- Opowiadanie: bednar94 - W świetle księżyca

W świetle księżyca

Pierwsze z opowiadań o Strażnikach – ludziach o niezwykłych zdolnościach, żyjących w rozdarciu między dwoma światami.

W serii opowiadań, nad którą pracuję, staram się połączyć to co w fantastyce lubię najbardziej. Samo pisarstwo traktuje hobbystycznie.

Zapraszam do lektury i do wyrażania opinii. Każda wskazówka i konstruktywna krytyka mile widziana :)

Oceny

W świetle księżyca

-Na dziś to wszystko. W przyszłym tygodniu omówimy normy materialne i

proceduralne. – Podniósł wzrok na studentów, wyraźnie zadowolonych z faktu, że odbębnili już swoje.

Część osób opuściła już salę. On zdążył poukładać kartki w należytym porządku i spakować mały stos ciężkich, kolorowych książek w twardych oprawach. Zbliżając się do drzwi, kilku studentów rzuciło krótkie „do widzenia”, inni posłali wzrok pełen nienawiści, na co Antek odpowiadał uśmiechem. Ktoś nawet powiedział „do widzenia panie profesorze i miłego weekendu”. „Prymus albo nieuk”, pomyślał .

Przed wyjściem wszedł jeszcze do łazienki. Spojrzał w lustro i zadumał się nad sobą, opierając dłonie o umywalkę. Duży, haczykowaty nos zajmował sporą część jego szczupłej, podłużnej twarzy. Nie przepadał za nim, ale pewnego dnia doszedł do wniosku, że zostaną kumplami, bo nie było innego wyjścia. Niebieskie, głęboko osadzone oczy rozmazywały się w zaparowanym odbiciu a blada cera sprawiała, że wyglądał na wyjątkowo zmęczonego. Znajomi często pytali czy w ogóle sypia.

Zbiegł po piaskowych schodach i skierował się do wyjścia. Gdy łapał za zimną klamkę ciężkich, drewnianych drzwi, zatrzymał go gruby głos. Dobrze wiedział do kogo należy i nie mógł przed nim po prostu zwiać. Oparty o parapet, przy szatni stał wysoki facet, o niemal idealnie okrągłym brzuchu i szerokich barach. Guziki ciemnozielonego munduru sprawiały wrażenie, jakby miał za chwilę wystrzelić w powietrze. Zza grubych szkieł okularów, świńskie oczka wyglądały na jeszcze mniejsze niż faktycznie były, a gęste wąsy żyły chyba własnym życiem. Mocno posiwiałe włosy oznaczały, że mężczyzna nie należał już do najmłodszych.

-Hej Antoś, jak tam? Jakieś plany na dzisiaj, jakieś zebrania? – zagrzmiało głosisko.

Był to nie kto inny, jak stary Mirogord, członek straży akademickiej, który jako jeden z nielicznych ludzi wiedział o wszystkim, co dzieje się pod lodowatą, kamienną podłogą, na której właśnie stali.

-Wiesz Mirze. – W ten sposób nietypowe imię zdrabniali wszyscy jego znajomi – Czwartek to dla mnie koniec z uczelnią na ten tydzień. Umówiłem się… Sam wiesz z kim. Askaniusz chciał, żebym rzucił okiem na coś, co wpadło mu niedawno w ręce. Cafe Moon czeka. Jeśli to faktycznie coś ciekawego, spędzę pewnie nad tym cały weekend.

-No jasne, sprawy Strażników – odparł Mirogord kręcąc siwymi wąsiskami – To może być coś poważnego. Gdybyś potrzebował pomocy, to wiesz, że możesz na mnie liczyć… Choć nie pochwalam spotkań z tym narwańcem. To wariat.

-Wiem wiem, ale czasami i tacy są potrzebni. Pewnie wpadnę tu jutro po kilka książek, może pomożesz mi coś dobrać? Mogą się przydać, jeśli to faktycznie coś wartego uwagi. – Antek wykrzywił twarz w grymasie, który docelowo miał być uśmiechem.

Chciał urwać temat swojego spotkania. Wolał, żeby nikt więcej się nie dowiedział.

-Nie zatrzymuję cię, leć. W razie czego wiesz gdzie mnie szukać. Do zobaczenia! – Podali sobie ręce i odwrócili się, by pójść w swoje strony.

Mirogord należał do bardzo nielicznego grona osób, które będąc zwykłymi ludźmi, wiedziały naprawdę wiele o świecie Strażników, o ich roli i odpowiedzialności jaka na nich ciąży. Swój brak zdolności do opanowania żywiołów, czego próbował nie raz, nie dwa, nadrobił zdobywając mnóstwo wiedzy dotyczącej starych rytuałów i artefaktów oraz wszelkiej maści stworzeń – od leśnych, przez wodne, aż po same upiory. Poza tym świetnie znał budynek. Głębokie i tajemnicze piwnice Warszawskiej Politechniki nie miały przed nim żadnych tajemnic. Wielki Kongres Strażników nadał mu nawet oficjalne prawa Strażnika przez poziom osiągniętej wiedzy i pomoc jakiej nieraz udzielił potrzebującym.

