- Opowiadanie: Finkla - Bóg biochemii

Bóg biochemii

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Bóg biochemii

Deus mirabilis, fortuna variabilis.*

 

Prolog

 

– Popełniasz błąd. – Heinrich zacisnął blade wargi.

– Ja nie planowałam życia tobie, więc ty zostaw w spokoju moje!

Ręce Emilii nawet przez chwilę nie pozostawały w bezruchu: zaciskały się w pięści, podlatywały do głowy, by wpleść szczupłe palce we włosy, niosły do ust filiżankę z kawą, skubały serwetkę rzuconą na obrus po drugim daniu…

– Ten argument nie ma sensu. Gdybyś wtedy już była na świecie i zechciała przedstawić sensowne stanowisko, na pewno bym cię wysłuchał. Możesz mi wierzyć, że twoją matkę wybrałem z ogromną starannością.

– Ją czy jej pieniądze?!

– Całokształt.

– Oczywiście! Nie zapominajmy o kontaktach, stosunkach i znajomościach!

– Nie chcesz chyba powiedzieć, że nie podobają ci się geny po kądzieli? – Heinrich zakręcił koniakówką w wyćwiczonym geście, aby maksymalnie wzmocnić bukiet dwudziestoletniego hennessy. Upił łyczek. – Niewielu ludzi cieszy się takim zdrowiem jak twoje. Gdybyś miała rodzeństwo, byłoby podobnie wolne od schorzeń i mogło obrać dowolną ścieżkę kariery. A ten twój Włoch? Co ty w ogóle o nim wiesz?

– Wystarczająco dużo, żeby go kochać! – Smukłe palce wbiły się w bawełnę serwetki, jakby chciały rozszarpać tkaninę. – I nie próbuj w to wątpić!

Ojciec z czarującym uśmiechem podniósł ręce. Emilia może nawet uwierzyłaby w jego szczerość, gdyby nie widziała identycznej pozy i miny w dziesiątkach sytuacji, kiedy kłamał.

– Skarbie, ani przez chwilę nie wątpiłem w twoje uczucia. Nie potrafiłabyś udawać. To emocje Arturia budzą mój niepokój. Podejrzewam, że większym afektem pała do twoich, a właściwie ciągle jeszcze moich, pieniędzy.

– Nie mów tak!

– Nie możesz zabronić mi posiadania własnej opinii o tym młodym człowieku. Sama go zresztą dobrze nie znasz…

– Ja go nie znam? Ja nie znam Arturia?! Co za szczęście, że ty wiesz o nim wszystko! – Kilka kropel kawy z gwałtownie odstawionej filiżanki chlapnęło na spodeczek.

– Córeczko, jeszcze nie wiesz, jacy potrafią być mężczyźni. Dzisiaj „bellissima” i „ti amo”, a kiedy już usłyszy twoje sakramentalne „si”, zostanie „addio, bambina”.

– Arturio mnie kocha! Pewnie w ogóle nie potrafisz zrozumieć czegoś takiego, ale to fakt! Jesteś jak obrzydliwy pająk siedzący na środku pajęczyny i szarpiący nici, żeby muchy podskakiwały, jak on sobie życzy!

– Pająk musi coś jeść, ty też. Może już czas, żebyś sama zaczęła się kierować czymś innym niż chwilowymi kaprysami? Kiedyś będziesz musiała przejąć władzę nad koncernem. Nie zapominaj o tym.

– Och, nie nudź. Rzygam chemią! Ustaliliśmy, że przejmę firmę, kiedy postanowisz iść na emeryturę.

– Nie jestem nieśmiertelny… Ale przyznaję, że wolałbym, abyś najpierw nieco odchowała mi wnuki.

– No to powinieneś cieszyć się ze ślubu. I przestań gadać o takich okropnych rzeczach! Masz przewspaniałe DNA, cudownie zbilansowaną dietę i dbasz o swoje bezcenne zdrowie… Nawet o tym nie myślę. Zresztą, pewnie musiałabym rzucić malowanie, a wcale nie mam ochoty… Arturio jest świetnym biznesmenem, jego galeria doskonale prosperuje, chociaż rynek sztuki zawsze był bardziej kapryśny niż nowoczesne nawozy czy inteligentne farby. Jeśli radzi sobie w takich trudnych warunkach… Może kiedyś to mój mąż poprowadzi rodzinną firmę?

– Makaroniarz, gołodupiec, a do tego jeszcze konus bez charyzmy?! Nigdy się na to nie zgodzę!

– Ile razy ci powtarzałam, żebyś tak o nim nie mówił!?

Emilia zerwała się, w łopocie fałdzistej spódnicy zawirowała na pięcie i wybiegła z jadalni, nawet nie zauważając, że szeroki rękaw bluzki zahaczył o filiżankę.

Wbrew wykrzyczanym przed chwilą inwektywom, Heinrich odczuwał spokój i satysfakcję. Przewidział, że rozmowa z córką może zakończyć się wrzaskiem, wyzwiskami lub ciśnięciem kilku naczyń na podłogę. Specjalnie wybrał dzień, kiedy Helena odwiedzała fryzjerkę i kosmetyczkę, a służbie zawczasu kazał podać kawę w zwyczajnej, ćmielowskiej porcelanie, a nie w ulubionym serwisie żony, niebieskim z Wedgewood. Twarz przedsiębiorcy, jak zwykle, nie ujawniała żadnych emocji, których nie chciał okazać. Godziny przy stoliku pokerowym nie poszły na marne. Skinął na pokojówkę, aby posprzątała skorupy, zanim resztki espresso zabarwią posadzkę. Szkoda byłoby mozaiki z pięciu gatunków drewna.

Na górze trzasnęły drzwi do atelier – niechybny znak, że Emilia zamierzała przelać swoją wściekłość na płótno. To dziecko było tak naiwne, tak podatne na manipulacje… Ale tatuś potrafił zadbać o jedynaczkę. Jeszcze znajdzie taką dźwignię, że ten kurduplowaty włoski przybłęda trzy razy się zastanowi, zanim skrzywdzi jego ukochaną dziewczynkę.

 

1.

 

Ostatni, nieco spóźnieni, goście ciągle jeszcze okazywali zaproszenia ochroniarzom, kiedy młodzi zaczęli pierwszy taniec. Wybrali tango. Razem wyglądali tak pięknie, że Helena co chwilę podnosiła chusteczkę do oczu. Stojąca tuż obok signora Beatrice zachowywała się podobnie, lecz wzruszała głośniej. Ojciec Arturia, Lorenzo, uśmiechał się szeroko i klaskał do taktu. Tylko Heinri gdzieś zniknął.

Emilka sama zaprojektowała swoją suknię. Zdecydowała się na najnowszy wynalazek w dziedzinie mody – inteligentną tkaninę, która może przybierać różne barwy, zmieniać je dowolnie, a nawet wyświetlać film. Podczas wesela miała pokazywać panoramę z wieży Eiffla. Córce zawsze było do twarzy w niebieskim. W tej chwili w Paryżu królowała pogoda równie piękna jak pod Warszawą – po niebie z rzadka przepływały puchate obłoczki, a słońce pomaleńku chyliło się ku mansardowym dachom. Na marszczoną spódnicę do kostek poszło mnóstwo materiału, krawcowej aż się ręce trzęsły, kiedy trzymała tkaninę, za którą można by kupić średniej klasy samochód. Ale Heinri bez mrugnięcia okiem płacił wszystkie rachunki. Niechby tylko spróbował skąpić na ślub jedynaczki! Helena bardzo rzadko upierała się przy swoim, lecz tak niepowtarzalna okazja wymagała odpowiedniej oprawy.

Arturio założył frak. Szyta na miarę marynarka nieco wysmukliła jego przysadzistą sylwetkę, dodając chłopakowi uroku. Ze wzrostem nic już nie dało się zrobić, szpilki panny młodej i welon na upiętych wysoko włosach sprawiały, że wyglądała na wyższą od partnera. Ale za to jak oni na siebie patrzyli! Z szarych oczu Emilki buchały strumienie żaru, ciemnobrązowe tęczówki odpowiadały gorącem i słodyczą czekolady.

Podczas espejo srebrne szpilki i czarne lakierki uderzały o parkiet synchronicznie, jakby kierował nimi wspólny umysł. W argentyńskim tańcu dwie odmienne osobowości stopiły się w jedność. Emilka przelała w tango całą swoją pasję. Drażniła i prowokowała w lubieżnych lustradach i enganchach. Kiedy malutka dziewczynka Heleny zdążyła przemienić się w dorosłą kobietę świadomą swojej urody, seksualności i władzy nad mężczyznami?

Arturio wnosił do tańca siłę i spokój. Dawał żonie podparcie przy colgadach, pomagał wyhamować impet po giros, podsuwał ramię, przez które mogła się przewiesić smukła talia, podnosił drobne ciało wysoko w górę… Był dębem, kiedy Emilia była bluszczem, był skałą zatrzymującą wzburzone fale i zapewniającą schronienie, Wezuwiuszem zawsze gotowym na niszczący wybuch, gdyby cokolwiek zagroziło jego Vistuli.

Młodzi przekuli mało imponujący wzrost małżonka w walor. Policzek do policzka, czoło do czoła, razem, w bliskości, w którą nic nie miało prawa się wedrzeć. Obie świeżo upieczone teściowe z głębi serc życzyły dzieciom, aby przez całe życie potrafiły tak ze sobą współpracować i tak doskonale się rozumieć.

 

2.

 

Heinrich wyszedł z chłodzonej spiżarni. Uspokoił kuchenną służbę zestresowaną niespodziewaną inspekcją:

– Wszystko w porządku. Za jakieś czterdzieści minut podawajcie rosół. Kiedy goście przejdą do ogrodu, możecie nakładać makaron i roznosić talerze.

Pomaszerował na piętro, do gabinetu. Tam podszedł do drzwi prowadzących do laboratorium. Wstukał ośmiocyfrowy kod i przytknął kciuk do skanera. Pieczołowicie opłukał kilka wyjętych z kieszeni iniektorów, potem wrzucił je do sterylizatora narzędzi. Ustawił najdłuższy, dwugodzinny program. Odruchowo zerknął na zegarek, skrzywił się i podbiegł do blatu, na którym leżała srebrna taca z dwunastoma torebkami wypełnionymi złocistymi i brunatno-czerwonymi proszkami.

Zabrał tacę, wyszedł do gabinetu. Przestępując z nogi na nogę, odczekał, aż drzwi do laboratorium się zamkną. Dopiero wtedy pospieszył szukać szefa ochroniarzy.

– Wojtek!

– Tak, proszę pana?

– Czy wszyscy z listy VIP-ów już się odhaczyli?

– Brakuje tylko państwa Roztockich.

– Ich nie będzie. Helena coś wspominała, że Janusz wczoraj stracił przytomność i lekarz odradzał mu większy wysiłek… Możemy zaczynać. Weź to! – Przekazał podwładnemu swoje brzemię. – Zanieś do zamkniętego namiotu, tego z dachem w czerwone paski i czekaj, aż przyprowadzę gości. Tylko pilnuj tych torebek jak oka w głowie!

– Tak jest, proszę pana!

Heinrich skierował się do salonu, przerobionego na salę balową. Zdążył, młodzi właśnie skończyli swoje tango i zarumienieni, kłaniali się na wszystkie strony, dziękując za oklaski. Podszedł do Emilii, pocałował ją w policzek. Znalazłszy się w centrum uwagi, ogłosił:

– Z okazji ślubu mojej córki przygotowałem dla niej i dla wszystkich państwa niespodziankę. Zapraszam do ogrodu, wszystko czeka w namiocie obok fontanny. Proszę za mną!

 

Kiedy goście już znaleźli się pod płóciennym dachem lub przed wejściem, gospodarz triumfalnie ściągnął płachtę z błękitnego jedwabiu, okrywającą tajemnicze bryły na podwyższeniu. Oczom zebranych ukazał się tuzin dębowych beczek.

– Czy znajdzie się ochotnik gotów organoleptycznie sprawdzić, co znajduje się w tych baryłkach?

Zgłosił się jakiś gówniarzowaty kuzyn pana młodego. Mario czy Antonio, było ich zbyt wielu, zbyt nieważnych i zbyt podobnych, by zapamiętywać twarze i imiona.

– Która beczka?

Młodzieniec wskazał palcem najbliższą, Heinrich wziął z pobliskiego stolika kieliszek, nalał płynu do połowy i podał Włochowi.

– I jak?

– To zwykła woda! – oznajmił chłopak z komicznie zaskoczoną miną.

– Woda, ale nie do końca zwykła – poprawił gospodarz. – To czysta woda źródlana, prosto ze studni oligoceńskiej. Jak zapewne wielu spośród państwa wiadomo, złośliwi nazywają mnie za plecami bogiem biochemii. Postanowiłem stanąć na wysokości zadania i, z racji wesela, zamienić wodę w wino. – Goście zaszemrali; jedni z podziwem, inni z oburzeniem. Pan domu z chłopięcą zręcznością wskoczył na podwyższenie, a teraz zdejmował wieczka z beczek, nie przerywając mówienia: – Chemia to potęga, chemia to przyszłość. Ale nie zapominajmy o tradycji! Wojtek – syknął do ochroniarza – torebki!

Po chwili pierwsza porcja proszku wylądowała w antale. Woda zapieniła się. Bóg jeden wiedział, jakie procesy tam zachodziły. Heinrich oderwał od torebki nalepkę z napisem „St-Emilion Bordeaux, rocznik 2021”, przykleił ją do beczki. Płyn powoli przestawał musować, biochemik ujął naszykowaną kopyść i wymieszał zawartość. Potem powtórzył swoje czary przy pozostałych jedenastu zbiornikach, a wreszcie, kiedy gwałtowne reakcje przestały burzyć młode-stare wino, na powrót zakrył pojemniki.

– Daj mi znać, kiedy minie kwadrans – mruknął do Wojtka i kontynuował na głos: – To najnowszy patent mojej firmy. Jestem pewien, że usprawni transport i wywoła daleko idące zmiany na rynku wykwintnych alkoholi. Macie państwo okazję, by jako jedni z pierwszych skosztować wina instant. Proszę się nie obawiać, technologia i powstałe trunki pomyślnie przeszły wszelkie testy. Ale, aby rozwiać wątpliwości, wypiję pierwszy kieliszek. A teraz, moi drodzy, pozwólcie, że opowiem, jakie gatunki win i które roczniki wybrałem do dzisiejszego pokazu. Zacznijmy od włoskich, na cześć pana młodego i znamienitych gości z jego ojczyzny…

W końcu piętnaście minut upłynęło i Heinrich nalał sobie kieliszek schwarzrieslinga. Pod światło ocenił barwę i klarowność, przeanalizował bukiet, wzniósł toast za młodą parę, posmakował…

– Delikatny aromat czereśni… W smaku subtelnie kwaskowe z ulotnymi słodkimi nutami. Szczep podobny do meunier, grona długo dojrzewały na stokach Wirtembergii. Nic a nic nie czuć korka…

Goście zaśmiali się uprzejmie, gospodarz dopił trunek.

– Ktoś jeszcze ma ochotę na świeżutkie, kilkunastoletnie wino?

Każdy miał.

Heinrich nie odmówił nikomu, z wyjątkiem niepełnoletnich dzieciaków, dwóch ciężarnych kobiet oraz Heleny, której obiecał wersję bezalkoholową, niekolidującą z jej lekami na migrenę.

 

3.

 

Arturio słyszał mnóstwo opowieści o tradycyjnych polskich weselach, ale dotychczas w żadnym nie brał udziału. Dopiero teraz przekonywał się na własnej skórze, że legendy wcale nie były legendarne. Alkohol płynął strumieniami, jeszcze zanim ktokolwiek usiadł do stołu. Po drodze z kościoła nowożeńców co chwilę zatrzymywała grupka rozochoconych ludzi za prowizoryczną barykadą i żądała opłacenia myta. Ani pan młody, ani jego młodszy brat, Vito pełniący funkcję pierwszego drużby, na którego tutaj mówiono „schvya-deck”, nie mieli pojęcia, o co chodzi. Dopiero Monika, przyjaciółka Emilii i odpowiedniczka Vito, zaprowadziła Arturia do bagażnika limuzyny mieszczącego koszyki pełne butelek wódki i kazała negocjować cenę przejazdu.

Potem teść wyskoczył ze swoją magiczną przemianą wody w wino. Arturio zżymał się, że Heinrich wykorzystuje ich osobistą ceremonię, aby zareklamować swój produkt. Ale kiedy pan młody spróbował win, które znał najlepiej – chianti i taurasi, cała złość mu przeszła. I jedno, i drugie smakowało wyśmienicie. W płynie, który jeszcze przed godziną był wodą (Mario zarzekał się, że najnormalniejszą w świecie), czuło się moc i zapach toskańskich winogron sagniovese. A w drugim kieliszku – klasę klejnotu Kampanii, godnego potomka falerno od wieków opiewanego przez poetów. Włoch musiał przyznać teściowi, że wybrał świetne, bodaj najlepsze, roczniki.

Ale na tych dwunastu beczkach wcale się nie skończyło! Po degustacji wina instant wszyscy usiedli do stołów i dopiero wtedy zaczęła się prawdziwa, obficie skrapiana trunkami, uczta Lukullusa. Polacy pili głównie wódkę, a szczególnie jeden jej gatunek – „beem-ber”. Jak Arturio zrozumiał, to tradycyjny napitek, bez którego nie mogło się obejść żadne tutejsze wesele. Zbyt małą ilość butelek utożsamiano z katastrofą porównywalną do któregoś z narzeczonych krzyczącego „nie” przed ołtarzem. „Beem-ber” był mętnawy i smakował obrzydliwie, jakby wydestylowano go z podłego piwa (może stąd nazwa?), a potem wrzucono do napoju wszystkie niedogony. Na domiar złego diabelski trunek palił w gardle gorzej niż siarka i sprawiał wrażenie cholernie mocnego. Miejscowym wydawało się to w niczym nie przeszkadzać.

Zapewne za sprawą owego straszliwego napitku dalszy ciąg festy zlał się panu młodemu w poplątany film. Urzekające krajobrazy podczas spacerów po ogrodzie, nieznajomo pachnące kwiaty, parkiet sali balowej, niezliczone martwe natury na białym płótnie obrusu, miszmasz tańców z obcymi kobietami, stopniowo ciemniejąca sukienka Emilii migająca gdzieś na krańcach pola widzenia i mnóstwo ciężkich, tłustych potraw…

Zdaje się, że w którymś momencie Arturio zabrał muzykowi saksofon i zaczął dżezować. Reszta orkiestry próbowała się dostosować. Goście klaskali i tańczyli w rytm pijanej zaimprowizowanej melodii. O północy już z niecierpliwością wypatrywał końca zabawy. Obawiał się, że lada moment pęknie, a przeklęte lakierki poobcierały mu stopy chyba do kości. Wtedy ogłoszono kolejną polską atrakcję – „oh-che-pee-nny”.

