- Opowiadanie: LanaVallen - Nie żałuj

Nie żałuj

Jest to opowiadanie, które znalazło się w antologii “X” Creatio Fantastica. Co prawda tekst jest już dosyć stary, obecnie piszę w trochę innym stylu (również trochę lepiej mam nadzieję :)), ponieważ jednak nie poznałam tak naprawdę opinii na jego temat w końcu postanowiłam umieścić go tutaj, ze stosowną przerwą od wydania antologii.  Tekst trochę się różni od tego w antologii, bo po długiej przerwie zmieniłam parę drobiazgów, ale fabularnie nic się nie zmieniło, zakończenie również jest takie same.

X. Antologia opowiadań fantastycznych (Creatio Continua, tom 1), red. Adam Podlewski, Kraków: Ośrodek Badawczy Facta Ficta 2017.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Nie żałuj

 

„Czy żałujesz?” Te słowa dręczyły mnie od wielu nocy. Rozbrzmiewały w mojej głowie, kiedy kładłem się spać; myślałem o nich, gdy się budziłem; żyłem nimi podczas snu. To pytanie zawsze występowało w kanonadzie obrazów, zalewających głowę niczym prawdziwy ostrzał artyleryjski. Widziałem uderzające swą architekturą wieżowce, monumentalne budynki, przerażające bitwy, wzruszające pocałunki. Ale przede wszystkim krew i trupy. Boże, tyle śmierci. Czasami obrazy były wciąż świeże nawet po otwarciu oczu. Niestety, ale rzeczywistość wcale nie jawiła się lepiej. W Nowym Świecie powszechne powiedzenie brzmiało: „Żyj i daj umrzeć”. Proste.

I tym razem ze snu wyrwało mnie to pytanie. Wstałem ze złością i zacząłem zwijać obóz. Sprawdziłem pułapki i wnyki, zagotowałem na małym ogniu wodę, by mieć na później, zjadłem śniadanie, gwałtownie odrywając zębami kawałki suchara. Na koniec jeszcze raz wyczyściłem broń, załadowałem i wygodnie umieściłem na plecach. Po piętnastu minutach byłem gotowy do drogi.

Wyznaczałem sobie cele – tym razem padło na Wąwóz Krzyku. Nowy Świat uczynił ze mnie nie lada podróżnika. Szkoda tylko, że te wszystkie miejsca, o których czytałem w starych, zniszczonych książkach, już dawno nie istniały. Z tego, co pamiętałem, Wąwóz Krzyku nie zawsze nim był, dawna nazwa została jednak zapomniana.

Maszerowałem po spalonych polach, uzbrojony przede wszystkim w cierpliwość i karabin maszynowy, a wokół nie było nic. Dopiero po kilku godzinach, kiedy z pól przeniosłem się na równie spaloną dróżkę, w oddali zamajaczył kontur ruin jakichś zabudowań.

Unikałem domów na przedmieściach, a tym bardziej w miastach, ale wątpiłem, żeby jakikolwiek gang zdecydował się zamieszkać na takim odludziu, toteż postanowiłem wejść do środka. Wyjąłem pistolet z kabury przypiętej na udzie i delikatnie uchyliłem drzwi. Oczywiście zaskrzypiały, a dźwięk ten wydał się tak głośny dla mych czułych zmysłów, że pomyślałem, iż słyszeli go wszyscy w odległości kilku mil. Jeśli ktokolwiek tam mieszkał, to na pewno już wiedział o moim przybyciu.

Podłoga była równie zdradziecka, ponieważ krzyczała pod każdym krokiem. Z wyciągniętą przed siebie bronią i z lekko ugiętymi kolanami doszedłem do salonu. Był pusty i zakurzony. Promienie słoneczne, którym udało się przedostać przez ciężkie zasłony, rzucały niezdrowe światło na sfatygowaną kanapę i wytartą wykładzinę. Pomimo brudu dom niezwykle dobrze przeżył apokalipsę. Dach zachował się niemal w całości, a na ścianach wciąż widniała odrapana tapeta. Zauważyłem, że na stoliku leżało kilka przykurzonych czasopism i jedna filiżanka. Zajrzawszy do środka, spostrzegłem, że na dnie wciąż tkwiły stare fusy. Niesamowite.

Nagle moje bębenki wręcz eksplodowały, gdy przez drzwi wejściowe wskoczył ujadający pies. Bez namysłu skierowałem nań broń, ale na szczęście potrafiłem trzymać nerwy na wodzy na tyle, aby nie wypalić. To w końcu tylko pies. Szkoda naboi. Kundel o maści, którą mogłem jedynie nazwać „ciemną” momentalnie ucichł, spuścił uszy i spłoszony wybiegł z domu. Z niemałą ulgą skierowałem się w głąb budynku.

Od środka salonu pięły się w górę schody, ale postanowiłem najpierw sprawdzić parter. Długi korytarz skręcał w prawo w stronę kuchni i jadalni, a na wprost wychodził do ogrodu. Prowadzące tam drzwi stały szeroko otwarte, więc słońce kłuło niemiło w oczy. Z każdym następnym krokiem nasilał się pewien dźwięk, który ewidentnie dobiegał z zewnątrz. Był to odgłos przypominający walenie metalem o ziemię. Wzmocniłem uścisk na pistolecie, napiąłem mięśnie i pozwoliłem ulecieć wszelkim emocjom. W ciągu chwili stałem się pozbawionym moralności humanoidem.

Mimo to widok w ogrodzie pozbawił mnie tchu. Obok dwóch usypanych grobów stał chłopczyk z łopatą. Nie chciałem wiedzieć, czy byli to jego rodzice, czy opiekunowie, których zabił w przypływie obłędu. Widywałem już i takie rzeczy i zawsze robiło mi się od nich niedobrze.

Nagle dziecko upuściło łopatę i gwałtownie odwróciło się w moją stronę. Chłopczyk okazał się być dziewczynką z nierówno obciętymi włosami i w zbyt dużym ubraniu. Jej oczy, z których wręcz sączył się jad, były bardzo jasne. Ich kolor nasuwał mi na myśl jedynie wschodzące słońce, jakkolwiek durno to brzmiało. Usta miała zaciśnięte, a brwi ściągnięte. Opuściłem więc broń, pokazując, że nie mam złych zamiarów. Ona jednak wyciągnęła zamaszystym ruchem swoją i wystrzeliła. Zrobiła to tak szybko, że nawet nie zdążyłem mrugnąć. Czekałem na rwący ból w piersi i wylewającą się z rany krew. Czekałem, aż padnę na ziemię.

Tymczasem na lewo ode mnie padł ghul, który pojawił się nie wiadomo skąd. Był bardzo stary, nawet jak na ghula. Skóry praktycznie już na nim nie zostało, nie miał lewej ręki i oka, a na ustach zastygł mu ten okropnie przerażający „uśmiech”.

Nieoczekiwanie uświadomiłem sobie, jak głupio się zachowałem. Tak wstrząsnął mną widok dziecka zakopującego mogiły, że porzuciłem ostrożność. To ja powinienem był przez cały czas trzymać w dłoni pistolet, zamiast stać na muszce umorusanej dziewczynki.

Ta raz jeszcze łypnęła na mnie złowrogo, po czym odrzuciła broń i zaczęła uklepywać łopatą ziemię na grobach.

– Jak się nazywasz? – spytałem.

Dziewczynka nie odpowiedziała, zajęta swoją pracą.

– To twoi rodzice? – parłem dalej. Milczenie sprawiało, że nie umiałem odejść. – Hej! – krzyknąłem rozeźlony i chwyciwszy ją za ramię, odwróciłem w swoją stronę.

Kiedy to zrobiłem, z jej gardła wydarł się krzyk, oczy rozszerzyły ze strachu, a skóra zbladła. Nagle zemdlała.

Odskoczyłem przerażony i prawie potknąłem się o ghula leżącego na ziemi. Aby dodatkowo skomplikować sytuację z domu wybiegł pies, ten sam, którego widziałem wcześniej, i usiadł przy dziewczynce. Był wychudzony, tak jak jego pani, i nie stanowił zbyt dużego wyzwania, ale ani myślał jej zostawiać.

„A co ze mną?”

„Jak to – co z tobą? Odwróć się, poszukaj w domu jedzenia i wody i idź dalej. Do Wąwozu Krzyku jeszcze daleka droga”.

Wszedłem do środka, ale zatrzymałem się w połowie drogi do kuchni.

„Mam ją tak zostawić? Potrafi strzelać, ale skoro została sama, to zbyt długo nie przeżyje”.

„No i…? Niby co chcesz zrobić? W Nowym Świecie każdy musi najpierw myśleć o sobie, Wilku. Byłem pewny, że o tym wiesz”.

„Tak, faktycznie. Co mnie może obchodzić jakaś wygłodzona dziewczynka. Mało jest takich na Ziemi?”

Przekroczyłem próg kuchni i zacząłem przetrząsać szafki. Po chwili ocknąłem się.

„Czy to jednak nie takie myślenie sprawia, że tak właśnie jest na świecie? Ile innych osób machnęło ręką i zajęło się sobą? Ile osób pomyślało, że niczego nie zmienią, więc nawet nie próbują? Kto jej pomoże, jeśli ja tego nie zrobię?”

„Ale Nowy Świat…”

„I to ma być moja wymówka? Jak myślisz, dlaczego Stary Świat runął? Przez dokładnie takie podejście. Nawet apokalipsa nie może być usprawiedliwieniem obojętności”.

Stoczyłem batalię z samym sobą i, ku własnemu niedowierzaniu, wyszedłem z niej zwycięsko. Żyj i daj umrzeć, tak? A może bądź człowiekiem w pierwszej kolejności, a później, gdy kurtyna wreszcie opadnie, bestią.

Mała, przytulona do psa niczym do pluszaka, nie budziła się jeszcze przez parę godzin, więc rzeczywiście postanowiłem znaleźć w domu jakieś jedzenie. Wpadły mi w ręce tylko dwie puszki z fasolą i butelka wody, ale nigdy nie liczyłem na więcej. Gdy z własną porcją fasoli usiadłem na krześle naprzeciwko dziewczynki, leżącej na spłowiałej kanapie, ta otworzyła nieśmiało oczy. Zobaczywszy mnie, wtuliła się jeszcze mocniej w sierść psa, ale nic nie powiedziała. Miała krótkie, czerwone włosy, które idealnie pasowały do delikatnych rysów twarzy – zadartego nosa i wysokich kości policzkowych.

– Obudziłaś się, dobrze. Mówią mi Wilk. Może powiesz, jak się nazywasz? – spytałem, po czym włożyłem do ust łyżkę z fasolą.

Przesunęła lekko psa i usiadła, ale nie sprawiała wrażenia, jakby miała zamiar coś powiedzieć.

– Jeśli mi nie powiesz, to sam będę musiał wymyślić ci imię, a ostrzegam, nie grzeszę kreatywnością.

Mała wyglądała, jak gdyby tylko na to czekała.

– No dobra, jak chcesz. To niech będzie… hmm… – Przyjrzałem się jej raz jeszcze i dostrzegłem liczbę dziesięć wytatuowaną za prawym uchem. – Dziesiątka. Idealnie.

Dziewczynka raptownie dotknęła tatuażu, na twarzy odbił się strach, ale nie zaprotestowała.

Odstawiłem miskę na podłogę i zabrałem z kuchni tę przeznaczoną dla niej. Wzięła ją niechętnie, jednak już po chwili zajadała łapczywie. Uśmiechnąłem się pod nosem. Siedzieliśmy w ciszy, którą zakłócało tylko miarowe uderzanie sztućców. Dziesiątka przez cały ten czas patrzyła na mnie podejrzliwie, jakby bała się, że zaraz zabiorę jej miskę albo że ją zastrzelę.

– Czemu się mnie boisz? – spytałem wprost, choć nie oczekiwałem odpowiedzi.

Mała zrobiła wielkie oczy i wykrzywiła usta w gniewie.

– Wcale się nie boję! ― krzyknęła głosem pełnym oburzenia.

– Ha! Czyli jednak potrafisz mówić.

Przez tę uwagę znowu umilkła, lecz tym razem w jej oczach nie dostrzegłem już strachu.

Przez resztę obiadu towarzyszyła nam cicha nić porozumienia.

 

– Ej, możemy iść z tobą? – spytała cienkim głosem, gdy ostrzyłem nóż.

Nie nalegała, nie zapewniała, że dotrzyma mi kroku, nie obiecywała, że nie będzie sprawiać kłopotu. Po prostu spytała, patrząc na mnie wielkimi oczami, wiedząc, że byłyby to tylko niepotrzebne słowa. Wystarczyło mi tych kilkanaście minut, bym zauważył, że posiada ogromną zaletę – mówiła tylko to, co konieczne było do powiedzenia. Mimo to wcale nie uśmiechało mi się jej towarzystwo, choć wiedziałem, że raczej dużego wyboru nie miałem.

„Może znajdzie się po drodze jakaś grupa, u której będę mógł ją zostawić?”

– My? – spytałem więc.

– Ja i Szakal ― odpowiedziała, pokazując na wychudzonego psa.

– Nazwałaś psa „Szakal”?

– Nie nazwałam. To jest Szakal. A ty nazwałeś się Wilkiem? – spytała ironicznie.

Wzruszyłem ramionami. Dziesiątka najwidoczniej uznała to za zgodę, bo na jej zapadłej twarzy zagościł ledwo widoczny uśmiech. Wzięła z oparcia fotela wytartą kurtkę, zawiązała buty na dwa razy, schowała pistolet za pasek spodni i w mgnieniu oka stała przede mną z miną oznaczającym gotowość do drogi.

– To wszystko co masz? – spytałem powątpiewająco.

W odpowiedzi kiwnęła głową.

– No dobra, skoro idziemy razem możemy zabrać całe jedzenie. Przeszukaj tamte szafki – wskazałem na lewą stronę kuchni – a ja przetrząsnę pokoje.

Dziesiątka spojrzała na mnie z politowaniem i jednym zgrabnym ruchem odsunęła fotel stojący naprzeciwko sofy. Pod spodem ukazały się takie same klepki jak w całym salonie. Dziewczynka jednak podwinęła nogawkę, skąd błysnął przymocowany do łydki nóż i podważyła najbardziej spróchniałą deskę. Wyrwawszy ją, wyjęła z powstałej dziury jedenaście puszek z konserwami, trzy kawałki sera zawiniętego w papier, kilka torebek suszonych owoców i orzechów oraz sześć paczek suszonego mięsa i cztery butelki wody. Na koniec rzuciła na całą stertę dwie tabliczki czekolady. Równie dobrze mogła wyjąć sto sztabek złota, wartość byłaby taka sama.

Nie było sensu zadawać żadnych pytań, toteż zacząłem pakować wszystko do plecaka. Dziewczynka wybiegła na chwilę z pokoju, by zaraz wrócić ze swoim plecakiem i również wpakowywać doń jedzenie.

Kiedy skończyliśmy, wziąłem do ręki karabin i otworzyłem drzwi.

– Gotowa?

Dziesiątka nie obiecała, że dotrzyma mi kroku, ale to robiła. Gdyby nie pies, który co jakiś czas wybiegał przede mnie i czekał, aż do niego dojdziemy, w ogóle zapomniałbym, że nie idę sam. Nie zostawała w tyle i nie narzekała nawet do momentu, kiedy sam poczułem, że czas na postój. Ponieważ akurat przechodziliśmy koło fundamentów starego domu, a powoli już się ściemniało, to odpoczynek był bardzo wskazany. Zamontowałem sznur z puszkami w miejscach, gdzie ziały dziury, po czym usiadłem na czymś, co kiedyś najpewniej było fotelem. Dziesiątka też usiadła, a zaraz potem Szakal ułożył się u jej stóp. Lubiłem ciszę, jako że nie istniał piękniejszy dźwięk na Ziemi, ale powoli zaczynała mnie męczyć w towarzystwie. 

– Nie ciekawi cię, dokąd idziemy? – spytałem, sprawdzając karabin.

– Nie – odpowiedziała.

Oparłem broń o podłokietnik fotela i ułożyłem się wygodnie. Gdzieś daleko usłyszałem łopot podrywającego się do lotu ptaka.

– Zmierzamy do Wąwozu Krzyku.

Po twarzy Dziesiątki przebiegł cień strachu, ale tylko przez chwilę. Odchyliła się w swoim fotelu, ukrywając się w mroku. Szakal położył po sobie uszy.

– Dlaczego… – w jej głosie słychać było zdenerwowanie, więc odchrząknęła. – Dlaczego tam?

– A czemu nie? – Wzruszyłem ramionami.

Nie usłyszałem odpowiedzi.

 

***

 

Siedzący przede mną mężczyzna zamknął oczy. Nazywał się Wilk i miano to idealnie doń pasowało. Miał długie, czarne włosy zawiązane w kucyk, ostrzyżone krótko przy skroniach. Jego oczy świeciły błękitem i przeszywały każdego na wylot, zdradzając niesamowitą inteligencję i wrodzoną ostrożność. Zakładał maskę obojętności i pogardy, ale w spojrzeniu dostrzegałam ukrytą wrażliwość. Wrażliwość, którą uważał za oznakę słabości, bo w Nowym Świecie nie było dla niej miejsca.

Osobiście uważałam tę nazwę za groteskową. Jaki nowy świat? Czyżby zamiast gleby Ziemię pokrywały ostre kamienie? Czy w jeziorach, morzach i oceanach nie było wody? Czy oddychaliśmy azotem? A może niebo miało barwę ciemnej zieleni, a znad horyzontu nie unosiło się Słońce? Jedyne, co się zmieniło, to nasze wyobrażenie o świecie. Ziemia zawsze pozostawała taka sama.

Ten sam Wilk, który wybawił mnie od śmierci, ten sam, który nadał mi imię Dziesiątka, nie wiedząc nawet, jak bardzo to miano do mnie pasowało, teraz oznajmił, że zmierzamy do Wąwozu Krzyku. Czemu ze wszystkich miejsc na świecie wybrał właśnie to? Nie wiedział, co się tam działo? A może wiedział doskonale? Nie byłam pewna, która opcja przerażała mnie bardziej. Wąwóz Krzyku nie brał swej nazwy znikąd.

Miałam świadomość, że nijak nie odwiodę go od tego pomysłu, chyba że zdradziłabym mu prawdę, a na to nie mogłam pozwolić. Nie byłam pewna, czy był już gotowy. Zostało mi tylko cicho podążyć za Wilkiem, łudząc się, że właśnie tak powinno być.

 

***

 

Po tamtej nocy Dziesiątka, z zupełnie niewiadomych dla mnie przyczyn, stała się bardziej otwarta i przystępna. Wydawało mi się, że i ona, i jej pies wyglądali lepiej. Oczy dziewczynki nie były już puste, nie sięgały do innego świata, odbijała się w nich za to determinacja. Maszerowała sprawniej, a jej milczenie zdawało się naturalne, niewymuszone. Szakal wciąż miał wystające żebra, ale sierść nabrała zdrowszego odcienia i nie biegał już ze spuszczoną głową. A to wszystko odmieniło się w ciągu jednej nocy.

– Dlaczego nazywasz się Wilk? – spytała mnie, gdy dochodziło południe. – Co z twoim prawdziwym imieniem?

– Przepadło, tak jak i wiele innych rzeczy. Kiedyś oczywiście nazywałem się inaczej, ale porzuciłem tamto miano, kiedy uciekłem z Grobu i dołączyłem do niezwykle krwawych najemników. Stąd właśnie Wilk – groźny, żyjący z watahą, ale również samotnie, gdy sytuacja tego wymaga.

Dziesiątka spuściła głowę i zaczęła przyglądać się swoim butom.

– Co to jest Grób? Jakieś miasto?

– Można tak powiedzieć. Widzisz, żyliśmy pod powierzchnią, a wyjście znajdowało się nie w ścianie skały, jak w kryptach czy jaskiniach, ale była to jama w ziemi, niczym w ściekach. W środku nie mieliśmy zbyt wielu świateł i wszystko wykopane było ręcznie. Dosyć ponure miejsce, przyznaję.

– Dlatego odszedłeś? Bo było ponuro?

Spokój w jej głosie sprawiał, że słowa same wychodziły mi z ust.

– Uciekłem, bo się tam dusiłem. Nic tylko wspólnota i wspólnota. Nie można było nawet mrugnąć, jeśli to zaszkodziłoby społeczności.

„Czy żałujesz?”

– Gdy uciekałem, obiecałem sobie, że nigdy nie obejrzę się za siebie. I tak zrobiłem. Jeśli ktokolwiek spytałby mnie, czy kiedykolwiek tego żałowałem, to bez wahania odpowiedziałbym: nie.

Ponieważ Dziesiątka o nic więcej nie spytała, postanowiłem wykorzystać sytuację.

– Wtedy, kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy, zasypywałaś groby. Należały do twoich rodziców?

– Mało które dziecko ma teraz rodziców, bo większość jest rodzona z nienawiści. To byli moi ochroniarze. Albo raczej opiekunowie. Ta nazwa bardziej przypadła im do gustu.

– Nic dziwnego. Ochroniarze to dosyć kuriozalne określenie – skwitowałem.

– Och, no wiesz. Jestem córką króla Północy i właśnie zmierzałam do męża, którego dla mnie wybrał – odpowiedziała z uśmiechem i puściła do mnie oko.

Po chwili oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Ten dźwięk o dziwo okazał się cudowniejszy od ciszy.

W powolnym rytmie mijały kolejne dni, więc mój cel w końcu musiał zostać osiągnięty. Było to dziesiątego dnia odkąd spotkałem Dziesiątkę. Niezły przypadek.

Najbardziej dziwiło mnie to, że po drodze nie napotkaliśmy żadnych trudności. Żadnych najemników, dzikich zwierząt ani zwyczajnych mieszkańców. Po głębszym namyśle jednak, to wcale nie było aż tak osobliwe, jak się mogło wydawać. Ostatecznie końce świata właśnie to do siebie mają – Ziemia staje się pusta.

Jedzenie znalezione w domu całkiem dobrze na nas wpłynęło, szczególnie czekolada. Podróż okazała się być przyjemną wyprawą i nawet jeśli mogłem zostawić gdzieś Dziesiątkę i Szakala, to tego nie uczyniłem.

Wąwóz Krzyków był ogromną wyrwą między dwoma czerwonymi, monumentalnymi skałami i potrzebowałem chwili, żeby ogarnąć cały wzrokiem. Dziesiątka jednak bez słowa ruszyła naprzód.

– Gdzie idziesz? – spytałem.

– Chcę zobaczyć więcej – odrzekła, a jej głos był dziwacznie zimny.

Z każdym kolejnym krokiem podobało mi się tam mniej, bo coś było nie w porządku. Coś złowrogiego wisiało w powietrzu. Czułem ciarki, chociaż słońce grzało niemiłosiernie.

Wąwóz ciągnął się i ciągnął, a czerwony pył osadzał się na włosach i ubraniu, bezceremonialnie wchodził do gardła i płuc. W końcu, gdy pomyślałem, że najwidoczniej ten wąwóz nie ma wyjścia, przed naszymi oczami ukazał się wielkich rozmiarów budynek. Zdecydowanie pochodził sprzed apokalipsy, ale trudno było w to uwierzyć, widząc okazałe ściany i nienaruszony dach. Dziesiątka zatrzymała się gwałtownie.

– Nic się nie zmieniło, a tymczasem wszystko jest inne. Co my tu znowu robimy, Szakal? – szepnęła ze łzami w oczach. Wytarła je szybko ręką. – To przez ten cholerny pył.

– Dziesiątka, co się dzieje? – spytałem, kładąc na jej ramieniu dłoń.

– Nic… nic. Musimy… musimy stąd iść.

Ruszyliśmy z powrotem, jednak niewidzialna siła zaczęła wpychać nas do budynku. Trafiliśmy w okno, roztrzaskując je na mnóstwo drobnych i ostrych kawałków. Jeden wbił mi się w policzek, niektóre zaplątały w ubranie.

– Przepraszam, Wilku. Przepraszam – wycharczała dziewczynka, leżąc nieopodal mnie. Krwawiła, ale nie miałem siły, aby się do niej doczołgać.

– Nie musisz… to nie twoja wina – próbowałem się uśmiechnąć.

– Och, jak bardzo się mylisz, mój samotny Wilczku – powiedział ktoś, kogo nie znałem.

W naszym kierunku zmierzał wysoki, blady mężczyzna z pistoletem w ręku. Co się, do cholery, działo?

– Och, Dziesięć. Gdzie zgubiłaś Czwórkę i Szóstkę? – spytał aksamitnym głosem i pochylił się nad dziewczyną. Delikatnie dotknął lufą pistoletu jej policzka. – Powinienem cię za to ukarać, ale niestety tym razem to zadanie przypadnie komuś innemu.

– Zostaw ją – rozkazałem hardo, ale ponieważ gardło wciąż miałem pełne pyłu, nie zabrzmiało to groźnie.

Mężczyzna skierował na mnie swą bladą, wymuskaną twarz i przekrzywił głowę.

– Ach, tak. Wilk o lwim sercu. Prawie niemożliwe – skwitował, po czym usiadł na krześle naprzeciwko nas. Szakal, który wyszedł z tego bez szwanku, podreptał doń i usiadł u jego stóp.

– Ale dość z tymi frazesami, przejdźmy do konkretów. Tak, wiem, że to dla ciebie bardzo szokujące i tak dalej, bla, bla, bla, dlatego pozwól, że coś ci wyjaśnię. Jakimś cudem w końcu udało mi się ciebie tu ściągnąć. Jest to o tyle ważne, że nareszcie dowiesz się prawdy. Nic, co teraz widzisz, nie jest prawdziwe  – wyszeptał z rekinim uśmiechem.

– To nie tak… – wtrąciła dziewczynka.

– Błagam, Dziesięć, choć raz się, kurwa, zamknij. To w końcu twoja wina. Ale wracając. To wszystko sen albo raczej koszmar, w którym tkwisz już czterdzieści lat.

– Co?

Myślałem, że zaraz łeb mi pęknie.

– Pomyśl – pamiętasz życie sprzed apokalipsy, a to powinno być raczej niemożliwe, prawda? Dlaczego wszystko było dla ciebie takie łatwe? Dlaczego nie cierpisz na chorobę popromienną? Dlaczego wciąż dychasz? I kto, do cholery, gada cały czas w twojej głowie?

– Nie słuchaj go…

– Jak zwykle nie potrafisz się zamknąć! ― wykrzyknął z szaleństwem w oczach i zaczął szybko pocierać dłońmi o włosy. – Pokażę ci coś, Wilczku! – dodał i wystrzelił z pistoletu w Dziesiątkę.

Z gardła wydarł mi się krzyk. W akompaniamencie obłąkanego śmiechu mężczyzny wstałem z trudem i podbiegłem do Dziesiątki. Jednak z jej rany nie leciała krew, na jej twarzy nie zastygł wyraz agonii. Jej oczy nawet nie spojrzały na dziurę po kuli.

– To nie sen. To solipsystyczne wyobrażenie świata – wydusiła z siebie cicho.

– Nic nie istnieje. – Mężczyzna podniósł broń. – Nawet jeśli coś istnieje, nikt nie może o tym wiedzieć. – Załadował. – Nawet jeśli ktoś by wiedział, nie mógłby o tym powiedzieć. – Odbezpieczył. – Ups, złamałem zasadę.

Chwyciłem twarz dziewczynki w dłonie i spojrzałem jej głęboko w oczy.

– Dziesiątka, o co chodzi? O czym on, do cholery jasnej, gada?

– Numer wypalony na mojej szyi, moje imię – Dziesięć – wiąże się z tym, że jestem ofiarą eksperymentów. Ten idiota, Tony, nie kłamie. Wszystko, co widzisz, jest iluzją – słowa wylatywały z jej ust niczym potok. Mówiła do mnie, ale jak gdyby do kogoś innego. – Wymyśliłam dla siebie alternatywny świat, a moc uwolniona przez eksperymenty sprawiła, że stał się rzeczywisty. Jednak zamiast raju powstało piekło, które zaczęło wciągać inne obiekty. Tamci zakopani opiekunowie, to była Czwórka i Szóstka. Trafiła tu też Dwójka i Dziewiątka. W końcu również Tony z tą okropną imitacją ośrodka i wielu innych ludzi, włącznie z tobą. – Złapała się za głowę. – Boże, to trwa już tyle lat. Kompletnie nad tym nie panuję. Jestem Stworzycielem zakuwającym swe twory w kajdany. – Miała rozbiegany wzrok, słaby głos. – Proszę, Wilku, strzel mi w głowę, tylko to może mnie zabić. Zabij mnie i skończ ten niekończący się koszmar. – Łzy ściekały jej po policzkach i skapywały na pierś.

Nagle usłyszałem dźwięk uderzających o siebie dłoni. Odwróciłem się i ujrzałem klaszczącego Tony’ego.

– Piękny występ, Dziesiąteczko, doprawdy, aż boli mnie serce. – Mężczyzna wyprostował się i przybrał poważny wyraz twarzy. – Jak ją zabijesz, to utkniemy tu na zawsze, a ona zyska nad nami władzę absolutną. Dopóki „żyje” może jedynie wciągać tu innych, a to i tak nieświadomie. Jednak kiedy „umrze” uwolni w sobie taką moc, że wciągnie w tę iluzję prawdziwy świat, ze sobą jako bogiem na czele. Mówiąc kolokwialnie – zniżył głos do szeptu – zabijając ją, skażesz całą ludzkość na wieczną gehennę.

– Co?! Tony to kłamliwa bestia, torturował mnie, prowadził eksperymenty. Wiem, że źle zrobiłam, ale czy to naprawdę takie dziwne, że osoba trzymana w klatce, z nabrzmiałymi żyłami, przekrwionymi oczami i łuszczącą się skórą, zapragnęła wolności?

– Jesteś chora, Dziesięć. My tylko próbowaliśmy ci pomóc. Przestań kłamać.

– Spokojnie, mała. Zaraz wszystko się skończy – przyrzekłem, wyjmując z kabury pistolet.

– Ależ jesteś naiwny, Wilku. Rozczarowałeś mnie ― powiedział dziwny mężczyzna i wystrzelił do Szakala. W pomieszczeniu rozległ się kolejny huk i choć sam poczułem gniew, na twarzy dziewczynki nie drgnął nawet jeden mięsień.

– Widzisz? Ona nic nie czuje. Jeśli ktokolwiek był kiedyś w tym ośrodku torturowany, to ona była tym, kto trzymał nóż. Wiem, że masz tylko jeden pocisk w kaburze. W kogo on trafi? Wybierz tak, żeby później nie żałować.

W ciągu jednej krótkiej chwili w Dziesiątce zaszła zmiana. Oczy zaszły jej mgłą, twarz ściągnął wyraz szaleństwa.

– Wilczku, mogę zrobić cię władcą wszystkiego. Mogę dać ci, co tylko zapragniesz. Wystarczy, że wystrzelisz. Czemu mają cię obchodzić inni? Kiedy to się liczyło? No, dalej. Wiem, że tego chcesz. Każdy tego chce. Władza jest okropna dopóty, dopóki się jej nie posmakuje.

Cisza była tak przeraźliwa, że słyszałem bicie własnego serca.

– Przecież wiem, że tego chcesz – syczała mi prosto do ucha. – Zgadzałeś się już wcześniej. I nigdy niczego nie żałowałeś.

 

***

 

„Czy żałujesz?”

– Mój panie?  

Młody mężczyzna ocknął się z letargu i powiódł wzrokiem po możnych zgromadzonych w komnacie.

– To wszystko na dzisiaj. Odejdźcie – rozkazał zmęczonym głosem i przetarł oczy przegubem dłoni.

– Panie, czy wszystko w porządku?

Zbył sługę niedbałym ruchem ręki.

Nagle w drugim końcu sali dostrzegł małą, czerwonowłosą dziewczynkę z psem u boku. Na szyi miała wypaloną liczbę dziesięć. Wydawało mu się, że ją zna, ale nie potrafił sobie przypomnieć skąd. Zniknęła, gdy tylko mrugnął. Najwidoczniej znowu coś mu się przywidziało. Miał zbyt wiele na głowie, aby teraz się tym przejmować.

Pomyślę o tym później. Tak… później.  

 

***

 

Czy żałujesz, mój Wilczku? Nie? I dobrze. Nie żałuj. W końcu w tym świecie jesteś królem, masz władzę. W powieściach jest wielu bohaterów, którzy ostatni pocisk wpakowaliby w swój łeb. Ty nigdy mnie za to nie zawiodłeś. Zamknij oczy, przestań myśleć. Żyj i daj umrzeć, tak? Kurtyna wreszcie opadła – czas być bestią.

 

 

Koniec

Komentarze

Cześć, Lana. Miło Cię znów widzieć czytać ;)

Przede wszystkim pragnę pogratulować zwycięstwa i pochwalić Cię za postęp – i pod względem warsztatu, i kompozycji, stoisz już na zdecydowanie wyższym poziomie, aż miło patrzeć ;D Przejdźmy jednak do konkretów.

Do Nie żałuj podchodziłem ostrożnie, bo postapo raczej nie lubię, ale początek w sumie zainteresował. Głos w głowie był jakimś hakiem, a opis świata odpowiednio oszczędny. Niestety później było trochę gorzej – skrupulatny opis wykonywanych przez Wilka czynności nieco nużył, a jego zachowanie nie do końca mnie przekonało. W Nowym Świecie nawet samotnik powinien jednak trzymać się w pobliżu osiedla ze zwykłej troski o własne życie, a ten nie dość że wędrował gdzie popadnie, to jeszcze do Wąwozu Krzyku, choć ta decyzja stanowiła chyba jedynie wygodne rozwiązanie fabularne. Brakowało mi lepszego motywu. Oczywiście pomysł i prawda o świecie uzasadnia “błądzenie” Wilka, ale mimo to immersja spada.

Zaskoczyło też, że taka z chłopa niezdara – to odnośnie sceny z ghulem, tego dotykania Dziesiątki i potykania się o ghula ;)

Kreacja dziewczynki fajna, spodobał się też zabieg ze zmianą narracji. Dialogi momentami drętwe, ale ujdą, szczególnie, że Dziesiątka też nie jest “zwykłym” dzieckiem. Decyzja Wilka i cała rozterka moralna, czy jej pomóc, trochę przesadzona – taki nomad nie raz, nie dwa powinien stawać już przed podobnym wyborem.

Zakończenie nadrabia. Najpierw interesująca rola Dziesiątki, a później zakończenie właściwe, ukazujące decyzję Wilka – to mi bardzo przypadło do gustu. Sam eksperyment i “wpadka” w wyniku której powstał świat, również. Przed oczami stanął przez chwilę Matrix, choć oczywiście Twój pomysł jest nieco inny. Koniec końców, za największy minus uznaję dość monotonną i jednostajną narrację. Przyspieszasz właściwie tylko przy konfrontacji z Tonym, ale też niezbyt przekonująco.

Warsztatowo naprawdę super, czyta się to to świetnie. Jedynie mogłabyś się pokusić o wypośrodkowanie gwiazdek ;) Tytuł prosty, ale dobry i związany z treścią.

Z pełnym przekonaniem stawiam stempel jakości, a na koniec krótka lista wątpliwości:

Stał tam[+,] obok dwóch usypanych grobów[+,] chłopczyk z łopatą.

Sugeruję te przecinki, albo zmianę szyku zdania, to wtrącenie.

Czemu ze wszystkich miejsc na wybrał właśnie to?

Zjadłaś słowo, łakoma Lano. Z kontekstu wnioskuję, że był to cały “świat” ;P

– Można tak powiedzieć. Widzisz, żyliśmy pod powierzchnią, a wyjście znajdowało się nie pionowo, jak w kryptach czy jaskiniach, ale bezpośrednio na poziomie ziemi.

To jak dla mnie wyszło trochę niezrozumiale. Nie miało być “poziomo”? To podkreślone również niezbyt czytelne…

Co się[+,] do cholery[+,] działo?

Przecinki przy takim wtrąceniu :)

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

I mnie znowu miło jest ciebie widzieć, panie Primagenie :) I cieszę się z ponownego powrotu. Długo mnie nie było z osobistych powodów, ale postaram się od teraz wpadać częściej.

Dzięki! Pamiętaj, że ten tekst już swoje ma. Co prawda poprawiałam go całkiem niedawno, ale wciąż. Tak dobrze zaczęło mi teraz iść z konstruowaniem fabuły, że nawet zaczęłam pisać powieść (oczywiście w formie treningu, dobrze wiem, że za wcześnie na myślenie o czymś poważnym ;)). Jeszcze nigdy nie miałam tak długiego tekstu, a to dopiero wczesny, wczesny początek.

Nużące czynności miały na celu urzeczywistnić świat, żeby końcówka wywołała jak największy efekt. Oczywiście czy się udało, to już zupełnie inna sprawa. A propo wszystkich twoich zastrzeżeń: całkowicie się zgadzam. Tekst zdecydowanie nie jest idealny. Wysłałam go z czystego przypływu: “a czemu nie?”. Wynik konkursu całkowicie mnie zaskoczył. Jak zwykle wymyśliłam zbyt obszerną fabułę (limit wynosił 25 000), wiele rzeczy, które wtedy przyszły mi do głowy, odpadły. Teraz nie chciałam aż tak zmieniać tego tekstu, bo już mam go troszkę dość :P Napisałam nawet inną wersję (bohaterką była kobieta, było więcej wyjaśnień w fabule), ale ostatecznie wysłałam tę, tamtej nawet nie dokończyłam.

Dziękuję ci za miłe słowa, błędy poprawiłam (takie byki!), a gwiazdki wyśrodkowałam (fantastyka mi je odśrodkowała). Wielkie dzięki za stempelek!

"Niech pani nigdy nikogo i o nic nie prosi! Nigdy i o nic, tych zwłaszcza, którzy są od pani potężniejsi. Sami zaproponują, sami wszystko dadzą." ~Woland, "Mistrz i Małgorzata"

Czy za wcześnie na powieść, to akurat kwestia indywidualna. Ja nie będę wyrokował, aczkolwiek dwie, które sam napisałem jeszcze przed pierwszym portalowym opowiadaniem, nadają się niestety jako rozpałka do grilla ;D Tobie jednak życzę czegoś lepszego :)

Natomiast niechęć do grzebania w starych tekstach w pełni popieram. Gdy w głowie kłębią się myśli i plany, aż szkoda tracić energię na pastwienie się nad starociami, nie? ;D Tym bardziej czekam na coś świeżego. Trwa teraz konkurs Fantastyczne Gody – może akurat coś napiszesz i staniesz w szranki, Lana?

Powodzenia i zobaczmy, jakie będą kolejne opinie. A “byki” naprawdę wątłe i słabowite, większość autorów tutaj może pochwalić się bardziej okazałymi. W tym Count ;D

 

Trzym się.

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Mam mieszane i chyba odwrotne odczucia do tych Counta. To znaczy – mnie podobał się początek, taki nieśpieszny, z ponurą atmosferą postapo. Ten fragment czytałam z dużym zainteresowaniem i oczekiwaniem na równie udane wyjaśnienie tajemnic. Potem dotarli do Wąwozu Krzyków i ni z gruchy, ni z pietruchy coś ich wciągnęło, przyszedł Tony i zaczął wykładać, o co chodzi (nie wiem zresztą, czy do końca zrozumiałam o co chodzi, chociaż z komentarzy wnioskuję, że raczej tak). Wszystko zrobiło się takie jakieś na szybko, klimat sobie uleciał, Tony zrobił pogadankę. ;)

Więc masz teraz dwa wzajemnie wykluczające się komentarze. :)

 

W pewnym momencie zauważyłam, że nadużywasz przymiotników i przysłówków (i piszę to ja, miłośniczka nadmiernej ilości przymiotników i przysłówków). Zatrzymałam się na krótkim fragmencie i spisałam kilka zdań:

Z niemałą ulgą skierowałem się w głąb budynku.

słońce kłuło niemiło w oczy.

Z każdym następnym krokiem nasilał się pewien dźwięk,

pozwoliłem ulecieć wszelkim emocjom.

Ich kolor nasuwał mi na myśl jedynie wschodzące słońce,

Zaznaczone przymiotniki (i przysłówek) moim zdaniem są zbędne, bo niczemu nie służą. Ani nie doprecyzowują opisu, ani go nie uatrakcyjniają, ani nie sprawiają, że zdanie staje się ładniejsze. Są zbędne, trochę na zasadzie legendarnych zbędnych zaimków. Zapychacze. Jeśli słońce kłuło w oczy, no to raczej niemiło.

 

Tony’ego, nie Tonego.

 

Dzieci z eksperymentów z wytatuowanymi numerami przywodzą na myśl pewien serial, ale skoro to stary tekst, to pewnie pierwszeństwo należy się Tobie. :)

Postapo, ale bardzo nietypowe. Twój świat bardzo różni się od dotychczas mi znanych, opisujących losy ludzi, którym przyszło żyć w nowej rzeczywistości. Twój bohater jest na tyle odmienny, że historię Wilka czytałam ze sporym zainteresowaniem, szczególnie że spotkanie Dziesiątki było początkiem najpierw niezauważalnych, bardzo oszczędnie sygnalizowanych, a z czasem zaskakujących wydarzeń, których finał został ukazany w satysfakcjonującym zakończeniu.

Choć wykonanie nadal pozostawia nieco do życzenia, to w porównaniu z Twoimi pierwszymi tekstami, jest naprawdę nieźle. ;)

 

„Żyj i daj umrzeć.” – Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

gwał­tow­nie od­ry­wa­jąc zę­ba­mi ka­wał­ki czer­stwe­go su­cha­ra. –> Masło maślane. Suchar jest czerstwy/ suchy z definicji.

 

za­ma­ja­czył kon­tur ruin ja­kie­goś do­mo­stwa. Uni­ka­łem domów… –> Nie brzmi to najlepiej.

Może w pierwszym zdaniu: …zamajaczyły kontury ruin jakichś zabudowań.

 

Wy­ją­łem pi­sto­let z ka­bu­ry przy­pię­tej na udzie… –> Wcześniej napisałaś: Ma­sze­ro­wa­łem po spa­lo­nych po­lach, uzbro­jo­ny je­dy­nie w cier­pli­wość i ka­ra­bin ma­szy­no­wy… –> Jeszcze wcześniej przeczytałam: Na ko­niec jesz­cze raz wy­czy­ści­łem broń, za­ła­do­wa­łem i wy­god­nie umie­ści­łem na ple­cach. –> W ile sztuk broni, poza cierpliwością, uzbrojony był bohater? ;-)

 

po­sta­no­wi­łem naj­pierw wy­ba­dać par­ter. –> Raczej: …po­sta­no­wi­łem naj­pierw sprawdzić par­ter.

Nie wydaje mi się, aby można wybadać jakąkolwiek kondygnację budynku?

 

do­tkną­łem jej ra­mie­nia, od­wra­ca­jąc w swoją stro­nę. –> Czy oba zaimki są niezbędne? Czy jednocześnie dotykał ramienia i odwracał ją?

Może: …i chwyciwszy ją za ramię, odwróciłem ku sobie.

 

„Może znaj­dzie się po dro­dze jakaś grupa, u któ­rej będę mógł ją zo­sta­wić?”. –> Zbędna kropka.

 

Miał dłu­gie, czar­ne włosy za­ple­cio­nekucyk… –> Jeśli zaplecione, to chyba w warkocz.

 

od­po­wie­dzia­ła z uśmie­chem i pu­ści­ła mi oko. –> …od­po­wie­dzia­ła z uśmie­chem i pu­ści­ła do mnie oko.

Oko puszczamy do kogoś, nie komuś.

 

Po chwi­li oboje wy­bu­chli­śmy śmie­chem. –> Po chwi­li oboje wy­bu­chnęli­śmy śmie­chem.

 

Ja­kimś cudem w końcu udało mi się cię tu ścią­gnąć. –> Raczej: Ja­kimś cudem w końcu udało mi się ciebie tu ścią­gnąć.

 

–Ależ je­steś na­iw­ny, Wilku. –> Brak spacji po półpauzie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Blisko mi do komentarza Ochy. Początek zaciekawił, pokazałaś kilka tajemnic; co takiego jest w Wąwozie Krzyku? Co zabiło rodziców/ opiekunów Dziesiątki? Końcówka niby udziela odpowiedzi, ale tak niemrawo i półgębkiem, że nadal nie wiem. Co za eksperymenty dały dziewczynce taką moc? Skąd wziął się Szakal?

Ale nietypowość postapo na plus.

Babska logika rządzi!

Bardzo fajna historia postapo. Sama fabuła kojarzy mi się z dwoma odcinkami serialu animowanego Liga Sprawiedliwych (tego, gdzie trafili do alternatywnego świata z Cechem Sprawiedliwych oraz tego z chorą mistrzynią iluzji), stąd połapałem się w końcówce fabularnej, choć muszę też przyznać, że jest właśnie napisana niejasno i bez tego skojarzenia pewnie bym jej do końca nie zrozumiał.

Jednak reszta opowiadania napisana ciekawie. Podoba mi się rysowana relacja Wilka i Dziesiątki, zarzuciłaś ciekawą tajemnicę i załapałem się na ten haczyk.

Podoba mi się też przewijający się przez cały tekst tytułowy motyw.

Podsumowując: dobrze rozpoczęta historia z tajemnicą i fajną relacją między dwójką bohaterów, lekko zamglona przez zakończenie. Ładny koncert fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Mam identyczne wrażenia jak Ocha. Początek spokojny, dobrze wprowadzał w klimat postapo. Może nie powalał oryginalnością (samotny, uzbrojony twardziel wędruje swoimi ścieżkami przez post apokaliptyczny świat, szuka żarcia i wody) ale łatwo dało się wczuć w ten świat. Zaraz miałem skojarzenia z początkiem “Księgi ocalenia”​ z Denzelem W..

I było dobrze.

Potem zupełnie niespodziewanie (ale nie tylko fabularnie, także językowo i stylistycznie i kompozycyjnie i na stu innych płaszczyznach) akcja przyspiesza, bohaterowie wpadają zassani i robi się lekki mętlik, zamieszanie. Także w narracji. Coś tam, gdzieś, tam, z kimś, nagle facet celuje do psa nie wiem po co itd..

W drugiej części tekstu przechodzisz do głównego pomysłu tego opowiadania i niestety wygląda trochę tak, jakbyś nie całkiem potrafiła wyjaśnić czytelnikowi o co chodzi. Ucieka cały klimat. Dialogi, sceny, akcja, przeplatają się w drugiej części chaotycznie i jest to literacko znacznie słabsze od wprowadzenia. Wszyscy gadają jeden przez drugiego, a cała idea tekstu jest jedynie wypowiedziana przez bohaterów, a nie jest nam zgrabnie przedstawiona. Ostatecznie rozumiem koncept, ale pozostaję rozczarowany takim wykonaniem i taką realizacją zacnego pomysłu. 

Umiesz pisać. To na pewno. Ale jakby cierpliwości brakowało.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dzięki wszystkim za opinię. Nie powiem, że się tego nie spodziewałam: akcja faktycznie głupio przyśpiesza i dzieją się rzeczy bez wyraźnego powodu (dla autora wszystko jest zawsze oczywiste, dlatego właśnie opinie czytelników są takie ważne – pewnych rzeczy nie zauważyłam nawet teraz, czyli sporo później po napisaniu opowiadania :)) Założenia konkursu były trochę trudne, bo tematyka miała odnosić się do liczby 10, która jest dosyć spora, ale limit znaków sięgał zaledwie 25 tys znaków. Dlatego takie skróty. Nie byłam w pełni zadowolona z własnego efektu, stąd takie zdziwienie jak dostałam wyróżnienie.

 

Ocha, widzę i cieszę się, że są odmienne opinie: że niektórzy lubią wolne początki, inni wolą szybko rozwijającą się akcję :)

 

Reg, błędy poprawione. Jak zawsze niezawodna :) Rozśmieszyło mnie twoje zwrócenie uwagi na ilość broni w ekwipunku bohatera. Trochę jak w grach, gdzie u postaci widać tylko jedną broń, ale gdzieś (niby w plecaku, ale plecaka nie ma, to może w kieszeni?) ma jeszcze trzy inne “spluwy”. Reszta to takie głupie błędy, że szkoda gadać…

 

Finkla, bardzo chciałam wyjaśnić wszystkie tajemnice, nawet miałam w głowie odpowiedzi, ale z limitem wyrobiłam się na styk. Pewnie kto sprawniejszy, uciąłby niepotrzebne informacje i zręcznie wplótł te odpowiedzi, ale mnie się nie udało.

 

NoWhereMan, wiedziałam, że coś podobnego już gdzieś było. Serialu nie oglądałam i ogólnie takiego pomysłu nie widziałam, ale widzę, że przeczucie mnie nie myliło :) Bardzo dziękuję za pochlebną opinię. Z wymyślaniem i planowaniem nie mam problemu, ale z pisaniem, w sensie jak ładnie to wszystko skleić jest już gorzej. Ale się rozwijam!

 

mr.maras, jak napisałam na wstępie – całkowicie rozumiem i nie oczekiwałam innych słów. Naprawdę wyszło to nieskładnie. I faktycznie, z cierpliwością u mnie słabo :) (choć czasami dodatkowo przeszkadza limit słów)

 

"Niech pani nigdy nikogo i o nic nie prosi! Nigdy i o nic, tych zwłaszcza, którzy są od pani potężniejsi. Sami zaproponują, sami wszystko dadzą." ~Woland, "Mistrz i Małgorzata"

Ano, coś się tej broni namnożyło. ;)

Cieszę się, że mogłam pomóc.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Acha. Jako świeżo upierzony bibliotekarz z piórkiem w … czapce, wracam z nówka nie śmiganym klikaczem i klikam do biblioteki.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Obawiam się, Lano, że w trakcie nanoszenia poprawek wkradł się utrapieniec chochlik i sprawił, że tutaj konieczna jest jeszcze jedna poprawka:

– Hej! – krzyknąłem rozeźlony i chwyciwszy ją za ramię, odwróciłem w swoją drogę.  

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie przepadam za postapo i na początku byłam sceptyczna, ale rytm opowiadania mnie wciągnął. Niby wątek samotnego faceta znajdującego małą dziewczynkę w świecie po zagładzie cywilizacji najoryginalniejszy nie jest, ale nie próbowałaś zrobić z tego łzawej opowieści o zmiękczaniu serc i wielkiej przyjaźni. Wprowadziłaś kilka interesujących motywów – zakopywanie grobów, tatuaż, fakt iż dziewczynka dotrzymuje Wilkowi kroku w podróży i byłam ciekawa, co będzie dalej.

Zakończenie też jest niezłe – mamy całkiem dobrze zrobioną, nawiązującą do tytułu klamrę. Cieszę się też, że nie jest to kolejna opowieść w stylu “i wtedy się obudził”, bo w pewnym momencie się tego obawiałam. Jednak zamiast powoli dokładać kolejne elementy układanki odkrywasz całą zagadkę w jednym, niezbyt dobrze poprowadzonym dialogu. Nagle pojawia się jakiś człowiek ze swoją przemową wyjaśniającą, wszystko dzieje się tak szybko, że rzeczywisty temat – decyzja bohatera – gdzieś w tym wszystkim umyka.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Dziękuję za docenienie, nowy bibliotekarzu :)

 

Zauważyłam to, ale byłam właśnie w drodze do domu (co za ironia) i nie mogłam poprawić. Naprawdę nie wiem, skąd się to wzięło, Reg! ;D

 

Dziękuję, Mirabell i zdecydowanie się zgadzam co do zakończenia. Jakbym pisała to opowiadanie teraz, to mam nadzieję, że nie wpadałabym na tak… prozaiczne doprowadzenie akcji do końca. :)

"Niech pani nigdy nikogo i o nic nie prosi! Nigdy i o nic, tych zwłaszcza, którzy są od pani potężniejsi. Sami zaproponują, sami wszystko dadzą." ~Woland, "Mistrz i Małgorzata"

Ja też nie wiem skąd się wzięło, ale wiem, że zniknęło! ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ekhem! Mogłabyś napisać, że samotnym wilczkiem jestem oczywiście ja… Nie lubię postapo, ale jak się okazało z opowiadania wyszedł bardziej tekst o człowieku, a nie o apokalipsie. Mamy tutaj bardzo ciekawego bohatera, który jest autentyczny i mamy dziewczynkę (Jak się pojawiła miałem dziwne skojarzenia opowiadania z "Leonem Zawodowcem"). Ciekawe opowiadanie, no i na koniec dzięki za główną rolę ;).

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Się czytało! Choć scena z domem, który przyciąga jest jakaś dziwna i niezrozumiała. I w ogóle etap wyjaśniania świata mógłby zostać nieco rozciągnięty. Kim jest właściwie Tony?

Poznałem nowe słowo – solipsyzm. Bardzo ciekawy pomysł, świetny język. Z drobnymi wyjątkami…

Mówiąc kolokwialnie (…) zabijając ją, skażesz całą ludzkość na wieczną gehennę – a gdzie tu kolokwializm?

No tak, Wilczku, faktycznie zapomniałam. Nie chciałam ci robić przykrości (wszakże nie jesteś pozytywnym bohaterem). Mam nadzieję, że następnym razem okażesz się bardziej bohaterski (chociaż w moim następnym opowiadaniu, które powoli się kreuje, wilk/wilki też nie będzie “tym dobrym”. Widać taki taki twój los :))

A co do Leona Zawodowca: racja, taka trochę Matylda, ale widzę to dopiero teraz. Jeśli są podobne, to nie celowo.

 

Dzięki, tfurca. Interesuję się psychologią i trochę filozofią stąd właśnie solipsyzm. Swoją drogą całkiem ciekawy pogląd. A przytoczone przez ciebie zdanie faktycznie nieudane… Nawet nie zauważyłam! :)

 

"Niech pani nigdy nikogo i o nic nie prosi! Nigdy i o nic, tych zwłaszcza, którzy są od pani potężniejsi. Sami zaproponują, sami wszystko dadzą." ~Woland, "Mistrz i Małgorzata"

W postapo, jak i w high fantasy, powiedziano już właściwie chyba wszystko, więc do każdego kolejnego tekstu z tych dwóch gatunków podchodzę dość sceptycznie, bo trudno o świeżość i zaskoczenie w ich przypadku. Tym trudniej zaimponować mi postapo, gdyż czytałem niedawno “Drogę” McCarthy’ego i abstrahując zupełnie od faktu, że gość po mistrzowsku opisał emocje ludzi uwięzionych w świecie po katastrofie i to oszczędnymi środkami, to przede wszystkim pokazał jakim piekłem byłoby życie w takim miejscu. Nawet u Głuchowskiego nie czułem takiego przytłoczenia, jak podczas lektury “Drogi”. Dlatego jeśli zamierzasz pisać w tym trudnym gatunku, to polecam Ci tę krótką książkę, bo wiele można z niej wynieść. Być może zastanowiłabyś się wtedy dwa razy przed nazwaniem podróży przez zniszczony świat nawet przyjemną.

Twoje postaci latają po tym świecie beztrosko i w sumie nie myślą o konsekwencjach, choć dziewczynka opisuje Wilka jako szalenie inteligentnego. A ten wchodzi bez żadnego rozeznania do domu. Dwa razy. Do tego jedzenia mają tyle, że ani razu nie doskwiera im głód. Nie wiem, dlaczego Wilk zmierza do wąwozu i dlaczego Dziesiątka zgadza się na wspólną podróż, chociaż nie chce tam wracać, a towarzysz szybko wyjawia jej cel podróży. Te babole można w sumie zrzucić na karb tego, że dziewczynka chciała z jakiegoś powodu zaprowadzić gościa do wąwozu, ale tutaj znowu z tyłka wyskakuje Tony, którego rolą jest być encyklopedią i próbować być sarkastycznym.

W końcu element, który mi się podobał, to konflikt przekonań Tonego i Dziesiątki z finału, który nie zdradzał, które wyjście jest lepsze i poprawne. Nie wiedziałem kogo poprzeć, natomiast odniosłem wrażenie, że Wilk był cały czas po stronie dziewczynki i to kuszenie prawie z samego końca, w którym Dziesiątka zdradza, że coś jest z jej zamiarami nie tak, było jednak niepotrzebne.

Krótko mówiąc, pomysł całkiem niezły, ale mnóstwo dziur utrudniało mi lekturę. Niemniej gratuluję dostania się do antologii. :)

 

Spokojnie, MrBrightside, nie zamierzam pisać w postapo, bo sama go nie lubię. ;) Nie wiem co mnie podkusiło, żeby użyć w tym opowiadaniu właśnie tej konwencji. Teraz żałuję, że nie wpadłam na Dziki Zachód czy cokolwiek innego, bo w końcu to mogło być wszystko, bo cały świat “stworzony” jest przez Dziesiątkę.

No właśnie – co do twoich zarzutów a propo jedzenia i braku bandytów. Tak miało być, bo to przecież nie był zwyczajny świat, nie? ;) Ale całkowicie przyjmuję na klatę, że jest mnóstwo dziur. Mam tylko nadzieję, że obecnie piszę lepiej.

A co do “Drogi” to już od dawna jest na mojej liście książek do przeczytania. Niestety znajduje się na niej mnnnnóstwo innych pozycji, ale jeśli jest na liście, to na pewno przeczytam :) A, no i dzięki!

"Niech pani nigdy nikogo i o nic nie prosi! Nigdy i o nic, tych zwłaszcza, którzy są od pani potężniejsi. Sami zaproponują, sami wszystko dadzą." ~Woland, "Mistrz i Małgorzata"

To jest must have, bo zmienia wręcz pogląd na pisanie i uczy oszczędności w słowach. Wrzuć na górę kupki wstydu, nie zawiedziesz się. ;)

Pierwsza połowa cud, miód i malinki. Czytało się świetnie, szczególnie dzięki tłustemu, gęstemu klimatowi postapo. Naprawdę się wciągnąłem, zaciekawiła mnie postać Dziesiątki. Od początku trwało też pewne napięcie, oczekiwanie na rozpoczęcie się właściwych wydarzeń; bohater gdzieś zmierzał, potem dowiadujemy się, że do Wąwozu krzyku, gdzie coś musiało być nie halo (biorąc pod uwagę reakcję dziewczyny). Po drodze Wilk poznaje Dziesiątkę. Aż w końcu bohaterowie docierają do celu swej podróży.

No i od tego momentu mi się już nie podobało. Rozumiem, że taki pomysł miałaś w głowie, ale nie w smak mi było przejście ze świata postapo do świata umysłu (co tak czy siak, było bardzo pomysłowe). Chyba przez początkowy ciężki klimat nastawiłem się na opowieść, która poprowadzi mnie przez twój plugawy postapo świat od początku do końca, w którym zawiąże i rozwiąże się akcja w inny sposób niż wytłumaczenie, że to tylko kreacja Dziesiątki.

No, ale ogólnie opowiadanie i tak na duży plus, porządnie napisane, czytało się dobrze. Do pełnej satysfakcji brakuje mi tylko innego zakończenia, ale przecież każdemu czytelnikowi się nie dogodzi ;)

 

Nowa Fantastyka