Antek w końcu znalazł się na zewnątrz. Dzisiejszy wieczór był naprawdę zimny, być może za sprawą zupełnie bezchmurnego nieba. Włożył ręce do kieszeni, żeby znaleźć słuchawki. W każdej z nich przewalała się mniejsza lub większa ilość grubszego lub bardziej sypkiego piachu. Był w końcu Strażnikiem ziemi. Po dłuższej chwili palce odnalazły plastik. Rozplątał kable i ruszył w stronę metra, słuchając Rolling Stonesów – jego ulubionej kapeli.

Zbiegł schodami do podziemi, podśpiewując „Paint it black” i udając grę na perkusji. Wyjął kartę, machnął i przeszedł przez srebrne, metalowe bramki, prosto na stację metra. Było tam mnóstwo ludzi, cały tłum. O tej godzinie to zupełnie normalne zjawisko. „Dobrze, że nie Wierzbno”, pomyślał.

Podróż minęła szybko, ale Antek i tak miał już dosyć. Warunki zmuszały go do przytulania się do o głowę wyższego, brzuchatego pana o świdrującym wzroku, podczas gdy z drugiej strony, jakaś młoda dziewczyna postanowiła sprawdzić wytrzymałość jego żeber na ataki ze strony jej łokcia.

Wybiegł ze stacji Pole Mokotowskiej i już za chwilę przechodził pod bladym, niebieskim szyldem, na którym widniał napis „Cafe Moon”.

W środku panował półmrok a w tle słychać było „Goniąc kormorany”. Antek wiedział, że właściciel ceni sobie starą, polską muzykę. Spokojne i melodyjne piosenki były absolutnym zaprzeczeniem jego charakteru i temperamentu.

Było tu raczej ciasno. Miejsce zyskało sobie stałych klientów, którzy na każdego nowego przybysza patrzyli niezbyt przyjaźnie. Kilka stolików, wysoki parapet przy oknie i długi bar – to wszystko z czego składała się kawiarnia. Tu i tam było trochę kurzu, ale nikomu to nie przeszkadzało. Nikt nie zwracał uwagi na niedociągnięcia, póki sam właściciel nie zwracał uwagi na, to o czym się tu rozmawia i po co się tu przychodzi. Cichy układ, który każdy szanował. Poza tym, obowiązkowym dodatkiem do wszelkich tutejszych spotkań lub samotnych chwil była filiżanka porządnej, czarnej jak smoła kawy.

Antek minął kilka kiczowatych gadżetów: złotego, azjatyckiego kotka, machającego łapką, zegar chodzący do tyłu, prawie strącił solniczkę w kształcie banana, zastanawiając się przy okazji kto wpada na takie pomysły. Askaniusz zauważył go już z daleka i ryknął:

-W końcu dotarłeś, co tak długo? Co słychać? – można było odnieść wrażenie, że od jego głosu drżały szyby. Nie było to jednak dziwne. Askaniusz był potężnym facetem, o bardzo solidnej budowie ciała. Przypominał właściwie kupę mięśni z głową o długich, jasnych włosach, zaplecionych w warkocz. Jego czarne jak dwa węgle oczy były przenikliwe a wzrok chwilami trudny do zniesienia. Antek twierdził, że gdyby reinkarnacja była potwierdzona naukowo, to najmniejszym zwierzęciem w jakie mógłby przekształcić się Askaniusz, byłby żubr. Dorodny.

-Dopiero uciekłem z uczelni i mało mnie nie potrącili. Gdybym miał zginąć pod samochodem, to z pewnością wybrałbym inny. Sportowy jakiś – powiedział Antek półżartem i dodał – No co tam dla mnie masz, co ci wpadło w ręce tym razem?

-Spokojnie chuderlaczku. – Askaniusz uwielbiał nadawać Antkowi prześmiewcze przezwiska. Błędem byłoby jednak, gdyby ktokolwiek inny nazwał go tak w jego obecności – Najpierw opowiesz mi co u was słychać a ja zrobię ci kawy, co ty na to?

-Dobrze wiesz, że nie powinniśmy o tym rozmawiać… Ale skoro proponujesz sprawiedliwy układ, to może zamienimy kilka słów – odparł Antek i zajął miejsce przy barze.

Askaniusz odwrócił się i zajął się wielkim, błyszczącym ekspresem. Nad jego głową wisiały kieliszki do wina, choć tych było tu raczej niewiele. Znacznie częściej goście prosili o coś mocniejszego. Antek rozejrzał się jeszcze raz dookoła. Lubił patrzeć na ludzi przechadzających się na zewnątrz, kiedy on sam był w ciepłym pomieszczeniu. Zmarznięci, otulali się płaszczami, gdy on rozkoszował się gorącem starych, żeliwnych kaloryferów. Żwawym krokiem przemknęła elegancka pani w średnim wieku, jakiś facet powłóczył zmęczonymi nogami, szara postać przemknęła energicznie…

-Wiesz – zaczął powoli Antek. Byli przyjaciółmi i choć wbrew kodeksowi było mówienie o tym, co dzieje się wewnątrz Kręgu Strażników, to z Askaniuszem chętnie dzielił się niemal wszystkim. – U nas po staremu. Odkąd nastał pokój między wodnikami a utopcami, to nie ma zbyt wiele do roboty. A kiedy to było… Już ponad rok! Na zebraniach coraz mniej ludzi… Nie myślałeś o tym, żeby spróbować wrócić? Mógłbyś się przydać, coś by się znalazło. Ludzie zawsze są nam potrzebni. Nigdy nie wiadomo co będzie jutro.