Młodych usadzono uroczyście na krzesłach, dając wreszcie chwilę wytchnienia. Suknia Emilii skrzyła się gwiazdami, od kolan do kostek jaśniały paryskie bulwary i światła samochodów. Przyjaciółki kręciły się obok panny młodej – próbowały odczepić jej welon, nie zdzierając przy tym skalpu. Fryzjerka najwidoczniej przewidziała zabiegi przeciwników, bo walka była zacięta. Jednocześnie ktoś śpiewał kuplety. Chyba bardzo wesołe, bo Polacy pękali ze śmiechu. Arturio podejrzewał, że przyśpiewki dotyczą części „pee” – dzieci wydawały się rozumieć równie mało co on, a żona spąsowiała. Nagle przyskoczyło dwóch mężczyzn i zdjęło im buty (wspaniały pomysł, szkoda, że tak późno). Wreszcie pojawił się znany i zrozumiały element – Emilia rzuciła welonem (nie bukietem, ale to drobiazg), a on muszką. Potem zorganizowano serię zabaw i konkursów o niejasnych zasadach. Chyba coś wygrali, bo ni stąd, ni zowąd Arturiowi wręczono niezwykły bukiet – „kwiaty” miały płatki z kondomów. Pan młody nie bardzo wiedział, jak powinien się zachować, na wąchanie wiązanki nie miał ochoty. W końcu wepchnął poszetkę na dno kieszonki i wsadził do butonierki jedną nibyróżę. Otoczenie powitało pomysł przyjaznymi śmiechami i gwizdami.

Szampańską zabawę (prawda, szampan też tam był – po ogrodzie krążyli kelnerzy z tacami) mącił jedynie nieszczery uśmiech teścia. Nowożeniec co krok napotykał lodowate, błękitne oczy, na dodatek powiększone okularami. Zapewne Heinrich uważał, że Arturio ożenił się z pieniędzmi. Mylił się. Włoch kochał, podziwiał i wielbił Emilię. A jeszcze bardziej jej obrazy. W tydzień mógłby znaleźć kupca dla genialnego „Popołudnia pełnego refleksji”. Ale wtedy musiałby się wyrzec radości płynącej z obserwowania, jak promienie słoneczne, zmieniając kąt padania na płótno, wydobywają z niego coraz to inne emocje i przeżycia. Nigdy! Prędzej sprzedałby willę pod Neapolem odziedziczoną po dziadkach. Zresztą, galeria prosperowała całkiem nieźle i Arturio nie potrzebował forsy ani od rodziców, ani tym bardziej od suoceri, aby utrzymać rodzinę. Nawet na odrobinę dolce vita mógł sobie pozwolić. W ogóle nie zamierzał ingerować w teściowe „divide et impera”.

Uważał, że powinien zrobić wszystko, by zapewnić żonie jak najlepsze warunki do tworzenia. Kamieniczka we Florencji, gdzie wciąż pobrzmiewały echa śmiechu Medyceuszy, dom w polskich górach, gdzie hodowaliby ukochane konie Emilii, bungalow w sercu egzotycznej dżungli… Cokolwiek, byle jego carissima nie odkładała pędzla. Arturio był gotów odgadywać wszystkie życzenia połowicy, nosić ją na rękach albo urządzać awantury godne pióra Dantego. Niech tylko kiełkujący talent Emilii rozwinie się i okrzepnie.

Oczywiście fizycznie żona również mu się podobała, pożądał jej, podziwiał słowiańską urodę. Dobrze byłoby mieć kilkoro dzieci, najlepiej ślicznych jak infantki Velázqueza, ale wszystko to bladło wobec talentu. Kiedy Emilia stała przy sztalugach, jej twarz rozjaśniała się, aż ukochana przypominała Madonnę van Eycka.

 

4.

 

Po zakończeniu oczepinowych zabaw do jadalni wjechał tort weselny. Wyglądał imponująco – wielki, czterowarstwowy, stylistyką nawiązujący do architektury antycznego Rzymu. Z racji zainteresowań obojga młodych, boki ciasta udekorowano dziełami znanych malarzy polskich i włoskich. Matejko sąsiadował z da Vincim, Malczewski z Tycjanem… Aby uniknąć nieeleganckiej pstrokacizny, obrazy wykonano w wersji sepiowej – z różnych gatunków czekolad. Poszczególne panele zostały oddzielone lukrowymi pilastrami w stylu jońskim. Wierzchy pokrywała gładka, biała polewa, tylko najwyższą warstwę zdobił okrągły fragment z „Portretu małżonków Arnolfinich”.

Heinrich podszedł do tortu, zabrał kelnerowi nóż i łopatkę, mówiąc:

– Sam pokroję! Ślub córki więcej się nie powtórzy, to jedyna okazja. Zresztą, wszystko sobie przemyślałem.

Górna część trafiła do nowożeńców. Gospodarz namawiał ich, aby jedli, nie czekając, aż reszta dostanie swoje porcje.

– Kiedy tort się ugrzeje, już nie będzie taki smaczny! Proszę! Dla wspaniałych mam państwa młodych po połówce „Damy z gronostajem” – podał talerzyki Helenie i Beatrice – obrazu malowanego przez włoskiego mistrza, ale znajdującego się w polskim muzeum. Podobne połączenie utworzyły dzisiaj wasze dzieci.

I tak dalej – Heinrich zgrabnie uzasadniał swoje wybory. Przedsiębiorca słynący z odważnych decyzji dostał część portretu Bolesława Chrobrego, najpiękniejsze dziewczęta – „Narodziny Wenus” Botticellego, właściciele gruntów – „Bociany” Chełmońskiego. Pan domu co chwilę czyścił nóż, aby jak najmniej uszkodzić obrazy.

Goście byli urzeczeni.

Heinrich przekazał narzędzia w fachowe ręce kelnera dopiero przy najniższej warstwie – udekorowanej warszawskimi pejzażami Canaletta.

Przyjął kawałek tortu dla siebie i dołączył do Heleny.

Po kilkunastu minutach odnalazł Wojtka, aby wydać mu kilka poleceń:

– Chcę, żebyś przyprowadził pana młodego do mojego gabinetu. Jeszcze nie teraz. – Rzucił okiem na zegarek. – Niech wejdzie do mnie około czwartej czterdzieści, ale przyjdź po niego kwadrans wcześniej, a potem poczekajcie w bibliotece. Gdyby Arturio poczuł się źle, wchodźcie natychmiast. Jasne?

– Oczywiście, proszę pana.

– Czekaj, to nie koniec. Zostań z nami w gabinecie. Pan Ricatazzi może mieć powód, żeby mnie zaatakować. Pozwól mu, zrozumiałeś? – Ochroniarz z pewną niechęcią, lecz pokiwał głową. – Nic mi nie będzie, jeśli dostanę po gębie. Zresztą, trzeźwy to on już nie jest, nie będzie miał siły ani refleksu, a rozładuje pierwszy gniew… Interweniuj dopiero, gdyby pojawiło się ryzyko, że coś mi złamie.

 

5.

 

Arturio miał nadzieję, że po wręczeniu prezentów i torcie impreza wreszcie się skończy, a tu znowu orkiestra zaczęła przygrywać i pary ruszyły na parkiet. Emilia twierdziła, że wesele musi trwać do białego rana. Chyba w Polsce żenili się głównie maratończycy. Znowu ktoś porwał pannę młodą do walca. Chcąc nie chcąc, nowożeniec też poprosił jakąś kuzynkę, z którą chyba jeszcze nie tańczył.

Kiedy młodzi znowu spotkali się na swoich miejscach przy stole, jego bellissima powiedziała, że czuje się zmęczona i idzie na świeże powietrze. Arturio chciał jej towarzyszyć, ale właśnie wtedy podszedł do nich ochroniarz i za pośrednictwem Emilii zaprosił pana młodego do gabinetu teścia.

O dziwo, najpierw trafili do biblioteki. Arturio już nieraz zastanawiał się, ile z tysięcy zebranych tu książek naprawdę przeczytali mieszkańcy domu. A potem powieki zaczęły mu opadać. Ledwie się zdrzemnął, ochroniarz potrząsnął go za ramię.

You OK? – dopytywał się.

Pan młody próbował tłumaczyć, że czuje się nie najgorzej, ale o tej porze zazwyczaj już śpi. Jednak rozmówca chyba niewiele zrozumiał. Gorzej mówił po angielsku niż Włoch po polsku. Wreszcie zaprowadził gościa do gabinetu.

Arturio nigdy jeszcze nie był tutaj, w sanktuarium Heinricha. Przede wszystkim rzucało się w oczy płótno Rubensa wiszące nad biurkiem. Na ile marszand mógł ustalić bez dokładnych badań – oryginał. Serce bolało od patrzenia na to marnotrawstwo. Takie dzieło sztuki powinno być należycie wyeksponowane, mieć dla siebie co najmniej całą ścianę w harmonizującym kolorze i o kształcie skupiającym spojrzenie na obrazie. A jeszcze lepiej – pomieszczenie, w którym utrzymywano optymalną temperaturę i wilgotność. A nie kurzyć się, wciśnięte między półki z książkami a witrynę, w której szesnastowieczna chińska porcelana przemieszana była z afrykańskimi maskami. Stylistycznego dysonansu dopełniał alabastrowy posążek, pomniejszona kopia Ateny Promachos stojąca na komodzie obok okna.

Ale teść prawdopodobnie w dziełach sztuki widział jedynie lokaty kapitału, a w Rubensie co najwyżej tlenek tytanu, chromian ołowiu, glinokrzemiany sodu i garść innych związków… Siedział za biurkiem i przymrużonymi oczyma wpatrywał się w gościa.

– Siadaj – wskazał na fotel obity bordową skórą – pewnie nogi muszą cię boleć.

– Trochę bolą – przyznał Włoch, zajmując miejsce – w życiu tyle nie tańczyłem.

– Och, nie łudź się, to nie tylko zmęczenie. Długo myślałem, co zrobić, by uchronić córkę przed łowcami posagów, damskimi bokserami, dziwkarzami i innymi łajdakami. Aż wymyśliłem. Nie bez powodu nazywają mnie bogiem biochemii. Smakowało ci moje wino instant? Dodałem do niego bardzo ciekawy związek. Sam w sobie jest niegroźny, szybko się rozkłada, po dobie w organizmie niemal nic nie zostanie. Ale! Łatwo łączy się z innymi substancjami. Podając odpowiednie związki, można stworzyć sól, którą człowiek błyskawicznie wydali wraz z moczem, albo neurotoksynę, która zostanie w ciele na zawsze i będzie wywoływać poczucie straszliwego bólu, dopóki nie dostarczy się antidotum. Najpiękniejsze jest to, że antidotum działa tylko przez kilka dni, potem dawkę trzeba powtórzyć. Jak myślisz, którą wersję wybrałem dla ciebie, drogi zięciu?

– Kłamiesz! – wrzasnął Arturio. Wsłuchał się w siebie. Nic nadzwyczajnego. Wysokie tętno, ale po takich wieściach galop serca nie dziwił. Nowożeniec niemal czuł, jak adrenalina wypłukuje promile z krwi. Poobcierane stopy bolały, ale nie mógł się doszukać w tych niedogodnościach anormalnego czynnika. Kiedy jako student wędrował po Dolomitach, bywało gorzej.

Heinrich bez przerwy obserwował zięcia. Chłopak wyglądał, jakby rzeczywiście w ogóle nie cierpiał. Może miał nadspodziewanie wysoki próg bólu albo wszyscy tam we Włoszech, na diecie Lukrecji Borgii, w kraju mafii, wyrobili sobie podwyższoną odporność na rozmaite trucizny. Nie szkodzi.

– Nie oszukuj się. Osobiście podałem ci jedzenie z drugą częścią neurotoksyny. I nawet nie możesz mnie o nic oskarżyć, bo dostałeś wyłącznie nieszkodliwe substancje. Trzeba było tyle nie chlać i nie żreć!

Vai in mona!

Arturio zerwał się i rzucił z pięściami na teścia. Wojtek drgnął, lecz szybki ruch dłoni szefa przypomniał mu wcześniejsze polecenie. Heinrich pozwolił się ze dwa razy uderzyć – ciosy wyprowadzane przez całą szerokość biurka nie miały impetu, nie niosły prawdziwego zagrożenia – a potem złapał zięcia za ręce.

– Uspokój się. Teraz musisz dbać o mój dobry humor, bo to ja dysponuję antidotum. Jesteś ode mnie uzależniony. Nie obchodzi mnie, czy będziesz mnie lubił i szanował, ale jeśli skrzywdzisz moją córeczkę… Emilia ma być szczęśliwa, jasne?

Arturio, wciąż wściekły, pokiwał głową.

– Siadaj! – rozkazał Heinrich.

Sam również opadł na fotel. Wyjął z szuflady naszykowane lusterko, obejrzał twarz. Nic wielkiego, rozcięta warga. Nie pomyślał o nowiutkiej obrączce. Jeszcze będzie można wykorzystać to skaleczenie jako argument w rozmowie z Emilią.

Na podorędziu już czekała apteczka. Bóg biochemii po kolei aplikował potrzebne organizmowi substancje: punktowy analgetyk, odkażacz, koagulant, leki przyspieszające gojenie, środki na opuchliznę… Wykonywał spokojne i precyzyjne ruchy – czas pracował dla niego. Dzięki zabiegom już jutro znowu będzie mógł szeroko się uśmiechać. A okazji nie powinno zabraknąć…

– Podziwiam twoją wytrzymałość – przyznał zięciowi, kończąc wcieranie trzeciej już maści. – Od zjedzenia tortu minęło tyle czasu, że już dawno powinieneś wić się z bólu.

Arturio wpadł w amok. Chwycił posążek Ateny. Machnął, ale Heinrich zdążył odepchnąć się od blatu i odjechać w fotelu na kółkach pod samą ścianę. Statuetka zmiotła tylko apteczkę i lusterko z biurka. Wojtek interweniował, zanim Włoch ponowił atak. Ochroniarz błyskawicznie przyskoczył i obezwładnił napastnika. Nawet starał się być delikatny w miarę możliwości. Wprawdzie nie rozumiał, o czym mężczyźni rozmawiają, ale doskonale wiedział, kiedy szef gra komuś na nerwach.

Gospodarz z zainteresowaniem słuchał, jak zamknięty w uścisku zięć wrzeszczy coś po włosku. Z całej tyrady pojmował wyłącznie często powtarzające się „vaffanculo” i znacznie rzadsze „imbecille”.

Wreszcie Arturio uświadomił sobie, że nikt go nie rozumie. Przyklapł nieco i zaczął wygrzebywać z nagle opornej pamięci słowa po angielsku:

Motherfucker! Ty pierdolony idioto! Karmiliśmy się nawzajem tortem! Emilia zjadła większość mojego kawałka!

– Cooo?! – Trach! Heinrich wyłamał szufladę, w pośpiechu wyrywając z niej strzykawkę. – Za mną! Wojtek, puść go!

 

6.

 

Arturio został sam w gabinecie. Przez moment rozważał nabicie Rubensa na włócznię Ateny (to na pewno zabolałoby chciwego figlio di putana), ale zrezygnował – nie potrafił zniszczyć dzieła sztuki. Pozostawało wierzyć Puzo, że „zemsta to potrawa, która smakuje najlepiej, kiedy jest zimna”.

Pobiegł za Heinrichem.

Bez trudu znaleźli Emilię – gwar zaniepokojonych głosów i okrzyki „Wezwijcie pogotowie!” zawiodły ich do ogrodu. Nieprzytomna panna młoda leżała na ławce, trzęsła się jak w ataku epileptycznym. Helena trzymała jej głowę, ktoś podtykał zwiniętą marynarkę, Monika płakała i próbowała uspokajająco głaskać przyjaciółkę. Lekarz rodzinny, szczęśliwie również zaproszony na wesele, mamrotał, że to dziwnie długo trwa i nietypowo wygląda… Obok ławki rozpływała się kałuża wymiocin. Na twarzach zgromadzonych malowała się cała gama emocji – od niepokoju do przerażenia.

Heinrich przyspieszył, wymachując strzykawką i krzycząc, żeby go przepuścić. Arturio – na odwrót – zwolnił. Był przekonany, że antidotum teścia pomoże Emilii lepiej niż cokolwiek innego. Dla siebie przewidywał odmienne zadania – „bisogna, adunque, essere volpe**. Rozejrzał się, zauważył tacę z kieliszkami, porzuconą w pośpiechu na żywopłocie. Chwycił jedną szampankę, chlusnął zawartością na trawę. Naczynie opłukał w fontannie i wytarł wygniecioną, ale czystą, poszetką. Dopiero teraz ukląkł przy żonie, niemal dotykając kolanem śmierdzącej kałuży.

Drgawki powoli ustępowały. Nad Emilią lekarz rozmawiał z Heinrichem:

– Co takiego pan jej wstrzyknął?

– Lekarstwo, o którym zapomniała w natłoku wrażeń.

– Ale przecież panna… pani Emilia, chciałem powiedzieć, nie bierze żadnych lekarstw. Nic jej nie przepisywałem.

Arturio nie rozumiał słów, ale miał nadzieję, że medico zadaje temu figlio di cornuto same niewygodne pytania.

Włoch prawą dłonią gładził Emilię. Jeden rękaw sukni miała rozdarty. Zniszczone włókienka straciły zdolność wyświetlania obrazu, poszarzały. Pewnie za sprawą Heinricha, kiedy robił zastrzyk. Małżonek najchętniej okryłby swoją carissimę frakiem, ale w tym tłumie ludzi potrzebował każdej możliwej osłony. Musiał poznać odpowiedzi na pewne fundamentalne pytania, zanim zrobi to, co zrobić ma obowiązek. Dlatego, nie przestając delikatnie pieścić Emilii, jednocześnie lewą ręką próbował zgarnąć do kieliszka jak najwięcej wymiocin. Kiedy uznał, że lepszego rezultatu już nie osiągnie, włożył sobie wypapraną szampankę między uda, a dłonią odczepił jeden „płatek” ze sztucznego kwiatka w butonierce. Pomagając sobie zębami, rozerwał opakowanie. Zabezpieczył cenną zawartość kieliszka prezerwatywą i dopiero wtedy schował go pod ławką, za nogą, w najgłębszym cieniu. W Warszawie musiały się znaleźć jakieś laboratoria nienależące do Heinricha.

