrzności, wszechobecne tłuste białe czerwie, trzepoczące skrzydłami kruki odrywające kawałki czerwonego i czarnego mięsa i ten dławiący smród. Smród śmierci. Widział to wiele razy. Mimo to nie potrafił zachować obojętności.

– Ładnie witacie gości… – skrzywił się. – Dobrze widzę? Ta „dekoracja” ciągnie się, aż do miasta?

– Tak, do samego miasta, panie – odparł piegowaty nie spuszczając wzroku ze swoich butów.

– Czyli jakaś setka trupów… Domyślam się, że to wszyscy skazani za czary?

Minęli nagiego chudego jak szczapa mężczyznę nadzianego w taki sposób, by pal wychodził przez usta. Siedząca na jego głowie wrona dobierała się do gałki ocznej.

– Nie wszyscy. Są tu też ci, którzy ukrywali czarowników. Inkwizytor Johann nie zna litości.

Tak. I jakoś szczególnie tego nie ukrywa – pomyślał Gregor.

 

Readven też śmierdziało. Moczem i kałem. Nic nadzwyczajnego, wszystkie miasta śmierdziały, do tego deszcz nie padał od świętego Klemensa, więc wszelkie nierówności w bruku i rynsztokach wypełnione były roztworem szczyn i pomyj. Nieobce były tu również wszędobylskie końskie odchody. Zapach ten jednak w najmniejszym nawet stopniu nie przeszkadzał mieszkańcom miasta. Mimo wieczorowej pory gwar na wąskich uliczkach był jeszcze całkiem spory, kramarze i miejscowi kupcy nie myśleli na razie zamykać swoich kolorowych stoisk, jakiś grajek siedząc na przykarczmiennej beczce fałszywie grał na piszczałkach skoczną melodię piosenki „Babo, babo, gdybym cię miał, brałbym cię całą”, a usmarane w nie-wiadomo-czym dzieciaki puszczały łódki z liści w śmierdzących kałużach.

Ku zdziwieniu Gregora ich przyjazd nie wzbudził w tutejszej ludności większego zainteresowania. Widać nowicjusze mówili prawdę, codzienne łapanki i ciągłe zbiorowe przejazdy inkwizycji to nic nowego. Tylko nieliczni i bardziej wścibscy przyglądali się uważnie nowoprzybyłym. Gregor mimo, iż był cały brudny, siedział dumnie na koniu. Nie ukrywał swojego statusu. Był w końcu inkwizytorem, osobą budzącą respekt.

Małym drewnianym mostkiem przejechali z targowiska warzywnego w uliczkę bankierów prowadzącą na rynek miasta. Pod Bankiem Jachorsonów drzemał siwy żebrak z drewnianą tabliczką: „Byłem bogaty, ale się ożeniłem”, a zaraz obok niego rozmawiało dwóch miejscowych pijaczków, którzy jak co dzień stawiali czoło najważniejszym zagadnieniom ludzkiej egzystencji.

– Nie masz racji Antoś. – powiedział jeden do drugiego klepiąc go po ramieniu – Wypinając się na wszystkich pamiętaj, że w końcu znajdą się tacy, którzy albo ci tę dupę skopią, albo zwyczajnie wyruchają a w najgorszym wypadku jedno i drugie.

– Oj Karmazyn, ty i te twoje mądrości życiowe! – zaśmiał się do pijaczka niski nowicjusz.

– A co szefie, nie jest tak?

– Nie no, coś w tym może jest, ale ten w twój wczorajszy wywód „Pod Kulawym Osłem” o rozwiązłości był z lekka przesadzony.

– Tak? A co taki zakonnik może o tym wiedzieć? – obruszył się pijaczek.

– Uważaj Karmazyn, pókim dobry…

– Ta jasne… szefie. Choć Antoś, bo… tu coś tłoczno się zrobiło.

Karmazyn objął ramieniem przyjaciela i lekko chwiejnym krokiem ruszyli rozmawiać w inne miejsce.

– Inkwizytorze – Kurdupel zwrócił się w stronę Gregora. – Proszę wybaczyć tym pijaczynom. Wszyscy ich tu znają, są zupełnie niegroźni. Czasem tylko zapominają jak się zwracać do wyższego stanu. Wino im mózgi wyprało.

– Nic nie szkodzi – Gregor uspokoił nowicjusza unosząc dłoń. – Nie tylko w Readven można takich spotkać.

Z głównego rynku ruszyli aleją zasłużonych w górę miasta. Niesamowite jak Readven się szybko rozwija – pomyśl Gregor mijając kolejne kamienice. – Mimo iż bywałem tu wielokrotnie, to za każdym razem miasto wygląda inaczejJeszcze kilka lat temu budynki z cegły i kamienia zobaczyć można było tylko w najbogatszych dzielnicach, teraz zaś wielkie murowane kamienice ze zdobionymi fasadami wyrastają rzędami wszędzie gdzie tylko okiem sięgnąć.

Wyjechali na ceglaną alejkę. W tym miejscu co jakiś czas rzędy budynków po obu stronach łączyły łuki odporowe. Niektóre z nich były malutkie, pokryte dachówką, inne zaś tworzyły długie tunele, które w razie potrzeby można byłoby wyposażyć w kraty. Wszystko to oczywiście zbudowane z cegły.

W najwyższej części miasta znajdował się zamek książęcy i klasztor klarestynów należący od pięciu lat do inkwizycji. Kompleks, do którego zmierzali był dumą całego miasta. Wielkość budowli i trud włożony w jej powstanie potrafił zrobić niemałe wrażenie. Zespół klasztorny wybudowany został w całości z czerwonej cegły. Opasujące go grube wysokie mury z flankami zdobiły wąskie skarpy i niewielkie okna. Za nimi widoczne były wyższe budynki ukraszone równie małymi lecz misternie zdobionymi w witraże oknami lub malowanymi maswerkiem blendami. Nad całość wybijały się trzy strzeliste wieże: dwie kościoła: dzwonnicza i zegarowa oraz nieco mniejsza należąca do oratorium. Układ zabudowania klasztornego był klasyczny. Centralnym punktem i jednocześnie największym budynkiem kompleksu był kościół, do którego od strony południowej przylegał otoczony krużgankami czworoboczny wirydarz z ogrodem na środku, którego stała fontanna. Od wschodu dziedzińca znajdował się kapitularz, a od zachodu dormitoria i cele dla wyjątkowych gości. W skrzydle przeciwnym do kościoła usytuowany został oświetlony sporymi oknami refektarz, a zanim stajnia.

Gdy wjechali na dziedziniec natychmiast przywitał ich klarestyński opat z grupką zakonników i nowicjuszy. Widać zauważono ich już z daleka i wieść, iż zbliża się inkwizytor Vegdarburgu podniosła cały klasztor na nogi.

– Wasza Ekscelencjo… – zaczął brodaty opat idąc w kierunku Gregora z rozpostartymi rękami, lecz ten przerwał mu natychmiast.

– Darujmy sobie tytuły, ojcze. Tylko same z nimi problemy. Ekscelencje, waszmościowie, jaśnie panowie i tak dalej i tak dalej. Za dużo tego. Możecie do mnie mówić, inkwizytorze. Nie przybywam do was w konkretnym celu. Chciałbym jedynie znaleźć tu miejsce na spoczynek dla siebie i swojego przewodnika. Wiecie, ojcze. Badałem bagna z rozkazu wielkiego mistrza Urgona von Hanora. Kiedy natknąłem się na waszych nowicjuszy było już późno więc zaproponowali mi bym przybył tu z nimi.

– Oczywiście, inkwizytorze. – Opat skinął głową, błyszcząc przy tym tonsurą. – U nas zawsze sługa Stwórcy znajdzie swoje miejsce.

– Jest coś jeszcze. Po drodze zauważyłem coś co mnie bardzo zaintrygowało. Otóż zobaczyłem całkiem spora liczbę męczenników. Możecie coś więcej o nich powiedzieć?

– Czarcich pomiotów, inkwizytorze – poprawił Gregora duchowny. Jego twarz przybrała zaskakująco nieładny wyraz. – Czarcich pomiotów, zdrajców i plugawych innowierców. Tam nie było męczenników. Kto jak kto, ale inkwizytor powinien rozróżniać te pojęcia. Nasz inkwizytor, Johann Grimmbelt, to naznaczony przez Stwórcę syn. Potrafi poznać się na tych ohydnych stworzeniach. Ma prawdziwy dar. Jest… hmm… jest w pewnym stopniu wizjonerem.

Ciekawe. Jak na zakonnika wybitnie mało w nim miłosierdzia. – pomyślał zaskoczony reakcją opata Gregor.

– A… Zatem potrzeba nam więcej takich jak on – odparł. – Chciałbym się z nim zobaczyć zanim udam się na spoczynek.

– Sądzę, że nie będzie z tym problemu. Nieczęsto goszczą u nas takie znakomitości, Wasza… inkwizytorze.

 

Odziawszy się w czyste szaty Gregor wyszedł ze swej celi i ruszył żwawym krokiem w stronę kapitularza. Właśnie tam spodziewał się spotkać Johanna Grimmbelta, młodego i bardzo ambitnego inkwizytora. Będąc już na wschodniej części wirydarza usłyszał jak z pomieszczenia do którego zmierzał dobiega rozłoszczony donośny głos.

