- Opowiadanie: Karol123 - Homine

Homine

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Homine

Oczy Bonawentury błyszczały. Chłopiec, miętoląc w dłoniach przetarty beret, przyglądał się reklamie wyświetlanej na ścianie wieżowca Brunona Cziczy – człowieka, który stworzył Homine. Serce Bonawentury ścisnęło się z żalu i zawiści, ponieważ wiedział, że nigdy nie będzie jak ci z reklamy. Bogaci, ciągle uśmiechnięci, zadowoleni z życia.

– Widzisz to, chłopcze? – Jakiś staruszek małymi kroczkami przydreptał do Bonawentury. – Widzisz tych cholernych bogaczy?

– Pokój ci, człowieku. Tak, widzę ich. Chciałbym tak żyć. Jak oni.

– Ha! Każdy by chciał. Zazdrość czujesz, hm? Może i nadzieję. Tak, jesteś młody, więc i nadzieja w tobie. Ale to… – Machnął drewnianą laską w stronę pobliskiego kiosku. – Nie dla nas…

– Tak, to prawda. Ehh, ojcze… Szanse małe, a los drogi…

– Nie o to mi chodziło! Na Bezgrzesznego Człowieka! Myślałem żeś z tych normalnych. A tu… proszę, kolejny… – Staruszek splunął pod nogi Bonawentury i odszedł, stukając z wściekłością laską o brukowany chodnik.

Chłopiec podrapał się po głowie, aż kilka wesz wyskoczyło z bujnej czupryny. O co mu chodziło?

Szare chmury otuliły najwyższe piętra wieżowców. Zaczął padać deszcz.

Bonawentura wywlekł kieszeń zniszczonej sztruksowej marynarki na lewą stronę. Dziewiętnaście biletów. Mało, ale wystarczy na los. I jeszcze zostanie! Zostanie na… na… na pistacjowego cukierka!

Chłopiec, oświetlony niebieskimi neonami, które otaczały krawędzie budynku Cziczy, podreptał do kiosku, bawiąc się biletami. Po drodze zrzucił balast z nosa na chodnik. Zajrzał przez okienko i zapukał.

– …ak? – Zapytał sprzedawca, przesuwając szybkę.

– Jeden los.

– Jeden los czego?

– Homine.

Brwi mężczyzny w okienku powędrowały na dół. Sprzedawca wrogo łypnął na chłopca.

– Taki młody, a taki głupi – mruknął.

– Przepraszam?

– Mówię – powiedział, tym razem głośniej – że przegrasz tak czy siak.

– Nie rozumiem.

– Nieważne – odparł zniechęcony sprzedawca i zażądał osiemnaście biletów. – Proszę, oto los.

 Po drodze do domu Bonawentura wstąpił do sklepu, gdzie za resztę pieniędzy kupił cukierka. Siedemsetdwudziestometrowa reklama została daleko w tyle, jednak światło, które biło z wielkiego ekranu, skutecznie przedzierało się przez mgłę. Chłopiec spojrzał na zegarek. Prawie dziesiąta. Zakrył uszy dłońmi w podartych rękawiczkach.

 

Wielkie losowanie Homine za dwanaście godzin!

Wielkie losowanie Homine za dwanaście godzin!

Wielkie losowanie Homine za dwanaście godzin!

 

Zwykle głos mężczyzny z gigantycznych głośników rozstawionych w całym mieście denerwował Bonawenturę, jednak tym razem chłopiec dzierżył w dłoni srebrny los, który mógł odmienić jego życie. Choć wiedział, że szanse są porażająco małe, miał nadzieję na zwycięstwo.

– Tato! – krzyknął, wpadając do salonu. – Pokój ci, ojcze. Kupiłem…

Siedzący w fotelu Ksawery – o rzadkich, siwych włosach, ziemniaczanej cerze i mętnym spojrzeniu – splunął do puszki po rybce w oleju.

– A ty co? – zapytał. – Nie w fabryce?

– Tato, przecież dzisiaj wtorek. Dzień Cziczy.

– Dzień losowania – uzupełnił mężczyzna. – No tak, ten wielki pierdolnik gdacze co godzinę.

– Właśnie. – Bonawentura wyszczerzył zęby. – A ja mam los!

Ojciec chłopca zrzucił puszkę z poręczy fotela na podłogę. Ślina wyciekła na dywan.

– Dwadzieścia biletów!? Gówniarzu, przecież za to cały dzień można przeżyć!

– Albo całe życie – zaprotestował Bonawentura. – Jeśli wygram. Poza tym to za moje. Odkładałem. – Spojrzał zadziornie na ojca.

Mężczyzna opadł na fotel. Wybity z brudnego materiału kurz wypełnił pomieszczenie.

– Ile tym razem? – Westchnął z rezygnacją.

– Osiemdziesiąt.

– Osiemdziesiąt! – Ksawery złapał się za głowę. – To… to… to dwa razy więcej niż najwyższa dotychczasowa nagroda!

Z kuchni wraz z duszącym dymem wyszła matka Bonawentury, Marcela. Pomimo wczesnej godziny wyglądała na zmęczoną.

– Co? co: osiemdziesiąt? – zaciekawiła się.

– Pokój ci, matko. Tyle można wygrać w Homine. A ja – zadowolony puknął się palcem w chudą pierś – mam los!

Kobieta pokręciła głową.

– Nie wiem – odparła, kręcąc głową – czy powinniśmy brać w tym udział.

– Matko, już bierzemy w tym udział. Kto tyra w fabryce i ich tworzy? Ja. Każde dziecko w moim wieku pracuje dla Cziczy. Poza tym zasługujemy na to. Jesteśmy biedni i powinniśmy dostać coś od życia. A mamy tylko to. – Machnął z pogardą ręką na całe pomieszczenie. – Tutaj nie da się mieszkać…

– Chłopak ma rację – przyznał Ksawery. – Nie ma w tym nic złego. Zasługujemy na lepsze życie. Chociaż i tak nie pochwalam zakupu losu, ponieważ nie wygramy. Szanse są…

– Wiem, jakie są szanse – przerwał Bonawentura. – Ale warto spróbować.

W oddali rozbrzmiały głośniki.

 

Wielkie losowanie Homine za jedenaście godzin!

Wielkie losowanie Homine za jedenaście godzin!

Wielkie losowanie Homine za jedenaście godzin!

 

 

Dwie godziny przed północą połowa mieszkańców Babac usadowiła się przed telewizorami.

Popłynęła melodia.

Prezenter o błyszczących zębach położył dłoń na wajsze. Pociągnął.

 

 

Brunon Czicza zacisnął na szyi karmelowy krawat, poprawił ułożenie szarej marynarki i uśmiechnął się do odbicia w lustrze.

– Syriusz – zwrócił się do siedzącego w fotelu mężczyzny – proszę, przypomnij mi, kto wczoraj wygrał?

Syriusz Babel stuknął pomalowanym na biało paznokciem w kieliszek. Pił szampana. Odstawił trunek na mały stolik i chwycił pojedynczą kartkę, na której znajdowały się dane zwycięzcy.

– Nijaki Bonawentura Żyża. Dwunastolatek. Zgłosił telefonicznie wygraną wczoraj godzinę po losowaniu.

Brunon ułożył usta w O.

– Proszę! – Klasnął w dłonie. – Tak młodego zwycięzcy jeszcze nie mieliśmy. Wiesz, Syriusz, zastanawiam się, czy aby nie odwiedzić tego Bonawentury. W końcu to trzydziesta rocznica Homine. I rekordowa stawka. Osiemdziesiąt. Wiesz, ile dni musi pracować fabryka, żeby tylu wyprodukować?

Syriusz ponownie sięgnął po kieliszek, udając, że zastanawia się nad odpowiedzią.

– Miesiąc? – odparł, odkleiwszy usta od szkła.

– Pięć tygodni. Powiedz mi, gdzie mieszka ten cały Bonawentura?

Syriusz Babel skrzywił się z pogardą.

– To chłopak ze slumsów. Skrajna biedota. O, w fabryce został przydzielony do taśmociągu.

Brunon Czicza zaśmiał się serdecznie.

– Ironiczne. Sam skręcił sobie nagrodę.

 

 

Świtało. Hektor Baraban zgarnął z mokrej trawy psie gówno. Rozejrzawszy się po okolicy, ukradkiem podszedł do domu Żyżów i cisnął rzadką papę w popękaną szybę.

Ksawery skrzywił się, słysząc kolejne plaśnięcie.

– Nie dadzą nam żyć – obwieścił kwaśno. – Dopiero dwie godziny temu podali w telewizji, że to my wygraliśmy, a już pomstują. Sąsiedzi nas nienawidzą.

– Nieprawda – nie zgodził się Bonawentura, obserwując spływające po szybie gówno. – Po prostu zazdroszczą. Poza tym, kiedy zostanie dostarczona nagroda, figę nam zrobią. Kilku zostawimy dla ochrony.

– A może… – wtrąciła cichutko Marcela – a może by tak nie przyjąć tej nagrody?

– Że coo?! – Ojciec i syn wybuchnęli unisono.

– No wiecie… To chyba złe?

Twarz Bonawentury złagodniała.

– Matko – zaczął uspokajająco – złe jest to, że musimy tak żyć. Głodujemy. Bez nagrody nie wyjdziemy na prostą. Nie, kiedy muszę pracować przez dziesięć godzin dziennie w fabryce za darmo. I to jeszcze przez kolejne trzy lata. Dopiero wtedy dostanę prawdziwą pracę.

– Takie jest prawo – uzupełnił Ksawery.

– No dobrze… Jesteśmy biedni, to prawda. Ale co z nimi? Oni nie mają niczego.

Bonawentura westchnął.

– Nieważne. To nie są ludzie. Poza tym nie będziemy okrutni, prawda?

Domownicy usłyszeli stukanie do drzwi. Ksawery chwycił za osmolony pogrzebacz, Marcela wzdrygnęła się i wtuliła w brudny fotel. Bonawentura wyjrzał przez okno. Odetchnął z ulgą.

– To Brunon Czicza – obwieścił. – We własnej osobie i z nagrodą.

 

 

Ćwierć setki uzbrojonych w karabiny najemników najbogatszego człowieka w Babac utworzyło półkole, otaczając ściśniętych i przestraszonych niewolników, którzy przepychali się w błocie. Niewolnicy byli półnadzy – odziano ich jedynie w bieliznę. Nie mieli nawet butów. Dygotali i zacierali dłonie.

Brunon Czicza wysunął się naprzód.

– To tutaj? – zapytał, przystawiając karmazynową chustę do nosa i ust.

– Tak – odparł Syriusz Babel.

Czicza popatrzył na kłębowisko niewolników i uśmiechnął się.

– Będziecie mieć nowego Pana – obwieścił.

Kiwnął głową w stronę Syriusza na znak, żeby zapukał do Żyżów. Schował chustę do kieszeni marynarki.

Otworzył Bonawentura, zadowolony, pewny siebie, wystrojony (miał na sobie trzydziestoletnią marynarkę i pożyczone sztruksowe spodnie). Wyszczerzył zęby, widząc przestraszone twarze osiemdziesięciu hybryd. Napawał się tym widokiem. To moment, kiedy jego życie ominie przepaść i skieruje się ku górom.

Zdawszy sobie sprawę, że gapi się na nagrodę przez ponad minutę, przypomniał sobie o dobrym wychowaniu – podał dłoń Syriuszowi i wyszedł na spotkanie dobroczyńcy.

Z chałupy wyleźli również Ksawery i Marcela. Obydwoje bardziej skupili się na synu i bogaczu niż na nagrodzie, chociaż rzucili też okiem na zbitą masę świeżego ciała i najemników Cziczy. Nieprzyjemne typy – Ksawery ocenił tych drugich.

– Pokój ci, hojny dobrodzieju – zawołał Bonawentura. Jego buty mlaskały w błocie.

– Pokój ci, wybrańcu fortuny. – Czicza zdumiał się pewnością i obyciem dwunastolatka. Zaledwie po minucie mógł trafnie ocenić chłopca: inteligentny, ambitny, twardy, przebiegły.

Bonawnetura zaśmiał się.

– Jeśli tak chce mnie pan nazywać, proszę. – Milczał przez długą chwilę, po czym teatralnie zerknął przez ramię rozmówcy. – A więc to już? Są moi?

– Nie licząc kilku formalności, tak, są twoi.

Chłopiec zdziwił się.

– Kilku formalności?

– Och, trzeba jeszcze nagrać twój głos i zaktualizować implanty Hominom, żeby wiedziały, kogo mają słuchać.

– Racja.

– Ponadto podpiszesz umowę, która zobowiąże cię do przestrzegania paru zasad… Drobnostka.

– Rozumiem.

Syriusz Babel przyglądał się dwunastolatkowi. Nie podobał mu się. Chłopiec był zbyt pewny siebie i zbyt… chciwy. Nie przypominał trzęsącej się matki i niespokojnego ojca.

– Pracujesz w fabryce – ciągnął Czicza – więc zapewne wiesz wszystko o moim magnum opus, ale prawdopodobnie nie słyszałeś o najnowszych ulepszeniach.

– Hmm? Zdaje się, że nie. Co dodaliście?

Brunon oddał głos pomagierowi.

– Są sprawniejsi fizycznie – zaczął Syriusz. – Jeśli zamierzasz skierować ich na północne farmy, zmiażdżą konkurencję. To znaczy wcześniejsze modele Hominów. Jednak nie wydaje mi się, abyś planował wysłać swoją nagrodę na rolę.

Bonawentura uśmiechnął się, potwierdzając założenia mężczyzny. Odwrócił się plecami do rozmówcy i podszedł do niewolników. Klepnął jednego w umięśnioną pierś.

– Rzeczywiście, solidni.

– W końcu sam je budowałeś, chłopcze – powiedział Czicza. – Nie często się zdarza, żeby dziecko przydzielone do fabryki wygrywało główną nagrodę. Co innego nagrody dodatkowe. Jeden Homin tu, inny tam…

– Ponadto – ciągnął Syriusz – potrafią posługiwać się sześcioma językami więcej od poprzedniej wersji. To wiele. Mają grubą skórę, sokoli wzrok i zwiększony refleks. Jedzą mniej od wcześniejszych modeli.

– Co jeszcze? – dociekał Bonawentura.

Syriusz skrzywił się. Jakby to było mało, pomyślał. Co za gówniarz.

– Zaktualizowaliśmy ich wiedzę. Znają matematykę, podstawy ekonomii, marketingu i zarządzania. Są chodzącymi słownikami, jakimikolwiek. Posiadają wiedzę na temat biologii, chemii, astronomii, fizyki, geometrii, geologii, geografii, programowania… Co tylko chcesz. Krótko mówiąc, możesz wykorzystać ich do wszystkiego.

– Wyposażenie – podpowiedział Czicza.

– Tak. Miałem o tym mówić. Każdy Homine dostanie zapas jedzenia na dziesięć lat, ubrania i środki czystości. Ponadto będzie możliwość serwisu. O ile zajdzie taka potrzeba, oczywiście.

Bonawentura spojrzał na rodziców, którzy stali kilka metrów przed chałupą. Marcela, widząc chciwy błysk w oku syna, zacisnęła dłoń na rzemyku, na który nawleczono pięć koralików.

– Bezgrzeszny Człowieku, który zniosłeś ból młota i gwoździ, przepędź tego diabła – wyszeptała.

– Matko, nie cieszysz się?

Kiwnęła głową.

– A ty, ojcze?

Ksawery nie wiedział.

– Tak… Tak, cieszę się.

– Świetnie! – zawołał chłopiec.

Podszedł do Brunona Cziczy i uścisnął mu dłoń.

– Ta loteria – powiedział – to przyszłość tego świata.

– Mądre słowa, mój chłopcze.

Miliarder i zwycięzca Homine stali w błocie, ściskając dłonie i patrząc sobie w oczy. Uśmiechali się. Obydwaj wiedzieli, że natrafili na… bratnią duszę. Bonawentura przez kilkanaście sekund, kiedy ściskał dłoń Cziczy, zdążył zaplanować swoją przyszłość. Będzie utrzymywał kontakt z Brunonem, utworzy własny biznes, a potem wkręci się w najbardziej dochodowy interes – handel produkowanymi ludźmi. Wygryzie wymoczka w białym garniturze – Syriusza, zdaje się – a potem… choć to bardzo ambitne, może zastąpi nawet samego Cziczę.

– Gratuluję. – Bogacz poklepał chłopca po ramieniu.

Bonawentura, wzruszony, ponownie podszedł do kłębowiska. Spojrzał na jednego z niewolników i uronił łzę.

Niewolnik, zrozumiawszy, jak będzie wyglądało jego życie, również zapłakał. Po jego policzku spłynęła łza.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Jest jakiś pomysł. Były już na portalu opowiadania o wielkiej wygranej, która tak naprawdę nie daje zwycięzcy szczęścia. Twoje nie okazuje się tak przewrotne, lecz wydaje się niedokończone. OK, chłopiec wygrał. Dostał nagrodę. Zaplanował sobie dalsze życie. I co dalej? IMO, za słabo pokazujesz, jak ta nagroda go niszczy. Z planów dwunastolatków zazwyczaj niewiele wychodzi, jeszcze wszystko może się zmienić.

Babska logika rządzi!

Na początek suchar:

Czym jest Lotto? To podatek od marzeń.

Jest tu bardzo fajny pomysł, na przedstawiony w ciekawy sposób. Bardzo przypadły mi do gustu opisy świata oraz postać Brunona Cziczy – taki trochę cywilizowany diabeł, którzy przynosi Bonawenturze cyrograf w postaci wygranej :)

Technicznie czytało mi się bez przeszkód, jeśli jakieś defekty się pojawiły, to nie przeszkadzały.

Podsumowując: okej, parę fajerwerków wybuchło na niebie.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Udało Ci się, Autorze, złapać mnie, czytelnika, na haczyk, przez co utrzymywało przy lekturze – wciągnęło. Jednak mam podobnie jak Finkla. W sumie to opowiadanie kończy się w najciekawszym momencie i klops. To jest koncepcja na dłuższe opowiadanie. 

I jeszcze tak technicznie: skoro chłopiec kupuje los, to skąd organizatorzy wiedzą, kto wygrał? W sensie, jeśli wygrał numer 12344556, to skąd wiadomo, kto ma papierek z tym numerkiem?

Babska logika rządzi!

Tam jest przeskok czasowy, więc założyłem, że chłopak już był i zgłosił, że wygrał, dlatego  już wiedzą kto wygrał. Mnie trochę ukłuła sprawa nagich ludzi – jakoś mało to wiarygodnie brzmi. 

Ale skąd sąsiedzi wiedzą, skoro zgłaszał organizatorom? Jeśli się sam pochwalił, to głupi.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za komentarze :)

 

Finkla, zastanawiałem się nad przeskokiem w czasie o jakieś 15-20 lat w historii, żeby pokazać przemianę Bonawentury, ale uznałem, że to jedynie popsuje tekst. Osobiście lubię niedopowiedzenia w zakończeniach książek/filmów, nie wiem jak inni… Poza tym ta historia nie tylko opowiada o awansie społecznym i moralnej degeneracji jednostki, ale też o ogóle ludzi i ich stosunku do sytuacji.

Z tym numerkiem na losie mnie złapałaś, ale Blackburn podsunął rozwiązanie ;D Dopiszę, żeby nie było niejasności.

Cieszę się, że pomysł się spodobał i mam nadzieję, że lektura nie znużyła ;)

 

NoWhereMan, rzeczywiście, suchar ;D Swoją drogą właśnie Lotto zainspirowało mnie do napisania tej historyjki. A właściwie przegrana w Lotto :(

Dzięki za opinię. Cieszę się, że spodobały się opisy i postać Cziczy ;)

 

Blackburn, do usług :)

A skoro już dwie osoby mówią, że historia niedokończona to może rozwinę losy głownego bohatera, Hominów i mieszkanców Babec w jakimś innym opowiadaniu…

Finkla, organizatorzy musieli podać do wiadomości, kto wygrał. Dodałem dwa zdania, które rozwiewają wątpliwości.

 

Blackburn, rzeczywiście, nagość niewolników była nielogiczna. Chociaż miała swoje powody. Przemarsz przez miasto osiemdziesięciu solidnie zbudowanych niewolników robi wrażenie na potencjalnych odbiorcach. Więcej sprzedanych losów. Jednak zmieniłem na bieliznę.

Karol, jak dla mnie bardzo udany tekst :) Ciekawy pomysł ubrany w zgrabne zdania. Postać Diabła super. Przeczytałam z zainteresowaniem. Wielka wygrana… Hmm… Nie tak prosto o szczęście, a życie nie rzadko bywa przewrotne :) Idę nominować :)

Katio, cieszę się, że tekst zainteresował, i dziękuję za nominację :) A jeśli chodzi o Cziczę, to nadawałby się na Diabła, ale wcale tak o nim nie myślałem. Chociaż nazwałem go tak przez usta matki Bonawentury. Po prostu najgorszy człowiek w mieście. 

Dlaczego w fabrykach produkujących niewolników pracują dzieci? Do czego używa się niewolników i dlaczego stanowią oni tak atrakcyjną nagrodę? Obawiam się, że chyba nie zrozumiałam opowiadania.

 

– Ha! Każdy by chciał. Za­zdrość czu­jesz, hm? Może i na­dzie­ję. Tak, je­steś młody, więc i na­dzie­ja w tobie. Ale to – mach­nął drew­nia­ną laską w stro­nę po­bli­skie­go kio­sku – nie dla nas… –> – Ha! Każdy by chciał. Za­zdrość czu­jesz, hm? Może i na­dzie­ję. Tak, je­steś młody, więc i na­dzie­ja w tobie. Ale toMach­nął drew­nia­ną laską w stro­nę po­bli­skie­go kio­sku.Nie dla nas

 

Oj­ciec chłop­ca zrzu­cił pusz­kę z opar­cia fo­te­la na pod­ło­gę. –> Oj­ciec chłop­ca zrzu­cił pusz­kę z poręczy fo­te­la na pod­ło­gę.

Gdyby puszka stała na oparciu fotela, ojciec miałby ją za plecami.

 

Odło­żył tru­nek na mały sto­lik… –> Odstawił tru­nek na mały sto­lik

 

– Bę­dzie­cie mieć no­we­go Pana – ob­wie­ścił. – Dlaczego wielka litera?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy, jak zwykle dzięki za korektę.

 

Dlaczego w fabrykach produkujących niewolników pracują dzieci?

Czicza rządzi w mieście i takie sobie ustanowił prawo. Wspomina nawet o tym Ksawery. To nie tylko miliarder, ale ktoś, kto trzyma w garści całe miasto. Bo po co płacić, skoro można mieć bezpłatną siłę roboczą? Trudniejsze zadania w fabryce wykonują specjaliści, a proste dzieci zmuszone do pracy przez prawo.

Do czego używa się niewolników i dlaczego stanowią oni tak atrakcyjną nagrodę?

Wyjaśnia to Syriusz Babel w ostatniej scenie. Kiedy Bonawentura będzie leżał brzuchem do góry, niewolnicy będą pracować za niego. I odwalą niezłą robotę, ponieważ odnajdą się w każdych warunkach. Kasa sama leci z nieba.

 

– Będziecie mieć nowego Pana – obwieścił. – Dlaczego wielka litera?

Pan jako właściciel, posiadacz. Osoba święta dla niewolnika. Uznałem, że z wielkiej będzie lepiej…

Nadal nie pojmuję dlaczego, skoro do pracy są niewolnicy i skoro jest ich tylu, że są rozdawani jako nagroda w loterii, w fabrykach pracują dzieci, a nie niewolnicy? 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ale ta loteria działa jak Lotto. Trzeba kupić los, żeby mieć szansę wygrać. Czicza zarabia na tym. Musiałby wyprodukować całą masę niewolników i przydzielić ich do fabryki… W tekscie było powiedziane, że osiemdziesięciu produkuje się w przeciągu pięciu tygodni. A więc Czicza musiałby poświęcić rok, żeby obstawić wszystkie stanowiska pracy. A tak, dzięki wpływom, politycznej sile i pieniądzom, ma możliwość korzystania z darmowej siły roboczej. 

Swoją drogą, ludzie w mieście mają równie przechlapane co Hominy. Jeśli bardzo dręczy cię kwestia pracy w fabryce, to możesz założyć, że w Babac każdy jest niewolnikiem.

Nie, Karolu, nic mnie nie dręczy, tylko opowiadanie chyba do mnie nie przemówiło.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Rozumiem, nie szkodzi :)

Przyznam, że pytania Regulatorów rzeczywiście są sensowne, a Twoje odpowiedzi na nie nie do końca mnie satysfakcjonują. Ale wpadłam na to dopiero wtedy, gdy przeczytałam komentarze. Bo samo opowiadanie zassało mnie kompletnie, razem z tą dziwną, choć dość dyskretną, stylizacją.

Natomiast, w przeciwieństwie do części komentujących, spodobał mi się finał i uważam, że zakończyłeś w odpowiednim momencie. Jeszcze na gruncie, ale już z jedną nogą nad przepaścią.

ocha, dziękuję za opinię i kilknięcie :)

 

 

Mnie spodobał się bardzo pomysł. Z początku, gdy jeszcze nie wiedziałam co jest nagrodą, kojarzyło mi się z Charliem i Fabryką Czekolady. Właściwie nadal mi się kojarzy, tylko Charlie jest w wersji mrocznej, złowieszczej, reprezentuje chciwość (w przeciwieństwie do Charliego bez skazy z oryginału). Sama nagroda też mrożąca krew w żyłach, ale zgadzam się z Finklą, że tekst wydaje się raczej wprowadzeniem do dłużej formy niż całością. Brakuje tutaj rozwiązania, zasiano niepokój, ale nie pokazano jak sytuacja się rozwinie, czy plany Bonawentury się ziszczą ani jak nagroda odwróci się przeciwko niemu. 

Rosebelle, dziękuję za opinię ;)

Nie wiem, o jakiej wersji Fabryki Czekolady mówisz, ale ja oglądałem tę z Deppem. A on, wiadomo, pasuje do wszystkiego. Potrafi być mroczny ;) Gorąco polecam Demonicznego golibrodę z Fleet Street.

 

Ja z Deppem widziałam prawie wszystko ;) Ale on grał Willego Wonkę więc w twoim opowiadaniu byłby Cziczą… Ale zgadzam się, że by podołał, choć w mojej głowie Czicza jest spasionym biznesmenem więc charakteryzatorka musiałaby się narobić ;)

Też miałam skojarzenia z Charliem, ale z książką. Słuchałam jej w zeszłym roku na audiobooku w samochodzie podczas wakacji z synem. Atmosfera pierwszej części Twojego opowiadania bardzo podobna. :)

Karolu, pytanie Reg ma sens, bo to jest kwestia zawieszenia niewiary, czyli czytelnik nie traktuje opowiadania zbyt poważnie, bo ten element podważa wiarygodność/sensowność wizji. I to jest normalna sprawa, bo jeden czytelnik sobie coś dopowie (co wcale nie musi być dobre) i mu to wystarczy, a inny chce poznać wizję/wyjaśnienie autora (to też może być bardzo ciekawe), a gdy jej nie dostanie, to klops. Motyw pracujących ludzi w fabrykach robotów zdarza się często w filmach i literaturze. Ten element często jest niedookreślony, dlaczego. Jak dla mnie, jest to czynnik polityki (dlatego mnie to nie raziło), bo technicznie przecież roboty mogą produkować roboty. Chodzi o to, żeby na przyszłość brać takie niuanse pod uwagę, żeby wizja była spójna.

Blackburn, rozumiem, dzięki za radę. Będę o tym pamiętal w przyszlosci.

Mnie się podobało.

Ciekawy pomysł z nagrodą w loterii, ładnie wykreowany świat, a przy tym dobrze się czytało. Wciągnęło mnie.

Dla mnie to opowiadanie jest skończone – owszem, krótkie, ale przecież zawsze zostaje coś, co można jeszcze dopisać, uzupełnić, wyjaśnić. Tylko tutaj nie widzę takiej potrzeby.

Fajne :)

Anet, bardzo dziękuję za opinię i punkcika :) Cieszę się, że ci się podobało.

Ja też się cieszę ;)

Wpuściłeś mnie w to opowiadanie i zostałem z niczym. Finał finałem, może być, ale mam trochę wątpliwości. Podobnych zresztą jak poprzedni “czytacze”.

Dlaczego w fabryce pracują ludzie a nie Homini? I to jeszcze przy taśmie? To najłatwiejsze do zastąpienia miejsce.

Dlaczego w ogóle fabryka nie został zautomatyzowana? Przy tak zaawansowanej technologi już dawno powinni to zrobić.

Zauważyłem podobną zależność jak przy opowiadaniu o zwierzątkach. Masz ciekawy pomysł, umiesz go ubrać w historię, ale jak padają zasadnicze pytania do tekstu – jest mały zonk. Dlatego podpiszę się pod wypowiedzią Blackburna – Chodzi o to, żeby na przyszłość brać takie niuanse pod uwagę, żeby wizja była spójna.

Ale na klika zapracowałeś. :)

 

P.S. Fragment dodałeś? Bo dałem Ci piąty głos. :P

 

Sith Happens!

Dzięki, Zalth, za komentarz i klika. Nie spodziewałem się, że ktoś tu jeszcze zajrzy.

Tekst trochę odleżał i wziąłem sobie do serca uwagi regulatorów i Blackburna. Będę pamiętał o logice w opowiadaniach. Bo rzeczywiście pytania były słuszne, wątpliwości miały swoje podstawy, a moje odpowiedzi mogły być niezbyt satysfakcjonujące.

Jeśli chodzi o opowiadanie ze zwierzątkami, to tam chyba przecież wszystko było w porządku z logiką?

 

No właśnie! Wcześniej nie wiedziałem, że trzeba, a potem… Skleroza nie boli :)

Z logiką w zwierzątkach jest O.K. Tak tylko się czepiam, bo nie za bardzo wiem w jaki sposób powstały czy działały.

Ale luz, opowiadanie jest dobre, więc nie musisz się przejmować moim gadaniem. :)

Sith Happens!

Dbać o logikę i nie przejmować się – oto lekcja dnia dzisiejszego ;)

Stworzyłeś naprawdę niezły klimat w tym opowiadaniu. I to podobało mi się zdecydowanie najbardziej. Fajny jest też pomysł na taką wygraną w loterii. Nie zmienia to faktu, że pytanie zadane przez Regulatorów jest słuszne – też zdziwiło mnie, kiedy już wyjaśniłeś, czym dokładnie są Homini, że w fabryce mimo wszystko pracują ludzie. Rozumiem, że w ten sposób – skoro dzieci robią za darmo – jest taniej, ale mimo wszystko. Tekst pozostawia niedosyt, bowiem historia jednak zdaje się prowadzić trochę donikąd, ale – w moim odczuciu – tylko trochę :) Jakiś tam finał jest, nie do końca satysfakcjonujący, ale po części tak. Pozostaję zatem częściowo zadowolony :)

Dzięki za komentarz, Berylu. Fajnie, że ci się spodobało ;)

I pluję sobie w twarz za te niedociągnięcia, ponieważ zdaje się, że mogło być naprawdę dobrze :)

Tak, myślę, że gdybyś przemyślał pewne kwestie nieco szerzej i odpowiednio oddał je w opowiadaniu, to tekst zyskałby naprawdę sporo i na pewno nie byłoby tu tylu nieprzekonanych głosów, a wręcz przeciwnie :) Ale od tego są błędy, by się na nich uczyć!

Nowa Fantastyka