Emilia stopniowo wracała do siebie. Zadrżała, tym razem z zimna. Arturio bez namysłu zerwał z siebie marynarkę i otulił żonę. Lekarz i jej ojciec coś tam ustalili, Helena potruchtała do domu i po kilku minutach wróciła z dwiema pastylkami i szklanką wody.

– Co to? – spytał podejrzliwie Arturio.

– Środki nasenne, pańska żona powinna odpocząć po tym nagłym ataku – wyjaśnił doktor.

Emilia połknęła lekarstwa, mąż zaniósł ją do sypialni. Po raz drugi w ciągu kilkunastu godzin przenosił żonę przez próg. Ile się zmieniło w tym czasie! Nie tak wyobrażał sobie noc poślubną.

Kiedy wrócił na dół, goście pośpiesznie się pożegnali, prosząc o przekazanie Emilii życzeń rychłego powrotu do zdrowia. Wszyscy czuli się skrępowani.

Arturio pokręcił się jeszcze chwilę po ogrodzie, załatwiając swoje sprawy, po czym odjechał do wynajętego apartamentu dla nowożeńców. Samotnie.

Wesele się skończyło, chociaż świt dopiero się zaczynał.

 

Epilog

 

Na dole niemrawo rozkręcały się poprawiny. Niewielu gości przyszło, ale prawie każdy zadzwonił, aby spytać o samopoczucie Emilii. Pan domu od kilku godzin siedział przy biurku z twarzą ukrytą w dłoniach. Pokojówki nie śmiały przeszkadzać zdruzgotanemu pracodawcy, więc w gabinecie ciągle panował bałagan. Przed półkami z książkami leżała wyłamana szuflada, obok niej rozsypane pióra, długopisy i ołówki. Bliżej środka pokoju dywan pstrzyła zawartość apteczki i odłamki rozbitego lusterka.

Siedem lat nieszczęścia… Żeby tylko! Żeby aż! Podczas negocjowania kontraktów i podbijania pokerowych stawek przedsiębiorca nauczył się świetnie czytać z twarzy przeciwników. Nad ranem Arturio miał w oczach wyraźnie wypisaną żądzę mordu. Równie dobrze jego źrenice mogłyby przybrać kształt kosy.

Paradoksalnie, właśnie to przekonało Heinricha do zięcia, rozwiało wątpliwości co do jego uczuć. Gdyby ktokolwiek zrobił coś podobnego Helenie, małżonek zniszczyłby skurwysyna. Niekoniecznie zabił, ale zmiażdżył, pozbawił wszystkiego, co najbardziej sobie cenił.

Pozostawało tylko pytanie, na jaki sposób zdecyduje się Arturio. Naśle zabójcę z mafii? Otruje? Zaatakuje biochemika jego własną bronią? Kiedy chłopak rozmawiał z szoferem, do Heinricha podszedł Wojtek, wyszeptał, że pan młody pobrał próbki ze wszystkich dziewięciu beczek, w których pozostały jeszcze resztki wina instant, i spytał o instrukcje. Gospodarz odpowiedział wtedy, żeby nie reagować. W winie i tak zostało już za mało kluczowej substancji. Zanim Włoch znajdzie działające w niedzielę rano laboratorium, nawet te śladowe ilości znikną bezpowrotnie i badania wykryją wyłącznie wino z kilkoma nieszkodliwymi zanieczyszczeniami mogącymi równie dobrze pochodzić z niedestylowanej wody.

A nawet gdyby poznał skład domieszki czy w ogóle sekret produkcji proszku… To nie miało już znaczenia. Nic nie miało. Porażka na całej linii. Wygrywająca kareta, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zmieniła się w garść blotek. Nie tylko jedna porcja tortu miała nietypowe nadzienie. Wszyscy najważniejsi goście dostali swoją dawkę. W mniejszym stężeniu, niezagrażającym życiu, ale mogącym je znacząco uprzykrzyć. A ugadany znachor miał serwować konkurentom, wrogom i potencjalnym sprzymierzeńcom pracodawcy odtrutkę wraz z radami na temat postępowania i niezbędnymi rytuałami. I po co te wszystkie plany? Komu miały przynieść owoce?

Zasadniczo teść zgadzał się z wyrokiem Arturia. Nawet zdecydowanie wolał własną śmierć niż mściwy atak na Helenę. Ale…

…ale nie mógł dopuścić, żeby Emilia została bez źródła antidotum. Ten akurat problem najłatwiej było rozwiązać, chociaż wstydził się przyznać córce, co zrobił. Heinrich podniósł z podłogi najbliższe pióro i napisał długi list do zięcia, mimo że w ten sposób oddawał mu władzę nad życiem jedynaczki. Miało być na odwrót… W liście podał wzór chemiczny, opisał proces syntezy, udzielił kilku rad na temat warunków przechowywania. Zakleił kopertę, wykaligrafował na niej: „W razie mojej nagłej śmierci przekazać panu Arturiowi Ricatazziemu, do rąk własnych”, wrzucił do dziury po zdewastowanej szufladzie.

…ale wierzył, że jednak można jakoś wyługować neurotoksynę z organizmu córki. W biochemii zawsze znajdował się jakiś sposób. Jeśli ten sposób istniał, to ze wszystkich ludzi na świecie, Heinrich miał największe szanse na jego znalezienie. Tylko na razie nawet nie miał pojęcia, gdzie zacząć szukać. Czy zięć da mu czas?

…ale cholernie źle by się stało, gdyby Arturio trafił do kryminału. Emilia potrzebowała wsparcia, potrzebowała kogoś, kto zrozumie, co jej dolega, a nie będzie próbował leczyć migreny lub jakieś choroby psychosomatyczne. Czy młokos był wystarczająco sprytny, aby uniknąć kary za morderstwo? Heinrich gotów był popełnić samobójstwo, byle tylko nie zabierać córce opiekuna. W głowie rozbłyskiwały wzory setek substancji, które zsyłały śmierć. Szybką, bezbolesną, wyglądającą na absolutnie naturalną. Niestety, rzadko łączyły wszystkie trzy cechy. Nie, żeby to stanowiło większy problem. Najgorsze było to, że wówczas musiałby zdążyć przed Arturiem, czyli czas jeszcze się skracał.

…ale jego śmierć unieszczęśliwi Emilię. Nie tylko jako córkę. Mimo swojej artystycznej wrażliwości i dotychczasowego braku traumatycznych doświadczeń chyba zdawała sobie sprawę, że ludzie, prędzej czy później, umierają. Lecz po zniknięciu ojca musiałaby przejąć zarządzanie firmą. Heinrich wiedział doskonale, że wtedy doba jedynaczki zrobi się zbyt krótka na malowanie i inne przyjemności. Dałoby się temu zaradzić – sprzedać koncern. Jednak to utrudniłoby badania nad neurotoksyną. Zawczasu przekazać stery Arturiowi? To był jakiś pomysł. Włoch przynajmniej nie przeszkadzałby w poszukiwaniach metody uleczenia Emilii. Może nawet policja nie podejrzewałaby chłopaka o zabójstwo, na którym nic nie zyskiwał? Trzeba mu oddać jak najwięcej władzy i pieniędzy. Tylko to znowu wymagało czasu!

Heinrich czuł się rozdarty jak powłoka Hindenburga nad New Jersey. Emocjonalna część duszy bez przerwy wyła „Co ja zrobiłem?!”, analityczny umysł na chłodno podsuwał coraz to inne aspekty sprawy. Bóg biochemii nie mógł nie wiedzieć, czym różnią się organizmy kobiety i mężczyzny. Antidotum uniemożliwiało zajście w ciążę – w zbyt dużym stężeniu zakłócało działanie co najmniej dwóch hormonów niezbędnych do zagnieżdżenia się zarodka w ściance macicy.

Nie będzie wnucząt.

Kurwa, kurwa, kurwa.

Wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia, córeczko. Tatuś cię kocha.

 

_____________________________________

Przypisy:

* Bóg działa cuda, a los jest zmienny.

** „Należy więc być lisem” (N. Machiavelli, „Książę”).

 

Wykorzystane obrazy i ich źródła:

1. Pierre-Auguste Renoir, „Dance at Bougival”. https://pl.wikipedia.org/wiki/Obrazy_Auguste%E2%80%99a_Renoira#/media/File:Pierre-Auguste_Renoir_-_Suzanne_Valadon_-_Dance_at_Bougival_-_02.jpg

2. Giotto di Bondone, „Wesele w Kanie”. https://pl.wikipedia.org/wiki/Wesele_w_Kanie_(fresk_Giotta)#/media/File:Giotto_di_Bondone_-_No._24_Scenes_from_the_Life_of_Christ_-_8._Marriage_at_Cana_-_WGA09202.jpg

3. Pieter Bruegel Starszy, „Chłopskie wesele”, https://pl.wikipedia.org/wiki/Ch%C5%82opskie_wesele#/media/File:Pieter_Bruegel_d._%C3%84._011.jpg

4. Willem Claesz Heda, „Deser: martwa natura z ciastem, winem, piwem i orzechami”. https://pl.wikipedia.org/wiki/Deser_(obraz_Hedy)#/media/File:Claesz._Heda_Vanitas.jpg

5. Jan Matejko, „Bitwa pod Grunwaldem”. https://pl.wikipedia.org/wiki/Bitwa_pod_Grunwaldem_(obraz_Jana_Matejki)#/media/File:Jan_Matejko,_Bitwa_pod_Grunwaldem.jpg

6. Edward Munch, „Krzyk”. https://pl.wikipedia.org/wiki/Krzyk_(obraz)#/media/File:The_Scream.jpg

Koniec

Komentarze

No to trzymam kciuki :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ty nie trzymaj, tylko pisz własny tekst. ;-)

Babska logika rządzi!

Betowałem więc znam dobrze ten tekst. Komentowałem w becie. Nie wiem, czy mam coś powtarzać żeby uzasadnić swój głos do biblioteki?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Odkąd masz pióro, możesz bibliotekować w ogóle bez komentarza. Wcześniej, musiałbyś wstawić jakiś merytoryczny komentarz.

Babska logika rządzi!

A rano:

– Wyślijcie kogoś po wodę.

– Tylko nie Heinricha!

Dłuższy komentarz już niedługo.

No, nie ma letko, wesele to wesele. ;-)

OK, czekam na dłuższy komentarz.

Babska logika rządzi!

Paskudnie jest mieć dużo pieniędzy jednak… Do meritum jednak – wrażenia pozytywne, ale…

…ale coś mi tu nie gra z psychologią. Arturio na słowo wierzy teściowi w otrucie? Chyba parsknąłby śmiechem, bo skoro go nic nie boli?

…ale przecież Heinrich, jako wytrawny biznesmen (i trochę mafioso), tak łatwo poddaje się Arturiowi i podstawia mu brzuszek jak szczeniak, czekając na śmierć? Bez walki, bez próby dogadania się?

…ale na weselu tak bogatego biznesmena z aspiracjami (te dzieła sztuki!), bimbru się raczej nie podaje? Raczej specjalnie skomponowaną szlachetną wódkę?

…ale w moich stronach tort podaje się na początku wesela, a nie pod koniec (jako podkład do hm, wymiotowania chyba?).

Poza tymi niuansami – fajnie się czytało. Brawa za research (chyba że Finkla akurat uczęszczasz na kurs tańca i masz staż w winiarni?). Tyle smaczków, terminologii – szacun. 

Reasumując – za cały background niskie ukłony i podziw, ale IMHO historyjka słabo się broni.

Aha, czasem jest “Heinri”, a czasem “Heinrich”, gdzieś tam jest “oczyma wpatrywał [się] w gościa”.

rocktime.pl - zapraszam na moją audycję we wtorek o 19.

Dziękuję, Staruchu. :-)

Zawsze jest jakieś ale… ;-)

Że Arturio uwierzył na słowo – tu mnie masz. Heinrich musiał być bardzo przekonujący. No, a jak już sprawę sobie wyjaśnili… Ale w pierwszym odruchu zięć krzyknął “kłamiesz”. Czyli jednak tak od razu nie uwierzył.

Poddanie się zięciowi. Czekaj, poprawiny dopiero się zaczynają, wszystko na świeżo. A H. już kombinuje, że przekaże władzę A.

Bimber. W moim świecie to jest tradycyjny na polskim weselu napój. Obowiązkowy jak rosół. A w roli szlachetniejszych trunków wystąpiły wina.

Tort. Hmmm. Dawno nie byłam na weselu. Wydaje mi się, że po oczepinach, ale mogę się mylić. I zaczynanie chlańska od tortu wydaje mi się słabym pomysłem. Ale podkreślam, że ekspertem nie jestem.

Fajnie, że doceniasz research, chociaż w sprawie wina i tanga był akurat w miarę szybki.

Heinri – tak Helena mówi na męża. I tylko w jej okolicach to się powinno pojawiać. Wpatrywania zaraz poszukam. Dzięki. :-)

Babska logika rządzi!

Bardzo mi się. Świetny styl, płynna narracja, odpowiednia dawka humoru (nie dominował nad całością) i fajna intryga. Bardzo dobrze się bawiłem. 

Tylko obrazy mi nie leżały. Nic nie wnosiły według mnie. 

Dziękuję, Łukaszu. :-)

Fajnie, że tyle elementów Ci się spodobało.

Hmmm. IMO, obrazy coś wnoszą i mają swoją rolą do odegrania. Ale nie będę Ci narzucać interpretacji.

Babska logika rządzi!

Słusznie prawi Staruch – background pierwsza klasa. Piękna dbałość o szczegóły, obrazki też fajne, bo dopełniają tekst, w którym malarstwo jest jednym z głównych motywów. Nie dłużyło się ani trochę, choć sama fabuła prosta i zawrzeć można byłoby ją w jednym akapicie (może to Heinrichowe rozkminianie na końcu za długie jednak? Może czytelnik mógłby sam wyobrazić sobie konsekwencje i możliwe opcje… Nie wiem. Może jednak najlepiej zostawić tak jak jest. 

Sposób podania neurotoksyny bardzo niepewny. Heinrich nie wiedział o zwyczaju wzajemnego karmienia się tortem? Nie zauważył, jak młodzi to robią? Wydaje się, że facet ma całą głowę wypełnioną mózgiem, jestem pewien, że mógłby wymyślić bardziej niezawodny sposób poczęstowania zięcia specyfikiem. No, ale wtedy nie byłoby fajnego pomysłu na tekst ;-) 

P. S. 

Heinrich może mieć jeszcze mniej czasu, niż mu się wydaje. Gdy spróbuje wprowadzić wino instant na rynek, winiarze jak nic zrzucą się na Saszę z kałachem… ;-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dziękuję, Thargone. :-)

Miło, że tekst się nie dłużył. Bo trochę znaków wyszło…

Większość fabuł jest prosta – “boy meets girl”, te rzeczy. ;-)

Rozkmina za długa, powiadasz? Ale większości informacji wcześniej nie ma. Można się domyślić, że Arturio tak sprawy nie zostawi, ale ugadany znachor czy bezpłodność są nie do odgadnięcia.

Karmienie się tortem. A to jest taki zwyczaj? Cholera, ja o tym nie miałam pojęcia. A Heinrich na to nie wpadł, bo – jak mu córka zarzuca – słabo kumaty w kwestiach miłości. Nie zauważył, bo sam w tym czasie obdzielał tortem konkurentów.

Bardziej niezawodny sposób mógłby zostawić zięciowi drogę do oskarżenia o otrucie. A tak – gdzież tam, wszyscy jedli i pili to samo. Proszę, resztki z kuchni można zbadać, alkohole też. Coś się chłopakowi ubzdurało, słabą głowę ma, bimber go wykończył…

Z wkurzonymi konkurentami jakoś sobie poradzi, to nie pierwszy wynalazek… ;-) Zresztą, nie będzie wycinał winiarzy z rynku, w końcu potrzebuje od nich nowych pyszniutkich smaków i roczników do kopiowania. Winiarze pewnie prędzej zrzucą się na jakąś ustawę, patent dla określonego smaku… Za używanie nazwy na pewno będzie musiał bulić. Podzielą się tortem. ;-)

Babska logika rządzi!

Winiarze pewnie prędzej zrzucą się na jakąś ustawę… 

No pewnie, nabijałem się trochę ;-) Poza tym, jaki miłośnik wina przerzuci się na instant, nawet najsmaczniejszy? Ba, coś takiego byłoby nawet poniekąd błogosławieństwem dla przeciętnego miłośnika – winiarze musieliby przyciąć ceny do rzeczywistej wartości trunku, a nie taka hulaj dusza… 

Bardziej niezawodny sposób mógłby zostawić zięciowi drogę… 

Jestem pewien, że można było to załatwić cicho i bezpiecznie, szczególnie dysponując tak zaawansowanym, bezśladowym związkiem. Niekoniecznie przecież na weselu. No ale przecież kochany teściu mógł mieć melodramatyczne ciągoty ;-) Tyle, że ja nie do końca o tym. Chodzi mi o to, że wybierając taką właśnie metodę trucicielstwa, może słabo wykrywalną ale jednak obarczoną pewnym ryzykiem błędu z przyczyn losowych i niezależnych, nie wyobrażam sobie, że nie zwróciłbym uwagi, co też córcia spożywa. Zwłaszcza, jeśli pomyłka może tak tragiczna w skutkach. 

Cóż, tak naprawdę uskuteczniam tu podrzędne czepialstwo, to twój tort i twój Heinrich :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Sądzę, że szybko pojawiłoby się ustawodawstwo wymuszające doprecyzowanie na etykiecie (w menu etc.), czy to winko instant czy tradycyjne. I pojawiłyby się dwa segmenty rynku – dla ortodoksów i dla ultranowoczesnych. Jednych i drugich można z tej okazji nieźle ostrzyc. Musiałyby stanieć najlepsze roczniki – koniec z monopolem, można nieodróżnialnego płynu wyprodukować całą cysternę. Podejrzewam, że linie lotnicze by się rzuciły na wino w pastylkach… Poeci pisaliby wiersze o utraconej duszy wina. Naprawdę rewolucja na rynku. ;-)

No tak, powinien dopilnować, czy aby na pewno każdy szamie kawałek, który dostał. Żonę zabezpieczył. Ale połaszczył się i zamiast patrzeć dzieciom w zęby, karmił konkurencję.

