- Opowiadanie: Fantastyczny Pan Lis - Briim z Wieży

Briim z Wieży

Witam serdecznie Wszystkich :)

 

Tekst powstał jakiś czas temu.

Z jednej strony, biorąc pod uwagę linearność czasu, niezbyt odległym.

Z drugiej, dla mnie minęły wieki. 

Chyba już tak nie potrafię pisać, ale nie o to chodzi, że uważam, że to źle lub dobrze.

Chyba po prostu będę pisał już inaczej. 

 

Serdecznie Wszystkim dziękuję za ewentualne opinie. 

 

 Wasz oddany Fantastyczny Pan Lis

 

P.S. Oczywiście klasyfikacja gatunkowa jest nieścisła, wolałbym o tym nie dyskutować ;)

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Briim z Wieży

 

*

 

Była to najwyższa Wieża w okolicy. Pewnie dlatego, że jedyna. Nawet gdyby postawiono tu, na Bryle, nie wiadomo po co, inny strzelisty budynek, to i tak raczej nie udałoby się Wieży przewyższyć. Całe przedsięwzięcie zatem nie miałoby sensu. Po co zabierać się do pracy, którą ktoś już wykonał lepiej?

 

Co więcej, dwie tak duże budowle na tak maleńkiej powierzchni nie wyglądałyaby zbyt estetycznie. Tego Briim, jedyny mieszkaniec Wieży, był nieomal pewien.

 

Ktoś słabiej zorientowany w sprawach szpetoty mógłby pochopnie zawołać, że to nic nie szkodzi. Że przecież, gdy mknie się przez Kosmos ku granicy Wszechświata, tak jak właśnie mknął Briim, nigdy nie starczy czasu, by zajrzeć ponownie w to samo miejsce.

I nawet jeśli któryś z mieszkańców mijanej po drodze planety na ów widok zawołałby z niesmakiem: "cóż za szkaradne, dwuwieżowe koromysło!", taki okrzyk nie miałby większego znaczenia.

Nie istniała bowiem szansa, choćby maleńka, że po raz drugi spotka się na swojej drodze owego krzykliwego estetę. Co oznacza, ni mniej, ni więcej, że nie zajdzie potrzeba, by tłumaczyć się z brzydoty spowodowanej obecnością wież dwóch, a nie jednej. Lub, co gorsza, za to przepraszać.

 

Oczywiście nikt nigdy nie nazwał Bryły dwuwieżowym koromysłem.

 

Ale kto wie, czy nie wyłącznie z tego powodu, że jak dotąd żaden budowlaniec nie miał nawet w najodleglejszych planach czegokolwiek na Bryle budować, a przynajmniej o tym nikogo nie poinformował.

 

Briim uważał jednak, że wcale nie o to chodzi i ta z pozoru dość sensowna argumentacja prowadzi donikąd lub, co nie wykluczone, wprost na manowce. Przecież, narażając kogokolwiek, w ten czy inny sposób, na doznania nieestetyczne, sprawiamy mu przykrość. A świadomość, że samą swoją obecnością zatruwamy innym życie, z pewnością nie mogła należeć do przyjemnych.

To przecież zupełnie tak, jakby któreś ze słońc, zamiast świecić latem, zdecydowało nagle, by przeistoczyć się w czarną dziurę. Czarne dziury są bez wątpliwości niezwykle przydatne, choćby do pozbywania się wielkogabarytowych odpadków, jak stara kanapa, którą odziedziczyło się po dalekiej ciotce (nie na tyle dalekiej, by nie zdawać sobie sprawy, że na starość ciotunia musiała zupełnie zdziwaczeć, by zapisywać w testamencie stare kanapy).

Nasz samotny podróżnik jednak poszedłby o zakład, że gdyby spytać okolicznych mieszkańców, to bez wyjątku uznaliby, iż na bezchmurnym niebie słońca prezentują się znacznie lepiej niż nawet najbardziej chłonne pojemniki na śmieci.

 

Poza tym Briim miał już dość własnych zmartwień i kłopotów.

Musiał na przykład borykać się z poczuciem winy. Chyba można użyć takiego określenia na to niezbyt miłe łaskotanie, którego doświadczał w sobie za każdym razem, gdy rozglądał się po okolicy. Bryle bowiem, w przeciwieństwie do jego wychuchanego, wymuskanego domku, wiele brakowało do doskonałości. Niby okrągła, ale nie na tyle, by bez wątpliwości nazwać ją kulą, nie dodając przy tym po cichu: nieco przysadzistą.

Do tego ta okropna, chropawa powierzchnia bez najmniejszego ładu usiana wzgórkami i dolinkami, z których każde, bez wyjątku, różniło się rozmiarem od pozostałych.

 

– Doprawdy, jakby bycie okrągłym i gładkim stanowiło jakikolwiek problem – mawiał Briim, kręcąc z niesmakiem czymś, co można by, przy odrobinie dobrej woli, uznać za głowę. Ponieważ, jak wiadomo, nie lubił sprawiać innym przykrości, nie nadmieniał z przekąsem, że wystarczyło spojrzeć na Wieżę, by się przekonać, że gładkość i równiutkość, jeśli tylko wystarczająco się przyłożyć, są na wyciągnięcie ręki.

 

Nie zmienia to faktu, że widok z Wieży nie należał do przepięknych, czy nawet uroczych. I pewnie z racji owego niezbyt schludnego wyglądu Bryłę nazywano Bryłą, a nie dajmy na to Kulcią lub Piłeczką – tak podejrzewał lokator Wieży. A jak już zaznaczono wcześniej, uważał się za znawcę kwestii estetycznych.

 

Choć raczej pesymistycznie nastawiony do życia, Briim żywił nadzieję, że taki stan nie będzie trwał wiecznie. Dlatego od czasu do czasu wyglądał przez maleńkie okienko w swojej izdebce i sprawdzał ukradkiem, czy przypadkiem nic się nie zmieniło. Bryła jednak, czy to z przekory, czy z już wspomnianego lenistwa, pozostawała tylko i wyłącznie Bryłą. Gospodarz Wieży pocieszał się wtedy, że miejsce w którym spędzał życie, choć kostropate i niezbyt kuliste – słowem dalekie od ideału – ma w sobie coś, co odróżnia je od wszystkich innych.

 

Począwszy od galaktyk, poprzez konstelacje, gwiazdozbiory, gromady, po nawet najmniejsze, najlichsze księżyce – całe to gwiezdne tałatajstwo, które mijali podczas wędrówki, zupełnie bez sensu krążyło po jakichś orbitach.

Jakby tego było mało, znaczna większość z tych, pożal się bBoże, ciał niebieskich, obracała się również wokół własnej osi. Ach, strach pomyśleć, co działoby się, gdyby Bryła, bezmyślnie biorąc z innych przykład, ni stąd, ni zowąd, nagle zaczęła się kręcić. Briim, który miewał zawroty głowy, nawet przewracając się w łóżku na boki, na samą myśl o takim przebiegu wypadków odczuwał nudności.

 

Co nie mniej istotne, Bryła, podobnie jak jej mieszkaniec, nie przepadała za hierarchią. Przecież, gdzie by nie spojrzeć, w całym Wszechświecie obowiązywało prawo kaduka: im jesteś większy, tym silniej przyciągasz. A Bryła, nic sobie z tego nie robiąc, nawet w pobliżu najmasywniejszych Gwiazd przekornie nie zakrzywiała toru lotu. Oczywiście Briim podejrzewał, że to, iż mogą podążać prosto przed siebie, a nie bezmyślnie wirują, jest raczej dziełem przypadku. Mimo to, ze świadomością, że zamieszkuje w miejscu na swój sposób wyjątkowym, czasami czuł się naprawdę dobrze.

 

Być może, jeśli Bryła stałaby się bardziej błyszcząca i gładka, Briim mniej czasu spędzałby we wnętrzu Wieży, a częściej wychodził na przechadzki, bądź bywał na jej czubku, by stamtąd podziwiać okolicę.

Niestety, nieco pylista powierzchnia sprawiała, że po każdym spacerze czarne, gustowne lakierki wymagałyby pastowania. Dlatego wychodził na podwórko jedynie, by posprzątać bałagan pozostawiony przez deszcze meteorytów. Na szczyt Wieży wdrapywał się zaś niemal wyłącznie, gdy Bryła przelatywała przez układy planetarne zasiedlone przez istoty rozumne, choć niekoniecznie inteligentne. Nie trzeba przecież być specjalnie rozgarniętym, by spojrzeć w gwiazdy i dostrzegłszy świetlisty punkcik mknący do horyzontu, westchnąć z zadumy bądź zachwytu.

 

W takich sytuacjach gospodarz Wieży, w pełni świadomy spoczywających na nim obowiązków, zakładał odświętną, szpiczastą czapeczkę, zakończoną śliczną, stalową antenką i owijał się czarną pelerynką, przyozdobioną gwiezdnym pyłem (której nawiasem mówiąc nie znosił, ponieważ zawijała się pod stopy). Tak przystrojony, z ulubionym czarnym parasolem w dłoni, wspinał się na Wieżę. Tam stawał i, wyprężony jak struna, machał przyjaźnie oraz uśmiechał się najuprzejmiej jak umiał. Wszystko po to, by ten, kto przypadkiem dostrzeże Bryłę – czy to okiem gołym, czy też uzbrojonym w przyrząd optyczny – pomyślał: "o, jak miło".

A po latach wróciwszy we wspomnieniach do tego momentu, ów obserwator astronomiczny uznałby, że warto było poświęcić okruszek życia, na to tylko, by zwrócić ku niebu narząd wzroku. Z pewnością nie zadziałoby się tak, gdyby zamiast uśmiechniętego, powiewającego parasolem osobnika w czapeczce i pelerynce, dostrzegano wyłącznie kostropatą, zbyt przysadzistą Bryłę, nie daj boże, zeszpeconą wieżami dwoma, zamiast jednej.

 

Jasno z tego wynika, że życie kosmicznego podróżnika to żmudna, odpowiedzialna praca, a nie, jak sądziłoby wielu, spijanie śmietanki z Drogi Mlecznej. Sterczenie na baczność, wywijając parasolką, aż omdlewały ramiona, a nogi w proteście chciały się schować w szyjotułowiu (zwanym też korpusem), trudno uznać przecież za wygodne.

 

A jednak Briim, gdyby go spytać, za najtrudniejszy ze wszystkich gospodarskich obowiązków uznałby uśmiech. Lokator Wieży, rzecz oczywista, potrafił uśmiechać się nie gorzej niż każdy inny obywatel Wszechświata, obdarzony choćby szczątkową inteligencją.

Zapewne można by spotkać opinie, że czynił to w sposób wręcz przeuroczy. Lecz zarechotać wesoło, gdy ktoś, spacerując po lodowej komecie, pośliźnie się i wyląduje z hukiem na własnym korpusie jest czymś zupełnie innym niż długotrwałe wykrzywianie twarzy tylko po to, by komuś innemu zrobiło się lżej na duchu.

Niewielu zdawało sobie sprawę, ileż wysiłku wymagało utrzymanie grymasu radości przez czas tak długi. Choć uniesione kąciki ust boleśnie ciążyły, Briim trwał na stanowisku, dopóki ciemności próżni nie zgasiły poświaty ostatniej mijanej planety. Wiedział, że nawet na ułamek sekundy nie może poddać się słabości i okazać znużenia.

 

Taka wpadka groziłaby wprost niewyobrażalnymi konsekwencjami. Chyba w całym Uniwersum nie znalazłoby się nic bardziej ponurego niż smutna, samotna, odziana w pelerynkę postać, stercząca na wysokiej Wieży. Do tego, podróżująca przez Kosmos na niezbyt urokliwej i nieco przysadzistej Bryle. Na ten widok niejeden obserwator, targnięty nagłą rozpaczą, pomyślałby o odebraniu sobie życia lub przynajmniej straciłby do końca tygodnia apetyt. Rozwikłanie zagadki fali samobójstw wśród astronomów, zarówno zawodowych, jak i amatorów, stanowiłoby niechybnie nie lada wyzwanie dla przedstawicieli lokalnego aparatu śledczego.

 

Największy problem z uśmiechaniem polegał na tym, że należało sprawić, aby wyglądało naturalnie. Wbrew pozorom sztuka to arcytrudna, ponieważ każda z zamieszkujących wszechświat nacji nieco inaczej pojmuje, czym właściwie jest uśmiech i do czego służy.

 

Dawniej zdarzało się, że ten czy ów, dostrzegając w teleskopie wyszczerzającą się istotę, wpadał w konsternację. Ba! Byli i tacy, którzy uprzejmą minę astralnego włóczykija brali za bezczelność lub, co gorsza, śmiertelną obrazę. Kilkukrotnie przysyłano satelity dyplomatyczne z kategorycznym żądaniem wyjaśnień, co znaczyć ma ów grymas i czy nie jest to aby zuchwała prowokacja.

 

Raz, dawno temu, mieszkańcy pewnej niewielkiej planetki, na obrzeżach dość nieciekawej konstelacji, bez uprzedzenia bądź prób wyjaśnień, wystrzelili w kierunku Wieży cały arsenał jądrowy. Oczywiście nawet najszybszy pocisk nie byłby w stanie dogonić rozpędzonej Bryły. Pech jednak chciał, że kilka zbłąkanych rakiet zniszczyło przelatującą opodal kosmiczną flotę potężnej i dość zarozumiałej rasy Holereidów. Ten bądź co bądź niefortunny wypadek natychmiast został uznany za afront. Holereidzi, dopatrujący się we wszystkim wszechświatowego spisku, całą swą potęgą uderzyli nie tylko na ową planetkę, z której ostrzelano okręty, ale na wszystkie cywilizacje w okolicy. Rychło fala przemocy rozlała się na pobliskie galaktyki. Był to początek Trzydziestej Czwartej Pankosmicznej Anihilacji, najkrwawszej ze wszystkich wojen w historii Wszechświata.

 

Nim jednak awantura zdążyła na dobre się rozpętać, Bryła, mknąc przez próżnię, znalazła się poza zasięgiem działań wojennych. Ni huk dział elektromagnetycznych, ni rozbłysk bomb antymateryjnych do niej nie dotarł. Całe szczęście. Briim bowiem uwielbiał obwiniać się o rzeczy, na które nie miał najmniejszego wpływu. Pewnie i tym razem, odnalazłszy związek niejaki między własnym uśmiechem, a międzygalaktyczną jatką, skorzystałby z okazji i wpadł w podły nastrój.

 

Przytoczone fakty dowodzą niezbicie, jak niezwykle istotne jest, by podczas kosmicznych podróży uśmiechać się kompetentnie – ani zaczepnie, ani potulnie; przyjaźnie, uprzejmie, lecz nie przymilnie; szczerze, ale z lekko zagadkową nutą. A z pewnością nie wrogo, złośliwie, bądź arogancko.

Wiele milionów Gwiazd wygasło, zanim mieszkaniec Wieży w pełni opanował tę umiejętność. Gdyby teraz miał komukolwiek zdradzić sekret uśmiechu idealnego, pewnie zrobiłby to bez zawahania, gdyż nie przepadał za sekretami. Wcale nie chodzi o to, by wykrzywiać w dziwacznym grymasie ten czy inny otwór w głowie, czy też, nie daj boże, bezmyślnie szczerzyć kły lub inne przyrządy rozdrabniające pokarm. Cała sztuka polega na tym, by uśmiechać się całym sobą i właśnie Briim potrafił to robić najlepiej w całym Uniwersum. Umiejętne uśmiechanie się należało jednak do zajęć niebywale wyczerpujących, więc gdy już nie było takiej potrzeby, z ulgą znikał we wnętrzu Wieży, by zasłużenie odsapnąć.

 

***

 

Nadszedł jeden z tych ciepłych i pogodnych dni, które zdarzają się zbyt rzadko. Co oczywiste, żaden dzień na Bryle nie był dniem zwyczajnym, takim, jakie bywają dni na pierwszej, lepszej planecie. Przez większość czasu podróż przebiegała w kosmicznej pustce, a wtedy Wieżę i wszystko wokół spowijały mroźne ciemności. Dni nastawały jedynie, gdy Bryła przelatywała w pobliżu Gwiazd. Zazwyczaj jednak w zbyt dużej odległości, by prócz bladej poświaty, dotarło tu również ciepło.

 

Dziś, gdy tylko pierwsze, nieśmiałe promienie brzasku rozproszyły mrok, Briim już wiedział, że nadchodzący dzień będzie wyjątkowy. Przeczucia bardzo rzadko go zawodziły, z tej prostej przyczyny, że on również starał się ich bez istotnego powodu nie rozczarowywać.

 

I rzeczywiście. Chwilę potem stało się jasne jak słońce, że Bryła zbliża się do Ssupernowej. Oznaczało to, że wreszcie, od niepamiętnych czasów, trafia się dobra okazja, by wygrzać kości. Briim, który nieczęsto opuszczał mieszkanko, tym razem bez zbędnej zwłoki wyciągnął spod łóżka leżak plażowy i wspiął się na czubek wieży. Tam, założywszy przyciemnione okulary, rozciągnął się wygodnie i wystawił zziębnięte członki ku gorejącej jasności.

 

Tak to już bywa, że gdy ktoś, kto przemarzł do szpiku, ułoży się w ciepłym blasku Ssupernowej, niemal natychmiast ogarnia go błogi spokój i zbiera mu się na spanie. Nie inaczej stało się z Briimem. Ziewnąwszy, raz ukradkiem i drugi szerzej, zapadł w drzemkę.

 

Mogłoby się zdawać, że próżnia być może nie należy do wymarzonych miejsc na drzemanie, ale ten, kogo zbudzono niedelikatnie w środku nocy tylko w tym celu, by przestał chrapać, miałby zapewne odmienne zdanie.

Od zarania Wszechświata hałas i próżnia nie przepadają za sobą. Z tego właśnie powodu w próżni nie da się nawet po cichu hałasować. Czy zatem podczas snu warkoczesz donośne jak największy z międzygalaktycznych krążowników, czy wydajesz nieco subtelniejsze odgłosy a'la stado marsjańskich łazików, w próżni możesz być spokojny, że nikomu nie będziesz przeszkadzał. W innym wypadku chrapanie dochodzące z czubka Wieży postawiłoby pewnie w stan gotowości większość form życia w promieniu kilku Konstelacji.

 

Tym dziwniejsze wydaje się to, co przerwało drzemkę kosmicznego podróżnika.

 

– Bu!

 

Briim poderwał się z leżaka na równe nogi i nieprzytomnie rozejrzał wokół. Ponieważ nie znał strachu, można co najwyżej stwierdzić, że nagła pobudka wywołała w nim lekką irytację.

 

– Bu! – huknął powtórnie niziutki, pulchny jegomość, wyciągając na powitanie chudzieńką jak patyk rączkę. – Tak właśnie się nazywam, Bu.

 

Briim gotów był założyć się, że zanim zasnął, nie miał żadnego towarzystwa. Przytomniejąc nieco, dochodził nawet do wniosku, że, poza nim, nikt nigdy nie postawił na Wieży stopy lub czegokolwiek innego, choć odrobinę stopę przypominającego. Ponieważ jednak, jak wiadomo, przykładał dużą wagę do wszelkich form grzeczności, uścisnął mięciutką dłoń nieznajomego.

 

– Briim z Wieży – mruknął, delikatnie podkreślając ostatnie słowo, by na wszelki wypadek rozwiać wszelkie wątpliwości, kto tu jest gospodarzem, a kto gościem. – Miło mi. Czy mogę spytać, jakaż to ważka sprawa sprowadza pana na Bryłę?

 

Pan Bu jakby nie dosłyszał pytania. Wyrwawszy rączkę z uścisku, ugiął krótkie, chudziutkie nóżki i z zaskakującą sprawnością, jak na swą dość obfitą tuszę, wyskoczył w górę. Znalazłszy się na blankach, począł po nich skakać, zataczając koła. Podśpiewywał przy tym wesoło:

 

– Briim, braam, bruum. Briim, braam, bruum.

 

Lokator Wieży już zupełnie rozbudzony, próbując nadążyć wzrokiem za krążącym wokół jegomościem, zdał sobie nagle sprawę, że kiedy jak kiedy, ale dziś nie miał najmniejszej ochoty na wizyty. Nie oznacza to wcale, że należał do odludków. Prawdę mówiąc, wiele czasu spędzał na rozmyślaniu, czy nie raźniej podróżowałoby się w towarzystwie. Teraz jednak, przyglądając się podrygującemu żwawo osobnikowi, zyskał najświętsze przekonanie, że i samotność ma swoje dobre strony.

 

– Briim, braam, bruum… Briim, braam, bruum… – rozlegało się to z lewej, to z prawej strony.

 

– Szanowny panie! – powiedział Briim, podnosząc głos, ale nie na tyle, by ktokolwiek mógł z tego powodu poczuć się urażony. – Nie zechciałbyś zdradzić sekretu swojej wizyty? Jestem szalenie ciekawy, czy potrafiłbym pomóc. W przeciwnym wypadku, jeśli pan pozwoli, udałbym się na popołudniową herbatkę.

 

Oczywiście nie pijał popołudniowych herbatek, a nawet jeśli, ledwie co nastał poranek. Czym innym jest jednak pijanie herbatek, a czym innym udawanie, że ma się taki zamiar.

 

Pan Bu, posapując coraz donośniej, zatoczył jeszcze kilka kółek i przystanął. Wychylając się niebezpiecznie z Wieży, spojrzał w dół. Po czym przysiadł na gzymsie i, majtając radośnie krótkimi nóżkami, rozglądał się z ciekawością po okolicy.

 

– Straszny tu bałagan – rzucił po chwili przez ramię. – Jak żyję, takiego bajzlu nie widziałem.

 

Nie trzeba raczej nadmieniać, że ta uwaga sprawiła gospodarzowi Wieży przykrość. Z ręką na sercu musiał jednak przyznać gościowi rację – ostatni deszcz meteorytów spadł już dość dawno temu, a on wciąż, wyszukując sobie kolejne wymówki, nie posprzątał podwórka. Kamienne odpryski, którymi usiana była okolica, wyglądały naprawdę nieestetycznie.

 

– Właśnie miałem pozamiatać… – bąknął cichutko Briim, podejrzewając, że na takie bałaganiarstwo nie ma dobrego usprawiedliwienia.

 

– Ja nie o tym – roześmiał się pan Bu i zaplótł chude, przypominające witki, rączyny, za wielką, niezbyt foremną łepetyną. Wciąż przebierając nóżkami, odchylił się do tyłu.

 

– Widzisz, mój drogi – stwierdził, rozłożony niemalże na wznak. – Na tej twojej Bryle nic się nie trzyma kupy.

 

Gdyby Briim nie należał do tych nielicznych wagabundów, wiernych jeszcze archaicznej zasadzie: "gość w Wieżę jakowóż bóg", pewnie bez namysłu z pomocą jednej z wolnych kończyn delikatnie popchnąłby siedzącego na gzymsie aroganta, następnie, pogwizdując z animuszem, wrócił do przerwanego wygrzewania.

 

Analiza wszelkich za i przeciw, by w ten niezbyt elegancki, ale błyskawiczny sposób zakończyć niezapowiedzianą wizytę, sprawiła, że Briim się zaczerwienił. Z zamyślenia wyrwał go gromki wybuch wesołości. Pan Bu podrygiwał chaotycznie i kołysał się na boki, wciskając rękoma podkurczone kolana w pękaty brzuszek.

 

– Z czego pan rechoczesz?! – spytał mieszkaniec Wieży, niezadowolony, że tak brutalnie przerwano mu rozważania, od których mogło przecież zależeć, czy ten dzień zostanie zaliczony do udanych.

 

– Właśnie o tym mówię – wysapał pan Bu, strojąc dziwaczne miny, jakby z trudem łapał powietrze, zanosząc się śmiechem.

 

Briim natychmiast poznał, że to tylko udawanie, bo przecież skoro w próżni nie ma powietrza, to jakim cudem ktoś mógłby je z trudem łapać?

 

– A o czym? – rzucił po chwili wahania, gdyż zawsze był zdania, że to goście są od zadawania pytań, a gospodarze od uprzejmego udzielania odpowiedzi, w sposób zabawny, ciekawy i elokwentny. Teraz zanosiło się na coś wręcz przeciwnego.

 

Miał rację. Pan Bu najwyraźniej tylko czekał na taki obrót sprawy, gdyż zaraz poderwał się.

 

– Ha! – krzyknął, jakby właśnie odkrył, że Księżyce nie składają się wyłącznie z żółtego sera. – O czym mówię?! Dobre sobie! Już rzekłem przecie. O czymże by innym, jeśli nie o rozgardiaszu? To wprost nie do pomyślenia!

 

Po czym, ni stąd, ni zowąd, dał potężnego susa w dół z samego szczytu Wieży.

 

"Gdzie zapodziałem przyciemnione okulary" oraz "co za spokój błogi" – to pierwsze myśli, które przyszły Briimowi do głowy. Zaraz potem pojawiło się uczucie kropla w kroplę podobne do wstydu, a przynajmniej do tego czegoś, co zawsze za wstyd uważał. W zaskakującym postępku nieznajomego było bowiem coś dziwacznego i onieśmielającego.

 

Coś, co w niezbyt przyjemny sposób, przypominało lokatorowi Wieży, że jeszcze przed chwilą sam rozważał, czy z niej delikatnie nie zepchnąć nieproszonego gościa. Nim jednak na dobre zdążył pogrążyć się w niewesołych rozważaniach nad przyczynami upadku starokosmicznej gościnności, którą onegdaj hołubił, poczuł lekkie szturchanie w okolicy, gdzie u sporej części z rozumnej populacji Wszechświata, zwykle znajdował się bark lub ramię.

Nie musiał się obracać, by wiedzieć, kto zacz go trąca.

Po pierwsze dlatego, że niezależnie, co się przed chwilą wydarzyło, szansa na to, by w tak krótkim odstępie czasu zawitał do Wieży jakiś inny przybysz, przybierała, z której strony by nie spojrzeć, obły kształt zera.

Po drugie, pan Bu, piknąwszy go drobnym paluszkiem po raz ostatni, wesoło zachichotał. Następnie wzniósłszy się kilka dobrych stóp ponad szczytem Wieży, znów począł krążyć wokół Briima.

 

– Tak, jak podejrzewałem, zupełny chaos, żadnych zasad – gderał, co rusz rzucając na rozmówcę ukradkowe spojrzenia. – Jak mogłem to przeoczyć? Całe szczęście, że jeszcze nikt się nie zwiedział. To dopiero byłoby, gdyby na przykład taka Andromeda czy Kasjopeja odkryły, że wcale nie trzeba przestrzegać prawa ciążenia. Ta krnąbrna Bryła to śmiertelne zagrożenie. Tak, tak, musimy natychmiast zabrać się do porządków. Być przecież nie może, że to, czy coś lub ktoś spada, czy nie, zależy wyłącznie od widzimisię jakiegoś szczerzącego się dziwadła w pelerynce.

 

Briima, którego zaczęło już nieco pobolewać to i owo od zadzierania i kręcenia głową, znów tknęło niemiłe przeczcie, że pulchny jegomość nie należy do najuprzejmiejszych. Ponieważ jednak zainteresowało go to, co ów mruczał do siebie, podjął decyzję, by pewne kwestie wyjaśnić. Zapytał więc grzecznie:

 

– Dlaczego?

 

Uważał bowiem, że przyczyną większości kłótni, także tej, do której z nieznanych powodów gość zmierzał, są nieporozumienia. A najlepszym pod Supernową sposobem ich wyjaśniania jest niewątpliwie spokojna, rzeczowa rozmowa.

 

Pan Bu znieruchomiał z zaskoczoną miną.

 

– To jakiś żart? – spytał jeszcze mniej uprzejmym tonem.

 

– No, na przykład… – Tu Briim zająknął się, gdyż nie był przygotowany na taką ripostę. Sądził raczej, że jak ktoś już wymawia słowo: "dlaczego", to po to, by usłyszeć odpowiedź, a nie samemu jej udzielać.

 

– Na przykład: dlaczego nie mogę decydować, czy coś ma spadać na Bryłę, czy nie – wykrztusił, czując, że gdyby miał uszy, te zapłonęłyby kolorem czerwieńszym od najczerwieńszego z Czerwonych Kkarłów.

 

Pan Bu, osłupiały, wpatrywał się w niego z rozdziawionymi ustami.

 

– Przecież to bardzo wygodne. – Głupawy wyraz, który zagościł na pełnej twarzyczce, dodał Briimowi śmiałości. – Sam pan mówiłeś, że mam tu bałagan. Przyznaję to i zań przepraszam. Ale wystarczyłoby pozamiatać meteoryty na szufelkę i… o tak, podrzucić. – Tu wykonał sugestywny gest jedną z górnych kończyn. – Aż boję się pomyśleć, jak wyglądałoby obejście, gdyby śmieci, miast unosić się w kosmiczną pustkę, spadałyby na tą i tak dość kostropatą powierzchnię.

 

Pan Bu najwyraźniej zupełnie stracił nad sobą kontrolę – drobna rączka z mlaśnięciem pacnęła w niezbyt wysokie czoło, pozostawiając na nim różowiutką plamę. Przybysz jęknął przeraźliwie, najwyraźniej wciąż nie potrafiąc znaleźć słów wystarczająco dobrze opisujących własne wzburzenie.

 

– Co na przykład poczynałbym z okruszkami, które pozostają po śniadaniu na obrusie? – ciągnął lokator Wieży, coraz bardziej rozochocony. – To prawda, że nieczęsto zdarza mi się jeść śniadania i oczywiście staram się nie kruszyć, ale…

 

– Ty pacanie! – wrzasnął pan Bu. Jego okrągła buziuchna przypominała duży, czerwony balon. Co, jak ocenił Briim, pasowało do całej sytuacji, gdyż gość wciąż unosił się nad nim. – Ty trąbo! Ty ośle! Ty, ty…

 

Gospodarz Wieży oczywiście wiedział, czym jest trąba. Nawet kiedyś, przelatując obok niewielkiej planetki, zamieszkałej przez nadzwyczaj muzykalne istoty, przymierzał się do wzięcia kilku lekcji gry na instrumentach dętych.

Nie wiedział natomiast, dlaczego sam miałby być trąbą, zamiast na niej grać. Tym bardziej w zestawieniu ze słowem: Osioł, które, jak mniemał, było nazwą niewielkiego Ggwiazdozbioru.

 

Niestety, lekcje muzyki trzeba było odwołać z powodu elektromagnetycznego huraganu, który nadciągał znad pobliskiego Pulsara. Szkoda. Czyż nie byłoby cudownie, wyjrzeć o poranku przez okienko i zadąć w trąbę?

 

Korzystając z chwili ciszy spowodowanej tym, że gość po raz kolejny zaniemówił, Briim podjął przerwany wątek:.

 

– Gdybym posiadał zarost, co się przecież każdemu może zdarzyć, wypadałoby przynajmniej raz na czas jakiś ogolić się. Czy nie byłoby wygodniej, gdyby te małe, ostre włoski ulatywały w górę, zamiast brudzić wszystko wokół? Co, jeśli zachciałoby mi się siu…

 

 

– Ciii-szaaa! Zaaamkniiij sięęę! Stuuul dzióóób!!! – wrzeszczał oszalały z wściekłości pan Bu.

 

Gospodarz zamilkł. Nie z tej przyczyny, że się wystraszył, ale dlatego, że zastanawiał się, czy właśnie nie przekroczono kolejnej z granic dobrych manier. I czy aby takie zachowanie wciąż należy określać jako nieuprzejmość, czy być może należało posłużyć się terminem: "impertynencja".

 

– Nie pojmujesz, bałwanie, że stanowisz niewyobrażalne zagrożenie? – wysapał pan Bu, dysząc ciężko.

 

Odzyskawszy nieco panowanie nad sobą, dodał już spokojniej:

 

– Zrozum, mój drogi, przez ten zarost, którego nie masz, wszystko, co stworzyłem może się rozlecieć. Gwiazdy, z takim mozołem ułożone w Galaktyki, rozpierzchną się po próżni, jedynie z tego powodu, że ktoś był zbyt leniwy, by posprzątać okruszki. Jak dawniej zaczną się przepychanki i kłótnie w planetarnych układach, kto ma wirować najbliżej, a kto najdalej od centrum, bo komuś… – Tu pan Bu posłał niepozostawiające wątpliwości spojrzenie – … nie chciało się pozamiatać na kupkę meteorytów.

 

Briim przybrał pozę głębokiego zamyślenia, jaką zwykle przyjmował, gdy ni w ząb nie rozumiał tego, co do niego mówiono. Dawno temu odkrył, że to dużo bardziej praktyczny sposób niż epatowanie tępotą. I to zarówno dla tego, który udaje, że pojmuje te czy inne objaśniane dogmaty, jak i tego, który, wyjaśniając, udaje, że w owo pojmowanie wierzy, a nawet się z tego cieszy. Tak bowiem najszybciej doprowadzało się do końca krępującą dla wszystkich dyskusję, bez zawiłych tłumaczeń, narażających każdą ze stron na przykrą porażkę dydaktyczną.

 

Pan Bu ani myślał kończyć i w najlepsze perorował o tym, z jakimż to trudem tworzył cały ten wspaniały Wszechświat, którego wspaniałość stanęła właśnie pod znakiem zapytania. I to wyłącznie z tego powodu, że jakiś leniuch nie potrafił najzwyczajniej w świecie utrzymać porządku. A przecież łatwo sobie wyobrazić, przekonywał pan Bu, jak potworny chaos zapanowałby, gdyby śmieci, miast lądować w koszu, wzlatywałyby swobodnie w kierunku zgoła przeciwnym do grawitacji.

 

– Wyobraźmy sobie – wołał wzburzony – co działoby się z niedopałkami. Przecież nawet w najlepiej wychowanych cywilizacjach zdarza się, że ten czy tamten wpadnie na głupi pomysł, by zaćmić wysuszone fragmenty roślin. Co gorsza zamiast nabijać zielsko w fajki, zdarzają się i takie cudaki, które zwijają je w ruloniki. Z moich obliczeń wynika. – Tu pan Bu wyciągnął abakus. – Że jeden na dziesięć wyrzuconych niedopałków, wznosząc się ku chmurom, powodowałby poważne zagrożenie pożarem w obrębie wyniosłych przedstawicieli lokalnej flory. W porze zwanej powszechnie schyłką, rzadziej: jeśką, jeśnią lub jesienicą, gdy wszystko jest bardziej suche niż zwykle, ów iloraz szans wynosiłby już jeden do pięciu. Co gorsza, obliczenia wskazują jednoznacznie, że co pięćdziesiąty niedogaszony pet podpalałby ptaka lub inny typ latacza!

 

Te wyniki, jak uważał pan Bu, mogły być skrajnie niedoszacowane, gdyż nie uwzględniały dość oczywistego faktu, że wiele z tlących się jeszcze ptasich trucheł, które opadłyby na ziemię, zapewne również zostałoby "posprzątane" przez przypadkowych przechodniów. Masowe zanieczyszczenie unoszącymi się swobodnie szczątkami w krótkim czasie uniemożliwiłoby korzystanie z maszyn latających.

Szczególnie na planetach zasiedlonych przez bardziej leniwe populacje. Większość z nich bowiem, zamiast od razu zabrać się do konstruowania napędów antymateryjnych, poprzestaje na półśrodkach, takich jak: śmigielce, śrubopłaty, wkrętorale, turbiańce, czy inne dziwaczne konstrukcje. Te zaś są niezwykle podatne na uszkodzenia mechaniczne wywołane przez unoszące się swobobnie, drobne ciała obce.

 

– Można przypuszczać, że raz na milion przypadków rozpędzony niedopałek uszkadzałby sztucznego satelitę lub nawet statek kosmiczny, wpadając, dajmy na to, w dyszę jednego z silniczków korygujących trajektorię. – Pan Bu z błyszczącymi oczyma, najwyraźniej dogłębnie przekonany o własnej nieomylności, coraz bardziej podnosił głos. A im głośniej mówił, tym wyżej nad Wieżę się wznosił. – Nie powinniśmy zapominać o aspektach kosmospołecznych ciążeniowej samowolki. Wiele cywilizacji wysyła w kosmos jednostki badawcze, w nadziei nawiązania pierwszego kontaktu.

Jak wyglądałby ów “pierwszy raz”, gdyby za przekaz z innej galaktyki potraktowano znalezione przypadkiem śmieci? Skazane z góry na porażkę próby odczytania takiej "wiadomości" zmarnotrawiłyby niebotyczne środki. Spróbujmy postawić się w sytuacji jednego z lokatorów Galaktyki Andromedzkiej, który przypadkiem natrafił na listę zakupów mieszkańca Drogi Mlecznej.

Ileż maszyn logicznych spaliłoby bezpieczniki w trakcie rozszyfrowywania pozdrowienia: "masełko osełkowe, pomidory koktajlowe, papier toaletowy rumiankowy, pół kilo mąki krupczatki. I nie zapomnij o żarówkach z gwintem E27”?.

 

W tym momencie, nie wiadomo czy celowo, czy zupełnie przypadkiem, pan Bu podrapał się za uchem.

 

– To nie koniec! O nie! – zaprzeczył stanowczo, machając maleńkim paluszkiem. – Czy pomyślałeś, jak twoja grawitacyjna beztroska wpłynęłaby na problem pangalaktycznego bezpieczeństwa? Posyłanie w próżnię rzeczy zużytych lub bezużytecznych, dajmy na to dziecięcego kostiumu z balu przebierańców: księżniczki, Indianina lub Batmana, stworzyłoby niechybnie pole do konfliktów międzyplanetarnych.

Prawdopodobieństwo, że któryś z odpadków zostałby uznany za wrogo nastawionego kosmitę, szykującego się do inwazji, graniczy nieomal z pewnością. To oczywiście doprowadziłoby, prędzej czy później, do Universogeddonu.

 Co gorsza, to, co dla jednych jest wyłącznie zepsutą kosiarką, podziurawionym materacem sprężynowym, czy nawet jeszcze sprawnym, ale przestarzałym telefonem komórkowym, w innych miejscach Wszechświata będzie do złudzenia przypominało odchody lokalnych egzemplarzy fauny. A nie trzeba nikomu tłumaczyć, jak poczułby się ktoś w taki sposób obdarowany. Słowa „"urażony" z pewnością nie należałoby uznać w tym wypadku za najtrafniejsze.

-– Dlatego ja, pan Bu, po prostu nie mogę pozwolić, by to, co się wyprawia na Bryle, dalej się wyprawiało!

 

Gdyby Briim rzeczywiście słuchał, tego co mówił krewki jegomość, byłaby to jedynie strata czasu, ponieważ nie miał zielonego pojęcia, czym jest żarówka, Batman, kosiarka, materac, telefon, egzemplarz oraz fauna. Na szczęście, jak wspomniano, tylko udawał zasłuchanego. Mimo to, a może właśnie dlatego, wpadła mu do głowy pewna dość niezwykła myśl. Tak siebie samego owym olśnieniem zaskoczył, że w sposób lekko arogancki wpadł gościowi w słowo.

 

– To ty poukładałeś to wszystko? – zapytał niepewnie, zataczając odnóżem niekształtny półokrąg.

 

Pan Bu urwał w pół zdania. Zesrożył brwi, ale zaraz potem spłonił się rumieńcem, choć równie dobrze to wspomniane uprzednio wypieki mogły się jeszcze bardziej zaczerwienić.

 

– No… raczej… – A któż by inny? – bąknął pękaty człowieczek, zaskakująco niepewnie. Patrząc na jego policzki, nie miało się już wątpliwości, że to rumieńce tam wykwitły, a nie wypieki. – Przecież w całym Wszechświecie nie znajdziesz nikogo mądrzejszego – wypalił natychmiast, jakby próbując ukryć poprzednie wahanie.

 

– Nie no, robi wrażenie. Gratuluję – powiedział z rozbrajającą szczerością lokator Wieży. W duchu przyznając przed samym sobą, że nigdy nie zdobyłby się na równie heroiczny, co bezsensowny wysiłek. Bez cienia złośliwości podziwiał niesłychane pokłady samozaparcia, konieczne, by w tak doskonałym chaosie pogrążyć nieskończoną układankę planet, gwiazd i galaktyk. A na koniec nakazać całemu galimatiasowi wirować – doprawdy fantazja ułańska. Czymkolwiek był ułan.

 

Uwaga musiała mile połechtać próżność pękatego osobnika, gdyż uśmiechnął się tak uprzejmie, jak jeszcze ani razu od początku wizyty.

 

– Pal licho, Briimie, gdyby chodziło jedynie o grawitację – stwierdził, tonem pobrzmiewającym ojcowską dobrocią lub troską, czy też jednym i drugim. – Ale w tym twoim grajdołku nawet czas popadł w marazm. Na to w żadnym wypadku nie mogę przymknąć oka.

 

Po czym zakasał jeden z nieco przydługich rękawków i pokazał zegarek.

 

– O, patrz, wciąż punkt dwunasta. Odkąd przybyłem, nie minęła ni minuta.

 

– Rzeczywiście – przyznał Briim z zasmuconą miną, choć nie znał się na zegarkach, zdało mu się że zaczyna powoli pojmować powagę sytuacji. – Czasami o nim zapominam, a wtedy ten obibok zaszywa się w jakiejś szczelinie i drzemie, zamiast płynąć.

 

Przez chwilę rozważał zadanie pytania o to, czy aby narzucanie komukolwiek sposobu, w jaki należy sprzątać okruszki ze stołu, nie jest sprzeczne z zasadami kosmicznego savoir-vivre’u. Uznał jednak, że to mogłoby niepotrzebnie przedłużyć i tak już męczącą rozmowę.

 

Poza tym po raz kolejny z przykrością musiał przyznać, że w słowach przybysza kryło się sporo racji. Faktycznie, ostatnio niezbyt przykładał się do utrzymania porządku, przynajmniej nie tak jak dawniej. Przecież bez dbania o właściwy upływu czasu, nie mogło być mowy o punktualności – ważnego, jeśli nie najważniejszego, filaru grzeczności. No bo jak tu rozesłać zaproszenia na uroczysty podwieczorek, gdy nie można podać konkretnej godziny wizyty? Skąd wiedzieć, czy już przystrajać choinkę, czy też może nadeszła pora, by upiec tort urodzinowy?

 

– Należy, kochaniutki, trzymać się zasad. – Z wciąż rosnącej wysokości krzyknął pan Bu, kiwając dobrotliwie nieforemną łepetyną. – Inaczej wszystko, co nas otacza, straci sens i rozpadnie się w proch i pył. Właśnie po to przybyłem, by przywrócić ład i zapobiec katastrofie.

 

– Moje zdanie się nie liczy? – zapytał gospodarz.

 

Jegomość z zakłopotaniem podrapał się po czubku głowy, mierzwiąc gładko przylizaną pożyczkę. – Liczy się… liczy, a jakże. Ale tylko pod warunkiem, że się ze mną zgadzasz.

 

– Skoro tak stawiasz sprawę – mruknął Briim nieco zawiedziony, coraz wyżej zadzierając głowę. – Czyń, co uważasz za stosowne.

 

Pan Bu pomachał przyjaźnie szczuplutką rączyną i już bez słowa wznosił się coraz wyżej i wyżej. Dopiero, gdy Wieża stała się maleńkim, ledwie widocznym punkcikiem, zatrzymał się i bacznie zlustrował okolicę.

 

– Buuu! – zakrzyknął donośnie i rozłożył zamaszystym gestem ramiona. – Niech wszystko dzieje się właśnie tak, jak ma dziać się, nie inaczej.

 

Choć z pozoru nic się nie zmieniło, Briim, hen tam w dole, poczuł, jak zaczynają ciążyć mu powieki oraz że myśli, dotąd lekkie, stały się nagle osowiałe i przyciężkawe. Podobnie kończyny, dotychczas zupełnie sprawne, teraz nadawały się jedynie do powłóczenia. Najgorszy jednak ze wszystkiego był nieznośny ciężar, który ni stąd, ni zowąd, przycupnął mu na sercu.

 

– I co, działa? – dobiegło z góry wołanie.

 

– Grawitacja całkiem, całkiem – odparł Briim, z trudem przezwyciężając ospałość. – Ale czas mógłby bardziej się postarać. Może przesuń się nieco w lewo, powinno pomóc.

 

Pan Bu posłusznie przelewitował we wskazanym kierunku.

 

– Tak lepiej?

 

– Prawie, prawie… – wysapał z wysiłkiem mieszkaniec Wieży, zdając sobie nagle sprawę, że jest bardzo, bardzo stary. Zupełnie jak Wszechświat, a może i jeszcze starszy. – Teraz odrobinkę w przód!

 

– I jak?

 

– A u ciebie?

 

Gdyby nie tak duża odległość, pewnie dałoby się dostrzec zaskoczenie w spojrzeniu, które pan Bu rzucił w kierunku Wieży.

 

– Co masz na myśli? – W gromkim głosie zabrzmiała nuta podejrzliwości.

 

– No, na przykład, czy tam w górze grawitacja spisuje się równie dobrze jak tu, u mnie.

 

Nim pan Bu zdążył przemyśleć odpowiedź, runął jak kamień w dół. Zanim grzmotnął z głuchym łoskotem o podłoże, wykonał po drodze kilka zabawnych koziołków, jeden efektowny piruet i trzy zupełnie poprawne fiflaki.

 

Briim przyglądał się ze spokojem, jak chmura kurzu wzniecona upadkiem, zamiast opadać, ulatuje beztroskimi tumanami. Pogratulował sobie w duchu dobrze wyliczonej trajektorii. Miejsce lądowania Bu znajdowało się niemal dokładnie tam, gdzie wymierzył i nie będzie musiał oddalić się od domu więcej niż na kilka kroków. Następnie zbiegł po krętych schodkach i otworzył na oścież maleńkie drzwiczki. Na paluszkach, by pyłem nie przybrudzić bucików, podszedł do leżącego w bezruchu jegomościa.

 

Ustalając reguły, należy pamiętać, że prędzej czy później przyjdzie nam ich przestrzegać, pomyślał Briim, poza tym wybierając się w odwiedziny, warto zabrać ze sobą parasol.

 

Pochwycił bezwładne ciało za bielutki kołnierzyk, uniósł bez wysiłku i delikatnie, acz stanowczo pchnął w próżnię. Przez długą chwilę przyglądał się z niejakim smutkiem znikającej w oddali korpulentnej sylwetce. W końcu raczej nieprędko ktoś znów go odwiedzi. Poza tym miał niejasne przeczucie, że nic już nie będzie takie jak dawniej. Być może jego podróż do granicy poznania straci przynajmniej część pierwotnego sensu. A utrata nawet krztyny sensu z życia nie jest niczym przyjemnym, prawda? Cóż poradzić, skoro taka strata jest jednocześnie tego życia sensem.

 

Briim ostatni raz spojrzał w niebo, po czym obrócił się na pięcie i na palcach ruszył ku Wieży. Wiedział, że nim pan Bu się ocknie, wieść o tym, co zaszło na Bryle, dotrze do najodleglejszych zakątków Wszechświata. A ów jak raz zacznie się rozszerzać – czy to z radości, czy też wyłącznie przekory – już nigdy nie będzie potrafił przestać.

 

***

 

Czas znów zaszył się w jakiejś dziupli, by podsypiać w najlepsze. Trudno zatem określić, ile go upłynęło, nim ktoś, kto dawniej zwał się panem Bu, odzyskał świadomość. Tak czy siak ów mknący przez próżnię gagatek nie pamiętał nic prawie z tego, co stało się, zanim tę świadomość stracił. Mimo to niemal natychmiast wyczuł Zmianę i zupełnie się nią nie strapił.

 

To przecież niezwykle przyjemnie wiedzieć, że już nie trzeba się niczym przejmować lub, co gorsza, o kogoś martwić. Jeszcze milszą niespodzianką był brak pękatego brzuszka, pulchnych policzków i łysinki. Eks-Bu z pewnym zdziwieniem stwierdził, że być może właśnie w tej chwili jest najszczęśliwszym Briimem w Uniwersum. I, dobre sobie, niewykluczone, że jedynym.

 

– Najwyższa pora się ustatkować! – zawołał radośnie. – Coś mi mówi, że powinienem zacząć od znalezienia zacisznego lokum. – Po czym, wesoło pogwizdując, wyruszył w podróż.

 

***

 

FIN!

Koniec

Komentarze

Fantastyczny Panie Lisie – czyś Ty mężczyzną jest, co wnoszę ze sposobu napisania wstępnej notki, czy jednak kobietą, co jak byk stoi napisane w profilu? ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A Ty, Szanowni Regulatorzy, skąd możecie to wiedzieć??? Poza tym prosiłbym uprzejmie o rozróżnianie genderu narratora i autora :/ ;D

A kto napisał notkę odautorską? Autor, czy może narrator?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oboje… Chyba… :D Przynajmniej się razem naradzali ;)

No to kamień z serca. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O.O Nigdy nie wziąłem pod uwagę że tam może być kamień :)

A co, myślałeś że tylko woreczki, nerki i zęby są zarezerwowane dla kamieni? ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dla zębów to raczej korzonki. Choć nie, te bardziej chyba dla grzbietu :/

Dla zębów korzonki, jagody i grzyby, ale grzbiet raczej dla gór. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Góry jagód, korzonków i grzybów dla Wszystkich! :D

Pięknie! ;D

A teraz, Fantastyczny Panie Lisie, pozwól że oddam się lekturze Briima z Wieży. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Trudno udawać, że nie znam tekstu, skoro zachował się ślad mojej korekty. ;-)

Końcówka ciekawa, ale nadal uważam, że całej reszcie przydałyby się ostre cięcia. Bo na razie wygląda, jakby wstęp ciągnął się przez ponad połowę opowiadania.

Po co Ci odstępy między akapitami?

Babska logika rządzi!

Fajnie, że wróciłeś :) tekst tak jak wtedy, tak i teraz mi się podoba :)

O, dzięki Bellatrix I za "powrót' i za ocenę tekstu :D

 

Finklo, błąd logiczny chyba ;) Trudno Ci udawać, że tekstu nie znasz przecież nie z powodu korekty… :D

Moja polonistka z gimnazjum zawsze powtarzała, żebyśmy nie przesadzali ze zdaniami wielokrotnie złożonymi, bo je umiał pisać tylko Sienkiewicz, a żadne z nas nie jest Sienkiewiczem. Minęło wiele lat, zanim zrozumiałem, o co jej chodziło. Tutaj też z pewnością ich ograniczenie wpłynęłoby korzystnie na czytelność tekstu.

Inna sprawa, że takie konstrukcje wymagają perfekcyjnej znajomości interpunkcji. U Ciebie jest z nią i tak o wiele lepiej niż u statystycznego Polaka, ale przejrzałbym jeszcze jakiś poradnik, choćby na internetach (wyłapałem np. “dochodził nawet do wniosku, że, poza nim, nikt nigdy”; “Tak, jak podejrzewałem”).

-– Dlatego ja, pan Bu” – a tutaj się wkradł dodatkowy dywiz.

Końcówka ciekawa, ale nadal uważam, że całej reszcie przydałyby się ostre cięcia. Bo na razie wygląda, jakby wstęp ciągnął się przez ponad połowę opowiadania.

To swoją drogą.

Ale ogólnie doceniam wyobraźnię ;)

I am surrendering to gravity and the unknown.

Dzięki za wizytę, jganko. Przegadanie tekstu jest jego integralną częścią, rozumiem, że nie wszystkim odpowiada. 

Pozdrawiam :)

Dokładnie, przegadanie jest zupełnie celowe, dlatego nie będę się czepiał, że mnie zmęczyło, nieco rozmywajac interesujący skądinąd, absurdalno – metaforyczny pomysł. Coś, jakby Mały Książę próbował dogadać się z Pratchettem. Doceniam nieliche umiejętności autora, choć chyba zabrakło jakiegoś błysku geniuszu w tych skomplikowanych gramatycznie konstrukcjach, bym miast przeslizgiwać się po nich wzrokiem, delektował się każdym zdaniem. 

Chociaż nie do każdego trafi, tekst jest bardzo dobry, a Ty, drogi Lisie, piszesz tak jak chcesz, a nie jak pozwalają umiejętności. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Serdeczne dzięki, thagone, za ocenę. :)

Uroczo magiczne i po drugim akapicie już nienachalne, mimo dość egzaltowanej formy. Autor powinien uwierzyć bardziej w siebie… Pan Lis Pani Karz póki co ;) 

Serdecznie dziękuję, Miszelino. :) Nawet nie wiesz jak cieszy mnie Twoja opinia. 

Forma rzeczywiście dość egzaltowana. Ale że odrazu Pani Karz??? :/

Bardzo ciekawy tekst. Abstrakcja hula w nim wysoko, czasem zbyt wysoko jak dla mnie, a początek z lekka zaczął się dłużyć. Jednak od pojawienia się Bu nabrałem ciekawości, a opowiadanie stało się ciekawsze. A końcówka mi się spodobała, choć nie chwaciła mnie tak mocno, jak się spodziewałem po takiej abstrakcji.

Podsumowując: trochę zbyt abstrakcyjny jak dla mnie tekst, ale nie jestem w stanie nie wyrazić podziwu nad słownymi grami, przemyśleniami i alegoriami. Klik się definitywnie należy ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

O, bardzo dziękuję, NoWhereMan…

za bardzo miłe słowa :)

i klik!

 

Ehhh, ta autorska próżność… znów się budzi ;)

Początek, choć stanowi sporą cześć opowiadania, nie dłużył mi się nic a nic, bo dzięki temu wiele dowiedziałam się o Bryle, należycie obejrzałam Wieżę, mogłam też dogłębnie poznać Briima i jego arcyważne zajęcia?

Nie da się ukryć, że niespodziewane pojawienie się pana Bu wprowadziło nieco zamieszania do ustabilizowanego życia Briima, ale dzięki temu doszło do nader zajmującej wymiany zdań i zaskakującego finału wizyty.

W opowiadaniu dominuje absurd świetnej jakości, a przewyborny humor dodał jej szczególnego uroku. Lektura sprawiła mi nadzwyczajną przyjemność, tym większą, że, jeśli pominąć drobne potknięcia, Briim z Wieży  jest napisany naprawdę bardzo porządnie. ;)

 

na tak ma­leń­kiej po­wierzch­ni nie wy­glą­da­ły­aby zbyt es­te­tycz­nie. –>Literówka.

 

Jakb­By tego było mało, znacz­na więk­szość z tych, pożal się bBoże… –> Literówki.

 

spa­da­ły­by na i tak dość ko­stro­pa­tą po­wierzch­nię. –> …spa­da­ły­by na i tak dość ko­stro­pa­tą po­wierzch­nię.

 

… nie chcia­ło się po­za­mia­tać na kupkę me­te­ory­tów. –> Zbędna spacja po wielokropku.

 

uno­szą­ce się swo­bob­nie, drob­ne ciała obce. –> Literówka.

 

I nie za­po­mnij o ża­rów­kach z gwin­tem E27”?. –> Po pytajniku nie stawiamy kropki.

 

Słowa „"ura­żo­ny" z pew­no­ścią… –> Bardzo nietypowe otwarcie cudzysłowu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sprawdziłam sobie gdzie indziej, że już czytałam, i sprawdziłam sobie gdzie indziej, że mi się podobało.

No to siup.

Sorry, taki mamy klimat.

Chyba nie potrafilbym napisac Poradnika o zdobywaniu,na temat dotyczacy tematu :)]

Bardzo ciekawie napisany tekst. Historia, mimo swojego absurdu okazała się zajmująca, a zakończenie zaskoczyło :) Masz bardzo dobry warsztat, Lisie. Mam nadzieję, że będę mogła przeczytać więcej twoich opowiadań :)

Kam_mod

 

Ale masz na myśli na głos? ;) 

 

Ekhm, tak czy siak dziękuję bardzo za Twoją opinię. Choć jak słowo warsztat wydaje mi się,  że równie brzmi wrodzony talent…? ;) 

Na głos może nie, bo jestem zachrypnięta w ostatnich dniach jak palacz z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem ;)

 

Talent? A to istnieje, są jakieś dowody? ;) Ale jeśli uważasz, że u ciebie to talent, a nie warsztat, to gratuluję talentu :)

O, wypalił podstęp ;) 

Ekhm, ja mogę czytać…

 

:D (1:0)

 

Hmmm, tak, istnieją chyba równie silne jak na dowody na przewagę warsztatu nad talentem, oczywiście jeśli weźmiemy pod uwagę kreatywność a nie perfekcyjność :) 

Podstęp?! Zdaje się, że wypalił bardzo dobrze, bo nadal nie wiem, na czym polegał :P

Fantastyczny Panie Lisie, mnie niestety Twój tekst znużył. Znużył mnie wstęp, który okazał się bodaj połową tekstu (mocno zaburzona konstrukcja); ożywiłam się nieco kiedy pojawił się pan Bu, ale pomimo tego aż do końca poczucie znużenia pozostało, a sam koniec, choć interesujący, tego nie zrekompensował. Lubię absurd i kupuję go w całości, ale za to humor wydał mi się miejscami wymuszony i przesadzony. Ogólnie rzecz biorąc, dla mnie Twoje opowiadanie to klasyczny przykład pisania dla samego pisania – choć może się mylę. Niemniej moim zdaniem objętość jest o wiele za długa jak na niesioną przez “Briima” treść. Fajnie, że bawisz się słowami i wygląda na to, że sprawia Ci to przyjemność, ale co za dużo, to niezdrowo.

Technicznie jest w porządku, poza tym, że niektóre zdania wydały mi się przekombinowane (domyślam się, że próbowałeś utrzymać pewien styl, ale znowu – co za dużo…), a po drodze wpadłam na kilka literówek (na pewno dwie Ssupernowe i jeden kkarzeł).

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Kwiecisty język. Zdania okrągłe. Takie barokowe. Ładnie opowiedziane. Ale nie dla mnie. Historia mnie nie ruszyła. Nie skumałem puenty. Za wysoki poziom absurdu i abstrakcji. Jednak gołym okiem widać, że niejednemu to się może spodobać.

W takich słowach “Bboże”, “Kkarły” i “Ssupernowej” nie wiem czy to literówki. Jeżeli to świadomy zabieg, to nie pojmuję.

“Sterczenie na baczność, wywijając parasolką” jakoś tak niegramatycznie mi brzmi. Mogę się mylić. Ja na wszelki wypadek napisałbym “Sterczenie na baczność i wywijanie parasolką”

Jest taki kawałek, gdzieś w połowie, “zaraz potem spłonił się rumieńcem, choć równie dobrze wspomniane wcześniej wypieki mogły się jeszcze bardziej zaczerwienić”. Nie zauważyłem, żeby wypieki były wspomniane wcześniej. Być może to moje przeoczenie.

Poza tymi drobiażdżkami dopieszczone.

Pozdrawiam Autora!

Mjacek 7235 Bardzo dziękuję za opinię. Znaczy serdecznie chyba… Jose…. Nie wiem, co powiedzieć, chyba trudno nie.zgodzić się ze zadaniem Specjalistki od Nużenia. Wiesz, masz autorytet :)

Teraz chyba czekamy juz tylko na bardzo obiektywną opinię ostatniego dyżurnego :D

Nie chcę Cię martwić, Lisie, ale nicki wyświetlane na górze strony nijak się mają do faktycznych dyżurnych. We wtorki dyżurują FoloinStephanus, Marcin Robert i Zalth ;) To, co się wyświetla, to nicki ustawione na sztywno przez Brajta i nie da się ich niestety zmienić…

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

No, fakt. To rzeczywiście powód do zmartwień ;) Choć czuję, że mimo tak niesprzyjających okoliczności, potrafię stworzyć nawet u niedyżurnych nieodpartą chęć komentowania ;)

Panie Lisie, przedziwny to tekst, doprawdy. :) Rzuciłem okiem, jak sam go zaklasyfikowałeś, na ogół bowiem nie zwracam na to uwagi, ale z Twoim utworem miałem problem żeby określić sobie, co to jest. :) I nie doszedłem do żadnych konkretnych wniosków, mało tego, to utwór na prawie 40k znaków, a ja niewiele mogę o nim powiedzieć. Gdyby ktoś zapytał mnie, o czym był, powiedziałbym: “O Panu Briimie z wieży na Bryle.” I co jeszcze? “Jeszcze był pan Bu…” I co robili? “…nie wiem.” :)

To chyba najbardziej przegadany tekst, jaki przeczytałem, który donikąd mnie zaprowadził. :) Ale go czytałem, choć nie mogłem się doszukać sensu (dla mnie). Chyba więc powinienem złożyć Ci gratulacje, nie wiem tylko, co na to powiedziałby pan Briim i czy pan Bu z nim by się zgodził. Pozdrawiam.

Darcon, Serdecznie dziękuję za bardzo ciekawą opinię :) Nie mogłeś doszukać się sensu? Hmmm, no może rzeczywiście nie ma go tu. Biorę to pod.uwagę ;)

Z tym sensem nie do końca właściwie się wyraziłem, raczej zastanawiałem się, w jakim celu napisałeś to opowiadanie i nie doszedłem, dlaczego. :)

To słuszna racja. Mnie samemu trudno byłoby dojść dlaczego napisałem to co napisałem. Masz jakieś przypuszczenia? ;)

Musiałbym wrócić do tekstu jeszcze raz, myślę, że czytałem go wczoraj zbyt późno, kiedy mój umysł nie jest już tak lotny, może jeszcze kiedyś tu wrócę. :)

Mam ambiwalentne odczucia po lekturze tego tekstu. Z jednej strony piszesz naprawdę dobrze, z polotem, wykreowałeś ciekawy setting i fajnego bohatera, wreszcie – zaprezentowałeś wysokiej jakości humor. Ponadto rozmowa z Bu rozwinęła się w naprawdę fajny sposób, a zakończenie było satysfakcjonujące, jednak…

Jest niestety i rewers tej monety.

Nade wszystko – monotonia. Mógłbym rzec, że podniosłeś poziom lania wody do niemalże mistrzostwa; wstęp (choć czyta go się dobrze) zajmuje chyba pół tekstu i dla mnie przynajmniej był nużący. Zaczynając w ten sposób musisz liczyć się z faktem, że niektórzy odpuszczą. Rozmowa z Bu, mimo że ciekawa, jest również przegadana (haha, ależ wspaniała gra słów wyszła Countowi, no sam siebie nie poznaję! :D ).

Fabuła, choć całkiem interesująca, obecna w szczątkowej ilości. W sumie przez większość tekstu Briim po prostu sobie lata.

Wykonanie bardzo dobre, choć zaskakująco często masz podwojone litery – czym to jest spowodowane? Ssupernowa to literówka, czy pragnąłeś w ten dyskretny sposób nawiązać do SS? :P

Ach, i jakby co, możesz poprawiać te literówki na bieżąco, opcja edycji jest dostępna przez cały czas.

 

Tyle ode mnie.

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Dziękuję CountPrim

Hmmm, nie wiem, czy należy się tak naprawdę przejmować tym, że niektórzy odpuszczą…

I fakt, że przegadane potwierdzam z całą rozciągłością, czy może w calej rozciągłości.

Cieszę się, że mimo wszystko przebrnąłeś.:)

Pozdrawiam i dziękuję za opinię.

Może zacznę od pozytywów: ładnie napisane, bogate słownictwo, ciekawy pomysł.

Minusy: zdecydowanie za wysoki dla mnie poziom absurdu. Miejscami dziwna konstrukcja zdań która wybijała z rytmu czytania. Przegadane fragmenty. Podwójne litery? (bBóg? why? celowy zabieg czy pop prosty się nie chciało korekty robić?)

Szczerze mówiąc to w skupieniu doczytałem gdzieś do połowy (rozstrzelone akapity nie pomagały), a potem już przebiegłem fragmentami do finału.

Ogólnie, to za jakiś czas będę pamiętał, że taki tekst był, ale o czym konkretnie – to już mniej.

Sith Happens!

Dziękuję Zalh

Za wysoki poziom absurdu poczytam,jeśli pozwolisz, za komplement. :)

Fakt, że zdania są złożone i percepcja może nie być najłatwiejasza.

Taki tekst i od początku zdawałem sobie z tego sprawę.

Choć nie byłem pewien, czy odczucia Czytelników będą podobne.

Więc jeszcze raz dziękuję, że zajrzaleś :)

Dziwne było to opowiadanie. Absurdalne, miało swój urok, momentami nużyło, szczególnie na początku, trochę zabawne.

Piszesz bardzo ładnie, lekko, aż przyjemnie się czyta, jednak kazanie czytelnikowi, żeby przebrnął przez ten długaśny początek, jest wystawieniem go na próbę. Na szczęście udało się i pojawił się pan Bu, który wniósł “coś” do tekstu. Kwieciste zdania i postać pana Bu ładnie ze sobą współgrały, dlatego druga część tekstu sprawiła mi przyjemność. Czytałem parę dni temu, dlatego nie pamiętam, przy których fragmentach się uśmiechnąłem, ale zapewniam, że parę razy się uśmiechnąłem ;)

 

Serdecznie dziękuję Karolu123

I za wizytę i za opinię :)

Bardzo to przyjemna lektura.

Właściwie odnoszę wrażenie, że byłoby niegrzecznym w stosunku do Briima analizować szczegółowo ten tekst, albo co gorsza udzielać autorowi jakichś rad. Nie chciałbym wchodzić w buty pana Bu.

:D

No cóż. Jestem pewien, że analiza nie byłaby niepożądana, 

Oczywiście niegrzeczność, niestety, jak widać, mogłaby wywołać kaskadę zupełnie nieprzewidzinach wypadków, nie wykluczając w najgorszym przypadku kolejnej Pankosmicznej Anihilacji. 

A to mogłoby wprowadzić Briima znów w dość nieuzasadnione poczucie winy :)

Sorry, Winnetou, ale jestem na nie.

Jak już wspominałam – końcówka jest ciekawa. Może skłaniać do śmiechu, może do refleksji… Wielofunkcyjna i fajna.

Ale po drodze do niej się wynudziłam. IMO, tekst ma zaburzoną kompozycję. Gdyby wywalić co najmniej połowę wstępu i błyskotliwych (bo tego Ci nie mogę odmówić) opisów niczego istotnego, opowiadanie stałoby się bardziej interesujące. Może nawet wciągające. Wtedy głosowałabym na tak. Ale nie w obecnej, mocno usypiającej, IMO, formie.

Babska logika rządzi!

Zmęczył mnie ten tekst, czemu ani trochę nie pomogło, że już na starcie byłam zmęczona ;) A mój stan pogłębiał się z każdym akapitem. Od początku miałam uczucie, że czytam całkiem miły, całkiem wesoły, ale jednak bełkotliwy tekst o niczym. I nawet końcówka dużo w tej kwestii nie pomogła. Może dlatego, że usypiałam już ;/ Świat fajny, zdania ładne, ale zabrakło mi czegokolwiek, by najzwyczajniej w świecie chciało się to czytać.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Dziękuję, Squaw.

Mam nadzieję, że wciąż nie żywisz do mnie urazy, za moje przygody :D

O, Tensza. :)

Czyli twierdzisz, że gdybyś była wypoczęta, odebrałbyś tekst lepiej? ;)

Hmmm, to nie jest dobra wiadomość… 

 

Ale z drugiej strony, rzeczywiście, być może, czasem nie da się przebrnąć przez coś bez skupienia.

Biorę winę na siebie :) 

 

Gdybym była wypoczęta wciąż byłabym na NIE. Ale marudziłabym może trochę mniej ;)

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Proszę, Czerwony Bracie. ;-)

Twoje przygody, Twój problem. :-)

Babska logika rządzi!

Fakt :) pobiegłem po nie, obciążając, to jedną, to drugą nogę. 

Nonsens. Sama przyznasz… ;D

A mnie, tak dla odmiany – acz nie z przekory, bynajmniej – już bardziej podobał się wstęp niż wszystko inne. Nie mogę jednak powiedzieć, że to dlatego, iż był najlepszy. Po prostu reszta była, oczywiście w moim mniemaniu, gorsza. Żebyś lepiej zrozumiał, co mam na myśli:

Bloku opisów z początku faktycznie trudno nie uznać za cokolwiek zbyt masywny, i nie ukrywam, że co najmniej ze dwa razy podczas czytania złapałem się na tym, że zadaję sobie (choć bardziej, głównie i przede wszystkim jednak Tobie) pytanie: kiedy, do cholery, zacznie się coś dziać? Nu, ale te opisy, dzięki finezji i polotowi Twojego piórka, przy swojej neutralności fabularnej i jednak nadmasie były w sumie przyjemne. Porównałbym to, choć może niezbyt szczęśliwie, do waty cukrowej na zbyt wielkim patyku: za dużo tego i wiesz, że w pewnym momencie zrobi Ci się rzygownie, ale nie przeszkadza Ci to i jesz dalej, bo, cholera, lubisz watę cukrową. Ja lubię. Fakt, wolałbym, żeby teraz nie bolał mnie po niej bandzioch, ale cóż – i tak jadło się przyjemnie (choć – uczciwie rzecz ujmując – nie był to orgazm wywołany stypulacją podniebienia).

Część fabularna natomiast okazała się dla mnie mieć lekko słonawy posmak, jakby ktoś się pieprznął i zamiast cukru, dosypał do maszynki trochę soli: Pan Bu jakoś tak od samego początku niezmiernie mnie irytował. Jego zachowanie, maniera i cała ta dziwna dyskusja jakoś tak zupełnie mi nie zagrały. Ani wywody imć jegomościa o niedopałkach i wojnach galaktycznych, ani – nomen omen – niezbyt lotny^^ finał całej sytuacji, jakoś mnie nie poruszyły. Może po prostu nie lubię impertynentów, natrętów i okrągłych facetów z chudymi kończynami?

Natomiast finał całego opowiadania… Dojadasz watę, masz przesyt cukru, wciąż krzywisz się po solniej niespodziewance, ale żresz dalej; klejącymi się łapami zrywasz ostatni fragment przylepiony do zbyt wielkiego patyka, byle tylko mieć już z głowy, i… i widzisz napis: Gratulaje! Wygrałeś! Zamień ten patyk na darmową porcję waty cukrowej!

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

O, Cień!

Burzy… ;(

 

Miałem nadzieję, że może, gdy tu wrócę, zastanę Cię z mniej landszaftowym nickiem ;)

Bierz przykład ze mnie, gdyż, jak widać, się po prostu staram dobrać taki najtrafniejszy…

 

Pozdrawiam, Drogi Trudny Przyjacielu ;)

Fantastycznie, Panie Lisie, Mój Nie Mniej Trudny Przyjacielu, że się rozwijasz, nawet jeśli nie zawsze podoba mi się tego rozwoju kierunek.

Ja natomiast Cieniem jestem już na dobre i na złe, na słońca i Burze (i burze słoneczne), i jak Cień przeminę, gdy ostatni zgasi światło.

 

Ale nie, nie burzę. Niech sobie spokojnie stoi ta Brimowa wieża. Jestem jak najbardziej za. Niech stoi lecąc i leci stojąc (co jest niemal równie fascynujące jak fakt, że sam często szybciej siedzę, niż ludzie chodzą – ale to jest ta, no, dygresja ;). Byle nikt nie burzył spokoju gospodarza podczas wypełniania jego wzniosłych obowiązków.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Widzisz, Panie Cieniu Burzy,

 

Właśnie martwi mnie Twoje zatwardzenie w byciu Cieniem Burz. 

Przecież stać Cię na te zjawiska elektryczne, które, za czasów Zeusa, zwały się piorunami, a nie ich cieniem ;)

Nowa Fantastyka