– Jestem rozczarowany… To tylko dwoje brudnych i wygłodniałych dzieciaków…

Gregor nie zważał na te odgłosy i bez dłuższego zastanowienia wszedł niezauważony do środka. Wewnątrz wąskiego zwieńczonego kolebkowo-krzyżowym sklepieniem kapitularza z kilkoma smukłymi kolumnami zgromadzona była pokaźna grupa ludzi. Nikt jednak nie zwrócił na niego uwagi. Wszyscy siedzieli przy drewnianych ławach poustawianych wokół ścian. Twarze wszystkich zwrócone były w stronę przemawiającego, a raczej krzyczącego i rozgniewanego inkwizytora. Stojący na środku sali Johann Grimmbelt odziany był w ciężką płytową zbroję, w której dumnie odbijało się światło porozwieszanych na kolumnach świec. Na jego karmazynowy płaszcz kaskadą opadały długie jasne włosy, a jego twarz… Cóż. Powiedzieć, że Johann był przystojny było sporym niedopowiedzeniem. Młodszy o piętnaście lat od Gregora inkwizytor Kasdanii był jak by to nie ująć… piękny. Nawet w swej złości prezentował się imponująco. Szczupłą i gładką twarz nie szpeciły w najmniejszym stopniu blizny czy zmarszczki. Duże bystre, niebieskie oczy młodzieńca złowrogo i przenikliwie omiatały salę i siedzących dookoła nowicjuszy. Wąskie usta pomimo wykrzywiania się w grymasie oburzenia, w żaden sposób nie potrafiły odjąć Johannowi uroku osobistego. Grimmbelt poza szlacheckimi rysami twarzy i urokiem osobistym był też bardzo charyzmatyczną postacią budzącą podziw i respekt nawet wśród dworzan. W całej Kasdani spierać się można było o to kto tak naprawdę rządzi krajem, inkwizytor czy książę Emil.

– Grupę nowicjuszy przechytrzyło dwoje szczeniaków! – wykrzykiwał oburzony Johann. – Dzieci! Nie do wiary! Wiecie kim będziemy w oczach ludu kiedy to wyjdzie na jaw? Bandą panoszących się po kraju nieudaczników! A ja, ten który wypowiedział osobistą wojnę wiedźmom, będę najbardziej wyszydzany, bo przecież przewodzę tej zgrai!

– Panie – odezwał się cicho jeden ze zgromadzonych. – Nie pozwolimy na to, nazajutrz wczesnym ranem ruszymy i przeszukamy jeszcze raz bagna. Na pewno znajdziemy uciekinierów.

– Tak, ruszycie – odpowiedział lustrując nowicjusza wzrokiem. – I jeszcze raz przeszukacie bagna. Lecz w tym samym czasie druga grupa pojedzie do Zgorowic, znajdzie chatę, w której będzie dwójka dzieci w podobnym wieku. Nie powinno to stanowić dla was problemu, plebs mnoży się jak króliki. Za dziesięć koron wieśniacy oddadzą wam bachory z pocałowaniem dłoni. Wywieziecie je i zabijecie. Zedrzecie skórę i powiesicie na rynku tak by wszyscy widzieli co robimy z uciekinierami.

– Johannie Grimmbelt! – natychmiast zareagował Gregor niewierząc w to co przed chwilą usłyszał. – Czy tak działa inkwizycja?!

W jednej chwili atmosfera w kapitularzu zgęstniała, wszyscy zerkali gorączkowo to na Gregora to na Johanna. Grimmbelt stał przez chwilę szczerze zaskoczony. Nie trwało to jednak długo.

– Gregor Van Liesterberg! Słyszałem, że przybyłeś do Readven! Cóż za miła niespodzianka – odpowiedział z niebezpiecznym błyskiem w oczach. – Widzisz, drogi przyjacielu. Czasem trzeba popełnić mniejsze zło w imię większego dobra.

– Widziałem to mniejsze zło przed bramami miasta i nie uważam, by było ono konieczne. Codziennie zwozicie do miasta dziesiątki podejrzanych i publicznie ich tracicie. Przecież miasto widzi, że inkwizycja jest skuteczna i nie potrzebuje kolejnych dowodów. Sądzisz, że ktokolwiek zauważy ucieczkę dwojga dzieci kiedy jutro spalicie albo nabijecie na pal dwadzieścia kobiet?

Zapadła cisza. Nikt w sali nie ośmielił się odezwać. Każdy czekał na reakcje swojego inkwizytora. Ten zaś uśmiechnął się założył ręce za plecy i ruszył w stronę Gregora.

– Inkwizytorze Van Liesterberg – powiedział w taki sposób jaki tłumaczy się coś prostego komuś bardzo opornemu. – Kasdania, to nie Vegdarburg, być może u was nikt nie zauważy kiedy ktoś ci ucieknie. My słyniemy z efektywności i tego się też od nas wymaga. Poza tym jeśli pokażemy skazańcom, co robimy z uciekinierami, wówczas istnieje większe prawdopodobieństwo, że odstąpią od buntów i ucieczek.

– Wymaga się od was zabijania niewinnych dzieci? Wybaczcie, ale ilu skazanych dostępuje łaski? Ilu wśród złapanych okazuje się być niewinnych? Ilu? Zabijacie wszystkich, którzy wpadną wam w ręce. Wszystkich bez wyjątku. Ucieczki były, są i będą. Dodatkowo odbieracie schwytanym nadzieję. Nawet tę złudną! Tak więc, niech was nie dziwią bunty. Każdy na ich miejscu próbowałby uciec.

Napięcie w sali ciągle narastało, obaj inkwizytorzy byli bacznie obserwowani przez zgromadzonych nowicjuszy. Każde potknięcie ze strony Johanna mogło kosztować go utratę morale. Młody inkwizytor doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

– Dziękuje ci, inkwizytorze za cenne uwagi. Rozważę je na spokojnie. A póki co… Nie pozostaje mi nic innego jak zakończyć spotkanie. Jutro postanowię co robić dalej. Dziękuję wszystkim i życzę dobrej nocy. – Gdy wszyscy podnieśli się z miejsc i ruszyli w stronę wyjścia zwrócił się jeszcze raz do Gregora. – Nie chciałeś chyba się ze mną spotkać tylko po to by poddawać krytyce moje metody walki z czarami?

– Nie, nie tylko – odparł Gregor. – Chociaż, przyznaję, że niekoniecznie jestem zwolennikiem mordowania niewinnych w celu zamaskowania pewnych zaniedbań i nieudolności.

– Ach tak? Zatem jeśli pragniesz to i nie tylko ze mną przedyskutować, to zapraszam cię do siebie. Nie wszyscy muszą przecie wiedzieć tego z czym przychodzi do mnie inkwizytor sąsiadującego kraju. Chętnie odpowiem ci na trapiące cię pytania i być może w czymś pomogę. Rozumiesz też chyba jak niewygodne jest całodniowe noszenie ciężkiej zbroi. Chętnie się z niej uwolnię i wypije lampkę dobrego wina.

 

W celi Johanna Grimmbelta panował półmrok. Jedynym źródłem światła był kominek, w którym wesoło strzelały drwa. W najciemniejszym kącie na starym, dębowym, zdobionym kredensie kudłaty kocur straszył bursztynowym okiem. Śledził wzrokiem Gregora od drzwi, aż po wysoki czerwony fotel, w którym mężczyzna rozsiadł się wygodnie. Johann zaś wraz z chłopcem stajennym stanął przy stojaku i ściągał z siebie zbroję.

– Możesz być całkowicie spokojny o to co powiesz – rzekł wskazując na chłopca. – To głupek. Niewiele wie z tego, co się do niego mówi i równie niewiele się odzywa. W kapitularzu chyba trochę zbyt gwałtownie zareagowałeś… Zdajesz sobie z tego sprawę? Obaj służymy jednej i słusznej sprawie. Przez nasz spór, co niektórzy gotowi będą w zwątpić. Czy tego właśnie chcesz?

– Przyznaję, być może zareagowałem zbyt gwałtownie – burknął Gregor. – Lecz zaskoczyły mnie twoje metody. Nie spodziewałem się.

– Następnym razem trzymaj język za zębami, w innym wypadku moje problemy staną się twoimi. Rozumiesz? – rzekł zupełnie lekko nie patrząc w ogóle w jego stronę. – Mam nadzieję, że wyjaśniliśmy sobie tę sprawę. Mówiłeś, że masz jakąś sprawę.

Gregor próbując zapanować na sobą sięgnął po stojącą na stoliku karafkę. Odkorkował i powąchał zawartość.

– Wielki mistrz poszukuje wiedźmy z bagien – powiedział dozując powoli każde słowo. ­– Mam ja odnaleźć. Słyszałeś coś może? Jakieś plotki?

– Gregorze jeśli dobiegają do mnie jakiekolwiek plotki, sam natychmiast biorę się do roboty – zaśmiał się Grimmbelt i rozruszał uwolnione ramiona. – Wielokrotnie przeszukiwałem te bagna, a nadal co jakiś czas wyłazi z nich to plugastwo. Całkiem możliwe, że coś tam jeszcze jest. Ja niestety nic o tym nie wiem, ale może tobie się poszczęści. Słyszałem, że od jakiegoś czasu stałeś się bardzo skuteczny w poszukiwaniach. Może jakieś rady? Uchylisz mi rąbka tajemnicy? Skąd tyle sukcesów?

– Ciężka praca. To wszystko.

– No tak. Dlatego też sam przeszukujesz bagna? Nie wolałeś wysłać nowicjuszy?

– Ty wysyłasz nowicjuszy – Gregor nalał sobie wina do kieliszka. – Przypomnij mi, znaleźli uciekinierów?

– Oho, czyli jednak nie wszystko sobie wyjaśniliśmy. Powiedz, skąd u ciebie tyle jadu? Jeśli nie podobają ci się moje metody to pragnę cię uspokoić. Wszystko robię za zgodą wielkiego mistrza.

Gregor spojrzał ironicznie w stronę Johanna.

– Zabijanie dzieci ze wsi też jest za zgodą wielkiego mistrza?

– Owszem. Gregor, nie widzisz tego? To jest wojna! Jak nie my ich, to oni nas wykończą. Wojna rządzi się swoimi prawami. Jest trochę jak gra w szachy! Czasem trzeba poświecić nic nieznaczący pionek, by bronić króla.

– Ile już takich pionków poświeciłeś? Przed miastem masz setkę trupów. Ilu z nich naprawdę parało się magią? Osiemdziesięciu? Połowa? Piątka? A może nikt? Sto nic nieznaczących pionków?

Uwolniony z żelastwa Johann nakazał ręką chłopcu opuścić celę. Usiadł po drugiej stronie stolika i również nalał sobie wina.

– Wiem, że masz mnie za skurwysyna, ale zadałeś sobie chociaż odrobinę trudu, by mnie zrozumieć? Nie jestem złym człowiekiem. Walczę po tej samej stronie co ty. Oskarżasz mnie o bezduszność, a przecież nic nie jest czarne ani białe. Wszystko mieni się odcieniami szarości. Ile ty, szlachetny inkwizytorze masz na sumieniu niewinnych ludzi?

Sięgnął ręką po pergamin leżący przy karafce.

– Spójrz – Podał mu go. Na pergaminie widniał szkic jakiejś budowli. – Chcę zrewolucjonizować naszą sprawę. Odpłacić się im pięknym za nadobne. To mój projekt. Wielki piec na czarownice. Tylko zobacz. Wysoki na dziesięć stóp dwupoziomowy kamienny piec zamykany żelaznymi drzwiami. W środku pomieści spokojnie dwadzieścia osób. Pomyśl. Zamiast dwudziestu stosów jeden taki piec. A postaw takich trzy, albo cztery. Czy nie jest to genialne?

– Jesteś okrutny, Johannie. Okrutny, szalony i pozbawiony empatii. Słyszałem historie o tobie, że miałeś trudne dzieciństwo, ale to żadne usprawiedliwienie.

Zapadło milczenie. Słychać było tylko trzaskające drewno w kominku. Kot leniwie przyglądał się obydwu inkwizytorom przez półotwarte oczy. Johann jednym haustem wypił nalane wino po czym znów napełnił kieliszek.

– Wiedziałeś, że miałem siostrę? – zapytał.

– Nie.

– A więc wybacz, ale gówno wiesz o moim trudnym dzieciństwie. Ale spokojnie opowiem ci historię, przez którą jestem w tym miejscu. Miałem bliźniaczą siostrę. Margareth. W wieku ośmiu lat zgubiliśmy się w Czerwonych Bagnach. Często przyjeżdżaliśmy tam z ojcem polować. Lubiliśmy te wspólne wypady. Tego dnia polowaliśmy na łosia. Godzinami tropiliśmy bydle. W końcu się udało i ojciec trafił go z łuku. Klępa dostała w tętnicę i szybko się wykrwawiała. Jednak zdążyła daleko odbiec nim padła. Wraz z siostrą pobiegliśmy jej poszukać. Jednak zgubiliśmy trop i zapuściliśmy się za daleko. Zabłądziliśmy. Mimo wołania przeklęte bagna uniemożliwiły nam odnalezienie ojca. Błąkaliśmy się płacząc i wołając o pomoc. Nie nadeszła. Zapadał zmrok kiedy w końcu po długiej wędrówce naszym oczom ukazała się mała drewniana chata. Myśleliśmy, że znaleźliśmy ratunek. Kogoś, kto nas wyprowadzi z bagien i zaprowadzi do rodziny. Gdybym tylko wiedział co jest w środku… Wtedy jednak nie mogliśmy przypuszczać… Razem z siostrą weszliśmy do chaty. Wewnątrz siedziała stara kobieta. Wypytała nas kim jesteśmy i co tu robimy. Zaproponowała byśmy odpoczęli, a następnego dnia nas bezpiecznie odprowadzi. Byliśmy wyczerpani, więc zgodziliśmy się bez namysłu. Kiedy zasnęliśmy kobieta nas zaatakowała. Była silna. Bardzo silna. Nie jak stary, zasuszony człowiek. Związała nas. Krzyczeliśmy, by nam nic złego nie robiła, ale nie reagowała. Wtedy właśnie widziałem jak siekierą odrąbała głowę mojej siostrze… Margareth… jak starannie sprawia jej ciało i po kawałku wrzuca do kotła… Patrzyłem jak ją je i jednocześnie w tym samym czasie staje się coraz młodsza. Myślałem, że postradałem zmysły. Pragnąłem, by to się skończyło. Chciałem stamtąd uciec. Odnalazłem dłonią rozbity gliniany dzbanek i jakimś cudem udało mi się uwolnić. Gdy tylko wiedźma zniknęła mi z oczu wybiegłem z chaty. Uciekałem tak długo, na ile starczyło mi sił. Błądziłem, potykałem się, wstawałem i znów biegłem. Nie wiem ile to trwało. Wtedy wydawało mi się, że całą wieczność. Lecz w końcu mnie odnaleziono. Gdy opowiedziałem co się stało, ojciec skrzyknął paru ludzi i poszli poszukać owej chaty. Nikt z nich nie wrócił. Od tamtego czasu pałam nienawiścią do wiedźm i czarów. Postanowiłem wymordować wszystkich magików i pomścić moją siostrę. Gdy powoływano inkwizycję wiedziałem, że to miejsce dla mnie. Wielki mistrz znał moją historię i ustanowił mnie jednym z inkwizytorów. Jako inkwizytor wielokrotnie poszukiwałem tego miejsca. Bezskutecznie. Być może kryją je jakieś czary, a może zwyczajnie minęło tyle czasu, że chata spróchniała i bagna ją pochłonęły. Tego nie wiem, ale jestem pewien, że moja krucjata trwa i nie spocznę pokój żyję.

Grimmbelt nie spuszczał swoich pięknych oczu z Gregora.

– Więc jak? – rzekł po krótkiej chwili. – Nadal uważasz mnie za okrutnika pozbawionego empatii?

 

Nazajutrz postąpiono zgodnie z planem Johanna. Dwie grupy nowicjuszy opuściły Readven w poszukiwaniu uciekinierów, a miasto nieco wcześniej niż zwykle szykowało się do codziennej egzekucji kilkorga skazanych. Powodem takiej decyzji było to, iż Grimmbelt uparł się, by jeszcze przed opuszczeniem miasta przez inkwizytora Vegdarburgu pokazać mu własne metody walki z magią. Ani Gregor, ani tym bardziej Eryk nie byli zachwyceni tym pomysłem. Niestety Grimmbelt i tym razem był nieustępliwy.

Na miejsce kary śmierci zwyczajowo wybrano rynek miasta. W jego centrum ustawiono osiem stosów, po cztery po obu stronach drewnianej sceny, na której miał przemawiać opat w imieniu Grimmbelta. Inkwizytorzy natomiast mieli stać z boku pośród rycerzy zakonnych i wyższych przełożonych klarystynów. Gdy już przybył wóz ze skazanymi i uznano, iż zgromadziła się wystarczająca grupka gapiów, rozpoczęto przedstawienie. Ośmiu nowicjuszy podeszło do wozu i kolejno każdy z nich wyciągał z niego po jednej skutej w kajdany osobie. Wszystkie osiem okazały się być kobietami, spośród których jedna mocno się wyróżniała. Młoda, piękna i przerażona jasnowłosa dziewczyna, w pełni świadoma tego co się zaraz ma wydarzyć rozpaczliwie poszukiwała wzrokiem ratunku. Na próżno powtarzała do prowadzącego ją nowicjusza, że zaszła jakaś pomyłka i jest niewinna. Gregor zauważał, że pozostałe skazane z opuszczonymi głowami posłusznie pozwalały się poprowadzić i przywiązać do pali. Zobojętniały – pomyślał. – Sukinsyny zorganizowały im piekło przed śmiercią. Bite, poniżane i gwałcone. Złamane pragną się od tego uwolnić, a ich ratunkiem mają być płomienie. Tylko jedna jeszcze walczy. Dlaczego? Pewnie złapali ją dość poźno i nie zdążyła przeżyć tego co inne.

Zgromadzeni gwizdali i wykrzykiwali w kierunku skazanych wyzwiska. Trwało to do momentu, aż nie upewniono się, że wszystkie są wystarczająco dobrze przywiązane i na scenie nie pojawił się opat. Ten już wychodząc gestem nakazał ciszę, a gdy ta nastała natychmiast rozpoczął swoje przemówienie.

– Nastał kolejny dzień! Dzień walki z diabelskim pomiotem! Dziś, mamy przed sobą przykład jak słabe i niedoskonałe, a przez to tak łatwe dla istot diabelskich są kobiety! Kobiety, które od zarania dziejów są złem i zgubą dla idących ścieżkami Stwórcy. Kobiety, które są istotami lubieżnymi i maja w sobie wrodzoną i niezaspokojoną chuć! Z lubością oddają swoje ciało, bo przecież są najbardziej ze wszystkich istotami egoistycznymi! Ukierunkowanymi na wyłącznie własne dobro! To dla posługiwania się czarcią magią są gotowe oddać wszystko! Spółkują z czartami i demonami, by później wydać zło na świat. A my, jesteśmy tu by postawić temu definitywny kres! Dziś! W kolejnym dniu walki z magią i demonami pozbawiamy wroga jego ulubionego narzędzia! Dziś! W świętym ogniu oczyścimy wiedźmy!

– Ludzie! – wyrwała się jasnowłosa. – Błagam! To szaleństwo! Oni nas zabiją! Ja nic nie zrobiłam! Błagam!

– Zamknij się diabelska kurwo! – nie ograniczał się w słowach opat. – Trzeba było myśleć zanim się demonom oddałaś! Nie nabierzesz nas na swoje podłe sztuczki! Zaraz ujrzysz jak kończą takie jak ty! Podpalcie pierwszy stos niech zobaczy i szcza ze strachu!

Oblany oliwą stos w jednej chwili stanął w płomieniach. Przywiązana do niego kobieta zawyła i zaczęła się szarpać. Na próżno.

– Błagam was na Stwórcę! – jasnowłosa ledwo przekrzykiwała wrzaski palonej. – Nie róbcie tego! Ludzie ratujcie! Ratujcie! Chłopcze! Tak ty! Piękny chłopcze o jasnych włosach! Nie pozwól im! Błagam!

Chłopcem, do którego zwróciła się dziewczyna okazał się być Eryk. Blondyn, stojąc w pobliżu najwyraźniej dał po sobie w jakiś sposób znać jak bardzo mu się nie podoba to widowisko. Patrząc przez chwilę na bladą, przerażoną i mokrą od łez twarz dziewczyny nie wytrzymał w końcu. Odwrócił się i podszedł do Gregora z błagalną miną.

– Powstrzymaj ich panie – poprosił.

– Ja? Przecież ja nic tu nie mogę zrobić. Nie mam takiej władzy.

Głupi chłopaku wpakujesz nas w kłopoty – pomyślał.

– Proszę cię, panie. Chyba sam widzisz, że to niewinna kobieta.

– Eryk zrozum. Nie mogę.

Eryk spojrzał wymownie w Gregorowi w oczy.

– Kim ty jesteś, jeśli godzisz się na zabijanie niewinnych?

Chłopak nie spuszczał oczu z Gregora. Wiedział o co prosi, mimo to nie ustępował. Po krótkiej chwili na twarzy inkwizytora pojawił się grymas. A niech cię szlag gówniarzu. Nie wierzę, że to robię. Kiwnął głową po czym zwrócił się do przyglądającemu się całej sytuacji Grimmbeltowi.

– Johannie. Może faktycznie wypuść dziewczynę.

Reakcja Grimmbelta była dokładnie taka jak przypuszczał Gregor. Inkwizytor spojrzał na niego w taki sposób jakby przed momentem zupełnie bez powodu dostał prosto w twarz.

– Chyba nie mówisz poważnie. – odparł – To wiedźma! Czarownica! Rzuciła na was urok?

Gość jest uparty, czego dowiódł niejednokrotnie. Muszę go jakoś podejść, inaczej tylko narażę się inkwizycji.

– Nie masz pewności, Johannie – wyszeptał w jego stronę starając się pozostać przy tym jak najbardziej wiarygodnym – Poza tym nie widzisz, że możesz na tym skorzystać? Zobacz. Piękni młodzi ludzie. Ratunek w ostatniej chwili. Ludzie lubią takie historie.

– To jest wiedźma… – odwarknął, lecz już nie tak pewnie co tylko zachęciło Gregora to dalszego nakłaniania.

– Będą o tym mówić. O inkwizytorze, który przeciwstawił się miłości i spalił ją zanim ta mogła na dobre zaistnieć. Znienawidzą cię. Chcesz tego?

Grimmbelt złapał haczyk. Uniósł rękę dając tym samym znać, by wstrzymano się przed podłożeniem ognia pod stos dziewczyny. Spojrzał na Gregora, a następnie na Eryka. Jego twarz wyrażała naprawdę wiele. Od wściekłości po przyznanie racji.

– Dobrze – rzekł ukazując przy tym nieskazitelnie białe i nadzwyczaj równe zęby. – Weź ją sobie. Ale jeśli się dowiem, jeśli dojdzie do mnie jakakolwiek informacja, plotka chociażby o tym, że jest wiedźmą, spłonie razem z tym twoim przewodnikiem na jednym stosie. W końcu, gdzieżbym śmiał przeciwstawiać się tak wielkiej miłości.

 

Zaraz po uwolnieniu dziewczyny Gregor i Eryk opuścili Readven. Wracając inkwizytor zauważył, że chłopak znacznie się ożywił. Dużo mówił, a nawet raz czy dwa zdobył się na śmiech. Nie znał go na tyle dobrze, ale podejrzewał, co mogło być powodem takiego zachowania. Jest z siebie dumny – myślał. – Ma się za bohatera. Głupiec nie ma pojęcia ile mnie to może kosztować. Z całą pewnością Grimmbeltowi nie spodobało się to, że po raz kolejny zakwestionowałem jego działania i raczej już moim przyjacielem nie zostanie. Jeśli temu pięknisiowi się odwidzi i rzeczywiście nie jest to jego prywatna krucjata, a tylko wykonuje rozkazy wielkiego mistrza, to lada dzień mogę spodziewać się wezwania do Urgona.

– Pierwszy raz uratowałeś komuś życie? – zapytał, kiedy euforia chłopca stała się nad wyraz widoczna.

– Tak, panie – Eryk pokiwał głową – Naprawdę cieszę się, że inkwizytor Johann ją uwolnił. Szkoda tylko, że innym kobietom się nie udało.

– Nie mogliśmy im pomóc. Już ta jedna była sporym nadużyciem moich kompetencji. W Kasdanii to Grimmbelt jest inkwizytorem, nie ja. Do tego słyszałeś go. Nie tylko ja się naraziłem na jego złość. Na twoim miejscu byłbym teraz ostrożniejszy, w innym wypadku to ciebie będzie trzeba ratować przed spaleniem. Lepiej, żebyś jak najszybciej nalazł tę swoja roślinę. O cholera… patrz!

Gregor wskazał na idącą przed nimi postać. Po tym co się wydarzyło nie potrafiłby jej teraz pomylić z nikim innym. Bosa, ubrana w brudne i poszarpane szmaty jasnowłosa dziewczyna. Jej widok wprowadził Eryka w lekkie zakłopotanie. Zupełnie tak jak w momencie, gdy uwolniona rzuciła mu się do stóp dziękując za uratowane życie. Dobry, skromny i głupi chłopak.

– Hej! Dokąd idziesz? – zapytał dogoniwszy dziewczynę. Ta odwróciła się przestraszona, a gdy zobaczyła, że to oni zupełnie bez jakichkolwiek reakcji zaczęła iść dalej.

– Hej! Odpowiedz jak cie pytam! – zirytował się Gregor.

– Bo co, każesz mnie spalić? – odparła dziewczyna nie odwracając głowy w ich kierunku. – Pomyśl. Gdzie może iść osoba, która cudem uniknęła śmierci? Do domu! Po swoje rzeczy. Nie zostanę tu ani chwili dłużej!

– Bardzo jesteś śmiała…

– Przepraszam. Po prostu…

Jestem z inkwizycji – domyślił się Gregor – to wystarczający powód by, mnie nienawidzić.

– Nie wszyscy, którzy noszą czerwony płaszcz są źli – powiedział Eryk włączając się do rozmowy. Wczoraj jeszcze myślałem tak jak ty, ale Gregor jest inny.

Dziewczyna nagle się zatrzymała. Spojrzała na Eryka, a potem nieco dłużej na inkwizytora, tak jakby chciała wyłapać szczegół, który wyróżniałby go od innych z inkwizycji.

– Tak jak nic nie jest czarne ani białe – powiedziała skupiając swoją uwagę na nim. – Gregor, ile w tobie jest zła? Ile dobroci? Ile bieli, a ile czerni? Jak bardzo się różnisz od pozostałych. Nie jesteś ich pachołkiem. Jesteś inkwizytorem takim jak Grimmbelt. To ty decydujesz kto umrze, a kto przeżyje. Jak wiele istnień masz na sumieniu? Dziesiątki? Setki?

– Ja też wykonuję rozkazy – skrzywił się sam nie wiedząc czemu tłumaczy się przed jakaś pyskatą chłopką. – Ale staram się nie zabijać, kiedy to niekonieczne. Powiedz, za co cię skazali?

– Za zielarstwo! Bo na ziołach się znam. Bo wiem, co rośnie na tych bagnach, których wszyscy się boją. Bo przecież co by tam nie rosło to diabelstwo, nie?!

– Znasz się na bagiennych ziołach? – zapytał Eryk z nagłym błyskiem w oczach.

– A panacee widziałaś? Biały kwiat, szare liście.

– A widziałam – Uśmiechnęła się do chłopca. – Rzadka to roślina, ale wiem gdzie rośnie. Uratowałeś mi życie. Chętnie ci pokażę.

Eryk otworzył usta i zaniemówił. W końcu się mu udało. Może uratować swojego ojca. Nie wiedział co zrobić z tą nagłą informacją, więc nadal niedowierzaniem patrzył to na Gregora to na dziewczynę.

– Słuchaj – Spróbował Gregor. – Często jesteś na bagnach. Widziałaś tam może coś podejrzanego?

Zadanie tego pytania dziewczynie, która ledwo co uniknęła spalenia na stosie było olbrzymim błędem. Jasnowłosa spojrzała na niego niedowierzaniem i obrzydzeniem.

– Wybacz – burknął próbując wybrnąć z sytuacji. – Po prostu pytam. Ludzie giną.

Dziewczyna nie spuszczała z Gregora swych jasnych oczu.

– Pomogłeś mi – odparła bardzo niepewnie. – Więc powiem ci tyle ile sama wiem. Bagna chronią swych mieszkańców. Nie znajdzie ich nikt jeśli się do nich nie należy, albo jeśli sami tego nie zechcą. Słyszałam ich nie raz. Coś czasem widziałam. Cień, mignięcie. To nie jest zwykłe miejsce. Odpuść.

– Jeśli rzeczywiście coś tam jest to sama wiesz, że nie mogę.

– Nie zrozumiałeś mnie, inkwizytorze – powiedziała dziewczyna z charakterystyczną dla siebie bezczelnością. – Nikt ich nie znajdzie. Nie ma na to najmniejszych szans. To miejsce to idealna kryjówka. Wchodząc na mokradła jesteś od razu obserwowany i to nie tylko przez nich, ale też przez zwierzęta i drzewa. Łapiąc tu kogokolwiek skazujesz niewinną osobę na śmierć. Tak mnie złapali. Proszę, odpuść. Znam te moczary od dziecka i nie żartuję.

– Może masz rację – odpowiedział jej Gregor po krótkiej ciszy. – Rzeczywiście, któryś już raz przeszukujemy te tereny i nigdy nie znaleźliśmy miejsca, w którym magiczni mogliby przesiadywać, a przecież gdzieś muszą jeść czy spać. Zatem myślę, że przyjdzie się nam tu rozstać. Ja wrócę do Vegdarburgu, a wy pójdziecie poszukać panaceum.

– A więc to koniec? – zapytał Eryk. – Panie, to znaczy… Gregor. Chciałbym ci podziękować. Bez ciebie nie bylibyśmy tu wszyscy razem i pewnie nadał szukałbym panaceum.

– Nie, to ja dziękuję – uśmiechnął się do blondyna, a widząc, że ten nie rozumie dodał. – Dzięki tobie uwierzyłem, że są jeszcze na świecie dobrzy i bezinteresowni ludzie. A spotkać ich można nawet w tak paskudnych miejscach jak Czerwone Bagna.

 

Tym razem poruszał się bagiennym, wąskim traktem. Uprzedzony ostatnią wizytą na mokradłach nie zamierzał narażać stóp na ponowne przemoknięcie. Cisza jaka go otaczała i ostatnie wydarzenia spowodowały, że idąc nie mógł uwolnić się od głosów i obrazów. Przypomniał sobie dziadka mieszkającego przy moczarach. Bagna skrywają swoich mieszkańców. Nie tak łatwo ich odnaleźć. Przed jego oczami stanął Grimmbelt wysyłający nowicjuszy po niewinne dzieci. Wywieziecie je i zabijecie. Zedrzecie skórę i powiesicie na rynku tak, by wszyscy widzieli co robimy z uciekinierami.  Widział ścieżkę potępionych. Są tu też ci, którzy ukrywali czarowników. Inkwizytor Johann nie zna litości – mówił głos nowicjusza. Przypomniał sobie projekt na stoliku. Wysoki na dziesięć stóp dwupoziomowy kamienny piec zamykany żelaznymi drzwiami. W środku pomieści spokojnie dwadzieścia osób… Johann nie zna litości… Siostra Grimmbelta. Widziałem jak siekierą odrąbała głowę mojej siostrze… Margareth… jak starannie sprawia jej ciało i po kawałku wrzuca do kotła… Johann nie zna litości… Nic nie jest czarne ani białe… Wszystko mieni się odcieniami szarości. Ile ty masz na sumieniu niewinnych ludzi? Przed jego oczami zapłonęły stosy i usłyszał krzyczącą dziewczynę… Jasnowłosa dziewczyna. Bagna chronią swych mieszkańców… Odpuść…  Nie znajdzie ich nikt jeśli się do nich nie należy… Znam te moczary od dziecka… Bagna skrywają swoich mieszkańców… Jeśli się do nich nie należy…

Zatrzymał się. W jednej chwili wszystko zrozumiał. Przez jego organizm jak paląca trucizna przelewało się i mieszało przerażenie ze wściekłością. Już dawno mógł znaleźć wiedźmę z bagien.

 

Drzwi od drewnianej chatki otworzyły się z hukiem. Niestety za późno. Kiedy wszedł do środka jego oczom ukazał się makabryczny widok. Nad martwym i rozciętym wzdłuż ciałem Eryka wisiała zakrwawiona piękna jasnowłosa dziewczyna. Zaskoczona jego widokiem znieruchomiała na chwile, po czym zaklęła szpetnie.

– Dlaczego?! – krzyknął Gregor patrząc na zmasakrowanego chłopca. – On cię uratował!

Dziewczyna nie odpowiedziała. Patrzyła na inkwizytora tak jakby zobaczyła go pierwszy raz w życiu. W ręku trzymała mokry od krwi nóż.

– To ciebie szukałem… – powiedział Gregor ze wciekłością w głosie – Przez cały czas… To ciebie szukał przez te wszystkie lata Grimmbelt… A wystarczyło nie reagować i patrzeć jak się smażysz.

– Grimmbelt to potwór – powiedziała przez zęby. – Morduje bez opamiętania.

– A TY?! – wykrzyczał wskazując na Eryka.

– Ja potrzebuję młodego ludzkiego ciała… Mogę dzięki niemu wyglądać tak jak teraz i żyć tak długo jak tylko zechcę… A chcę żyć! Każdy chce żyć! ty tego nie chcesz? Nie mogłam przepuścić takiej okazji. Był młody i naiwny. Wiem jak to wygląda, ale zrozum, nie jesteśmy źli. Nie wszyscy. Żyjemy, miedzy wami i często pomagamy. Ratujemy wam życie i spełniamy zachcianki.  Jedna chce usunąć dziecko, inna znowu eliksir, by ją chłopak pokochał. Gdy jesteście chorzy leczymy was. A wy nas prześladujecie i wydajecie… Gregor, pozwól mi odejść. Uwierz, już nie będę. Obiecuję. To był mój ostatni raz. Naprawdę. Ale jak? Jak ty… Powiedz jak mnie znalazłeś?

– Ty się słyszysz? To ty stworzyłaś Grimmbelta. Ty i tobie podobni. Odpowiadasz nie tylko za własne, ale i za jego ofiary. I nie wierzę ci. Zamordowałaś chłopaka, który zaryzykował własne życie, by ratować ciebie i swojego ojca! Jak mam ci teraz w cokolwiek uwierzyć?! Wiesz co ci zrobi Grimmbelt jak mu cię przyprowadzę?

– A wiesz co ci zrobi jak się dowie, że mnie najpierw wypuściłeś i przez to zginął niewinny chłopak? Zresztą, ja tam nie wrócę. Nie odpowiedziałeś mi na pytanie. Przecież nie mogłeś tu trafić bez mojej wiedzy… Tylko… nie…

Dziewczyna nagle zrobiła wielkie przerażone oczy, następnie twarz jej wykrzywił się w nienawistnym grymasie. Nie zwlekając długo rzuciła się na Gregora. Ten wytrącił jej nóż z rąk. Wiedźma ku zaskoczeniu Gregora okazała się być nadludzko silna i szybko sprowadziła go do parteru. Zacisnęła w żelaznym uścisku palce na jego szyi. Czuł jak miażdży mu krtań. Uderzył ją pięścią w skroń i zrzucił z siebie.– Ty zdrajco! – wrzasnęła zasłaniając głowę. – Kim ty jesteś?

– Inkwizytorem – powiedział, po czym zaczął się przemieniać. Tam gdzie przed chwilą jeszcze klęczał wysoki, krótko ostrzyżony rycerz, w następnej chwili stał wielki jak niedźwiedź szary wilk o lazurowych oczach.

– Polimorf… – wychrypiała wiedźma i nie zdążyła już nic więcej zrobić, bo w następnej chwili wilk skoczył w na nią i rozszarpał głowę.

Niedługo po tym gdy ciało wiedźmy przestało się ruszać wilk znów stał się mężczyzną. Gregor klęczał miedzy trupami. Czuł złość i satysfakcje. Jestem polimorfem. Mogę się przemieniać. Infiltrować czarowników i być bardziej skuteczny. Uwielbiał ten moment, kiedy ofiara dowiadywała się chwilę przed śmiercią, że ginie z ręki jednego z nich. Splunął krwią i wytarł usta o skórzaną rękawicę. Spojrzał na ciało chłopca i cała satysfakcja ze stoczonej walki nagle ulotniła się pozostawiając gorzki posmak.

– Przepraszam – rzekł krzywiąc się. – Naprawdę, tak mi przykro. Gdybym tylko szybciej połączył fakty…

Poczuł się źle. Uniósł wzrok, by ochłonąć lecz to tylko pogorszyło sytuacje, bo zauważył na drewnianych półkach słoje, w których znajdywały się gałki oczne i dłonie. Znów ogarnęła go wściekłość. Wstał, po czym zaczął wszystko roztrzaskiwać. Gdy jeden ze słojów głucho uderzył o podłogę, Gregor odkrył kolejną przerażającą tajemnicę. Pod nim znajdowało się kolejne pomieszczenie. Piwnica do której prowadziła klapa w kącie chaty. Otworzył ją i zszedł po drewnianej drabinie. Wewnątrz znajdywały się poćwiartowane, starannie posegregowane kończyny i wnętrzności, często niewielkie co mogło świadczyć, iż należały do dzieci. Inkwizytor zobaczywszy to nie wytrzymał i przeklął. Sięgnął po wiszącą na ścianie niewielką pochodnię. Podpalił ją i rzucił na drewniany blat, który nasiąknięty tłuszczem dość szybko zajął się ogniem.  Wszystko zaczęło płonąć.

Niedługo po tym gdy wyszedł na zewnątrz, drewniana chata stanęła w płomieniach. Gregor patrzył jak czerwone jęzory ognia liżą i z łatwością pochłaniają spróchniały budynek. Uspakajało go to. Widząc zniszczenie, które dokonywało się w jego imieniu czuł, że zrobił wszystko co mógł i nienawiść w końcu odnajduje ujście.

 

Chata się dopalała. Początkowo wyrzucone w górę przez gorące powietrze drobinki popiołu teraz smętnie opadały niczym żałobny śnieg. Leciutka szara warstewka, która przykryła najbliżej położone pożaru miejsca powodowała, że kwiat, który rósł nieopodal stawał się prawie niewidoczny. Tylko nieskazitelnie białe, duże podłużne płatki i niebieskie pręciki wskazywały jego miejsce. Reszta ginęła w odcieniach szarości.

 

Koniec

Komentarze

Ciekawa historia, chociaż wolno się rozkręca i początek o tych strasznych bagnach warto, IMO, skrócić. Zgrabne nawiązanie do znanej baśni.

Niestety, wszystko to skrzywdzone wykonaniem.

Sporo błędów ortograficznych, i to nie tylko związanych z pisownią łączną/ rozłączna. Interpunkcja leży i kwiczy. Garść literówek. Czasami gramatyka się rozjeżdża albo coś innego zgrzyta.

Mityczna panacea?

Panacea to liczba mnoga.

– Waż na słowa nowicjuszu.

Czy ta forma tutaj pasuje? BTW, przecinek po “słowa”. Wołacze, Rybakusie, oddzielamy przecinkami od reszty zdania.

Druga młoda, piękna i naga, rządna i nienasycona znająca ludzkie słabości i pragnienia.

Sprawdź w słowniku, co znaczy "rządna”. Możesz się zdziwić.

Ścieszka potępionych ciągnęła się aż po mury daleko widocznego Readven.

Paskudny ortograf.

W końcu się udało i ojciec trafił go z łuku. Dostał w tętnicę i szybko się wykrwawiał.

Kto dostał, ojciec? Podmiot uciekł.

które są istotami lubieżnymi i maja w sobie wrodzoną i niezaspokojoną rządze chuci,

Ortograf.

– Bo co, karzesz mnie spalić?

I tu też.

– Nie wszyscy, którzy ubierają czerwony płaszcz są źli

Ubrań się nie ubiera.

Ten wytrącił jej nuż rąk,

Na pewno nuż?

Babska logika rządzi!

Ucieszyłam się, Rybakusie, bo myślałam, że Odcienie szarości są kontynuacją Ziarna nienawiści, ale okazało się, że była to radość przedwczesna, bo poza Gregorem, chyba nic obu historii nie łączy. I choć nie mogę nie docenić pomysłu, to muszę wyznać, że całą przyjemność lektury zniweczyło fatalne wykonanie. Niełatwo czytało się nadmiernie rozwleczony początek, któremu bardzo przydałoby się dopracowanie i usunięcie wielu powtarzających się informacji, jeszcze trudniej było przebrnąć przez resztę tekstu niezwykle gęsto usianego wszelkimi błędami i usterkami, że o potraktowanej po macoszemu interpunkcji i nie najlepiej skonstruowanych zdaniach nie wspomnę.

Najbardziej podoba mi się ilustracja. ;)

 

któ­rzy wra­ca­li lecz cał­ko­wi­cie od­mie­nie­ni. Silni mło­dzi męż­czyź­ni po­wra­ca­li roz­trzę­sie­ni… –> Powtórzenie.

 

Wszyst­ko to przy­pi­sa­no ogni­kom, de­mo­nom i wszel­kie­mu in­ne­mu dia­bel­stwu lu­bu­ją­cym się w czer­wo­nym ko­lo­rze ba­gien. –> Wszyst­ko to przy­pi­sa­no ogni­kom, de­mo­nom i wszel­kie­mu in­ne­mu dia­bel­stwu, lu­bu­ją­cemu się w czer­wo­nym ko­lo­rze ba­gien.

 

Tak, prze­klę­te mo­cza­ry jak żadne inne po­sia­da­ły mocno rdza­wy kolor. –> Tak, prze­klę­te mo­cza­ry, jak żadne inne, miały mocno rdza­wy kolor.

 

męż­czy­zna ten nie był zwy­kłym ry­ce­rzem. Był ry­ce­rzem za­kon­nym. Bar­dzo waż­nym ry­ce­rzem za­kon­nym. Był in­kwi­zy­to­rem. –> Byłoza i powtórzenia.

 

a jego wy­so­kie, skó­rza­ne buty z cho­le­wa­mi… –> Czy mogą istnieć wysokie buty bez cholew?

 

na­tra­fił w końcu na mokrą, bladą twarz mło­de­go chło­pa­ka o ja­snych wło­sach. –> Chłopak jest młody z definicji.

 

Zaraz ci coś zro­bię, jeśli zaraz nie prze­sta­niesz! –> Powtórzenie.

 

– Masz na myśli pa­na­ceum? Mi­tycz­na pa­na­cea? –> Panaceum jest rodzaju nijakiego, więc: Mi­tycz­ne pa­na­ceum? Lub: Mi­tycz­ne pa­na­cea?

 

My­ślisz ze ci uwie­rzę? –> Literówka.

 

zdra­dził je­dy­ną osobę, która była wsta­nie pomóc jego ojcu. –> …zdra­dził je­dy­ną osobę, która była w sta­nie pomóc jego ojcu.

 

– Po­wiedz le­piej jak ci na imię po­szu­ki­wa­czu pa­na­ceum?

– Eryk, panie – od­po­wie­dział blon­dyn po­chy­la­jąc się nie­zdar­nie.

– Eryk. Mów mi Gre­gor. –> Obawiam się, że to mało prwdopodobne, aby rycerz-inkwizytor tak się pospolitował z pierwszym lepszym młodym chłopem.

 

– Drugi dzień – od­parł Eryk pod­no­sząc oczy znad pal­ców. – Wczo­raj no­co­wa­łem

w mie­ście, a rano przy­sze­dłem z po­wro­tem. –> Zbędny enter.

 

chciał, by owa dzi­wacz­na ro­śli­na wy­ro­sła w jego umy­śle i za­czę­ła na­kła­niać do po­dzi­wia­nia jej nie­co­dzien­ne­go wy­glą­du. –> …do po­dzi­wia­nia swego nie­co­dzien­ne­go wy­glą­du.

 

Z bez­piecz­nej od­le­gło­ści, za kępy traw przy­glą­da­ła się im mała wydra. –> Z bez­piecz­nej od­le­gło­ści, zza kępy traw

 

Z do­bie­ga­ją­cych do nich od­gło­sów wy­wnio­sko­wać można było, że zbli­ża się do nich grupa… –>

Powtórzenie.

 

po ja­kimś cza­sie z po­mię­dzy drzew… –> …po ja­kimś cza­sie spo­mię­dzy drzew

 

– Licho wie coś cię za jedni i czy nie za­mier­za­cie zaraz uciec! –> – Licho wie coście za jedni

 

Gre­gor spoj­rzał na Eryka i za­sta­no­wił się przez chwi­le. –> Literówka.

 

To nie nie­głu­pi po­mysł. –> Raczej: To nie­głu­pi po­mysł. Lub: To nie jest ­głu­pi po­mysł.

 

uka­za­ła się mała, sa­mot­na chłop­ska chata z nie­wiel­ką za­gro­dą we­wnątrz, któ­rej pasło się le­ni­wie osiem koni. –> Wyobraziłam sobie zagrodę wewnątrz chaty.

uka­za­ła się mała, sa­mot­na chłop­ska chata z nie­wiel­ką za­gro­dą, we­wnątrz któ­rej pasło się le­ni­wie osiem koni.

 

Nikt po za chło­pem za­miesz­ku­ją­cym tę chatę nie chciał mie­szać tak bli­sko prze­klę­tych mo­kra­deł. – Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Nikt, poza chło­pem żyjącym w tej chacie, nie chciał mie­szkać tak bli­sko prze­klę­tych mo­kra­deł.

 

Po za tym konie wy­czu­wa­ły aurę mo­kra­deł… –> Poza tym konie wy­czu­wa­ły aurę mo­kra­deł

 

chłop opie­ko­wał się końmi do czasu po­wro­tu jego wła­ści­cie­la. –> …chłop opie­ko­wał się końmi, do czasu po­wro­tu ich wła­ści­cie­la/ właścicieli.

 

widać wy­cze­ki­wał ich z nie­cier­pli­wo­ścią. Gdy tylko ich za­uwa­żył… –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

wstał i pod­pie­ra­jąc się na wła­sno­ręcz­nie wy­stru­ga­nej li­po­wej lasce pod­szedł do brzo­zo­we­go płotu. –> Raczej: …wstał i pod­pie­ra­jąc się wła­sno­ręcz­nie wy­stru­ga­ną li­po­wą laską, pod­szedł do brzo­zo­we­go płotu.

Podpieramy się czymś, na czymś można się oprzeć.

 

– Och! Wiel­moż­ni pa­no­wie! – za­wo­łał do nich sła­bym gło­sem. –> Skoro słabym głosem, to chyba nie mógł wołać.

 

Gre­gor od­chrząk­nął za­uwa­żyw­szy po­wtó­rzo­ne przez niego zda­nie. –> Raczej: Gre­gor od­chrząk­nął, usłyszawszy powtórzone własne zda­nie.

 

Wiedź­cie jed­nak, że in­kwi­zy­cja do­ce­nia wasze po­świę­ce­nie dziad­ku… –> Wiedzcie jed­nak, że in­kwi­zy­cja do­ce­nia wasze po­świę­ce­nie, dziad­ku

 

Zje­dzo­ne przez ba­ba-ja­gę zo­sta­ją. –> Zje­dzo­ne przez ba­bę-ja­gę zo­sta­ją.

 

Z po­wo­du dwóch pie­szych wę­drow­ców przez pe­wien czas droga do mia­sta dłu­ży­ła się im nie­mi­ło­sier­nie. –> Czy nie było możliwości, aby na dwóch najsilniejszych koniach siedziało po dwóch jeźdźców?

 

I jakoś szcze­gól­nie tego nie ukry­wa– po­my­ślał Gre­gor. –> Brak spacji przed półpauzą.

 

po­wrót no­wi­cju­szy nie wzbu­dził w tu­tej­szej lud­no­ści więk­sze­go za­in­te­re­so­wa­nia. Widać no­wi­cju­sze mó­wi­li praw­dę… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

twój wczo­raj­szy wywód „Pod ku­la­wym osłem… –> …twój wczo­raj­szy wywód „Pod Ku­la­wym Osłem

 

klasz­tor kla­re­sty­nów na­le­żą­cy od pię­ciu lat do in­kwi­zy­cji. Klasz­tor do któ­re­go zmie­rza­li był dumą ca­łe­go mia­sta. Wiel­kość bu­dow­li i trud wło­żo­ny w jej po­wsta­nie po­tra­fił zro­bić nie­ma­łe wra­że­nie. Ze­spół klasz­tor­ny… –> Powtórzenia.

 

Opa­sa­ją­ce kom­pleks grube wy­so­kie mury… –> Czy mury tuczyły kompleks?

Proponuję: Otaczające/ Opa­su­ją­ce kom­pleks grube wy­so­kie mury

 

Nie czę­sto gosz­czą u nas takie zna­ko­mi­to­ści… –> Nieczę­sto gosz­czą u nas takie zna­ko­mi­to­ści

 

ka­pi­tu­la­rza z kil­ko­ma szczu­pły­mi ko­lum­na­mi… –> Raczej: …ka­pi­tu­la­rza z kil­ko­ma smukłymi ko­lum­na­mi

 

zgro­ma­dzo­na była po­kaź­na grup­ka ludzi. –> Jeśli grupka, to nie pokaźna. Grupka jest mała z definicji.

 

oczy mło­dzień­ca zło­wro­go i prze­ni­kli­wie za­mia­ta­ły salę…–> Raczej: …oczy mło­dzień­ca zło­wro­go i prze­ni­kli­wie o­mia­ta­ły salę

 

Wą­skie usta po­mi­mo wy­krzy­wia­nia się w obu­rzo­nym gry­ma­sie w żaden spo­sób… –> To nie grymas był oburzony, a Johann.

Proponuję: Wą­skie usta po­mi­mo wy­krzy­wia­nia się w grymasie obu­rzenia, w żaden spo­sób

 

Grim­m­belt po za szla­chec­ki­mi ry­sa­mi twa­rzy… –> Grim­m­belt, poza szla­chec­ki­mi ry­sa­mi twa­rzy

 

bo prze­cież prze­wo­dzę tą zgra­ją! –> …bo prze­cież prze­wo­dzę tej zgra­i! Lub: …bo prze­cież kieruję tą zgra­ją!

 

Za dzie­sięć koron wie­śnia­ki od­da­dzą wam ba­cho­ry… –> Za dzie­sięć koron wie­śnia­cy od­da­dzą wam ba­cho­ry

 

Grim­m­belt stał przez chwi­le szcze­rze za­sko­czo­ny… –> Literówka.

 

Po za tym jeśli po­ka­że­my ska­zań­com… –> Poza tym jeśli po­ka­że­my ska­zań­com

 

Ilu wśród zła­pa­nych oka­zu­ję się być nie­win­nych? –> Literówka.

 

Na­pię­cie w Sali cią­gle na­ra­sta­ło… –> Dlaczego wielka litera?

 

Każde po­tknię­cie ze stro­ny Jo­han­na mogło kosz­to­wać go utra­tę mo­ra­li. –> Morale nie odmienia się, więc: …mogło kosz­to­wać go utra­tę mo­ra­le.

 

– Cho­ciaż, przy­zna­ję, że nie ko­niecz­nie je­stem zwo­len­ni­kiem… –> – Cho­ciaż, przy­zna­ję, że nieko­niecz­nie je­stem zwo­len­ni­kiem

 

Chęt­nie się z niej uwol­nięi wy­pi­je… –> Brak spacji. Literówka.

 

W naj­ciem­niej­szym kon­cie na sta­rym, dę­bo­wym, zdo­bio­nym kre­den­sie… –> Było to zapewne bardzo tajne konto.

W naj­ciem­niej­szym ką­cie na sta­rym, dę­bo­wym, zdo­bio­nym kre­den­sie

 

Gre­gor się­gnął po sto­ją­cą przy sto­li­ku ka­raf­kę. –> Czy karafka nie stała raczej na stoliku?

 

Oskar­żasz mnie bez­dusz­ność… –> Oskar­żasz mnie o bez­dusz­ność

 

opo­wiem ci hi­sto­rii przez, przez którą je­stem w tym miej­scu. –> Literówka. Dwa grzybki w barszczyku.

 

wy­bie­głem z chaty i bie­głem przed sie­bie… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

a może zwy­czaj­nie mi­nę­ło tyle czasu i chata zwy­czaj­nie spróch­nia­ła… –> Powtórzenie.

 

Dwie grupy no­wi­cju­szy opu­ści­ło Re­adven… –> Mówisz o grupach, a te są rodzaju żeńskiego, więc: Dwie grupy no­wi­cju­szy opu­ści­ły Re­adven

 

Zła­ma­ne pra­gną się od tego uwol­nić, a ich ra­tun­kiem mają być pło­mie­nie. Tylko jedna jesz­cze wal­czy. Dla­cze­go? Pew­nie zła­pa­li ją dość wcze­śnie i nie zdą­ży­ła prze­żyć tego co inne. – Raczej: Pew­nie zła­pa­li ją dość późno i nie zdą­ży­ła prze­żyć tego, co inne.

 

Ko­bie­ty, które są isto­ta­mi lu­bież­ny­mi i maja w sobie wro­dzo­ną i nie­za­spo­ko­jo­ną rzą­dze chuci… –> Literówki. W tym przypadku żądzachuć znaczą to samo, więc albo …niezaspokojoną żądzę… albo …niezaspokojoną chuć

 

Spół­ku­ją z czar­ta­mi i de­mo­na­mi wy­da­jąc ze swych lę­dź­wi zło na świat. –> Czy kobiety mogą  wydać na świat coś ze swych lędźwi?

 

– Za­mknij się dia­bel­ska kurwo! – nie ogra­ni­czał w sło­wach opat. –> …nie ogra­ni­czał się w sło­wach opat.

 

Nie wie­rzę, że robię. –> Nie wie­rzę, że to robię.

 

Kiwną głową po czym zwró­cił się… –> Kiwnął głową po czym zwró­cił się

 

Gość jest upar­ty co do­wiódł nie­jed­no­krot­nie… –> Gość jest upar­ty, czego do­wiódł nie­jed­no­krot­nie

 

Po za tym nie wi­dzisz… –> Poza tym nie wi­dzisz

 

Z cała pew­no­ścią Grim­m­bel­to­wi nie spodo­ba­ło się–> Literówka.

 

Od­po­wiedz jak się cie­bie pytam! –> Od­po­wiedz, jak cię pytam!

 

– Nie wszy­scy, któ­rzy ubie­ra­ją czer­wo­ny płaszcz są źli… –> W co ubierają czerwony płaszcz?

Płaszcz, tak jak inną odzież, można włożyć, założyć, przywdziać, odziać się weń, ubrać się weń, wystroić, ale nie można płaszcza ubrać.

 

–Gre­gor, ile w tobie jest czer­ni? –> Brak spacji po półpauzie.

 

Bo wiem, co ro­śnie na tych ba­gnach co wszy­scy się boją. –> Bo wiem, co ro­śnie na tych ba­gnach, których wszy­scy się boją.

 

Ten wy­trą­cił jej nuż rąk, ale wiedź­ma bała nad­ludz­ko silna… –> Ten wy­trą­cił jej nóż z rąk, ale wiedź­ma była nad­ludz­ko silna

 

Za­ci­snę­ła w że­la­znym uści­sku palce jego na szyi. –> Raczej: Za­ci­snę­ła w że­la­znym uści­sku palce na jego szyi.

 

Czuł złość, ad­re­na­li­nę i sa­tys­fak­cje. –> Nie wydaje mi się, aby którykolwiek z bohaterów tego opowiadania wiedział, co to adrenalina.

 

o ścia­ny i pod­ło­gę. Gdy jeden ze sło­jów głu­cho ude­rzył o pod­ło­gę… –> Powtórzenie.

 

Piw­ni­ca do któ­rej pro­wa­dzi­ła klapa w kon­cie chaty. –>  Piw­ni­ca, do któ­rej pro­wa­dzi­ła klapa w ką­cie chaty.

 

In­kwi­zy­tor zo­ba­czyw­szy to nie wy­trzy­mał i prze­klną. –> In­kwi­zy­tor, zo­ba­czyw­szy to, nie wy­trzy­mał i prze­klął.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czyta się nieźle przez akcję wartką.

Ale strasznie bije po oczach ten “blondyn”, “banalność” i mnóstwo bardzo współczesnych zwrotów, pośród stylizowanej mowy.

W ogóle tego “blondyna” za wiele, bo zaczynasz traktować go jak określenie Eryka, mógłbyś użyć chociażby: “towarzysz”, nie mówiąc o “młokosie”.

 

Postacie rozmawiają ze sobą bardzo łopatologicznie. A naprawdę nieprzekonująco przedstawia się scena spotkania dwóch inkwizytorów. Gospodarz jest aż za bardzo cyniczny. Powinien raczej się ukrywać z takimi przekonaniami. Bardziej pospolite jest szukanie winy w drugim, niż przyznawanie do własnej nieprawości. A tu wiadomo od razu, że mamy do czynienia ze zrzuceniem winy na przypadkowe dzieci. Nieprzekonujące.

A tuż później przybysz łaje gospodarza, wśród jego własnych ludzi. To nie do pojęcia. Tym bardziej, że niewiele później słyszymy, że gość nie ma prawa narzucać woli gospodarzowi. Jeśli już powinny paść jakieś pouczenia, to na boku i ubrane w pochlebstwa.

Także więcej subtelności przydałoby się w opowiadaniu o przyczynach okrucieństwa lokalnego inkwizytora. Jak już musi przedstawić własną historię, to niech nie zaczyna od tego, że sam doznał krzywdy od magicznych. Niech opowiada, jakby wydarzenie przytrafiło się komuś obcemu, a później po wychrypianym pytaniu: – To ty byłeś tym chłopcem?, tylko wina się napije lub popatrzy bez słowa. Bo gadanie tu brzmi słabo.

A te biele, czernie i szarości brzmią zbyt natrętnie. To za łatwe określenia.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

O kontynuacji “Ziarna” nie zapomniałem. Cały czas mam je w głowie i fragmentarycznie w notatkach. Jest to dość obszerna i złożona opowieść. Nie chciałbym jej tak “skrzywdzić” warsztatowo. I chyba musi minąć jeszcze trochę czasu zanim będę gotowy zmierzyć się z tą historią.

Dziękuję za wyrozumiałość i cierpliwość. Biorę to wszystko na klatę, poprawiam tekst i dalej pracuję nad sobą. Mam nadzieję, że zaowocuję to w przyszłości dziełem pozbawionym tak rażących błędów.  Opowiadaniem, z którego nie tylko ja będę naprawdę dumny, ale i Loża kiedy przypomni sobie jak zaczynałem. 

Mam też pytania. Proszę je zrozumieć jako chęć zrozumienia pewnych spraw, a nie pretensjonalne czepialstwo. Dlaczego w dziele fantasy nie mogę używać wyrażeń stosowanych współcześnie? Nie pasują? Jest to jakaś reguła? Rozumiem, gdyby akcja toczyła się w “naszym” świecie (fantastyka historyczna) i ulokowana była w konkretnych realiach czasowych, ale historia, którą ukazuję nie ma miejsca w żadnym z istniejących światów. Jest tworem mojej wyobraźni. Rzeczywistość, która tyko zapożycza pewne elementy od tej prawdziwej (miecze zbroje, brak motoryzacji). Czy w takim razie narrator opisujący np. osobę chorą ma raka nie może nazwać wprost tej choroby, tylko kręcić w stylu “tajemnicza choroba, która trawi ofiarę od wewnątrz”? 

Panacea to nazwa rośliny, nie liczba mnoga od panaceum….

Wspomniana byłoza i powtórzenia w tym jednym miejscu były zabiegiem celowym. Mam tego unikać? 

To już kwestia, co komu zgrzyta. Ale jeśli zależy Ci na imersji, to unikaj zbyt współczesnych słów. Jeśli w Twoim świecie medycyna jest na poziomie znachora i zielarki, to narrator mówiący coś o nowotworze złośliwym albo przerzutach wywoła niekorzystne reakcje. Jeśli masz epokę brązu, to raczej nie wypada wspominać o stali i karabinach.

Aha, jeśli to wymyślony świat, to IMO nie powinieneś używać metrów ani żadnych pochodnych – to bardzo ziemska miara.

Babska logika rządzi!

Finkla. Dziękuje za odpowiedz. W ostatnim zdaniu wyczuwam (może błędnie, jeśli tak to przepraszam) drobną złośliwość, a już na pewno czepliwość. Zapytałem się poważnie… Oczywiście mogę nie stosować znanych jednostek miary, ale po to je umieszczam, by odbiorca mógł sobie wyobrazić odległości w opowiadaniu. Mogę stworzyć własną np. cendel, lecz to nikomu nic nie powie… Takim tokiem rozumowania łatwo wpaść w skrajność i niepotrzebnie utrudnić sobie życie, bo jeśli miary to też nazwy drzew, które wymieniłem, to narzędzia, zwierzęta…

Może się mylę, jeśli tak to bardzo proszę o sprostowanie.

Nie, to nie złośliwość. Może czepialstwo, ale wydaje mi się uzasadnione – metr został wymyślony w wyniku Rewolucji Francuskiej i zrywania ze starym światem. Miesiące też powymyślali sobie nowe, ale to się akurat nie przyjęło. Metr jest ściśle związany z Ziemią – pierwotnie został zdefiniowany jako jedna iluś-tam-milionowa część południka przechodzącego przez Paryż. Tak naukowo i nowocześnie, a nie żadne łokcie czy stopy, u każdego inne. Ale jeśli w Twoim świecie nie było Rewolucji Francuskiej albo promień planety jest nieco inny… To zawsze taka jednostka nie będzie mi pasować do tego świata.

Babska logika rządzi!

Nie stosuję metra w tym opowiadaniu. Jeśli jest tam słowo “metr” to jest ono tam przez moją omyłkę. Są tam sążnie i stopy właśnie.

No i OK. To są uniwersalne, antropogeniczne miary. Tak ogólnie pisałam, niekoniecznie o tym tekście.

Babska logika rządzi!

To przepraszam, nie zrozumiałem. Będę uważał na to w przyszłości.

Sporo błędów wyłapali, mnie parę innych rzeczy związanych z wykonaniem też uderzyło (jak pierwszy opis Gregora, który idzie w stronę “byłozy”). Ale sama historia przyjemna, odpowiednio mroczna, ale dzięki Bogu nie “mhroczna” ;) Postać Gregora przypadła mi do gustu, podobnie jak jego znajomość z Erykiem.

Słabo jednak zabrzmiało charakterów skonfrontowanie wiedźmy-potwora z nadgorliwym inkwizytorem. Ten drugi dostał własną możliwość wytłumaczenia przez historię z siostrą. Ta pierwsza zaś pojawia się pod koniec i nie dostaje takiej szansy. Jest po prostu potworem – pewnie taki był zamysł, ale miałem wrażenie, że dałoby się z tego wycisnąć coś więcej.

Podsumowując: wykonanie kuleje, ale spodobał mi się tworzony klimat i postacie. Stąd daję klika temu koncertowi fajerwerków ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

No i gdzie ten klik? ;-)

Babska logika rządzi!

Esz, zauważyłem brakujący komentarz w opowiadaniu Lycoris i zapomniałem kliknąć tutaj. Dzięki, Finklo! ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka