- Opowiadanie: mr.maras - Druga strona osobliwości

Druga strona osobliwości

To dzie­ło jed­ne­go dnia. Pod­czas pracy nad kon­kur­so­wym fan­ta­sy za­ata­ko­wał mnie po­mysł na od­je­cha­ną i pom­pa­tycz­ną space operę. Mu­sia­łem się go po­zbyć i prze­lać na pa­pier. Nie be­to­wa­łem, nie od­sta­wi­łem na ty­dzień i je­stem cie­kaw czy tekst na­da­je się do czy­ta­nia. Za­zna­czam, opo­wia­da­nie nie jest tek­stem scien­ce-fic­tion, ale czy­stą fan­ta­zją w kon­wen­cji space opera na temat pew­nej oso­bli­wo­ści. Ale kto tak na­praw­dę wie, co kryje się za ho­ry­zon­tem zda­rzeń?

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Druga strona osobliwości

„Nie­po­wstrzy­ma­ny”, je­dy­ny okręt klasy Wę­dro­wiec w si­łach zbroj­nych Im­pe­rium Czło­wie­ka, wy­szedł z nad­świetl­nej i zajął po­zy­cję ob­ser­wa­cyj­ną. Sta­tek po­ja­wił się w od­le­gło­ści za­le­d­wie trzy­dzie­stu jed­no­stek astro­no­micz­nych od kra­wę­dzi ze­wnętrz­ne­go ho­ry­zon­tu zda­rzeń i za­ra­zem na obrze­żach er­gos­fe­ry Wiel­kiej Cze­lu­ści – su­per­ma­syw­nej czar­nej dziu­ry, która po­że­ra­ła serce Drogi Mlecz­nej. Tym samym, jed­nost­ka im­pe­rial­na zna­la­zła się w go­rą­cym pie­kle na gra­ni­cy sfery akre­cyj­nej, która przy­wi­ta­ła okręt po­tęż­ną emi­sją w za­kre­sie twar­de­go pro­mie­nio­wa­nia rent­ge­now­skie­go.

Zwar­te źró­dło ra­dio­we, ak­tyw­ne także w po­zo­sta­łych spek­trach po­mia­ro­wych, było czę­ścią znacz­nie więk­szej struk­tu­ry zna­nej od wie­ków jako Sa­git­ta­rius A. W bli­skim są­siedz­twie czar­nej dziu­ry sen­so­ry okrę­tu za­re­je­stro­wa­ły po­zo­sta­ło­ści su­per­no­wej i ol­brzy­mie, ak­tyw­ne ra­dio­wo chmu­ry gazu i pyłu gwiezd­ne­go. Sama Wiel­ka Cze­luść nie emi­to­wa­ła ab­so­lut­nie ni­cze­go, wszak w swych mo­car­nych ra­mio­nach gra­wi­ta­cyj­nych po­tra­fi­ła za­trzy­mać nawet świa­tło. Jed­nak naj­bliż­sze oto­cze­nie czar­nej dziu­ry prze­ma­wia­ło do go­ścia w jej imie­niu bar­dzo moc­nym gło­sem.

Na­tych­miast po za­ję­ciu wy­zna­czo­nej po­zy­cji, Mózg po­kła­do­wy uru­cho­mił trzy głów­ne pola osło­no­we jed­nost­ki, chro­nią­ce „Nie­po­wstrzy­ma­ne­go” przed wpły­wem po­bli­skiej oso­bli­wo­ści. Za­mknię­ty w sfe­rach an­ty­dy­la­ta­cyj­nej i an­ty­gra­wi­ta­cyj­nej okręt spo­wi­ła szczel­na zona struk­tu­ry kry­sta­licz­nej do­sko­na­łej, wy­twa­rza­na przez sta­bi­li­za­to­ry en­tro­pii. Jed­no­cze­śnie Mózg skie­ro­wał w stro­nę po­bli­skie­go obiek­tu po­zo­sta­łe re­cep­to­ry ze­wnętrz­ne i obiekt zna­lazł się w za­się­gu nie­zwy­kle czu­łych sen­so­rów prze­strzen­nych jed­nost­ki. Pro­mień samej czar­nej dziu­ry, bę­dą­cej naj­waż­niej­szą skła­do­wą struk­tu­ry, wy­no­sił około pół mi­nu­ty świetl­nej i wła­śnie ten po­chła­nia­ją­cy ma­te­rię i za­krzy­wia­ją­cy cza­so­prze­strzeń nie­prze­nik­nio­ny punkt był celem, na któ­rym sku­pi­ły się wszyst­kie sys­te­my okrę­tu. Przez pole go­rą­cej ma­te­rii oraz stru­gi czę­ścio­wo zjo­ni­zo­wa­ne­go gazu mknął ku nim jasny i wy­raź­ny prze­kaz.

Wiel­ka Cze­luść wzy­wa­ła przy­by­sza fa­la­mi ra­dio­wy­mi i mi­li­me­tro­wy­mi swo­je­go oto­cze­nia. Słała za­pro­sze­nie z wi­ru­ją­cej kra­wę­dzi ze­wnętrz­ne­go ho­ry­zon­tu zda­rzeń, emi­tu­jąc nie­re­gu­lar­nie w za­kre­sie pod­czer­wie­ni. Za­chę­ca­ła trans­mi­sją pro­mie­nio­wa­nia gamma er­gos­fe­ry. A gdy „Nie­po­wstrzy­ma­ny” nie od­po­wia­dał na jej in­wi­ta­cję, na­le­ga­ła po­tęż­nym od­dzia­ły­wa­niem gra­wi­ta­cyj­nym swo­je­go bez­den­ne­go je­ste­stwa. Wciąż bez skut­ku.

 

Już kilka chwil po wyj­ściu z nad­świetl­nej, po­grą­żo­ny w pół­mro­ku mo­stek okrę­tu roz­ja­śnił blask kil­ku­na­stu wid­mo­wych po­sta­ci. Więk­szość gości sta­no­wi­ły re­pre­zen­ta­cyj­ne ho­lo­gra­my człon­ków Im­pe­rial­nej Rady Na­uko­wej oraz Ad­mi­ra­li­cji Floty Ga­lak­tycz­nej. Oprócz nich także ho­lo­pro­jek­cje dwóch przed­sta­wi­cie­li ras pod­le­głych Im­pe­rium, któ­rych wkład w przy­go­to­wa­nia do eks­pe­dy­cji był wię­cej niż zna­czą­cy.

Je­dy­ny­mi isto­ta­mi z krwi i kości w po­miesz­cze­niu do­wo­dze­nia byli ka­pi­tan „Nie­po­wstrzy­ma­ne­go”, a jesz­cze do nie­daw­na głów­no­do­wo­dzą­cy floty im­pe­rial­nej w Sek­to­rze IV, Saan Ven der Maad, oraz pierw­szy ofi­cer. Resz­ta trzy­dzie­sto­oso­bo­wej za­ło­gi okrę­tu wy­cze­ki­wa­ła w peł­nej go­to­wo­ści na swo­ich sta­no­wi­skach, roz­sia­nych na trzech po­kła­dach. Obca ar­chi­tek­tu­ra jed­nost­ki, w wę­zło­wych punk­tach ka­dłu­ba przy­sto­so­wa­na zo­sta­ła do po­trzeb ludz­kiej ob­sa­dy oraz do­po­sa­żo­na w urzą­dze­nia nie­zbęd­ne dla re­ali­za­cji misji.

Ka­pi­tan der Maad, sprzę­żo­ny pod­rzęd­ną/ope­ra­cyj­ną par­ty­cją jaźni z po­tęż­nym Mó­zgiem po­kła­do­wym pod­le­głej mu jed­nost­ki, ska­no­wał uważ­nie naj­bliż­szą prze­strzeń wokół stat­ku. Ze­wnętrz­ne re­cep­to­ry „Nie­po­wstrzy­ma­ne­go” wi­zu­ali­zo­wa­ły po­zy­ska­ne dane bez­po­śred­nio w umy­śle ka­pi­ta­na. Jed­no­cze­śnie jego oczy bacz­nie przy­glą­da­ły się twa­rzom ze­bra­nych na most­ku ho­lo­gra­ficz­nych po­sta­ci z naj­bliż­sze­go oto­cze­nia Im­pe­ra­to­ra, a nad­rzęd­na jaźń oso­bo­wo­ści wni­kli­wie ana­li­zo­wa­ła wy­ni­ki tych ob­ser­wa­cji. Nie były opty­mi­stycz­ne.

Fi­zjo­no­mie Gu­diań­czy­ka i De­le­ne­ra, jak zga­dy­wał na pod­sta­wie bo­ga­te­go do­świad­cze­nia w kon­tak­tach z przed­sta­wi­cie­la­mi pod­bi­tych cy­wi­li­za­cji, wy­ra­ża­ły głów­nie strach, od dawna to­wa­rzy­szą­cy tym ga­tun­kom w re­la­cjach z czło­wie­kiem. Na po­zo­sta­łych, ludz­kich ob­li­czach, per­fek­cyj­nie od­wzo­ro­wa­nych przez re­pre­zen­ta­cyj­ne awa­ta­ry, obok nie­skry­wa­nej eks­cy­ta­cji nad­cho­dzą­cym, wie­ko­pom­nym wy­da­rze­niem, do­strzegł głę­bo­ki cień roz­cza­ro­wa­nia. Awa­tar Im­pe­ra­to­ra nie po­ja­wił się i za­pew­ne już nie po­ja­wi na po­kła­dzie jego okrę­tu. Ze­bra­ni go­ście zda­wa­li sobie spra­wę z wy­mo­wy tej sy­tu­acji i w mil­cze­niu ob­ser­wo­wa­li ostat­nie chwi­le po­prze­dza­ją­ce de­cy­du­ją­cą fazę eks­pe­ry­men­tal­ne­go lotu.

W za­sa­dzie der Maad nie spo­dzie­wał się in­ne­go ob­ro­tu spra­wy. Od cza­sów po­raż­ki w bi­twie z Ku­ura­la­mi na ru­bie­żach Sek­to­ra IV, oto­czo­ny był nie­chę­cią i nie­ła­ską głowy im­pe­rium. Zda­wał sobie spra­wę, że misja „Nie­po­wstrzy­ma­ne­go” jest ostat­nią szan­są na przy­wró­ce­nie ro­do­wi der Maad na­leż­ne­go i utra­co­ne­go sza­cun­ku oraz chwa­ły. Chwa­ły, która się­ga­ła cza­sów sprzed ponad czte­ry­stu lat, gdy nie­wiel­ki sta­tek ku­piec­ki jego dziad­ka, Orin­ga Ven der Maad, na­tknął się w prze­strze­ni mię­dzy­gwiezd­nej na opusz­czo­ny okręt pra­sta­rej cy­wi­li­za­cji Wę­drow­ców.

Ka­pi­tan Saan miał świadomość, że mimo oczy­wi­stych ko­rzy­ści, jakie od­kry­cie jego przod­ka przy­nio­sło całej ludz­kiej rasie, wy­ni­ka­ją­ca z tego faktu po­zy­cja i wpły­wy ro­dzi­ny der Maad nigdy nie cie­szy­ły się przy­chyl­no­ścią ko­lej­nych Im­pe­ra­to­rów, dzie­dzi­czą­cych tron z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie. A teraz, le­d­wie trzy ge­ne­ra­cje póź­niej, za spra­wą jego kosz­tow­ne­go błędu, ród der Maad mógł stra­cić wszyst­ko. Jeden nie­spo­dzie­wa­ny i nie­ra­cjo­nal­ny ma­newr ku­ura­lań­skiej eska­dry do­pro­wa­dził ów­cze­sne­go ad­mi­ra­ła Saana do sy­tu­acji, w któ­rej sa­mo­bój­cza misja „Nie­po­wstrzy­ma­ne­go” stała się ostat­nią na­dzie­ją na oca­le­nie zna­cze­nia i pre­sti­żu ca­łe­go rodu. A przy oka­zji, na kon­ty­nu­ację bły­sko­tli­wej, ofi­cer­skiej ka­rie­ry jego syna, Kuera.

Pod­czas gdy część pry­wat­na jaźni ka­pi­ta­na po raz setny roz­pa­try­wa­ła ko­lej­ne aspek­ty nie­ko­rzyst­nej dla ro­dzi­ny der Maad sy­tu­acji, jego po­do­so­bo­wość ope­ra­cyj­na skie­ro­wa­ła wszyst­kie sen­so­ry na gi­gan­tycz­ną oso­bli­wość pier­ście­nio­wą przy­cza­jo­ną tuż za kra­wę­dzią ob­sza­ru sta­tycz­ne­go. Saan wpa­try­wał się w czar­ną dziu­rę z lek­kim re­spek­tem i nie­do­wie­rza­niem. Zda­niem na­ukow­ców, jej skon­den­so­wa­na na ob­sza­rze o promieniu sze­ściu set­nych jed­nost­ki astro­no­micz­nej masa, do­rów­ny­wa­ła czte­rem mi­lio­nom mas ziem­skie­go Słoń­ca. Już samo to było fa­scy­nu­ją­ce.

Nie­dłu­go potem, zło­żo­ny z wielu skła­do­wych obraz obiek­tu, który czaił się w prze­strze­ni ko­smicz­nej, zdo­mi­no­wał jego myśli. Ka­pi­tan po­rzu­cił wszel­kie po­bocz­ne ana­li­zy i sku­pił wszyst­kie trzy par­ty­cje oso­bo­wo­ści na nie­prze­nik­nio­nym ob­sza­rze cza­so­prze­strze­ni. Do tej pory trak­to­wał obiekt swo­jej misji jak wy­zwa­nie, ale i osta­tecz­ną drogę do swo­ich celów. Teraz gdy spoj­rzał w jego głę­bię, czar­ny, ko­smicz­ny gi­gant zy­skał w jego oczach bu­dzą­cą sza­cu­nek pod­mio­to­wość.

Wiel­ka Cze­luść wzy­wa­ła go. Wo­ła­ła we wszyst­kich spek­trach. Po­czuł to każdą ko­mór­ką swo­je­go je­ste­stwa i każ­dym ato­mem ciała. Siła jej przy­cią­ga­nia się­ga­ła naj­głęb­szych za­ka­mar­ków duszy Saana Ven der Maad i ku­si­ła. Za­pra­sza­ła do sie­bie. Obie­cy­wa­ła od­ku­pie­nie wszyst­kich win i za nie­wiel­ką cenę życia ka­pi­ta­na gwa­ran­to­wa­ła re­ha­bi­li­ta­cję dla ko­lej­nych po­ko­leń jego rodu.

Coś roz­pro­szy­ło jaźń ka­pi­ta­na i wy­rwa­ło ze stud­ni, w jaką wcią­ga­ła jego myśli zdra­dli­wa ciem­ność. W umy­śle Saana roz­bły­snął im­puls po­wia­do­mie­nia – jego syn zja­wił się z nie­ofi­cjal­ną wi­zy­tą na po­kła­dzie „Nie­po­wstrzy­ma­ne­go”. Pod­rzęd­na/in­tym­na par­ty­cja jaźni na­tych­miast zre­ali­zo­wa­ła w pry­wat­nej ka­ju­cie do­wód­cy nie­pu­blicz­ną wer­sję jego awa­ta­ra. Ka­pi­tan wciąż po­zo­sta­wał ak­tyw­ny na most­ku i w sprzę­że­niu z Mó­zgiem okrę­tu, ale głów­ną część jaźni sku­pił na ho­lo­gra­mie wy­świe­tlo­nym w oso­bi­stej kwa­te­rze.

W pół­mro­ku dys­kret­nie roz­ja­śnio­nym sła­bym świa­tłem ho­lo­świec, cze­ka­ło na niego widmo Kuera Ven der Maad. Nie­zręcz­ną ciszę, jaka za­pa­dła w po­miesz­cze­niu prze­rwał po dłuż­szej chwi­li młod­szy z rodu.

– Czy zda­jesz sobie spra­wę, że to po­dróż w jedną stro­nę, ojcze?

Ho­lo­gram Saana wes­tchnął cięż­ko i opadł na fotel usta­wio­ny w kącie po­miesz­cze­nia.

– Tego nie wiemy na pewno, Kuer. Jak za­pew­ne sły­sza­łeś, sed­nem mo­je­go za­da­nia jest do­tar­cie na drugą stro­nę oso­bli­wo­ści, jeśli ta­ko­wa ist­nie­je, roz­po­zna­nie i, w miarę moż­li­wo­ści, po­wrót. Oczy­wi­ście z in­for­ma­cja­mi, które mo­gły­by wzmoc­nić po­tę­gę Im­pe­rium i otwo­rzyć nowe kie­run­ki eks­pan­sji. Ku chwa­le Im­pe­ra­to­ra, ma się ro­zu­mieć.

Kuer der Maad za­zwy­czaj re­ago­wał uśmie­chem na kpinę ukry­tą w gło­sie ojca, kiedy Saan wy­gła­szał po­dob­ne for­muł­ki. Nie tym razem.

– To ofi­cjal­ne bzdu­ry, któ­ry­mi Pro­pa­gan­da karmi Wszech­Sys­tem. Nie trak­tuj mnie, jak­bym był idio­tą, ojcze.

– Nawet bym nie mógł, synu. Twoje pa­ra­me­try oso­bo­wo­ścio­we są znacz­nie wyż­sze od moich.

Kuer po­now­nie zi­gno­ro­wał iro­nię.

– Obaj do­brze wiemy, że ofi­cjal­nie je­dy­nym wa­szym celem jest okre­śle­nie po­ło­że­nia i wy­zna­cze­nie ko­or­dy­nat po dru­giej stro­nie oso­bli­wo­ści oraz prze­ka­za­nie ich z po­wro­tem. Pytam się jak?! Wszyst­kie te bzdu­ry o trans­mi­te­rach neu­tri­no­wych to tylko teo­rie i ży­cze­nia bandy kre­ty­nów z Rady Na­uko­wej. Nie oszu­kuj­my się ojcze, nikt nie ocze­ku­je i nie spo­dzie­wa się wa­sze­go po­wro­tu!

– Nie je­stem prze­ko­na­ny, czy Im­pe­rium chce bez­pow­rot­nie utra­cić sta­tek o ta­kich moż­li­wo­ściach, jakie ma „Nie­po­wstrzy­ma­ny”... I czy może sobie na to po­zwo­lić.

– Jeden sta­tek, nawet naj­po­tęż­niej­szy, nie wygra dla nas wojny z Ku­ura­la­mi. Nic jej nie wygra! Ta wy­pra­wa to je­dy­nie szu­ka­nie ja­kie­goś cudu! A w prak­ty­ce ostat­niej al­ter­na­ty­wy dla ka­pi­tu­la­cji. A ty chcesz dla niej po­świę­cić swoje życie!

– Za takie po­glą­dy jesz­cze dziś mo­żesz tra­fić do ko­pal­ni!

– Ale to jest misja sa­mo­bój­cza, tato! I na­praw­dę, nie mu­sisz tego robić w imię cze­go­kol­wiek i w imie­niu ko­go­kol­wiek! Przy­naj­mniej nie w moim! – W gło­sie młod­sze­go człon­ka ro­dzi­ny der Maad jakby za­bra­kło prze­ko­na­nia.

– To teraz je­dy­na opcja, synu – od­po­wie­dział Saan ci­chym gło­sem i był nie­mal pewny, że przez mo­ment do­strzegł w oczach Kuera wyraz głę­bo­ko skry­wa­nej ulgi.

– Zatem że­gnaj, ojcze.

– Mimo wszyst­ko po­zo­sta­nę przy do zo­ba­cze­nia, synu – od­parł star­szy der Maad ze smut­nym uśmie­chem na ho­lo­gra­ficz­nej twa­rzy.

Oba awa­ta­ry roz­my­ły się w sła­bym świe­tle ho­lo­świec, które zga­sły po chwi­li.

 

Saan wró­cił na mo­stek peł­nią swo­jej jaźni. Zbli­żał się mo­ment, na który cze­kał od dawna. Jego okręt miał prze­kro­czyć gra­ni­ce zna­nej im rze­czy­wi­sto­ści. Zaj­rzeć za kur­ty­nę Wszech­świa­ta i po­dej­rzeć jego naj­głę­biej strze­żo­ne ta­jem­ni­ce. Do ta­kiej misji po­trzeb­ny był okręt wy­jąt­ko­wy pod każ­dym wzglę­dem. I taką jed­nost­ką był wła­śnie „Nie­po­wstrzy­ma­ny”. Sta­tek, któ­rym do­wo­dził ka­pi­tan der Maad nie był do końca dzie­łem ludz­kich rąk, a tym bar­dziej ludz­kiej myśli. Sam okręt był bez­cen­nym zna­le­zi­skiem, ar­te­fak­tem, który wieki temu przy­czy­nił się do prze­mi­ja­ją­cej wła­śnie świet­no­ści rodu ver Maad, a za­ra­zem ca­łe­go Im­pe­rium Czło­wie­ka. Je­dy­ną po­zo­sta­ło­ścią po za­gi­nio­nej rasie Wę­drow­ców, któ­rzy znik­nę­li z Ga­lak­ty­ki na długo przed wyj­ściem pierw­sze­go ziem­skie­go or­ga­ni­zmu na ląd.

Saan od po­cząt­ku wy­czu­wał w tym ge­ście pewną iro­nię ze stro­ny Im­pe­ra­to­ra. Jeśli misja za­koń­czy­ła­by się suk­ce­sem, sta­tek Wę­drow­ców po raz drugi mógł­by stać się fun­da­men­tem, na któ­rym ród Saana spró­bu­je zbu­do­wać swój pre­stiż. A także pre­stiż ca­łe­go im­pe­rium.

Nad jego obcą kon­struk­cją i sta­ro­żyt­ną tech­no­lo­gią pra­co­wa­li przez czte­ry wieki przed­sta­wi­cie­le trzech ko­smicz­nych ras. Obok ludzi, także naj­wy­bit­niej­si przed­sta­wi­cie­le dwóch pod­bi­tych przez czło­wie­ka cy­wi­li­za­cji. To, co od­kry­li i po­zna­li dzię­ki tym ba­da­niom, po­zwo­li­ło osią­gnąć Im­pe­rium Czło­wie­ka nie­kwe­stio­no­wa­ną po­zy­cję w Ga­lak­ty­ce. Naj­tęż­sze umy­sły trzech ras nie roz­wią­za­ły tylko jed­nej ta­jem­ni­cy okrę­tu. Tej naj­waż­niej­szej. Jego rdzeń był źró­dłem nie­wy­czer­pa­nej i nie­wy­obra­żal­nie po­tęż­nej mocy. Za­si­la­ny ne­ga­tyw­ną ener­gią wy­twa­rza­ną z udzia­łem an­ty­ma­te­rii re­ak­tor po­tra­fił wy­ge­ne­ro­wać pole zdol­ne prze­ciw­sta­wić się nawet wszech­po­tęż­nym siłom pły­wo­wym po­cho­dzą­cym z cen­tral­nej czar­nej dziu­ry. Okręt wy­po­sa­żo­no rów­nież w naj­więk­sze zdo­by­cze nauki i tech­ni­ki czte­rech cy­wi­li­za­cji. Udo­sko­na­lo­ne an­ty­gra­wi­ta­to­ry, które w swej pier­wot­nej for­mie na­psu­ły sporo krwi ziem­skiej flo­cie w woj­nie z Ce­sar­stwem Gun­diań­skim oraz za­krzy­wia­cze prze­strze­ni skra­dzio­ne pod­bi­tej rasie De­le­ne­ran. I wresz­cie, an­ty­dy­la­ta­to­ry czasu – naj­now­szą tech­no­lo­gię ku­ura­lań­ską, zdo­by­tą na woj­nie, któ­rej Im­pe­rium nie po­win­no nigdy roz­po­czy­nać. Ten ostat­ni ele­ment oka­zał się bra­ku­ją­cym ogni­wem, które spra­wi­ło, że lot „Nie­po­wstrzy­ma­ne­go” do wnę­trza Wiel­kiej Cze­lu­ści stał się moż­li­wy.

Z tą myślą, prze­peł­nio­ny dumą i na­dzie­ją, ka­pi­tan Saan Ven der Maad na­ka­zał Mó­zgo­wi roz­po­czę­cie ope­ra­cji.

Oso­bli­wość wzy­wa­ła.

 

***

 

Kuer Ven der Maad wkro­czył do wnę­trza celi, w któ­rej prze­trzy­my­wa­no jego ojca. Zda­wał sobie spra­wę, że jego ka­rie­ra, a także cała kil­ku­set­let­nia hi­sto­ria rodu, który do nie­daw­na był drugą siłą w im­pe­rium, wła­śnie do­bie­gły końca. Im­pe­ra­tor nie to­le­ro­wał tchó­rzo­stwa. Ród der Maad okrył się po­dwój­ną i nie­zmy­wal­ną hańbą. Kuer przy­był oso­bi­ście, aby spoj­rzeć ojcu w oczy i zadać jedno py­ta­nie: dla­cze­go?

– Jak mo­głeś, ojcze?

Ka­pi­tan Saan Maad ock­nął się i spoj­rzał bez słowa na przy­by­sza. Po­trzą­snął tylko głową.

– Twoje mil­cze­nie nie uchro­ni na­szej ro­dzi­ny przed osta­tecz­ną hańbą, ojcze. Jeśli masz w sobie odro­bi­nę ho­no­ru i od­wa­gi męż­czy­zny, któ­re­go kie­dyś zna­łem, po­wiedz mi, co stało się we wnę­trzu Wiel­kiej Cze­lu­ści. Dla­cze­go za­wró­ci­łeś?

Star­szy ofi­cer od­rzu­cił re­zy­gna­cję i raz jesz­cze pod­jął wy­zwa­nie.

– Nie za­wró­ci­łem! Po­wta­rzam tym idio­tom po raz ty­sięcz­ny, że my po­le­cie­li­śmy przed sie­bie! Pro­sto przez Wiel­ką Cze­luść! Sprawdź­cie pa­mięć Mózgu po­kła­do­we­go!

Młod­szy der Maad przy­glą­dał mu się teraz z li­to­ścią wy­mie­sza­ną z po­gar­dą. Nie poj­mo­wał, jak jesz­cze nie­daw­no mógł sza­no­wać i po­dzi­wiać tego czło­wie­ka? 

– Do­brze wiesz, że pa­mięć Mózgu zo­sta­ła zre­se­to­wa­na do­kład­nie w mo­men­cie przej­ścia z ho­ry­zon­tu zda­rzeń do cen­trum oso­bli­wo­ści. Potem za­re­je­stro­wa­ła je­dy­nie wasz od­wrót. To ty wy­da­łeś to po­le­ce­nie.

– A co z tam­tym? Co z tym dru­gim?! – Po­czu­cie nie­mo­cy ogar­nia­ło Saana z jesz­cze więk­szą siłą.

Kuer zi­gno­ro­wał jego słowa. Nie chciał słu­chać tego beł­ko­tu o stat­ku na­po­tka­nym po­środ­ku czar­nej dziu­ry.

– Przy­sze­dłem się po­że­gnać ojcze. Zo­sta­łeś ska­za­ny na kom­plet­ną de­ma­te­ria­li­za­cję. Resz­ta na­sze­go rodu ma opu­ścić sto­li­cę i układ ad­mi­ni­stra­cyj­ny. Ze­sła­no nas na jedną z pla­net po­gra­ni­cza. – Głos go­ścia prze­peł­nia­ła go­rycz.

Seen Ven der Maad za­ci­snął zęby z bez­sil­no­ści. Zo­sta­ła tylko jedna na­dzie­ja. Nawet jeśli mie­li­by po­znać wszyst­kie jego myśli, łącz­nie z tymi, które nie spodo­ba­ją się im­pe­rial­nym eli­tom, Ad­mi­ra­li­cji i sa­me­mu Im­pe­ra­to­ro­wi.

– Niech spraw­dzą moją pa­mięć.

Kuer spoj­rzał na niego ze smut­kiem.

– Za późno ojcze. Z roz­ka­zu Im­pe­ra­to­ra zo­sta­łeś za­ni­hi­lo­wa­ny wkrót­ce po swoim tchórz­li­wym po­wro­cie. Roz­ma­wiam z tym­cza­so­wą kopią two­jej jaźni nad­rzęd­nej. Nie zdo­ła­łem przy­być wcze­śniej. Po­dróż tutaj wy­ma­ga­ła kilku sko­ków i tro­chę trwa­ła. Sam ro­zu­miesz, nie mam już wszyst­kich upraw­nień przy­słu­gu­ją­cych ofi­ce­ro­wi floty, tato.

– My­lisz się. Nie je­stem twoim ojcem, chłop­cze.

– Wiem, je­steś za­le­d­wie nie­kom­plet­nym od­wzo­ro­wa­niem jaźni tego tchó­rza.

– Nie­zu­peł­nie to mia­łem na myśli – od­po­wie­dzia­ła jaźń Saana Ven der Meed i za­głę­bi­ła się w do­stęp­nych par­ty­cjach wła­snej oso­bo­wo­ści w po­szu­ki­wa­niu wspo­mnień z po­dró­ży przez oso­bli­wość Wiel­kiej Cze­lu­ści.

 

***

 

Jeden po dru­gim, ho­lo­gra­my wi­zy­tu­ją­cych okręt oso­bi­sto­ści zni­ka­ły z most­ku, w miarę jak „Nie­po­wstrzy­ma­ny” zbli­żał się do er­gos­fe­ry czar­nej dziu­ry. Sza­now­ni go­ście nie za­mie­rza­li roz­pra­szać ka­pi­ta­na w tak do­nio­słej chwi­li. Kiedy ostat­ni z awa­ta­rów roz­pły­nął się w po­wie­trzu, Saan Ven der Maad po­now­nie sku­pił całą swoją uwagę na prze­ka­zie z Mózgu i spoj­rzał w mrok sa­me­go jądra ga­lak­ty­ki. Oso­bli­wość cze­ka­ła na niego nie­cier­pli­wie tuż przed dzio­bem okrę­tu.

Z tej drogi nie było już od­wro­tu.

Chwi­lę potem, bez­piecz­ny w swo­ich po­lach ochron­nych „Nie­po­wstrzy­ma­ny” prze­kro­czył gra­ni­cę ho­ry­zon­tu zda­rzeń. Igno­ru­jąc za­mknię­cie linii geo­de­zyj­nych, kie­ro­wał się nie­stru­dze­nie do środ­ka stud­ni gra­wi­ta­cyj­nej i uni­ka­jąc znik­nię­cia za­war­tej we wła­snej isto­cie in­for­ma­cji na swój temat, prze­ciw­sta­wił się siłom wy­mu­sza­ją­cym nie­skoń­czo­ny ruch wokół serca czar­nej dziu­ry. Utrzy­mu­jąc kurs po wy­zna­czo­nym wek­to­rze, sta­wił czoła po­tęż­nym pły­wom gra­wi­ta­cyj­nym i kon­ty­nu­ował swój lot li­nio­wy na prze­kór za­krzy­wio­nej cza­so­prze­strze­ni. Nie­ustra­szo­ny i nie­po­wstrzy­ma­ny, pcha­ny pełną mocą rdze­nia ne­ga­tyw­nej ener­gii ży­wią­ce­go się an­ty­ma­te­rią sunął wśród ano­ma­lii i fal uwię­zio­nych w ob­sza­rze wy­zna­czo­nym gra­ni­ca­mi ze­wnętrz­ne­go i we­wnętrz­ne­go ho­ry­zon­tu zda­rzeń. W swoim kon­tro­lo­wa­nym spad­ku do cen­trum gra­wi­ta­cyj­ne­go nie­ustan­nie parł ku sercu oso­bli­wo­ści, ule­ga­jąc siłom kie­ru­ją­cym wszyst­kie drogi uciecz­ki do środ­ka czar­nej dziu­ry, ale opie­ra­jąc się wy­mu­sza­ne­mu ru­cho­wi ob­ro­to­we­mu i nie­skoń­czo­ne­mu przy­spie­sze­niu, jakie na­rzu­ca­ła na­tu­ra Wiel­kiej Cze­lu­ści. Ku­ura­lań­ski an­ty­dy­la­ta­tor wy­klu­czył z ukła­du spa­da­ją­ce­go war­tość okre­śla­ją­cą czas. W tym punk­cie po­dró­ży, po­zba­wio­ny punk­tu od­nie­sie­nia w każ­dym ze zna­nych wy­mia­rów „Nie­po­wstrzy­ma­ny” zna­lazł się poza pra­wa­mi astro­fi­zy­ki i me­cha­ni­ki kwan­to­wej.

Na czas tej po­dró­ży, na ze­wnątrz bańki an­ty­dy­la­ta­cyj­nej i pola an­ty­gra­wi­ta­cyj­ne­go prze­sta­ły obo­wią­zy­wać wszel­kie ogra­ni­cze­nia, a prze­kro­cze­nie punk­tu przej­ścio­we­go oso­bli­wo­ści stało się praw­do­po­dob­ne. Do­kład­nie w tym mo­men­cie, zgod­nie z har­mo­no­gra­mem misji, wszech­po­tęż­ny Mózg okrę­tu po raz pierw­szy spró­bo­wał usta­lić współ­rzęd­ne punk­tu przej­ścio­we­go, uży­wa­jąc nie­mal całej swo­jej mocy ob­li­cze­nio­wej. Bez­sku­tecz­nie. Gdy prze­cią­żo­na jed­nost­ka ule­gła za­pę­tle­niu ka­pi­tan Saan Ven der Maad na­ka­zał reset Mózgu i sa­mo­dziel­nie skie­ro­wał sen­so­ry ze­wnętrz­ne na ano­ma­lie ota­cza­ją­ce ich sfery ochron­ne.

Wła­śnie wtedy, tuż za kra­wę­dzią osłon „Nie­po­wstrzy­ma­ne­go”, do­strzegł okręt spo­wi­ty w iden­tycz­ną bańkę an­ty­dy­la­ta­cyj­ną i pole an­ty­gra­wi­ta­cyj­ne, sta­tek po­ru­sza­ją­cy się przez wnę­trze oso­bli­wo­ści po wek­to­rze o takim samym kie­run­ku i prze­ciw­nym zwro­cie. Jed­nost­ka, która wy­glą­da­ła iden­tycz­nie jak „Nie­po­wstrzy­ma­ny”, prze­le­cia­ła tuż przy ze­wnętrz­nej po­wierzch­ni sfery ochron­nej i znik­nę­ła wśród ano­ma­lii to­wa­rzy­szą­cych wej­ściu do Wiel­kiej Cze­lu­ści.

– Mózg. Określ cha­rak­te­ry­sty­kę okrę­tu znaj­du­ją­ce­go się w na­szym są­siedz­twie w nie­prze­strze­ni oso­bli­wo­ści – po­wie­dział na głos. W ciszy, jaka za­zwy­czaj pa­no­wa­ła na most­ku, jego głos za­dud­nił zło­wro­go. Pierw­szy ofi­cer spoj­rzał na prze­ło­żo­ne­go ze zdzi­wie­niem. Nad­zo­ru­jąc pra­wi­dło­we dzia­ła­nie osłon ochron­nych i kon­tro­lu­jąc pracę in­ży­nie­rów ob­słu­gu­ją­cych rdzeń okrę­tu, nie miał po­ję­cia o tym, co dzia­ło się na ze­wnątrz „Nie­po­wstrzy­ma­ne­go”.

Pod­rzęd­na par­ty­cja Mózgu, który ak­tu­ali­zo­wał wła­śnie swoje dane i prze­pro­wa­dzał kon­tro­lę zre­star­to­wa­nych głów­nych ob­wo­dów, od­po­wie­dzia­ła z lek­kim opóź­nie­niem.

– Okręt klasy Wę­dro­wiec. Tech­no­lo­gia: im­pe­rial­na. Ozna­cze­nia: im­pe­rial­ne. Pola an­ty­dy­la­ta­cyj­ne i an­ty­gra­wi­ta­cyj­ne: ak­tyw­ne. Zona struk­tu­ry kry­sta­licz­nej do­sko­na­łej: ak­tyw­na. Mózg jed­nost­ki pod­le­ga ak­tu­al­nie pro­ce­so­wi ak­tu­ali­za­cji.

Ka­pi­tan der Maad za­klął pod nosem.

– Mózg. Nie py­ta­łem o nasz stan, ale o jed­nost­kę, którą przed chwi­lą mi­nę­li­śmy.

– Od­po­wiedź do­ty­czy­ła jed­nost­ki, którą przed chwi­lą mi­nę­li­śmy, ka­pi­ta­nie.

To był jakiś obłęd. Saan po­sta­no­wił zadać jesz­cze jedno py­ta­nie.

– Mózg. Zi­den­ty­fi­kuj obcy okręt.

– Obcy okręt to „Nie­po­wstrzy­ma­ny”​, klasa Wę­dro­wiec, jed­nost­ka Floty Ga­lak­tycz­nej Im­pe­rium Czło­wie­ka.

Der Maad po­ki­wał głową z re­zy­gna­cją. W tej samej chwi­li ak­ty­wi­zo­wa­ły się nad­rzęd­ne par­ty­cje Mózgu po­kła­do­we­go i za­pro­po­no­wa­ły sprzę­że­nie z jaź­nią ka­pi­ta­na.

– Kon­ty­nu­ować kurs przez oso­bli­wość – za­de­cy­do­wał. – Bliź­nia­czy okręt to teraz zmar­twie­nie Ad­mi­ra­li­cji i Rady Na­uko­wej – stwier­dził w my­ślach nie­do­stęp­nych dla jed­nost­ki ob­li­cze­nio­wej. Miał obec­nie waż­niej­sze spra­wy na gło­wie. Przez ko­lej­ne mi­nu­ty upły­wa­ją­ce w lo­kal­nej bańce cza­so­wej, „Nie­po­wstrzy­ma­ny” wal­czył z po­tęż­ny­mi si­ła­mi ho­ry­zon­tu zda­rzeń oso­bli­wo­ści, która przez dłu­gie mi­liar­dy lat swo­je­go ist­nie­nia, jesz­cze nigdy nie wy­pu­ści­ła nawet fo­to­nu. Za­wsze jest ten pierw­szy raz.

Okręt Wę­drow­ców wy­rwał się poza ze­wnętrz­ny ho­ry­zont zda­rzeń, prze­kro­czył er­gos­fe­rę i wszedł w pręd­kość nad­świetl­ną, po­zo­sta­wia­jąc za sobą sferę akre­cyj­ną czar­nej dziu­ry. Na­stęp­nie wy­chy­lił się w prze­strze­ni po dru­giej stro­nie Wiel­kiej Cze­lu­ści.

– To nie­moż­li­we. – Der Maad wy­ar­ty­ku­ło­wał te słowa wer­bal­nie i poza pierw­szym ofi­ce­rem nikt na po­kła­dzie „Nie­po­wstrzy­ma­ne­go” nie ode­brał jego uwagi. Po­now­nie spraw­dził od­czy­ty. Po­zo­sta­wa­ły nie­zmie­nio­ne.

Jesz­cze raz prze­cze­sał naj­bliż­szą prze­strzeń mię­dzy­gwiezd­ną i upew­nił się w swo­ich po­dej­rze­niach. Przed sta­ro­żyt­nym okrę­tem Wę­drow­ców, który słu­żył teraz lu­dziom, roz­cią­gał się zna­jo­my widok cen­trum Drogi Mlecz­nej. Do ka­pi­ta­na po­wo­li do­cie­rał sens ostat­nich wy­da­rzeń. Zro­zu­miał także, w jak bez­na­dziej­nej sy­tu­acji się zna­lazł. Nie zwykł jed­nak ucie­kać i dla­te­go pod­jął de­cy­zję, która miała za­wa­żyć na przy­szło­ści jego i ca­łe­go rodu der Maad.

Par­ty­cja pod­rzęd­na/ope­ra­cyj­na jaźni Saana prze­ka­za­ła jed­no­st­ce ob­li­cze­nio­wej okrę­tu współ­rzęd­ne punk­tu star­to­we­go ich wy­pra­wy. Sta­tek bez naj­mniej­sze­go pro­ble­mu wy­ko­nał skok przy pręd­ko­ści nad­świetl­nej i po­ja­wił się w od­le­gło­ści dwóch par­se­ków od Wiel­kiej Cze­lu­ści. Z dala od naj­więk­sze­go sku­pi­ska gwiazd i nie­zli­czo­ne­go re­zer­wu­aru mniej­szych obiek­tów prze­chwy­co­nych przez czar­ną dziu­rę z oto­cze­nia po­bli­skich gwiazd ma­cie­rzy­stych. Te­le­sko­py „Nie­po­wstrzy­ma­ne­go” bez trudu na­mie­rzy­ły Qu­in­tu­ple­ta i Ar­che­sa – dwie młode gro­ma­dy gwiazd po­ło­żo­ne w od­le­gło­ści stu dwu­dzie­stu lat świetl­nych od jądra. A zatem po tej stro­nie wszyst­ko było iden­tycz­ne. Ab­so­lut­na sy­me­tria. Zanim in­for­ma­cja o po­twier­dze­niu ko­or­dy­na­tów w pełni do­tar­ła do świa­do­mo­ści ka­pi­ta­na, Saan Ven der Maad za­klął siar­czy­ście. Re­cep­to­ry ze­wnętrz­ne okrę­tu prze­ka­za­ły do jego mózgu obraz, jaki za­re­je­stro­wa­ły w prze­strze­ni, roz­cią­ga­ją­cej się przed dzio­bem „Nie­po­wstrzy­ma­ne­go”.

Na tle gę­ste­go sku­pi­ska gwiazd uj­rzał trzy krą­żow­ni­ki im­pe­rium, eskor­tu­ją­ce nie­daw­no ich od­po­wied­ni­ka z tej stro­ny oso­bli­wo­ści do punk­tu wyj­ścio­we­go misji.

Koniec

Komentarze

Do czytania się nadaje, ale brak odleżenia to niestety widać :) Trochę literówek, w kilku momentach zastanawiałam się, czy piszesz na serio czy to jakiś pastisz (głównie przy opisie osobliwości – no jakbyś się uparł przepisać kawałek encyklopedii i nie stracić ani jednego mądrego słowa:)). Posłużyłeś się klasycznym repertuarem SF – holo-itemy różnej maści, napęd z antymaterią, podbój kosmosu, ale to nie zarzut. Z logiki tekstu, to nie załapałam, czemu wlecenie super-wypasionym statkiem do czarnej dziury miałoby pomóc w walce z flotą wroga. Fajnie za to wyszły rozmowy z synem i opis paradoksu i cofnięcia w czasie.

Dzięki Bellatrix za przeczytanie i komentarz. Opis osobliwości miał być gęsty, chaotyczny i odjechany, jak to z osobliwościami bywa. Zanim odpowiem pełniej na Twój komentarz wstrzymam się z jedną istotną kwestią dotyczącą fabuły. Jeśli nikt nie odczyta sensu tej historii jak zamierzyłem, to znaczyć będzie, że popełniłem jeszcze poważniejszy błąd niż Twoje zarzuty – ​podałem czytelnikowi zbyt mało informacji i zepsułem puentę.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Statek pojawił się w odległości zaledwie trzydziestu jednostek astronomicznych od krawędzi zewnętrznego horyzontu zdarzeń i zarazem na obrzeżach ergosfery Wielkiej Czeluści – supermasywnej czarnej dziury, która pożerała serce Drogi Mlecznej –  30 j.a? Przy tej skali obiektu? To jakby tam wlecieli.

Jeszcze tu wrócę, ale encyklopedyczny początek nie brzmi zachęcająco. :)

Sith Happens!

Wielkość czarnej dziury to 0,06 j.a. Zalth. Te 30 j.a. to efekt wyobrażenia sobie małego stateczku na tle wielkiej świetlistej sfery otaczającej mały w sumie obiekt kosmiczny.

Po przeczytaniu spalić monitor.

A wielkość horyzontu największej dziury w galaktyce? Bo o to mi chodziło. Z resztą, nvm. Sprawdzę sobie. :)

Sith Happens!

Tu mnie masz Zalth, nie znalazłem tych danych i oparłem się luźno na wizualizacjach, choćby tych powstałych przy produkcji “Interstellar”. Jak na efekciarską space operę miało wystarczyć.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Faktycznie, to spece opera. Już się nie czepiam, czytam. :)

Sith Happens!

promień CD o masie Słońca = 3 km, masa CD w środku Galaktyki = 4 000 000 mas Słońca

Promień horyzontu jest wprost proporcjonalny do masy CD, dlatego będzie on wynosił:

3 km * 4 000 000 = 12 000 000 km = 0.08 j.a.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Jerohu, dzięki! Nie wiem czy to tak prosto się przelicza, ale nie będę się sprzeczał. W ten sposób jeszcze wyciśniemy z tego opowiadania nieco science-fiction ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

I wszystko jasne.

Sith Happens!

Dodałem dwa krótkie zdania. To drugie ma naprowadzić nieco czytelnika, bo nadal obawiam się, że czytelnicy rozważają sens pod kątem pętli czasowej :/

Po przeczytaniu spalić monitor.

Space opera pełną gębą. Ładnie napisana, fabuła ma ciekawą koncepcję uniwersów lustrzanych (aż żal, że nie odwołałeś się do koncepcji wieloświatów Everetta). Bohater standardowy, ale nie denerwuje. Prawdę mówiąc standard, ale czytało się od tej strony przyjemnie. Jednakże…

Od cholery tutaj detali technicznych. Za dużo jak na space operę – w tym gatunku rzuca się hasło “generator pola antydylatacyjnego” i olewa szczegółowe działanie. Po prostu jest, działa i tyle. Ty jednak zrobiłeś o krok dalej i niestety wjechałeś w poletko miłośników hard s-f takich jak ja. I o ile ratują Ciebie ogólniki ukryte przez przymiotniki (”wszechpotężne siły pływowe”, “pchany pełną mocą negatywnej energii”, “rdzeń był źródłem niewyczerpanej i niewyobrażalnie potężnej mocy”), to mnie z kolei męczą, bo niczym komiwojażer reklamujesz mi odkurzać nowej generacji, ale za Chiny Ludowe nie odpowiadasz na konkretne inżynierskie pytania.

Przykładem niech będzie owo “pole antydylatacyjne”. Dylatacja czasu w ogólnej teorii względności wynika z zakrzywienia czasoprzestrzeni (co my znamy jako grawitacja – stąd zwykłe pole antygrawitacyjne powinno mieć identyczne własności) [notka – jest to też inna dylatacja niż ta wynikająca z prędkości relatywistycznych w szczególnej teorii względności]. Kiedy więc zaczynasz snuć iż “antydylatator wykluczył z układu spadającego wartość określającą czas”, to mi się to przestaje dodawać. Tak, to space opera, ale nie zwalnia to od uważnego pisania “technogatki” – jedynie daje fory, np. gdy piszesz o “zasilanym negatywną energią wytwarzaną z udziałem antymaterii” reaktorze i nie zechcesz ujawniać jak działa. Czy reaktor powoduje zamianę energii z antymaterii poprzez kontrolowany efekt Cassimira w negatywne ciśnienie czy coś innego – nie ważne. Nie ma sensu w to wnikać. Działa i to w space operze wystarczy. Byłoby więc lepiej, byś pominął co robi antydylatator w szczególe, a po prostu napisał, że niweluje dylatację czasu. Choć tu bym się zastanowił po co takie urządzenie, ale mniejsza z tym.

Do tego nie zawsze celnie sięgasz po słownictwo techniczne:

Wielka Czeluść wzywała przybysza falami radiowymi i milimetrowymi swojego otoczenia.

Rozumiem, że użycie “mikrofale” groziło powtórzeniem, ale uwierz mi – prychnąłem śmiechem na to określenie. To tak jak wołać “pikometrowe fale” na część promieniowania gamma czy “nanometrowe fale” na promieniowanie rentgena. Niby można, ale kto tego używa? Ogólnie chęć wplecenia naukowych szczegółów w poetycki opis słabo tu wychodzi. Przeszedłbym na prostsze określenia, zostawiając precyzyjny, techniczny język na małe infodumpy albo rozmowy postaci o wiedzy naukowej.

A tak swoją drogą:

Sama Wielka Czeluść nie emitowała absolutnie niczego, wszak w swych mocarnych ramionach grawitacyjnych potrafiła zatrzymać nawet światło.

Stephen Hawking chciałby zamienić słówko o promieniowaniu ;)

Podsumowując: chciałeś space opery, ale także postanowiłeś pokazać poznane szczegóły techniczne i astronomiczne. To sprawiło, że stanąłeś dla mnie w rozkroku: ni to lekkie s-f (bo od cholery szczegółów naukowych, które co i rusz analizowałem według znanej mi wiedzy), ni to hard s-f (bo są kwestie, gdzie beznamiętnie oddajesz się technogatce). I niestety ten rozkrok mocno szkodzi. Daję klika, bo pod spodem widać ciekawą opowieść, która mi się spodobała. Niestety otoczka już mniej.

 

P.S. Swoją drogą jest też parę niejasności logicznych. Czemu nikt z trzydziestoosobowej załogi nie pisnął ani słówka, by uniknąć wyroku? Czemu bohater się dziwi lustrzanemu światowi – przecież koncepcja Everetta jest jedną z popularniejszych w mechanice kwantowej? Zgadzam się z Bellatrix – temu utworowi przydałoby się odleżenie.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Zapewne masz rację NWM, z tymi detalami technicznymi, które pociągnąłem nieco dalej poza tradycyjne w space operze cuda, działające “no bo tak”​. Być może przesadziłem. Ale kiedy naszedł mnie pomysł na rozbuchaną space operę miałem w pamięci te utwory, którymi sam się zachwycałem za młodu. Przede wszystkim “Broń Chaosu” i “​Formy Chaosu”​ Kappa, cykl Williamsa “Upadek imperium strachu” czy “Zapomnij o Ziemi”​ C.C. MacAppa. Wielki, rozdmuchane, pompatyczne i patetyczne, z opisami gigantycznych starożytnych machin kosmicznych i zjawisk na kosmiczną skalę. Na podrabianie Alastaira Reynoldsa (doktora astronomii i astrofizyka) jestem za głupi po prostu.

 

Za klika dziękuję. Twoje tropy prawidłowe.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Przeczytałem przed dodaniem wyjaśnień i wydaje mi się, że odczytałem tekst zgodnie z zamiarami autora (brawo dla mnie) ;-) 

Co więcej chyba spodziewałem się takiego obrotu sprawy, bo zakończenie przyjąłem nie z rozdziawioną z zaskoczenia gębą, a ze skinięciem aprobaty – "no oczywiście". Nie wiem czy to dobrze, czy źle, bo nie mam pojęcia czy zależało ci na zaskoczeniu czytelnika swoim pomysłem. 

Zasadniczym elementem teksty jest opis przejścia przez Czarną Dziurę, spaceoperowe realia służą właściwie tylko nadaniu opowiadaniu jakiegokolwiek rysu fabularnego (a może drobne asekuranctwo? Jak naplotę bzdur, to zawsze mogę powiedzieć, że przecież space opera ;-) – no dobrze, bez złośliwości ;-) 

Tak czy owak, fabuła okej, ale skoro to o opis najbardziej chodzi, to tego się trochę przyczepię. Bo rzecz jest za bardzo "po środku". Spore stężenie fachowych, jak napisano wcześniej "encyklopedycznych" terminów powoduje że mniej uważny lub obeznany czytelnik przeslizguje się po nich wzrokiem. Ale z drugiej strony wyraźnie ciągnie cię do obrazowości, plastyczności, ba, pewnej poezji opisu, jak sam napisałeś – miało być pompatycznie, gęsto, szalenie i odjechanie. I w rezultacie zabrakło w tym jakiegoś zdecydowania. Efekt – opis zbyt mało pasjonujący i wciągający, by zrobić ten tekst, a fabuła zbyt prosta (choć całkiem kompletna) by stanowić siłę opowiadania. 

Ale jest to czepialstwo, wynikłe chyba z dość wysokich wymagań. Bo jest to dobre opowiadanie, warte co najmniej biblioteki. 

Aha, skoro symetria, to dlaczego "Niezniszczalne" minęły się w pewnym momencie, zamiast spotkać w jakimś "punkcie zero"? 

 

Edit:

 

Oho, NWM był pierwszy i dużo ładniej i bardziej wyczerpująco opisał to, co chciałem powiedzieć :-) 

 

Edit 2:

 

Właściwie to i tak jestem pod wrażeniem. U mnie efektem jednego dnia mógłby być co najwyżej drabble. I pewnie jeszcze bym się walnął licząc słowa. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Generalnie właśnie technogatka jest dla mnie grzechem głównym wielu pisarzy s-f (m.in. Williamsa, bo jego “Upadek imperium strachu” czytałem).

A wbrew pozorom nadal jest miejsce na pisanie o kosmicznych zjawiskach. Tylko nie należy przesadzać z językiem naukowym i używać go precyzyjnej – a zamiast niego używać raczej abstrakcyjnego, plastycznego. Dobry przykład to Larry Niven i jego cykl “Ringworld” ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

No właśnie Thargone. Powinny się czołowo rozpirzyć ale by mi to fabularnie rozpirzyło opowiadanie ;). Powiedzmy, że osobliwość znajdująca się pomiędzy i poza oboma wszechświatami lustrzanymi nie podlegała całkowicie owej symetrii. Na space operę takie wyjaśnienie powinno wystarczyć :)

 

Edit. NWM, wiem. Hawking wycofywał się z kilku swoich teorii odnośnie czarnych dziur, horyzontu zdarzeń, możliwości uwolnienia z horyzontu zdarzeń i nawet ostatnio stwierdził, ze czarna dziura przechowuje energię i materię jedynie tymczasowo. Nie wnikałem aż tak.

 

Edit.2. NWM ​Załoga nie miała pojęcia o bliźniaczym statku i gdy pojawiała się w identycznym wszechświecie zwyczajnie stwierdziła, że kapitan zawrócił.

Po przeczytaniu spalić monitor.

w każdym ze znanych wymiarów „Niepowstrzymany” znalazł się poza prawami fizyki i mechaniki kwantowej.

A prawa mechaniki kwantowej nie wliczają się do praw fizyki?

 

Pomysł nawet intrygujący, ale też mnie zastanowiło, czemu się nie zderzyły. Nie wiem tylko, czy skumałem ostatni fragment, czy w jednym wszechświecie były sobie teraz dwa statki? Ogólnie na plus, ale tekst wydał mi się trochę przegadany – za dużo opisów w stosunku do fabuły.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Przy okazji, oczywiście dziękuję wszystkim za lekturę :) SzyszkowyDziadku. ​W każdym wszechświecie nadal było po jednym statku. One się wyminęły w swych misjach przez osobliwość. I w obu Wszechświatach nieszczęsna rodzina der Maad miała przerąbane z tego powodu.

 

edit. Tak. Miało być astrofizyki.

Po przeczytaniu spalić monitor.

A już kumam, słowo “niedawno” mi umknęło i najpierw to tak zrozumiałem, że widzi, jak eskortują tego bliźniaka. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

O! I dzięki serdeczne za klika SzDz :)) 

Skoro wszyscy twierdzą, że przegadany, to nie będę protestował. Jest widać przegadany.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Odnośnie zderzenia statków w obrębie osobliwości, dodam, że w wyobraźni widziałem następujący obraz.

 

 

 

statek 1 -– > ….

 

środek osobliwości

 

….<-– statek 2

 

 

 

 

Co oznacza, że jeśli statek 1 przemierzał osobliwość w minimalnym oddaleniu od jej ścisłego centrum, to statek drugi poruszał się w odwototnym kierunku z identycznym minimalnym oddaleniem od tego centrum po przeciwległej stronie.

:)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Hehehehehe Mi też tak spłaszczyło obrazek i uprościłem go znacznie. 

 

Edit. O usunąłeś Thargone :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Głupia komórka! 

No ale, wiadomo o co chodzi. Jeden wniknął, drugi wychnął. Bez zderzenia, ale nie mogliby się dostrzec. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Rozumiem. Wyobrażam sobie to jak zanurzenie w obustronnej tafli, jakby lustra. statki przenikają się idealnie i wymijają w tym samym punkcie czasoprzestrzeni. Bez kolizji.

Po przeczytaniu spalić monitor.

– Nawet bym nie mógł, synu. Twoje parametry osobowościowe są znacznie wyższe od moich. – Co w dalszym ciągu nie wyklucza bycia idiotą. :)

 

No i co ja ci mogę powiedzieć? Że tekst nieodleżany? :)

Przede wszystkim razi mnie nierówna kompozycja. Bohater pojawia się bodajże po dwóch stronach potężnego infodumpu i sporej technogadce (o której już było). Do tego dublujesz informacje o pochodzeniu i parametrach statku, czarnej dziurze, rodzinie, motywacjach. Czyli coś, co zapewne po kolejnym czytaniu wyleciało by z tekstu.

Większość debiutantów zapewne oddało by rękę za takie opowiadanie napisane z marszu, ale jeśli chodzi o piórkowicza, to nie jestem zadowolony. Trochę rozumiem takie postępowanie, gdy pospiesznie, w lekkim uniesieniu, spisuje się wizję… Ale nie powtarzaj raz popełnionego błędu i następny tekst odłóż na tydzień do miesiąca, przeczytaj i sprawdź, czy lekturze nie towarzyszy jakiś dyskomfort o treści: zaraz, zaraz, co ja tu napisałem, o co mi chodziło? Skutki sam poczujesz. Ale to już wiesz. :P

Także, tak.

Pozdrawiam. :)

 

 

Sith Happens!

Dzięki Zalth :) Pewnie by odleżało gdyby nie proces myślowy, o którym wspomniałeś. Opko wbija się pomysłem w trakcie pisania rasowego fantasy. I wyrzucasz je z głowy na papier. I chcesz żeby sobie poszło całkiem, publikujesz na portalu i grasz mu na nosie: teraz musisz się odczepić, nie będę w tobie grzebał bo mam inne rzeczy na głowie :)

Czy ktoś dałby sobie rękę uciąć? Wątpię. Ale też nie ukrywam, że mały wpływ na napisanie tego w takiej formie miała ostatnia lektura opowiadań z gatunku space opera i kosmiczne s-f na portalu. Były ciekawe i nawet niezłe ale ich autorzy jakby pisali na hamulcu ręcznym. Tutaj zagrała podświadoma chęć pokazania: space opera ma mieć rozmach, ma liznąć astrofizykę, ma zaszaleć skalą, poszukać pomysłu i zaproponować zagadkę do rozwiązania. To była próba. Nie całkiem udana ale pisana na gorąco i jednym tchem.

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Zerknęłam jeszcze raz na opis przejścia no i teraz już wiem, co tam się stało :) Może kwestia zdań, które poprawiłeś, może tego, że czytałam po drugiej i coś do mnie nie dotarło, może suma powyższych :) Niemniej, dalej nie wiem, czemu przelot przez osobliwość miałby pomóc w wojnie. Ale po przemyśleniu, klik się należy.

Dziękuję Bellatrix :). Dodałem zdanie: Absolutna symetria. Właśnie po Twojej interpretacji z pętlą czasową. Przelot miał zapewnić Imperium jakąkolwiek przewagę (wiedza daje przewagę), ale głównie chyba ewentualną drogę ucieczki (o czym wspominają w rozmowie senior i junior der Maad), stąd potrzeba zdobycia współrzędnych drugiej strony i ewentualnie koordynat centrum osobliwości.

Adolf Hitler podczas II wojny światowej naprawdę szukał starożytnych artefaktów, cudów na kiju i magicznych mocy, które mogłyby dać III Rzeszy jakakolwiek przewagę nad przeciwnikiem. Pod koniec było to już czepianie się jakiejkolwiek deski ratunku.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Z przesyconego mądrymi słowami początku niewiele pojęłam, mimo to opowiadanie przypadło mi do gustu, a nawet należycie zrozumiałam, co się wydarzyło. Choć nadmiar uczonych terminów sprawił, że nie mogę powiedzieć, iż Drugą stronę osobliwości czytało się płynnie, to nie mogę zaprzeczyć, że opowiadanie zasługuje na miejsce w Bibliotece.

 

W tym punk­cie po­dro­ży, po­zba­wio­ny punk­tu od­nie­sie­nia… –> Literówka.

 

skie­ro­wał sen­so­ry ze­wnętrz­ne na ano­ma­lie ota­cza­ją­cą ich sfery ochron­ne. –> W jednym z tych słów jest literówka.

 

roz­cią­ga­ją­cej się przed dzio­bem „Nie­po­wstrzy­ma­ne­go” –> Brak kropki na końcu zdania.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Niezmiernie miło i dziękuję gorąco (jak w sferze akrecyjnej) za klika.

Reg, miłośniczka space opery? Tego nie podejrzewałem. Obstawiałem bardziej prozę skupioną na ludziach, nie osobliwościach czarnych dziur.

Błędy poprawiłem oczywiście. Widząc, że czyhasz w kolejce szybko powyłapywałem kilka literówek i przecinków :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Miło mi, Marasie, że zaskoczyłam i mam nadzieję, że Twój świat przez to jeszcze się nie zawalił. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wręcz przeciwnie :) To wzbogaca moje spojrzenie na Ciebie Reg ​i ociepla Twój wizerunek. Oraz daje nadzieję, że także inne moje eksperymenty literackie powstałe w wyniku impulsu mogą znaleźć Twoje zrozumienie (może chociaż wyrozumiałość) gdyż o uznaniu nawet nie śmiem marzyć) :)

Oczywiście żartuję. Zwyczajnie cieszę się, że opowiadanie, mimo swej pompy i zadęcia kosmicznej space opery, przypadło do gustu :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nie da się ukryć, tak się stało. A o uznaniu nie musisz marzyć, już je masz. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Uznanie zaczyna się po trzecim piórku ;p. To na pewno nie ten tekst, pisany pod wpływem impulsu w kilka godzin dla rozgrzania pióra i rozochocenia Muzy. Ale już np. z konkursowym się cackam strasznie. Zaplątałem je należycie i będę rozczarowany jeśli nie będzie się podobało ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Miałam na myśli moje uznanie. ;)

A piórek życzę Ci całego mnóstwa. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja też o Twoim, Reg :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

O, takie małe qui pro quo. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Początkowa kalka z Niezwyciężonego nie nastroiła mnie optymistycznie do tego tekstu, a następujący potem przydługi i przyciężki opis sprawił, że pomyślałem: O, autor ściemnia, bo nie ma bohatera. Potem nastąpił powrót do mhroków fanfików, dodatkowo pisanych wielką literą: Wielka Czeluść, Wszechsystem, Wszechświat i Wielki Mózg wyjęty z komiksów Polcha (się czytało za dzieciaka, a cocool). I wtedy odpadłem od ściany…

Mr. Marasie, nie idź tą drogą! Ja wiem, że niektóre teksty trzeba napisać, żeby udowodnić sobie, że ich się pisać nie powinno, ale space opera to chyba nie jest właściwy kierunek dla Ciebie. Zobacz jak świetnie sobie poradziłeś w Trzeba czekać – bardzo dobrym opowiadaniu rozgrywającym się na małej przestrzeni, z doskonale przedstawioną SF i żywymi bohaterami. W tamtym tekście jest wszystko, czego nie ma tu. Ode mnie plus za próbę zmierzenia się z trudnym tematem, ale to chyba wszystko, co dobrego mógłbym powiedzieć o tym tekście.

A Wszechświat i Galaktyka nie powinny być pisane wielką literą? Algirze. Nie wiem skąd ta kalka z Niezywyciężonego ​poza podobieństwem nazwy statku?

Space opera to specyficzna konwencja, na pewno nigdy wcześniej jej nie próbowałem i na pewno wiele mojej s-o brakuje. Ale to jest właśnie zabawa konwencją. Pomysłem opartym na pewnej teorii naukowej. I tylko w konwencji s-o mogłem to przedstawić. Nie jestem astrofizykiem. Trzeba czekać ​powstawało w zupełnie innych okolicznościach i innym trybem. Tam liczyli się bohaterowie i klimat (chociaż pomysł także). A tutaj? Tutaj niezmierzony Wszechświat (a nawet dwa), artefakty starożytnej rasy, wojna galaktyczna, czarne dziury ;). Bohaterowie zeszli na dalszy plan. 

Ale oczywiście dziękuję za lekturę i komentarz. I przemyślę Twoją radę. Mój następny tekst będzie z gatunku fantasy. Zapraszam. Zobaczymy czy Twoim zdaniem tamta droga będzie dla mnie właściwsza ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Faktycznie, bardzo spaceoperowy tekst.

Jest pewien urok w tej symetrii. Chociaż dla niektórych okazuje się kłopotliwy. Pomyślało mi się, że mogłoby się dziać, gdyby ten drugi statek/ wszechświat był z antymaterii. Ale nie mam pojęcia, co na to fizyczne symetrie.

Interesujący problem, faktycznie bohater ma nielichy zgryz. A gdyby tak któryś z nich zawrócił… Czy to możliwe? ;-)

Zdaniem naukowców, jej skondensowana na obszarze sześciu setnych jednostki astronomicznej masa,

A masa nie powinna być skupiona w trzech wymiarach? Bo j.a. to tylko jedną długość mierzy. A tu jeszcze dwuwymiarowy obszar dodałeś…

Babska logika rządzi!

O dzięki Ci Finklo! Zjadło mi informację, że to promień obszaru. Oczywiście, że w trzech wymiarach :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ludzie! Dlaczego wy wszyscy podchodzicie do wszystkiego tak śmiertelnie poważnie? To space opera. Bajka w kosmosie. Przecież ten cały naukowy i pseudonaukowy żargon to tylko taki bajer. Nie podlega analizie. Właśnie o to chodzi, żeby wzrok się nad nim prześlizgiwał. Zarzucanie, że lustrzani kapitanowie powinni się zderzyć, to ta jak zarzucanie Kubusiowi Puchatkowi, że nie powinien gadać, bo niedźwiedzie nie mówią ludzkim głosem.

Miało być śmiesznie i jest. Ja przynajmniej dwa razy się zaśmiałem, co mi się naprawdę rzadko zdarza przy czytaniu. I o to chodzi. Nic więcej od tego nie chcę. Porównywanie tego z “Trzeba czekać” po prostu nie ma sensu, bo to inna półka jest (właśnie “inna”, a nie “niższa”). Wiem, że mam dość specyficzne poczucie humoru i czasem śmieję się, kiedy prawie nikogo to nie śmieszy. Tym bardziej się cieszę, że napatoczyłem się na powiadanie zabawne dla takich oryginałów, jak jasmiley. Jest jakaś szansa, że więcej takich to przeczyta

Wyłapałem dwa malutkie dżinksy, które absolutnie nie psują obrazu całości.

“Saan od początku wyczuwał w tym geście pewną ironię ze strony Imperatora” W jakim geście?

Taki fragment zdania “przez kolejne minuty upływającej w lokalnej bańce czasowej”. Powinno być “upływające”. Literówka.

Pozdrawiam, mr maras, i przy okazji gratuluję piórka!

Ludzie! Dlaczego wy wszyscy podchodzicie do wszystkiego tak śmiertelnie poważnie?

Widzisz, wychodzimy z założenia, że przemyślany bajerek z ziarenkami prawdy jest lepszy niż totalna bzdura ściągnięta z sufitu w pół minuty. I nieważne, czy tekst humorystyczny, czy dla dzieci. :-)

Babska logika rządzi!

Oj tam zaraz w pół minuty z sufitu Finklo. Pół dnia siedziałem, a drugie pół rozgryzałem czarne dziury :)

Mjacku7235 ​Dziękuję za gratulacje :). Kto by pomyślał, że piórko dostanę? Ja nie.

A space opera w moim wykonaniu budzi nie tylko Twój śmiech :) I nie obrażam się, bo miała być patetyczna i pompatyczna jak, nie przymierzając, u E.E. “Doc” Smith’a :) 

 

Ps. Dzięki za poprawki Jacku. nie wiem z tym gestem. Nie chodziło o gest kończyny tylko gest Imperatorski. Może zmienię na posunięcie lub coś w ten deseń.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Miałam na myśli szczegóły (które teraz wałkujemy w komentarzach), a nie ogólną koncepcję i pisanie.

Babska logika rządzi!

​Aaaa to co innego. Szczegóły tak. Jest tu trochę prawdy ale więcej twórczego rozwinięcia pewnych koncepcji i teorii. Oczywiście space opera to jedyna konwencja w jakiej mogłem puścić wodzy fantazji i skonstruować okręt zdolny do lotu przez osobliwość. Nolanowi pomagali astrofizycy. Jak napisał NWN tekst stoi w rozkroku. Z ciężarem na lewą, spaceoperową nogę. Ale “nieco” żargonu naukowego wrzuciłem i jak się okazuje potem nawet techogadki są analizowane :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Na początku starałem się czytać ze zrozumieniem, potem już tylko czytałem. Kiedy zignorowałem ten technologiczny szum, historia zaczęła mnie wciągać. Szkoda, że nie pozwoliłeś temu odleżeć, bo opowiadanie wygląda jak wstęp do czegoś większego. To powszechny grzech – ludzie pompują wstęp, a potem sru! i koniec. Mnie to drażni i radykalnie zaniża ocenę. No taki już jestem, sorry.

Hmm, ciekawe. Przyznam, że lubię takie hard s-f, choć Twoje, z racji długości, trochę mnie odrzuciło. Znaków niewiele, a bardzo dużo miejsca poświęciłeś worldbuildingowi i kwestiom technicznym. To wszystko jest oczywiście konieczne, gdybyś jednak dodał do tych dwudziestu tysięcy drugie tyle znaków (albo przynajmniej 10 tysi), w których skupiłbyś się trochę bardziej na bohaterach, akcji, zarysował lepiej sytuację polityczną (mnie również zaskoczyło, że wlecenie w osobliwość może pomóc w prowadzeniu wojny), to myślę, że tekst byłby lepszy.

Szczegóły techniczne trochę nużyły, może ze względu na to, że nie jestem specjalistą i momentami się gubiłem. Poza tym, zaskoczyła mnie decyzja dowództwa o dezintegracji Seena. Domniemywam, że widzieli jak przekracza horyzont zdarzeń, skąd w takim razie ich pewność, że stchórzył? Odwrót nie powinien być dla Seena niemożliwy? Hmm, jest też oczywiście możliwość, że czegoś tu nie załapałem ;)

Zwróć też uwagę na początek opowiadania – nie ma tu haka, tylko nużący infodump. Powinieneś na start wrzucić jakiś smaczny kąsek, by przyciągnąć czytelnika ;)

Zakończenie – niby fajne, ale trochę mnie jednak zawiodło. Że niby ta Wielka Czeluść była po prostu ogromnym lustrem? Coś takiego?

Warsztatowo jak u Ciebie – bardzo dobrze. Mógłbyś jedynie wyśrodkować gwiazdki ;)

A to mój ulubiony fragment:

– Mylisz się. Nie jestem twoim ojcem, chłopcze.

– Wiem, jesteś zaledwie niekompletnym odwzorowaniem jaźni tego tchórza.

To naprawdę smutne, Marasie, gdy syn mówi coś takiego ojcu XD

 

Reasumując, ciekawy tekst o nieco zwichrzonej kompozycji. Wydaje mi się, że gdybyś posiedział nad nim trochę dłużej i przemyślał część kwestii, wyszłoby lepsze opowiadanie. Szczególnie, że po Trzeba czekać wiem, iż potrafisz dobrze poprowadzić opowieść oraz zbudować ciekawych bohaterów.

 

Tyle ode mnie.

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Tfurca, ​CountPrimagen. Odpowiadam zbiorczo.

W opowiadaniu najważniejszy był pomysł na przejście przez osobliwość, która miała się okazać bramą do identycznego kropla w kroplę wszechświata z identycznym detalami, identycznym Saanem i Imperium itd.. 

Zbudowanie świata i tła było mi potrzebne tylko do tego, żeby czytelnik wyobraził sobie surowe realia dalekiej przyszłości, w której flota jest elitą, cywilizacja jest nastawiona na rygor i posłuszeństwo, prowadzi wojnę, a na jej czele stoi Imperator srogo karzący tchórzostwo i rozgrywający przy okazji swoje polityczne gry. Świat w którym honor, posłuszeństwo jest stawiane ponad wszystko. Bo taka doktryna obowiązuje gdy trwa wojna. To wszystko uzasadniało misję, jej konsekwencje dla Saana itd.

Cała otoczka (space opera, imperia galaktyczne, artefakt i niesamowite urządzenia obcych ras itd) miała uwiarygodnić możliwość przejścia przez środek czarnej dziury wbrew jej wszechpotężnym mocom wymykającym się ludzkiemu pojmowaniu.

Kompozycja. Gdybyście przestawili ostatnie dwie części i opowiadanie zakończyłoby się rozmową w celi, nie byłoby żadnego zaskoczenia, ale tekst wyglądałby może lepiej w proporcjach wstęp-rozwinięcie-zakończenia. Sednem opowiadania było przejście przez osobliwość i jego opis. Oraz mijanka dwóch statków. 

Jak napisałem. Tekst powstał na gorąco. Chodziło o pomysł. Resztę dobudowałem z przyzwyczajenia. Lubię jak świat jest chociaż zarysowany, a sytuacja przedstawiona w fabule ma jakieś zawieszenie i tło. Cała otoczka miała też uwiarygodnić pomysł. A relacja ojciec-syn miała dodawać dodatkowej “dramaturgii”​. Od losów misji zależała przecież także przyszłość syna. Kiedy Saan mówi, że woli pozostać przy “do zobaczenia”​ robi się zabawnie w kontekście przyszłych wydarzeń. Nawet myślałem czy nie dopisać zdania, w którym syn pyta czy z tym “do zobaczenia” sobie stary jaj nie robił, bo wiedział z góry jak to się skończy (tzn. ze zawróci, chociaż wiemy, że tak naprawdę wcale nie zawrócił).

Po przeczytaniu spalić monitor.

W opowiadaniu najważniejszy był pomysł na przejście przez osobliwość... – i to jest słuszna koncepcja!

Zbudowanie świata i tła było mi potrzebne tylko do tego, żeby czytelnik wyobraził sobie… – no i trzeba było to porządnie zbudować. Niedobrze, kiedy autor musi obszernie tłumaczyć, o co mu chodzi. Lepiej, jeśli wynika to z samego tekstu. Ja po prostu spodziewam się, że opowiadania z biblioteki nie będą pisane na kolanie i mam wobec nich wyższe wymagania. Gorące to są dobre bułeczki rano, ale niekoniecznie teksty. Jak eksperyment miał wpłynąć na wynik wojny? Czemu dowódca został anihilowany? Co z resztą załogi? I sto innych pytań, z którymi musisz się teraz mierzyć na własne życzenie.

A przecież pisać potrafisz.

 

Ależ Tfurco :), nie rozumiem zarzutu. Ja się sam do biblioteki przecież nie kliknąłem. Widocznie kilka osób jednak nie uznało opowiadania za pisane na kolanie i znalazło w nim jakies plusy wystarczające na bibliotekę. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Oczywiście, że to, że opowiadanie znalazło się w bibliotece nie jest zarzutem wobec Ciebie. To tylko ja się tłumaczę, dlaczego jestem tak krytyczny. Niestety, musisz liczyć się z tym, że publikując tekst, trafi on nieszczęśliwie do biblioteki, a wtedy ja go przeczytam i zrobię z nim straszne rzeczy – takie ryzyko ;)

Ale może podejdziesz do tego inaczej i pomyślisz sobie “ech, warto się z tym przespać i za jakiś czas zbudować na tej bazie coś naprawdę fajnego”. I taki jest cel mojego marudzenia. A to, że chce mi się marudzić oznacza, że widzę potencjał (nie palę monitora). Ale masz prawo też uznać, że chrzanię bez sensu, skoro innym się podoba, bo przecież jeszcze się taki nie narodził itd…

Oj tam nieszczęśliwie. Ja z tego powodu nie rozpaczam ;). I doceniam Twoja opinię i cel marudzenia. ​I nie uważam, że chrzanisz bez sensu. Zwyczajnie zaszło nieporozumienie. To nie był tekst rozbudowany i rozwinięty i urwany. To był tekst oparty na pomyśle z poszerzonym tłem, które miało uzasadnić pewne kwestie. Często pada zarzut: mogłeś nieco ten świat przedstawić, a nie tylko walnąć pomysłem w próżni. To ja w tym tekście własnie to zrobiłem, poszerzyłem i podkolorowałem tło. Bohaterowi dodałem syna karierowicza, konflikt rodziny z rodem Imperatora, anatemę za porażkę w bitwie, kawałek historii wstecz do dziadka, sarkastyczny charakter i przyciągającą go nie tylko grawitacją osobliwość, z którą nawiązuje jakąś więź niezdrową i która go ostatecznie robi w bambuko. To chyba nie jest tak mało jak na krótką space operę w klimatach patetycznych o skoku przez osobliwość i zaskakujących konsekwencjach tego skoku?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Wziąłeś się za trudny temat, a do jego opisania użyłeś wielu trudnych słów. W takiej konfiguracji forma musi być dopieszczona, w przeciwnym razie wiele z treści będzie niedostępne dla osób, które się na fizyce nie znają. Widać pośpiech i taką euforię pojawiającą się tuż po postawieniu ostatniej kropki. ;) Natomiast gdybyś tekst skontrolował parę razy więcej, być może pozbyłbyś się tych paskudnych, encyklopedycznych wręcz wstawek, które jedynie nadają ciężar, bo niewiele rozjaśniają. Zakrawa to o infodump, ale myślę, że dobry infodump nie jest zły – to jest jeśli wprowadzi się go z gracją gdzieś pomiędzy dialogi a narrację, tak że jest niemal niewidzialny. No ale gdybym w jakimś moim tekście walnął opis szlaku przemian kwasu arachidonowego jako etiologię bólu głowy mojej postaci, to sam byś się zastanawiał, czy nie przerwać lektury, hm? Ja się zastanawiałem po tym uroczym wstępie.

Na szczęście czytać nie przestałem, bo im mniej nauki, tym lepiej. Użyłeś fajnej, poszatkowanej konstrukcji tekstu i te niekoniecznie chronologiczne fragmenty przykuły moją uwagę, mimo że nie wszystko z opisywanych wydarzeń rozumiałem.

Finał trochę rozczarował. Znaleźli lustro i w sumie co tego? :<

 Fajny pomysł na opowiadanie. Nie mogłem rozgryźć, o co tam chodzi, ale w końcu zapaliła mi się w głowie żarówka :) Po pierwszym przeczytaniu ogarnąłem jeszcze tekst wzrokiem i wpadł mi w oko fragment, kiedy Saan mówi synowi, że nie jest jego ojcem. Według mnie perełka, ponieważ pewnego dnia, kiedy tajemnica zostanie odkryta, syn uświadomi sobie, co miał na myśli Saan. Zdziwi się chłopak ;)

Jeśli chodzi o początek, to dołączam się do grona grymaszących. Infodump, od którego puchnie głowa. Nawet odechciało mi się czytać dalej, ale przebrnąłem.

Potem jest coraz lepiej, a zakończenie według mnie wygrywa. Stracenie Saana-ale-nie-tego-co-trzeba-Saana (i w ogóle na marne, przez fałszywe przeświadczenie) było strzałem w dziesiątkę.

Ogóle tekst dobry, pomysłowy, z nudnym początkiem, ale fajnym zakończeniem :)

 

 

Aa, i jeszcze jedno. Czytając twoje opowiadanie, cały czas miałem w głowie świat Star Treka (nie wiem czemu). A jak ST, to wiadomo – w moich oczach Saan był łysym Patrickiem Stewartem ;D

Hm, w sumie gdy przemyślałem sobie to zakończenie, to dostrzegłem w nim chyba jakiś większy sens. Że imperator to idiota i anihiluje bez zastanowienia gościa, który wrócił z miejsca, w którym nikogo jeszcze nie było. Może i dobrze się stało, bo gdyby ludzkość miała świadomość istnienia swojej kopii za horyzontem zdarzeń, to być może byłaby mniej ostrożna na przykład w wyzwalaniu konfliktów nuklearnych. :p

Star treka nie znam, ale aż mnie naszła ochota żeby znów zagrać w Mass Effecta. :D

MrBrightside, nie kuś z tym Mass Effectem, bo i ja zaraz jakiegoś Żniwiarza usiekam :D

Właśnie instaluję dwójkę, polecam! XD

Dziękuję Wam serdecznie za wizytę, lekturę i obszerne komentarze. Po waszych wypowiedziach, a także wypowiedziach poprzedników, wiem już że z wstępem przesadziłem. Prawie straciłem kolejnych dwóch czytelników przez to ciężkie wprowadzenie :/. 

MrBrightside. ​Poszatkowana konstrukcja miała ukryć małego twista w tekście i przenieś go bliżej końca tekstu. Cieszę się, że sie podobała. Nie jestem natomiast pewien czy mój zamysł i pomysł był wystarczająco przejrzysty. Napisałeś, że Imperator anihilował gościa, który wrócił z miejsca, w którym nikogo nie było. Jak zauważył Karol123, to nie był ten gość ale jego odpowiednik z identycznego Wszechświata po drugiej stronie osobliwości. Tobie Karolu123 dzięki za miłe słowa. Opowiadanie oparte było na prostym pomyśle i cieszę się, że doceniłeś moje starania i pomysł przypadł Tobie do gustu. Dobrze wychwyciłeś ten mały dżinks ze słowami Saana do :syna-nie-syna”. A jeśli widzisz w kapitanie Patricka, nie mam nic przeciwko temu ;)

I fajnie, że moja kulawa space opera jakoś Was pośrednio natchnęła do zagrania w ME :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nie no, jeszcze nie gram w ME… Cały czas moje JA balansuje, nie wie, czy grać, czy się uczyć :) 

Nowa Fantastyka