Z tym tragizmem nie przesadzajmy – z taką neurotoksyną można żyć, tylko trzeba regularnie zażywać antidotum. Niektórzy muszą brać insulinę czy inne rzeczy. Nawet bezpłodność da się ominąć. Stać ich na surogatkę.

Tak, mój tort, mój Heinrich i ja ich muszę bronić. A Twoje zbójeckie prawo – czepiać się. :-)

Babska logika rządzi!

Temat i tytuł mnie mocno zaciekawił. Ale, mam sporo ale (i nie, nie alkoholu, nawet instant;)). Alkohol w proszku znany był już podobno w czasie II wojny światowej, niemniej tu aż tak się nie będę czepiać – niech będzie, że myk był w znakomitym podrobieniu smaku i zapachu wina (choć w beczce, to nie wiem, czy by się to tak dało rozpuścić, mieszania mi zabrakło;)). To, co mi zgrzytnęło od strony naukowej, to niewyczuwalne w smaku i nieszkodliwe substancje, które po spożyciu razem utworzyły neurotoksynę. 

Jednak największe zarzuty to część “obyczajowa” opowiadania. Reakcja Włocha, który na słowo, nie mając żadnych objawów zatrucia uwierzył teściowi i dał sobie aplikować antidotum jest skrajnie niewiarygodna. Na miejscu zięcia pomyślałabym, że teść kłamie z tym winem i tortem a truciznę chce podać właśnie teraz, jako “antidotum”. Henrich z kolei, miał wszystko idealnie co do minuty rozpracowane, wszystko przewidziane i nie dał służącemu dyspozycji, by dopilnował, aby córka nie zjadła nieodpowiedniego kawałka tortu? Mogła przecież zwyczajnie chcieć dokładkę :) Oj, przekombinowałaś moim zdaniem. Na plus scena z zamianą wody w wino i degustacją – byłam zaciekawiona, cóż to takiego w tych beczkach i czemu woda i gdzie haczyk :)

Dzięki, Bella. :-)

Cóż, ale procentowe chyba bardziej by Ci się mogło przydać. Ale biorę, jakie jest. :-)

Było mieszanie:

Płyn powoli przestawał musować, biochemik ujął naszykowaną kopyść i wymieszał zawartość.

Przyznaję, że neurotoksynę wraz z częściami wymyśliłam. Ale jesteś pewna, że to niemożliwe? ;-)

Moment, Heinrich nic nie wstrzykiwał zięciowi. Arturio uwierzył na tyle, żeby się rzucić na winowajcę z pięściami. A potem z posążkiem. W przypadku podpitego faceta to chyba nie jest aż tak trudne do osiągnięcia? ;-)

Gdyby dał służącemu dyspozycje, to musiałby go wciągnąć do spisku.

Córka mogła chcieć dokładki – nie ma sprawy. Najwięcej syfu było w kawałku pana młodego, po trochu – w kawałkach konkurentów oznakowanych obrazami. Większość tortu była czysta. Względnie z tą drugą substancją, usuwającą półtoksynę z organizmu (ale chyba nie, bo po by niepotrzebnie kombinował i ryzykował, skoro samo zniknie w dobę).

Babska logika rządzi!

AAA ok, sorki, Heinrich wcierał maście i nastrzykiwał sam siebie :) nie wiem czemu, wydawało mi się, że w tej scenie dał zięciowi pierwszą dawkę antidotum. Wymieszanie zawartości kopyścią to nie jest chemiczne mieszanie i raczej niemożliwe, żeby zawartość beczki po czymś takim stała się jednorodnym winem. Trzeba by całą beczką intensywnie potrząsać, najlepiej minimum godzinę :) Ale tu Ci daję licencie poeticę, może wynalazł jakiś hydrofilowy kompleks :)

Z neurotoksyną w fragmentach jest gorzej. Fizjologicznie wydaje mi się to niemożliwe, raz, że bardzo trudno mi wyobrazić sobie dwie niegroźne substancje dające w żołądku tak silną toksynę, dwa żołądek raczej wyrzuciłby od razu na zewnątrz całą reakcję, no i jeszcze ten szybki rozkład – muszą zostać gdzieś produkty rozkładu, bo to, że coś się rozkłada szybko nie oznacza, że rozkłada się bez śladu.

Tak, ekspresowo leczył sobie rozbitą wargę. A przy okazji udowadniał, że naprawdę zna się na chemii i fizjologii.

Hydrofilowy kompleks, powiadasz? To mogło być to… ;-) Ech, myślałam, że wystarczy zwyczajnie zamieszać, jak herbatę łyżeczką, a resztę załatwi musowanie podczas reakcji i dyfuzja.

Hmmm. Z całą pewnością nie jestem bogiem biochemii, nie znam się. Wymyśliłam sobie, że dwa związki, napotkawszy się, reagują i tworzą coś, co samo w sobie nie jest trucizną, ale wędruje po organizmie, aż trafi na komórki nerwowe (tak, wiem, jeszcze jest bariera krew-mózg) albo glejowe (chyba słabo je znamy, więc może lepiej te) i tam przyczepia się do nich na stałe. I wywołuje uczucie bólu bez konkretnej fizjologicznej przyczyny, bez żadnej realnej krzywdy i zniszczeń w organizmie (dopóki antidotum mu w tym nie przeszkodzi). Na przykład jakiś związek podobny do neurotransmiterów. Stosunkowo mała, prosta cząsteczka, węgiel, wodór, tlen, kilka innych drobiazgów, produkty rozkładu nieodróżnialne od tego, co już znajduje się w brzuchu pod koniec wesela.

Babska logika rządzi!

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Początkowo myślałam, że to scenariusz jakiejś brazylijskiej telenoweli. :P

Później przyszło skojarzenie z weselem w Kanie Galilejskiej. :P

A tak serio, to tekst mnie wciągnął i czytało się bardzo dobrze. Podobnie jak poprzednicy mam pewne wątpliwości, co do niektórych scen. Dodam może jeszcze tę, gdzie Arturio odjeżdża sam do wynajętego apartamentu dla nowożeńców. Skoro tak bardzo kochał Emilię, to nie powinien przypadkiem warować przy niej do rana i czekać aż się obudzi? 

Fajne zderzenie dwóch kultur i pokazanie polskich tradycji weselnych (bimber – NIE!).

Obrazy świetnie dopasowane do scen w tekście. Pomysł mi się podoba. Oczywiście Bitwa pod Grunwaldem wygrywa. :D

Podsumowując – podobało się. :)

Śniąca, dziękuję, spocznij. ;-)

 

AQQ, dziękuję, fajnie, że wróciłaś z dłuższym komentarzem. :-)

Kana Galilejska jak najbardziej uprawniona. Do telenoweli się nie przyznaję.

Arturio odjeżdża sam. Tak, z jednej strony powinien zostać razem z żoną. Z drugiej – nabrał próbek i chce znaleźć laboratorium, które je przebada. Jak najszybciej, zanim substancje się porozkładają, powysychają… A żona z rodzicami powinna być bezpieczna – nikt jej nie będzie chciał skrzywdzić.

Miło, że obrazy się spodobały. Czyli nasze, polskie rządzą. ;-)

Babska logika rządzi!

Dobrze się czytało, bo temat dopracowany, a wykonanie bardzo dobre, jednakowoż sam pomysł wydał mi się mocno przekombinowany. Wydaje mi się, że Arturio, dopóki He­in­rich nie przekonałby się o prawdziwych uczuciach zięcia, mógł być kontrolowany i pilnowany na wiele sposobów, ale rozumiem, że zależało Ci, aby rzecz odbyła się w czasie wesela właśnie.

Nie policzę, na ilu weselach przyszło mi pić wódkę, w tym na jednym własnym i nigdy na żadnym nie został podany bimber.

 

Ar­tu­rio za­ło­żył frak. Szyta na miarę ma­ry­nar­ka nieco wy­smu­kli­ła jego przy­sa­dzi­stą syl­wet­kę… –> Frak to frak, nie nazywamy go marynarką.

Wystarczy: Ar­tu­rio za­ło­żył frak. Szyty na miarę nieco wy­smu­kli­ł jego przy­sa­dzi­stą syl­wet­kę

 

pod­no­sił drob­ne ciało wy­so­ko w górę… –> Zapachniało masłem maślanym.

 

Mał­żo­nek naj­chęt­niej okrył­by swoją ca­ris­si­mę ma­ry­nar­ką… –> Mał­żo­nek naj­chęt­niej okrył­by swoją ca­ris­si­mę frakiem

Zakładam, że Arturio nie przebierał się, że cały czas nosi frak.

 

Ar­tu­rio bez na­my­słu ze­rwał z sie­bie ma­ry­nar­kę i otu­lił żonę. –> Arturio mógł otulić żonę frakiem. Obawiam się jednak, że frakiem raczej trudno kogoś otulić.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, Reg. :-)

Będę pyskować.

Jaki kontrolowany? A gdyby zamieszkali we Florencji i Arturio żonę zdradzał? Co wtedy mógłby zrobić Heinrich? A gdyby się okazało, że jednak zięciowi chodzi głównie o pieniądze?

Bimber. Na weselach, w których ja brałam udział, bimber raczej był. Niekiedy symbolicznie, jako część tradycji, niekiedy w specjalnym kąciku, razem ze smalcem, ogórkami kiszonymi i takimi tam…

W jednym przypadku przyczynił się nawet do zabawnego nieporozumienia:

Ślub Polki z obcokrajowcem, impreza u nas. Narzeczony pisze ostatniego maila z instrukcjami dla zaproszonych inostrańców. Pyta wybranki:

– Kochanie, co twój wujek robić na wesele? [Chodziło mu o słowo “starosta”.]

– Bimber!

No i napisał krewnym i znajomym, że gdyby czegoś potrzebowali, mają wołać “bimber”. Troszku się skuli…

 

Frak. Stoję na stanowisku, że można na “frak” mówić “marynarka”, tak, jak na “prochowiec” – “płaszcz”. Pierwsze jest specyficzną wersją drugiego. Ale w wolnej chwili jedno zmienię, żeby się marynarka za bardzo nie powtarzała.

Co do otulania. On był przysadzisty, ona drobna. Spory kawałek żony mógł okryć.

Podnoszenie wysoko w górę. Długo na tym myślałam. No, bez góry źle mi brzmi. Jakby Arturio własne ciało podnosił. W końcu człowieka można podnieść na pięć centymetrów od ziemi, strasznie brudnego dzieciaka można trzymać w wyciągniętych poziomo rękach – przed sobą, a nie w górze.

Babska logika rządzi!

Marynarka jest częścią garnituru, a frak i spodnie z lampasami trudno nazwać garniturem. Dlatego nie stosowałabym zamiennie marynarki i fraka. Ale to moje zdanie, tak jak i w pozostałych kwestiach, a opowiadanie jest Twoje, więc Ty tu rządzisz. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm. Niby tak się zazwyczaj definiuje marynarkę. Ale Wikipedia wśród rodzajów marynarek wymienia frak. Tak, wiem, że to nie jest jakieś źródło strasznie godne zaufania… Jednak zostanę przy swoim. Uważam, że lepsze to niż powtórzenia albo zaimki.

Babska logika rządzi!

A propos bimbru. Z tego co ja pamiętam to na większych weselach w ramach oszczędności gospodarze robili własną wódkę weselną mieszając spirytus z wodą i rozlewając do butelek z etykietą weselną. Ale to nie jest bimber. Bimber to gdzies w lesie albo w piwnicy pędzą nielegalnie bimbrownicy.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Mogę tylko powtórzyć: Ty tu rządzisz.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O co chodzi z tymi machającymi rękoma w prologu? To jakieś ukryte, drugie dno? ;) A tak na poważanie, ciutkę przesadziłaś, choć wybujały opis wprowadza czytelnika w konwencję opowiadania. Próbuje ubrać w słowa, to, co chcę napisać… Cóż, podobało mi się. Praktycznie wszystko, od porządnego backgroundu z wieloma nieznanymi mi pojęciami i tu się zatrzymam na chwilę… Zastanawiałem się bowiem, czy nie poczuję się jak głupek, czytając Twoje opowiadanie, ale nie. Wrzuciłaś hasła, nie siląc się na siłę (to mi się (nie)zręcznie napisało) z ich tłumaczeniem. I dobrze. Brzmią klimatycznie, dodając opowiadaniu pewnego, wyszukanego smaku, może nie jak wino instant, ale bardziej tradycyjne. Weselny taniec, zderzenie kultur pokazane oczyma Arturio, czy sama intryga, tworzą istnie wielobarwną mieszankę weselną. Mimo, że nie lubię wesel, na takie chciałbym zostać zaproszony. ;)

Trochę zgrzytają mi dialogi między Heinrichem a ochroniarzem, zbyt sztywne. Wydaje się, że taki ochroniarz wie dużo i porozumiewanie się z nim powinno przychodzić łatwo i w paru słowach, a nie tłumaczeniach. Trzy kurewki na końcu też wykrzywiły mi twarz, ale to kwestia gustu.

Zaś Arturio, jak koneser malarstwa… no, no. Nie podejrzewałem Cię o taką “malarską wrażliwość”, innych, ale nie Ciebie. :) Cóż, życie ciągle mnie zaskakuje.

Nominowałbym Cię do piórka, ale nie za betowany tekst.

Pozdrawiam mglistym wieczorem.

 

Marasie, nie wnikałam w metody wytwarzania owego płynu. Wszyscy mówili bimber, to bimber…

 

Reg, to prawda – ja mam guziczek “edytuj”. ;-)

 

Dziękuję, Darconie. :-)

Trochę mnie dziwi, że tak Ci się wszystko podobało (ale nie narzekam). Tutaj prawie cały czas narrator patrzy oczyma którejś postaci, a wydawało mi się, że tego nie lubisz.

Z latającymi łapkami próbowałam “pokazywać nie opisywać”. Ale nie twierdzę, że zrobiłam to dobrze.

Tak, nie wyjaśniałam dziwacznych pojęć. Helena pół życia spędziła na balach. Po prostu wie, jak nazywają się figury tanga i nawet do głowy by jej nie przyszło, że dorosły człowiek mógłby o nich w życiu nie słyszeć. Albo – o zgrozo! – przetłumaczyć na polski. Heinrichowi wypada znać się na winach. Gdyby tak podczas kolacji z klientem zamówił czerwone do ryby… Jeny, siara straszna i plotki by poszły po całym światku. Zresztą, jemu łatwiej, bo potrafi nazwać każdą z tych substancji, które wchodzą w skład wina. I tak dalej…

Dialogi z Wojtkiem zbyt sztywne, powiadasz? Hmmm, nie chciałam żeby się gospodarz pospolitował z służbą. A po prawdzie – Czytelnikowi też trzeba było wyjaśniać. ;-)

Przy bluzgach na końcu się nie upieram. Jeśli będą ludzi mocno gryzły, mogę wywalić. Nic nie wnoszą do fabuły. ;-)

Nie podejrzewałeś mnie? No to mam nadzieję, że jeszcze nie raz Cię zaskoczę. Ale nie nazywałabym tego wrażliwością. ;-)

Babska logika rządzi!

Na pewno było to opowiadanie ciekawe. Pomysł ciekawy, choć gdzieś tam daleko, daleko na horyzoncie zdawało mi się, że mógł to odrobinkę inspirować “Kongres futurologiczny” Lema, tzn biochemia stosowanie skomplikowanej biochemii do osiągania celów.  Sama koncepcja otrutego truciciela pamięta co prawda Filokteta i wojnę trojańską, ale wersja z tego opowiadania i tak wciągała. Jedyne co nieco nie pasowało mi do profilu “boga biochemii”, to tam łatwe poddanie się. Ktoś z takim ego, powinien być pewien, że wyruguje truciznę z organizmu córki. Choć z drugiej strony może zaskoczenie nieprzewidzianym rozwojem sytuacji i zmęczenie po długiej imprezie sprawiły, że nasz szwarcharakter był nieco bez formy. 

 

Dziękuję, MPJ. :-)

Cieszę się, że zaciekawiło.

“Kongres” czytałam tak dawno, że już nie pamiętam, o czym to było. Chyba powinnam sobie odświeżyć. Jeśli były jakieś inspiracje, to podświadomość przemycała. Ja się do nich nie przyznaję. ;-)

Podoba mi się Twój tok rozumowania, Heinrich był zmęczony i przerażony tym, co zrobił. Póki co – w łeb sobie nie strzelił i nie wygląda, jakby szukał pistoletu.

Co do usunięcia trucizny. Cóż, najpierw próbował wymyślić truciznę, której się nie da usunąć… Wracamy do równie starego pytania: “Czy wszechmogący Bóg potrafi stworzyć problem tak trudny, że nie da rady go rozwiązać?”. ;-)

 

Edytka: dziękuję za Bibliotekę. :-) Nawet nie zauważyłam, kto był piąty.

Babska logika rządzi!

Heinrich czuł się rozdarty jak butla z acetylenem po wybuchu.

Ekh, ekh…

Ale o co chodzi? No, trochę mi to zdanie zgrzyta, ale doprecyzuj, proszę.

Babska logika rządzi!

No, po tych wszystkich lubieżnych lustradach i wirtemberskich meunierach, zazgrzytało mi bardziej niż bimbrowy akapit. To zdanie pasuje do opolskiego Kabaretonu, a nie do sceny, w której król życia uświadamia sobie, że los jest bardziej pomysłowy niż greccy dramatopisarze.

Aha. Potrzebowałam tu jakiegoś porównania. “Jak bohater romantyczny” w ogóle nie pasuje do Heinricha, więc wzięłam coś z dziedziny chemii.

Babska logika rządzi!

Czuł się rozdarty jak łańcuch DNA w trakcie mitozy :P?

rocktime.pl - zapraszam na moją audycję we wtorek o 19.

Niezłe, niezłe, ale za mało gwałtowne. Ten łańcuch się delikatnie rozcina, nie rozdziera. Ale to ciekawy trop.

Babska logika rządzi!

No to zostaje ci nitrogliceryna podczas wybuchu, ale na co się rozpada? Za cienki w uszach jestem z chemii.

rocktime.pl - zapraszam na moją audycję we wtorek o 19.

Zmienię na “komórkę niszczoną przez wirusy”. Tak będzie dobrze?

Babska logika rządzi!

Ale to z biologii jest. Coś chemicznego by się zdało. “Czuł się rozdarty jak wodorotlenek sodu w zetknięciu z wodą”? Ale to chyba zbyt naukowo brzmi…

rocktime.pl - zapraszam na moją audycję we wtorek o 19.

To bóg biochemii jest. Biologia też się nada.

Wodorotlenek sodu chyba za spokojnie reaguje.

No to może “jądro uranu nad Hiroszimą”?

Babska logika rządzi!

To ja powiem żart tematyczny. Rozdarty jak skafander laboranta w “Epidemii”​?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nie skumałam żarciku. To jakiś film?

Babska logika rządzi!

​No tak. We wszystkich filmach tego typu wirus wydostaje się albo zaraża jakiegoś laboranta bo facet nie zauważa, że ma skafander rozdarty.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Jeśli nie zauważa, to mało widowiskowe to rozdarcie. Zmienię na uran.

Babska logika rządzi!

Ale czemu on w ogóle rozdarty jest?

Ja rozumiem: złamany, wypalony. Nie kupuję tych jego dywagacji. Facet przekombinował i skrzywdził własną córkę. Zamiast rzucić się do szukania trwałego antidotum, snuje scenariusze dotyczące spodziewanej zemsty ze strony zięcia. Dlaczego tak ważne jest, że Arturio nie zdąży dostarczyć próbek do niezależnego laboratorium? Albo wszyscy chemicy w mieście nie należący do koncernu Heinricha są partaczami (więc i tak nic z tego nie wyniknie), albo jednak mogą pomóc, wtedy nic, tylko się cieszyć. Przy okazji czemu służy w ogóle wątek sprytnego pobierania przez Arturio próbek, z wykorzystaniem kondokwiecia, skoro zaraz ukręcasz temu wątkowi łeb? Nie bardzo tez rozumiem sens ledwie zarysowanego wątku masowego zatrucia tortem i “ugadanego znachora”. Albo, po co był ten cały rytuał z wcześniejszym zanoszeniem wina w proszku przez Wojtka; nie mógł Heinrich tych woreczków po prostu zabrać ze sobą?

O przekombinowaniu głównego wątku pisali już poprzednicy w komentarzach. Muszę się zgodzić, że fabuła dziurawa i naciągana. Zostanę jednak ze wspomnieniem tańca, fajną sceną biochemicznej Kany Galilejskiej, obrazami paryskiego wieczoru na sukni panny młodej, ładnie wplecionymi makaronizmami. I smakiem na dobre wino.

I za to dziękuję.

Dziękuję, Coboldzie. :-)

Jest rozdarty, bo jedna część wrzeszczy “Co ja zrobiłem”, a druga kombinuje. Czuje w sobie dwie różne osobowości.

A jak ma się rzucić do szukania? Na razie nie wie, od czego zacząć. Siedzi i myśli. Niekoniecznie ściśle na temat.

Czy próbki Arturia są ważne. Dla przedsiębiorcy powinny być ważne – ktoś wynosi próbki ledwie opatentowanej substancji. Ale dla ojca nie są ważne. Nic już nie jest. BTW, talenty chemików nie mają znaczenia – ta trucizna szybko się rozkłada, po kilkunastu godzinach w alkoholu prawie nic już z niej nie zostało.

Czemu służy ten wątek? Pokazaniu, co zamierza zrobić Arturio. I wydawało mi się, że domykam go w epilogu.

Masowe zatrucie tortem – to biznesowe uzasadnienie całej imprezy. Heinrich nie mógł przepuścić takiej okazji… Stado pieczeni na jednym torcie.

Czy Wojtek musiał nosić torebki. No, niby nie. Ale wyobrażam sobie, że na beczkę wody to trochę proszku potrzeba… Tuzin woreczków swoje ważył. Po co gospodarz ma dźwigać ciężary, może jeszcze stękać z wysiłku? I niespodzianka większa, jeśli goście nie widzą torebek przedwcześnie. Ta woda miała wszystkich zaskoczyć.

Dobrze, że chociaż imprezowe elementy się spodobały. :-) Smacznego.

 

Edytka: Jeszcze do Wojtka. Heinrich spytał, czy wszyscy VIP-owie już są. To była ważna dla niego informacja – chciał się upewnić, że wszyscy najważniejsi goście napiją się wina.

Babska logika rządzi!

Jestem tu od niedawna, ale pierwszy raz trafiłem na opowiadanie, o którym myślałbym dzień po jego przeczytaniu. Przede wszystkim urzekła mnie atmosfera całego wesela, która w jakiś podskórny sposób wciąż do mnie powraca. Zawarłaś w tym tekście mnóstwo smakowitych detali, a jak powszechnie wiadomo, diabeł tkwi właśnie w nich. Czytało się jak pierwszy rozdział dobrej książki, aż chętnie zagłębiłbym się w to uniwersum na dłużej. A że jestem noga z chemii, wątek neurotoksyny wydał mi się zupełnie wiarygodny.

I am surrendering to gravity and the unknown.

Komentarzy jest tyle, że nie chce mi się ich czytać, więc pewnie powtórzę część spostrzeżeń.

Otóż, część, którą nazwałbym rozbiegówką, robi wrażenie solidną podbudową merytoryczną – przynajmniej z mojego punktu widzenia. Te wszystkie winiarsko-taneczno-malarskie ozdobniki, i jeszcze te italiańskie inkrustacje językowe. Ładnie. Czuć solidną podbudowę merytoryczną i/lub porządny reaserch.

Opis polskiego wesela okiem obcego krajowca – hmm, z jednej strony trafny, z drugiej nieodkrywczy. Inna rzecz, że podczas czytania o takich oczywistościach, sam zastanawiam się nad własną niekompatybilnością z polskimi zwyczajami weselnymi.

Ale… dużo tego wszystkiego. Nie żeby mi się nie podobało, ale w pewnym momencie myślałem: “Kończ już zakąskę, dawaj danie główne!”.

I co? I dobrze, podobała mi się “intryga”. Prosta i skuteczna – jak brzytwa Ockhama. A że nie wyszło… Jedynie co mi zazgrzytało, to przemyślenia ojca odnośnie rozwiązania kłopotu. Moim zdaniem rano powinien wziąć zięcia i na chłodno, w cztery oczy omówić sytuację. Choć z drugiej strony wiem, że czasem łatwiej uciec niż stawić czoła. Więc chyba jednak nie zgrzytało, tylko zmusiło do zastanowienia.

 

I jeszcze jedno (zawsze chciałem to napisać ;) mało fantastyki w tym weselu (choć taniec fantastyczny). Bo fikuśna sukienka, czy zaplanowane synergiczne działanie chemii to… daj spokój. O winie instant też już gdzieś czytałem.

 

Czy to jest sygnaturka?

Dziękuję, Panowie. :-)

 

Jganko, cieszę się, że urzekło i nie daje się zapomnieć. Cóż, porządne wesele nie powinno tak szybko wylatywać z pamięci. Chyba że się nadużyje tego i owego. Ale wtedy można się poratować zdjęciami i filmami. ;-) Miło, że szczegóły przekonują.

 

Kchrobaku, z komentarzami dopiero się rozkręcamy, będzie więcej. ;-)

Fajnie, że udało mi się solidnie podbudować. Mam nadzieję, że nie znudziłam detalami i do dania głównego dotrwałeś w niezłym stanie. Cóż, neurotoksyna potrzebowała dłuższej chwili, żeby zacząć działać…

A co tu wyjaśniać? Zięć przecież prawie wszystko wie… Uznałam, że Heinrich najpierw sam musi sobie poukładać w głowie nowe fakty, dopiero potem zacznie działać, kręcić i odkręcać.

Mało fantastyki? Zgoda. Ale będę się upierać, że jednak trochę jest. A że alkoholu w proszku już próbowano, to dopiero Bella mnie oświeciła. Jednak toksyna wymyślona i to na niej opiera się fabuła.

Babska logika rządzi!

Nie znudziłaś. Generalnie unikam czytania dłuższych tekstów, ale Twój nie był przykrością ani rozczarowaniem. Co więcej, pod wieloma względami był o niebo lepszy, niż kilka ostatnio przeczytanych opowiadań uznanych twórców ;)

Tak czy siak nie znudziłaś. Zastanawiam się tylko, czy intryga nie została “przykryta” właśnie przez te rozbudowane opisanie świata.

I jeszcze jedna rzecz mi przyszła do głowy. Otóż, nie bardzo kumam, po jakiego grzyba pan młody zbiera próbki. Liczyłem trochę na to, że okaże się szpiegiem. Ale nie. Przecież, jak już się dowiedział, że ojciec chciał jego otruć, by chronić córkę, to może zakładać, że zrobi on też wszystko, by sprawę odkręcić. Ja bym zakładał.

Czy to jest sygnaturka?

No to dobrze. :-)

Dlaczego zbiera próbki? Kombinuj. :-) Wiemy, że ma mord w oczach i chętnie by się zemścił.

Tak, może zakładać, że Heinrich zrobi wiele dla córki. Ale w kwestii własnego zdrowia, to ja bym takiemu teściowi nie ufała.

Babska logika rządzi!

OK, przyjąłem. Widocznie za mało mściwy jestem – nie przyszło mi do głowy. Popracuję nad tym.

Czy to jest sygnaturka?

To może nie jest konieczne, dopóki nie chajtasz się z córką magnata, da się żyć bez takiej mściwości. Nie pracuj zbyt usilnie. ;-)

Babska logika rządzi!

Świetne opowiadanie. Podobało mi się przede wszystkim to, że postaci i wydarzenia z łatwością można było sobie wyobrazić. Te obrazy chyba już nigdy nie będą kojarzyć mi się tak jak wcześniej. ;) Nie wiem, czy to prawidłowa reakcja, ale się przez nie uśmiałam. “Krzyk” i “Wesele w Kanie” wygrały moim zdaniem. 

W ogóle, tekst jest ciekawy sam w sobie. Bo coś się dzieje i naprawdę chciałam wiedzieć, co będzie dalej. Chociaż znaków sporo, czyta się błyskawicznie. :) 

 

 

Dziękuję, Rosso. :-)

Miło mi, że tekst się spodobał.

Też nie wiem, czy śmiech jest prawidłową reakcją, ale miały być na poważnie. Ech, po raz kolejny Czytelnicy chichoczą tam, gdzie ja wcale nie zamieszczałam dowcipu. Nic to, śmiech to zdrowie, nie będę ludziom żałować. Mnie się wydawało, że najsilniejszy przekaz niosą “Bitwa pod Grunwaldem” i “Krzyk”. Ale niech tam sobie każdy wybiera, co lubi. ;-)

Babska logika rządzi!

Znów wpadam spóźniony na imprezę, ale ponoć to modne ;)

Początek taki standardowy. Właściwie to po nim przebiegałem. Ciekawość wzbudziło wino instant, a uwagę mocno przykułaś od momentu, gdy wyszła sprawa z trucizną. Całość fabuły wyszła mocno gorzka, czyli pewnie zgodnie z zamierzeniami ;)

O ile polubiłem postać Arturia, to Heinrich (powtórzę za kabaretem: Czy to jest polskie imię? ;) ) jest mi się obojętny. Z początku oddajesz fajnie jego oddanie córce, ale potem wali tak przekombinowanym planem, jakby nie słyszał o intercyzach, prawnikach. No, ale jeśli to Niemiec, to ich inżynierowie lubią skomplikowane konstrukcje, co widać w planach czołgów z II WŚ :)

Trochę ukuł mnie ten fragment:

Heinrich czuł się rozdarty jak jądro uranu nad Hiroszimą.

Jest taki mało chemiczny. Pasuje do fizyka jądrowego, ale nie biochemika. Może coś pokroju “jak cząstki wody poddane elektrolizie” byłoby lepsze?

Aha, no i fajny pomysł na suknię ślubną panny młodej :)

Podsumowując: do prezentacji wina tekst idzie dosyć standardowo, z lekka włócząc nogą, ale potem pokazuje kły. Ładny koncert fajerwerków, choć część pierwsza mogłaby lekko zostać dopracowana. Ale to czysto subiektywne odczucie.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję, NoWhereManie. :-)

Lepiej późno niż później. Impreza się dopiero rozkręca. ;-)

Heinrich ma niemieckie korzenie. Nie bez kozery wybrał schwarzriesling do degustacji. Niekoniecznie od razu Szwab czystej krwi, ale imię dostał po niemieckim dziadku. Czołgami z II WŚ się nie wzorowałam. Słowo! ;-)

Ech, ten nieszczęsny fragment. To już trzecia wersja i ciągle coś komuś nie pasuje. Już była butla z acetylenem po wybuchu i komórka zaatakowana przez wirusy. Woda wydaje mi się za mało tragiczna. Pokombinuję z nitrogliceryną, jak to ktoś wyżej sugerował.

 

Edytka: Póki co stanęło na powłoce Hindenburga.

Babska logika rządzi!

O, to Twoje opowiadanie czytało się świetnie. Ogromny plus za tło historii i tempo narracji.  Ogólnie podobało mi się, choć od Heinricha oczekiwałbym większej bystrości i przebiegłości. 

 

Ciao!

Dziękuję, Blackburnie. :-)

Czasami zdarza mi się trafić w Twój gust. Ale na tyle rzadko, że to chyba przypadki. Tym bardziej się cieszę, że tekst się spodobał.

Babska logika rządzi!

Ja się zastanawiam, czy Heinrich musi być koniecznie rozdarty jak… coś? Nie może być po prostu rozdarty? Wewnętrznie? :)

No, niby nie musi. Ale bez porównania w tym miejscu zdanie wydaje mi się niepełne. :-/ Ale “rozdarty wewnętrznie” to jest jakiś pomysł.

Babska logika rządzi!

Można to spróbować jakoś zgrabnie połączyć z drugim zdaniem o duszy i umyśle.

Uran tworzył zgrabny związek, bo zapoczątkowywał kolejne reakcje…

Babska logika rządzi!

Podobało mi się :)

Dzięki, Anet. :-)

Cieszę się.

Babska logika rządzi!

Przeczytałam z dużą przyjemnością. Podoba mi się, że w Twoich tekstach zawsze roi się od mnogości nawiązań do nauki i literatury. Jak jakieś podłapię to wtedy zawsze mam boosta do samooceny XD Poza tym napisane barwnym, żywym językiem. Może czytam mniej analitycznie niż inni, bo w sumie nie znalazłam niczego, do czego miałabym się przyczepić, oprócz może tego, że jak pan młody wsadzał próbkę do prezerwatywy do się zastanawiałam, czy to ma sens, bo przecież w kondomach jest chemia plemnikobójcza i czy to nie uniemożliwiłoby analizy badań? Jednak żaden ze mnie naukowiec więc stwierdziłam, że prawdopodobnie łatwo byłoby odseparować substancje znane jako zawartość chemiczna prezerwatywy, a wymiocin. Ciekawa historia, ojciec z piekła rodem, aż zabawne, że zowili go “bogiem”. Żal Emilki. Świetnie opisane tradycje weselne. Do tego stopnia, że aż się boję podjąć próbę napisania czegoś o weselu, chociaż pomysł już się zrodził…

Tak, czy siak, świetny tekst, który bardzo przyjemnie się czytało nawet na dwie raty (rano nie zdążyłam dokończyć więc musiałam resztę pochłonąć popołudniu). Ja zawsze oceniam pod tym względem walory literackie. Często czytam w biegu i fragmentarycznie. Przy dobrych tekstach to nie przeszkadza, bo wszystko co dobrze opisane, zapisuje się w pamięci. Jeśli treść jest spójna i logiczna, nie ma najmniejszego problemu. To, że przy Twoim tekście było podobnie, jedynie utwierdza w przekonaniu, że został naprawdę dobrze wykonany. :)

Dziękuję, Rosebelle. :-)

Co znam, do tego nawiązuję. Za to nędzniutko u mnie z odwołaniami do filmu. Fellini chyba też był Włochem, ale miał marne szanse, żeby się do tekstu załapać. Ale nie żałuję Ci boostów. Pompuj na zdrowie. ;-)

Pan młody wykorzystał, co miał. Oczywiście, lepsza byłaby probówka zatknięta czyściutkim korkiem, ale nie mógł znaleźć nic podobnego. Jednak zdradzę Ci, że starał się trzymać i transportować kieliszek z rzygami w pozycji pionowej, żeby minimalizować kontakt z prezerwatywą.

Czasami wcale nie jest łatwo odróżnić tego z góry od tego z dołu… Zresztą, problem pojawia się dopiero w monoteizmie – z Hadesem wszystko jasne.

Nie no, nie zniechęcaj się, tylko pisz. Spokojnie możesz mnie zdystansować. Wiesz, że niewykorzystane pomysły się mszczą? ;-)

Kawałek tekstu wyszedł, rozumiem, że na jeden łyk mogło być zbyt wiele. Cieszę się, że znalazłaś tyle zalet. :-)

Babska logika rządzi!

Wie Koleżanka co? Niech Koleżanka sieka pełnowymiarową powieść z elementami i motywami szpiegowskimi, naukowymi, kryminalnymi i odrobiną astronautyki na osłodę dla lubiących SF.

I niech Koleżanka nie odpisuje, że nie potrafi, o.

Wszelki duch bogów biochemii chwali!

Kolega Adam się objawił! Zaszczyconam.

Tylko nie wiem, czy Mu się tekst o weselu spodobał, czy nie bardzo, skoro namawia do czegoś całkiem innego.

Babska logika rządzi!

Gdyby mu się, czyli mi się nie podobał, nie zużywałby / m klawiatury, bo ma / m drogi model tegoż ustrojstwa. :-)

Twój bóg biochemii diabłem pachnie, co mam za całkowicie nie tylko uprawnione, ale wręcz konieczne. Już dzisiaj stosowane techniki manipulacji wiodą wprost, jak myślę, do przechodzenia od pojedynczych, nazwijmy to, manipulacji, ku manipulacjom mnogim, w sensie, że aktywujemy / uciszamy nie jeden gen, lecz kilka. W synergiach takich operacji kryje się groźba niepoprawnych kalkulacji skutków, bo wzajemne powiązania i tak dalej, do tego epigenezy, wszak zawsze indywidualne – obrazowo, zamiast stymulować pożądaną cechę, można uczulić na tlen zawarty w powietrzu… Co może wyjść na jaw zbyt późno… Elementy takiej gry znaczonymi kartami zawarłaś, i bardzo dobrze, bo piewcy geninżynierii nazbyt często nie dostrzegają jej potencjalnie ciemnych stron. No to jak mogłoby mi się nie podobać?

A, to w porządku. Dziękuję. :-)

Cóż, manipulacje to w ogóle ciekawy temat. Czy czasami bywają uprawnione?

