- Opowiadanie: gary_joiner - Szybko, łatwo i przyjemnie

Szybko, łatwo i przyjemnie

Bardzo nieładna rzecz. Napisana na raz, nie odleżana, nie betowana i rojąca się od wszelkich możliwych błędów, więc tradycyjnie zniechęcam do lektury. Czytasz wyłącznie na własną odpowiedzialność. Jak mózg ci się zważy i wycieknie uszami, to nie licz, że zwrócę koszty usług neurologicznych.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Szybko, łatwo i przyjemnie

– Znowu się upierdolę – stwierdziła Anka, i włożyła głowę w otworzony sputnik.

– Gdyby życie miało być łatwe i przyjemne, to rodzilibyśmy się z dwoma zestawami komplementarnych genitaliów i milionem kredytek w garści. – Odparł Wolf, z rękami wbitymi w kieszenie drelichowych spodni i wzrokiem utkwionym w wypiętych pośladkach żony, wystających z wnętrza serwisowanego satelity.

Powinni byli zastosować standardową procedurę naprawczą, wyczerpująco i precyzyjnie opisującą każdy krok, prowadzący do zlokalizowania i eliminacji usterek, ale musieliby wtedy rozebrać całego satelitę na kilkanaście mniejszych elementów i, tak rozdrobnionego, poddać przeszło setce testów. Tymczasem już po pół roku wykańczającej harówki na pokładzie Oka na niebie, przekonali się, że przeszło trzy czwarte sputników zgłaszających awarie, lądowało w hangarze z przepalonym czujnikiem wewnętrznej temperatury. Wymiana uszkodzonego podzespołu wymagała odkręcenia jednego panelu, rozgarnięcia dwóch pęków przewodów, wsunięcia się po pas do wnętrza satelity, podważenia śrubokrętem zepsutego sensora i wciśnięcia na jego miejsce sprawnego. Pięć minut roboty, o ile nie upuściło się niczego i nie zaklinowało się w środku sputnika, z nogami dyndającymi na zewnątrz.

Oczywiście, było to pięć minut roboty dla Anki, bo Wolf, przy całej swej niezbyt imponującej, jak na mężczyznę, posturze, nijak nie wcisnąłby górnej partii ciała do satelity. Nie bez oberżnięcia jednej ręki, którą to drastyczną ewentualność zdarzało się Ance rozważać.

– Albo rodzilibyśmy się z szerokim rozstawem barków i małym fiutkiem – odparowała Anka, wysunąwszy się na zewnątrz.

– Nieważne, jaki jest pędzel, a co nim potrafisz namalować. A ja moim małym fiutkiem tworzę oszałamiające wizje słodkiej, słodkiej rozkoszy. Panoramicznie, w różach i intensywnych, aż do kurewskości, czerwieniach.

Anka uśmiechnęła się, odrobinę wbrew woli. Wolf nie był takim złym mężem. Zdarzało mu się lenić, jasne, ale kiedy trafiała się praca wymagająca zasięgu ramion czy wysokiego wzrostu, to brał się do roboty i nawet niespecjalnie przy tym narzekał. A w każdym razie marudził nie bardziej, niż Anka wypruwająca sobie flaki przy aktywnościach faworyzujących drobną budowę ciała.

– Jest ok? – spytała.

Wolf stuknął palcem w wyciągnięty z kieszeni tablet, odświeżając odczyty. Na ekranie pomarańcz ustąpił miejsca zieleni.

– Tak, wszystko gra i buczy. To chyba wszystko na dzisiaj?

– U mnie wszystko. Połatałeś fotoogniwo?

– Pojutrze. Nie ma sensu się za to teraz zabierać, widziałaś prognozy, zaraz wpadnie następna chmara mikrometeorytów.

Anka zaczerpnęła jadu i żółci z głębi trzewi, żeby zripostować kiepski dowcip, ale z twarzy męża wyczytała, że wcale nie silił się na głupkowate żarty.

– Jutro wracamy do domu, kochanie. Zapomniałeś?

Wolf zesztywniał, ale nie minęło pięć sekund, nim uśmiechnął się szeroko i wywinął salto, co, biorąc pod uwagę warunki mikrograwitacji, nie było imponującym wyczynem, ale sprawdzało się w roli manifestacji radości.

– Przepraszam, maleńka. Półtorej godziny mędzili mi przez radio, o tym samym co zwykle. Huragany, deszcze, wulkany, pływy oceanów, wszawica świń, nerwice żon i kiepska ramówka telewizji satelitarnej. Za każdym razem, kiedy słucham tych markotnych tyrad kompletnie tracę poczucie czasu. Mam wrażenie, że dopiero co trafiliśmy na Oko, bo nie mogę uwierzyć, że komuś chciałoby się powtarzać tę samą rozmowę więcej niż dwa, trzy razy, a przy tym wydaje mi się, że tkwimy tu wieczność, bo te ponure, przyziemne słowa rozciągają się w nieskończoność.

– Jaka będzie jutro u nas, w Wypizdowie Wielkim, temperatuuuuuuuuuuuraaaaaaaaaa?

– Gdyby jeszcze ci ich nieszczęśni spece od komunikacji mieli w połowie tak seksowne głosy, jak ty, to może bym to jakoś zniósł.

Wolf podryfował do żony i pieszczotliwym gestem rozmazał jej smar po policzku. Anka odpłaciła mu pięknym za nadobne i sprzedała pstryczka w nos, na tyle silnego, że wykręcił kolejne salto, tym razem w tył.

– Głodna?

– Śpiąca. Wezmę prysznic i przypinam się do wyrka.

– Gra. Ja coś przegryzę, machnę szybką inwentaryzację, żeby te biedne, pechowe dranie, które nas zastąpią, wiedziały, ile rolek taśmy izolacyjnej i metrów kwadratowych gumy do żucia będzie musiało im wystarczyć do powstrzymania tego wspaniałego wraku przed spłonięciem w atmosferze.

– Mój mężczyzna. Taki dramatyczny!

Anka cmoknęła męża w usta. Na tyle delikatnie, by nie rozbudzać seksualnych nadziei i nie nadać jego ciału pędu.

 

***

 

Był czas, kiedy stąpali twardo po ziemi, zajmowali się bardziej teorią, niż praktyką i zdarzało im się być szczerze czymś podekscytowanymi. Czas, kiedy konkurowali ze sobą nie w liczbie odkręconych śrubek i zaklejonych dziur, a w liczbie patentów i publikacji, a to z nich, które akurat prowadziło w klasyfikacji, miało przywilej wyboru, w którym pokoju i na którym meblu będą się kochać. Później urodziły im się bliźniaki i okazało się, że czasu i miejsca w mieszkaniu starcza jedynie na doglądanie małych bestii i zapewnienie im niezbędnego minimum środków do życia.

Nie chcieli skazywać niespodziewanie licznego potomstwa na wegetację, a siebie na wynikającą z niej frustrację, więc zdecydowali się podjąć pracę poza planetą. W obliczu coraz gwałtowniejszej ekspansji ludzkości poza Układ Słoneczny, inżynierowie nie mieli trudności ze znalezieniem roboty. Zwłaszcza ci przyzwoici.

Przeludniona Ziemia, szczelnie pokryta betonem miast i zautomatyzowanych fabryk, zapewniała niezbędne do przeżycia minimum, ale nie oferowała świetlanych, czy choćby lekko połyskliwych, perspektyw. Korporacje, konglomeraty i kompanie, prosperujące dzięki zakrojonej na szeroką skalę kolonizacji kosmosu, obiecywały fortuny ludziom, którzy wiedzieli, że różniczka, to nie tylko wyniczek odejmowanka i byli przy tym skłonni urobić się po łokcie, w warunkach określanych w kolorowych broszurach jako "nie do końca przyjazne i nie w pełni komfortowe, ale zapewniających możliwość hartowania charakteru i stymulujących do wewnętrznego wzrostu".

Wolf i Anna przyjęli ofertę pracy w charakterze jedynych operatorów stacji kosmicznej Oko na niebie, orbitującej wokół planety będącej jedną z dwustu najnowszych zdobyczy ludzkości. Zainkasowali zaliczkę, za którą kupili rezydencję z basenem, ogrodem i widokiem na las. Klucze od domu i bliźniaki wręczyli rodzicom, po czym wyruszyli w gwiazdy, na pięcioletni kontrakt.

 

***

 

Anka i Wolf, dryfując pod ramię, wpłynęli do głównej komory tranzytowej. Pobyt na stacji przesiadkowej był pierwszą, lub ostatnią, ale zawsze przy tym ciężką, próbą.

Fachowcy, którzy dopiero rozpoczynali swoje kontrakty i czekali na transport do miejsca przyszłej pracy, dławili się powietrzem cuchnącym wszystkimi ludzkimi wydzielinami, smarem i chlorem. Obijali się o ściany, sprzęty i siebie nawzajem, nienawykli do nieważkości i wymiotowali, gdy ich żołądki fikały kozły wraz z nimi. Nowicjusze dostawali torby na wymiociny, które zobowiązywali się przytroczyć do nadgarstków, ale nie było dnia, żeby przynajmniej jeden nie zapomniał lub pamiętał, ale w krytycznym momencie nie zdążył przyłożyć worka do ust, w konsekwencji czego obryzgiwał zawartością żołądka innych, co w dziewięciu przypadkach na dziesięć prowadziło do niekontrolowanej reakcji łańcuchowej, za której przyczyną praca sprzątacza na stacji tranzytowej cieszyła się zasłużoną opinią najgorszej możliwej fuchy we wszechświecie.

Weteranów Przestrzeni o palpitacje serc przyprawiała z kolei bliskość tłumu innych, głośnych i pobudzonych istot ludzkich, perspektywa długotrwałej rehabilitacji w bazie księżycowej i niepewność dotycząca własnego miejsca na macierzystej planecie, która niegdyś zapewniała im wszystko, co potrzebne do życia, a w niedalekiej przyszłości miała zrobić bardzo wiele, żeby ich zabić.

Wolf i Anka przeciskali się przez kilkudziesięcioosobową ciżbę powoli i metodycznie, z elegancją właściwą dla osób, które ostatnie lata spędziły w mikrograwitacji. Przypominało to trochę próbę przedarcia się pod samą scenę na koncercie wyjątkowo popularnego zespołu, z tym, że na ziemskich imprezach grupowych nie trzeba było aż tak uważać, żeby nikt nie nastąpił ci na łeb i żeby samemu nie wleźć komuś na głowę. Całe szczęście wszyscy podróżni byli wychudzeni i nie taszczyli ze sobą bagaży, więc nie istniało ryzyko zaplątania się w pasy toreb czy utknięcia w czyichś zwałach tłuszczu. Wytaszczenie w kosmos masy wciąż było zbyt kosztowne, żeby opłacało się zabierać kilogramy zbędnych szpargałów i ciał.

Dobrnęli do śluzy, ale musieli odczekać swoje w kolejce wypełniającej kołnierz łączący stację z transportowcem. Zdążyli się zgrzać i spocić, więc chłód bijący z kabin hibernacyjnych powitali z ulgą.

– Dobranoc, kochanie! – Ryknął Wolf, przekrzykując szum aparatury i życzenia innych.

– Do zobaczenia prawie że w domu! – Odkrzyknęła Anka i zasunęła nad sobą pokrywę kapsuły.

 

***

 

Pierwszy tydzień po powrocie spędzili w hotelu. W niczym specjalnie ekskluzywnym, w zwykłym przybytku prowadzonym z myślą o podróżnych, ulokowanym na terenie kosmodromu. Nawet proste wygody urastały jednak do miana luksusów, kiedy człowiek spędził pół dekady w puszce orbitującej wokół dzikiego świata, zamieszkanego przez garstkę upierdliwców.

– Musimy tam pójść. – Oznajmiła Anka, łapczywie pochłaniając śniadaniową porcję tofu ze szpinakiem, ósmego dnia po powrocie.

Dotąd przekonywali się nawzajem, że czekają, aż odzyskają pełnię sił i zaaklimatyzują się na powrót do ziemskich warunków. Przestaną się garbić i jęczeć po każdym kroku. Nabiorą rumieńców i na tyle ciała, żeby zakryć choć kilka żeber Oboje jednak wiedzieli, że problemem był nie tyle brak sił witalnych, co deficyt odwagi.

– Nie musimy. Ale powinniśmy.

– Chcemy.

– W głębi duszy.

– W głębi duszy, to nawet bardzo.

Podjechali pod dom taksówką, każde zamknięte w klatce z własnych myśli i nieczułe na heroiczne wysiłki kierowcy, próbującego za wszelką cenę rozbawić nadzianych, a więc i potencjalnie hojnych, klientów.

Rezydencja wyglądała równie okazale, jak wtedy, kiedy ją kupowali. Nic dziwnego, większą część każdej pensji transferowali na Ziemię. Przeszli uchyloną furtą, przecięli zarośnięty trawnik i zapukali, bardzo ostrożnie, żeby nie połamać rąk, do drzwi wejściowych.

Otworzyła młoda kobieta.

– Państwo jesteście członkami rodziny? – Spytała, zanim zdążyli za pomocą spojrzeń ustalić czy powinni dziewczynę wyściskać, wycałować, czy wygłaskać po głowie. – Proszę za mną.

Ruszyli pustym korytarzem i zakurzonymi schodami, do sypialni na piętrze. Prosto pod łoże śmierci ich jedynego prawnuka.

 

Koniec

Komentarze

– Nie ważne jaki jest pędzel – nieważne

…biedne, pechowe dranie, które nas zstąpią… – zastąpią

 Poza tym, kilka (naście) błędów interpunkcyjnych zauważyłem (brawo ja). Ale nie chce mi się szukać. I w zapisie dialogów.

 

A propos treści.

Podobał mi się ten pospolity realizm. Parę szczegółów i uzasadnienia, które opisałeś, także nadają temu tekstowi takiej prostej, hmm, elegancji. Po pierwszych akapitach nie spodziewałem się fajerwerków (to nie zarzut), tylko właśnie takiej prostej (ale nie prostackiej) opowieści. Takiej, która prowadzi do wyważonej puenty. I to Ci się udało. I choć kiedy już włazili do hibernatorów, to domyśliłem się jej, to i tak mi się podobało. I to mimo tego, że nie wierzę w dylatację czasu, zwłaszcza związaną z prędkością. ;)

Czy to jest sygnaturka?

Mam wrażenie, że język, którym wyrażają się bohaterowie nie różni się zbytnio od języka, którym wyraża się narrator. Ale to jedyne moje negatywne spostrzeżenie, bo czyta się całkiem spoko. Puenta też ok. Ogólnie to wróżę temu tekstowi bibliotekę. 

A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie?

Podobało mi się. Lubię takie pisanie. Takie nieco sarkastyczne i cyniczne narracje. Pełne drobnych wstawek i detali ubarwiających i wzbogacających świat, w których autor się popisuje przed czytelnikiem wiedzą, elokwencją. Doprawione humorem w opisach. Sam tak staram się pisać. Lubię taką prozę i tyle.

Nie wnikam w przecinki, jako antymistrz interpunkcji nie tykam tematu, ale wiem, że przecinki masz głęboko, Gary.

Pierwsza sprawa do jakiej mogę się przyczepić od strony narracyjnej to chwilowe, lekkie zagubienie czytelnika. Nie byłem do końca pewny czy oni wracają na Ziemię zanim nie wsiedli do hibernatorów. Myślałem wcześniej, że z tej stacji tranzytowej lecą na planetę, nad którą krążyli. Skoro hibernacja, to znaczy lecieli dalej. I oczywiście skoro jechali potem taksówką, to pewnie na Ziemi. Ale skąd tam takie rezydencje z widokiem na lasy, skoro dajesz do zrozumienia, że Ziemia to zalana betonem, przemysłowa i przeludniona totalnie planeta?

Za to nie przekonuje mnie zupełnie podejście rodziców do własnych dzieci. Decydują się na 5 letni kontrakt pozostawiając je dziadkom? Hmmm. Jakoś to jeszcze przeboleję, chociaż z trudem, bo sam jestem ojcem. I ciężko w to uwierzyć. Ojcowie idą czasem w świat. Ale matka tak lekko odstawia swoje dzieci? Dla kasy? Dla jakieś rezydencji? A oni zdecydowali się na coś znacznie gorszego przecież. Na zostawienie dzieci na kilkadziesiąt lat. W praktyce to było pożegnanie na zawsze.

Chcesz mi powiedzieć, że musieli się pozbyć uczuć rodzicielskich dla zapewnienia warunków materialnych dzieciom? Dobrzy inżynierowie, w świecie gdzie ich praca była ceniona, nie mogli znaleźć innego rozwiązania? Przecież nie walczyli o podstawowe sprawy potrzebne do przetrwania tylko o rezydencję z widokiem na las… Psychologicznie mi to leży. Nawet biorąc pod uwagę jakieś przyszłościowe normy społeczne i uczuciowe. Nawet jeśli małżeństwo to tylko jakiś kontrakt, co sugeruje poniekąd myśl bohaterki ”to dobry mąż”​

 

Podsumowując. Wykonanie na duży plus. Puenta daje do myślenia. Kolejny plus. Ale przekaz jest obarczony brakiem wiarygodności psychologicznej moim zdaniem. To mi szwankuje poważnie i zgrzyta.

 

Z kwestii technicznych zastanawia mnie zdanie:

W niczym specjalnie ekskluzywnym (…) ​Nie gra mi takie określenie gramatycznie.

 

Biblioteka murowana u mnie. Z kolumnami i szerokimi schodami. Cała w drewnie w środku.

Pomyślę nad nominacją do piórka jak mnie przekonasz do takiego zachowania bohaterów.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Zgadzam się z mr. marasem. Jakieś to mało prawdopodobnie psychologicznie – jak już porzucamy dzieci na całe życie, to chyba na amen? W takim razie po co pieniądze przelewać (wnukom chyba?), a już pomysł, że chcemy pożegnać prawnuka na łożu śmierci, kompletnie do mnie nie trafia? Po co?

Jedyni operatorzy stacji kosmicznej… To znaczy – na powierzchnię nie schodzili, bo zastępstwa nie było? Skoro tak, to powrót do normalnego ciążenia to niepodobieństwo.

Jeśli gość jest “o niezbyt imponującej posturze”, a cechuje się wysokim wzrostem i szerokimi barami, to jaka postura jest wg ciebie imponująca, Gary ;)?

Za to styl fajny, ładnie opisana codzienna mordęga na stacji, relacje mąż-żona. Fajne czytadło, ale zabija je kompletnie niesatysfakcjonujące zakończenie.

Aha, i gdzieś tam jest “skłoni” zamiast “skłonni”.

rocktime.pl - zapraszam na moją audycję we wtorek o 19.

@kchrobak

Dobre oko. Poprawione.

 

@mr.maras

Pierwsza sprawa do jakiej mogę się przyczepić od strony narracyjnej to chwilowe lekkie zagubienie czytelnika. Nie byłem do końca pewny czy oni wracają na Ziemię zanim nie wsiedli do hibernatorów.

W sumie racja. Chociaż lekkie zagubienie pasuje do sceny, więc nie będę jej przebudowywał. Zamiast tego zmieniłem wypowiedź Anki z poprzedniego podrozdziału z “jutro odlatujemy” na “jutro wracamy do domu”.

Ale skąd tam takie rezydencje z widokiem na lasy skoro dajesz do zrozumienia, że Ziemie to zalana betonem, przemysłowa i zaludniona planeta?

Narrator ma skłonność do przesady. Ma to po mnie. Rozsądnie patrząc: nawet jeżeli planeta jest przeludniona i przeładowana przemysłem, to i tak trudno, żeby cała była pokryta betonem, bo oceany, bo rośliny, bo elita przecież musi gdzieś się bawić.

Za to nie przekonuje zupełnie mnie podejście rodziców do własnych dzieci. Decydują się na 5 letni kontrakt pozostawiając je dziadkom? Hmmm. Jakoś to jeszcze przeboleję, chociaż z trudem, bo sam jestem ojcem. I ciężko w to uwierzyć. Ojcowie idą czasem w świat. Ale matka tak lekko odstawia swoje dzieci? Dla kasy? Dla jakieś rezydencji?

Pamiętam, że swego czasu polska prasa rozpisywała się na temat dzieciaków pozostawionych pod opieką dziadków, przez rodziców, którzy wyemigrowali za chlebem do dostatniejszych krajów UE. Do tego nie wszystkie dzieci są chciane, i niestety nie każdy nadaje się do roli rodzica.

A oni zdecydowali się na cos znacznie gorszego przecież. Na zostawienie dzieci na kilkadziesiąt lat. W praktyce to było pożegnanie na zawsze.

Zakładasz, że rodzice opuścili planetę naprawdę po to, żeby zapewnić dzieciom dobre warunki materialne. Podczas gdy, mogła być to jedynie wymówka, racjonalizacja stworzona i utrzymana dla własnego komfortu.

Z kwestii technicznych zastanawia mnie zdanie:

W niczym specjalnie ekskluzywnym (…) Nie gra mi takie określenie gramatycznie.

Mnie też ta konstrukcja drażni, tym bardziej, że w ogóle mogłoby jej nie być. Ze trzy razy miałem już ją skasować, ale koniec końców zawsze stwierdzałem, że coś mi się w niej podoba. Więc zostawię.

 

Na marginesie, historyjka jest poniekąd inspirowana świetnym dokumentem “Last train home”, przedstawiającym losy chińskiej rodziny zatrudnionej w fabryce odzieży, który serdecznie polecam.

