- Opowiadanie: Przemek Hytroś - Kochankowie pewnej pieśni

Kochankowie pewnej pieśni

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Kochankowie pewnej pieśni

Preludium

 

Leżały w ciemności. Długo. O wiele za długo. Zaczynały się niecierpliwić, bo nienawidziły bezruchu i nienawidziły mroku. Wolały światło dnia i gorączkowe, lepkie ciepło emanujące z lekko wilgotnej skóry. Tak… Już nie mogły się doczekać, aby poczuć dotyk drżących palców, nakarmić aurę tą wyjątkową, ciężką energią, po której puchły jak opite krwią kleszcze.

Nadszedł czas by przyzwać Żywiciela.

Najpierw pojawiły się pojedyncze dźwięki, które przypominały odgłos kropel rozbijających się o bruk. A potem zabrzmiała wibrująca pieśń, która przebijała się przez ściany czarnego więzienia.

Wołały.

 

***

 

Strofa I o życiu

 

Jan Różycki stanął u progu swojego domu i wyciągnął rękę w stronę klamki. Nim otworzył drzwi, wziął głęboki wdech niby nurek przed zejściem w głębiny. Powoli wypuścił powietrze, i przeglądając się w okrągłym okienku, zrobił kilka dziwnych grymasów, licząc iż zabieg ten pozwoli jego zmęczonej nocnym dyżurem facjacie przybrać łagodniejszy wyraz.

Nacisnął zimny jak lód uchwyt.

Korytarz przywitał go mrokiem. Ściągnął buty i w niemal kompletnych ciemnościach zrobił odruchowy krok w stronę ściany, unikając klocków lub innych zabawek, na które mógłby boleśnie nastąpić. Zaraz przypomniał sobie jednak, że przecież żadnych zabawek nie może tam być. Ruszył więc pewnym krokiem, jak ktoś, kto idzie przez ciemny las z bezwzględną pewnością w sercu, że potwory nie istnieją.

Ewę zobaczył, gdy jego oczy przyzwyczaiły się do ostrego światła wnikającego przez otwarte na oścież drzwi, wychodzące na niewielki, zielony ogródek. Klęczała na ziemi i pochylała się nad czymś.

Wyszedł z salonu na ciepły od porannego słońca taras.

– Po co go sadzisz? – zapytał, spostrzegłszy efekt pracy żony. – Przecież i tak nie odżyje.

W głowie miał widok wesoło zielonego kwiatka, który rósł w pokoju Adasia na przekór wszystkim przeciwnościom. Kupka uschłych listków i poskręcanych badylków, na które patrzył teraz, nie przypominała już niczego, co mogłoby kojarzyć się z radością.

Podszedł bliżej.

– Ewa…?

– Przestań! – warknęła i odwróciła w jego stronę zalaną łzami twarz – Przestań… Proszę… – dodała już ciszej i wróciła do przerwanej czynności.

Zacisnął szczęki. Chciał coś powiedzieć, pocieszyć ją, ale nie wiedział jak.

– Chodź do domu. Trawa jest mokra, przeziębisz się.

Wrócił do salonu, usiadł na kanapie i zapalił papierosa, próbując ignorować dobiegający z ogrodu szloch.

W końcu weszła do środka i przemknęła wprost do kuchni, nie obdarzając męża nawet jednym spojrzeniem.

Wieczorem było jeszcze gorzej. Kolację zjedli w ciszy przerywanej jedynie rytmicznym stukiem sztućców. Ich rozbiegane spojrzenia padały to na meble, to na zegar, to na kant stołu, ale ani raz się nie spotkały.

Godzinę później Janek stanął na progu dziecięcego pokoju i westchnął głośno.

– Trzeba coś z tym zrobić – powiedział, patrząc na kilka pudeł wypełnionych zabawkami.

– To znaczy co? – zapytała Ewa, wychodząc z łazienki. Była naga, mokre ciemne włosy spływały jej na ramiona.

– No… coś. Do domu dziecka może…

– Zwariowałeś – rzuciła oschle i poszła do sypialni. – Wyniesiemy na strych.

– A po co?

– Jak to po co? To pamiątki. Poza tym zostaną dla kolejnego dziecka.

Przełknął ślinę.

– Ewa… Nie jestem pewien, czy chcę mieć jeszcze dzieci.

Spojrzała na niego tak, że miał ochotę zapaść się pod ziemię.

– Aha – rzuciła sucho, nałożyła nocną koszulę i wśliznęła się do łóżka.

To „aha”, wypowiedziane pewnym specyficznym tonem, było gorsze niż najgorsza kłótnia.

Mijały dni, a oni oddalali się od siebie coraz bardziej. Przestali rozmawiać, przestali się kochać, celowo brali nadgodziny, aby spędzać jak najmniej czasu w cichym i pustym domu.

Pewnego wieczoru wracali samochodem z kolacji u rodziców Janka, podczas której udawali wzorowe małżeństwo, starające się wrócić do normalnego życia.

– Chcę rozwodu – powiedziała w pewnym momencie Ewa, patrząc w mrok za oknem.

– Co?

– Gdy powiedziałeś mi o tym starym dealerze z Zabłodzkiej… że mogłeś wziąć te pieniądze i nikt by się nie zorientował, znienawidziłam cię.

– Ewa, proszę cię…

– Tak. Znienawidziłam. Mogliśmy dokończyć leczenie. Albo spróbować innej kuracji. Laskowski proponował przecież. Pokazywał statystyki. Ale nie. Szlachetny pan służbista trzyma się swoich zasad nawet, gdy jego dziecko umiera.

Janek zacisnął mocniej dłonie na kierownicy. Odruchowo dodał gazu.

– Terlecki to szarlatan – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Oszust, który żeruje na cudzym nieszczęściu. Adasiowi nic nie mogło już pomóc. Przedłużalibyśmy tylko jego cierpienie.

Ewa ukryła twarz w dłoniach i zaczęła płakać Trwało to długo, a on nie wiedział, co ma zrobić, by przestała. 

W końcu uspokoiła się i otarła mokre policzki.

– Teraz i tak nic nie ma już znaczenia. Teraz chciałabym czuć choćby tamtą nienawiść. Ale nie czuję nic. Rozumiesz. Zupełnie nic. I dlatego uważam, że powinniśmy…

Nie dokończyła zdania.

Potężne szarpnięcie rzuciło ją do przodu.

Janek, który sekundę wcześniej wyciągnął rękę, by dotknąć ramienia Ewy, przez jedno krótkie mgnienie widział jej czerwone od płaczu policzki i chmurę bezwładnie unoszących się czarnych loków, otaczających głowę kobiety niczym kleks rozlanego atramentu.

A potem świat zamienił się w rozpędzony rollercoaster. Wnętrze pojazdu zawirowało, twarz Różyckiego została zaatakowana przez rój szklanych odłamków, a straszliwy zgrzyt prutego metalu stał się jedynym dźwiękiem, który docierał do jego gasnącej świadomości.

Po chwili nastała doskonała cisza.

 

*

 

– Tatusiu, znalazłem skarb…

Janek usłyszał dziecięcy głos i otworzył oczy. Najpierw zobaczył biały sufit, a później żółtą, pękatą jak balon lampę. Opuścił wzrok. Obok kanapy stał jasnowłosy chłopiec o błękitnym spojrzeniu.

– Szybko, chodź ze mną. Musisz go zobaczyć.

Malec zaśmiał się, odwrócił na pięcie i zniknął w korytarzyku.

Różycki zamrugał raptownie. Znał to mieszkanie. Wynajęli je niedługo po ślubie. Ale Adasia nie było jeszcze wtedy na świecie. W ogóle nic się nie zgadzało. Nie mógł sobie przypomnieć skąd się tu wziął. Pamiętał tylko, że stało się coś złego.

Wstał i poszedł za synem. Chłopiec stał na progu sypialni i zaglądał do pokoju z wyrazem takiego skupienia na twarzy, jakby w środku znajdowało się stadko płochliwych ptaków. Ale Janek wiedział już, czemu Adaś się przygląda. Przypomniał sobie ten dzień: piękny lipcowy poranek, gdy Ewa powiedziała mu, że jest w ciąży.

Ukląkł nagle i ukrył twarz w dłoniach. Chłopiec podszedł do niego.

– Nie płacz tatusiu. Wstań i chodź ze mną. – Janek bez słowa wykonał jego polecenie.

Ewa leżała na łóżku. Spała przytulona do poduszki. Oddychała rytmicznie i lekko. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz widział na jej twarzy taki spokój.

– To jest twój skarb. Nie możesz go… – Adaś chwycił dłoń mężczyzny i pociągnął lekko. Janek przysiadł i jego ucho znalazło się tuż przy ustach chłopca. – …stracić.

 

*

 

Janek wszedł do salonu. Postawił torbę na podłodze i poprawił kołnierz usztywniający. Cholerstwo było strasznie niewygodne, ale musiał je nosić jeszcze przez jakiś czas. Niewielka to cena, pomyślał. Gość, który o mało ich nie zabił, do końca życia będzie kaleką. Alkoholu pewnie też już nie weźmie do ust…

Ewa miała opuścić szpital dopiero pojutrze. Wrócił do domu, żeby zabrać kilka rzeczy i posprzątać przed przyjazdem żony.

Oczywiście, że się bał. Problemy same się nie rozwiążą, a przed nimi spore wyzwanie, by posklejać w całość coś, co być może rozsypało się na dobre. Ale jednego był pewien: chciał spróbować.

Otworzył tylne drzwi i usiadł na brzegu tarasu. Jego wzrok od razu padł na roślinę, który kilka tygodni temu zasadziła Ewa.

Łodygę porastało kilka zielonych listków.

 

***

 

Strofa II o śmierci

 

 

– Możesz mi wyjaśnić, dlaczego, do kurwy nędzy, tracimy ten kontrakt? – szef mówił miękkim, przyciszonym głosem,

Tadek Trela nie dał się jednak zwieść temu pozornemu spokojowi. Stał ze splecionymi na piersiach ramionami i patrzył w przestrzeń tuż nad uchem przełożonego.

– No co jest? Ogłuchłeś, czy co?

– Ja… W sumie to nie wiem. Miałem ich w garści.

– Posłuchaj mnie więc uważnie: albo jutro zobaczę umowę podpisaną przez Laskowskich, albo możesz szukać roboty gdzie indziej.

– Rozumiem, panie Włodarz.

– Doskonale. No, a teraz do dzieła, chłopcze.

Handlowiec odwrócił się na pięcie i wyszedł z gabinetu szefa.

– Co się stało? – zapytał z udawaną troską Andrzej, gdy zobaczył sunącego chwiejnym krokiem kolegę. Dobrze wiedział, co wydarzyło się za szklanymi drzwiami w końcu korytarza, i cieszył się w duchu, że będzie pierwszą osobą, która usłyszy złe wieści. – Jesteś blady jak ściana. Może wody?

Od trzech dni całe biuro wrzało. Oto najlepszy handlowiec w Lark Systems, duma firmy i oczko w głowie szefa, spartolił interes dekady. W jednej chwili stracił kontrakt wart trzy miliony złotych. Gdy ta straszna wieść obiegła wszystkich pracowników, w wielu głowach zapaliła się lampka z napisem „szansa”. W głowie Andrzeja świeciła już setka reflektorów.

– Jestem skończony – powiedział Tadek i klapnął ciężko na krzesło. – Laskowscy podpisują umowę z Kaletą.

– Niemożliwe, jak to się stało?

– Ściągnęli gacie. Przebili nas o pierdolonych dziesięć tysięcy.

– Ech, życie… – rzucił odkrywczo Andrzej i rozparł się w fotelu.

Tadek dopiero teraz spojrzał na współpracownika. Mężczyzna siedział z rękami założonymi za głową i uśmiechał się w ten specyficzny sposób, który wyrażał tylko jedno: „świetnie, że ci nie wyszło”.

Rozejrzał się po pomieszczeniu. W każdym kącie biura napotykał ukradkowe spojrzenia. Miał ochotę puścić pawia.

Nad Laskowskimi pracował przez rok. Urabiał ich najlepiej jak mógł, właził w tyłek i wypinał własny, gdy było trzeba. A oni potraktowali go jak szmatę i to tylko dlatego, że Kaleta Electronics spuścili cenę o marną dychę.

Miał już serdecznie dość tego wyścigu, presji, kontraktów, chlania z klientami na umór i ciągłych podróży. Przez to nieziemskie ciśnienie wpadł w uzależnienie od środków uspokajających. Na szczęście do tej pory udawało mu się utrzymać to w tajemnicy. Może najwyższy czas skończyć z całym tym syfem?

I wtedy poczuł mrowienie, które zaczęło się w okolicach krzyża i powolutku popełzło w kierunku karku. Miał zobowiązania… sporo zobowiązań. Luksusowe mieszkanie na kredyt, sportowy samochód, imprezy, drogie, choć okazjonalne przyjaciółki…

– Szlag! – warknął i wyciągnął z kieszeni telefon.

Chwilę postukał w klawisze, po czym położył aparat na blacie biurka i wcisnął guzik odtwarzania. Z głośnika dobiegł szum, a później przepity męski głos:

…bo wiesz, to wszystko kręci się tylko wokół jednego: musisz wiedzieć jak odpowiednio wymasować klienta, zrobić mu dobrze. Ich nie obchodzi, co im wciskasz, chcą być adorowani, czuć się najważniejsi. Wiesz, na czym naprawdę zarabiamy? Wydaję ci się, że na jakości? Gówno wiesz. Kaleta skupuje najtańsze badziewie od Chinoli, wpycha gdzie się da, a później branduje swoją marką. Dzisiaj nie da się inaczej, chłopie. Gdyby nie to, nie wygralibyśmy żadnego przetargu…

Tadek zatrzymał nagranie.

– Skąd to masz? – zapytał zdumiony Andrzej. – Przecież to był Arek Jaworski. Manager projektów z Kalety. Wszędzie poznam ten głos.

– Poszliśmy kiedyś na wódkę.

– Chcesz to wykorzystać?

– A jakże – Tadek uśmiechnął się krzywo i poprawił krawat. – „Trzymaj przyjaciół blisko, a wrogów jeszcze bliżej.”

– To będzie koniec Kalety. Laskowscy są maniakalnymi tradycjonalistami. Nawet jeśli sprzęt Kalety będzie w porządku udupią ich dla zasady.

– Mogli ze mną nie zadzierać. Wiedzieli ile pracy włożyłem w ten projekt. A teraz spieprzaj. Nie mam ochoty dłużej oglądać twojej fałszywej gęby.

Andrzej burknął coś i poszedł do swojego biurka.

Tadek siedział i patrzył na telefon. Oczywiście, że Kaleta pójdzie na dno. Sto pięćdziesiąt osób straci pracę. Jaworski był kiedyś jego dobrym kolegą ze studiów. Po ujawnieniu nagrania nikt go nie przyjmie…

Przez twarz mężczyzny przebiegł skurcz. Ciepłe mrowienie dosięgało już szyi. Miał wrażenie, że słyszy cichą melodię.

– Mogli nie zadzierać… – powtórzył, po czym wyciągnął z telefonu kartę pamięci i włożył ją do gniazda w laptopie.

 

*

 

Tadek siedział rozparty na fotelu i patrzył w okno. Na biurku leżała wypchana koperta, którą przed chwilą przyniosła asystentka szefa. Premia za Laskowskich. Jakoś nie chciało mu się przeliczać pieniędzy. Wystarczała świadomość, że tam są.

Wszystko wydawało się łatwiejsze i bardziej kolorowe tego dnia. Jedynie rano, przy goleniu, jakoś tak nie mógł spojrzeć sobie w oczy.

– Jesteś skurwysynem. – Arek Jaworski wyrósł przy biurku jak zjawa.

Tadek o mało nie spadł z krzesła. Mężczyzna wyglądał strasznie. Miał bladą twarz pokrytą kilkudniowym zarostem, podkrążone oczy i rozczochrane włosy.

– Arek… Co ty tu…? – wydukał Trela i wstał. Chciał podejść do kolegi, ale nie zdążył.

Jaworski sięgnął do kieszeni marynarki, wyciągnął niewielki rewolwer i przyłożył lufę do swojej skroni. Po sekundzie pociągnął za spust.

 

*

 

Antoni Płonka stał za niewielką ladą i bezwstydnie gapił się na tyłek klientki, która od pięciu minut grzebała w półce z preparatami odchudzającymi. Odruchowo oblizał wargi. Spodnie były stanowczo za ciasne i krągłości niemal wylewały się na zewnątrz. Płonce to nie przeszkadzało.

Starzec od dwudziestu lat prowadził sklepik z ziołami leczniczymi i preparatami zaliczanymi do medycyny niekonwencjonalnej. Jednym słowem: taniocha i badziew jakich mało. Prawdziwe pieniądze zarabiał na artykułach nie do końca legalnych, lub takich, które normalnie można było dostać tylko na receptę. U Antoniego recepty nie były konieczne. Przydawał się natomiast solidnie wypchany portfel. O tych dodatkowych „usługach” wiedzieli tylko wybrani i sprawdzeni klienci, dzięki czemu pomysłowy handlarz unikał problemów z prawem.

Kobieta wybrała w końcu towar, zapłaciła i skierowała się do wyjścia. Antoni odprowadził ją lubieżnym wzrokiem. W drzwiach minęła się z młodym mężczyzną. Płonka od razu poznał chłopaka.

– A witam szanownego pana. Czyżby melisa się skończyła? – zaakcentował słowo „melisa” i mrugnął porozumiewawczo.

– Potrzebuję dwóch opakowań. – Chłopak nie wyglądał za dobrze. Miał rozbiegane spojrzenie, trzęsły mu się ręce i oblizywał nerwowo wargi.

– Nie ma – wypalił bez ogródek sklepikarz i wyszczerzył krzywe zęby.

– Jak to nie ma?!

– Ano nie ma, skończyły się. Przyjdź za tydzień.

– Przestań mnie drażnić, do kurwy nędzy. Potrzebuję tego.

– Mówię: przyjdź za tydzień.

Młody mężczyzna podszedł bliżej i wycelował drżącym palcem w pierś Antoniego.

– Słuchaj no, dziadku. Rano widziałem jak mózg kolegi rozbryzguje się na moim biurku. Przed chwilą wyszedłem z komisariatu, gdzie musiałem złożyć zeznania. Chcesz żebym tam wrócił i opowiedział im o twoich dodatkowych dochodach?

Płonka przestąpił nerwowo z nogi na nogę. Miał coś specjalnego na zapleczu. Syf, jakiego nie sprzedałby najgorszemu wrogowi. Podobno już ktoś przez to wykitował.

Melodia pojawiła się jako delikatne wibracje, które handlarz poczuł gdzieś w trzewiach.

Młody jest na głodzie, pomyślał Płonka. Jest na potwornym głodzie i zapłaci każdą cenę. Ja i tak o dziewiętnastej znikam. Z tego zasranego sklepiku, z tego zasranego miasta, z tego zasranego kraju.

Oblizał usta nerwowo i spojrzał odruchowo w kierunku zaplecza, gdzie w cichym półmroku leżała czarna walizka, a w niej oszczędności życia „aptekarza”. Z samego rana zdeponuje forsę na specjalnym koncie, a potem na lotnisko, i niech się dzieje co chce.

– Dobra… Mam coś ekstra. Ale to kosztuje.

Chłopak wyciągnął z kieszeni kopertę, którą pokrywały czerwone smugi i plamki. Pogmerał w jej wnętrzu, odliczył kilkanaście szeleszczących banknotów, i położył je na ladzie.

– Tyle wystarczy? – zapytał retorycznie.

 

*

 

Wybiła dziewiętnasta. Sebastian Welsz przyglądał się z ukrycia jak Antoni Płonka wychodzi ze sklepu, zasuwa ochronną kratę i zakłada mosiężne kłódki. Recydywista odczekał aż jego cel zniknie za rogiem i wszedł w plamę światła rozlaną pod latarnią. Po chwili ruszył za sklepikarzem.

Od miesiąca obserwował starego handlarza. Co wieczór, dokładnie o dziewiętnastej, Płonka zamykał interes i udawał się prosto do swojego mieszkania. Zwyczajny, stary i lekko zgarbiony mężczyzna, który próbuje w spokoju doczekać do emerytury.

Sebastian wiedział, że to tylko pozory.

Sebastian miał dar.

Poprzez materialną powłokę dostrzegał prawdziwą tożsamość Płonki. Poskręcane rogi, wijący się ogon, poszarpane skrzydła niczym czarne szmaty unoszone przez wiatr.

Demon.

Bestia roznosząca białą zarazę, która szerzy się wśród ludzi szybciej niż rak. 

Na szczęście odnalazł go on. Boski posłaniec. Jasny Wojownik powołany przez Pana, by zabijać demony.

Szedł blisko odrapanych ścian kamienic, utrzymując bezpieczny dystans do starucha. Sklepikarz nie korzystał z komunikacji miejskiej i drogę do domu często skracał, przechodząc przez park.

Tak było i tego wieczora. Antoni wszedł w jedną z bocznych uliczek i pognał w kierunku zielonego muru drzew, który wyrastał tuż za blokami.

Welsz dopadł maszkarę na jednej z pustych i ciemnych alejek.

– Przyszedł twój czas, Roznosicielu Śmierci – syknął i uniósł płonący miecz.

Płonka kwiknął i zasłonił się teczką jak tarczą.

– Co ty, człowieku… – zaskrzeczał.

Sebastian uderzył bronią i skórzany bagaż pofrunął w krzaki. Starzec przewrócił się na plecy z wyrazem śmiertelnego przerażenia na pobrużdżonej twarzy.

Jasny Wojownik ponownie wzniósł oręż i zadał potężny cios. A potem kolejny, i kolejny, aż krzyk ginącego stwora zamienił się w jęk, stopniowo wtapiający się w ciszę.

Tylko gdzieś z tyłu pobrzmiewała ledwie słyszalna drażniąca melodia, tych, co płakali nad gasnącym Żywicielem.

 

***

 

Postludium

 

Janek siedział w służbowym samochodzie, i patrząc na czarny ekran telefonu, wsłuchiwał się w jednostajny odgłos kropel deszczu, uderzających w dach pojazdu.

W końcu wybrał numer. Po kilku sygnałach usłyszał w słuchawce zamęczony kobiecy głos.

– Jak on się czuje? – zapytał. – …Co? Nie śpi?… Jak silne są bóle?… Nie płacz. Nic to nie pomoże. Idź do Pawłowskiego i powiedz, żeby zwiększyli dawki środków przeciwbólowych. Cholera, ja mam ich uczyć zawodu?… Mówiłem, nie płacz tylko idź do lekarza dyżurnego… Przyjadę o szóstej i cię zmienię. Teraz muszę iść.

Rozłączył się i rzucił telefon na siedzenie pasażera. Przetarł twarz dłońmi. Miał ochotę krzyczeć.

Spojrzał za okno i przeszedł go dreszcz. Noc za szybą wyglądała, jakby ktoś rozwalił rurę kanalizacyjną i bezustannie wylewał syf na śpiące miasto.

Zaklął, nasunął kaptur na głowę i wyszedł w pluchę, kierując się wprost ku drażniącym oczy niebiesko-czerwonym światłom, pulsujących na dachach radiowozów zaparkowanych przed wejściem do parku.

– Witam szanownego detektywa Różyckiego. Piękną mamy pogodę, nieprawdaż.

Sierżant Romuald Dziedzic jak zwykle tryskał humorem, bez względu na porę dnia czy nocy i okoliczności. Ten pozornie dobrotliwy funkcjonariusz o okrągłej rumianej twarzy nieodmiennie kojarzył się Jankowi z Galem Obeliksem.

– Bry – przywitał się uprzejmie Różycki i przystawił twarz do szyby policyjnego samochodu. W środku siedział postawny mężczyzna, wpatrujący się niewidzącym wzrokiem w zagłówek kierowcy. Usta faceta poruszały się nieustannie, jakby gość recytował jakieś mantry. – To ten?

– Zgadza się – potwierdził Obeliks.

– Są świadkowie popełnienia czynu?

– Nie, ale jeśli to nie sprawca, to ja zjem swoją czapkę z keczupem i musztardą. Straż miejska trafiła na niego kilka ulic stąd. Był cały utytłany krwią. Wszystko wskazuje na to, że nie swoją. Wrzeszczał jakieś głupoty o bogach i demonach, ale twierdził, że nie wie skąd tu się wziął i czyja to krew. Sprawdziliśmy gościa. Kilka lat spędził w pierdlu za napady i gwałt. Potem miał epizod ze szpitalem psychiatrycznym. Jak dla mnie, sprawa do jutra będzie zamknięta.

Janek wyciągnął z kieszeni gumowe rękawiczki i małą latarkę.

– Dobra. Czas do pracy. Zawołaj swoje pieski, panie Dziedzic. Ślady mi zadeptują.

– Jak pan sobie, życzysz. Ale wiele się nie napracujesz. Tu nie ma żadnych zagadek.

Trzy minuty później Różycki oglądał miejsce zbrodni. Ciało leżało na ziemi, przykryte foliowym workiem. Podniósł nieco płachtę, by zobaczyć napuchniętą, purpurową twarz starca, z licznym zakrzepłymi ranami. Jakieś pół metra dalej w trawie dojrzał długą, metalową rurkę. Deszcz już dawno zmył z niej krew. Jeśli okaże się, że delikwent w radiowozie ma na sobie DNA tego biedaka, to faktycznie szybko będzie po wszystkim. I dobrze. Janek miał inne sprawy na głowie…

Uniósł się i obszedł teren w promieniu kilu metrów od ciała, przyświecając sobie latarką.

Nagle usłyszał coś i przystanął w pół kroku. Nie umiał tego wytłumaczyć, ale dziwne tony przypominały cichą melodię, ni to tęskną, ni to drażniącą. Detektyw skierował wąski słup światła na pobliską kępę krzaków, skąd według niego dochodziło źródło dźwięku. Podszedł tam powoli i odchylił ostrożnie kłujące badyle. W miękkim błocku leżała czarna teczka. Zamek szyfrowy był strzaskany, wiec otworzył ją bez problemu. A potem długo wpatrywał się w zawartość bagażu.

Po jakimś czasie rozejrzał się. Sierżant Dziedzic opowiadał coś swoim podkomendnym, gestykulując żywo i co jakiś czas wybuchał śmiechem. Światła radiowozów mrugały nieprzyzwoicie wesoło. Nikt nie patrzył w stronę Różyckiego.

Wystarczyłoby zostawić teczkę tutaj, przykryć zgniłym zielskiem, a potem wrócić tu jutro. Nikt nie będzie przecież po nim przeszukiwał miejsca zbrodni. Nawet jeśli morderca przypomni sobie jakieś szczegóły, łatwo będzie podważyć jego słowa…

Jeszcze raz zajrzał do teczki.

Melodia zdawała się przybierać na sile.

 

 

 

Koniec

Komentarze

W porządku. Może poza początkiem, czyta się płynnie i przyjemnie. Błędów minimalna ilość, oto te raptem parę, które wypatrzyłem:

 

“licząc iż zabieg ten pozwoli jego zmęczonej nocnym dyżurem facjacie przybrać łagodniejszy wyraz. Jak się okazało, zabieg był bezcelowy.”

 

“Wyszedł z salonu na ciepły od porannego słońca taras.

[…]

– Chodź do domu. Jest zimno, a ty jesteś boso.” – bosymi stopami na ciepłym tarasie będzie raczej nie będzie zimno :)

 

“– Gdy powiedziałeś mi o tym starym dealerze z Zabłodzkiej… że mogłeś wziąć te pieniądze i nikt by się nie zorientował, znienawidziłam cię.” – To nie do końca błąd, bo nazwy ulic mogą być fikcyjne, ale tak sobie przypomniałem, że przecież mamy Zabłocie, Zabłocką i Zabłockiego, więc z ciekawości sprawdziłem i google maps nie potrafi odnaleźć w Polsce ulicy Zabłodzkiej.

 

“Ewa ukryła twarz w dłoniach i zaczęła płakać Trwało to długo, a on nie wiedział, co ma zrobić, by przestała. 

W końcu uspokoiła się i otarła mokre policzki.

– Teraz i tak nic nie ma już znaczenia. Teraz chciałabym czuć choćby tamtą nienawiść. Ale nie czuję nic. Rozumiesz. Zupełnie nic. I dlatego uważam, że powinniśmy…” – Ludzie płaczą wtedy i dlatego że nie odczuwają uczuć?

 

“– Możesz mi wyjaśnić, dlaczego do kurwy nędzy tracimy ten kontrakt?

szef mówił miękkim, przyciszonym głosem,

Tadek Trela nie dał się jednak zwieść temu pozornemu spokojowi. Stał ze splecionymi na piersiach ramionami i patrzył w przestrzeń tuż nad uchem przełożonego.” – źle ci sformatowało ten akapit.

 

co mogło by kojarzyć się z radością.

mogłoby

 

– Chodź do domu. Jest zimno, a ty jesteś boso.

Wrócił do salonu, usiadł na kanapie i zapalił papierosa, próbując ignorować dobiegający z ogrodu szloch.

W końcu weszła do domu i przemknęła wprost do kuchni

Trochę niezgrabnie. Może warto rozważyć zmianę któregoś na “do środka”?

 

Możesz mi wyjaśnić, dlaczego[+,] do kurwy nędzy[+,] tracimy ten kontrakt?

szef mówił miękkim, przyciszonym głosem,

Tadek Trela nie dał się jednak zwieść temu pozornemu spokojowi. Stał ze splecionymi na piersiach ramionami i patrzył w przestrzeń tuż nad uchem przełożonego.

Coś tu się rozjechało z zapisem dialogu.

 

– Jestem skończony – powiedział Tadek i klapnął ciężko na krzesło. – Laskowscy podpisują umowę z Kaletą.

– Niemożliwe, jak to się stało?

– Ściągnęli gacie. Przebili nas o pierdolonych dziesięć tysięcy.

– Ech, życie… – rzucił odkrywczo Andrzej i rozparł się w fotelu.

Jarek dopiero teraz spojrzał na współpracownika. Mężczyzna siedział z rękami założonymi za głową i uśmiechał się w ten specyficzny sposób, który wyrażał tylko jedno: „świetnie, że ci nie wyszło”.

To jak on ma w końcu na imię? ;)

 

Jedynie rano, przy goleniu, jakoś tak nie mógł spojrzeć sobie w oczy[+.]

Jaworski sięgnął do kieszeni marynarki, wyciągnął niewielki rewolwer i przyłożył lufę do skroni. Po sekundzie pociągnął za spust.

Ale komu? Chyba, że to celowe niedopowiedzenie…

 

Początek wygląda fajnie, pokazujesz różne elementy, dając czytelnikowi możliwość składania z nich historii. Zdarzają się zdania, zwłaszcza w rozmowie Janka z żoną w samochodzie, kiedy na moje zbyt bezpośrednio wykorzystujesz dialog do ekspozycji. Na szczęście przeważają błyskotliwie pokazane detale.

Potem natomiast nie bardzo wiem, co się wydarzyło. Postaci pojawia się multum, mam również wrażenie, że chronologia może być pomieszana. Bez wyjaśnień kogoś mądrzejszego chyba się w moim przypadku nie obejdzie. :<

Kolego Przemku, to jest porządne opowiadanie. :) Przede wszystkim przeczytałem bez przerywania, a sporą część opowiadań (tutaj) można odłożyć na chwilę i wrócić później. A to dlatego, że akcja i płynna fabuła często jest na dalszym planie, stawia się najpierw na pomysł i (piękne) wykonanie. Mało tego, nie chciałem przerywać czytania, chociaż zmuszał mnie do tego mój mały szkrab. Ostatecznie jedną ręką siłowałem się z młodym, a w drugiej trzymałem telefon i czytałem, tak mnie wciągnęło. :)

Nie obyło się jednak bez małych zgrzytów. Początek opowiadania ciut, ciut kuleje, tak jakby jego napisanie przyszło Ci najtrudniej (po preludium – to jest super).

Jan Różycki stanął u progu swojego domu i wyciągnął rękę w stronę klamki.

To przykład zdania dobrego do horroru, budowanie napięcia i takie tam. Tutaj powinno być zwyczajnie – z ociąganiem złapał za klamkę, czy coś w ten deseń.

wziął głęboki wdech niby nurek przed zejściem w głębiny.

Ech… Po co to? Wnosi coś do fabuły oprócz pokazu Twojej wyobraźni? Akurat w tym miejscu nie potrzeba. :)

na które mógłby boleśnie nastąpić. Zaraz boleśnie przypomniał sobie, że przecież żadnych zabawek nie może tam być.

Lub podobnie, wiadomo, co co chodzi. Bo teraz do końca nie wiadomo. ;)

Ewę zobaczył, gdy jego oczy przyzwyczaiły się do ostrego światła wnikającego przez otwarte na oścież drzwi, wychodzące na niewielki, zielony ogródek. Klęczała na ziemi i pochylała się nad czymś.

Wyszedł z salonu na ciepły od porannego słońca taras.

– Po co go sadzisz? – zapytał, spostrzegłszy efekt pracy żony.

Te wnikające światło, te wychodzące drzwi i to coś… A najgorszy jest ten efekt pracy żony. Popracuj nad tym kawałkiem, wywal sztuczności, pozostaw płynność fabuły.

– Przestań! – warknęła i odwróciła w jego stronę zalaną łzami twarz(.)

Zostawiłbym to warknięcie w domyśle.

Zacisnął szczęki. usta.

Może ciut delikatniej?

 

Dalej już jest płynnie, przynajmniej fabuła na tyle mnie wciągnęła, że nie rzuciło mi się nic szczególnego. Co do niej samej, prosta, zwyczajna, a jednak wciągająca. :) I o to właśnie chodzi w takich opowiadaniach. Żeby cieszyć się historią, a nie jej formą i to mogę z pełną satysfakcją powiedzieć – tu nie ma przerostu formy nad treścią. Pełna równowaga. Retrospekcja jest zabiegiem na miejscu, dobrze się komponuje w utworze.

 

Historia w dechę, wszystko mi się podobało, nie mam uwag. Z przyjemnością daję punkt do biblioteki i nominuję do piórka.

 

Ps. Po co te angielskie nazwy firm?! Gdybym mógł edytować tekst i to zmienić, machnąłbym bez Twojego pozwolenia. :)

 

Krzyknęła i uderzyła czołem o przednią tapicerkę. – czyli konkretnie o co? Osoba siedząca z przodu na miejscu pasażera przed sobą ma deskę rozdzielczą i nad nią szybę. Na desce z zasady nie ma tapicerki. 

 

Sto pięćdziesiąt ludzi straci pracę. – a nie stu pięćdziesięciu

 

Bry – przywitał się uprzejmie Różycki – No proszę! A jak gdzieś pisałam w którymś komentarzu, że bry to skrót od dzień dobry, to mi wierzyć nie chcieli :) 

 

Ps. Po co te angielskie nazwy firm?! Gdybym mógł edytować tekst i to zmienić, machnąłbym bez Twojego pozwolenia. :)

Ja też nie lubię bezsensownych wtrąceń obcojęzycznych, ale tu Przemek ładnie pokazuje wciąż aktualny trend – co firemka, to nazwa przynajmniej w części anglojęzyczna – jak np. Kaleta (od nazwiska właściciela jak mniemam) Electronics. 

 

Mimo że przez większość tekstu pokazujesz zdarzenia zwykłe, codzienne, to robisz to jakoś tak, że czuć w tym pewien niepokój. Niepokój wprowadzony już w Preludium. A potem nagle on się urwał i w jego miejsce zawitało zaskoczenie. Postludium to dla mnie kompletna zagadka. Czy ono i Strofa II to retrospekcja, wspomnienie? Czy może nowa wersja rzeczywistości z “drugą szansą” na uratowanie Adasia? 

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Faktycznie, sporo tych postaci. Jednak jakoś je ogarnęłam, końcówka pozwoliła powiązać luźne scenki.

Ale chronologia mnie pokonała. Co się tam stało? Pętla czasu? Faceta podczas wypadku przeniosło w alternatywną rzeczywistość? Jest w czyśćcu i taką przeżywa pokutę? Niektórzy uwielbiają takie niedopowiedzenia, jednak ja wolę wiedzieć, co sobie Autor wymyślił…

Spodnie były stanowczo za ciasne

Hmmm. W pierwszej chwili pomyślałam, że chodzi o spodnie faceta…

Babska logika rządzi!

Ja się pogubiłam. Tzn. rozumiem, że [SPOJLERY!] Różycki po wypadku wszedł w jakąś alternatywną linię czasową, ale gubię się totalnie w detalach. Staruszek od “ziółek” w pierwszej strofie nazywał się “Laskowski”, w następnej części “Laskowscy” to byli klienci firmy, w scenie ze strzałem w skroń pojawia się znienacka jakiś Jarek, w następnej części “aptekarz” nazywa się Antoni Płonka… jak ktoś skumał te roszady personalne to proszę o info. No i nie wiem też, cóż takiego kryło się w walizce :)

Cały tekst czytało mi się dobrze, zainteresowało, chciałam wiedzieć co dalej a po skończeniu, chcę zrozumieć :)

Czy to były pieniądze? W Preludium? To one są złem, które pcha ludzi do czynienia zła? A Janek się im oparł co przypłacił życiem dziecka? Tu nie ma rzeczywistości alternatywnej ani pętli czasu, prawda? Jest tylko przestawiona chronologia i wszyscy bohaterowie są powiązani tymi pieniędzmi, tak?

Po przeczytaniu spalić monitor.

I ja jestem zdania, że to opowiadanie o pieniądzach. To one śpiewały.

Niezwykle przypadł mi do gustu sposób, w jaki została przedstawiona cała historia – pozornie rwana opowieść, złożona z epizodów z życia kilkorga ludzi postawionych w trudnych sytuacjach, do końca potrafiła zatrzymać uwagę i ciekawość.

Szalenie satysfakcjonująca lektura.

 

wi­dział jej czer­wo­ne od pła­czu po­licz­ki i chmu­rę bez­wład­nie uno­szą­cych się czar­nych loków, ota­cza­ją­cych głowę ko­bie­ty ni­czym kleks roz­la­ne­go atra­men­tu. –> Wcześniej napisałeś: Była naga, mokre kasz­ta­no­we włosy spły­wa­ły jej na ra­mio­na. – Jakiego koloru były włosy Ewy?

 

Janek wszedł do sa­lo­nu. Po­sta­wił torbę na ziemi… –> Janek wszedł do sa­lo­nu. Po­sta­wił torbę na podłodze

Zakładam, że w salonie nie było klepiska.

 

Jego wzrok od razu padł na kwiat, który kilka ty­go­dni temu za­sa­dzi­ła Ewa. –> Raczej: Jego wzrok od razu padł na roślinę, którą kilka ty­go­dni temu za­sa­dzi­ła Ewa.

 

która od pię­ciu minut grze­ba­ła półce z pre­pa­ra­ta­mi od­chu­dza­ją­cy­mi. –> …która od pię­ciu minut grze­ba­ła na półce z pre­pa­ra­ta­mi od­chu­dza­ją­cy­mi.

 

ko­ja­rzył się Jan­ko­wi z galem Obe­lik­sem. –> …ko­ja­rzył się Jan­ko­wi z Galem Obe­lik­sem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Trochę mi rozjaśniliście, chociaż jeszcze nie wszystko :) ale klik się należy.

Oj, teraz widzę, że mocno poplątałem z tymi imionami i nazwami. To przez to, że tekst miał kilka wersji, ale winny się tłumaczy:) Poprawiłem co się dało.

Autor na razie się nie wypowiada, więc spróbuję za Autora. :) W końcu warto sprawdzić swoją intuicję.

Chronologia przestawiona, jest retrospekcja, zabieg często stosowany w filmach. Śpiewają nie pieniądze, tylko zło, a tak “wchodzi” ono na człowieka:

I wtedy poczuł mrowienie, które zaczęło się w okolicach krzyża i powolutku popełzło w kierunku karku.

Każdy (z nas) dobrze wie, kiedy zaczyna postępować źle, jedni sobie tłumaczą, inni udają, że nie robią nic złego itd. Autor urzeczywistnia tym zabiegiem “przejście”, moment kiedy można się jeszcze wycofać, postąpić dobrze – w finałowej scenie takie samo mrowienie ma Jan, ale jak wiemy z pierwszych scen, Jan oparł się złu, pokusie i nie wziął pieniędzy dla siebie, mimo że o tym poważnie myślał.

Ważne są tytuły fragmentów:

Preludium – wprowadzenie zła (w tym przypadku pod postacią pieniędzy).

Strofa I o życiu – tytuł jest trochę przewrotny, świetny zabieg Autora, bo strofa jest tak naprawdę po śmierci bohatera, od którego wzięło się opowiadanie – Adasia, a pokazuje życie po jego śmierci – jakże trudne dla rodziców. Ewa zarzuca Janowi, że nie wziął walizki z pieniędzmi, mimo że mógł (według) niej, zauważcie, że Jan miał tę odwagę i powiedział o niej żonie, a nie musiał, skoro jej nie wziął, był “prawy” od początku do końca. Mają wypadek podczas tej rozmowy. (Ważna jest uschnięta roślinka.)

Fragment z Adasiem – sen – jawa Jana po wypadku samochodowym.

Scena w domu – powrót do domu po wypadku, to jest w chronologii końcowa scena, Jan postanawia walczyć o małżeństwo i Ewę, symbolem jest roślinka, na której pojawiają się zielone listki.

Strofa II o śmierci – znowu przewrotny tytuł, fragment dzieje się za życia Adasia. Tu już akcja przyczynowo – skutkowa, retrospekcja, Tadek Trela postanawia wygrać kontrakt i umoczyć Arka z konkurencyjnej firmy (albo on albo Arek), wygrywa kontrakt. Arek przegrywa i popełnia przy nim samobójstwo. Antoni Płonka to staruszek diler, akurat chciał wyjechać, kiedy przyszedł do niego Tadek po zeznaniach na policji, sprzedał Tadkowi jeszcze “oddech śmierci” przed wyjazdem (Tadek nie raz u niego bywał), wyjechać Antoni nie zdążył, bo obserwował go Sebastian – samozwańczy, szalony – sprawiedliwy. Sebastian zabija Antoniego, oczywiście walizka i pieniądze w ogóle go nie interesują…

Postludium – Policja, grodzenie, wezwanie inspektora. Na miejsce przyjeżdża policjant – Jan Różycki, znajduje w krzakach walizkę z pieniędzmi…

 

Mam nadzieję, że pomogłem.

 

I właśnie za te zabiegi, retrospekcję, nici powiązań, związki przyczynowo skutkowe, nominowałem opowiadanie do piórka.

 

EDIT: Autor się wypowiedział w czasie mojego bazgrania :)

 

 

Podobnie jak innym spodobało mi się sposób, w jaki tekst został napisany – dobrze oddajesz odczucia i przeżycia postaci.

Natomiast najbardziej jestem pod wrażeniem samej struktury opowieści. Czytałem tekst poprawiony, więc w postaciach się połapałem, a ostrzeżony o powiązaniach, potrafiłem odnaleźć nici, które łączą poszczególne części. Widać tutaj przemyślaną linię fabularną – może jedyne, czego zabrakło to ostatecznego szlifu lub betowania w ograniczonym gronie, by wyłapać ukazane w poprzednich komentarzach problemy.

Podsumowując: jestem pod wrażeniem struktury i języka. Ładny koncert fajerwerków, godzien biblioteki.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję za nominacje do biblioteki.

Ja tam dalej jestem pogubiona, w wersji poprawionej też. W postaciach się łapałam, w chronologii w końcu chyba też. Ale co, wziął te pieniądze, których wcześniej nie brał, i co? Wcześniej mówił, że dla Adasia i tak już było za późno. Nie było? Usprawiedliwiał się? Jeśli tak, to rozumiem opowiadanie, ale jakoś mnie ten finał, nagle za łatwy, nie przekonał.

No nie, on nie wziął w finale. Zakończenie dzieje się przed resztą opisanych wydarzeń chyba. I dlatego Adaś zmarł. Janek się oparł tej pieśni. Tzn. ja tak zrozumiałem. Widzimy co było wcześniej, jest zarzut żony, potem pokazane jest ile zła czynią te pieniądze i gdy w finale widzimy, że Janek nie wziął, przyznajemy mu rację. Nawet Adaś we śnie to jakby potwierdza.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Aha, no tak, masz rację, tak musiało być, jeśli to tylko chronologia jest zaburzona w opowiadaniu.

Strofa występuje tylko w utworze lirycznym.

wszedł w palmę światła rozlaną pod latarnią – chyba miało być plamę

Zaintrygowało mnie Preludium. Potem było dużo słabiej (Strofa I). Potem wyraźnie lepiej (Strofa II). I wreszcie bardzo fajne spięcie klamerką całości w Postludium (termin muzyczny, nie literacki).

Gdyby nie powyższe komentarze, chyba bym nie wpadł, że we wstępie chodzi o pieniądze. I wciąż nie wiem, co to za muzyka. Hmm… może to ma związek z tym dziwacznym nazewnictwem rozdziałów? Spróbuję to rozkminić, bo albo jest to dzieło genialne, a ja jeszcze tego nie wiem, albo przeciętna i nierówna powiastka pisana trochę na kolanie.

 

Mr.Marasie, Adaś nie zmarł dlatego, że Jan nie wziął pieniędzy. :) Możliwość leczenia i ewentualne skutki, a pewność śmierci, to dwie różne sprawy. Tym bardziej, że Jan w “szarlatana” nie wierzył. Nie możesz go jednak stawiać, jako winnego śmierci syna.

To był tylko skrót myślowy Darconie. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Po namyśle – motyw tych pieniędzy jest frapujący. Tylko – Janek w takim razie nie wziął. A gdyby wziął – co gorszego mogło mu (i jego żonie) się przydarzyć? Nie wiem, fabularnie wciąż mam zagwozdkę. Wziął, nie wziął, wyszło na to samo.

On tam podjął decyzję, ze to nic nie zmieni. Ale nie oznacza to, że sie nie wahał. Pieniądze zawsze mogą wiele zmienić.

Przeczytałam jednym tchem, a ponieważ zajrzałam tu już po poprawkach, nie miałam specjalnych problemów ze zrozumieniem.

Najbardziej przypadł mi do gustu sposób sposób pokazania emocji między małżonkami. Generalnie klimat jest mocną stroną tego opowiadania.

Bez wahania dodałabym swój klik, gdyby ktoś nie uczynił tego przede mną.

 

 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Podobało mi się :)

Czytało się bardzo szybko, a krótkie scenki ciekawiły. Jednak nie zrozumiałem opowiadania i już już miałem pisać, że nijak idzie wybadać o co chodzi przy takiej mnogości postaci, nazwisk. W jednej scenie były tylko trzy osoby, a i tak mi się pomieszało, bo to byli Arek, Jarek i Tadek. Szaleństwo :D

Jednak przeczytałem część komentarzy i kiedy padło słowo pieniądze aż mnie zgięło :) Przypomniała mi się cała masa filmów, które ukazują losy nieznajomych dla siebie ludzi. Ot takie krótkie scenki, ukazujące jakieś wady, zło, relacje międzyludzkie albo coś krytykujące. Np. Disconnect, Mangolia, Skrzydlate cienie… Zawsze, na samym końcu filmu, następowała puenta w postaci jakichś tragicznych wydarzeń. Tutaj było trochę inaczej, bo scenki tworzą jedną spójną całość, jednak i z każdej osobnej można było wyciągnąć lekcję. Krótko: uwielbiam takie rzeczy, dlatego fabuła i struktura teksu to jeden wielki plus.

 

„Nadszedł czas[+,] by przyzwać Żywiciela.”

 

„Powoli wypuścił powietrze[-,], i[+,] przeglądając się w okrągłym okienku”

 

„– Przestań! – warknęła i odwróciła w jego stronę zalaną łzami twarz[+.] – Przestań…”

 

„zaczęła płakać[+.] Trwało to długo”

 

„– Nie płacz[+,] tatusiu.”

 

„Jego wzrok od razu padł na roślinę, który kilka tygodni temu zasadziła Ewa.” – którą

 

„– Możesz mi wyjaśnić, dlaczego, do kurwy nędzy, tracimy ten kontrakt? – sSzef mówił miękkim, przyciszonym głosem[-,+.]

 

„– A jakże[+.] – Tadek uśmiechnął się krzywo i poprawił krawat.”

 

„Jarek o mało nie spadł z krzesła.” – Jaki Jarek? O.o A nie Tadek?

 

„Janek siedział w służbowym samochodzie[-,], i[+,] patrząc na czarny ekran telefonu”

 

„…wprost ku drażniącym oczy niebiesko-czerwonym światłom, pulsujących na dachach radiowozów zaparkowanych przed wejściem do parku.” – światłom pulsującym

 

„– Jak pan sobie[-,] życzysz.”

 

 

Interesujący zabieg, jeśli chodzi o konstrukcję, choć do mnie nie do końca trafił. Główny zarzut – poza panem detektywem i jego żoną, którzy są pokazani najlepiej, najpełniej, pozostałe postacie w ogóle nie mają dla mnie twarzy. Przemknęły za szybko. Wychodzimy od punktu A, pędzimy dalej zatrzymując się na przystankach, które dla mnie są takie… anonimowe, i wracamy do Różyckiego, choć niezupełnie, bo ostatni fragment wydaje się pochodzić z jakiejś rzeczywistości równoległej w stosunku do “Strofy I”. Dziwne to, nie gra mi, nie domyka się. A na dodatek wszystko z tematem, czyli pieniędzmi (?) z walizeczki wydaje mi się raczej luźno związane. To znaczy owszem, widzę wyraźny wpływ w części poświęconej tej firmie, a potem dealerowi, ale “mściciel” zabijający demony z pieniędzmi nie ma nic wspólnego, podobnie los Adasia. Adaś był chory, zanim pieniądze zaczęły śpiewać (a przynajmniej tak to rozumiem). Więc jakkolwiek widzę interesujący zamysł, to postrzegam go jako nie zrealizowany należycie. Ale może po prostu czegoś nie zrozumiałam, źle odczytałam, poplątałam. Jeśli tak, to przepraszam, ale przynajmniej wiesz, jak to widzę ;)

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Tak nawiasem mówiąc, jeśli to konto należy do tego samego Przemka Hytrosia, który publikował we wrześniowej NF, to wypadałoby chyba przypiąć złoto. ;)

Przeczytałem wersję ponoć już poprawioną, ale niestety nadal Terlecki zmienia się w Laskowskiego, a Tadek w Jarka. Wybacz, Przemku, ale takie bałaganiarstwo (i to pomimo uwag moich poprzedników) traktuję jako wyraz braku szacunku do czytelnika.

Konstrukcja ciekawa, fajna sama w sobie. Nie widzę tutaj rzeczywistości alternatywnej (poza sceną spotkania z synkiem, notabene bardzo ładną), tylko retrospekcję. Taka budowa opowieści wciąga czytelnika, a jej przewrotność (wiemy co się stanie, ale nie wiemy jak) stanowi miłą odmianę dla klasycznej narracji. Sceny rodzinne niebezpiecznie ciążą w kierunku kiczu (ta roślinka), podobały mi się za to pazur scen korporacyjnych i nawiedzony morderca. Zapadła mi też w pamięci scena wypadku samochodowego (kleks włosów w zwolnionym tempie).

Najbardziej czepiałbym się jednak tego, że w tej retrospekcji gubisz wcześniej zarysowaną linię fabularną – motyw odbudowania małżeństwa i udziału w tym ducha zmarłego dziecka.

Przeczytałem raz jeszcze i dałem nominację. Fajnie napisane. Wcześniejszy komentarz był może oszczędny dlatego dodam, że podoba mi się taka proza. Tło i bohaterowie naszkicowani krótką, lekką kreską. Na papierze (ekranie) znalazły się dokładnie te zdania i słowa, które powinny. To sztuka tak pisać. Ja mam np. tendencję do zbędnych opisów. Tutaj autor pisze bardzo precyzyjnie. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Podoba mi się pomysł opowiadanie, które czytelnik sam sobie może poukładać. Czy sobie dobrze poukładałem, nie wiem. Druga część chyba najlepsza, choć miejscami przeszkadzało mi nagromadzenie wszystkiego, co obrzydliwe i wstrząsające. 

“wesoło zielony” – nie kupuję tego określenia

“ani raz się nie spotkały” – zazgrzytało mi to raz, dałabym razu

W scenie w sklepie twoi bohaterowie bez przerwy oblizują usta. Można by chociaż jedno oblizywanie zamienić na inną czynność.

“Piękną mamy pogodę, nieprawdaż.” – to jest pytanie

 

Niestety opowiadanie nie przypadło mi do gustu. Otwiera je ciekawe preludium, ale zaraz potem robi się dla mnie sztampowo i mdło – strata dziecka, rozpad małżeństwa, temat przerobiony do bólu, wiecznie pokazywany w ten sam sposób, któremu nie dałeś żadnej świeżości. Potem nagromadzenie bohaterów bez tła fabularnego ani bez zarysu świata. No i to, co stwierdził zygfryd, takie klatkowe przechodzenie od jednego wstrząsu do drugiego, przez co zupełnie straciły dla mnie na sile. Zdania zbudowane są poprawnie, ale nie odnalazłam w nich żadnego zapadającego w pamięć stylu, melodii. Jedynie na początku. Postacie, które są tutaj jedynym elementem budującym opowieść, zdają mi się marionetkami mającymi ukazywać wizję, a nie bohaterami z krwi i kości. Podoba mi się konstrukcja tekstu, atmosfera i zamysł, ale to za mało na satysfakcję. Zamysłu nie załapałabym bez pomocy komentujących.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Przyznam, że o własnych siłach do końca nie zrozumiałem, natomiast komentarze czytelników momentalnie otworzyły mi oczy i mogłem należycie docenić otwierający moment z pieniędzmi w walizce. Z pewnością nie była to zbyt trudna zagadka, tylko mój moment słabości intelektualnej. Nawiasem mówiąc kompozycyjnie początek z zakończeniem wyszły bardzo ładnie.

W odróżnieniu od Naz, mnie spodobały się sceny rozpadu małżeństwa. Po lekturze tekstu mam wrażenie, że masz lekkie pióro do spraw obyczajowych. Jeszcze bardziej spodobał mi się kolega-wacek z korpopracy.

Tekst nie jest długi i siłą rzeczy byłeś dość oszczędny w opisywaniu kolejnych postaci. Zwłaszcza wątek Sebastiana, który jest chyba najbardziej fantastycznym elementem opowiadania jest skonstruowany w taki sposób, że poza śmiercią dilera w sumie niczego nie można być pewnym i chyba nie do końca mi to odpowiada.

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Sorry, Winnetou, ale jestem na nie.

Głównie z tego powodu, że nie zrozumiałam wszystkiego o własnych siłach. “Postludium” sugeruje, że akcja toczy się po czymś. A tu nagle przenosisz słuchaczy w jakiś tajemniczy, nie do końca wyjaśniony czas przed śmiercią chłopca, więc na początku akcji. No, pogubiłam się w chronologii.

Acz samej idei zła pod taką postacią mogę tylko przyklasnąć.

Problem, przed jakim stawiasz bohatera wredny, a przez to interesujący.

I wykonanie całkiem przyzwoite.

Babska logika rządzi!

Spodobał mi się początek, to znaczy fragmenty opisujące relację małżonków. Głównie ze względu na to, jak ją opisujesz – to znaczy w warstwie językowej. Płynęłam przez tę część tekstu, a kilka elementów szczególnie zapadło mi w pamięć, jak choćby przejście bohatera przez ciemny korytarz czy ten kleks atramentu. W warstwie fabularnej było to może nieco mniej interesujące, bo rzeczywiście nieco zahaczało o sztampę, a tak silne targnięcie się na moje czytelnicze emocje – śmierć dziecka na dzień dobry – wzbudziło we mnie pewien opór i dystans.

To, co dzieje się w strofie drugiej, wypada, według mnie, słabiej. Początek tekstu przyzwyczaja do silnej koncentracji na bohaterze, relacji, psychologii, potem, gdy pojawiają się inne postaci, ten akcent prawie zupełnie znika. Pojawia się korowód dość płaskich bohaterów i ta ich płaskość moim zdaniem zmniejsza siłę ogólnego zamysłu, jaki stoi za tym tekstem. Ot, zło przepływa sobie z rąk do rąk – tylko że te ręce są zbyt anonimowe. No, może to za mocne słowo, ale w każdym razie widziane ze zbyt daleka.

To, co jeszcze mi nie zagrało, to wspomniany już przez kogoś wyżej, bodajże cobolda, brak konsekwencji jeśli chodzi o rozpoczęte wątki. Początkowo wiele wskazuje na to, że to relacja małżonków jest tematem i to, jak się będzie zmieniała pod wpływem kolejnych punktów zwrotnych – wypadku i pojawienia się chłopca. Tymczasem wątek ten urywa się, a historia biegnie zupełnie innym torem. I choć takie przedstawienie opowieści, że najpierw znamy jej zakończenie, a potem patrzymy wstecz, jest zabiegiem znanym, ale interesującym i fajnym, to chyba ta konsternacja wielu czytelników może wynikać właśnie z tego, że budujesz zupełnie inne oczekiwania co do tego tekstu – stawiasz jakieś pytanie, ale odpowiadasz na zupełnie inne, takie, którego czytelnik może nie usłyszeć, zajęty śledzeniem czegoś innego.

Po pierwsze – choć nie najważniejsze – wciąż masz tu kilka literówek, Przemku, co, przy czytaniu na głos, psuje jednak efekt dosyć wyraźnie (nie wypisywałem ich, wybacz, nie było na to klimatu).

Nu, ale to – jeśli pominąć oczywiście oznaczenie Sci-Fi, mające tyle wspólnego z prawdą, co koza z jeździectwem – jedyny zarzut, jeśli chodzi o tak zwaną warstwę techniczną. Wyciąwszy bowiem z pamięci te drobne potknięcia, czyta się naprawdę przyjemnie, a opowieść wciąga. Tym bardziej, że aż do końca nie idzie się połapać w tym, co, ko, kiedy, jak i dlaczego, a to z kolei wzmaga skupienie i zainteresowanie historią. Tyle że, prawdę mówiąc, po zakończeniu nadal nie udało mi się wszystkiego poskładać w sensowną całość. A przynajmniej nie od razu i, że się tak wyrażę, nie bez pewnej pomocy z zewnątrz.

I na tym się wyłożyłeś, niestety.

Znaczy dobra, rozumiem, że tekst miał ambicję być po prostu ciut bardziej wymagający i zmuszający do refleksji – i to się w sumie udało – ale zbyt to wszystko rozmamłane jednak i po zakończonej lekturze nie zostałem z wrażeniem, że kurde, coś mi chyba uciekło, podumajmy, tylko z wielkim WTF? i nawrotem wkurwa starannie wyhodowanego na moim poletku kilka godzin wcześniej przez babę-hipochondryczkę, przez dwadzieścia minut kupującą w aptece kilka leków na krzyż (przy czym być może należy dopatrywać się w tym stwierdzeniu dosłowności), deliberującej o popuszczaniu moczu (jak często i przy jakich okazjach najwięcej), wdającej się w akademicką dyskusję z farmaceutką o stosowaniu olejów jako środków na pożądane obecnie przez nią przeczyszczenie – po tym tak, po tym tak, w szpitalu dali mi taki i efekt był jaki był, a teraz może spróbuję… – przerywającej sobie zakupy rozmową przez telefon (Dryń dryń – jak w PRLowskich aparatach na poczcie – minuta grzebania w torbie na zwłoki i: No halo? W aptece jestem. Jestem w aptece… – dosłownie jak w cholernym Dniu Świra) i na koniec, gdy już zapłaciła i powinna się wreszcie pośpiesznie oddelegować, głównie dla własnego bezpieczeństwa (wnosząc po własnych odczuciach i spojrzeniach innych klientów, właśnie ginęła na kilka różnych, a przy tym bezwzględnie bolesnych sposobów jednocześnie), zaczynającej nawijać beztrosko do innej już farmaceutki jak do dobrej znajomej – stała klientka, ani chybi – o jakichś pierdołach, kiedy człowiek się śpieszy i stresuje, czy nie-do-końca-prawidłowo zaparkowany samochód (no bo tylko na minutkę) nie stał się właśnie przyczyną czyichś niedogodności albo, co gorsza, urozmaiceniem dnia dla dzielnych panów w nie-do-końca-policyjnych mundurach.

No więc przychodzi baba do leka… do apteki, dwadzieścia minut później Cieniu wychodzi stamtąd wzburzony jakoby chmura gradowa (szczególnie, że i tak niczego nie załatwił), poświęca sporo czasu w ofierze własnym nerwom, by doprowadzić je do względnej używalności bez ryzyka wybuchu – wybacz, musiałem się wygadać – a gdy wreszcie mu się to udaje, siada, czyta, i znowu piana, bo niczego, kurde, nie ogarnia.

Nie, żebym porównywał Cię do tej niewiasty – nie ta liga, w ogóle – ale i tak nie uszczęśliwiłeś mnie swoim opowiadaniem. Zrozumiawszy już, że nie zrozumiem wszystkiego ot tak (przy czym czasu na głębsze dumanie też nie miałem), zapuściłem się w gąszcz komentarzy, doczytałem coś o jakichś światach alternatywnych i zawirowaniach w czasie, i wyszedłem na miasto, nie usypiając nawet lapka. I dopiero w ruchu – gdzieś między wtedy a teraz – miałem czas spokojnie pomyśleć i dojść do pewnych wniosków, tyczących nie tylko samego opowiadania – chyba załapałem w końcu, o co chodzi – ale też i przyczyn, dla których nie poszło to łapanie tak fajnie, bym teraz mógł z czystym sumieniem zgrywać mądralę. I na tym drugim aspekcie – rozmemłaniu – jako na znacznie ciekawszym dla nas obu (w końcu wiesz, o czym jest Twoje opowiadanie, nie?) się teraz skupię.

Po pierwsze, nazwy poszczególnych części. Nie tytuły, choć te też są mylące, tylko nazwy. Bo to, co według Ciebie było strofami pierwszą i drugą, a także postludium (irytujące słowo), po rozstawieniu w odpowiedniej kolejności okazuje się być zwyczajnie błędnie uszeregowane. Wszystko jest na opak, a czytelnik – niejako przymuszony do traktowania chronologii wedle ustalonego przez autora schematu – jest na z góry spalonej interpretacyjnie pozycji.

(Szlag, myszka mi się zdupiła – niech ten dzień się wreszcie skończy)

Po drugie, każda poszczególna historia jest na tyle absorbująca – co jest tu komplementem – iż niejako wypycha ze świadomości poprzednie, więc w chwili, gdy trzeba zacząć składać je wszystkie w całość, część puzzli zdążyła już się zgubić pod dywanem – po prostu mi ich zabrakło.

Po trzecie, niektóre puzzle zwyczajnie do siebie nie pasują. Trochę, jakby były z innego zestawu. Na przykład kolega psychol, który obejrzał Rękę Boga o raz za dużo. Jego dar, wizje demonów, etc., są przedstawione tak, jakby były prawdziwe i kryło się za nimi coś naprawdę istotnego, szczególnie, że to opowiadanie w gruncie rzeczy traktuje o szerzącym się złu, więc jakiś taki gostek, dający temu złu odpór, pasuje tu jak z odlewni. Tymczasem okazuje się, że to jednak jakiś losowy typ, wstawiony do opowiadania wyłącznie na potrzeby spójności fabuły, ale jednocześnie udający, bardzo przekonująco zresztą, że jest jakimś istotnym tropem prowadzącym do zrozumienia całości. Bardzo mylący, i trochę niekonsekwentny w tym wszystkim bohat, bo zasadniczo w żaden sposób nie powiązany z pieniędzmi, które są tu jakby nośnikiem całej historii. A przecież można było zrobić z niego jakiegoś typowego bandziora, który wiedział, co stary ma w torbie i na to właśnie dybał, ale coś mu nie poszło i w ten czy inny sposób wpadł, nawiał, albo – jeszcze lepiej – sam też zaliczył ostatni wiraż; w każdym razie stracił łup i nie był w stanie nikomu o nim choćby wspomnieć. Jakże fajniej i przejrzyściej by to wszystko wtedy wyglądało.

Podobnie oniryczne wizje z nieżyjącym już Adasiem. Kolejny niepsujący do niczego puzzel. Po co to?

Jeszcze jednym elementem burzącym mi spójność fabuły jest pewne podobieństwo między Płonką a tym jakimś hochsztaplerem, do którego pieniądze Płonki mogły popłynąć na rzecz Adasia, a do którego w końcu nie popłynęły. Chodzi mi o to, że obaj goście to oszuści trzepiący hajsy z wciskania ludziom medycznego szitu, więc zwyczajnie mi się pomylili, bo zbieżność profesji spora, a o tym pierwszym jest ledwie wzmianka, daleko, daleko wcześniej, więc wyleciało mi nazwisko (efekt zgubionego puzzla), a gość też wydawała się w jakiś sposób ważny w tej historii (podobnie jak los Adasia). No więc się pomyliłem i ta pomyłka też nie ułatwiła mi czegokolwiek.

Podsumowując – przekombinowałeś z tym gmatwaniem. A szkoda, bo to dobra, fajnie napisana historia ze sporym, lecz, niestety, zarżniętym potencjałem.

 

Peace!

 

P.S.

Sorry, za cały ten bełkot – jestem zmęczony.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Z reguły bardzo lubię opowiadania o zmienione chronologii, ale to niestety koniec końców mnie nie kupiło. Głównie za sprawą tego, że od połowy właściwie wszystko wiadomo, przechodzisz do retrospekcji, w której nic się nie zmienia. Nie wiem, jak odebrałabym tekst, gdyby chronologia była zachowana. Może nawet lepiej, choć na pewno zmniejszyłoby to jego oryginalność ;) Zgadzam się z Cieniem, że to dobrze napisana historia ze sporym potencjałem, który nie został wykorzystany. Natomiast pojedyncze sceny wyszło ci wyśmienicie (mocne samobójstwo!), a i do warsztatu trudno się przyczepić.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Witam, nie spodziewałem się, że tekst wywoła taką dyskusję. Dziękuję za komentarze. Przed wrzuceniem opowiadania miałem obawy, czy nie nazbyt zagmatwałem historię. Ale później kilka osób dość szybko i bezbłędnie rozszyfrowało mój zamysł, bez jakiejkolwiek wskazówki więc utwierdziło mnie to w przekonaniu, że jednak nie jest tak źle. Co do chronologii… bo widzę, że tu chyba najwięcej zarzutów, nie był to zabieg, który miał zamotać, albo wprowadzić twist. To opko powstało w mojej głowie właśnie w takiej formie, chciałem w ten sposób pokazać, że nie ma znaczenia, co było najpierw, a co potem. Chodziło raczej o tło, które doprowadza do takich, czy innych wydarzeń. Ale oczywiście słowa krytyki przyjmuję z pokorą, a niedociągnięcia postaram się wyeliminować w kolejnych tekstach.

Nowa Fantastyka