Chyba nigdy nie udaje nam się przewidzieć wszystkich konsekwencji działania. Niewykluczone, że gdyby to było możliwe, nic byśmy nie robili. Czy na tym polega oświecenie buddów? ;-)

A tlen to trująca substancja jest. I strasznie szkodliwa. Rośliny najpierw beztrosko zatruły środowisko, a potem życie musiało kombinować… ;-)

Babska logika rządzi!

Jako beztlenowce daleko byśmy nie zaszli…

Nic nie robienie, rozumiane jako powstrzymanie się od wszelkich działań, dla gatunków obdarzonych intelektem nie jest polecane z wiadomych powodów, ale powstrzymanie się przed działaniami związanymi z nierozpoznawalnym na tym etapie ryzykiem uważam za wskazane, wręcz konieczne. Chyba, że komuś zależy na naszej autolikwidacji… Mamy kolejne wymieranie? Mamy. No to siup, dlaczego (niemal niezauważalnie) nie powiększyć grona aniołków i nie zmusić tego rogatego do budowy tysięcy wysokociśnieniowych i bardzo pojemnych kotłów…

I tak od wesela przechodzi się łańcuszkiem skojarzeń do pogrzebów…

Nie wiadomo, może gdzieś, jakaś cywilizacja oparta na metanie czy innym chlorze…

Tylko jak jedno nicnierobienie od drugiego odróżnić? ;-) Wszystko ma swoje wady i zalety, nawet pismo. Czy bez alfabetu powstałaby bomba jądrowa? Diabli wiedzą…

A i takie skojarzenia już były: “Cztery wesela i pogrzeb”… ;-)

Babska logika rządzi!

Kolejny tekst udowadniający, że wbrew temu co się czasem słyszy, bardzo dobrze radzisz sobie z emocjami w tekście. Przynajmniej ja poczułem bardzo dobrze emocje bohaterów. Cała reszta – pomysł, język, naukowe nawiązania, to już standardowo – bardzo wysoki poziom. Też piszę tekst na ten konkurs i, kurde, chyba ten jest lepszy od mojego :D

 

P.S. Prorokuję odpowiedź Finkli w ciągu 5 minut.

Dziękuję, Zygfrydzie. :-)

Cholera, spóźniłam się. Tak to jest, kiedy człowiek zapatrzy się na inną stronę… ;-)

No, nie wiem, czy sobie radzę, ale próbuję i walczę z tymi nielogicznymi gadzinami. Tym bardziej cieszą sygnały, że czasem się udaje.

Wstawiaj tekst i zobaczymy. A i tak wszystko w rękach Jurorów.

Babska logika rządzi!

Tekst bardzo dobry. Podoba mi się konstrukcja fabuły. Jest niby prosta, ale zadowala. Przyjemnie płynie i lekko zaskakuje, mimo że nie jest skomplikowana. Wszystko jest tu ładnie wykreowane. Cała rzeczywistość poza weselem wpływa na nie. Samo wesele niesztampowe, ciekawy pomysł z tą całą biochemią. A jak już jestem przy biochemii, to pochylę się nad czymś innym. Biochemia to dział nauki nie do zrozumienia, a w Twoim opowiadaniu wszystko jest odpowiednio wyważone i żaden laik się nie zgubi. Nawet taki nieuk jak ja ;) 

Biochemia to takie tam nudy ;), więc wspomnę o artystycznej stronie opowiadania. Strasznie podoba mi się w jaki sposób operujemy tymi dziełami malarskimi. Każdy rozdział rozpoczyna jakiś adekwatny obraz, ale siłę widać w trakcie opowiadania, gdy wymieniasz poszczególne dzieła. Szczególnie tort musiał być smaczny, a motyw poszczególnych obrazów do poszczególnych osób był świetny. Artystyczna sukienka panny młodej jest niby nic nie znaczącym szczegółem, ale upiększa opowiadanie. W końcu diabeł tkwi w szczegółach , a Ty czasem potrafisz namalować całe piekło ;)

Zakończenie  jak zwykle dobre. I smutne. Ale treściwe. Zostawiasz odpowiednio dawkowany niedosyt przemieszany z postawionymi pytaniami. Przecież Heinricha w każdej chwili może przejechać samochód lub spotkać zawał serca. 

Nie będę się rozwodził, że ładnie napisane, bo pisze to pod każdym Twoim opowiadaniem.

Ciekawe, że pan młody był Włochem i humorystycznie pokazałaś polskie wesele. To o bimbrze było ciekawe :) 

Nie wiem, czy opowiadanie miało mieć jakiś przekaz, ale ja zrozumiałem, że nie warto uczyć się chemii…

Pozdrawiam!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Zatkało mnie, kiedy zacząłem czytać. Napisane niesamowicie. Opis pierwszego tańca mistrzowski. Chylę czoła.

 

Ale żeby było jakoś tam merytorycznie, a nie ochy i achy tylko, to:

– Rozkręcało się trochę zbyt wolno, za dużo opisów i scen tworzących scenerię, a za mało akcji. Ale to pewnie kwestia gustu. :)

– Zakończenie jakieś takie, nie wiem, rozmyte? Rozumiem, że może być otwarte, no i że kwestia wnucząt to taki mocniejszy akcent, ale jednak czułem się, jakby opowiadanie urwało się w połowie i jakbyś sama nie wiedziała, jak to skończyć i po prostu nagle przerwała.

– Nieścisłości natury biotechnologicznej, jeśli były, nie przeszkadzały mi wcale. Bardzo podobało mi się nowe spojrzenie na przemianę wody w wino. :)

– Intryga bardzo ciekawa, choć już od początku rozmowy Arturia z Heinrichem było oczywiste, co wydarzy się dalej.

 

Heinrich czuł się rozdarty jak powłoka Hindenburga nad New Jersey.heart

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories;

Dziękuję, Panowie. :-)

 

Pietrku, cieszę się, że tekst się spodobał. I to aż tyle rzeczy.

Sztampowe wesele byłoby nieciekawe i niefantastyczne. ;-)

Doszłam do wniosku, że z biochemii można wyciągnąć ciekawe elementy. W końcu jakoś, mniej lub bardziej efektywnie działamy, nasze organizmy w tym celu kontrolują setki reakcji. Gdyby ktoś to wszystko ogarniał… Naprawdę byłby bogiem.

Skoro takich pożeniłam bohaterów, to musiałam przypatrzeć się obrazom bliżej. Fajnie, że udało się je dobrze dobrać. Velazquez to już właściwie był przypadek.

Taaak, tort musiał być dobry (ale tylko te kawałki bez dodatkowego nadzienia), acz trudny do zrobienia. Co czekolady się przy tym namarnowało! ;-)

Każdego może trafić nagły szlag. Ale jakoś staramy się o tym nie myśleć, nie uwzględniamy w planach. A jeśli jeszcze ktoś uważa się za boga? Dopiero kiedy otrzemy się o śmierć, uświadomimy sobie jej bliskość robi się niewygodnie…

Z przekazem niezupełnie o to mi chodziło. Kombinuj dalej. ;-)

 

El Lobo, akcji już nie będę dodawać na siłę. Zresztą, te opisy niekiedy są akcją, tylko to się nie rzuca w oczy – na przykład podanie gościom wina.

Zakończenie. Chyba faktycznie nie wiem, co teraz zrobi Arturio. Wszystko zależy od niego.

Taaak, jeśli ktoś przemieni wodę w wino i zaproponuje Ci lampkę, to uważaj na gościa… ;-)

Że dalszy ciąg rozmowy teścia z zięciem oczywisty, to niezbyt dobrze. Mam nadzieję, że jednak wszystkich szczegółów nie przewidziałeś i jakieś zaskoczenie było.

I fajnie, że spodobało Ci się wynotowane zdanie. To już enta wersja, ale chyba wreszcie pasuje. A przynajmniej się ludzkości podoba.

Babska logika rządzi!

Jak tylko zobaczyłam imię “Heinrich” to wiedziałam, że muszę przeczytać. Jako posiadaczka babci Grety i cioci Hildegardy uwielbiam te szalone germańskie imiona. ;)

 

– Ja nie planowałam życia tobie, więc ty zostaw w spokoju moje! – Ręce Emilii nawet przez chwilę nie pozostawały w bezruchu: zaciskały się w pięści, podlatywały do głowy, by wpleść szczupłe palce we włosy, niosły do ust filiżankę z kawą, skubały serwetkę rzuconą na obrus po drugim daniu…

Serio? Ona to wszystko zrobiła wymawiając te kilka słów? Turbo ADHD. Mogłabym to jeszcze uznać za ogólny opis zachowania Emilii w tej scenie, ale chwilę później masz:

– Wystarczająco dużo, żeby go kochać! – Smukłe palce wbiły się w bawełnę serwetki, jakby chciały rozszarpać tkaninę. – I nie próbuj w to wątpić!

To już jakoś sensowniej brzmi.

 

Nie wydaje mi się, żeby samo uprzątnięcie skorup po filiżance miało zapobiec temu, by espresso trwale nie wżarło się w posadzkę. ;)

 

Co ten Arturio wyprawiał z wymiocinami Emilii? Wśród tłumu gości zebrał je do kieliszka, potem wyjął prezerwatywę z bukietu i przelał do niej zawartość kieliszka, a potem schował w cieniu, żeby nikt tego nie zauważył? Zakładam, że gdy wśród tłumu gości zbierał wymiociny do kieliszka, potem wyjmował prezerwatywę z bukietu i przelewał do niej zawartość kieliszka, to goście byli dotknięci chwilową ślepotą. ;)

 

Byłam na wielu weselach, na większości (jak nie na wszystkich) była wódka, czasem niestety głównie wódka, ale bimber… No, holender, nie pamiętam. Natomiast opis wesela wyszedł Ci fajnie. Zmroziło mnie. Nie znoszę polskich wesel, a przynajmniej ich 80%.

 

Kompletnie nie rozumiem użycia ilustracji ściągniętych z netu. To nie dotyczy tylko Twojego tekstu, oczywiście. Fajne są ilustracje stworzone specjalnie dla tekstu, ale z netu? Wybacz, zawsze wydawało mi się to trochę infantylne, więc w tym przypadku jest tak samo.

 

Zdziwiłam się, gdy po przeczytaniu Twojego opowiadania skonfrontowałam je z faktem, że ma ponad 37k. To może być i dobrze, i źle. Dobrze, bo oznacza, że czyta się nieźle, szybko, bez grud i wybojów. Źle, bo fabuły tu tak na ¼ tej objętości. A że fabuła taka raczej dowcipna (chociaż może bardziej w stylu niż treści), lekka, bez większej refleksji, czysto rozrywkowa – to pozostałe ¾ opowiadania stanowią właściwie ozdobniki. Lekko podane, interesujące. Ale ozdobniki.

 

Chyba namarudziłam bardziej niż powinnam, zważywszy na to, że przecież czytało się dobrze. Ale jakoś tak do większej satysfakcji mi daleko. Miłe opowiadanie na niedzielne przedpołudnie.

Że dalszy ciąg rozmowy teścia z zięciem oczywisty, to niezbyt dobrze. Mam nadzieję, że jednak wszystkich szczegółów nie przewidziałeś i jakieś zaskoczenie było. – Wszystkich szczegółów na pewno nie, raczej ogólny “mechanizm” fabuły.

 

Taaak, jeśli ktoś przemieni wodę w wino i zaproponuje Ci lampkę, to uważaj na gościa… ;-)

Zgadzam się. Zawsze, koniec końców, wiąże się to z jakąś draką. ;)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories;

Dziękuję, Ocho. :-)

Te pierwsze latające dłonie to rzeczywiście ogólny opis postaci. Żeby jakoś nakierunkować Czytelnika, niech wie, co sobie wyobrażać. Potem już podaję szczegóły.

Skorupy – czepiasz się. ;-) Pokojówka już wie, że nie tylko szczątki porcelany powinna sprzątnąć.

Wśród tłumu gości zebrał je do kieliszka, potem wyjął prezerwatywę z bukietu i przelał do niej zawartość kieliszka, a potem schował w cieniu, żeby nikt tego nie zauważył? Zakładam, że gdy wśród tłumu gości zbierał wymiociny do kieliszka, potem wyjmował prezerwatywę z bukietu i przelewał do niej zawartość kieliszka, to goście byli dotknięci chwilową ślepotą. ;)

Niezupełnie. Nie przelewał do prezerwatywy, tylko nakrył nią kieliszek, żeby się nie wylało. I starał się, żeby nikt nie zauważył, co robi. Pamiętaj, że klęczał przy ławce, tyłem do tłumu. Młoda nic nie widziała, bo była nieprzytomna. Zbieranie wymiocin zasłaniał ogonem fraka (dlatego nie mógł go zdjąć i przykryć żony). I wszystko robił jedną ręką, prawą głaskał Emilię. I tam głównie ludzie patrzyli. Zresztą, to się działo w nocy i dół ławki mógł nie być dobrze doświetlony. Nie mówię, że było łatwo. ;-)

Fajnie, że opis wesela się udał. O bimbrze już wyjaśniałam wyżej, że na weselach, które zaszczycałam własną obecnością, często był. A czy nie mogła narodzić się taka nowa świecka tradycja?

Ilustracje. Wykorzystałam istniejące obrazy mniej lub bardziej znanych malarzy. Ich kupienie raczej nie wchodziło w grę. Zwłaszcza z freskiem Giotta byłby problem. ;-) Uważam, że pasują tematycznie. Ale możesz uznać, że to infantylne, Twoje zbójeckie prawo. ;-)

Że fabuły na ćwierć objętości – tu się nie mam jak bronić.

Ale nie zgodzę się, że jest lekka i dowcipna. Jeden facet próbuje otruć drugiego, przypadkiem robi kuku własnej córce, drugi postanawia zabić pierwszego i to dla ciebie śmichy-chichy? Hmmm.

Babska logika rządzi!

El Lobo, to dobrze, że jednak nie wszystko przewidziałeś. :-) No, że Heinrichowi coś nie wyjdzie, to było raczej jasne. Dla niektórych już przy przemianie wody w wino. Bogowie nie przepadają za uzurpatorami. ;-) I owszem, zazwyczaj organizują jakąś drakę. A przynajmniej tak to na ogół wygląda w mitologiach. ;-)

Babska logika rządzi!

Przewidziałem, że skoro to nie Arturio zażył toksynę, to któż inny mógłby to być, jeśli nie ukochana córka głównego bohatera. Zwłaszcza, że Heinrichowi tak bardzo zależało na jej przyszłości. Perfidny los. ;)

 

A żeby się chociaż taka draka zaraz skończyła. A to się potrafi ciągnąć i ze dwa tysiące lat. ;)

 

Jeszcze mi się przypomniało, że fajnie przedstawiłaś Heinricha (nie tylko jego, ale on mi najbardziej zapadł w pamięć). Do bólu pragmatyczny, a czasem wręcz bezwzględny – modelowy biznesmen. :)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories;

Jeśli to miał być opis zachowania Emilii podczas całej sceny, to chyba umieszczenie go w kwestii dialogowej nie było najlepszym rozwiązaniem.

 

Z tymi skorupami – no pewnie że się czepiam. Znasz to skądś, prawda? ;)

 

Edytowałam nieco wcześniej komentarz – napisałam, że dowcipny raczej stylem niż treścią. No tak, nic nie poradzę, tak to odebrałam.

 

A z tym kieliszkiem – też mi się najpierw wydawało, że nakrył kieliszek prezerwatywą. Ale to dopiero wydawało mi się karkołomne. Więc samowolnie wyobraziłam sobie wersję dla mnie bardziej do przełknięcia. No i jednak myślę, że to dość mało prawdopodobne. Zrobić to w tłumie, jedną ręką, tak żeby nikt ze zgromadzonych wokół leżącej panny młodej nie zauważył.

 

I nie chodzi mi o własność tych ilustracji, dobrze o tym wiesz. Nie rozumiem sensu dodawania ilustracji, które nie powstały specjalnie do konkretnego tekstu. Być może masz w tym jakiś ukryty dla mnie zamysł, ale mnie wydają się raczej przypadkowe. Para tańczy – no to jakiś obraz z tańczącą parą. Wino instant – no to Jezus i dzbany. Faceci się tłuką – bitwa pod Grunwaldem (?!). E, no…

El Lobo, to jednak trochę za dużo przewidziałeś. ;-)

Oj, to prawda, że religijne awantury potrafią się długo ciągnąć… Gdzie tam zaoranym miedzom do tego rozmachu. ;-)

Tak, Heinrich jest biznesmenem. I odnosi sukcesy, przynajmniej dopóki nie próbuje zarządzać innymi dziedzinami.

 

Ocho, z kwestią dialogową chyba masz rację. Wywalę ja do następnej linijki.

Skorupy. Odpowiem złośliwie, że pokojówka to nie żołnierz – musi sama trochę myśleć. ;-p

Kieliszek i prezerwatywa. Przyznaję, że nigdy nie próbowałam sobie założyć prezerwatywy jedną ręką. W ogóle sobie nie zakładałam. Ale podobno, przy odrobinie wprawy, da się to osiągnąć (czy jakiś ekspert mógłby się wypowiedzieć?). A skoro tak, to i na kieliszek trzymany między nogami powinno się udać. Wybrałam szampankę, więc kształt podobny. Z czerwonym winem raczej by nie przeszło. ;-)

Ilustracje. To prawda, że nie powstały specjalnie do tekstu. Ale, częściowo, tekst powstał specjalnie do nich. Tańcząca para jest najbardziej przypadkowa – próbowałam znaleźć coś z tango, ale trafiałam na same współczesne, mało znane. Widocznie taniec za młody. Myślałam o “Tańcu” Matisse’a, ale IMO słabiej pasował. Z Kany Galilejskiej – mogłam przebierać. Wzięłam “Grunwald”, bo to chyba najlepiej rozpoznawalny wśród bitewnych.

Babska logika rządzi!

Skorupy. Odpowiem złośliwie, że pokojówka to nie żołnierz – musi sama trochę myśleć. ;-p

 

:)))

Ale to była raczej uwaga ogólna, nie szczegółowa. U mnie raczej logicznych detali się nie czepiałaś, przynajmniej sobie nie przypominam. No i moi żołnierze myślą, nawet za bardzo. Przynajmniej czasem. Przynajmniej niektórzy. O! ;)

No to się nie dziw moim pokojówkom, że wiedzą, co zrobić z rozbitą filiżanką. ;-)

Babska logika rządzi!

Przeczytane!

 

Zanim jednak to się stało, zastanawiałem się, którego Boga Biochemii masz na myśli – czy zagrałaś patriotycznie, tytułując tak Bańkowskiego, czy może bardziej światowo, mając na myśli Harpera. ;)

Przyjęte do wiadomości. :-)

Eeee, autorzy podręczników chyba nie uważają się za bogów? Czyżby studenci tak o nich mówili? ;-)

Babska logika rządzi!

To demony w najczystszej postaci. Zwłaszcza ci od biochemii. Spytaj funa, potwierdzi! ;_;

Demony, powiadasz? To chyba jednak stopień niżej od boga. ;-)

Ale jak Fun zajrzy, to spytam. ;-)

Babska logika rządzi!

Nie znam tych panów.

Ale cykl Krebsa to podstawa! W sam raz dla studentów. ;-)

Babska logika rządzi!

Dobre opowiadanie i fajnie się czytało. Warsztat jak szwajcarski zegarek. Drobiazgowy research. Co do tanga i ekskluzywnych win to muszę wierzyć Autorce na słowo, bo nie znam się na tym (i nie specjalnie mnie to interesuje). Ale wierzę. Wyższe sfery pokazane jak żywe, a w tle polski weselny folklor. Świetne zestawienie.

To już rzecz zupełnie subiektywna – ja bym jeszcze dokończył końcówkę. Są te rozterki Heinricha, a potem nic. I czytelnik pozostaje w zawieszeniu. Dla mnie przydałaby się kropka nad “i”. Chętnie widziałbym coś nawet kompletnie odjechanego, taką wycieczkę poza konwencję opowiadania.

I jeszcze tylko jedno. Heinrich arcyinteligentny, arcyprzebiegły i wyrachowany. Jak taka postać mogła nie przewidzieć, że młoda para może się częstować tortem? (także w większych ilościach). To było nie tylko możliwe. To było wręcz prawdopodobne.

To czego się czepiłem to tylko drobiazgi. W dodatku, co do tej końcówki, to wyłącznie mój punkt widzenia. Ogólne wrażenia mam naprawdę pozytywne.

Pozdrawiam Autorkę!

Dziękuję, Mjacku. :-)

Miło, że tekst się spodobał.

Jakbyś nie wierzył, to sprawdzić autora na jakimś szczególe jest znacznie łatwiej niż twórcy znaleźć te detale. Ech, nie ma sprawiedliwości. ;-)

Końcówka. No, co chciałam powiedzieć, to już powiedziałam. Teraz wszystko w rękach Arturia. On tak szybko teścia zaciukać nie może, a nie chciałam za bardzo wykraczać poza ramy wesela.

Cóż, gdyby Heinrich to przewidział, nie byłoby historii. Starałam się go pokazać jako faceta wyrachowanego, pragmatycznego, nic a nic nie romantycznego. Po prostu nie pomyślał o takim nieracjonalnym zachowaniu jak karmienie dorosłej osoby własnym widelczykiem.

Też pozdrawiam. :-)

Babska logika rządzi!

Przeczytałem tekst i mogę uczciwie powiedzieć, że mi się podoba. Fajny pomysł na opowiadanie, całkiem sprawnie przeprowadzona intryga, no i to zakończenie w stylu “kto pod kim dołki kopie…” Pomysł na winko instant też niczego sobie, tylko patrzeć, aż ktoś to faktycznie wymyśli.

Dziękuję, Straferze. :-)

Miło, że się spodobało.

Co gorsza, Heinrich nie wpadł sam do dołka…

A podobno już ktoś wymyślił, jak donosili komentujący. Ale to by się naprawdę mogło przydać. Wybiera się człowiek w góry z plecakiem i zamiast flaszki dźwiga tylko opakowanie pastylek… Grill na działce – to samo. ;-)

Babska logika rządzi!

„Za jakieś czterdzieści minut podawajcie rosół.” – A czemu nie: podajcie?

 

„Chłopak wyglądał, jakby mówił prawdę.” – Bez sensu wypada to zdanie zważywszy, że Arturio powiedział do teścia tylko: „Kłamiesz!”.

 

„Chwycił posążek Ateny. Machnął, ale Heinrich zdążył odepchnąć się od blatu i odjechać w fotelu na kółkach pod samą ścianę. Minerwa zmiotła tylko apteczkę i lusterko z biurka.” – Wiem, że to uproszczenie, ale Atena i Minerwa to nie to samo.

 

Melduję, że przeczytałam. Więcej po rozstrzygnięciu ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dziękuję, Jurorko Jose. :-)

Bo podawanie rosołu dla tłumu ludzi to nie jest moment. Zaczną podawać, ale nie zdążą podać.

IMO, to wystarczy. Wyglądał, jakby nie wierzył w zatrucie. Nic nie wskazywało, że go coś boli.

Atena i Minerwa. No, niby nie to samo, ale czy znający się na sztuce Włoch nie mógłby jednocześnie wiedzieć, że posążek nazywa się “Atena Promachos” i nazywać tę boginię Minerwą? Ale OK, poszukam lepszego zamiennika dla Minerwy.

Babska logika rządzi!

Logiczna Finklo, naprawdę nie widzisz problemu w tym fragmencie z kłamaniem? A raczej w zdaniu: “Chłopak wyglądał, jakby mówił prawdę.”? ;) Wyglądać to co najwyżej mógł tak, że był święcie przekonany, że mówi prawdę. Nie można “wyglądać, jakby się mówiło prawdę” kiedy ta prawda nie zależy od Ciebie, tylko od czynników zewnętrznych.

Ale to oczywiście tylko moja opinia.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

No, naprawdę nie widzę problemu. Ale skoro tak Cię gryzie, to coś zmienię.

Babska logika rządzi!

Świetny tekst, Finklo! Przeczytałam z prawdziwą przyjemnością. Pomysł zacny i wykorzystanie wesela także bardzo udane. Co prawda fantastyka objawia się nam trochę na początku i dopiero pod sam koniec otrzymujemy wyjaśnienia. Bardzo podobały mi się wykreowane postacie, zwłaszcza ojca, którego zadufanie w sobie doprowadziło do największej porażki, zniszczenia własnego dziecka. Chyba mamy faworyta. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dziękuję, Morgiano. :-)

Miło mi, że Ci się tak spodobało (i to aż tyle elementów), ale nie przesądzajmy. To rola jurków, a konkurs jeszcze trwa. :-)

Fantastyki musi wystarczyć, ile jest. ;-)

Babska logika rządzi!

Ciekawe opowiadanie, ale obawiam się, że w pamięci na długo nie pozostanie.

Tempo zdaje mi się trochę zbyt wolne – jest takie… książkowe. Dzięki Twojemu warsztatowi i wprawie w opisach czyta się to to bardzo dobrze, ale gdy skończyłem, pojawiła się jedna konkluzja – dużo znaków jak na niezbyt skomplikowaną fabułę.

Intryga pod pewnymi względami zdała mi się przewidywalna (mam na myśli decyzję Heinricha o otruciu zięcia), ale fajnie przedstawiona. Dobry balans, podobnie immersja, to jednak za sprawą researchu i fajnego przedstawienia realiów.

Dołożę też swoją cegiełkę odnośnie dyskusji o bimbrze. Tak się składa, że uczestniczyłem w weselu dwa miesiące temu i… był! Co prawda nie stanowił głównego napitku, ale każdy, kto chciał, mógł sobie nalać ze stojących w bufecie beczułek.

Scena z zagarnianiem wymiocin – trochę zabawna i trochę niesmaczna; wydaje mi się, że zaszkodziła atmosferze i nieco przerysowała cierpienia Emilki.

Zakończenie ok.

Obrazy – rozumiem ich dobór, ale nie wydają mi się szczególnie przydatne. Mimo wszystko to opowiadanie o biochemii, nie malarstwie. Ale zawsze jakiś oryginalny element…

Tytuł niezły, pasuje jak ulał. Element fantastyczny – może nie szczątkowy, ale z pewnością dyskretny.

 

Trzym się.

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Dzięki, Luki. :-)

Nie zostanie w pamięci? Cóż, muszę się liczyć z faktem, że po weselu człowiek nie wszystko pamięta. ;-)

Że tempo książkowe i mało fabuły jak na tyle znaków – pełna zgoda.

Przewidziałeś próbę otrucia? No, może bóg biochemii nie miał innych opcji. Mam nadzieję, że nie wszystko dało się wywróżyć. :-)

Imersja to chyba właśnie kosztem tych szczegółów i niespiesznej fabuły. Coś za coś…

Fajnie, że opowiadasz się z grubsza po mojej stronie w kwestii weselnego bimbru. :-) Wydaje mi się, że to stosunkowo nowy wynalazek. Kiedyś bimber był tańszą opcją dla gorzały, na weselu nie wypadało tak skąpić. Teraz smakuje bardziej tradycją. Stąd beczułki i takie tam. ;-)

Zgarnianie wymiocin. Hmmm. Smaczne to na pewno nie było. Ale Arturio niespecjalnie miał wybór…

Obrazy jak to obrazy. Pełnią funkcję głównie dekoracyjną. Tak, miały stanowić oryginalny element. Chociaż tekst o biochemiku, to jednak będę się upierać, że i malarstwo jest na temat. ;-)

Że fantastyka delikatna – nie będę polemizować. :-)

Babska logika rządzi!

Jak był bimber i wino w proszku, to wiadomo – porządne wesele. Zadowoleni Polacy, radzi Włosi, szczęśliwi czytelnicy. Tylko Heinricha szkoda i wymiotującej panny młodej. Aż dziw, że przy takiej ilości alkoholu, winny okazał się jakiś biochemiczny specyfik.

Do tekstu większych zastrzeżeń nie mam. Może trochę za długo się to wszystko rozkręcało, można niby to upchnąć w kawałku o mniejszej objętości, ale przecież i tak było to bardzo ładnie napisane, więc mi to nie przeszkadzało, a przynajmniej nie w takim stopniu, żeby uprzykrzyć mi lekturę.

Bardzo fajne opisy, ładnie zobrazowane przyjęcie. Podobały mi się różne odniesienia, chociaż większość obrazów musiałem wyguglować. Własnie, o co chodziło z tą dietą Lukrecji Borgii? Czytałem “Rodzinę Borgiów”, ale nie mogę sobie nic przypomnieć… W sensie, że taka chuda była?

Trochę się nadziwiłem, kiedy zrozumiałem, że Heinrich zadał sobie tyle trudu, i to podczas wesela, żeby trzymać w ryzach zięcia. Byłem zaskoczony na tyle, że przez chwilę myslałem, że coś pomieszałem. Ale rzeczywiście – Heinrich zamierzał otruć pana młodego, żeby móc go potem kontrolować. Trochę mi zeszło, aż w końcu przyjąłem to do świadomości. 

Na plus fragment z przemianą wody w wino. Przyjemna scena, trochę się uśmiechnąłem. O skojarzeniu o tajemniczych i niewytłumaczonych wydarzeniach w roku 30 n.e. w kanie Galilejskiej nie muszę mówić ;)

Ukazanie wesela oczami obcokrajowca nie jest jakąś nowością, ale i tak przyjemnie się to czytało, szczególnie fragment o wódce i blokadach :)

 

No i co jeszcze mogę powiedzieć? Jakby nie było Heinricha, to chętnie bym się znalazł na takim weselu :D

Dziękuję, Karolu. :-)

Miło, że wesele uznajesz za udane.

Panna młoda dużo nie piła. Zresztą, ona Polka, wie, jak to się robi i czym grozi mieszanie. ;-)

No, nie jest łatwo znaleźć bilans między akcją a opisami. Może trochę przegięłam. A wszystkim i tak nie dogodzę…

Lukrecja Borgia. Jak wiadomo, rodzinka była mocno patologiczna. Zdaje się, że jej tatuś i braciszek potrafili pobrudzić sobie ręce różnymi płynami fizjologicznymi. Podobno błędnie, ale opinia publiczna przypisuje Lukrecji skłonności trucicielskie.

Tak, Heinrich chciał się upewnić, że będzie miał haka na zięcia. Żeby nie zdradzał żony, nie ośmielił się jej uderzyć, wieczorami nie szlajał się z kumplami po winiarniach…

Przemiana wody w wino to był zalążek pomysłu. Ot, takie skojarzenie: wesele + element fantastyczny. Twoje skojarzenia są jedynie słuszne, zresztą obrazek też na nie naprowadza.

Jakby nie było Heinricha, to i takiego dobrego wina by nie było… Coś za coś. ;-)

Babska logika rządzi!

Zacna lektura, trzeba przyznać. Czytało się płynnie, nic nie zgrzytało, fabuła, dość przewrotna, bardzo mi się podobała. Postacie również mają swój urok, szczególnie Heinrich. Konsekwentni, bezwzględni biznesmeni darzący dużą miłością swe rodziny zawsze spoko. Prawie jak włoska mafia, więc czemu to Heinrich nie lubił Arturia? Potworna nieścisłość! ;) 

Jak dla mnie wszystko zagrało. Nie ma jakichś rażących dłużyzn ani zgrzytów (przynajmniej ja nie zauważyłem). Lekturę uznaję więc za satysfakcjonującą :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Dziękuję, Soku. :-)

Cieszę się, że nie zgrzytało. No, a dla kogo taki biznesmen ma trzepać kasę? Powyżej pewnego poziomu już za życia wszystko wydać trudno, zostają kobiety i dzieci. ;-)

Czemu nie lubił Arturia? Wyczuł konkurencję. Wróg jest zawsze w swojej partii. ;-)

No, głosy co do długości opisów są podzielone. Ale fajnie, że Ciebie nie nużyły.

Babska logika rządzi!

Na początku sądziłem, że to będzie coś w rodzaju “Gattaca – szok przyszłości”, ale ten wątek (manipulacji DNA) szybko gdzieś zniknął. Ciekawa intryga, zemsta godna greckiej tragedii. Nieraz się zastanawiałem, dlaczego autorzy niektórych zamieszczonych na Portalu opowiadań nie wysyłają ich do wydania papierowego? No, ale przynajmniej piórko się należy. Dałbym swoje 2/3 głosu, jednak wymagałoby to pewnie bardziej merytorycznego uzasadnienia.

 

PS Wino w proszku widziałem w którymś odcinku Galileo.

Dziękuję, Marcinie. :-)

Fajnie, że aż tak Ci się spodobało. “Gattaca” nie oglądałam, ale literki w nazwie mówią same za siebie. W DNA się nie pchałam, wystarczyło mi, że Heinrich sprawdził zgodność genów, zanim oświadczył się Helenie.

Ten tekst był wymyślany i pisany na konkurs. Nawet mi do głowy nie przyszło, żeby szukać dla niego papieru…

Tak, już mi zgłaszano, że wino instant to wcale nie taki nowy pomysł. Ech, coraz trudniej o oryginalność…

Dwoje Dyżurnych już opko nominowało (dzięki, Morgi i Zygfrydzie :-) ), ale i Twój głos pewnie nie zaszkodzi. Może Naz uzna obecny komentarz.

Babska logika rządzi!

Bardzo kunsztownie napisane opowiadanie. Duża dbałość o szczegóły i niuanse. Najbardziej podobał mi się chyba opis sceny tańca młodej pary – bardzo obrazowy (no, i motyw z bukietem z prezerwatyw również :)). Czytając, czułem się trochę jakbym siedział, z Heinrichem i podziwiał majstersztyk włoskiego malarstwa (jaki dokładnie to nie wiem – nie znam się ;)

 

Jedna rzecz mi nie zagrała, jeżeli chodzi o psychologię postaci – zbyt drastyczna metoda kontroli żonkosia, wybrana przez Heinricha – ale to detal. Mogłaś również troszkę wydłużyć dialog w gabinecie Heinricha żeby Heinrich oznajmił Arturio o zastosowanym fortelu, po jakieś kunsztownej wymianie zdań. W ten sposób atmosfera tego zwrotu akcji zbudowana byłaby bardziej stopniowo (ale to tylko moje subiektywne odczucie i, co więcej, również detal).

 

Podsumowując – podobało mi się bardzo. 

 

PS Co do bimbru to podaje się go na weselach. Teraz bardzo modny jest tzw. stół wiejski gdzie goście mogą się tym trunkiem raczyć. 

 

Dziękuję, Cichy. :-)

Miło, że się tekst spodobał. Widzę, że dość zróżnicowane preferencje – subtelny taniec i przaśne kondomy. Albo i nie – tango, a potem gumki. ;-)

Włosi mają wielu znanych malarzy. Jest w czym wybierać. ;-)

Gdyby nie było drastycznie, nikt by się nie przejął. ;-) Ani bohaterowie, ani Czytelnicy.

Dialog. Nie bardzo wiedziałam, o czym jeszcze mogliby sobie porozmawiać. Ja tam już widziałam tylko pingpong “Przyznaj się, że cię boli”, “Nic nie boli”. Więc wrzuciłam fragment, jak to Heinrich sobie niespiesznie leczy wargę. Trochę czasu na to zużył.

No! “Wiejski stół”! O to mi chodziło z tym kącikiem. W moim świecie ten zwyczaj się rozwinął.

Babska logika rządzi!

@Finkla, Sama widzisz – ponieważ tancerz ze mnie nie lada to naturalne, że jedno się kojarzy z drugim ;)

Jak się dobrze poszuka, to zawsze znajdzie się jakiś związek… ;-)

Babska logika rządzi!

Zasadniczo, poza nadmiarem słów i zwrotów w języku obcym, wymieszanych ze słownictwem zbyt wyszukanym i specjalistycznym, by przeciętny mieszkaniec wsi polskiej poradził sobie z tekstem bez słownika i/lub chwili zadumy i/lub wyższego poziomu wszystkojebliwości i/lub pewnego talentu do wyciągania sensu nie ze słów, a z kontekstu, co w pewnym stopniu utrudniało czytanie (nawet jeśli wdawać się w polemikę nad przeciętnością), i co osobiście – chcąc nie chcąc – odbieram do pewnego stopnia jako taką spakowszczyźnianą bufonadę; swoisty manifest do czytelnika: jesteś głupi, a ja jestem tu po to, by Ci ten przykry fakt uświadomić, to przyczepić mogę się tylko do jednej rzeczy: do zakończenia i monologu-analizy pana Boga Biochemii.

Bo cała ta jego dumanina rozbija się o coś tak oczywistego i prostego, że Heinrich, jako człowiek rzekomo świetnie znający się na ludziach, powinien zrozumieć dokładnie w tym samym momencie, w którym poniał, że pomylił się w ocenie zięcia. Otóż powinien był zrozumieć, że wcale nie musi bać się tego, co zrobi Arcturo i tego, czy zdąży temu jakoś przeciwdziałać, bo prawda jest taka, że obaj – zięć i teść – mieli tego poranka innego, wspólnego wroga, z którym mogliby efektywnie walczyć, jeśli połączą siły: truciznę w ciele Emilii. Obaj kochali dziewczynę nad życie i byli gotowi poświęcić dla niej wszystko, to jasne. I obaj zdawali sobie z tego sprawę w całej jej okazałości. Więc współpraca “z tym drugim” wcale nie byłaby najgorszą z dopuszczalnych opcji.

Wystarczyło więc ściągnąć zięcia, po dobroci lub nie, i zmusić go do wysłuchania, rozmowy, poczynienia pewnych ustaleń – “Zasłużyłem na karę, a ty zasłużyłeś, by mi ją wymierzyć, więc nie będę się bronił. Ale to później. Teraz ratujmy Emilię, bo to najważniejsze, a zemstę odłóż na bardziej odpowiedni moment, dobra?” – i wdrążenia ich w życie.

Praktycznie przez cały epilog zastanawiałem się, czemu, do brudnej ciasnej, ten rzekomy geniusz nie wykoncypował tego, najbardziej oczywistego, a przy tym – śmiem twierdzić – jedynie słusznego rozwiązania od razu i nie wcielił go w życie. Uważam taki wariant zakończenia za znacznie logiczniejszy, a przez to – choć nie tylko, co też jestem też skłonny przyznać – i ładniejszy i przyjemniejszy, choć oczywiście lukrowy, sztampowy i pewnie tandetny. Ale, nawet jeśli, to jednak wciąż bardziej licujący z tą skądinąd ciepłą, a na pewno zabawną i przesympatyczną opowieścią.

Nie przeczę przy tym, że obecne zakończenie – takie życiowe i w tej życiowości tragiczne (choć nadal nielogiczne) – też ma swój urok.

Dobra, żeby płynnie przejść od marudzenia do niemarudzenia, napomknę poniekąd mimochodem, że nawet przydługie opisy, które powinny mnie znudzić, bo są przydługie, jakoś nie znudziły, bo, były świetne. Naprawdę z przyjemnością obserwuję zmianę, która zaszła w Twojej twórczości. Nie będę się nad tym rozwodził ani podejmował się prób analizy zjawiska, ale wiedz, że odnajduję Twoją obecną pisaninę – choć też oczywiście nie w całości, sporo jeszcze zostało do odkrycia – nieporównywalnie lepszą i bardziej interesującą niż ta już zamierzchła. Jest w tym więcej głębi i polotu, a do tego znacznie lepszy szlif, fajniejszy, już nie ten relacyjny styl. Tylko żelazny warsztat i dojebane pomysły wciąż takie same. Uśmiecham się, oj TAK.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dzięki, Cieniu. :-)

Wypraszam sobie. Wcale nie próbuję udowodnić Czytelnikowi, że coś z nim nie tak. Mogę się nawet przyznać, że ja tych trudnych słów wcale nie znam i nie używam na co dzień. Figury tanga wzięłam od cioci Wiki, a szczepy winogron i inne takie – z książki o winach. O włoskie bluzgi nawet na shoutboksie pytałam, więc to wcale nie jest tak, jak myślisz.

Najlepsze rozwiązanie. No, nie wiem… Zwróć uwagę, że Heinrich już zmierza w stronę współpracy z zięciem – planuje przekazać mu władzę nad firmą. Ale czy szczera rozmowa i porozumienie naprawdę by wszystko załatwiło? A jeśli Arturio jeszcze jest zbyt wściekły, żeby wykazać się rozsądkiem i ukatrupi teścia, gdy tylko upewni się, że ma dostęp do antidotum? A jeśli nie uwierzy w słowa Heinricha, łącznie z tą bezpłodnością? A jeśli trucizna jest naprawdę nieusuwalna? Jak długo Arturio będzie czekał? Tak, obydwaj kochają Emilię. Heinrich na swój sposób – nie aż tak, żeby nie próbować manipulować córką i pozwolić jej na podejmowanie własnych decyzji. Ale czy po dziesięciu latach małżeństwa Arturio nadal będzie kochał? Jestem skłonna podejrzewać, że uczucia kiedyś osłabną. A ojciec powinien to uwzględnić.

Miło, że opisy dały radę.

Cały czas się rozwijam. Mam nadzieję, że trochę inaczej niż kłębek. Mam wrażenie, że ostatnio zaliczyłam jakiś nowy level.

Babska logika rządzi!

Fifko, nie twierdzę – i nie myślę – że udziela Ci się sąsiedzka buta, bynajmniej. Nie znamy się od dzisiaj, żeby coś podobnego przyszło mi w ogóle do łba. Ale jeśli tak to zabrzmiało, to przepraszam. Niemniej tekst sam w sobie jest tak tym wszystkim nabity, że wrażenie – mimowolne, że się powtórzę – powstało i tak. Nie neguję też przy tym, że taka maniera tekstu jest zła czy szkodliwa, bo nie jest, wręcz przeciwnie – ładnie się to komponowało i było dodatkowymi smaczkami w opowiadaniu, podniosło zarówno jego poziom jak i Twój level w epatowaniu zajebistością.

Za szkodliwą uważam natomiast przesadę. Ale to w każdym możliwym względzie.

 

I nie zgodzę się też z Twoim się ze mną niezgadzaniem.^^

 Zwróć uwagę, że Heinrich już zmierza w stronę współpracy z zięciem – planuje przekazać mu władzę nad firmą.

I owszem, ale nadal w kontekście zemsty Arturia i własnej rychłej śmierci. Ani przez moment, z tego co widziałem, nie bierze na tapetę ewentualności zawieszenia broni i pełnej współpracy.

 

Ale czy szczera rozmowa i porozumienie naprawdę by wszystko załatwiło? A jeśli Arturio jeszcze jest zbyt wściekły, żeby wykazać się rozsądkiem i ukatrupi teścia, gdy tylko upewni się, że ma dostęp do antidotum?

Nawet jeśli by wszystkiego nie załatwiło, to wciąż jest najrozsądniejszą opcją. Przecież BioBóg i tak spodziewa się, że kojtnie. I nawet wyraża na to gotowość, byle miał kto zatroszczyć się o jego córkę. Poza tym ma facet chyba możliwości, by zmusić zięcia do rozmowy w cztery oczy, nie narażając przy tym życia. Jak już wcześniej pisałem, oczywistym jest, że obu najbardziej zależy na dobru Emilii i Arcturo też musi być tego świadom. Podobnie jak tego, że to właśnie Heinrich jest bodaj jednyną osobą, która jeszcze może odwrócić wszystko i wyleczyć Emilię. A to nie jest byle jaki argument, prawda?

Co do tego, jak długo Arcturo będzie czekał, się nie wypowiadam, bo nie znam typa, a za to co nieco słyszałem o włoskim temperamencie. Myślę jednak, że dzieci nie są tutaj najważniejsze (było w tekście, że Italiano pokochał Emilię przede wszystkim ze względu na jej talent – a ten może się tylko rozwijać, z czego przykładem właśnie sobie dyskutuję), a branie antidotum od czasu do czasu przecież nie czyni z Emilii trędowatej, całkowicie pozbawionej libido (w każdym razie o tym nie ma ani słowa nigdzie) ani w jakikolwiek inny sposób odrażającej. Dlaczego więc Arcturo miałby tracić zainteresowanie żoną? Sytuacja analogiczna do osób chorych na cukrzycę, a przecież nie przestaje się kochać ludzi, bo muszą brać insulinę. Zresztą nie przestaje się ich kochać, nawet jeśli zapadną na jakąś chorobę, nawet ciężką (chyba, że to kiła nabyta od prostytutki – wtedy można polemizować). Inna rzecz, że wszystko z czasem powszednieje i traci urok nowości. Wszystko też powoli stygnie, nawet wszechświat. Nie bardzo tylko rozumiem, dlaczego Heinrich miałby to uwzględniać. Albo dlaczego miałby się tym, co będzie za dziesięć lat, przejmować bardziej niż wizją temperamentnego kurdupla z kosami w oczach, pragnącego go zniszczyć.

Zresztą kto Heńkowi od razu każe wykładać wszystkie karty na stół? To zawodowy pokerzysta, więc wiedziałby, jak rozegrać tę partię, by wyszło po jego myśli.

 

Heinrich na swój sposób – nie aż tak, żeby nie próbować manipulować córką i pozwolić jej na podejmowanie własnych decyzji.

Tu się też nie zgadzam. To oczywiście Twoje postaci i zapewne wiesz lepiej, jakimi je stworzyłaś, ale, po pierwsze, Heinrich jednak pozwolił córce na podejmowanie własnych decyzji. Inaczej przecież do ślubu w ogóle by nie doszło. Stary znalazłby jakiś sposób, by do tego nie dopuścić. Ale dopuścił. Na niekonwencjonalnych zasadach, i owszem, owszem, ale jednak. A to, jak bardzo jednak kochał Emilię znacznie wyraźniej wynika z końcówki niż z początku tekstu. Fakt, kochał ją na swój poryty sposób, ale jednak bezgranicznie i ponad wszystko.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dobra, kwestię straszenia trudnymi słowami mamy załatwioną.

Nie zgadzasz się, bo nie widziałeś oczu Arturia. Ze wściekłym tygrysem się nie negocjuje. ;-)

O pełnej współpracy Heinrich na razie nie pomyślał. Może kiedyś na to wpadnie. Zresztą, zięć nie zna się na chemii i nie może aktywnie pomóc w badaniach. Jedyne, czego teść od niego oczekuje, to powstrzymanie się od morderstwa jeszcze przez jakiś czas. Na logikę – póki nie ma antidotum, nie powinien zabijać jedynego źródła. Więc Heinrich jest w miarę bezpieczny, jeśli tylko trzyma karty przy orderach. Nie ma problemu ze zmuszeniem młodego do rozmowy. Ale żeby go przekonać… Czy Ty na jego miejscu uwierzyłbyś facetowi, o którym rodzona córka wie, że kłamie całkiem przekonująco, a który dzień wcześniej próbował Cię podtruć?

Tak, to jest jakiś argument – jeśli ktokolwiek może wyleczyć, to tylko Heinrich. Ale nie wiadomo, czy to możliwe. Jeszcze w nocy twierdził, że toksyny nie da się usunąć. Zapędzenie dżina z powrotem do butelki zawsze jest trudniejsze niż uwolnienie. A jeśli wyługowanie ma jakieś paskudne skutki uboczne? Długookresowe i nie będzie ich widać na króliczkach doświadczalnych? Chciałbyś testować absolutnie nowe metody leczenia na swojej kobiecie?

Owszem, dzieci nie są najważniejsze. Zresztą, jak pisałam gdzieś wyżej, stać ich na surogatkę. Z tą toksyną da się żyć – i to łatwiej niż z cukrzycą (nawet przemknęło mi przez głowę, żeby Heinrich sobie pomyślał coś takiego, ale w końcu odpuściłam). Pod warunkiem, że ma się antidotum.

Nie twierdzę, że Arturio przestanie kochać z powodu choroby. To akurat wydaje mi się mało prawdopodobne. Ale tylu ludzi się rozwodzi bez żadnych chorób. A Heinrich wykombinował sposób, żeby chronić Emilię przed absolutnie wszystkim – zdrady, piwa z kumplami, kran w kuchni kapiący już od dwóch tygodni…

Decyzje Emilii. Niby pozwolił. Ale tak, jak dorośli pozwalają przedszkolakom wydać przyjęcie dla lalek – wszystko pozostaje pod kontrolą rodziców. Bez wiedzy córki próbował zrobić z jej męża posłuszny automat. Niby mógł się nie zgodzić… Ale z jej temperamentem… Uciekliby, wzięli szybki ślub w Las Vegas albo we Włoszech. Helena kiedyś zabrała Heinricha do teatru na “Romea i Julię”. Facet zna tę historię. ;-) A głupi nie jest.

Ponad wszystko chyba nie – Helenie w ogóle nie dał wina (fakt, pannie młodej znacznie trudniej czegokolwiek odmówić). I nie wiem, ile w tym miłości, a ile chęci posiadania.

Babska logika rządzi!

Nie zgadzasz się, bo nie widziałeś oczu Arturia. Ze wściekłym tygrysem się nie negocjuje. ;-)

A mimo to:

Na logikę – póki nie ma antidotum, nie powinien zabijać jedynego źródła. Więc Heinrich jest w miarę bezpieczny, jeśli tylko trzyma karty przy orderach.

To albo Artek jest wściekły zwierz, z którym się nie negocjuje, czy rozsądny facet, który sczai, co obecnie będzie w jego i Emilii najlepszym interesie?^^

Ja tam myślę, że to zwierz, którego można jednak zamknąć w klatce, i to na tyle długo, aż się uspokoi i będzie w stanie zacząć trzeźwo myśleć. Tylko trzeba zacząć budować klatkę, a nie dumać, jak tu dostatecznie długo unikać zwierza.

 

Nie ma problemu ze zmuszeniem młodego do rozmowy. Ale żeby go przekonać… Czy Ty na jego miejscu uwierzyłbyś facetowi, o którym rodzona córka wie, że kłamie całkiem przekonująco, a który dzień wcześniej próbował Cię podtruć?

Oczywiście, jeśli sobie uświadomić, że facetowi zmieniły się priorytety i teraz mamy wspólny, a przy tym nieomal święty cel – ocalić najważniejszą dla nas obu osobę na świecie, więc nie ma ani jednego -dobrego czy nie – powodu, by kłamać i mataczyć.

 

Tak, to jest jakiś argument – jeśli ktokolwiek może wyleczyć, to tylko Heinrich. Ale nie wiadomo, czy to możliwe. Jeszcze w nocy twierdził, że toksyny nie da się usunąć. Zapędzenie dżina z powrotem do butelki zawsze jest trudniejsze niż uwolnienie. A jeśli wyługowanie ma jakieś paskudne skutki uboczne? Długookresowe i nie będzie ich widać na króliczkach doświadczalnych? Chciałbyś testować absolutnie nowe metody leczenia na swojej kobiecie?

Szczerze, to gdyby nie było innego wyjścia… Zresztą tu pytanie jest tak naprawdę o coś innego: czy chciałbym, żeby ktoś szukał dla mojej kobiety lekarstwa, nawet, jeśli wiązałoby się to ze sporym dla niej ryzykiem, czy nie? Chciałbym, oczywiście, że chciałbym. I chciałbym też, żeby to był najlepszy z najlepszych, a przy okazji ktoś, kto nie potraktuje jej wyłącznie jako pacjentki czy wręcz obiektu. Co do skutków ubocznych natomiast, to przecież nie ma jakiegoś wielkiego pośpiechu, więc można prowadzić wszelkiej maści badania – w tym pewnie i na ludziach; Heinruch przecież ma dostatecznie dużo hajsów i dostatecznie mało skrupułów (o czym Auro już się przecież przekonał), by znaleźć jakichś frajerów albo bezdomnych, którzy zgodziliby się za odpowiednią opłatą zostać obiektami badań – w opór właściwie, aż skuteczny i bezpieczny lek (APAP, kurwa?) się znajdzie. A jak się nie znajdzie… No cóż, nadzieja umiera ostatnia.

 

Kolejne części pomijam, bo nuuuuda, ale:

Ponad wszystko chyba nie – Helenie w ogóle nie dał wina (fakt, pannie młodej znacznie trudniej czegokolwiek odmówić). I nie wiem, ile w tym miłości, a ile chęci posiadania.

Jak w poprzednim komentarzu – jego gotowość do śmierci za córkę czy nawet za żonę (a żony i mężów – ponoć – kocha się mniej niż dzieci) w moich oczach wyczerpuje temat. Choć oczywiście fakt faktem – miłość Heinricha była wypaczona, chora i niebezpieczna. I na pewno do pewnego stopnia (i do czasu) egoistyczna.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

OK, jak Artek ochłonie, to będzie można negocjować. Ale zdaniem Heńka to jeszcze nie nastąpiło. Chociaż o klatce już myśli, nawet o takiej ze złotymi prętami. ;-)

Jak nie ma powodu do kłamania? A chęć uniknięcia śmierci to zły powód? Trochę rozbija się to o pytanie “Czy Arturio wie, że Heinrich wie?”.

Niebezpieczne leczenie. OK, jeśli tak przeformułować pytanie – to masz rację. Lepiej, żeby szukał. Ale niektóre świństwa potrafią się na długo przyczaić. Takie kuru może wyjść po kilkudziesięciu latach od zeżarcia zakażonego mózgu. Inna sprawa, że bóg biochemii wiele rzeczy wie.

Gotowość śmierci za Emilię. No, trochę ona była wybrakowana, ta gotowość. Facet sądził, że umrzeć musi, teraz tylko kwestia, żeby stało się to w sposób przynoszący możliwie małe straty.

Babska logika rządzi!

Problemy głównych bohaterów sprawiały, że wszystkim życzyłam wszystkiego rychłego i nieprzyjemnego. Tak rozpuszczonej bandy dekadenckich bufonów to dawno nie czytałam ;) Miało to też swój urok, ale jednak zbyt często irytowało. Najbardziej podobało mi się, jak Heinrich zmienił podejście do zięcia po nieudanym otruciu. Podobały mi się też relacje między postaciami – szczególnie między ojcem a córką. Nie podobało mi się, jak głupiej pomyłki dopuścił się istny Bóg biochemii ;) Co jak co, ale pewności mógł nie mieć, kto zje ten tort. To że podało się komuś kawałek nic nie znaczy… No, za głupi błąd (moim zdaniem) jak na kogoś tak bystrego. Za to motywy z obrazami – bardzo fajne.

Ogólnie czytało się bez bólu, ale jeszcze finał rozczarowuje, bo właściwie nie wynika z niego za wiele, więc po chwili wahania jestem na nie.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Dziękuję, Tenszo. :-)

Oj, aż tak Ci bohaterowie podpadli? No cóż, życzenia nieprzyjemności się spełniły, więc powinnaś być zadowolona z zakończenia. ;-p

Władza korumpuje, a kasa daje jakąś władzę. Albo przynajmniej tak się tym zapatrzonym w kasę wydaje…

Błędu Heinricha bronię w ten sposób, że facet nie ma w sobie za grosz romantyzmu i coś tak niehigienicznego jak jedzenie nie swoimi sztućcami z nie swojego talerzyka nawet mu do głowy nie przyszło.

Fajnie, że czytanie nie bolało.

Tak właściwie, to nie oczekiwałam, że będziesz na tak. ;-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka