- Opowiadanie: Slomka - NAIWNOŚĆ TRZYDZIESTOLETNIEGO DZIECKA

NAIWNOŚĆ TRZYDZIESTOLETNIEGO DZIECKA

Krótki zapis możliwości dziecięcych imaginacji, wycieczka do lat zielonych, bez powrotu utraconych. Uwaga, przepraszam za brak sci-fi.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

NAIWNOŚĆ TRZYDZIESTOLETNIEGO DZIECKA

Związek frazeologiczny „cztery litery” zapewnia wiele doznań, możesz kogoś pocałować w cztery litery, nakopać, zaproponować wsadzenie jakiegoś przedmiotu. Cztery litery zrobiły karierę. Zdecydowanie.

A wiedziałeś o d w ó c h  literach większych niż piramidy czy zagadki Sfinksa?

 

Wybiegam z pracy ścigany wizjami domowej katastrofy. Przez telefon nie dowiedziałem się niczego. Co zastanę w mieszkaniu tym razem? Aż ­boję się pomyśleć. Ale myślę.

Ostatnio Lulek rozebrał zegarek. Dobrze, że budzik zasila mała, okrągła bateryjka. Ciekawe, jak wydłubałbym dziecku z noska baterię typu paluszek? Wcześniej (tajemniczym sposobem) załatwił DVD, klapka na płyty przestała wyjeżdżać niczym ręka wstydliwego żebraka. Lulek zatrzymał sekret zepsucia DVD dla siebie. Użyłem podstępu – podczas zabawy Lego pociągnąłem przedszkolaka za język. „Bardzo możliwe, że ktoś…” – wyjaśnił Lulek – „chciał sprawdzić, czy, jak się włoży do DVD dwie płyty naraz, to polecą dwa Tarzany”.

Tymczasem biegnę do domu, przecinam ulicę, podwórko, wpadam do bloku. Pani Hela wyrasta znikąd! unikam czołówki piruetem godnym baletmistrza Połunina, potem schody: pierwsze piętro, drugie, trzecie, czwarte (architekcie, dzięki za brak windy!)

Wlatuję do mieszkania, niczym podejrzliwy mąż do szafy w sypialni.

– Co się stało?

Przy drzwiach spotykam babcię.

– No, nareszcie – odpowiada, naciągając szpanerski beret. – To ja idę.

– Co z małym?

– Dobrze. – Wzrusza ramionami.

– To po co dzwoniłaś?

– Bo Helcia przyszła. Muszę iść.

– To wiele wyjaśnia – wołam za wychodzącą.

Trzaska drzwiami.

Karierę w informacji ma baberka zapewnioną, myślę zapadając się w miękkość fotela. Zjeżdżam po pikowanym oparciu, jak mokry śledź po ortalionie.

Coś mi nie gra.

Normalnie, mieszkanie powinno wyglądać nienormalnie – plac zabaw Mad Maxa. Tymczasem meble stoją tam gdzie je rano zostawiłem, nic nie wala się po podłodze, a kosze na zabawki zerkają oczami smutnych żołnierzyków i innych robotów pozbawionych zajęcia.

No i ta cisza…

– Lulek? – pytam, odklejając zadek od fotela. 

Z głębi posprzątanego mieszkania odpowiada dziecięcy głos:

– Tak ojcze?

Lulek, nad wyraz poważny, siedzi przy moim masywnym biurku, pasiasta koszulka i dorosłe kapcie upodabnia malca do pracowitej pszczółki o żabich płetwach.

– Cześć – mówię, stając nad chłopcem.

– Cześć – odpowiada, nie podnosząc głowy.

– Co rysujesz? – pytam skupionego dzieciaka, który normalnie nie usiedzi nawet minuty.

– Nie patrz. – Zakrywa kartkę.

– Mam nadzieję, że nie grzebałeś w szufladach?

Przed tygodniem, wygrzebał foliopis i moją fotkę, meksykański wąs opornie schodził ze zdjęcia, musiałem wyrobić nowy dowód.

– Zrobiłem skrzyżówkę. ­– Lulek unosi kartkę.

– Super. – Głaskam pracowitą pszczółkę. Nagle przestaję. – Skrzyżówkę?

– Chcesz zagrać? – proponuje z dziecięcym entuzjazmem (którego mu zazdroszczę).

Przytakując głaskam lniane włoski dumnego szaradzisty.

– Za ile wchodzisz? – pyta.

Oho, zaczynam żałować obstawiania zakładów bukmacherskich przy dziecku.

Penetruję kieszenie sztruksów.

– Przyjmuję tylko okrągłe sumki – zaznacza miniaturowy bankier.

Rozrzutnik dochodzi we mnie do głosu. A niech stracę. Jeden sylwester w domu to jeszcze nie tragedia. Dwadzieścia groszy toczy się po biurku w stronę ucieszonego malca.

W tym miejscu muszę wtrącić ważne dla skrzyżówki przemyślenia, rozważania o genezie hitu. Co zmienia zwykłą piosenka w przebój? Powiesz pomysł. Ok, co jeszcze, dlaczego kilka taktów zespołu Boys pamiętasz po grób (a przynajmniej do następnych andrzejek), zaś godzinną symfonię Mediolańskiej La Scali zapomnisz, nim taksówka zabierze cię spod opery? Moim zdaniem chodzi o… stopień skomplikowania. Wielkie przeboje cechuje prostota – im prościej, tym więcej lajków! Koniec przemyśleń.

Mały zgarnia „moje” dwadzieścia groszy. Przechodzimy do skrzyżówki.

– Broń? – pyta.

Hmm… potrzebuję koła ratunkowego, więc…

– Pierwsza litera?

Bankier wyciąga chudą rączkę. Kładę na niej pięćdziesiąt groszy wyłuskane z tylnej kieszeni. Lulek chowa monetę.

– Pierwsza litera… U – podpowiada.

Banalnie proste! myślę. Już mam powiedzieć „uzi”, ale robi mi się szkoda malca, napracował się nieboraczek nad skrzyżówką…

– Wygrany zgarnia bank? – pytam. – Zabieram wszystko?

Lulek potwierdza kiwnięciem.

Gram na zwłokę, naśladując Wielkiego Szu: cmokam, marszczę czoło. Niestety muszę podać hasło. Kurczę, mam nadzieję, że synek się nie rozpłacze. Sięgam do awaryjnej, szpiegowskiej kieszonki.

– Sprawdzam – mówię, kładąc monetę.

Inkasent chowa wytarte dziesięć greka jakby mu powierzono serce Kościuszki.

– Ile liter? – pytam odwlekając gorzki moment roztrzaskania skrzyżówki.

– Dwie.

– Dwie litery! Na pewno?

Lulek liczy puste okienka mające pomieścić broń na „u”.

– Dwie. – Potwierdza kiwnięciem.

Skrzyżówka ma tylko jedno hasło, ale za to jakie! Kieszenie mam puste, koła ratunkowego nie kupię.

– Masz pięć sekund – ponagla knypek, zeskakując z krzesła.

Gdy niesie do świnki skarbonki moje eks-monety (skąd pewność, że nie zgadnę?), zanurzam podbierak niknącego czasu w chaotycznym wirze niedorzecznych odpowiedzi… Szlag!

Trzask drzwi.

Babcia dyszy oparta o fotel, wokół nóg pękate reklamówki o imponującej masie przerażającej Atlasa. Baberka szyfruje szybkie sos: 

– Złotówkę. – Wyciąga dłoń po prośbie, rzuca hasztagi – promocja, mało czasu, szybko.

– Co się stało? – pytam żywotnej staruszki.

– Hela trzyma mi kolejkę. Zgubiłam złotówkę. – Załamuje ręce. – Gararetki mi rozdrapią! –– I uk, uk… – Łapie oddech. – I ukradną rower, bo nie zapięłam. Rąk mi zbrakło. – Unosi dłonie.

Doznaję olśnienia!

Celuję palcem w Lulka.

– Dwuliterowa broń na „U” to… – I rozwiązuję skrzyżówkę: – Uk!

Bankier rozkłada niewinnie rączki.

– Za późno – oświadcza. – Świnka już zjadła pieniążki.

 

THE ęD

Koniec

Komentarze

„Bardzo możliwe, że ktoś…” – wyjaśnił Lulek – „chciał sprawdzić, czy, jak się włoży do DVD dwie płyty naraz, to polecą dwa Tarzany”. – Nie jestem pewien tego zapisu, ale niech mądrzejsi się wypowiedzą.

 

Nie przepadam za nadmiernym użyciem nawiasów, można trochę inaczej zapisać, ale co tam, nawet komponuje się z tym stylem narracji.

Może i nie ma fantastyki, ale to urocza, a nawet momentami trzymająca w napięciu, opowiastka o dziecięcym “cfaniastwu”. Przeczytałem z uśmiecham, kiedy już załapałem o co chodzi.

Sith Happens!

Jest lepiej niż poprzednio pod względem wykonania, choć wciąż tu i ówdzie dają o sobie znać problemy z przecinkologią.

Tymczasem meble stoją tam gdzie je rano zostawiłem,

– Tak ojcze?

Przytakując głaskam lniane włoski dumnego szaradzisty.

Inkasent chowa wytarte dziesięć greka jakby mu powierzono serce Kościuszki.

Przed tygodniem, wygrzebał foliopis

 

No i to nazywanie “odtwarzacza DVD” po prostu “DVD” razi. DVD to płyta.

Przyjemna scenka, z jakąś puentą nawet. Bez przykrości ją przeczytałem, a nawet z zaciekawieniem (w tym samym momencie dostałem olśnienia). Ale to w dalszym ciągu tylko scenka. Być może, na portalu nie dotyczącym fantastyki oceniłbym wyżej. Bo dobrze lub źle, wypada się zawsze na czyimś tle.

Tak czy siak, jako przerywnik, podobało mi się.

Czy to jest sygnaturka?

klapka na płyty przestała wyjeżdżać niczym ręka wstydliwego żebraka

Dobry pomysł na metaforę, ale wydaje mi się, że źle skonstruowana – klapka wyjeżdża jak ręka żebraka, a z tego zdania wynika, że nie porównujesz do ręki klapki, tylko przestawanie. W ogóle metafor i porównań jest dużo w całym tekście, moim zdaniem wręcz za dużo, ale to już kwestia gustu. Jestem też rozdarty między zadowoleniem z oszczędności w słowach w wielu miejscach, a jednak poczuciem, że tu i ówdzie przydałoby się choć na chwilę zwolnić i jednak coś dopowiedzieć w szczegółach. 

Bohater w tekście nazywa się Lulkiem, bankierem, knypkiem, małym, chłopcem, dzieciakiem, dzieckiem, pszczółką i szaradzistą, czasem z różnymi przydawkami – jak dla mnie trochę za dużo w tak krótkim tekście, zwłaszcza, że niektóre z tych określeń są ustawione bardzo blisko siebie, na przykład tu:

– Cześć – mówię, stając nad chłopcem.

– Cześć – odpowiada, nie podnosząc głowy.

– Co rysujesz? – pytam skupionego dzieciaka.

Unikanie powtórzeń to oczywiście ważna część warsztatu, ale ciągłe szukanie synonimów to jednak tylko jedna z metod, wcale zresztą nie taka banalna. “Chłopiec” i “dzieciak” konotują odrobinę inne rzeczy, to rzeczywiście subtelna różnica, ale jednak istnieje. Umieszczając te słowa tak blisko w tekście, w mojej głowie budujesz chaos. Są inne sposoby – akurat w tym wypadku można napisać “stając nad skupionym chłopcem” (jest więc i scenka – stanie nad chłopcem – i określenie stanu chłopca, nic nie gubisz), a potem po prostu wywalenie “pytam skupionego dzieciaka” (żadne z tych słów nie jest potrzebne – bo wiadomo, że pyta, wiadomo już kogo i wiadomo, że ten ktoś jest skupiony i nie podnosi głowy). Tak bym się do tego zabrał jako redaktor.

Po drugiej lekturze znalazłem fantastykę w opowiadaniu ;) Bardzo elegancka scenka, jako młodemu rodzicowi sprawiła mi sporą przyjemność.

 

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Uśmiechnęło. Przyjemny szort. 

Zupełnie nieźle napisane, chyba zaczynam lubić twój styl. Niektóre porównania wydają się być nieco na siłę, czasami przeginasz w próbach umalowania tekstu jakimś odjechanym porównaniem (jak to z ręką żebraka choćby). Ale to się doszlifuje z czasem. 

Co do treści, to przyjemnie, a jakże, ale obawiam się, że jestem jedynym, któremu uciekła puenta. Cóż, skoro inni nie mieli problemów, to wina moja, nie twoja. 

 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Historyjka zabawna, przypomina śmieszne powiedzonka dzieci, które Kobieta i Życie drukowała kiedyś w rubryce Satyra w krótkich majteczkach, tyle że tu anegdotka została wydłużona do rozmiarów szorta.  

Przeczytałam bez większej przykrości, mimo że usterki nie pomagają w lekturze. Łapanki nie robię, bo zauważyłam, Slomko, że nie są Ci do niczego potrzebne.

 

Uwaga, przepraszam za brak sci-fi.

Nie oczekuję, że będziesz pisać teksty SF, wystarczy mi zwykła fantastyka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Scenka sympatyczna, chociaż używasz za dużo określeń (już przede mną ktoś to wytknął). Ręka żebraka, bardzo fajne porównanie, ale też mam wrażenie, że źle użyte. Bo ta “ręka” wyjeżdżała, jak działało a opisujesz stan, jak przestało działać.

A, i udał Ci się chwyt z “dwoma literami” – zaintrygowałeś mnie, co to za dwie litery i “chęć dowiedzenia się” zmotywowała mnie do zapoznania się z tekstem.

Sympatyczny tekścik, ale nadal nie widzę fantastyki. Co z nią?

Aha, fajna zagadka. ;-)

Babska logika rządzi!

Pierwszy akapit to mistrzostwo zarzucania haczyka – mnie zaciekawił i czytałem do końca ;)

Sama opowiastka w porządku, zachowanie i komentarze malca zwłaszcza. Taka pocieszna lektura na znudzone popołudnie, bo też większych doznań ani przemyśleń nie wzbudziła.

Podsumowując: miły tekścik, z paroma motywami z malcem, za które należy się klik ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Fajne, wesołe i pozytywne opowiadanie, przy którym kilka razy się uśmiechnąłem. Ale jak pomyślę, że mój synuś może wkrótce się upodobnić do Lulka… Och, ale mnie dreszcze przeszyły! :)

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Bardzo WSZYSTKIM dziękuję. Cerleg(u), zwróciłeś uwagę na ciekawą kwestię, umknęła mi, a jest ważka.

Mam do Was pytanie trochę z innej beczki. Zauważyłem istnienie tematów, przy których zgłębianiu, jestem skłonny przymknąć oko na niedociągnięcia. Wiele niedociągnięć. Koty, dzieci, jednorożce, chora siostra… Też macie wrażenie, że czytelnik przychylniej spojrzy na fabułę rozgrzewającą serce? Środki nie mają znaczenia: malarstwo, muzyka, origami – jeśli dotkniesz odpowiedniej struny, górnolotność nie jest wymagana. Namaluj kotka – będą lajki. Wstaw do refrenu gaworzącego bobasa – usłyszysz brawa. Nie piszę złośliwie, po prostu kombinuję, jaki odbiór miałaby powieść, zasiedlona milusińskimi (kotki, dzieci…). Im dłużej się zastanawiam, tym bardziej korci mnie eksperyment. Użycie słodziaków zamiast wysportowanych herosów?

Im dłużej się zastanawiam, tym bardziej korci mnie eksperyment. Użycie słodziaków zamiast wysportowanych herosów?

Jeśli o mnie chodzi, radzę – Slomko, nie idź tą drogą. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hehe, mogę już bibliotekować :)

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Przyjemny tekścik ;) Uśmiechnąłem się. Dzieciak łebski, zagadka prima sort. 

Bardzo sympatyczny tekścik, a dzieciak zmyślny. Miło się czytało.

A co do eksperymentu – łatwo przesłodzić. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Usmiechnęło – więc zadziałało.

Narracyjnie chyba trochę przefajnowane. Ozdobniki powinny ozdabiać, a nie zaciemniać gawędę.

Początkowo chciałem napisać, że dobry szorcik. Sam jednak mam takiego małego brzdąca i mały odjazd na jego punkcie. ;) Tym bardziej powinieneś mieć mą przychylność za sam temat, ale Twój utwór jakoś specjalnie mnie nie ujął, więc tylko średniak. To chyba kwestia dialogów i ich formy, nie przekonały mnie. Ale przeczytałem płynnie, znaczy swobodę w pisaniu masz.

Dziękuję za nowe podpowiedzi.

 

Regulatorzy, a propos dziwnych dróg – w pewnej anglojęzycznym podcaście o selfpublishingu prowadzący wyśmiewali niedorzeczności autorów amatorów, kuriozalne pomysły, nielogiczności, których NIKT nie zechce czytać. Wtem, dzwoni urażona słuchaczka, podje tytuły ukochanej sagi. Prowadzący podcast przestają się śmiać. Wygrzebałem na Amazonie ukochaną sagę obrażonej. Przeszły mi śmiechy.

Nie każdy wie, więc wyjaśniam – Amazon umożliwia selfpublishing, oferuje bank grafik do złożenia okładek itd. Wielu autorów, odrzuconych przez wydawnictwa pierwszo obiegowe, zaistniało dzięki A.

Sporna saga przeszła moje oczekiwania. Fabuła: kosmiczne raptory, dzikie (ale rozumiejące kobiety), lądują na ziemi by… dawać miłość gospodyniom domowym, samotnym i zaniedbywanym przez nieczułych mężów. Okładka: gospodyni owinięta ręcznikiem spogląda na drugi plan, gdzie czeka kochanek-raptor, dziki (ale rozumiejący).

Podobno każda historia ma swojego odbiorcę. Tylko trzeba go znależć.

 

Cerleg, jak najbardziej. Zostań bibliotekarzem. No i ta oszczędność dzięki darmowym książką.

 

Karol123, dziękuję.

 

Bemik, dziękuję. Eksperyment bywa przesładzalny, ale może jakiś (lepszy ode mnie) gawędziarz udźwignie temat słodziaków. Bez wyprodukowania bubla.

 

Cobold, cenna uwaga do przesładzania. Dzięki.

 

Darcon, żałuję, że położyłem dialogi. Od buntu młodocianego do opisania historii minęło prawie… dziewięc lat. Może powinienem zarzucić ścieżkę dokumentalisty, pójść drogą literackiej kreacji dialogu? Nie wiem. Może stylizacja rozmów byłaby rzeczywiście lepsza.

 

pozdrawiam

Uroczy króciak.

U mnie, swego czasu, gdy brat był jeszcze brzdącem trzyletnim, hitem były słowa gratefrut i babunku, w kombinacji:

– Babunku! Nie kce gratefruta! Babunku!

 

 

F.S

Znajomy młodzieniec, natenczas malutki, mylił antonimy. Kiedyś jechał sankami i wrzeszczał: “Ludzie, ratunku, gorąco!”. ;-)

Babska logika rządzi!

Zabawna scenka z życia młodego rodzica. Można by spróbować wpasować ją w jakąś większą całość.

Fajne :)

FoloinStephanus → czy mogę wykorzystać Twoje hity: babunku i gratefrut?

 

Finka → Fajne, fajne. Mój syn też sadził takie kwiatki. Niestety, zamiast notować, wolałem obejrzeć przygody Ryśka z KLanu. Eh…

 

Marcin Robert → Napisałem powieść dla małoletnich (6+), pt: Policzek. 100% fantastyki. Pracuję nad opowiadaniami w świece Policzka. Niestety, mój plemnik (Lulek z opowiadania) ma już 17 lat. Straciłem kontakt z maluchami, ale testuję Policzka na zaprzyjaźnionych przedszkolakach.

Dla dzieci pisze się baaardzo trudno. No mercy.

 

Aneta → dziękuję.

Nowa Fantastyka