-Wrócić? Nie… Dobrze mi z tym co mam. Czasem trafi się jakaś robota na mieście, małe spięcia – odpowiedział Askaniusz, kładąc nacisk na ostatnie słowa. – Lubię tę robotę. Tak samo jak to miejsce. Teraz to mój dom.

-Dobrze wiesz, że nie powinieneś tego robić. To głupota i ogromne ryzyko! Poza tym nasza rola to ochrona zarówno jednych jak i drugich. A nie działanie na czyjąś korzyść dla własnych interesów. Swoją inność możesz traktować jak chcesz. Jak przekleństwo albo jak dar. Ale naszym zadaniem jest chronić ludzi i wszystkie inne stworzenia. Od tego jesteśmy. Żyjemy pomiędzy dwoma światami i nic na to nie poradzisz…

-Chrzanić ludzi. Każdy z nich to tylko PESEL i kupa mięcha. Nie jestem im nic winien. Nie traktuję swoich umiejętności zero-jedynkowo. Ani to przekleństwo, ani okazja do niesienia pomocy. Wykorzystuję je tylko dla siebie. To nawet lepiej, żeście mnie wywalili. Nie muszę trzymać się tego całego kodeksu, nikt nade mną nie wisi, nikt nie kłapie dziobem. Święty spokój – syknął Askaniusz ze złością.

-Jasne, jak chcesz… Do niczego nie zamierzam Cię zmuszać. – Antek przełknął duży haust czarnej, gorącej kawy – Ale odkąd Cię nie ma, to nie znalazł się nikt, kto panowałby nad ogniem w takim stopniu. Po prostu… Ne zrób niczego głupiego. Masz talent do różnych rzeczy.

Zapadła chwila milczenia. Przyjaźnili się i potrafili sobie powiedzieć w twarz każdą prawdę. Antek jednak nigdy nie wybaczył Askaniuszowi, tego za co wyrzucili go z Kręgu. Owszem, zabicie dwóch leszych to nie lada wyczyn. Te potężne, leśne stworzenia, które przypominają są nazywane także panami lasu i potrafią zamieniać się w niedźwiedzia lub wilka. Kilka lat temu, podczas jednego ze spotkań Strażników z leszymi, należących do corocznego cyklu obrad, sytuacja nieco wymknęła się spod kontroli. W jej wyniku, z rąk Askaniusza zginęło dwóch leszych. Choć czyn ten robi duże wrażenie, to jego sprawcy nie mogła ominąć kara. Wielki Kongres Strażników wydalił Askaniusza z Kręgu, choć cały czas miał go na oku. Musiał działać ostrożnie.

Tymczasem lokal opustoszał i zostali w nim we dwóch. Askaniusz rzucił:

-Słuchaj no! Czasem zdarza się, że moje „dodatkowe zajęcie” przynosi dość nietypowe prezenty. Zazwyczaj to jakieś drobnostki, ale zdarzają się nawet wartościowe przedmioty. Często mogę je opchnąć komu innemu. Czarny ryneczek naszego światka przędzie całkiem nieźle. Za to się chyba jeszcze nie zabraliście, co? Cha cha!

Antek słuchał grzmiącego śmiechem przyjaciela upewniając się przy tym, że są zupełnie sami. Jedynie za szybą kręciło się trochę ludzi. A to jakaś stara kobieta, a to młody chłopak w zielonych, jarzeniowych dresach, a to szara postać stojąca z drugiej strony ulicy.

-Nie mów mi za dużo, bo będę musiał cię zgarnąć ze sobą! – odpowiedział żartem Antek, chcąc utrzymać luźną atmosferę – Czarny ryneczek… Jak usłyszałby to ktoś jeszcze, to moja służba straciłaby status czynnej. No dobra, co tam masz?

-Słuchaj, ostatnio kontaktował się ze mną taki jeden domowik, wiesz te owłosione kurduple ze spiczastymi uszami.

-Przecież wiem jak one wyglądają, sam mieszkam z jednym – wtrącił mu Antek.

-Jak będziesz taki ciekawski, to kociej gęby dostaniesz, dajże opowiedzieć po kolei – warknął Askaniusz, ale zaraz zaczął kontynuować – No i ten maluch, niezły z niego cwaniaczek swoją drogą, chciał ubić ze mną mały interes. Zapytałem o co chodzi, bo w gruncie rzeczy, dlaczego nie? On mi na to, że ma na pieńku z takim jednym bagiennikiem. Ja mówię, że to przecież całkiem miłe stworzonka, ale odpowiedział mi, że ten do najmilszych nie należy. No nic, są wyjątki, pomyślałem. Mały obiecał całkiem niezłą sumkę i bonus, no to się zgodziłem. Nie zadawałem za dużo pytań. Czasem lepiej ich nie zadawać.

– Ale chyba nie zrobiłeś czegoś idiotycznego za ten „bonus”, co? – zapytał Antek, wyrzucając z siebie, to co trapiło go najbardziej. Jako Strażnik, nie mógł pozwolić ani na zabicie jakiegokolwiek stworzenia przez człowieka, ani odwrotnie. Chociaż oba warunki bywały niekiedy trudne do spełnienia.

-Poszedłem do tego bagiennika, mieszkał całkiem blisko ludzi. Znalazłem go gdzieś w krzakach, po drugiej stronie Wisły. Na wysokości Poniatowskiego. Nie było łatwo, nieźle się krył skubany. Faktycznie, najmilszy nie był, to wziąłem go za łeb i pogroziłem trochę palcem przed oślizgłą gębą.

-To dziwne. – przerwał po raz kolejny Antek, drapiąc się po brodzie – Przecież one zazwyczaj są do rany przyłóż. Pomocne i pożyteczne. Wiedziałeś, że ich maź ma właściwości lecznicze? Trochę kiepsko pachnie…

-Nie pierwszy dzień mnie matka ziemia nosi! Przecież takie rzeczy się wie! Nieraz mnie taka maź ratowała. Ale słuchaj dalej! Oślizgły powiedział, że jak go zostawię w spokoju, ale dam dowód, że się z nim rozprawiłem, to on dorzuci coś od siebie i dostanę podwójną nagrodę. Niezły interes, pomyślałem i tak też zrobiłem. Zgarnąłem wszystkie fanty – zakończył Askaniusz.

-No dobra, ale co to…– wysyczał Antek zaciskając pięści, ale przerwał, gdy zobaczył kogoś wchodzącego do kawiarni

Obaj zmierzyli wzrokiem nowo przybyłego gościa. Człowiek w czarnej kurtce i okularach, o twarzy zbira z dwudniowym zarostem, zajął miejsce przy stoliku i wychrypiał:

-Czarną kawę proszę. I szklankę wody.

-Z taką klientelą trzeba być cierpliwym – szepnął Askaniusz i dodał – zaraz ci powiem co dalej.

Antek zapatrzył się na nieznajomego. Tamten wgapiał się w szybę, zupełnie jakby za oknem działo się coś ciekawego. Kogoś mu ten facet przypominał. Był prawie pewny, że gdzieś już widział tę twarz. I ten czarny melonik. Niecodzienne nakrycie głowy… Zauważył, że z drugiej strony ulicy nadal ktoś stał przy przejściu dla pieszych. Antkowi zdawało się, że to dokładnie ta sama osoba, co kilka minut wcześniej. Coś pchnęło go do tego, żeby to sprawdzić. Powiedział zatem przytłumionym głosem, nie odrywając wzroku od postaci:

– Czekaj na mnie zaraz przyjdę. – Po czym skierował się powoli w stronę wyjścia.

-Gdzie…? Gdzie leziesz? – odpowiedział Askaniusz i zmarszczył brwi – Jeszcze żeśmy nie dokończyli!

-Dobra, zaraz wrócę, chcę tylko coś sprawdzić! I tak jesteś zajęty. – Uciął dyskusję Antek machając energicznie dłonią.

Założył płaszcz i pchnął drzwi. Twarz owiało mu chłodne, wilgotne powietrze. Musiał zmrużyć oczy przez różnicę temperatur, ale nadal widział kogoś niemal naprzeciwko. Postać stała bez ruchu. Zupełnie jak posąg. Zastanawiał się czy nie ma omamów. Zdawało mu się, że ktoś patrzy wprost na niego, machnął więc ręką. Zero reakcji. Rozejrzał się dookoła. Ulice opustoszały.

Ruszył żwawym krokiem w stronę skrzyżowania. Włożył ręce do kieszeni i skulił się nieco. Zaczął odczuwać nieprzyjemny chłód, który zdawał się przeszywać go aż do kości. Jakby nawet nadzieja na odrobinę ciepła uciekła z ulic. Podniósł głowę i spojrzał na drugą stronę ulicy. Postać zniknęła. Mrugnął mocno oczami, przetarł je, ale… Rozpłynęła się jak zaczarowana.

-Super, zwariuj na koniec dnia, przygłupie… – szepnął do siebie, odwrócił się na pięcie i ruszył ponownie do kawiarni. Może w końcu dowie się, co takiego Askaniusz dostał od tego nietypowego bagiennika. Sami dali schronienie kilku z nich, w swojej siedzibie.

Chciał wrócić do ciepłego środka, ale nagle stanął jak wryty. Postać wcale nie zniknęła. Przeciwnie, znalazła się znacznie bliżej. W odległości piętnastu metrów naprzeciwko Antka, stała wyprostowana na chodniku. Wysoka, przeraźliwie chuda, jakby ktoś naciągnął szarą, wyblakłą skórę na szkielet. Wlepiała swoje wielkie, czarne ślepia w Antka. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji. Długie ręce sięgały niemal do ziemi, zakończone były czterema pazurami przypominającymi koślawe, powykręcane palce. Ciało miała miejscami zawinięte w podarte szmaty. Była bosa.

Antek ruszył powoli w jej kierunku, krok po kroku. Ta powoli się oddalała, cały czas bacznie obserwując. Odległość między nimi stopniowo się jednak zmniejszała. Stawiając coraz pewniejsze kroki, Antek szepnął:

-Księżyc… To zmora… Dlatego widziałem ją z tak daleka…

Zmora należała to rodziny upiorów. Nie była bardzo groźna, zabijała bardzo sporadycznie a jeśli już to tylko śpiące osoby. Żywiła się w końcu snami, pozostawiając przy tym najgorsze koszmary. Ale to nadal upiór. Trzeba ją przegonić. Pewnie mieszka w którejś z pobliskich piwnic. Antek widział takiego upiora tylko raz nie będąc we śnie. Przez sen ciężko nawet stwierdzić czy widzi się zmorę. Przybierają wtedy różne postacie. Słyszał kiedyś teorię, o której opowiadał mu Mir, że zmora ucieka po tym, jak się ją przeklnie. Warto było spróbować.

