- Opowiadanie: Nemeriss - Ofiara września

Ofiara września

Tekst może nie do końca fantastyczny, ale mam nadzieję, że przez kryminalne zapędy nie zostanie skreślony. Liczę bardzo na konstruktywną krytykę. 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Ofiara września

 

 

Panującą w lesie ciszę przerwał trzask łamanych gałązek. Ostrożnie stawiane kroki starały się nie mącić spokoju zielonej świątyni, ale ciężkie buty nie ułatwiały sprawy. W powietrzu unosił się aromat ziół, mchu i wilgoci. Przez gęsto rosnące drzewa ledwo dochodziły promienie słoneczne.

Błysnęło ostrze noża i podgrzybek wystrzelił ze ściółki. Myślał, że się schowa, ale przed NIM nie można było się ukryć. Gdy obierał cel, było po sprawie. Za to po robocie, tracił nią całkowite zainteresowanie. Szedł dalej w poszukiwaniu kolejnego wyzwania. Dlatego sine już ciało ominął bez jakiejkolwiek oznaki zainteresowania. Czerwona kurtka rzucała się w oczy z kilku metrów, blond włosy, teraz ubrudzone błotem, odbijały skąpe fotony,  bladość dłoni kontrastowała z żywymi barwami ściółki.

Kobieta leżała tak, jak ją wczoraj zostawił, ale nawet na nią nie spojrzał. Nie była istotna. Liczyło się to, co przed nim, a miesiąc się jeszcze nie skończył.

 

X X X

 

– Grzybiarza się pan nie boi? – Badura spytał mężczyznę. – Wszędzie trąbią, żeby nie chodzić samemu po lesie.

– Ja jestem grzybiarzem – zaśmiał się tamten, puszczając oczko i wskazał na plastikowe pudełka pełne podgrzybków, borowików i maślaków.

– Chodziło mi o…

– Wiem, o kim pan mówi, ale mamy taki wysyp grzybów, że żal żeby się marnowały. Niech konkurencja siedzi w domach, a ja robię swoje. Na emeryturze to już i tak wszystko jedno. Nie?

Marek Badura pokiwał głową, ale myślami był daleko. W tym roku miał dorwać sukinsyna, ale przez te akcje z przesłuchaniem będzie dobrze, jak skończy się na zawieszeniu. Bez munduru i służbówki chuja mógł mu zrobić. Może za rok. Wrzesień się kończył i znów będzie trzeba czekać rok.

– To po ile te? – Wskazał na największy pojemnik. Handlarz pocmokał, wyszczerzył zęby i zniżył głos konspiracyjnie.

– Jak dla pana władzy, to cztery dyszki.

– Cztery dychy za kilka podgrzybków? – żachnął się Badura. – Za tyle, to sam pójdę i nazbieram. No co pan?

– Brak konkurencji pozwala ustalać ceny. Za dużo? – zamyślił się. – Dobra trzydzieści pięć i działamy. Pasi?

– Dam trzy dychy i wystarczy.

– Trzy dychy za te cudeńka? Przecież to prawdziwe dzieła sztuki. Pan zobacz tylko te kapelusze.

Badura napiął mięśnie, wyprostował plecy i zrobił srogą minę, która zazwyczaj wystarczyła, żeby mandat był szybciutko płacony na miejscu. Tamten przełknął ślinę i przytaknął.

– Jak panu się znudzi mundur, to w handlu czeka kariera. Negocjator pierwsza klasa.

– Masz pan jakąś siatkę?

Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, a w brzuchu zaczynało burczeć. Głowa też dawała o sobie znać, wołając o choćby jednego kielicha. Badura do domu miał blisko. Właściwie wszędzie we Włodawie było blisko, czy to do centrum na rynek, czy do szpitala na drugą stronę miasta. Jednak w przypadku nieuchronnego kaca, każda minuta była na wagę złota. A ten nadciągał, jak kiedyś ruskie czołgi nad Bug.

– Oczywiście – zachichotał sprzedawca – pięć złotych.

 

X X X

 

Gdy wdrapał się na trzecie piętro dawnych wojskowych bloków, słońce zniknęło za pobliskimi brzozami. Nawet nie zapalił światła, tylko zrzucając z siebie po drodze ciuchy obrał za cel kuchnię. Tam, już w samych bokserkach, które widziały zapewne lepsze czasy, wyciągnął z lodówki schłodzone Kuflowe i kilkoma łykami zmył z barków trud dnia. Odetchnął, a męczące szumienie w głowie ustało.

Pięć złotych za reklamówkę, pomyślał. Co za jebany dziadyga. W lepszych czasach wziąłby sobie te cholerne grzyby, jako akt dobrej woli i nikt by go o nic nie pytał. Nazwisko Badura coś znaczyło. Co z tego, że miejscowość miała ledwo trzynaście tysięcy mieszkańców, psy dupami szczekały, a proboszcz niemal zaglądał parafianom do łóżka. On był gliną i to nie byle jakim. Wiele razy słyszał komentarze na swój temat albo, jak jeden frajer drugiego straszył znajomościami z legendarnym niebieskim. Swoich nie ruszał, obcych przyciskał aż wkupili się, dołączając do tych pierwszych.

Co trzeba to miał. Nowe meble – bardzo proszę. Telewizor – oczywiście. Opel vectra, który to szczególnie po emisji „Poranku kojota” stał się autem numer jeden wśród osób ze środowiska, stał pod blokiem. Rdzę skrzętnie przykrywał czarnym flamastrem z CPN-u. Życie, jak w bajce aż do momentu, gdy zmieniła się władza. Komisariatem zainteresowali się panowie z góry i zaczęto wprowadzać politykę dyscypliny wewnętrznej. Nagle trzeba było zjawiać się do pracy punktualnie, mówić kolegom „dzień dobry” i o zgrozo nie łapać koleżanek po fachu za dupę. Gdyby wiedział, że tak będzie, nigdy nie wstąpiłby do służby, tylko kręcił wałki z tatkiem dopóki jeszcze żył. Może już by miał mieszkanie w Chełmie, albo nawet Lublinie. Marzenia.

Akurat powoli się przyzwyczajał do nowego ładu, gdy ten Czarny, Biały, czy brat Siwego zaczął mu pyskować na komendzie. Zły dzień wybrał sobie szczeniak na kozaczenie i należało mu pokazać z kim miał do czynienia. Pewnie byłby delikatniejszy, gdyby tamten nie wszedł na tematy rodzinne policjanta, a że każdy tu się znał na wylot i plotki szły z siłą niedzielnego kazania, to i rodzinne brudy nie stanowiły tajemnicy.

Chłopaka wynieśli inni policjanci i szybko wezwali karetkę. Badura musiał grzecznie przeprosić, oddać broń i odznakę. Dali mu miesiąc wolnego, a potem badania psychiatryczne. Od tego czasu minęło zaledwie kilka dni, ale ręka go nadal świerzbiła. Szczególnie doskwierał mu brak kabury. Nie samej broni, ale tego, co symbolizowała. A tak był zwykłym ciulem.

Umył pobieżnie grzyby, nie siląc się na przebieranie. Facet wyglądał na kogoś, kto znał się na rzeczy, a szybkie zlustrowanie zawartości torby nie wskazywało na obecność blaszek, czy sinienia. Pokroił byle jak cebulę i zasypał grzybami. Planował zjeść prowizoryczny sos z chlebem, a potem zalec przed telewizorem. Tak miał się skończyć ten zajebisty dzień. Jak planował, tak zrobił. Cztery puste puszki Kuflowego spadły z brzękiem z kanapy, gdy obracał się gwałtownie przez sen. Nic nie było w stanie go obudzić, a koszmary męczyły przez całą noc.

 

X X X

 

Obudził się nad ranem z kapciem w ustach. Był zlany potem i przez chwilę nie bardzo wiedział kim jest. Powlókł się do kuchni i wychylił szklankę kranówki. W łazience wysikał resztki piwa. Nie chciało mu się patrzeć na swoją paskudną twarz, która choć szpetna, w pracy służyła za taran, a w wolnych chwilach przyciągała panny, jak lep.

Nie był wysoki. Łatwiej go było przeskoczyć niż obejść. Golił się ostatnio w okolicach Wielkanocy, a ubrania wolał kupować na wagę w ciuchu, niż zniżać się do robienia prania. Wychodziło taniej. Siwizna mu nie groziła, bo nadmiar testosteronu skutecznie przyśpieszył łysienie. Niektórzy już wołali na niego Kodżak, ale na jego grzeczną prośbę przestawali. Moc perswazji była w nim silna.

Mlasnął po czym znów zaległ w łóżku. Nie pamiętał już snów, ale wiedział, że nie były dobre. Znów go poniżali, śmiali się z niego i szydzili. Miał tak od podstawówki. Nikomu tego nie mówił, ale chęć odegrania się na rówieśnikach była jednym z argumentów za wyborem munduru. Teraz to niby nie miało znaczenia, ale nocami przeszłość wracała i gryzła go w dupę.

Mlasnął z niesmakiem. Głowa nadal bolała, co oznaczało, że należało ponownie zasilić zbiornik procentów. W lodówce znalazł jedynie światło, więc wiedział, że czekają go zakupy, ale lenistwo było jego mocną stroną. Sięgnął po telefon.

– No? – usłyszał w słuchawce.

– Masz coś? – wychrypiał i odkaszlnął.

– Mam.

– To czekam.

Nie minęło pięć minut, a usłyszał walenie do drzwi. Chwiejnym krokiem ruszył witać gościa. Ten zawarty był w przezroczystej butelce po jakimś gazowanym napoju. Miał kolor zielonkawy i przypominał płyn hamulcowy. Badura odkręcił zakrętkę i wziął kilka łyków. Błogi uśmiech zagości na jego twarzy.

– Dzień dobry – usłyszał.

– No cześć, cześć. Ratujesz człowiekowi życie. Powinieneś robić w szpitalu, czy dostać jakiegoś Nobla, czy Nike.

– A ty powinieneś się wykąpać, bo walisz, jak ja pierdolę. W takim stanie nie pokazuj się w robocie. Byłeś wczoraj u Tadka?

– No byłem. I wczoraj i przedwczoraj. A ty co, kurator, kurwa? Wchodź.

Mężczyzna wszedł niechętnie, stąpając lekko i starając się nie wdepnąć w jakiś syf. Widział, że u Badury wszystko było możliwe. Był wyższy od kolegi i sporo chudszy. Pracowali w tej samej firmie, tyle że Misio, jak wszyscy go nazywali, nie miał zapędów do kozaczenia. Robił swoje i cieszył się, gdy nikt nie zawracał mu dupy. Po godzinach w zaciszu domowego ogniska udoskonalał recepturę własnego wyrobu spirytusowego i od czasu do czasu łowił ryby w pobliskich jeziorach.

Z sąsiadem pewnie nie zamieniłby nigdy słowa, gdyby nie instynkt samozachowawczy. Wiedział, że żeby nie mieć problemu z niedźwiedziem, musi mieć pod ręką miodek. Dlatego, gdy od czasu do czasu dzwonił telefon, butelka czekała przy drzwiach.

– Siadaj Misiu i opowiadaj – zachęcił gospodarz – Kieliszunia?

– Może później bo na razie idę na dyżur. Pali się. Słyszałeś?

Badura zamrugał oczyma i próbował zebrać myśli do kupy. Gość uśmiechnął się, czekając na reakcję z drugiej strony. Zapadła budująca napięcie cisza.

– Nie pierdol – wycedził Badura. – No kurwa żesz, jego mać, jebany w dupę fiut znów to zrobił?

– Aha.

– I mnie tam nie ma? Opowiadaj. Kto, gdzie i kiedy, szybciutko.

Posterunkowy Michał Marczuk opowiedział z zapałem wszystko, o czym wiedział, dopowiadając także własne teorie i przypuszczenia. Każdy mieszkaniec Włodawy miał jakieś, od tych bardziej logicznych i trzymających się kupy, po te skrajnie proszące się o psychotropy. Wszystkie jednak łączył jeden fakt. Jak co roku, we wrześniu kolejny raz znaleziono w lesie ciało. Ponownie ślady były niewystarczające, aby wskazać konkretnego sprawcę. Znów nic zdawało się nie łączyć ofiary i znów inna była przyczyna zgonu. Poprzednie duszono, rozbijano im głowę tępym narzędziem, skręcano kark, wieszano i topiono w pobliskim jeziorze. Tym razem była to po prostu rana kłuta szyi, której następstwem było wykrwawienie się. Według patologa ciało znaleziono po trzech dniach. Pozostawiano je w miejscu morderstwa.

– Kto znalazł?

– Jakieś dzieciaki bawiły się w wojnę w lesie. Już mieli ustrzelić Hitlera kiedy puściły im zwieracze i z pełnymi gaciami popieprzyli do domu na widok ciała. Na podstawie ich chaotycznych zeznań z trudem mogliśmy trafić na miejsce, ale proszę. Kolejny wrzesień i kolejna ofiara Grzybiarza.

– Grzybiarz – zamyślił się Badura. Tak go nazwali po drugim razie. Pięć lat temu podejrzewano, że ciało rowerzysty było odosobnionym incydentem. Sprawcy nie znaleziono, ale w tej okolicy nigdy nie było seryjnego pojeba. Śledztwo trwało, ale położyli na nim lachę. Gdy rok później się powtórzyło, coś zaczęło im świtać, a w kolejnym byli pewni.

Facet, bo tak założyli, biorąc pod uwagę siłę, jaką trzeba było dysponować, żeby dokonać wszystkich tych czynów zabijał raz w roku. Z niewiadomych przyczyn wybierał sobie wrzesień i po jednym trupie uspokajał się na kolejne dwanaście miesięcy. Różni specjaliści próbowali stworzyć profil psychologiczny sprawcy, ale różnił się diametralnie od poprzedniego. Wreszcie postanowiono oficjalnie nadal zajmować się sprawą książkowo, ale nieoficjalnie gromadzić lokalnie informacje każdymi możliwymi źródłami. Ktokolwiek miał dorwać tego sukinsyna, stałby się bohaterem. Dlatego Badurze tak zależało i dlatego jego ostatnie przesłuchanie nie skończyło się najlepiej.

– A co u ciebie? – spytał Misio. Badura podniósł brew.

– Gówno. A jak myślisz? Siedzę tu jak debil i czekam na informacje z drugiej ręki. Żebym chociaż miał gnata, to sam bym pochodził po lesie. Może akurat coś bym ustrzelił.

– To lepiej uważaj, bo kilku z naszych już to robi. W tym roku wzięli krótkofalówki i po cywilnemu przeczesują teren. W razie jakiegoś podejrzanego zachowania, mają pozwolenie na ostre wejścia.

– Ostre wejścia, to moja specjalność.

– Wszyscy to wiedzą i dlatego kiblujesz.

Badura poczerwieniał i wstał nagle fukając, jak urażone dziecko.

– A weź spierdalaj. No już. Wypad, bo sam wykopię.

Michał Marczuk podniósł się spokojnie, bo przerabiali podobne pożegnania przy każdej wizycie. Bez słowa skierował się w stronę drzwi.

– Tylko flaszkę zostaw – usłyszał w korytarzu.

 

X X X

 

– Słabo wyglądasz – powiedziała babcia Saska, gdy pomagał jej wyrzucić śmieci. Starowinka była sama od lat, po tym jak mąż padł na udar, a dzieciaki wyjechały za granicę. Czepiała się sąsiadów i żebrała o odrobinę uwagi. Badura zawsze spełniał jej prośby. Dla ludzi z ulicy mógł być chamem, ale dla starszych szacunek miał. Tak go uczył tatko i nie zamierzał tego zmieniać, dlatego słuchał mędzenia próchna ze spokojem i pewną dozą udawanego zaciekawienia.

– Życie, babciu. Ta robota wykańcza człowieka – odpowiedział spokojnie, choć powoli cisnęło go do kibla. Bebechy już nie te, a i cholera wie, czego Misiek dodał tym razem do swojego eliksiru. Zawsze go po tym goniło, ale nie potrafił sobie odmówić. To tak, jak niektórzy sięgają po kawę, żeby sobie ulżyć i po jakimś czasie staje się to ich codziennym rytuałem. On wolał fluorescencyjną berbeluchę.

– Musisz się lepiej odżywiać. Wpadnij do mnie, to zrobię kotleta, czy jakiejś zupy. Lubisz krupnik?

Przytaknął choć coraz większe parcie w jelitach sprawiało, że tracił cierpliwość.

– No to postanowione. Będzie krupnik. Jutro?

Przełknął ślinę.

– Dam jeszcze znać, ale teraz bardzo się śpieszę.

Pokiwała smutno głową. Opróżnił też przy okazji własne plastikowe wiaderko do kontenera i popędził do mieszkania jakby się paliło. Tam pozbył się trosk, spuszczając je wartkim nurtem wody klozetowej. Zmęczony zasiadł przed telewizorem, gapiąc się w ekran. Lewuchy–komuchy to, prawuchy–kościelniuchy tamto. Chuj go to obchodziło. W myślach łapał Grzybiarza. Zaciskał mu na szyi swoje wielkie, jak bochny chleba łapska i dusił aż mu wypadały na wierzch ślepia. A potem dostawał złote klucze do bramy miasta. Widział to w jakimś filmie. W ten sposób zapisywał się w historii miasta, jako TEN policjant. Pogromca seryjnego mordercy. Zasnął. Gdy się ocknął dochodziła północ.

 

X X X

 

Nie mógł spać. Ostatni maraton alkoholowy dawał mu się we znaki i mimo kilku łykniętych węgli co jakiś czas czyściło go porządnie. Dziwił się, że jeszcze tam coś zostało.

Myślał o Grzybiarzu i starał się zrozumieć. Na szkoleniach uczyli ich, że każde działanie zaczyna się od motywacji. Gdyby był w stanie określić motywację mordercy byłby o krok bliżej urwania mu łba. Niestety żadne wskazówki nie ułatwiały rozwikłania zagadki. Jedynym, co łączyło ofiary było z grubsza miejsce zbrodni w postaci terenów zalesionych w promieniu dziesięciu kilometrów od Włodawy i czas zgonu tj. wrzesień każdego roku. Jedna ofiara rocznie, oznaczała, że facet był cierpliwy. Prawdopodobnie planował działania latami, choć była też szansa, że zaspokajał swoje chore potrzeby na tyle, aby wytrzymać kilka miesięcy.

Pierwszym był mężczyzna tuż po trzydziestce. Zamieszkały w Warszawie, przyjechał w te okolice czysto rekreacyjnie. Ciało znaleziono dwa dni po zgłoszeniu zaginięcia. Roweru nie odnaleziono do dziś.

Drugą ofiarą była kobieta zbierająca grzyby wraz z rodziną. Mieszkanka okolicznej wsi przyjechała sobie dorobić. Musiała zabłądzić, bo rodzina znalazła ją dopiero po kilku godzinach poszukiwań. Znów zero śladów.

Najbardziej wstrząsająca była śmierć chłopca. Nie miał jeszcze dziesięciu lat. Nie wiadomo, jak się tam znalazł, ale z zeznań rodziny wynikało, że po kłótni z ojczymem uciekł z domu. Wypełnione wodą płuca sugerowały na utonięcie. Toksykologia wskazała nawet jedno z okolicznych jezior na podstawie stężenia czegoś tam w czymś tam. Badura nie pamiętał szczegółów, ale im dłużej o tym myślał, tym bardziej się wkurzał.

Czwartą ofiarą był okoliczny pijaczek, który od czasu do czasu łowił ryby w Bugu. Straż Graniczna znała go dobrze. Miał na koncie kilka drobnych spraw, ale raczej nikt nie życzył mu szybkiego żegnania się ze światem. Gdyby był pierwszy, może ktoś uwierzyłby w samobójstwo przez powieszenie, ale w tej sytuacji od razu dodano go do listy.

No i teraz jakaś babka. Ciekawe, czy ładna, zastanowił się Badura. Jakie miała cycki, duże, małe, średnie? Może takie sterczące do góry i jędrny tyłek. Takie lubił. Poczuł ucisk w majtkach, ale nawet nie miał siły żeby ruszyć ręką. Pokręcił głową zrezygnowany. Jak wydobrzeje, to wyruszy na łowy i nadrobi. Mimo, że sezon się skończył i w mieszczącej się nieopodal miejscowości wypoczynkowej nie roiło się już od miastowych, szukających wakacyjnej przygody, to mundur robił swoje. Za mundurem, zaśmiał się wspominając kilka przygód. Można by z tego zrobić niezłą fabułę na pornosa. To musiała być niezła fucha.

Zwlókł się z łóżka i poczłapał do łazienki. Brzuch doskwierał, ale nic nie leciało. W kuchni nalał sobie wody. Wszędzie walały się puszki. Znalazł też pustą butelkę od Miśka, ale nie pamiętał, żeby ją opróżnił. Otworzył szafkę pod zlewem i wrzucił wszystko do kubła. Ugniótł porządnie, żeby nie musieć chodzić dwa razy. Miał już zgasić światło i wrócić do spania, gdy poczuł dziwną lepkość na dłoniach. Rozdziawił usta, gdy odkrył, że jego dłonie skąpane są w rdzy.

Krew pod wpływem resztek piwa musiała pobrudzić plastikowe wiadro w kilku miejscach. Jego mózg starał się wejść na wyższe obroty, ale szło mu z trudem. Nagle pojawiła się myśl i zanim ją świadomie rozszyfrował, instynkt podpowiedział, że ma natychmiast lecieć po schodach na dół i zanurkować w śmieciach. Nawet, jeśli któryś z sąsiadów był świadkiem jego działań, nie przejął się tym za bardzo. Nie takie rzeczy już widzieli.

Szukał, przewracał i brudził się pozostałościami czyjejś kolacji, ale gdy wreszcie znalazł nie mógł uwierzyć, że to przegapił. Gdyby nie był tak słaby pewnie mocno by się zrugał. Nie miał jednak siły. Wolnym krokiem wrócił na trzecie piętro i usiadł w kuchni, trzymając w dłoniach zabrudzoną na czerwono reklamówkę po grzybach. „Ja jestem grzybiarzem” powiedział dziadyga, a on pozwolił mu odejść. Nie mógł w to uwierzyć.

 

X X X

 

Obudził się o świcie. Tym razem szło w obie strony. W lustrze zobaczył bladego mężczyznę, którego kiedyś rozpoznawał. Zdawał się być widmem. Wziął dwa gripexy, pamiętające jeszcze poprzednią dekadę i popił łapczywie wodą. Nie miał ochoty na żadne jedzenie, ale pragnienie męczyło niemiłosiernie. Obiecał sobie wizytę u lekarza, ale teraz miał ważniejsze sprawy na głowie. Od bycia bohaterem miasta dzieliło go kilka kilometrów. „Brak konkurencji pozwala ustalać ceny”. Ty skurwielu jebany. Ja ci dam trzy dychy. Dostaniesz dwadzieścia pięć do dożywocia. Już ja się o to postaram.

Ubrał się najszybciej, jak mógł i wywlókł się z mieszkania. Na schodach trafił na sąsiada.

– O stary, widziałeś się w lustrze? – spytał Misio. – Idź do lekarza, czy coś. Zawieźć cię?

– Nie dzięki – rzucił i zniknął na niższym piętrze.

Gdy Misio myślał potem o ich ostatnim spotkaniu, uderzył go fakt braku obelg. Nie było ani „wal się”, ani „spierdalaj pedale”. Powinno go to zastanowić, ale po dyżurze myślał tylko o łóżku. Zresztą poza Grzybiarzem nie mieli tu większych zamartwień, a ten już wyczerpał swój limit na ten rok. Ofiara września została odnaleziona.

Kluczyki nie chciały wejść do stacyjki. Przed oczyma miał białe plamy, ale pompowana do żyła adrenalina dodawała skrzydeł. Ten ostatni raz, pomyślał. Chuj z lekarzem i innym gównem. Tylko ten jeden, ostatni raz. Boże daj mi sił, żeby wypełnić twoją wolę. Zagorzałym katolikiem nie był, ale jak trwoga, i tak dalej.

Wreszcie kluczyk wszedł, a silnik vectry zawarczał. Wrzucił bieg i ruszył przed siebie. Jakaś matka z dzieckiem próbująca przejść przez pasy postukała się w głowę, ale jego już nie było. Mijał opuszczony tartak, skręcił w prawo i dojechał do CPNu. Na rondzie wykręcił w lewo i ruszył w kierunku Chełma, tam gdzie ostatnio kupował swoją ostatnią wieczerzę.

Mimo ograniczenia prędkości i stojącego patrolu nawet na chwilę nie puści nogi z gazu. Z daleka poznali auto pomachali mu tylko serdecznie środkowym palcem. Na pierwszym zakręcie prawie wyleciał z szosy. Jego ojciec sadził te sosny, a teraz on skończyłby pod nimi. Niedoczekanie, pomyślał. Nie obchodziło go, gdzie skończy byleby tamten skończył przed nim. Pocił się strasznie, a osłabione ciało powoli dawało za wygraną. Jechał na autopilocie nie zwracając uwagi na migające światła aut jadących z naprzeciwka, czy klaksony włączających się do ruchu. Z każdym kilometrem zbliżał się do celu.

Nie był pewny, czy właśnie o tej porze go spotka, ale postanowił szukać. Liczył na to, że Grzybiarz wróci na swoje miejsce handlu. W końcu tak mu dobrze szło. Biznes się kręcił. Nie było sensu zmieniać. Czterdzieści złotych za wiaderko. Badura warknął wściekle i dodał gazu.

Za Okuninką skręcił w lewo na Sobibór i zwolnił. Tam się ostatnio widzieli. On wracał z grilla u kumpla i nabrał smaka na przysmak z dzieciństwa. Ojciec robił najlepsze grzyby w śmietanie. Matka nie umiała gotować. Właściwie nic nie umiała. Potrafiła puszczać się na lewo i prawo. Dlatego nigdy nie winił ojca za to, co zrobił. On sam zrobiłby to samo i tak samo z dumą poniósłby konsekwencje. Teraz jednak los się miał uśmiechnąć. Ich nazwisko znów okryje się chwałą, a chwilowe potknięcia zostaną wymazane na zawsze.

Nacisnął z impetem hamulec, bo prawie przejechał przydrożny parking, na którym ostatnio dał się wychujać. Miał olbrzymią ochotę na rewanż.

Zaparkował obok drewnianego stołu przeznaczonego dla odpoczywających. Poprzednio właśnie na nim stały pudła z grzybami, a handlarz mógł zachwalać swoje towary. Teraz, gdy o tym myślał, zdziwił się, że tamten nie wybrał głównej trasy Włodawa-Chełm. Trasa na Sobibór była mniej uczęszczana, co ograniczało możliwości wielkiego zarobku. Nie miało to jednak większego znaczenia. To miał być ostatni biznes Grzybiarza. Już on się o to postara.

 

Rozejrzał się dokoła. Zobaczył kilka pustych pudeł rozrzuconych przy śmietniku, ale poza tym nic, co by wskazywało na obecność innych ludzi. Choć Grzybiarz mógł właśnie być daleko stąd Badura miał przeczucie. A przeczuciu ufał bardziej niż logice, która już dawno wzięła sobie wolne.

Przez kolejną godzinę siedział przy stoliku i czekał. Wcześniej nie zastanawiał się, co zrobi, gdy spotka mordercę, ale był pewny, że coś wymyśli. Żądza krwi była w nim silna. Czuł też coraz częstsze dreszcze na ciele i suchość w gardle. Miał też wrażenie, że słyszy jakieś dźwięki, ale wiedział, że to tylko jego wyobraźnia. Zmęczenie płatało mu figle. Należało odpocząć.

Po trzeciej godzinie był na skraju wytrzymałości. Cierpliwość kończyła się w tempie galopującego konia, a i tak nigdy nie miał jej dużo. Pojawiły się wątpliwości. Krew w torbie mogła znaleźć się tam z różnych powodów. Może należała do niego samego? Tyle ostatnio pił, że mógł nie pamiętać. Była szansa, że skaleczył się przebierając grzyby. Ale było też możliwe, że dobił targu z mordercą, którego szukali od pięciu lat. Nie mógł tak tego zostawić.

Stracił rachubę czasu. Oczy same się zamykały. Ciało powoli dawało za wygraną. Czuł, jakby kończyło mu się paliwo, a nigdzie nie było stacji. Wola ruchu była na miejscu, ale maszyna nie działała. Głowa opadła mi na szyję. Podniósł ją odruchowo, ale po chwili znów się zaczęła chybotać. I tak pomiędzy jednym, a drugim falowaniem zobaczył go.

Stał jakieś pięćdziesiąt metrów od niego, na skraju lasu. W dłoni trzymał wiklinowy kosz. Uśmiechał się życzliwie.

Badura wstał, a przynajmniej próbował. Nie był w stanie unieść góry mięśni, które przez lata mu tak dobrze służyły.

– Spokojnie synku. Odpocznij. I tak długo wytrzymałeś. Zazwyczaj trwa to dobę – powiedział Grzybiarz.

– Kim jesteś? – spojrzał na mężczyznę. – Tata? – zdziwił się widząc znajomą twarz. – Przecież ty nie żyjesz.

– Kolejna niespodzianka. Za każdym razem jest inaczej. Nie da się przewidzieć efektów. Boli?

– Już nie tato. Już nie boli – uśmiechnął się Badura.

– To dobrze – pokiwał głową Grzybiarz. – Nie powinno boleć. Lepiej, jak jest szybko. Ból jest zbędny.

– Tato?

– Tak?

– Kocham cię.

– Twój tatko też cię pewnie kocha. Gdziekolwiek jest.  A teraz musisz umrzeć. – Policjant poczuł zimną dłoń na głowie. Była mu obojętna. Wszystko stało się obojętne, poza tym, że ból odszedł.

– Dlaczego? – spytał.

– Ah. Liczyłem, że sobie to odpuścimy, ale chyba nie mamy wyboru prawda?

– Dlaczego?

– Muszę cię rozczarować panie władzo. Nie ma za tym wielkiego planu. Nie byłem molestowany, czy bity za młodu. Nikt nie zrobił mi jakiejś wielkiej krzywdy. Nie mam też żalu do ludzkości. Ja jej po prostu nie lubię. Nawet nie tyle, nie lubię, ale jest mi obca. Bo co znaczy ludzkie życie? Czemu ma być ważniejsze niż krowie, psie, czy owadzie? Jednego dnia jesteś, drugiego dnia cię nie ma. A ja nie czuję różnicy. Rozumiesz?

– Już raz zabiłeś – Badura zakasłał i zamilkł ze śliną spływającą z kącika ust.

– Znaleźliście ją? Trochę to trwało. Nikt już nie zbiera grzybów, więc i trudniej o porządnego świadka. Niedługo sam zacznę na siebie donosić. Widzisz nie tylko podejście do życia nas różni. Mamy też zupełnie inną wrażliwość i poziom inteligencji. Stworzyliście sobie Grzybiarza, który raz w roku zabija. To wbrew pozorom bezpieczna teoria. Dla was oczywiście. Dzięki temu po znalezieniu ciała, możecie spać spokojnie do kolejnego września. Przyznam nieśmiało, że o to mi też chodziło. Wiesz, co było największym osiągnięciem diabła? Przekonać ludzi, że nie istnieje. A ja istnieję. Nie tylko w jednym z dwunastu miesięcy, ale w każdym. Myślisz, że dlaczego wydajesz właśnie ostatnie tchnienie? Jak bardzo przebierałeś zakupiony towar? Jestem pewny, że nawet taki przygłup, jak ty zwrócił uwagę na kapelusze. Gąbka dobra, blaszki złe, prawda? A czy kiedyś przyszło ci do głowy, żeby sprawdzić nóżki? Co by się stało, gdyby ktoś przypadkowo podmienił w kilku grzybach nóżki, na te od olszówki, szatana, czy sromotnika. Rozpoznałbyś je? Bo ja rozpoznaję po symptomach, że nie. Podejrzewam, że były już biegunka, nudności, bóle głowy? Czerwone płytki krwi za sprawą toksyn rozpadają się, a organizm powoli się poddaje. Wątroba nie daje rady, nerki przestają działać. Koniec.

Badura nie słuchał. Jego ciało leżało nieruchome, a umysł zgasł na dobre. Nie była to bohaterska śmierć, ale stanowiła ukojenie i koniec zmagań. Nie miało już znaczenia, czy zapracował na odpoczynek. Ten nadszedł niepostrzeżenie.

– Ja tu gadu-gadu, a ty nie żyjesz. No cóż. – Grzybiarz spojrzał na trzymany w dłoniach kosz – Nawet nie mam jeszcze połowy. – Westchnął. Odwrócił się i ruszył wolnym krokiem w stronę lasu.

Ciało Badury znaleźli turyści odwiedzający pozostałości po obozie zagłady w Sobiborze. Nie spodziewali się, że dosłownie znajdą śmierć. W autopsji stwierdzono zgon wynikający z zatrucia. Znikoma ilość toksyn we krwi podsunęła jedynie teorię. Michał Marczuk częściowo potwierdził ją swoimi zeznaniami o złym stanie zdrowia kolegi. Biorąc pod uwagę problemy alkoholowe denata, jak i ostatnie załamanie nerwowe, spowodowane pracą w trudnych warunkach wszyscy założyli nieszczęśliwy wypadek. Tak więc, gdy Grzybiarz był sprawcą śmierci tegorocznej ofiary września, zwykłe grzyby zabiły funkcjonariusza Marka Badurę. I choć niewiele osób uroniło łzę na jego pogrzebie, to niektórym brakowało jego chamstwa i burackich odzywek. Stanowiły one jakąś formę szczerości w tej sztucznej do bólu codzienności.

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Zasysa. Przynajmniej mnie zassało. ;) Dobrze się czyta, Badura wyszedł ci ciekawie (znaczy, ja zazwyczaj nie znoszę czytać o takich oblechach, a tu proszę – mimo oblecha wciągnęło.

Masz trochę literówek, trochę błędów interpunkcyjnych (poczytaj sobie np., kiedy stawia się przecinek przed “czy”).

Trochę za mało bohaterów było w tym tekście, by tożsamość mordercy mogła okazać się zaskoczeniem. Ale to nie przeszkadzało mi jakoś specjalnie. Bardziej przeszkadzał mi sam proces, który zastosowałaś, by rozwiązać zagadkę. Skąd ta krew w siatce? Dlaczego Badura jej wcześniej nie zauważył, zwłaszcza że chyba musiało jej być sporo?

Nie do końca jasne są dla mnie też motywacje Grzybiarza, ale po zastanowieniu uważam, że to niedopowiedzenie tutaj nie jest wadą. Spodobał mi się pomysł na “przyczajenie się” mordercy w pozostałych miesiącach. Ten dialog (a właściwie monolog) na końcu trochę zbyt rozwlekły, zbyt dużo wyjaśniasz wyłącznie za jego pomocą.

Ale – przyjemna lektura.

Długo nie mogłam przywyknąć do tego chaotycznego stylu. W końcu się udało, ale to już za półmetkiem było.

No, jak dla mnie jednak za mało fantastyki.

Potwierdzam literówki i kulejącą interpunkcją.

No kurwa rzesz, jego mać, jebany w dupę fiut znów to zrobił?

Żeż.

– Ah. Liczyłem, że

Po polsku jest “ach”.

Babska logika rządzi!

Nie wiem, czy to opowiadanie jest Twoim pierwszym, czy masz już za sobą jakieś próby literackie, ale jest całkiem nieźle. Fantastyki chyba nie ma (albo jest gdzieś między wierszami), ale wątki kryminalne spoko, takie odświeżające.

Opowiadanie na początku budzi pewne zainteresowanie, później jest dość nudno i w końcu serwujesz całkiem interesujące zakończenie. Tożsamość Grzybiarza rzeczywiście nietrudno odgadnąć, ale fakty, które wywlekłaś na światło dzienne w zakończeniu, nadają temu wszystkiemu takiej fajnej głębi. To mi się spodobało.

Podobnie sylwetka głównego bohatera, który, mimo że jest degeneratem, znalazł w sobie siłę, by spróbować raz jeszcze.

Warsztatowo, hmm… dziwnie. Bo z jednej strony zdania klecisz naprawdę fajne, przez tekst da się płynąć, by chwilę później uraczyć jakąś literówką, niezręcznością, czy błędem interpunkcyjnym. Taaak, nad tą interpunkcją popracuj, jeśli chcesz dalej pisać, masz wolę walki.

I dodaj tag WULGARYZMY, szczególnie, że przeklina nawet narrator. Niektórzy woleliby to wiedzieć zawczasu.

W sumie, podobała mi się ta historia. Jeśli wykażesz zaangażowanie i poprawisz błędy, Count postawi stempel jakości.

 

Tyle ode mnie, a na koniec część przyuważonych błędów. Wszystkiego nie chciało mi się wyłapywać, popracuj też sama.

Szedł dalej w poszukiwaniu kolejnego wyzwania. Dlatego sine już ciało ominą bez jakiejkolwiek oznaki zainteresowania.

Literówka

Czerwona kurtka rzucała się w oczy z kilku metrów, blond włosy, teraz ubrudzone błotem[+,] odbijały skąpe fotony,  bladość dłoni kontrastowała z żywymi barwami ściółki.

Sporo tych przecinków, ale ten też się przyda, bo to wtrącenie.

Wszędzie trąbią[+,] żeby nie chodzić samemu po lesie.

Ocha wspomniała o przecinkach przed czy. Ogarnij też przecinki przed żeby. Trochę tych błędów interpunkcyjnych jest… Na spokojnie jednak – ucz się tego stopniowo, rzekłbym wręcz – przy okazji, bo wiadomo, że nudne. Ale warto załapać, bo ułatwia czytanie.

Łap LINKA – gdy masz zdanie podrzędne (z czasownikiem), to przed tym wyrazem stawiasz przecinek. Zazwyczaj. Albo zawsze. Też nie jestem specem, więc nie będę się wymądrzał.

– Chodziło mi o[+…] – ale nie dokończył.

A to już w ogóle błędne gramatycznie. Proponowałbym usunąć jak wskazałem i dodać wielokropek.

wyszczerzył zęby i zniżył glos konspiracyjnie.

Literówka

Tamten przełknął ślinę i przytakną.

Literówka

Głowa też dawała o sobie znać, wołając o choćby małego, malutkiego klinika.

To zdrobnienie od klina? Ale on nie wstał właśnie, skacowany… Nie pasuje mi to.

Gdy wdrapał się na trzecie piętro dawnych wojskowych bloków[+,] słońce zniknęło za pobliskimi brzozami.

Siwizna mu nie groziła, bo nadmiar testosterony skutecznie przyśpieszył łysienie.

Literówka

A ty co, kurator[+,] kurwa?

– Życie[+,] babciu.

Przed wołaczami przecinki! I sprawdź to w całym tekście, bo ten błąd powtarza się często. Gdzieś tam jest kurwa, gdzieś tam jest synek ;)

Mężczyzna wszedł niechętnie, stąpając lekko i starając się nie wejść w jakiś syf.

Powtórzenie

Facet, bo tak założyli, biorąc pod uwagę siłę, jaką trzeba był dysponować,

Literówka

Z niewiadomych przyczyn wybierał sobie wrzesień i po jednym trupie uspokajał się na kolejne jedenaście miesięcy.

Dwanaście? Inaczej mordowałby o jeden miesiąc wcześniej…

Ostrze wejścia, to moja specjalność.

Literówka

Wypad[+,] bo sam wykopie.

Literówka + przecinek

Lewuchy – komuchy to, prawuchy – kościelniuchy tamto.

Przy takich zestawieniach stosuj dywiz, czyli kreskę bez spacji z obydwu stron.

Miał już zgasić światło i wrócić do spania, gdy poczuł dziwną lepkość na dłoniach. Rozdziawił usta, gdy odkrył, że jego dłonie skąpane są w szkarłacie.

Powtórzenie.

Krew pod wpływem resztek piwa musiała zacząć się mazać. Plastikowe wiadro umazane było w kilku miejscach.

Powtórzenie, a pierwsze zdanie naprawdę beznadziejne. Radziłbym zmienić.

Obudził się o świcie. Tym razem szło w obie strony.

Nie rozumiem.

Przed oczyma miał białe plamy, ale pompowana do żyła adrenalina dodawał skrzydeł.

Literówka

Teraz[+,] gdy o tym myślał[+,] zdziwił się, że tamten nie wybrał głównej trasy Włodawa Chełm.

Trasy chyba też powinnaś zapisać z dywizem. Dodałbym też przecinki, choć 100% pewności nie mam.

Ale było tez możliwe, że dobił targu z mordercą, którego szukali od pięciu lat.

Literówka

Czemu ma być ważniejsze niż krowie, psie, czy owadzie[-.][+?]

Znak zapytania na końcu.

Ja tu gadu gadu, a ty nie żyjesz. No cóż[+.]

Dywiz między gadu i kropka na końcu. Następne zdanie z wielkiej litery i znów kropka. Przejrzyj poradnik odnośnie dialogów.

I choć nie wiele osób uroniło łzę na jego pogrzebie, to niektórym brakowało jego chamstwa i burackich odzywek.

Niewiele.

 

OK. Namordowałem się, mam nadzieję, że z tego skorzystasz, bo zabiję ;P

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Ostrożnie stawiane stopy starały się nie mącić spokoju zielonej świątyni, ale ciężkie buty nie ułatwiały sprawy. – Kurczę, już mi zgrzyta. Może “stawiane kroki”?

 

– Chodziło mi o(…) – (A)ale nie dokończył.

 

Są nieścisłości w zapisie dialogów, są w przecinkach. Literówki.

Przede wszytkim, dzięki za Włodawę i klimat “znad Białego”. Przypomniały mi się szczenięce czasy, ale jakoś nie tęsknię do pijanych tłumów na plażach i disco polo z “Ruchałki”, niosącego się dudniącym echem nad taflą jeziora… Wątroba nie ta, a od spania pod namiotem jestem połamany. :)

Bardzo dobre opowiadanie. Świetna narracja i rytm zdań. Konkretne dialogi.

Na minus – diabeł. No porostu nie lubię tego zabiegu fabularnego. Jest tyle opcji w fantastyce, a zawsze ktoś tego diabła musi wsadzić.

Sith Happens!

Myślisz, że to diabeł? Ja jakoś uznałam, że szaleniec.

Szaleniec, diabeł – “Tekst może nie do końca fantastyczny”…

A kto tam wie? Kwestia interpretacji.

Sith Happens!

Naprawdę nieźle. Zagadka kryminalna dobrze zarysowana, choć nie ona jest tutaj na pierwszym planie. Raczej jest to portret “Seby w mundurze”, że tak to określę. Badura wychodzi pięknie swojski swoimi zwyczajami oraz poglądami (zwłaszcza tymi na początku).

Sama postać mordercy jakoś mocno nie wywarła na mnie wrażenia, ale jak pisałem – nie wątek kryminalny był tu na pierwszym miejscu. Choć jestem ciekaw, co by o nim powiedzieli bohaterowie Mindhunter.

Technicznie czytało mi się dobrze, bez przeszkód czy przestojów.

Podsumowując: ciekawa lektura społeczna(?) ubrana w szaty opowieści kryminalnej. Niecodzienny pokaz sztucznych ogni.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Całkiem dobre opowiadanie. Płynna fabuła, wyraziści bohaterowie, przekonywująca sprawa. Nie zacinałem się podczas lektury, więc warsztat opanowany wystarczająco. Grzybiarz niby oczywisty, a jednak trochę zaskakujący.

Przyczepię się jednak do researchu. We Włodowie jest Komenda Policji, mają nawet wydział kryminalny, ale śledztw seryjnych morderców na pewno nie prowadzą. Może poprowadziliby pierwsze, rowerzysty, ale na tym koniec. Bo jak mieliby prowadzić to śledztwo? Bez laboratorium, analiz, wspomagania psychologa, policjantów z psami tropiącymi itd. Dobrze jak każdy pies ma u nich swój komputer, to tyle. Główny bohater i jego kolega też przerysowani, brzmią, jak gliniarze ze stolicy, z wydziału zabójstw, a nie komendy na zadupiu. Więc za to minus.

O opowiadaniu mogłabym powiedzieć, że jest całkiem niezłe, gdyby nie wykonanie pozostawiające wiele do życzenia, nie do końca jasna postać Grzybiarza, mało zrozumiałe kierujące nim motywy, że o braku fantastyki nie wspomnę.

Mam nadzieję, Nemeriss, że Twoje kolejne opowiadanie będzie nie tylko zajmujące, ale lepiej napisane i stosownie fantastyczne.

 

Przez gęsto po­ro­śnię­te drze­wa ledwo do­cho­dzi­ły pro­mie­nie sło­necz­ne. –> Czym były porośnięte drzewa?

Pewnie miało być: Przez gęsto rosnące drze­wa ledwo do­cho­dzi­ły pro­mie­nie sło­necz­ne.

 

– To po ile te? – wska­zał na naj­więk­szy po­jem­nik. Han­dlarz po­cmo­kał, wy­szcze­rzył zęby i zni­żył glos kon­spi­ra­cyj­nie. –> Powinno być:

– To po ile te? – Wska­zał na naj­więk­szy po­jem­nik.

Han­dlarz po­cmo­kał, wy­szcze­rzył zęby i konspiracyjnie zni­żył głos.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Głowa też da­wa­ła o sobie znać, wo­ła­jąc o choć­by ma­łe­go, ma­lut­kie­go kli­ni­ka. Ba­du­ra do domu miał bli­sko. Wła­ści­wie wszę­dzie we Wło­da­wie było bli­sko, czy to do cen­trum na rynek, czy do szpi­ta­la na drugą stro­nę mia­sta. Jed­nak w przy­pad­ku nie­uchron­ne­go kaca, każda mi­nu­ta była na wagę złota. A ten nad­cią­gał, jak kie­dyś ru­skie czoł­gi nad Bug. –> Czy to miał być klinik profilaktyczny? Bo z tekstu wynika, że kac dopiero miał się pojawić.

 

wy­cią­gnął z lo­dów­ki schło­dzo­ne Ku­flo­we i zmył kil­ko­ma ły­ka­mi z bar­ków trud dnia. –> Co to są łyki z barków? Nazwy napojów zapisujemy małymi literami. Ten błąd pojawia się jeszcze w dalszej części opowiadania.

Proponuję: …wy­cią­gnął z lo­dów­ki schło­dzo­ne ku­flo­we i kil­ko­ma ły­ka­mi zmył z bar­ków trud dnia.

 

Ode­tchnął, a me­czą­ce szu­mie­nie w gło­wie usta­ło. –> Miał w głowie kozę, czy to literówka?

 

a pro­boszcz za­glą­dał nie­mal pa­ra­fia­nom do łóżka. –> Czy dobrze rozumiem, że parafianie nie byli nimi w pełni?

Proponuję: …a pro­boszcz niemal za­glą­dał pa­ra­fia­nom do łóżka.

 

Rdzę skrzęt­nie przy­kry­wał czar­nym fla­ma­strem z CPNu. –> Rdzę skrzęt­nie przy­kry­wał czar­nym fla­ma­strem z CPN-u.

Ten błąd pojawia się jeszcze w dalszym ciągu opowiadania.

 

Od czasu mi­nę­ło za­le­d­wie kilka dni, ale ręka go nadal świerz­bi­ła. –> Pewnie miało być: Od tego czasu mi­nę­ło za­le­d­wie kilka dni, ale ręka go nadal świerz­bi­ła.

 

ale chęć ode­gra­nia się ró­wie­śni­kach… –> …ale chęć ode­gra­nia się na ró­wie­śni­kach

 

Po­now­nie ślady były nie wy­star­cza­ją­ce, aby wska­zać kon­kret­ne­go spraw­cę. –> Po­now­nie ślady były niewy­star­cza­ją­ce, aby wska­zać kon­kret­ne­go spraw­cę.

 

łą­czyć ofia­ry i znów inna była przy­czy­na zgonu. Po­przed­nie ofia­ry… –> Powtórzenie.

Zbędna spacja po łączyć.

 

– To le­piej uwa­żaj, bo kilka z na­szych już to robi. –> Literówka.

 

ale do star­szych sza­cu­nek miał. –> …ale dla star­szych sza­cu­nek miał.

Można mówić do kogoś z szacunkiem, ale szacunek ma się nie do kogoś, a dla kogoś.

 

Mu­sia­ła od­da­lić się na tyle da­le­ko… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Wy­peł­nio­ne wodą płuca wska­zy­wa­ły na uto­nię­cie. Tok­sy­ko­lo­gia wska­za­ła… –> Powtórzenie.

 

teraz on by skoń­czył pod nimi. Nie­do­cze­ka­nie, po­my­ślał. Nie ob­cho­dzi­ło go, gdzie skoń­czy by­le­by tam­ten skoń­czył przed nim. –> Czy to celowe powtórzenia?

 

Z Oku­nin­ką skrę­cił w lewo na So­bi­bór i zwol­nił. –> Literówka.

 

tam­ten nie wy­brał głów­nej trasy Wło­da­wa Chełm. –> …tam­ten nie wy­brał głów­nej trasy Wło­da­wa – Chełm.

 

Ba­du­ra za­ka­słał i za­milkł śliną spły­wa­ją­cą z ką­ci­ka ust. –> Ba­du­ra za­ka­słał i za­milkł ze śliną spły­wa­ją­cą z ką­ci­ka ust.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Na początku jest Marek Badura w ostatnim akapicie zmienia się tajemniczo w Krzysztofa Sporo literówek i błędów (Reg wypunktowała), technicznie dużo pracy jeszcze przed Tobą. Bibliotekę dałam nieco przymykając oczy na niedopracowanie techniczne tekstu, bo jest tu “coś” co sprawiło, że nie mogłam się oderwać. Mimo iż wiedziałam, kto jest mordercą, mimo iż wiedziałam, że te podgrzybki nie wyjdą Badurze na zdrowie, chciałam czytać. Opowieść w sumie nie jest kryminałem, to portret psychologiczny gliny. I to dopracowałaś ładnie, tak, że uwierzyłam w jego prawdziwość. Za to klik :)

Dziękuję wszystkim za komentarze. Przyznam, że zdziwiłem się, że ktoś poświęcił opowiadaniu swój czas, ale jest mi bardzo miło. Starając się ustosunkować do waszych wypowiedzi powyżej:

– jeśli chodzi o Komisariat Policji we Włodawie to znam go nieźle :-) nie chodziło mi żeby silić się na realizm, tylko umiejscowić opowiadanie w znanym mi otoczeniu, do którego mam sentyment. Nie miałem tego nigdzie publikować, więc błędy formalne pomijałem. Równie dobrze mogła być zmyślona nazwa miasta.

– błędów faktycznie jest sporo. Postaram się nad tym pochylić, ale mimo starań zupełnie ich nie widzę przy korektach. Nie moja mocna strona. Czytam dużo, pisze dużo, a i tak nie jest pod tym względem najlepiej. Zawsze najbardziej interesowała mnie fabuła i mózg na czym innym się koncentruje.

– brak konsekwencji w imieniu mnie poraził i zlałem się za to po pysku.

– na koniec dziękuję za pozytywy. Nie pisałem od dobrych dwóch lat i trochę zarzuciłem pasję. Daliście mi porządnego kopa :-)

Nemerissie, jeśli moje uwagi przydały się, to bardzo się cieszę. ;)

 

Wyznam, że jestem nieco zdezorientowana, bo wypowiadasz się jako mężczyzna, a Twój profil informuje, że jesteś kobietą…

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Coś faktycznie z ustawieniem konta nie zagrało, ale poprawione. Z drugiej strony jestem ciekaw, czy miało to znaczenie przy komentarzach.Tak, jak autostopowicza nikt nie weźmie, ale autostopowiczkę już chętniej. 

Przy okazji jeszcze się zapytam. Ponieważ mam spory problem z korektą własnych tekstów, chciałbym aby ktoś kto profesjonalnie się tym zajmuje rzucił okiem, dzięki czemu mógłbym się uczyć na błędach, które widzę. Czy wiecie może gdzie szukać kogoś takiego? Gdy szukam u wujka googla, to wyskakują mi strony, które mam wrażenie zakładane są przez studentów polonistyki, którzy chcą sobie dorobić, a nie o to mi chodzi. 

Jeszcze raz dziękuję za uwagi i biorę się do roboty. 

Coś faktycznie z ustawieniem konta nie zagrało, ale poprawione. Z drugiej strony jestem ciekaw, czy miało to znaczenie przy komentarzach.Tak, jak autostopowicza nikt nie weźmie, ale autostopowiczkę już chętniej. 

Nie. Płeć piszącego nie ma dla czytającego znaczenia. Liczy się tylko tekst i to, jak jest napisany – czy opowiadanie jest zajmujące, a jego lektura nie kaleczy oczu. Tak jest przynajmniej w moim przypadku, ale przypuszczam, że inni podobnie podchodzą do sprawy.

 

Nemerissie, obawiam się, że wśród nas chyba nie ma profesjonalistów, a przynajmniej nikt się do tego nie przyznał. W tej sytuacji pewnie spodoba Ci się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/loza/17

Powodzenia. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Gdy szukam u wujka googla, to wyskakują mi strony, które mam wrażenie zakładane są przez studentów polonistyki, którzy chcą sobie dorobić, a nie o to mi chodzi. 

Znaczy chcesz profesjonalnej pracy, ale za darmo? :P

 

Możesz wrzucać swoje opowiadania tutaj i zapraszać innych użytkowników do betowania, ale największe szanse masz wtedy, gdy sam będziesz oferować swoją korektę innym :)

Kam_mod – gdzie napisałem, że za darmo? W googlu szukam po prostu strony lub oferty. Bardzo chętnie zapłacę ile trzeba. Nie stanowi to dla mnie problemu, tylko nie mogę znaleźć specjalisty. Jeśli chodzi o betę, to faktycznie sprawdzę to, ale sam nie czuję się na siłach żeby kogoś stylistycznie poprawiać. Moją silniejszą stroną jest fabuła. Z drugiej strony chętnie przyjmuje rady, ale ponieważ nie mogę zweryfikować tego, kto je daje, to mam problem z weryfikacją ich prawdziwości (samemu trudno mi ocenić, czy to dobrze czy źle). Tekst który zamieściłem był sprawdzony przez znajomego, który jest redaktorem jednej z gazet codziennych i co? :-) drugi raz go o pomoc nie poproszę. A błędu z imieniem nie wychwyciło 5 randomowych osób.

Regulatorzy – dziękuję. Sprawdzę wątek. 

Nie zgodzę się z niektórymi poprzednimi komentatorami. Dla mnie to kryminał. Wyrazistość głównego głównego bohatera temu nie przeczy. To kryminał krótki i opowiedziany dosadnie, co w tym przypadku jest zaletą. Wciąga. Przeczytałbym jednym tchem, gdybym nie zwracał uwagi na usterki.

Zgodzę się za to w 100 procentach z komentarzem Ochy. W seryjnym mordercy nie dopatruję się diabła. Dwiema rękoma podpiszę się pod tezą, że wątek kryminalny (stanowiący oś opowiadania) wymaga nieco dopracowania. Zwłaszcza w aspekcie kluczowym, czyli tego, jak Badura wpadł na rozwiązanie zagadki. Zaraz po upchaniu puszek i butelki w kuble Badura zorientował się, że jego ręce “są skąpane w rdzy” (na marginesie, dla mnie brzmi to trochę niezręcznie), czyli, jak rozumiem, całe były we krwi. Dlaczego Badura akurat wtedy się zorientował? Przecież musiał się ubrudzić wcześniej, jeżeli nastąpiło to przez kontakt z reklamówką od Grzybiarza, którą wyrzucił wcześniej. Jak on to w ogóle skojarzył, że krew na jego rękach pochodziła z reklamówki, skoro wcześniej nie widział na tejże reklamówce żadnej krwi. Wreszcie skąd krew wzięła się na reklamówce od Grzybiarza. Czy mam przyjąć za oczywistość, że Grzybiarz nosił w niej również i okrwawione zwłoki?

Jako że opowiadanie uznaję za kryminał, byłbym dociekliwy również w innej sprawie, chociaż to już rzecz mniejszego kalibru. W opowiadaniu opisane są pokrótce okoliczności śmierci czterech dawniejszych ofiar Grzybiarza. Na jakiej podstawie przyjęto, że dwie ostatnie osoby (chłopiec i pijaczek) w ogóle były ofiarami? Czy wystarczyło ustalenie, że śmierć nastąpiła we wrześniu i w okolicznych lasach? Przecież o chłopcu wprost jest powiedziane, że utonął (a nie np został utopiony), a o pijaku, że się powiesił.Co do potknięć technicznych w opowiadaniu, to że o nich na razie nie wspominam, nie znaczy, że ich nie dostrzegam. Może wymienię niektóre innym razem. Teraz powiem tylko, że nie przesłaniają one bardzo pozytywnego wrażenia, jakie sprawia opowiadanie. To się po prostu łyka jednym haustem!

Do Autora mam tylko jeszcze taką uwagę. Wprawdzie nie jestem tu starym wyjadaczem, jednak zdążyłem się zorientować, że komentatorzy na tym portalu, którzy wytykają autorom różne uchybienia, robią to w olbrzymiej większości w dobrej wierze. Niemniej, oczywiście, jak to ludzie, mogą się mylić. Niektóre sprawy zresztą to kwestie czysto subiektywne.

Pozdrawiam

 

 

Trudno mi coś powiedzieć o tym tekście. Niby zaciekawiłem się, kim był Grzybiarz, ale lektura znużyła. Mam bardzo mieszane odczucia, co do tego tekstu. Ciekawie wykreowany bohater, iście zły antagonista, fajny pomysł, dobrze opisane skutki działania trucizny. Czyli wszystko powinno grać i śpiewać, ale coś mi ciągle nie pasowało. Może klimat? Nie czułem go w ogóle. Tak czy siak, większość elementów na duży plus, całość mi nie przypasowała.

mjacek7235 dziękuje za uwagi. Przyznam, że jak spojrzałem na to z Twojej strony faktycznie też powinienem mieć takie wątpliwości, ale chyba za bardzo byłem związany z tekstem. W mojej głowie tak to wyglądało, bohater tak się zachował i logika była zachowana. Co do krwi, to ofiara była dźgnięta nożem, a w moim zamyśle Grzybiarz dał reklamówkę zakrwawioną, chcąc naprowadzić kolejną ofiarę września na swój trop. Znał policjanta, wszyscy go w okolicy znali. To trochę miała być chora zabawa, ale z premedytacją.

Jeśli chodzi o dwie ost. ofiary może za szybko poszedłem dalej i warto było dodać coś jeszcze, co powiązałoby ofiary z mordercą.

Karol123 dziękuję za komentarz.

 Jest problem z przecinkami, na przykład tutaj:

– Wiem, o kim pan mówi, ale mamy taki wysyp grzybów, że żal[+,] żeby się marnowały.

Swoich nie ruszał, obcych przyciskał[+,] aż wkupili się, dołączając do tych pierwszych.

Gdyby wiedział, że tak będzie, nigdy nie wstąpiłby do służby, tylko kręcił wałki z tatkiem[+,] dopóki jeszcze żył.

I powtórzenie wpadło mi w oko: 

Posterunkowy Michał Marczuk opowiedział z zapałem wszystko, o czym wiedział, dopowiadając także własne teorie i przypuszczenia.

Bardzo dobre opowiadanie, wciągające. Ładnie poprowadzony pomysł, skończony.

Jestem bardzo zadowolona z lektury.

 

Anet, bardzo dziękuję za komentarz. You made my day :-) Przecinki oczywiście do poprawienia.

Tam przecinków jest więcej ;)

Ale i tak dobrze się czyta ;)

Dorzucam jeszcze garść uwag dot. logiki i kwestii języka. Zaznaczam, że robię to nie, żeby Cię po prostu skrytykować, Nemeriss, lecz żeby pomóc Ci doprowadzić opowiadanie do połysku, na jaki zasługuje. Podkreślam, że wszystko co podaję niżej to drobiazgi w porównaniu z poprzednim komentarzem, który uważam za znacznie ważniejszy.

Gdzieś w pierwszej poł. mignęło mi napisane o kimś, że “ominą” i w innym miejscu “przytakną”. Powinno być odpowiednio “ominął” i “przytaknął”, bo chodzi o jednego człowieku. Też gdzieś w tych rejonach literówka. Jest “nadmiar testosterony”. Powinno być nadmiar testosteronu”. 

Jest takie zdanie “próbowali stworzyć portret psychologiczny sprawcy, ale różnił się od poprzedniego”. By nadać zdaniu sens, którego w tym kształcie nie ma, np przed słowami “różnił się” dodałbym słowa “każdy nowy”.

W takim zdaniu “ktokolwiek miałby dorwać sukinsyna, stałby się bohaterem” słowa “miałby dorwać” zmieniłbym na “dorwałby”. Przecież, jeżeli ktoś kto dopiero miałby sukinsyna dorwać (a jeszcze nie dorwał), nie byłby jeszcze bohaterem.

Taki fragment zdania “gromadzić informacje każdymi możliwymi źródłami” brzmi dla mnie niezręcznie i chyba jest niepoprawne. Między innymi dlatego, że nie gromadzi się informacji “źródłami” lecz “ze źródeł”. Delikatnie zasugerowałbym “gromadzić informacje z wszystkich dostępnych źródeł”.

Takie wypowiedź o ludziach, że “piją kawę, żeby sobie ulżyć” jest dla mnie jak najbardziej językowo poprawna. Tyle, że mi się wydawało, że, żeby sobie ulżyć, to ludzie raczej piją piwo, strzelają setę itp. Kawę to się pije, żeby, bo ja wiem, obudzić się, wzmocnić.

Jest taki fragment zdania “…jedynym co łączyło ofiary było z grubsza miejsce zbrodni w postaci terenów zalesionych (wokół Włodawy) i czas…”. Rzecz w tym, że ofiary łączyły dokładnie (nie z grubsza) dwie okoliczności śmierci tj miejsce i czas, z tym że obie okoliczności faktycznie były określone tylko z grubsza. Jakoś bym to zaznaczył, np tak “jedynym co łączyło ofiary było miejsce zbrodni określone z grubsza na tereny zalesione…”

W takim fragmencie “wypełnione wodą płuca sugerowały na utonięcie” słówko “na” jest na 100 procent do wykreślenia. Sugeruje się coś, a nie na coś.

Jeszcze raz przyczepię się tego, że Badura miał “dłonie całe w rdzy”. Dlaczego nie po prostu “krwi”?. Ja rozumiem, że rdza jest mniej więcej koloru krwi, jednak dla mnie to niepotrzebnie kojarzy się z rdzą, którą Badura wcześniej zamalowywał flamastrem na swoim samochodzie

W drugiej połowie opowiadanie jest (chyba o Badurze), że “mimo ograniczenia prędkości nie puści nogi z gazu”. To chyba zwykła literówka. Powinno być “nie puścił”.

Pod koniec opowiadania jest o Badurze, że “głowa opadała mi na szyję”. Znowu literówka. Powinno być “opadała mu”.

Ktoś już na to zwrócił uwagę. Taki fragment “Obudził się o świcie. Tym razem szło w obie strony.” jest kompletnie niezrozumiały.

Nie wiem, po co jest w opowiadaniu mowa o czymś co zrobił ojciec Badury (z czego, zdaniem Badury, powinien być dumny), skoro nie jest w najmniejszym stopniu wyjaśnione, co to takiego. Chyba że ja to przeoczyłem, albo się nie domyśliłem, a powinienem. W takim razie zwracam honor. Te dwa poprzednie zdania dotyczą całego komentarza.

Pozdrawiam.

mjacek7235 – dziękuję, że znalazłeś czas, żeby podzielić się uwagami. Faktycznie sporo jest w nich racji. To, co chcę zostawić i nadal wydaje mi się istotne to:

– rdza, zamiast krwi – zwrócono mi na to uwagę, że krew już po dniu/dwóch nie będzie się mazała, nawet jak się ją zamoczy. Dlatego rdza lepiej mi obrazuje sytuację.

– ojciec Badury – przez ten wątek chciałem pokazać mężczyznę, szkolonego na bycie “prawdziwym” mężczyzną Ojciec był surowy, miał zasady, które egzekwował, nawet gdy dotyczyło to najbliższych. Skatował matkę, gdy go zdradziła i za to trafił do więzienia. Przez to Badura jest, jaki jest. Nie jest neandertalczykiem, bo tak mu pasuje. On inaczej nie umie. To napędza też jego ambicje.

Nowa Fantastyka