 

@staruch

W takim razie po co pieniądze przelewać (wnukom chyba?)

Żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia? Zresztą, po co Ci pieniądze na stacji kosmicznej?

a już pomysł, że chcemy pożegnać prawnuka na łożu śmierci, kompletnie do mnie nie trafia? Po co?

Niespecjalnie chcieli mieć do czynienia ze swoimi potomkami, wydaje mi się, że to dość jasno wybrzmiewa z ostatniego podrozdziału. Niekoniecznie wiedzieli też, że w rezydencji trafią na umierającego prawnuka, zwłaszcza ostatniego.

Jedyni operatorzy stacji kosmicznej… To znaczy – na powierzchnię nie schodzili, bo zastępstwa nie było? Skoro tak, to powrót do normalnego ciążenia to niepodobieństwo.

Zgoda. Stąd wzmianka o rehabilitacji na bazie księżycowej. Gdybym chciał, mógłbym pewnie coś wymyślić: reżim codziennych ćwiczeń fizycznych, super leki, nowoczesne terapie naprawiające układ kostny i mięśniowy, ale ni nie mierzyłem w ultrawiarygodność naukową, ani nie chciałem rozwadniać tematu dodatkowymi wyjaśnieniami.

Jeśli gość jest “o niezbyt imponującej posturze”, a cechuje się wysokim wzrostem i szerokimi barami, to jaka postura jest wg ciebie imponująca, Gary ;)?

Zwróć uwagę, że o szerokich barach wspomina drobna kobieta. Dla niej, bary męża są faktycznie szerokie, bo szersze od jej własnych. To samo tyczy się wysokiego wzrostu. Ot, względność oceny.

 

Nie znam się, więc się wypowiem (a potem założę sobie fanklub)

W porządku. Domyślam się, że we wspomnianym przez Ciebie filmie pokazany jest dramat rodziny chińskiej, która za chlebem wyemigrowała pozostawiając dzieci. I nie widziała ich może latami. Albo wcale. Na pewno jednak o tych dzieciach myślą codziennie, robią to wszystko z przymusu, aby zapewnić przetrwanie sobie i dzieciom. U Ciebie bohaterowie wyglądają natomiast na zadowolonych z siebie luzaków, nie przejętych zbytnio sytuacją. Nie walczą o przetrwanie tylko o wygodne życie, jak sam zauważyłeś. Jacyś nieludzcy są. I kto ich tak wychował na takich nieczułych skurwieli? Dziadkowie, którzy zajęli się wnukami pod nieobecność zarabiających na rezydencję z lasem rodziców? To fajne opowiadanie, dobrze napisane, ale psychologicznie sporo rzeczy tu nie gra.

Po przeczytaniu spalić monitor.

W porządku. Domyślam się, że we wspomnianym przez Ciebie filmie pokazany jest dramat rodziny chińskiej, która za chlebem wyemigrowała pozostawiając dzieci. I nie widziała ich może latami. Albo wcale. Na pewno jednak o tych dzieciach myślą codziennie, robią to wszystko z przymusu, aby zapewnić przetrwanie sobie i dzieciom.

Opowieść jest trochę bardziej skomplikowana i mniej jednoznaczna.

U Ciebie bohaterowie wyglądają natomiast na zadowolonych z siebie luzaków, nie przejętych zbytnio sytuacją. Nie walczą o przetrwanie tylko o wygodne życie jak sam zauważyłeś.

Wolałbyś żeby snuli się po stacji zawodząc “Cużeśmy uczynili najlepszego?! Nasze słodkie dzieciaczki!”? Po pierwsze, to że ktoś sprawia wrażenie zadowolonego z siebie, niekoniecznie znaczy, że zadowolony z siebie faktycznie jest (nie masz pełnego wglądu w myśli bohaterów, więc można uwzględnić taką ewentualność). Po drugie, mogą być zupełnie nieprzejęci sytuacją: mało to jest porzuconych dzieci na świecie?

Jacyś nieludzcy są

Jestem krańcowo odmiennego zdania.

I kto ich tak wychował na takich nieczułych skurwieli? Dziadkowie, którzy zajęli się wnukami pod nieobecność zarabiających na rezydencję z lasem rodziców?

A kto wychowuje wszystkich złodziei, polityków, morderców, gwałcicieli i drani? Zadziwiająco często zupełnie normalni ludzie. Przeceniasz wpływ rodziców na przyszłość i charakter dzieci, co, jako że sam jesteś rodzicem, jest naturalne i zdrowe, ale nie do końca odpowiada rzeczywistości.

Nie znam się, więc się wypowiem (a potem założę sobie fanklub)

Nie Gary. Nie oczekiwałem tego wszystkiego w opowiadaniu. Jednak zachowanie dwójki bohaterów wydaje mi się zupełnie niewiarygodne psychologicznie. Czytelnika chciałeś zaskoczyć w finale smutną puentą. Do tej smutnej puenty zupełnie nie przystaje wcześniejsze zachowanie postaci według mnie i ich motywacja.

Nie pisałeś przecież opowiadania o nieczułych, pozbawionych instynktów macierzyńskich i tacierzyńskich oraz empatii materialistach (bo byś to musiał zaznaczyć w tekście) tylko o parze normalnych ludzi, pracujących z dala od domu i skazanych na konsekwencje swojego wyboru związane z dylatacją czasu. Ludzi odstawiających “​na zawsze”​ swoje dzieci. I na tym zbudowałeś swoją opowieść i puentę. Ale w takim razie ich zachowanie i wybory wyglądają niewiarygodnie po prostu. Chcą żyć dostatnio i wygodnie po wypełnieniu 5-letniego kontraktu. Ok. Normalka. Ale poświęcają w tym celu swoje rodzicielstwo? Bo akurat oboje są pozbawionymi serca patafianami? I akurat dwójka takich patafianów załapała się do obsady Twojego opowiadania?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nie Gary. Nie oczekiwałem tego wszystkiego w opowiadaniu. Jednak zachowanie dwójki bohaterów wydaje mi się zupełnie niewiarygodne psychologicznie.

Nie obraź się Marasie, doceniam trud jaki wkładasz w wyjaśnianie swoich racji, ale pozostanę przy własnej ocenie wiarygodności psychologicznej zachowania bohaterów (a brzmi ono: jest ok). I nie tylko dlatego, że jestem zarozumiałym dupkiem, ale też dlatego, że znam swoje kompetencje w tym zakresie, a o twoich wiem bardzo niewiele.

Ludziom zdarza się popełniać błędy, zdarza im się zachowywać okrutnie, co niekoniecznie automatycznie robi z nich “pozbawionych serca patafianów”, choć oczywiście jest to opinia światopoglądowa i w pełni akceptuję istnienie wartościowych poglądów rozbieżnych. I o tym też, w pewnym sensie, jest ta króciutka historyjka.

Jeżeli wiarygodność psychologiczna przeszkadza ci w czerpaniu przyjemności z lektury, to zawsze możesz potraktować opowiastkę jako odrealnioną i wykręconą alegorię współczesnych rodzin, gdzie rodzice oddają się pracy, nieświadomie ograbiając potomstwo z dzieciństwa.

 

Nie znam się, więc się wypowiem (a potem założę sobie fanklub)

Przypatruję się tej wymianie argumentów i postanowiłem stanąć po stronie Gary’ego.

Nie wydają mi się rzeczeni rodzice niewiarygodni, bo naturalnym jest, że własne postępowanie się wybiela, uzasadnia, błędy i wypaczenia osobiste usprawiedliwia. I nawet jeśli tu nie ma scen, które by to opisywały, to nie widzę w tym nienaturalności. Pięć lat lat już minęło (według ich licznika) od czasu podjęcia decyzji. Nieodwracalność już się wydarzyła. Na … kij drążyć. Żyjemy dalej.

Mr.maras, piszesz, że “poświęcają w tym celu swoje rodzicielstwo”. Czy to aż takie niezwykłe? Ot, zdarzyło się. Dzieci, wielka rzecz. A to źle im będzie w wielkim domu z basenem? To więcej zabawek się kupi. I playstation nowe. Czy to naprawdę aż tak niewiarygodne?

Ja pewnie bym się tak nie zachował, Ty jak sądzę też. Ale my jesteśmy z innego pokolenia, z innej rzeczywistości. Zwłaszcza, że za naszego dzieciństwa świat był diametralnie inny. Za dwie, trzy generacje będzie pewnie inaczej.

A że “akurat dwójka takich patafianów załapała się do obsady” – to akurat zrozumiałe. Jakby zostali na Ziemi pracując w punkcie serwisującym pralki, nie byliby wdzięcznym obiektem. Chyba że się mylę ;)

 

Czy to jest sygnaturka?

Jeżeli wiarygodność psychologiczna przeszkadza ci w czerpaniu przyjemności z lektury, to zawsze możesz potraktować opowiastkę jako odrealnioną i wykręconą alegorię współczesnych rodzin, gdzie rodzice oddają się pracy, nieświadomie ograbiając potomstwo z dzieciństwa.

Przeszkadza. I jest różnica między pracą od rana do wieczora (zostają jeszcze noce i poranki, weekendy, telefony, wakacje), a porzuceniem ich na całe życie. Można i tak – np. oddać do adopcji. Ale czy wtedy rodzice posyłają pieniądze i pędzą do łoża śmierci prawnuka?

rocktime.pl - zapraszam na moją audycję we wtorek o 19.

Przeszkadza.

A znasz się Staruchu na psychologii, że Ci brak wiarygodności przeszkadza? Czy może po prostu nie gra to z twoim wyobrażeniem, na temat tego, co powinni czuć i jak się zachowywać ludzie?

I jest różnica między pracą od rana do wieczora (zostają jeszcze noce i poranki, weekendy, telefony, wakacje), a porzuceniem ich na całe życie.

Alegorie nie są dosłowne.

Można i tak – np. oddać do adopcji. Ale czy wtedy rodzice posyłają pieniądze i pędzą do łoża śmierci prawnuka?

Nie pędzili do łoża śmierci, i niby czemu nie mieliby wysyłać pieniędzy, przecież ktoś za coś musiał utrzymywać ich rezydencję?

Nie znam się, więc się wypowiem (a potem założę sobie fanklub)

Tak się znam na psychologii, jak ty, Gary, na obsłudze stacji kosmicznych.

Jak na alegorię, zbyt szczegółowa, zbyt realistyczna ta historia.

I dalej – jak interesuje ich tylko rezydencja, to po co im kompletnie nieznani lokatorzy? I czemu, zamiast wezwać ekipę eksmitującą, udają się zlustrować omal nieboszczyka? Przecież ich gość kompletnie nie obchodzi, a jeśli się okaże podobny do pradziadków? Po co budzić sumienie niepotrzebnie?

Toteż – cały czas w szczegółach zgrzyta.

Aha, w poście jest poprawnie, w opowiadaniu – nie. Udaje się “do łoża”, a nie “pod łoże”.

rocktime.pl - zapraszam na moją audycję we wtorek o 19.

O kompetencjach nie będę dyskutował. Nie jestem psychologiem. Ale chyba nie kierujesz swojego opowiadania wyłącznie do grona kompetentnych psychologów? Zapytam za to ile masz dzieci.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Tak się znam na psychologii, jak ty, Gary, na obsłudze stacji kosmicznych.

I dlatego też nie traktuję twojej opinii na ten temat śmiertelnie poważnie.

Jak na alegorię, zbyt szczegółowa, zbyt realistyczna ta historia.

Bo nie była pisana jako alegoria. Ale może być tak odczytywana, jak ktoś lubi sobie nadinterpretować. Ja bym tego nie robił, jedynie usłużnie wskazałem furtkę umożliwiającą czerpanie przyjemności z lektury, dla osób, którym psychologia postaci się nie widzi.

I dalej – jak interesuje ich tylko rezydencja, to po co im kompletnie nieznani lokatorzy?

Ale kto powiedział, że interesuje ich tylko rezydencja? Jakiś jesteś dzisiaj zero-jedynkowy. Przecież mogli wysyłać pieniądze i dlatego, że zależało im na dostatku potomstwa, i dlatego, żeby uspokoić wyrzuty sumienia i dlatego, że chcieli mieć dokąd wrócić, po zakończeniu kontraktu. Te motywacje się przecież wzajemnie nie wykluczają.

Toteż – cały czas w szczegółach zgrzyta.

Być może, ale w tym konkretnym przypadku mam wrażenie, że to bardziej problem odbiorcy, niż tekstu.

 

@mr.maras

O kompetencjach nie będę dyskutował. Nie jestem psychologiem.

A ja jestem.

Ale chyba nie kierujesz swojego opowiadania wyłącznie do grona kompetentnych psychologów?

Podejrzewam, że wkradło się tu drobne nieporozumienie. Ja nie kieruję opowiadania do nikogo, napisałem je, bo miałem ochotę coś sobie napisać. Inna sprawa, czy chciałbyś, żebym zignorował to co wiem na temat ludzkich charakterów i zachowań, po to tylko, żeby przypodobać się potencjalnym odbiorcom, którzy nie dysponują taką wiedzą? Jakby ci ktoś pod opowiadaniem o bitwie kosmicznej napisał, że wszystko fajnie, tylko za mało eksplozji i lasery powinny bardziej brzęczeć, to wprowadziłbyś sugerowane modyfikacje?

Zapytam za to ile masz dzieci.

Nie mam dzieci. Nic mi na ten temat nie wiadomo, w każdym razie. Nawet nie planuję, bo jak one by niby miały ze mną wytrzymać.

Czy uważasz, że to, że masz dzieci uprawnia cię do wypowiadania się na temat uczuć, priorytetów i pragnień wszystkich rodziców?

 

Nie znam się, więc się wypowiem (a potem założę sobie fanklub)

Pytanie o dzieci zadałem z powodu tego, że w dyskusji lubisz podważać kompetencje komentującego powołując się na swoje wykształcenie. Ale jeśli nie masz dzieci, to Twoje kompetencje w zakresie rodzicielstwa i pisania o zagadnieniach z tym związanych są niewielkie moim zdaniem i powinieneś omijać takie tematy. Oczywiście idąc Twoim tokiem rozumowania. Ot, trochę teorii liznąłeś według mnie i nic nie wiesz. Jednak daleko mi od takich stwierdzeń. Jeśli czytelnik zwraca uwagę (nie jeden czytelnik), że coś jest nie tak z wiarygodnością psychologiczną postaci, to nie szedłbym na Twoim miejscu w zaparte powołując się na jakieś teoretyczne psychologiczne przygotowanie. 

Jeśli masz dzieci to nie wiem dlaczego tego zupełnie nie widać w tekście o porzuceniu potomstwa. 

 

edit. Ostatnie zdanie przestało być aktualne.

edit.2. Przydałoby się żebyś zaznaczał jakoś, że edytujesz swoje posty.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Pytanie o dzieci zadałem z powodu tego, że w dyskusji lubisz podważać kompetencje komentującego powołując się na swoje wykształcenie.

Przepraszam, ale nie jestem fanem poprawności politycznej. Nie chcę i nie będę udawał, że traktuję poważnie opinie dotyczące wiarygodności psychologicznej wygłaszane przez kogoś, kto nie ma pojęcia o psychologii.

Ale jeśli nie masz dzieci, to Twoje kompetencje w zakresie rodzicielstwa i pisania o zagadnieniach z tym związanych są niewielkie moim zdaniem i powinieneś omijać takie tematy.

Ale ja nie pisałem o rodzicielstwie. Pisałem o jego braku, nie zwróciłeś uwagi? A na niebyciu rodzicem znam się całkiem nieźle.

Jeśli czytelnik zwraca uwagę (nie jeden czytelnik), że coś jest nie tak z wiarygodnością psychologiczną postaci, to nie szedłbym na Twoim miejscu w zaparte powołując się na jakieś teoretyczne psychologiczne przygotowanie. 

Mam wrażenie, że twoje własne doświadczenia i emocje przesłaniają Ci trochę świat. Myślisz, że nie rozmawiałem z matkami, które nienawidziły swoich dzieci? Z ojcami, którzy od momentu urodzenia dziecka marzyli przede wszystkim o tym, żeby uciec na bezludną wyspę? Że tacy ludzie nie istnieją, albo że są jakimiś komiksowymi czarnymi charakterami, ze swastykami wytatuowanymi na czołach i złowrogimi kozimi bródkami?

Nie znam się, więc się wypowiem (a potem założę sobie fanklub)

Mam wrażenie, że twoje własne doświadczenia i emocje przesłaniają Ci trochę świat. Myślisz, że nie rozmawiałem z matkami, które nienawidziły swoich dzieci? Z ojcami, którzy od momentu urodzenia dziecka marzyli przede wszystkim o tym, żeby uciec na bezludną wyspę? Że tacy ludzie nie istnieją, albo że są jakimiś komiksowymi czarnymi charakterami, ze swastykami wytatuowanymi na czołach i złowrogimi kozimi bródkami?

​W świetle Twojego stosunku do czytelnika i jego opinii na temat psychologii postaci w tym przypadku, to w świetle mojego doświadczenia jako ojca jesteś teoretykiem Gary. O uczuciach rodzicielskich poczytałeś i pogadałeś. Sam ich nie znasz. Moje emocje nie mają z tym nic wspólnego. Niewiarygodność postaci polega właśnie na tym, że nie przedstawiałeś w opowiadaniu losów takich osób o jakich wspominasz. Nigdzie w tekście o tym nie piszesz. To są normalne osoby, które zachowują się niewiarygodnie dla mnie jako czytelnika. Gdybyś gdzieś zaznaczył, że chodzi o jakieś osoby z zaburzeniem podstawowych instynktów, albo że o tym właśnie jest to opowiadanie, to bym uwierzył w nie, kupił ich zachowanie. Ale Ty całą puentę opierasz na tym “szoku”​ jaki ma wywołać ich powrót do domu z umierającym prawnukiem. Mamy się jako czytelnicy zastanowić jakie to okrutne i smutne. A co to za smutek skoro rodzice w twoim tekście mają w dupie dzieci i zarabiają na rezydencję? 

Po przeczytaniu spalić monitor.

To są normalne osoby, które zachowują się niewiarygodnie dla mnie jako czytelnika.

A ja przyjąłem twoją opinię, podziękowałem i pozwoliłem sobie się z nią całkowicie nie zgodzić. Nie wiem, czego więcej ode mnie w tej materii oczekujesz.

Niewiarygodność postaci polega właśnie na tym, że nie przedstawiałeś w opowiadaniu losów takich osób o jakich wspominasz. Nigdzie w tekście o tym nie piszesz. To są normalne osoby, które zachowują się niewiarygodnie dla mnie jako czytelnika.

“Normalne” osoby też porzucają dzieci. Jeżeli jest to dla Ciebie niewiarygodne psychologicznie, to nawet nie wiesz, jak bardzo Ci zazdroszczę.

Mamy się jako czytelnicy zastanowić jakie to okrutne i smutne.

Skąd ten pomysł? Ja tylko opowiadam historyjki, to co, i czy w ogóle coś, będzie czuł czytelnik, zależy wyłącznie od czytelnika. Można się smucić, można się cieszyć, można się skrzywić z niesmakiem czy palnąć w czoło, krzycząc “co za durnota!’.

Nie znam się, więc się wypowiem (a potem założę sobie fanklub)

No dobrze. Z mojej strony to koniec dyskusji. Jak pisałem, opowiadanie mi się podoba. Dobrze i fajnie piszesz Gary. Do zachowanie postaci mnie nie przekonałeś. Myślę, że i bez mojego głosu możesz dostać za swój tekst nominację do piórka. Powodzenia!

Po przeczytaniu spalić monitor.

No dobrze. Z mojej strony to koniec dyskusji. Jak pisałem, opowiadanie mi się podoba. Dobrze i fajnie piszesz Gary. Do zachowanie postaci mnie nie przekonałeś. Myślę, że i bez mojego głosu możesz dostać za swój tekst nominację do piórka. Powodzenia!

Było miło. Piórka nie są mi szczególnie do szczęścia potrzebne, więc nic się nie przejmuj. Miłego weekendu!

Nie znam się, więc się wypowiem (a potem założę sobie fanklub)

Bardzo dobre opowiadanie, Gary. Weterani inżynierii są przekonujący w swych naprawach. :) Ładnie wplotłeś kilka planetarnych smaczków o zmniejszonej grawitacji. ;) Nie rozumiem więc, Gary, dlaczego czasem wydajesz mi się sfrustrowany. Spokojnie mógłbyś wydać książkę, pewnie niejedną. I średnie nakłady ładnie by się rozchodziły. Jeśli zaś marzysz o napisaniu wiekopomnego dzieła, takiego co to napisać i umrzeć, to rzeczywiście możesz być sfrustrowany. :) Praktycznie nie mam uwag, lubię takie opowiadania, do których nie mogę się przyczepić. To była przyjemna lektura.

Jestem jednak zaskoczony, że dałeś się wciągnąć w dyskusję… Czasami na koniec długiego opowiadania, niekoniecznie zgadzam się z finałem, inaczej wyobrażając sobie reakcję “po przejściach”. Ale dyskutować i poddawać w wątpliwość bohaterów, których dostajemy na początku? Dałeś nam Ankę i Wolfa takimi, a nie innymi. Nic nie wiemy o ich dzieciństwie, przejściach i łatwym czy trudnym życiu. Też jestem ojcem i co z tego. Dyskusja na ich temat to jak dyskusja o pasażerach z naszego przedziału w pociągu, czy porzuciliby swoje dzieci, czy nie? Czy zabiliby dla pieniędzy, czy nie? Zadziwiające, jak niektórzy nie mogą się pogodzić z tym, że świat potrafi funkcjonować niezgodnie z ich wyobrażeniem.

 

Mam wrażenie, że zrozumiałam opowiadanie zupełnie inaczej, niż wcześniej komentujący. Choć nigdzie nie jest to napisane wprost, byłam przekonana, że Anna i Wolf, kiedy już zalegli w kabinach hibernacyjnych, przysnęli tam na dłużej i obudzili się kilkadziesiąt lat później, niż było w planie. Dlatego na widok dziewczyny w drzwiach rezydencji, myśląc że to córka, chcieli ją i wyściskać, i wycałować, i pogłaskać.

I nawet kiedy szli po schodach to jeszcze nie wiedzieli, co zastaną na piętrze.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zadziwiające, jak niektórzy nie mogą się pogodzić z tym, że świat potrafi funkcjonować niezgodnie z ich wyobrażeniem.

Darconie, czemuż więc wychodzisz z domu nieuzbrojony co najmniej w colta? Przecież zawsze może cię napaść sąsiad, któremu znienacka palma odbije. Nie wychodzisz tak uzbrojony? Aha, bo prawdopodobieństwo takiego incydentu jest małe. Ludzie jednak generalnie funkcjonują zgodnie z naszymi wyobrażeniami.

Tak też jest z bohaterami tego opowiadania. Mili, sympatyczni ludzie. Porzucili dzieci – ich sprawa. Ale nagle przypominają sobie o istnieniu prawnuka i pędzą do jego mar. Albo – albo! To jakby Hannibal Lecter nagle ronił krokodyle łzy nad wątróbką, bo to organ był miłej matki dzieciom. Historia dwóch sympatycznych i miłych osób przeczy swej puencie. Albo mieli dzieci w dupie i prawnuka mają też, albo nie mają, ale wtedy nie porzuciliby bliźniaków.

Tu jest ten zgrzyt!

rocktime.pl - zapraszam na moją audycję we wtorek o 19.

Darconie, czemuż więc wychodzisz z domu nieuzbrojony co najmniej w colta? Przecież zawsze może cię napaść sąsiad, któremu znienacka palma odbije. Nie wychodzisz tak uzbrojony? Aha, bo prawdopodobieństwo takiego incydentu jest małe. Ludzie jednak generalnie funkcjonują zgodnie z naszymi wyobrażeniami.

Wiem, że to nie do mnie, ale włączę się, bo mam wrażenie, że operujemy tymi samymi określeniami, ale przypisujemy im odmienne znaczenia. Czy postać sąsiada, któremu odbija nagle palma i rzuca się na kogoś znienacka z nożem, jest wiarygodna psychologicznie? Dla mnie jest. Ludzie robią takie rzeczy. Chociaż oczywiście, nie jest to dla ludzi typowe. Tak samo, jak typowe nie jest zachowanie bohaterów opowiadania.

Nie znam się, więc się wypowiem (a potem założę sobie fanklub)

Też mi się podoba taki styl narracji i zachowanie realizmu. Zakończenie zinterpretowałem jak Regulatorzy.

Co do opisu postury Wolfa, to też mi to zgrzytało, mimo tego, że miałem z tyłu głowy względność oceny.

"Czy sarny się tną, czy jeżozwierz, czy pancernik? Żadne zwierzę... w naturze." ~ J. K. Dębski

Całkiem interesujący tekst, puenta mnie zaskoczyła.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

@Gary – ależ można sobie wyobrazić, że komuś odbija palma. Ale takie prowadzenie narracji, które sugeruje, że to opowieść o skutkach dylatacji czasu, gdy naprawdę jest o uczuciach rodzicielskich albo na odwrót, uważam za nieuczciwe ze strony twórcy. Co innego, gdyby pisarz jakoś sygnalizował, że to opowieść o “psychologicznej nietypowości”. A tu czuję się tak, jakby pod koniec “Dzieci z Bullerbyn” Lisa znienacka podpaliła wszystkie trzy zagrody z lokatorami w środku, bo “palma jej odbiła”. W tak krótkim tekście takie zagranie to niczym nieuzasadnione “deus ex machina”. Ale – można i tak, acz psuje to przyjemność (całkiem dobrze napisanego skądinąd) opowiadania.

rocktime.pl - zapraszam na moją audycję we wtorek o 19.

Zgadzam się z zastrzeżeniami Marasa.

Ale sprytnie uniknę psychologii, na której się nie znam, i przeprowadzę atak z innej strony: z czego utrzymywano bliźniaki i posiadłość, kiedy rodzice dopiero lecieli do roboty i jeszcze nie otrzymywali pensji?

Wydaje mi się dziwnym pomysłem kupowanie już teraz domu, w którym zamierza się zamieszkać za jakieś półtora wieku. Przecież to rudera będzie.

Zapis dialogów do remontu.

Babska logika rządzi!

@Finkla

Ale sprytnie uniknę psychologii, na której się nie znam, i przeprowadzę atak z innej strony: z czego utrzymywano bliźniaki i posiadłość, kiedy rodzice dopiero lecieli do roboty i jeszcze nie otrzymywali pensji?

Z pozostałej części zaliczki bądź z transz, wypłacanych przez pracodawcę w poczet przyszłych pensji. To już trochę zakrawa na szukanie dziury w całym. Naprawdę muszę wspominać w tekście, że główni bohaterowie nie byli skończonymi kretynami, którzy kupiliby posiadłość, tylko po to, żeby padła łupem komornika, zaraz po ich odlocie?

Wydaje mi się dziwnym pomysłem kupowanie już teraz domu, w którym zamierza się zamieszkać za jakieś półtora wieku. Przecież to rudera będzie.

Podobno wybudowany w 1866 roku.

Zapis dialogów do remontu.

Jak zawsze, obawiam się, że nigdy już się nie nauczę ;)

Nie znam się, więc się wypowiem (a potem założę sobie fanklub)

Ale masz wykształcenie ekonomiczne albo chociaż długi staż pracy w agencji obrotu nieruchomościami, że podejmujesz dyskusję? ;-)

Jeśli pracodawca buli także przez kilkadziesiąt lat lotu, to ja nigdy nie widziałam takiego dziwnego rynku pracy. A co, gdyby firma w międzyczasie zbankrutowała? To nie jest trudne, jeśli co dziesiąty pracownik umrze w wyniku wypadku w drodze do roboty albo chociaż się rozchoruje na tyle poważnie, że wymaga operacji. Jeny, jakie oni muszą płacić koszmarne stawki ubezpieczeniowe…

Bardzo drogo ten biznes wychodzi. Znacznie taniej byłoby zbudować stację kosmiczną znacznie bliżej Ziemi, a nie w środku niczego. A jeśli to nie jest środek, bo obok jest jakaś kolonia, to tam rekrutować pracowników.

Naprawdę muszę wspominać w tekście, że główni bohaterowie nie byli skończonymi kretynami, którzy kupiliby posiadłość, tylko po to, żeby padła łupem komornika, zaraz po ich odlocie?

Nooo, jeśli kupili chałupę tylko po to, żeby za nią płacić przez wiele dziesiątek lat, to nie mam o nich dobrego zdania. Jakaś w miarę pewna inwestycja, pakiet akcji, ziemia, ale nie coś bezużytecznego, a wymagającego nakładów. Jakie pochłonął domek na ilustracji.

Babska logika rządzi!

Ale masz wykształcenie ekonomiczne albo chociaż długi staż pracy w agencji obrotu nieruchomościami, że podejmujesz dyskusję? ;-)

​Miałem już milczeć pod tym opowiadaniem, ale mi się uśmieszek bezczelny w kąciku ust pojawił i nie zdzierżyłem. W punkt, Finklo! ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ale masz wykształcenie ekonomiczne albo chociaż długi staż pracy w agencji obrotu nieruchomościami, że podejmujesz dyskusję? ;-)

A mieszkałaś kiedyś w ponad stuletnim domu?

Jeśli pracodawca buli także przez kilkadziesiąt lat lotu, to ja nigdy nie widziałam takiego dziwnego rynku pracy.

No jasne, że nie widziałaś, bo nie kolonizujemy innych planet. Zauważ, jedynie, że obecnie jakoś opłaca się firmom wysyłać inżynierów na dość egzotyczne, często otoczone niebezpieczeństwami, placówki i jeszcze płacić im bajońskie sumy. Oczekujesz, że w opowiadaniu na dziesięć tysięcy znaków będę zagłębiał się w szczegółowe opisywanie modelu ekonomicznego przyszłości i zasad funkcjonowania rynku pracy? Jeżeli tak, to najuprzejmiej przepraszam i przyjmuję krytykę: opowiadanie może zostać odebrane jako niewiarygodne finansowo i ekonomicznie. Tylko kogo to, poza tobą, właściwie obchodzi?

A co, gdyby firma w międzyczasie zbankrutowała? To nie jest trudne, jeśli co dziesiąty pracownik umrze w wyniku wypadku w drodze do roboty albo chociaż się rozchoruje na tyle poważnie, że wymaga operacji.

To dotyczy każdej firmy. A gdyby tu było przedszkole, w przyszłości?

Jeny, jakie oni muszą płacić koszmarne stawki ubezpieczeniowe…

Muszą, ale co z tego właściwie wynika?

Bardzo drogo ten biznes wychodzi.

A mimo wszystko najwyraźniej się opłaca.

Znacznie taniej byłoby zbudować stację kosmiczną znacznie bliżej Ziemi, a nie w środku niczego. A jeśli to nie jest środek, bo obok jest jakaś kolonia, to tam rekrutować pracowników.

Stacja funkcjonuje po to, żeby doglądać koloni, więc nie, nie dałoby się zbudować jej bliżej Ziemi. Kolonia jest nowa, co zostało zaznaczone w tekście. Nie ma ani kadry, ani infrastruktury, żeby kadrę wyekspediować na orbitę.

Nooo, jeśli kupili chałupę tylko po to, żeby za nią płacić przez wiele dziesiątek lat, to nie mam o nich dobrego zdania. Jakaś w miarę pewna inwestycja, pakiet akcji, ziemia, ale nie coś bezużytecznego, a wymagającego nakładów. Jakie pochłonął domek na ilustracji.

Czuję, że się powtarzam: nie kupili chałupy wyłącznie po to, żeby płacić za nią przez wiele dziesiątek lat. Podoba mi się podanie pakietu akcji jako przykładu pewnej inwestycji. Jesteś pewna, że na finansach i rynku pracy znasz się lepiej ode mnie?

 

@mr.maras

W punkt, Finklo! ;)

Obawiam się, że nawet nie w tarczę :(

 

Nie znam się, więc się wypowiem (a potem założę sobie fanklub)

Gary, żeby wszystko było jasne, ja się nie wyzłośliwiam. Opowiadanie bardzo mi się podoba. Zazgrzytał mi pewien aspekt i o tym napisałem. Rozpoczęła się ciekawa dyskusja (każdy autor na tym portalu marzy o ożywionej dyskusji pod swoim opowiadaniem), bo o tym tekście warto dyskutować. Jak dla mnie będzie miało nominację za listopad. Wiem, wiem, na piórkach, podobnie jak na poprawnej interpunkcji Ci nie zależy za bardzo.

Każdy autor broni swojego dzieła. To zrozumiałe. Ty jednak masz specyficzną linię obrony swojego zdania. Zauważyłem to także pod innymi tekstami. Deprecjonujesz wiedzę interlokutorów. Podważasz ich kompetencje. O ile w kwestiach psychologicznych, z racji wykształcenia teoretycznego, możesz rzucać z góry kamieniami i lać wrzący olej to w innych kwestiach robi się zabawnie.

Jesteś pewna, że na finansach i rynku pracy znasz się lepiej ode mnie?

​To finansistą też jesteś? Powiem z sympatią: Gary, przestań robić za omnibusa ;). Nie jesteś jedyną osobą na portalu, która coś wie, o czymś czytała czy coś przeżyła i może podjąć dyskusję z Tobą na dowolny temat. Sięganie po argument “ja wiem lepiej i już”​ to kiepska taktyka. O dzieciach (ich braku) wspomniałem tylko dlatego, że powołując się na swój zawód podważałeś moje kompetencje do wypowiadania się na temat moich odczuć podczas lektury. Idąc Twoim tokiem rozumowania, jako ojciec mam takie samo prawo podważać Twoje, w kwestii rodzicielstwa. 

A taka poza: a mi i tak to wisi, na uznaniu mi nie zależy, piórka mam gdzieś, wrzucam ale mam gdzieś co czytelnik powie, nawet ten wstęp nad powyższym tekstem, to wszystko jakieś niepoważne jest trochę na faceta, który tak dobrze pisze. Gdybyś pisał tylko dla siebie, to by skończyło w szufladzie. Po co tak się krygować (to może nie do końca właściwe określenie).

Po przeczytaniu spalić monitor.

Gary, żeby wszystko było jasne, ja się nie wyzłośliwiam.

Nie dąsałbym się, nawet gdybyś się wyzłośliwiał. Nie mam nic przeciwko zdrowej dawce złośliwości. Ożywia dyskusję.

Ty jednak masz specyficzną linie obrony swojego zdania. Zauważyłem to także pod innymi tekstami. Deprecjonujesz wiedzę interlokutorów. Podważasz ich kompetencje.

Dlatego, że doskonale wiem, jakie ludzie potrafią wypisywać bzdury. Nigdy nie uznam czyjejś racji, o ile nie przekona mnie argumentami merytorycznymi (o to trudno, wiadomo, jesteśmy w Internetach) albo nie uznam, że ktoś jest w jakiejś dziedzinie autorytetem (a o to jeszcze trudniej).

O ile w kwestiach psychologicznych, z racji wykształcenia teoretycznego, możesz rzucać z góry kamieniami i lać wrzący olej to w innych kwestiach robi się zabawnie.

Ale to źle, że robi się zabawnie? Ja tam lubię się dobrze bawić.

To finansistą też jesteś? Powiem z sympatią: Gary, przestań robić za omnibusa ;)

Dzięki bogu, nie jestem. Nie wiem jak Finkla, bo nie znam jej wykształcenia ani kompetencji zawodowych. Przykład z pakietem akcji wydał mi się jednak odrobinę podejrzany w ustach kogoś rzekomo znającego się na rzeczy. Oczywiście, mogę się mylić.

Nie jesteś jedyną osobą na portalu, która coś wie, o czymś czytała czy coś przeżyła i może podjąć dyskusję z Tobą na dowolny temat. Sięganie po argument “ja wiem lepiej i już” to kiepska taktyka.

Dlaczego kiepska? Jak dotąd sprawdza się doskonale.

O dzieciach (ich braku) wspomniałem tylko dlatego, że powołując się na swój zawód podważałeś moje kompetencje do wypowiadania się na temat moich odczuć podczas lektury. Idąc Twoim tokiem rozumowania, jako ojciec mam takie samo prawo podważać Twoje, w kwestii rodzicielstwa. 

Czy to dobry moment żeby wspomnieć o mojej rozległej wiedzy z zakresu psychologii rozwojowej i badań Piageta? ;) A poważnie, jak najbardziej, masz prawo podważać moje kompetencje w zakresie rodzicielstwa. Nie widzę w tym nic złego.

A taka poza: a mi i tak to wisi, na uznaniu mi nie zależy, piórka mam gdzieś, wrzucam ale mam gdzieś co czytelnik powie, nawet ten wstęp nad powyższym tekstem, to wszystko jakieś niepoważne jest trochę na faceta, który tak dobrze pisze. Gdybyś pisał tylko dla siebie, to by skończyło w szufladzie.

Mam wrażenie, że możesz przeceniać powagę. Fantastyka nie jest specjalnie poważna. Zresztą, możesz też nie dostrzegać zależności pomiędzy moim stosunkiem do krytyki i pseudowyróżnień, a jakością mojej pisaniny.

Po co tak się krygować (to może nie do końca właściwe określenie).

Bo nie uważam pisania opowiastek o kosmitach i elfach za szczególny powód do dumy, czy zadowolenia z siebie. Ba, sądzę nawet, że to dość smutne, że tyle osób (mnie nie wyłączając) poświęca ogrom pracy i energii na kreowanie światów we własnych głowach, zamiast wykorzystać upór i wyobraźnię do wzięcia się za bary ze światem rzeczywistym.

My tu o wiarygodności zmyślonych postaci, a ktoś w Afryce właśnie obcina dzieciom ręce.

Nie znam się, więc się wypowiem (a potem założę sobie fanklub)

A mieszkałaś kiedyś w ponad stuletnim domu?

Co Ty, nie stać mnie. Czekaj, jak by się tak zastanowić… Mieszkałam kiedyś w “kwartirze” w “dorewolucjonnoj” kijowskiej kamienicy. Nie jestem pewna, czy wtedy już miała sto lat, ale nie mogę tego wykluczyć. Instalację elektryczną miała śmieszną – kiedy podłączałam czajnik do niewłaściwego gniazdka, wywalało korki. Gdybym mieszkała tam na stałe, pewnie trzeba by było ją wymienić. Nie, dziękuję.

No jasne, że nie widziałaś, bo nie kolonizujemy innych planet.

Ale to jeszcze nie powód, żeby rynek oferował pracownikom (nie tak znowu rewelacyjnie wykwalifikowanym, żeby mieli monopol) więcej kasy, niż jest to konieczne. Młode, bezdzietne małżeństwo/ para gejów zgodziłoby się na niższe płace, bo nie musiałoby płacić za utrzymanie dzieci i rezydencję. I to oni by polecieli.

Zauważ, jedynie, że obecnie jakoś opłaca się firmom wysyłać inżynierów na dość egzotyczne, często otoczone niebezpieczeństwami, placówki i jeszcze płacić im bajońskie sumy.

Zauważam. Ale inżynierom płaci się przez czas pracy, a nie kilkadziesiąt lat wysokich wynagrodzeń w zamian za pięć lat pracy.

 

Bankructwo firmy. Zwróć uwagę, że ponoszą horrendalne koszty – co pięć lat wysyłają dwójkę mechaników. I każdemu płacą potworną kasę, mimo że w danym momencie pracują tylko dwie osoby. Kto za to płaci w ostatecznym rachunku? Komu zależy, żeby satelity w pobliżu kolonii (jeszcze za młodej, żeby latała, jak sam twierdzisz) były sprawne? Kolonii? Oni dopiero się rozwijają, a pogodę można prognozować z powierzchni. Ziemi? Naprawdę drogo jak za wścibskość. Niezależnie od klienta – pierwsze dochody firmy pojawiają się dopiero kilkadziesiąt lat po wysłaniu pierwszej pary. A w międzyczasie trzeba “wyposażyć” dziesiątki mechaników. Kto łyknie takie wydatki na rozruch? Jaki prezes/ zarząd podpisze umowę, z której zyski pojawią się dopiero po śmierci właścicieli przedsiębiorstwa?

Niewiele przedsiębiorstw przeżywa dłużej niż sto lat.

 

Ot, sądzę, że dążąc do zaskoczenia odbiorcy puentą, rozminąłeś się ze zdrowym rozsądkiem. Dotychczas ludzie zwracali uwagę na psychologię postaci, ale nie chcesz omawiać tematu z laikami, więc wzięłam inny aspekt, potraktowany jeszcze gorzej.

 

Nie ma sensu tłumaczyć Ci po kolei każdego drobiazgu. Tak się złożyło, że akurat czytam sobie wynurzenia Adama Smitha. Ładnie wyjaśnia podstawy dziewiętnastowiecznego kapitalizmu. Nie będę wymagać, żebyś kończył studia ekonomiczne. Wystarczy, że przeczytasz “Bogactwo narodów”, zanim wrócisz do dyskusji. W międzyczasie wczuwaj się w rolę swoich oponentów.

 

Jesteś pewna, że na finansach i rynku pracy znasz się lepiej ode mnie?

Nie wiadomo, prawda? Bo jeśli przypadkiem kończyłam studia z tym związane, to mam niepodważalną rację. N’est-ce pas?

Babska logika rządzi!

Edit. Usunąłem swój poprzedni post bo mijał się z tematem.

 

Dlatego, że doskonale wiem, jakie ludzie potrafią wypisywać bzdury. Nigdy nie uznam czyjejś racji, o ile nie przekona mnie argumentami merytorycznymi (o to trudno, wiadomo, jesteśmy w Internetach) albo nie uznam, że ktoś jest w jakiejś dziedzinie autorytetem (a o to jeszcze trudniej).

Bo nie uważam pisania opowiastek o kosmitach i elfach za szczególny powód do dumy, czy zadowolenia z siebie. Ba, sądzę nawet, że to dość smutne, że tyle osób (mnie nie wyłączając) poświęca ogrom pracy i energii na kreowanie światów we własnych głowach, zamiast wykorzystać upór i wyobraźnię do wzięcia się za bary ze światem rzeczywistym.

​No właśnie Gary. Jak to w końcu jest. Traktujemy to pisanie tutaj zbyt poważnie, czy z przymrużeniem oka. Uważam, że jako czytelnik tekstu zamieszczonego na forum, gdzie ludzie komentują opowiadania, mogę wyrazić swoje wątpliwości i odczucia na temat niewiarygodności psychologicznej. Zwykłe odczucia, intuicyjne, czytelnicze. Ty zaś walisz zaraz z armaty swoim wykształceniem i deprecjonujesz opinię laika. Z drugiej strony to wszystko tutaj uważasz za nieistotną zabawę, oderwaną od rzeczywistości dyskusję o pierdołach. Zatem wiedz, że ja nie wnikam aż tak głęboko w pierdołę, którą tutaj zamieściłeś, żeby przywoływać badania Piageta i psychologię rozwojową. Ja wyrażam swoje odczucia jako czytelnik. I jako czytelnik uważam, że coś tu psychologicznie zgrzyta. Co mnie dziwi, gdy sobie uświadomiłem, jak wykształcony i zorientowany w badaniach Piageta* autor napisał opowiadanie… ;)​

 

Edit. * cokolwiek to jest i czegokolwiek dotyczy.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Żadne z Was nie odpuszcza na nawet na krok, więc proszę, odpuście. ;) Dyskutujecie na tematy, gdzie zawsze można mieć odmienne zdanie. Od dwóch dni walczycie, a przecież wiadomo, że żadne z Was nie głosi się przegranym.

Dlaczego Darconie? Ja ogłaszam się przegranym. Przecież badania Piageta dokładnie dokumentują i argumentują zachowanie postaci w opowiadaniu. Nie mogę z tym polemizować. Składam więc broń.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Zawsze to coś, zaliczam poddanie przez ukrytą ironię. Podda się jeszcze jedno i będzie po walce. Może w końcu (w niedzielę) wyjdzie słońce zza chmur, fizycznie i metaforycznie.

Co Ty, nie stać mnie. Czekaj, jak by się tak zastanowić… Mieszkałam kiedyś w “kwartirze” w “dorewolucjonnoj” kijowskiej kamienicy. Nie jestem pewna, czy wtedy już miała sto lat, ale nie mogę tego wykluczyć. Instalację elektryczną miała śmieszną – kiedy podłączałam czajnik do niewłaściwego gniazdka, wywalało korki. Gdybym mieszkała tam na stałe, pewnie trzeba by było ją wymienić. Nie, dziękuję.

Przegapiłaś dowcip Finklo. Ty bawiłaś się we mnie, więc ja zabawiłem się w mr.marasa.

Ale to jeszcze nie powód, żeby rynek oferował pracownikom (nie tak znowu rewelacyjnie wykwalifikowanym, żeby mieli monopol) więcej kasy, niż jest to konieczne.

Widomo, każdy inżynier ma po kilka patentów, a ponadto wiadomo, inżynierów znających się systemach i urządzeniach utrzymujących stacje kosmiczne na chodzie, to jak, nie przymierzając: psychologów i ekonomistów.

Zauważam. Ale inżynierom płaci się przez czas pracy, a nie kilkadziesiąt lat wysokich wynagrodzeń w zamian za pięć lat pracy.

Dopowiadasz sobie i to w bardzo nieładny, czepialski sposób. Firma mogła płacić jedynie za pięć lat faktycznej pracy, z tym, że mogła na ten przykład połowę zapłacić z góry. A co do płacenia za czas pracy to jest to niestety bzdura: płaci się też za gotowość do pracy (na przykład mnie, w tej właśnie chwili) i za podróże służbowe.

Ot, sądzę, że dążąc do zaskoczenia odbiorcy puentą, rozminąłeś się ze zdrowym rozsądkiem. Dotychczas ludzie zwracali uwagę na psychologię postaci, ale nie chcesz omawiać tematu z laikami, więc wzięłam inny aspekt, potraktowany jeszcze gorzej.

A ja uważam, że się czepiasz, bo chcesz mnie utemperować za mój lekceważący stosunek do krytyki. Uważam też, że to słodkie, że sądzisz, że jesteś w stanie :)

Pamiętasz, jak uznałaś, którąś z moich głupiutkich scenek za niewiarygodną, bo drzwi w mieszkaniu, nie miały szybki?

Nie ma sensu tłumaczyć Ci po kolei każdego drobiazgu. Tak się złożyło, że akurat czytam sobie wynurzenia Adama Smitha. Ładnie wyjaśnia podstawy dziewiętnastowiecznego kapitalizmu. Nie będę wymagać, żebyś kończył studia ekonomiczne.

Ty to musisz mieć ciekawe życie. Jak nie forum NF, to książki o ekonomii.

Nie wiem zresztą o co Ci chodzi, przecież w poprzednim poście przyznałem Ci rację, pisząc, że opowiadanie może zostać odebrane jako niewiarygodne finansowo i ekonomicznie.

W międzyczasie wczuwaj się w rolę swoich oponentów.

Nie da rady. Musiałabyś być odrobinkę dowcipniejsza.

Nie wiadomo, prawda? Bo jeśli przypadkiem kończyłam studia z tym związane, to mam niepodważalną rację. N’est-ce pas?

Jeżeli skończyłaś studia ekonomiczne i uważasz, że zaprezentowane w historyjce wydarzenia nie mają prawa się wydarzyć w żadnym z możliwych wariantów przyszłości, to jak najbardziej jestem w stanie przyznać Ci rację. Nie widzę też w tym nic dziwnego. To chyba normalne, że człowiek który poświęcił x lat studiów na naukę, wie więcej w danej materii od kogoś, kto przeczytał jedną czy dwie książki zahaczające o temat?

 

edit

@mr.maras

No właśnie Gary. Jak to w końcu jest. Traktujemy to pisanie tutaj zbyt poważnie, czy z przymrużeniem oka. Uważam, że jako czytelnik tekstu zamieszczonego na forum, gdzie ludzie komentują opowiadania, mogę wyrazić swoje wątpliwości i odczucia na temat niewiarygodności psychologicznej. Zwykłe odczucia, intuicyjne, czytelnicze. Ty zaś walisz zaraz z armaty swoim wykształceniem i deprecjonujesz opinię laika.

Ale w czym jest problem, Marasie? Przecież ja nie kwestionuję twojego prawa do wyrażanie wątpliwości i odczuć. Ba, o ile dobrze pamiętam, nawet za wyrażeni opinii i odczuć Ci podziękowałem. Kulturalnie napisałem, że się z nimi nie zgadzam. Wyjaśniłem, jak mi się wydaje, dlaczego. Inni, także laicy, też nie przyznali Ci racji. Czy to przypadkiem nie jest tak, że ciągniesz tę dyskusję tylko dlatego, że drażni Cię mój protekcjonalny ton i niesławna przemądrzałość?

Nie znam się, więc się wypowiem (a potem założę sobie fanklub)

Złożyłem broń i wypoczywam po walce. Z perspektywy leżaka przy basenie, z drinkiem w dłoni, odpowiem jednak, bo dobre wychowanie tak mi nakazuje. Nie Gary. Nie ciągnąłem tej dyskusji z powodu Twojej przemądrzałości. Nie schlebiaj sobie za bardzo portalowy megalomanie ;) Kontynuowałem dyskusję, bo uważam, że mam rację po prostu.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Kontynuowałem dyskusję, bo uważam, że mam rację po prostu.

Mimo, że inni się z tobą nie zgodzili. Mimo, że nie masz kompetencji, żeby to oceniać. Mimo, że ostateczna decyzja należy do mnie, jako autora. I to ja jestem megalomanem?

Nie znam się, więc się wypowiem (a potem założę sobie fanklub)

Jak to nie mam. Oczywiście że mam. Czytam namiętnie od około 38 lat. Fantastykę zacząłem czytać, gdy ciebie jeszcze na świecie nie było (bawię się w Garego). Jako czytelnik z takim doświadczeniem i stażem potrafię chyba stwierdzić, czy bohaterowie opowiadania są wiarygodni czy nie? ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Jak to nie mam. Oczywiście że mam. Czytam namiętnie od około 38 lat. Fantastykę zacząłem czytać, gdy ciebie jeszcze na świecie nie było (bawię się w Garego). Jako czytelnik z takim doświadczeniem i stażem potrafię chyba stwierdzić, czy bohaterowie opowiadania są wiarygodni czy nie? ;)

Nie. Ja od trzydziestu lat z okładem jem chleb, co nie czyni ze mnie eksperta od oceny jakości wyrobów piekarniczych. Mogę co najwyżej powiedzieć, że słonecznikowy mi smakuje, a razowy już niekoniecznie.

Jesteś pewien, że to ja, nie ty, mam problem z przyznaniem, że się na czymś nie znam?

Nie znam się, więc się wypowiem (a potem założę sobie fanklub)

Widocznie obaj mamy z tym problem. Dodam jeszcze, że studiowałem filologię polską. O literaturze, konstrukcji utworu literackiego, kreacji postaci mogę z Tobą podyskutować. 

Ale ja już złożyłem broń Gary. Wygrałeś. 

 

Ps. Fajnie się rozmawia z kimś, kto lekceważy nieco rozmówcę?

Po przeczytaniu spalić monitor.

O literaturze, konstrukcji utworu literackiego, kreacji postaci mogę z Tobą podyskutować. 

Szkoda, że tego nie zrobiłeś. Chętnie bym się czegoś na ten temat dowiedział.

Ale ja już złożyłem broń Gary. Wygrałeś. 

Ale chcesz mieć ostatnie słowo, nie ze mną te numery. Ja mam czas i tę przewagę, że mnie autentycznie bawią takie wymiany zdań. Mogę to ciągnąć i do przyszłego roku.

Ps. Fajnie się rozmawia z kimś, kto lekceważy nieco rozmówcę?

Ja Cię nie lekceważę. Jestem zwyczajnie szczery: uważam, że się nie znasz na psychologii, więc twoje uwagi dotyczące wiarygodności psychologicznej postaci są niewiele warte, zwłaszcza, że nie potrafiłeś ich w przekonujący dla mnie sposób uargumentować. Gdybym Cię lekcewarzył, to napisałbym: “aha, super, dzięki, że wpadłeś”.

Nie znam się, więc się wypowiem (a potem założę sobie fanklub)

To jeden z tych fenomenów, które uwielbiam na forum – dyskusja pod tekstem, która daje więcej frajdy (tej osobliwej z rodzaju fetyszu) niż sam tekst ;)

 

Przez chwilę myślałem żeby dolać nieco oliwy do ognia i szarpnąć się na niemożliwą do zweryfikowania krytykę psychologii postaci i konstrukcji świata, uparcie wmawiając sobie i autorowi, że mam rację, ale stwierdziłem, że reszcie za dobrze poszło. Potem zadałem sobie inne pytanie – dlaczego tak bardzo ludzie skupili się na realiach zamiast na przesłaniu, tym co Gary mógł rzekomo zawrzeć w tych 11 tyś. znaków?

Kusi mnie, aby nad tym trochę podywagować, ostatecznie jednak nawet się nie zająknę, przecież każdy widzi, to co chce widzieć – wniosek z dyskusji i święta prawda na temat literatury ;)

 

Gary, to co zobaczyłem w tym opowiadania podobało mi się :)

Pozdrawiam.

Gdybym Cię lekcewarzył, to napisałbym: “aha, super, dzięki, że wpadłeś”.

​To celowy błąd ortograficzny?

 

Masz swoje ostatnie zdanie. Ale dodam, że Ty nie potrafiłeś przekonująco argumentować postępowania swoich bohaterów. Ani w komentarzach, ani w opowiadaniu. Nie jestem odosobniony w takiej opinii.

Po przeczytaniu spalić monitor.

To celowy błąd ortograficzny?

Obawiam się, że nie.

Masz swoje ostatnie zdanie. Ale dodam…

Jak widać, nie bardzo mam.

Ty nie potrafiłeś przekonująco argumentować postępowania swoich bohaterów. Ani w komentarzach, ani w opowiadaniu.

Ale ja nie muszę. To ty przyszedłeś, przeczytałeś moje opowiadanie i zarzuciłeś jego protagonistom brak wiarygodności psychologicznej. Na tobie spoczywa ciężar dowodu. Mimo tego, próbowałem Ci wyjaśnić swój punkt widzenia, ale jako że brakuje Ci wiedzy z tego zakresu i jesteś mocno osadzony w swym własnym systemie przekonań i wartości, uznałeś, że nie mam racji. I w porządku, nie ma problemu, ale nie oczekuj proszę, że będę twoją opinię cenił na równi z własną.

Nie jestem odosobniony w takiej opinii.

Nie jesteś odosobniony, ale też i nie jesteś w doborowym, oczywiście wyłącznie w zakresie umiejętności formułowania merytorycznej krytyki, towarzystwie.

 

 

Nie znam się, więc się wypowiem (a potem założę sobie fanklub)

Nie wiem czy tylko ja odnoszę takie wrażenie, ale z opowiadania wynika, że rodzice dokonali pewnego wyboru – albo pozostać z dziećmi, ciesząc się ich obecnością, lecz zapewniając im jedynie minimum egzystencjalne, albo pozostawić potomstwo dziadkom, zapewniając w zamian rodzinie silne podstawy finansowe na lata, płacąc za to utratą kontaktu z bliskimi.

Jeśli przyjąć, że to pewna metafora, takiego wyboru rodzice dokonują we współczesnym świecie bardzo często. Wychodzą z domu gdy dzieci jeszcze śpią, wracają – gdy już śpią. Albo wręcz, podobnie jak bohaterowie opowiadania, zrzucają ciężar opieki nad dziećmi na swoich emerytowanych rodziców.

Gdybym jednak miał interpretować opowiadanie dosłownie, to zastanawiające są opisy komunikatów w “Oku” i porozumiewawcze mrugnięcia narratora, sugerujące że coś jest nie tak z upływem czasu w tym miejscu.

 

Dodam od siebie – odnośnie psychologicznej wiarygodności porzucania dzieci przez własnych rodziców. Niestety – takie zjawisko jest nie tylko obecne we współczesnej nam rzeczywistości, ale dodatkowo – bardzo częste. W szczególności ojcowie mają własne dzieci w głębokim poważaniu. Ale i matkom to się zdarza.

 

W moim rodzimym mieście miała miejsce następująca sytuacja – matka pokłóciła się z córką, doszło do bójki i matka oskalpowała własne dziecko nożem. Gdy okaleczona dziewczyna ostatkiem sił uciekła do sąsiadów, natychmiast wezwano policję. Gdy mundurowi wdarli się do mieszkania, okazało się, że matka gotuje odcięty skalp we wrzątku, żeby nie można go było przyszyć…

Jeszcze jakieś uwagi na temat wiarygodności jakiegoś zachowania? ;)

Zlitujcie się. Nawet gdyby Garry napisał, że rodzice upiekli te bliźnięta w piekarniku, z jabłkami i kaszą gryczaną, to wciąż jestem w stanie sobie wyobrazić, że znaleźliby się tacy ludzie.

Natomiast podróży w czasie, latania w kosmosie z nadświetlną, duchów, orków, krasnoludów i elfów nie uważam za choćby minimalnie wiarygodne, ale przyjemnie mi się o tym czyta ;D

 

Podsumowując napiszę, że opowiadanie mi się bardzo podobało, a końcowy twist mocno złapał za fraki. Fajne.

Napisany fajnym językiem tekst o doli ludzi pracujących na kontraktach. Jednak zabrakło mi w nim dopowiedzenia, dlaczego para bohaterów zdecydowała się na kontrakt, który na amen pozbawił ich kontaktu z dziećmi. Choć jakieś wnioski mogę wyciągnąć – jako syn marynarza swego czasu dużo o tym z ojcem rozmawiałem i słyszałem o najprzeróżniejszych powodach, dla których ludzie najmują się na statkach. A zachowanie bohaterów ukazałeś w taki sposób, że ich sympatyczność jawi mi się po ostatnim zdaniu jako samolubstwo lub odpuszczenie sobie obowiązków, które im się nie podobały. Ot, taka moja interpretacja tekstu – może się wstrzeliłem, może nie.

Dodam więc na koniec, że przekonująco prowadzisz postacie i potem jednym, końcowym zdaniem odwracasz to, co o nich myślałem. Dobrze zagrane. No i skojarzenia z rzeczywistym problemem dzisiejszych czasów też mi się nasunęły.

Podsumowując: dobra narracja i celnie wymierzona puenta zmieniająca moją interpretację postaci. Naprawdę solidny koncert fajerwerków. 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Kawał dobrej roboty. Dzięki za fajną lekturę. 

Przeczytałem tylko cześć komentarzy, więc możliwe, że będę się powtarzał.

 

Całe opowiadanie czyta się przyjemnie, jednak środkowy segment opisujący podróż i niektóre wypadki (jak choćby worek dla nowych) sugerował wyjazd, a nie powrót i przez chwilę zastanawiałem się, czy to retrospekcja, czy nie.

Zakończenie dość przewidywalne, choć myślałem, że to dzieci będą dorosłe, a tu niespodzianka – prawnuk umiera.

Nie wiem ile bohaterowie byli na stacji, ale jeśli choćby kilka lat to musieli mieć żelazną psychikę. Zamknięcie na małej przestrzeni z tylko jedną osobą – nawet ukochaną przez dłuższy okres może powodować spore zaburzenia.

Uwaga o podawaniu rzeczy z wyższych półek trochę z czapy, skoro mają obniżoną, jeśli nie zerową grawitację – wtedy lekki podskok mógłby spokojnie wystarczyć :P

Podsumowując – wrażenia pozytywne, ale czterech liter nie urywa.

Porządny tekst, dobrze napisany, ciekawy. Pomysł z czasem podróży nieco wyświechtany i wytarty na brzegach, ale zupełnie w porządku. Przyjemna lektura. 

Dyskusja pod tekstem również ciekawa. Choć jej istota sprowadzała się jeno do sprawienia przyjemności dyskutantom (i obserwatorom) czytało się ją niezwykle miło.

I tyle, bo wszystko, co mógłbym jeszcze napisać, zostało już zawarte w komentarzach Blacktoma, NWM i Natana. 

Pozostaje mi chyba jeszcze podziękować MrMarasowi i Finkli za prowokowanie Garego i zapewnienie mi tym samym kilku miłych chwil. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Długość jest odpowiednia, gdyby opowiadanie było trochę dłuższe, to znużyłoby. A tak jest przystępne i przyjemne. Jest dość proste, ale przynajmniej jest proste naturalnie, nie sili się na jakieś arcydzieło. Prozaiczny tekścik o ciekawym temacie. Jest klimacik i fajnie napisane realia. Bohaterowie są autentyczni. Relacje między małżeństwem wyszły tak bez wysiłku, po prostu sobie rozmawiali. Dobra historyjka ze smutnym zakończeniem.

Jest to błędów, które należałoby podreperować. 

Podsumowując, opowiadanie jest niezłe. 

Pozdrawiam!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Niezłe opowiadanie. Czytając, nie wiedziałem, do czego wszystko zmierza i trochę zaczęło nudzić, ale puenta zrobiła swoje. Trochę przypomina zakończenie Interstellara, czyli, według mnie, świetne. Co do dyskusji wyżej to mnie nie wadziło zachowanie bohaterów w zakończeniu. Dla mnie oczywiste było, że będą chcieli odwiedzić potomków.

Historię odebrałem tak samo jak Regulatorzy. Nie jestem psychologiem, nie mam bliźniaków i większość wiedzy w życiu czerpałem z przypadkowej lektury Wikipedii. Nie będę się więc wypowiadał, czy zachowanie bohaterów jest prawdopodobne, czy nie. Uważam natomiast, że w wyobrażeniu większości ludzi, rodzice kochają swoje dzieci. Narrator w tekście nie zrobił wiele, by wyprowadzić mnie z błędu – jeżeli chciałeś opowiedzieć historię o ucieczce w kosmos przed rodzicielstwem (być może jako analogiczną do ucieczki na emigrację), zabrakło wprowadzenia w przemyślenia i emocje Anki i Wolfa.

Później urodziły im się bliźniaki i okazało się, że czasu i miejsca w mieszkaniu starcza jedynie na doglądanie małych bestii i zapewnienie im niezbędnego minimum środków do życia.

Nie chcieli skazywać niespodziewanie licznego potomstwa na wegetację, a siebie na wynikającą z niej frustrację, więc zdecydowali się podjąć pracę poza planetą.”

Można zwrócić w tych zdaniach uwagę przede wszystkim na małe bestie i frustrację wstępnych, ale uprzedzony do niekochających dzieci rodziców odbiorca przekuje bestie na bestyjki i skupi się na frustracji z niemożności zapewnienia dzieciom najlepszych warunków. Potem pięcioletni kontrakt zdaje się sugerować tymczasowość pozaplanetarnej emigracji. Nie przeczytałem wszystkich komentarzy, ale z ognistej dyskusji wyniosłem, że nie odebrałem utworu tak, jak zaplanowałeś i, tym razem, nie sądzę, by wina leżała po mojej stronie ;).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nie przeczytałem wszystkich komentarzy, ale z ognistej dyskusji wyniosłem, że nie odebrałem utworu tak, jak zaplanowałeś i, tym razem, nie sądzę, by wina leżała po mojej stronie ;)

Ależ możesz utwór odbierać jak tylko uznasz za stosowne, moje intencje (z twojego punktu widzenia) nie mają absolutnie żadnego znaczenia. Właściwie to jestem zachwycony, że opowiastkę da się zinterpretować w sposób, którego nawet nie przewidziałem.

Dyskusja dotyczyła nie swobody interpretacyjnej, a, w sporym uproszczeniu, czepiania się szczegółów i dość rozrywkowych (dla niektórych przynajmniej) prób udowadniania kto ma rację w temacie, w którym racji w żaden sposób nie da się udowodnić.

Nie znam się, więc się wypowiem (a potem założę sobie fanklub)

Nowa Fantastyka
Patronujemy