-Wynoś się stąd szujo! – ryknął Antek

Zmora cofała się powoli. Nie zanosiło się na to, żeby zamierzała uciec i schować się gdzieś, dając spokój okolicznym mieszkańcom.

-Szumowino! Gnido! Wynocha! – krzyczał Antek, ale na upiorze nie robiło to żadnego wrażenia.

Był już tak blisko potwora, że widział, jak w pustych, głębokich jak studnia oczach odbija się okrągły księżyc. Lodowate powietrze niosło ze sobą słodką, obrzydliwą woń. Zmora nadal cofała się na palcach, nie wydając z siebie żadnego dźwięku. Potrafiły poruszać się bezszelestnie. Na jego czole zaczął pojawiać się zimny pot a kończyny jakby powoli odmawiały posłuszeństwa.

Zmusił waciane nogi do działania i rzucił się do biegu. Zmora od razu zerwała się do ucieczki, poruszając się tak cicho, jakby lewitowała. Jeśli straci ją z oczu, to koniec. Długimi susami przebiegł kilkadziesiąt metrów widząc jak potwór się oddala. „Bez sensu”, pomyślał. „Nie złapię jej w ten sposób.”

Znajdowali się już przy kinie Iluzjon, kiedy zmora się zatrzymała. Odwróciła się powoli i zmierzyła Antka wzrokiem, przekrzywiając lekko głowę na bok. Jak zastanawiające się, dzikie zwierzę. Na jej ustach pojawił się paskudny uśmiech. Wąskie, czarne wargi rozciągnęły się od ucha do ucha ukazując szereg krótkich, spiczastych zębów. Wbiegła między drzewa. Skwer Słonimskiego.

Minął jasny, okrągły budynek. Fioletowy neon z dużym napisem „ILUZJON” migotał nieregularnie, rzucając siny blask na chodnik. Szedł powoli, ostrożnie stawiając każdy krok. Wiedział, że zmora gdzieś tu jest, gdzieś między drzewami. I nie mógł pozwolić, żeby uciekła.

Nagle, wychyliła przerażającą, wielką głowę zza jednego z drzew. Zrezygnowała z ukrycia, ukazując znów swoje szkaradne oblicze.

-Teraz nie uciekniesz. To nie jest miejsce dla ciebie – wychrypiał Antek i zacisnął pięści. Czuł jak nabierają wagi, jak twardnieją. Przeszło go uczucie gorąca, a on dał mu się porwać. Znał to bardzo dobrze. Kosztowało sporo energii, ale było konieczne. Zrzucił płaszcz i podciągnął rękawy. Jego ręce były większe, czarno-szare aż po same łokcie. Wyglądały jak lita skała. I były nią. Antek władał ziemią.

Ruszył biegiem na zmorę, zaciskając pięści jeszcze mocniej. Chciał być gotowy do wyprowadzenia ciosu. Jednego, ale skutecznego. Coś go jednak zatrzymało. Poślizgnął się na piachu, zostawiając za sobą krótki ślad. Zza drzew wychyliła się jeszcze jedna, podobna postać. I jeszcze jedna…

Były ich trzy. Zaczęły go otaczać. Wiedział już, że to będzie znacznie trudniejsze, niż myślał. Był w niebezpieczeństwie i nie mógł uciec – nie miał szans przeciwko tak szybkim stworzeniom. Na dodatek trzem. Jedyne co mu pozostawało to walka, choć szanse na wyjście cało były nikłe. Ale nigdy nie słyszał, żeby zmory działały w grupie. Były samotnikami.

Wyprostował się, zamknął oczy i skupił. Zmory ruszyły na niego z niesamowitą prędkością. Ponowna fala gorąca przeszła jego ciało. Otworzył oczy w samą porę, by zrobić szybki unik przed zataczają łuk, lodowatą ręką. Przykucnął i jak sprężyna wyskoczył do góry wyprowadzając kontratak – celny! Zmora zatoczyła się od siły ciosu i chrapnęła przeraźliwie, pokazując ostre zęby.

Druga z nich była tuż obok i rzuciła się na Antka. Ten szybko uskoczył w bok, jednak stwór odczytał ten ruch i prędko wyprowadził zabójczy atak, mierząc prosto w głowę. Antek zdołał się obronić, zasłaniając twarz ręką. Cios był jednak na tyle silny, że zachwiał się i cofnął o kilka kroków tracąc równowagę. Tymczasem dwa kolejne upiory już się zbliżały. Był w tarapatach.

Odskoczył na kilka metrów, szykując się do ofensywy. Miał tylko chwilę. Obniżył pozycję na nogach, stanął szeroko, wysuwając jedną dłoń do przodu. Znów zamknął oczy. Pozwolił, by energia przeszła go od stóp do głów. Z ogromną siłą uderzył pięścią w ziemię, z której z impetem wyrwał się twardy kamień wielkości ludzkiej głowy. Powiódł za nim wzrokiem, szybko obrócił się wokół własnej osi i uderzył opadający głaz prostym ciosem. Posłał go prosto w jedną ze zmór. Wielki pocisk trafił prosto w przerażającą twarz. Upiór padł.

W tej samej chwili jedna z bestii skoczyła w jego kierunku, łapiąc za ramiona. Ich chude szpony miały wyjątkowo dużo siły. Zdołał wyrwać jedną rękę i uderzyć skalistą pięścią w żebra. Zmora zawyła, kręcąc głową. Wzmocniła uścisk, kłapnęła zębami w powietrzu i zamachnęła się po chwili uderzając go w skroń. Cios był silny. Świat zawirował mu przed oczami. Był mocno zamroczony. Obraz się rozmazał…

Tymczasem druga kreatura już nadciągała. Wyskoczyła, przelatując kilka metrów. Wzięła zamach… Antek był przygotowany na najgorsze. Nie mógł nic zrobić.

Jasność…

Ujrzał coś bardzo jasnego. Jakby łunę. I przyjemne ciepło. Myślał, że to już koniec.

Jasna smuga światła śmignęła raz, drugi i trzeci. Ciepło przerodziło się w gorąco. Dokuczliwe, parzące skórę…

Otworzył oczy. Uścisk zniknął, zmora także. W głowie nadal huczało a obraz nie odzyskał pełnej ostrości. Ujrzał człowieka. Wirował jakby w dzikim tańcu, układzie, który doskonale pamiętał i nieraz powtarzał. Ręce i nogi poruszały się tak szybko, że trudno było za nimi nadążyć. Każdy z ruchów niósł ze sobą czerwony ślad w powietrzu. Postać, to się pochylała, to prostowała. Każdy ruch zdawał się być przemyślany. Był zawsze krok przed swoimi przeciwnikami. Wyglądało, jakby się z nimi bawił.

Antek powoli dźwignął się na nogi, które nie były mu do końca posłuszne. Chwiejnym krokiem, powoli ruszył w kierunku człowieka, który wyciągnął go z tarapatów. Wielka postać wyskoczyła wysoko w powietrze, obróciła się, zataczając przy tym szeroki łuk jedną z nóg. Kopnięcie poniosło za sobą gorącą wstęgę ognia, która trafiła prosto w jedną ze zmór. Ta upadła na ziemię bez ruchu. Druga uciekła w popłochu.

-Nie ma sensu jej gonić – wyszeptał Antek – Są za szybkie. Niech ucieka…

-Nie ma sensu jej gonić, bo trzeba ratować twój chudy tyłek – odpowiedziała postać, znajomym basem – Idziemy do mnie. Chodź, pomogę ci.

Ogromny człowiek podszedł do Antka i wziął go pod ramię. Z bliska był w stanie poznać, że był to Askaniusz. Ruszyli powoli w kierunku ulicy Narbutta.

-Jak mnie znalazłeś? Skąd wiedziałeś, że tu jestem…? – rzucił Antek

-Skąd wiedziałem? Chłopie darłeś się na całą ulicę! Wywaliłem tamtego gościa z kawiarni i pognałem za tobą. Jak widać dotarłem w samą porę. Trzy zmory? Co ci przyszło do głowy, żeby stawiać im czoła?! – odparł z pretensją w głosie Askaniusz.

-Była jedna… Na początku jedna… Potem więcej… – odpowiedział Antek słabym głosem. Zdał sobie sprawę, że wszystko stało się tak szybko – Przecież one nie atakują… Nie atakują, kiedy się nie śpi… I były aż trzy… Oby nikt z Kręgu się nie dowiedział….

-Dobra, już dobra – przerwał Askaniusz niecierpliwie – jak tylko będziemy w kawiarni, to dostaniesz trochę mazi i pogadamy. Oprzytomniejesz. I może nikt się nie dowie. Nigdy nie widziałem, żeby zmory się tak zachowywały… – dodał jakby do siebie.

– Ja też nie… Mówiłem, że to dziwne.

-Tak, wyjątkowo. Też nigdy nie spotkałem się z czymś takim. A niejedną historię słyszałem i niejedno przeżyłem.

Obaj zanurzeni w myślach o tym co przed chwilą miało miejsce, zmierzali powoli w kierunku kawiarni Askaniusza. Antek był wyczerpany i nie mogli się spieszyć. Minęli zielony kiosk i kilka sklepików.

Askaniusz zatrzymał się nagle, przez co Antek zachwiał się jak chorągiewka na wietrze. Ledwo złapał równowagę chwytając przyjaciela za ramię, po czym zapytał:

-Co jest? O co chodzi?

-Te zmory… To zachowanie nie mogło być przypadkowe. Atakowały w grupie. I wcale nie podczas snu. One czegoś chciały… – wydusił półgłosem Askaniusz, patrząc pustym wzrokiem przed siebie. Zupełnie, jakby nagle go olśniło.

-Ale czego… Czego one mogły chcieć ode mnie? – zapytał Antek marszcząc brwi w zastanowieniu.

-One nie chciały niczego od ciebie… One chciały czegoś ode mnie. I chyba wiem czego…

-Zaraz… – powoli wymamrotał Antek. – Co on ci dał..?

-Ten „bonus”… To jakiś naszyjnik. – Przełknął ślinę Askaniusz i zupełnie jakby najadł się kamieni, bardzo ciężkim głosem powiedział – Ten bagiennik wcale nie chciał go oddać. On chciał się go pozbyć.

 

Koniec

Komentarze

Coś mi mówi, że to raczej fragment niźli zamknięty tekst.

Przede wszystkim dłużysz wstęp z szczegółowym opisem Politechniki Warszawskiej. Zapełniasz świat szczegółami, które nie grają żadnej roli w opowiadaniu, bo byłbym w stanie się obyć bez szczegółów zaliczenia prawa albo detalicznych szczegółów kolejnych warszawskich lokacji. Takie opisy działają jak “slow motion” w filmach. Nadmierne wykorzystanie spowalnia dynamikę tekstu i nuży czytających.

Światotwórstwo w rozmowie dwóch dawnych przyjaciół nawet-nawet, ale mnie nie powaliło. Świat magiczny istniejący tuż obok współczesnego to raczej temat nienowy, organizacja broniąca równowagi i praw także. Nie znalazłem nic, co by go w jakikolwiek sposób charakteryzowało ponad znane mi przykłady. Dobre byłoby w pierwszym tekście nakreślić coś charakterystycznego, by zapadło w pamięć.

Akcja to miłą odmiana po poprzedzających nudach, ale jakoś na kolana nie rzuciła. Ot, starcie z istotą magiczną, choć na swój sposób mnie zaintrygowało. Do tego kończysz “cliffhangerem”, co niestety z poprzedzającym opisem stwarza poczucie, że to fragment niż zamknięty tekst.

Jest też sporo do poprawy w kwestiach technicznych. Interpunkcja, prawidłowy zapis dialogów – trochę pracy Ciebie czeka, Autorze. Chwytaj pomocne linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Powodzenia!

 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki za konstruktywną i popartą argumentami krytykę. Na pewno zwrócę uwagę na twoje wskazówki i w wolnej chwili zapoznam się z poradnikami.

Historia o współczesnym wykładowcy politechniki warszawskiej, po godzinach parającym się unieszkodliwianiem zmór, a w kolejnych odcinkach zapewne i innych demonów, raczej nie przypadła mi do gustu. Tak osobliwe wykorzystanie postaci naukowca nie pozwala mi poważnie traktować opowieści, a ta, jak mi się wydaje, jest napisana całkiem serio, choć nie pozbawiona szczypty swoistego humoru.

Do nie najlepszego odbioru przyczyniło się także wykonanie, pozostawiające wiele do życzenia. NoWhereMan podrzucił Ci linki do stosownych poradników, ode mnie łapanka. Mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą ciekawsze i zdecydowanie lepiej napisane.

Ponieważ W świetle księżyca wydaje się nie być skończonym opowiadaniem, a i sam piszesz, że jest ono pierwsze z serii, byłoby uprzejmie z Twojej strony, Bednarze, gdybyś zechciał zmienić oznaczenie na FRAGMENT.

 

-Na dziś to wszyst­ko. W przy­szłym ty­go­dniu omó­wi­my normy ma­te­rial­ne i pro­ce­du­ral­ne– po­wie­dział Antek zbie­ra­jąc stos kar­tek z ka­te­dry. Pod­no­sząc wzrok na stu­den­tów, za­do­wo­lo­nych z faktu, że od­bęb­ni­li już swoje – część z nich przez wy­po­wie­dze­nie ma­gicz­ne­go „je­stem” – dodał jesz­cze: W przy­szłym ty­go­dniu spo­dzie­waj­cie się nie­spo­dzie­wa­ne­go. – Źle zapisujesz dialogi, Z pewnością przyda się poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Powinno być:

– Na dziś to wszyst­ko. W przy­szłym ty­go­dniu omó­wi­my normy ma­te­rial­ne i pro­ce­du­ral­ne – po­wie­dział Antek, zbie­ra­jąc stos kar­tek z ka­te­dry.

Pod­no­sząc wzrok na stu­den­tów za­do­wo­lo­nych z faktu, że od­bęb­ni­li już swoje – część z nich przez wy­po­wie­dze­nie ma­gicz­ne­go „je­stem” – dodał jesz­cze:

– W przy­szłym ty­go­dniu spo­dzie­waj­cie się nie­spo­dzie­wa­ne­go.

 

w całej sali i nie­trud­no było zgad­nąć którą. W cza­sie, gdy po­ło­wa osób opu­ści­ła już salę… –> Powtórzenie.

 

Pry­mus albo nieuk – po­my­ślał – nikt nor­mal­nie nie żegna się z nim w ten spo­sób. –> Tu dowiesz się, jak zapisywać myśli bohaterów: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

Setki pisz­czą­cych po­de­szw zdar­ły la­kier już dawno temu. –> Setki pisz­czą­cych po­de­szew zdar­ły la­kier już dawno temu.

 

przez sze­ro­kie scho­dy zwień­czo­ne ze­ga­rem… –> W jaki sposób zegar wieńczy schody?

 

Woń sza­re­go mydła pach­ną­ce­go tak samo re­we­la­cyj­nie jak po­sia­da­ny przez nie kolor uno­sił się w całym po­miesz­cze­niu. –> Czy w uczelnianej toalecie na pewno używano szarego mydła?

Literówka. Brak interpunkcji.

Za SJP PWN:  szare mydło «półpłynne mydło, produkowane z gorszych gatunków olejów, używane do prania i do celów przemysłowych»

 

Prze­rze­dził czar­ną czu­pry­nę. –> Dlaczego i w jaki sposób? Czy wyrwał sobie część włosów?

Podejrzewam, że miało być: Przeczesał czar­ną czu­pry­nę.

 

prze­drzeź­nia­ła go jedna z kabin… –> Przedrzeźniała kabina, czy raczej ktoś ją zajmujący?

 

od­po­wie­dzia­ła inna z kabin o pi­skli­wym gło­sie –> Jak wyżej. Brak kropki na końcu zdania.

 

Nie­co­dzien­nie można li­czyć na taką dawkę szcze­ro­ści… –> Nie ­co­dzien­nie można li­czyć na taką dawkę szcze­ro­ści

 

jakby wkła­da­ły wy­jąt­ko­wy wy­si­łek w trzy­ma­nie oby­dwu krań­ców ko­szu­li i chcia­ły zaraz wy­strze­lić. –> Co to są krańce koszuli?

 

stary Mirogord, członek straży akademickiej, który jako jeden z nielicznych

ludzi wiedział o wszystkim… – Zbędny enter.

 

-Nie za­trzy­mu­ję Cię, leć. –> Nie za­trzy­mu­ję cię, leć.

Zaimki piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie. Ten błąd pojawia się wielokrotnie także w dalszej części opowiadania.

 

i pomoc jaką nie raz słu­żył po­trze­bu­ją­cym. –> …i pomoc, jaką nieraz słu­żył po­trze­bu­ją­cym.

 

opusz­cza­jąc trój­kąt­ny plac, wy­sa­dza­ny drob­ną kost­ką. –> …opusz­cza­jąc trój­kąt­ny plac, wyłożony drob­ną kost­ką.

Plac można wysadzić drzewami, tyle że wtedy przestanie być placem, można też wysadzić plac jakimś materiałem wybuchowym, ale nie można wysadzić go kostką.

 

Sta­cja była długa, ale miejsc do sie­dze­nie było nie­wie­le. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Białe świa­tło wy­do­by­wa­ją­ce się pro­sto­kąt­nych lamp… –> Białe świa­tło wy­do­by­wa­ją­ce się z pro­sto­kąt­nych lamp

 

odpowiedział Antek i zajął miej­sce przy barze. Aska­niusz od­wró­cił się zajął się… –> Powtórzenia.

 

jakiś facet włó­czył zmę­czo­ny­mi no­ga­mi… –> …jakiś facet powłó­czył zmę­czo­ny­mi no­ga­mi

 

Cięż­ko je zna­leźć, żyją tylko w la­sach… –> Trudno je zna­leźć, żyją tylko w la­sach

 

-Prze­cież wiem jak one wy­glą­da­ją, sam miesz­kam z jed­nym, ale co ma tu do­mo­wik do

rze­czy? – wtrą­cił mu Antek. –> Zbędny enter.

 

gdy zo­ba­czył kogoś wcho­dzą­ce­go do ka­wiar­ni –> Brak kropki na końcu zdania.

 

-Gdzie..? Gdzie le­ziesz? –> Gdzie? Gdzie le­ziesz?

Wielokropek ma zawsze trzy kropki.

 

Ja­kieś 15 me­trów na­prze­ciw­ko Antka… –> Raczej: W odległości ja­kichś piętnastu me­trów, na­prze­ciw­ko Antka

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

Przy­kuc­nął na no­gach… –> Czy istniała możliwość, aby przykucnął nie używając nóg?

 

Cie­pło prze­ro­dzi­ło się w gorąc. –> Cie­pło prze­ro­dzi­ło się w gorąco.

 

ukła­dzie, który do­sko­na­le pa­mię­tał i nie raz po­wta­rzał. –> …ukła­dzie, który do­sko­na­le pa­mię­tał i nieraz po­wta­rzał.

 

Ręce i nogi po­ru­sza­ły się tak szyb­ko, że cięż­ko było za nimi na­dą­żyć. –> …że trudno było za nimi na­dą­żyć.

 

Wiel­ka po­stać wy­sko­czy­ła wy­so­ko w po­wie­trzę… –> Literówka.

 

Kop­nię­cie po­nio­sło za sobą go­rą­cą wstę­gę ognia, które tra­fi­ło pro­sto w jedną ze zmór. –> Piszesz o wstędze, a ta jest rodzaju żeńskiego, więc: …która tra­fi­ła pro­sto w jedną ze zmór.

 

Niech ucie­ka…. –> Niech ucie­ka

Po wielokropku nie stawia się kropki.

 

Skąd wie­dzia­łeś, że tu je­stem..? –> Skąd wie­dzia­łeś, że tu je­stem?

 

to do­sta­niesz tro­chę mazi i po­ga­da­my. Oprzy­tom­nie­jesz tro­chę. –> Powtórzenie.

 

A nie jedną hi­sto­rię sły­sza­łem i nie jedno prze­ży­łem. –> A niejedną hi­sto­rię sły­sza­łem i niejedno prze­ży­łem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka