- Opowiadanie: Klaymen - Przed siebie i jeszcze dalej

Przed siebie i jeszcze dalej

Tekst ukazał się w FWS 1/17

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Przed siebie i jeszcze dalej

Elf, jak to elf. Oczywiście żaden się nie zatrzyma. Zaczynam rozumieć, dlaczego się nas nie lubi. Bliźni w potrzebie? Miń niewzruszenie. Nawet się nie obejrzyj. I najlepiej jeszcze ochlap. Przyznaję to niechętnie, z niejakim zażenowaniem, ale taka jest prawda: gdy przychodzi do niewymuszonej, altruistycznej pomocy, elfy są najbardziej wrednymi, zadufanymi w sobie i egoistycznymi CZŁOWIEK-ami, na jakich tylko można się natknąć.

Wyciągnięty kciuk zdrętwiał mi tak, że jeszcze chwila i nie będę w stanie już nigdy go zgiąć, zamieni się na stałe w znak jakości, będący świadectwem niegościnności mojej własnej rasy. Mam to, czego chciałem – całe przedsięwzięcie jawi się coraz idiotyczniej, a ja sam w tej chwili czuję się jak ostatni kretyn, kompletnie nieprzystosowany do tej podróży. Czy może do życia? Znad zachodu nadciągają ciemne, nieomal czarne chmury, zdające się kwintesencją mojego pomysłu na przyszłość. To jedna z przywar natury – deszczowe chmury mają w nosie autostopowiczów.

Przez głowę przewijają się miliony myśli. Dochodzę do rozdroża, w przenośni i dosłownie. Po co się w to pakowałem? Trzeba było zostać w Atenstev. Jestem o krok od przyznania się do największego błędu w życiu, do sromotnej porażki na całej linii, gdy nagle przejeżdżająca ciężarówka zwalnia i zatrzymuje się. Nie jestem do końca jestem pewny, czy aby mi się to nie przywiduje.

Czuję dreszczyk podniecenia. Nie jestem przesądny, ale ciężko mi nie brać ciężarówki za dobry znak, obietnicę rozświetlenia przesłoniętej burzowymi chmurami przyszłości. Na głowę spadają mi pierwsze, wielkie krople, które chyba byłyby w stanie poważnie uszkodzić pomniejsze stworzenia – dlatego gdy drzwi szoferki się uchylają, bez wahania wspinam się po schodkach i wchodzę do środka pojazdu.

– Dziękuję, że się pan zatrzymał. – Jest to prawdopodobnie najszczersze wyznanie w moim życiu. – Tym bardziej dla elfa – dodaję, widząc za kierownicą krępą, przygarbioną sylwetkę krasnoluda.

– Oj tam. Elf, krasnolud, co za różnica – jego głos chrzęści, co najmniej jakby zardzewiała mu krtań, a przynajmniej jakby od dawna z nikim nie rozmawiał. – Ja widziałem tylko strudzonego podróżnika, któremu groziła powódź.

– Wielu przejeżdżających nie podzielało tego punktu widzenia – odpieram, posyłając mu wdzięczny uśmiech; ale on od początku patrzy tylko na drogę. Kierowca ma w sobie coś dziwnego, lecz nie jestem w stanie sprecyzować, co dokładnie.

– No tak, doświadczenie uczy, że niestety nie można zbyt wiele spodziewać się po elfach – rzuca, a na twarzy wykwita mu smutny uśmiech.

Już otwieram usta, by odpowiedzieć, ale ubiega mnie.

– Ale, ale, przecież jesteśmy w Elfitanii. Czy dla elfa nie powinno być łatwiej?

– Tylko w teorii – odpowiadam zgodnie z prawdą. – Okazuje się, że nic tak nie cieszy elfa, jak możliwość dopieczenia pobratymcy, choćby było to tylko pozostawienie go na pastwę deszczu.

– Patrząc na kłótnie waszych partii, wcale mnie to nie dziwi. –

Czuję gwałtowny napływ krwi do skroni. Wszystko, tylko nie polityka. – U nas w KRF-ie mówi się, że gorsze od elfa są tylko dwa elfy.

Zdany na łaskę kierowcy, uśmiecham się grzecznie, choć sam przed sobą muszę przyznać, że żart jest całkiem zabawny. Patrzę na mojego rozmówcę, próbując przeniknąć, co też kryje się pod czapeczką, ile mogę powiedzieć, by go do siebie nie zrazić. Wpatruję się w drogę, eksplodującą nieustanną kanonadą opadających kropel, i postanawiam zachować elfie kawały o krasnoludach dla siebie.

– Mam na imię Thorst – oznajmia.

– Oséan – odpowiadam z ulgą, rad ze zmiany tematu.

Za oknem ponuro i ciemno, jednak nie na tyle, bym nie mógł przyjrzeć się Thorstowi. Zwracam uwagę na szczegóły: uwięziony pomiędzy wargami, ledwo tlący się skręt, czapkę bejsbolówkę, której nie ściąga nawet przy absolutnym braku promieni słonecznych; biały, mocno sfatygowany podkoszulek, noszący na sobie ślady smaru i sosu pomidorowego, oraz przetarte tu i ówdzie dżinsy. Gdy wiatr zawiewa do środka krople deszczu, Thorst wyrzuca peta za okno i zamyka szybę, a zapachy ulegają intensyfikacji. Cuchnie od niego nikotyną, piwem i… rozkładem. Krasnolud bierze z deski rozdzielczej torebkę tytoniu i bibułkę, po czym zaczyna zwijać skręta, przytrzymując kierownicę kolanami.

– A więc powiedz mi… dokąd to się wybierasz, Oséanie?

Proste pytanie, więc i odpowiedź powinna być prosta. Jednak nie jest.. Thorst w końcu zerka w moją stronę, w oczach rozbłyskuje mu iskierka zainteresowania, dotychczas usypiana monotonną jazdą.

– Widzę, że to dłuższa opowieść – oznajmia, dostrzegając moje wahanie, a zgrzytający ton jego głosu nabiera serdecznego zabarwienia. Oczywiście ma rację. To dłuższa opowieść.

– Na razie prosto przed siebie – odpowiadam, przygotowując się do rozpoczęcia opowieści, do ponownego zmierzenia się z wydarzeniami ostatnich dni.

Thorst odzywa się dopiero po chwili.

– Brzmi jak większość moich tras.

 

***

 

Otwieram drzwi swojej upchniętej na dziewiątym piętrze, wynajmowanej kawalerki, mocując się z zamkiem, który w końcu ustępuje. Po raz kolejny myślę, że trzeba będzie coś z nim zrobić, ponownie jednak odkładam naprawę na bliżej nieokreśloną przyszłość.

Rzucam klucze na stół, mając ochotę zedrzeć z siebie garnitur i w samych gatkach rozwalić się na kanapie, ale nie mam na to czasu – przez kolejne nadgodziny jestem spóźniony na spotkanie z Nalyssą. Zamiast rzucić ciuchy w kąt, zdejmuję je starannie i układam, gdy zaczyna dzwonić telefon. Wyświetlacz oznajmia DOM, więc pozwalam aparatowi dzwonić, a sam wskakuję pod prysznic, rozkoszując się myślą, że rodzice nie mają numeru mojej służbowej komórki. Oddzwonię do nich jutro, czy kiedyś.

Przez chwilę przez głowę przelatuje mi, że praca zaczyna wysysać ze mnie coraz więcej życia, ale jestem zbyt zmęczony i spóźniony, by dłużej roztrząsać tę myśl. Przebieram się i zatrzaskuję drzwi, pędząc na miejsce umówionego spotkania.

Wychodząc z bloku, zerkam na zegarek – dziewiętnasta trzydzieści. Pora, gdy w każdym innym mieście ruch nieco słabnie. Jednak nie tu. Jak przystało na międzynarodową stolicę biznesu i handlu, w Atenstev ciągle coś się dzieje, metropolia nie odpoczywa ani na chwilę.

Pierwsze, co rzuca mi się w oczy, to samochody stojące w korku – zapewne kolejny protest jakiegoś niezadowolonego z warunków pracy związku zawodowego. Od czasu, gdy krasnoludy wynalazły sposób na wskrzeszanie umarłych, wydaje się, że demonstracjom nie ma końca. Oficjalne stanowisko naukowców jest jasne – tylko krasnoludy dysponują genami umożliwiającymi życie po śmierci. Jednak wszyscy inni uważają, że jest to wierutna bzdura, propaganda i jeszcze jeden przejaw rasizmu; mówi się, że bez problemu można by wskrzeszać również i inne rasy, ale krasnoludy zwyczajnie nie mają zamiaru otaczać się armiami umarłych imigrantów innych CZŁOWIEK-ów – po dziurki w nosie mają żywych.

Nie mam czasu się przyglądać – biegnę na metro, które oczywiście okazuje się kompletnie zapchane. Są tu Cokolwiek Złożone, Łebskie Organizmy Wielokomórkowe z Inteligencji Efektywnie Korzystające wszelkiego sortu: gnomy w melonikach i kraciastych spodniach, trzymające w rękach aktówki, gazety, parasolki, bądź też dowolną kombinację wyżej wymienionych. Orkowie w dresowych tunikach, łysi lub z długimi warkoczami, warczący coś w jakimś charkotliwym narzeczu do swoich kobiet, ubranych w możliwie najjaskrawsze, krzykliwe kolory i obwieszonych ciężkimi bransoletami. Dalej wytatuowane driady, najady i piksy z wojowniczo postawionymi fryzurami, z powbijanymi tu i ówdzie kolczykami, w skórzanych, nabijanych ćwiekami kurtkach. Nimfa trzymająca na kolanach klatkę z małym gryfem. Kociaści kleptomani, obładowani każdym możliwie nieprzydatnym śmieciem: dziurawymi kapeluszami, pękniętymi globusami, rozwalonymi szufladami i bogowie wiedzą, czym jeszcze. Są też elfy: złote, czarne i niebieskie, morskie i leśne; minotaury w marynarskich strojach; nerwowo rozglądające się niechlujne gobliny, w kapturach zasłaniających twarze, szukające okazji do wyciągnięcia czegoś z czyjejś torebki bądź kieszeni; wreszcie krasnoludzcy biznesmeni i przedsiębiorcy. Oczywiście, że stać ich na auta. Ale kutwy przecież oszczędzają.

Metro po około dwudziestu minutach zatrzymuje się na stacji Dragensav. Wychodzę, a raczej wypycham się na stację; tu muszę zmienić linię. Po kolejnych piętnastu minutach wysiadam i wychodzę na powierzchnię. Nad miastem, ponad wieżowcami, unosi się ogromna chmura dymu, ale zapach spalin nie przeszkadza mi w najmniejszym stopniu – smog prawdopodobnie wszedł już na stałe do mojego krwioobiegu.

Wreszcie docieram do umówionego miejsca. Gdy wchodzę do restauracji, od razu ją dostrzegam: Nalyssa siedzi na czerwonej, syntetycznej sofie, wyprostowana i trochę sztywna, z tym swoim charakterystycznym grymasem, zarezerwowanym jedynie dla orgazmów (wariant z otwartymi ustami) i, tak jak teraz, mocnego naburmuszenia (z zamkniętymi). Czarno-biała sukienka w paski upodabnia ją nieco do rozglądającej się za zagrożeniem zebry. Wrażenie to potęguje przeżuwany liść sałaty. Patrzę na zegarek – spóźniłem się tyle, że z nudów musiała już zamówić przystawkę. Cholera!

Podchodzę z zamiarem natychmiastowego jej udobruchania, co, w miarę zwiększania się stażu naszego związku, robi się coraz trudniejsze. Gdy tylko mnie zauważa, nie mam wątpliwości, że budzi się w niej drapieżca. Oczy płoną złością, a zebra przeistacza się w tygrysicę. Nie ma czasu na grzecznościowe formułki, trzeba przejść do meritum.

– Przepraszam. Praca. – Nachylam się, by ją pocałować, ale ona odwraca się, nadstawiając jedynie policzek. Niedobrze.

Wycofuję się i siadam na sofie po drugiej stronie stolika. Jej oczy mrużą się, a nozdrza rozszerzają nieznacznie, jakby dosłownie wietrzyła podstęp.

– No i musiałem dojechać – dodaję, ale jest to nic innego, jak tylko desperacka próba obrony obleganej przez nią fortecy usprawiedliwień; po jej minie wnioskuję, że za chwilę wyciągnie ciężką artylerię i przypuści frontalny atak, jednak najpierw chce trochę poobijać mury.

– Praca. Zawsze praca. Może to z nią zaczniesz się umawiać? Przynajmniej nie traciłbyś czasu na dojazdy.Zabolało. Wschodnia ściana legła w gruzach. Kelner przynosi karty i oboje posyłamy mu piękne uśmiechy, godne sprzedawcy zepsutych brzoskwiń zapewniającego, że, wzorem serów, należy jeść je z pleśnią.

– Nal, przestań. Staram się. Przecież to nie moja wina, że ostatnio dłużej mnie przytrzymują. Zresztą, robię to dla nas. Dla ciebie. – Mam nadzieję, że wystawienie na strzał dowódcy oddziału oszczędzi dalszych cierpień pozostałym członkom garnizonu.

– Dla mnie? Kiedy ostatnio zrobiłeś coś dla mnie? Nie masz nawet czasu się ze mną spotkać.

– To nie fair. Po prostu ostatnio mam dużo roboty.

– Ostatnio? Masz na myśli pięć miesięcy? Ile to jeszcze potrwa? Tyle razy odgrażałeś się, że pogadasz z szefową, i co? Poszedłbyś do niej i wygarnął, co ci leży na sercu, ale tego nie robisz, bo tak naprawdę uwielbiasz godzinami przesiadywać w robocie.

Szczerze mówiąc, ostatnio sam zacząłem prosić o nadgodziny. Czemu? Tutaj Nalyssa ma rację, ale tylko częściowo. Tak naprawdę nienawidzę swojej pracy, ale gdy nie pracuję, jest jeszcze gorzej, do głosu dochodzą przerażające myśli, pojawiające się w ciemności nocy. Myśli, przez które czuję się pusty i wyprany ze wszystkiego. Nie mam na nic czasu, bo nie chcę mieć na nic czasu.

– Przesiaduję godzinami, żeby więcej zarabiać.

– Na co ci te pieniądze, skoro nie masz kiedy ich wydawać?

Nalyssa ma sporo racji, co dodatkowo wzmaga we mnie irytację. Co gorsze, jej ciągłe pretensje zaczynają działać mi na nerwy. Dochodzę do wniosku, że ostatnio każde spotkanie przeznaczamy na kłótnie. Potrafimy kłócić się o wszystko: począwszy od rodzaju ciasta planowanego na nasze wesele, a kończąc na tematach takich jak aborcja. I nawet seks nie jest już taki jak kiedyś. Wcześniej te sprzeczki rozpalały w nas żądzę, dodawały pikanterii, natomiast obecnie wzbudzają jedynie frustrację.

– Jeśli chcemy zamieszkać razem, to przydałoby się więcej kasy – wymawiając te słowa, wcale nie jestem pewien, czy faktycznie chcę z nią mieszkać.

– Ale ty jesteś głupi. W dupie mam te twoje pieniądze!

Podniesiony ton jej głosu sprawia, że wszyscy dokoła zaczynają się nam przyglądać.

– Może w takim razie sama zaczniesz więcej zarabiać?

Ewidentnie skończyły się przyzwoite argumenty, teraz bitwa przerodziła się we frontalne natarcie. Co gorsza, prowadzone kompletnie nie bez liczenia się ze stratami.

– Nawet nie poruszaj tego tematu…

– Bo co? Z jakiej racji ja mam wypruwać sobie żyły w korpo? Żebyś ty mogła bawić się w te swoje śmieszne artystyczne ambicje?

– Śmieszne? Chciałabym zauważyć, że moje prace zdobywają uznanie.

– W takim razie kup sobie chleb za uznanie.

– Ty cholerny hipokryto! Jesteś bezczelny! Sam mi przecież powiedziałeś, żebym skupiła się na malarstwie. Mówiłeś, że podziwiasz moją sztukę, że sam chciałbyś robić coś takiego, ale nie wiesz, jak się za to zabrać.

– Mówiłem, mówiłem. Wiele rzeczy mówiłem.

– Tak, dużo mówisz. Tylko że nic nigdy z tego gadania nie wynika.

I wtedy, jakby chcąc jej zaprzeczyć, mówię:

– Wiesz, dlaczego naprawdę przesiaduję po godzinach? Żeby nie widzieć się z tobą!

Na chwilę ją zatyka. A potem wybucha.

– Ty gnojku! Ty prostaku! Jak śmiesz! Tyle dla ciebie poświęciłam!

– Ty dla mnie? Jedyne, co dla mnie masz, to wieczne pretensje! O wszystko masz zawsze pretensje! Wszystko nie tak! Czasami zastanawiam się, po co się w ogóle spotykamy!

– W takim razie przestańmy się spotykać! Wtedy nie będziesz musiał słuchać moich pretensji!

– Świetnie!

– Doskonale!

Zalega cisza.

Wymieniamy spojrzenia, które z powodzeniem mogłyby zastąpić diamentowe tarcze do cięcia szkła, po czym z jej torebki rozlegają się dźwięki jednego z popularnych ostatnio przebojów. Patrzy na wyświetlacz, a przez jej twarz przebiega wyraz zaskoczenia.

– To twoi rodzice – oznajmia.

– Nie odbieraj – rzucam, gwałtownym ruchem sięgam przez stół, mając nadzieję, że ją powstrzymam, jednak jest szybsza.

– Halo? Dobry wieczór, pani Uselcaïn. – W szaleńczym geście, niczym egzorcyzmowany opętaniec, wymachuję rękami na wszystkie strony, jednak Nalyssa, mszcząc się na mnie za wszystkie te żale, z uśmiechem na twarzy wypowiada to, czego nie chcę słyszeć:

– Tak, jest ze mną. Słucham?

Jej nagle pobladły wyraz twarzy uświadamia mi, że wydarzyło się coś złego. Chwilę później potwierdza to drżący głos:

– Umarł twój dziadek.

Przez bardzo krótką chwilę czerpię jakąś chorą satysfakcję z samego faktu, że zrobiło jej się głupio, jednak zaraz to mnie robi się przykro. Przejmuję telefon.

– Halo?

– Próbowaliśmy dodzwonić się do ciebie na domowy, ale nikt nie odbierał – słyszę w słuchawce głos mamy.

– Jak to się stało? – mój własny głos jest rozmyty, jakbym mówił z bardzo daleka.

Zatapia mnie potok jej słów, których tak naprawdę nie słucham. Wyłączam się. Kolejne dźwięki wylewają się ze mnie jak z komputerowego translatora. Bezmyślne, beznamiętne.

– Aha. No… tak. Tak, przyjadę. Kiedy? Dobrze.

Rozłączam się i podaję telefon Nalyssie.

– Przykro mi – wybąkuje ona.

– To żadne zaskoczenie. Wszyscy gadali o tym od dawna.

W rzeczy samej, przez wiele kolejnych lat głównym argumentem ojca mającym zachęcić mnie do odwiedzenia domu, zwłaszcza z okazji najróżniejszych rodzinnych uroczystości, było przypuszczenie, że mogą to być ostatnie święta dziadka. Lata mijały, dziadkowi na zmianę polepszało się i pogarszało, jednak przez większość czasu trzymał się dobrze – cała ta szopka ciągnęła się tak długo, że w końcu zacząłem omijać niektóre imprezy, nabierając niemal przekonania, że dziadek stał się, czy też może zawsze był, nieśmiertelny.

Nalyssa wyciąga do mnie rękę w geście mającym być najprawdopodobniej aktem pocieszenia lub litości, jednak właśnie wtedy wzbiera we mnie złość. Odtrącam jej dłoń i uderzam pięścią w stół. Czuję na sobie drażniące spojrzenia CZŁOWIEK-ów wokół.

– No i co się tak gapicie? – pytam, rzucając oskarżenie wszystkim bez wyjątku i nikomu konkretnemu zarazem. Bez wątpienia dostarczyliśmy klientom restauracji trochę rozrywki, ale nie obchodzi mnie to. Wychodzę.

Chłodne powietrze orzeźwia.

Światła nocnego miasta, jaskrawe neony i kolorowe szyldy rażą tak, że przymykam oczy. I wtedy czuję, jak po policzkach spływają mi łzy. Nalyssa patrzy na mnie zza szyby restauracji i nagle pojmuję, że nigdy do siebie nie pasowaliśmy. Czas to kończyć.

Czas wracać do domu.

 

***

 

Urywam opowieść, a tymczasem za oknem ciężarówki wzmaga się nawałnica, mroczne połączenie niszczycielskich sił wody, wiatru i wyładowań elektrycznych. Thorst zdaje się tym niewzruszony – prawdę mówiąc, wygląda, jakby nic nie było w stanie go poruszyć, jest pozbawiony emocji, czy wręcz… życia.

Patrzę na niego i już wiem, co takiego mnie w nim uderza: jest martwy.

Elfy mają zbyt duży szacunek do naturalnego porządku rzeczy, by wskrzeszać zmarłych – nawet gdyby kwestie genetyczne nie były przeszkodą; krasnoludy natomiast podchodzą do tego, jak do wszystkiego zresztą, bardzo pragmatycznie. Ot, stało się, i tyle. A robota stoi. I dlatego zatrudniają całe armie nieboszczyków na tak zwane umowy śmierciowe.

Siła robocza tanieje, a rynek zalewa ogrom wykwalifikowanych krasnoludów, którzy zarabiają mniej, ponieważ mniej wydają: nie jedzą, nie piją, a utrzymanie kwatery na cmentarzu przez kilkadziesiąt lat kosztuje przecież grosze. Nic dziwnego, że w obliczu takiej, a nie innej sytuacji gospodarczo-ekonomicznej, wielu pracowników decyduje się na obniżenie kosztów poprzez samobójstwo.

– Pamiętam, jak umarł mój dziadek – mówi Thorst, powtarzając manewr z przytrzymywaniem kierownicy kolanami i przygotowywaniem kolejnego skręta. – Nic przyjemnego. – Marszczy brwi, jakby zastanawiając się nad czymś usilnie. – Miałem wtedy chyba z siedem lat.

Kiwam ponuro głową, patrząc z fascynacją, jak nasypuje tytoń do bibułki i zwija papierosa.

– Obiecywałem sobie, że rzucę, ale od kiedy umarłem, jakby przestało mi zależeć – mówi.

Uśmiecha się, a w uśmiechu tym jest coś przerażającego, jakby jego twarz miała zaraz się rozlecieć, osunąć niczym poruszona podmuchem pustynna wydma; nic takiego jednak nie ma miejsca. Krasnolud powraca do wpatrywania się apatycznym wzrokiem w szosę, tak że nie jestem pewien, czy chce, żebym dalej ciągnął opowieść, czy zdążyła mu się już znudzić. Postanawiam na wszelki wypadek zmienić temat.

– A właściwie to dokąd jedziesz?

Znieruchomiałe wargi krasnoluda poruszają się nieznacznie, popiół z papierosa osypuje mu się na uda, powiększając kolekcję wypalonych w spodniach dziur. Wygląda na to, że nawet tego nie czuje.

– Do Veghfrot – wzdycha.

– Veghfrot? – pytam, zaskoczony. – Przecież to po drugiej stronie kontynentu! – Szkoda, że niezupełnie w moją stronę.

– Kawałek. Cóż, na tym polegają wahadłówki. – Przez chwilę słychać jedynie szum deszczu i rzężenie silnika.

– Kiedy masz tam dojechać?

– W ciągu tygodnia.

– Tygodnia? – upewniam się. Ciężarówka nie wygląda na taką, która potrafiłaby osiągnąć prędkość dźwięku, a tym bardziej ją przetrzymać. Thorst najwyraźniej dostrzega moje obawy.

– Spokojnie. Dojadę.

Wytrzeszczam oczy, co zapewne upodabnia mnie do lemura czy innej harpii.

– Piątek z geografii nie miałem, ale chyba musiałbyś nie spać, żeby dojechać w tym terminie?

Krasnolud odwraca głowę w moją stronę, kolejna porcja popiołu ląduje mu na spodniach. Rzuca mi przeciągłe spojrzenie, z którego przebija znużenie i jednocześnie jakby lekkie rozbawienie.

– Umarli nie potrzebują snu – oznajmia krótko.

Wprawia mnie tym w lekkie zakłopotanie. No tak. Dlatego właśnie jest kierowcą ciężarówki.

– Czy w takim razie…

Przerywa mi, jakby odgadując, o co chcę zapytać.

– Według nowych przepisów możemy jeździć tylko miesiąc, później obowiązkowo trzeba zrobić przegląd.

– Zawsze wydawało mi się, że przeglądy robi się raz na rok.

Znów ten sam wzrok. Wzdycha lekko i kręci nieznacznie głową.

– Ciężarówek, owszem. W zasadzie co pół roku. Ale gnijące ciała wymagają ciągłego monitorowania. – Wzrusza ramionami. – Takie przepisy. Niektórzy starają się je obchodzić, ale to dla ryzykantów. Strasznie wysokie kary.

Wygląda na to, że nie potrafię jeszcze rozmawiać z umarłymi. Cóż, trening czyni mistrza.

– Oczywiście każdy kombinuje, jak może. Taki przegląd potrafi trwać i trwać… Lata się ze skierowaniem od biura cmentarnego do urzędu i z powrotem. Biurokracja. Ile CZŁOWIEK naczeka się w samych kolejkach! Dlatego niektórzy kombinują. Omijają przeglądy, załatwiają lewe papiery, w końcu płaci się od kilometra. Jednego znajomego niedawno capnęła kontrola drogowa. Miał obiecaną premię za jak najszybsze dotarcie do celu, więc olał przegląd i pozawijał się bandażami. Tyle że jak go skontrolowali, to dostał taki mandat, że mu się odechciało. – Thorst kręci głową. – Biedak wpadł w długi i teraz pije u siebie, na cmentarzu.

Zapada cisza. Krasnolud ewidentnie skończył ten wątek. Spoglądam na mojego kierowcę – jego zapadnięte oczodoły mogłyby się przyśnić. Wywołać dreszcze, konwulsje i gorączkę. Starając się nie roztrząsać tego zbyt długo, oraz by uniknąć niezręcznej ciszy, wracam do opowieści.

 

***

 

Kochałem swojego dziadka – tak, jak można kochać kogoś, z kim nigdy nie miało się tak naprawdę dobrego kontaktu, kogoś, kogo widzi się jedynie z okazji świąt i urodzin. Nie można jednak powiedzieć, żeby czyjaś śmierć w wieku pięciuset dziewięćdziesięciu jeden lat była zaskoczeniem. Nawet dla elfów.

Tak czy siak, zbliża się czas powrotu do domu – co nie zdarzyło mi się od dłuższego czasu.

Moja rodzina mieszka na wsi, z dala od Atenstev. Ostatnie święta opuściłem, pomimo telefonicznych namów ojca. Tylko że tym razem to faktycznie były ostatnie święta dziadka. CZŁOWIEK niby spodziewa się czegoś, ale tak naprawdę do końca nie przyjmuje tego do wiadomości – pocieszam się myślą, że wszystko, co powtarza się przez jakieś osiemdziesiąt cztery lata, z czasem zaczyna powszednieć.

Rozważam wypożyczenie samochodu, ale dochodzę do wniosku, że jest to opcja zbyt męcząca. Zresztą życie w mieście, w którym można spędzić godziny, ba, całe lata na poszukiwaniu miejsca do zaparkowania, skutecznie zniechęcają CZŁOWIEK-a do posiadania auta. Ostatecznie decyduję się na pociąg. Podróż będzie trwać całą noc, potem czeka mnie przesiadka.

Pakuję kilka rzeczy i ruszam na dworzec, który zdaje się uosabiać wszystko, co krasnoludzkie – prostotę, funkcjonalność i porządek. Solidnym, prostokątnym kształtom może brakuje polotu, ale ciężko odmówić im praktyczności; wszystko jest tu konsekwentne. Nad całością czuwa ogromny, ręcznie rzeźbiony zegar, który, muszę przyznać, ma w sobie coś, co nawet elfom każe na moment zatrzymać się, by mu się przyjrzeć. Dworzec robi wrażenie, jest czysty i zadbany. Co by nie mówić o krasnoludach, trzeba przyznać, że wiedzą, jak zarządzać tym, co mają. Patrzę na umarłe krasnoludzkie sprzątaczki latające z mopami, zbierające każdy śmieć, zanim jeszcze porządnie upadnie na ziemię. Na moment dumam nad swym elfickim, śmiertelnym losem, ale z zamyślenia szybko wyrywają mnie kuranty zegara. Kieruję się na peron i wkrótce wsiadam do pociągu, który oczywiście przyjeżdża o czasie, co do minuty.

Gdy rusza, długo wpatruję się w mijane budynki, w ogromne wieżowce wybudowane w miejsce dawnej starówki. Krasnoludy zasadniczo nie miewają wyrzutów sumienia ani sentymentów. W miarę jak oddalam się od centrum, budynki korporacji ustępują pola blokowiskom. Patrzę na te swoiste getta, zamieszkiwane przez orkijskich robotników, i zaczynam zastanawiać się, w czym moja egzystencja jest lepsza od ich. Tak samo jak oni tyram dla krasnoludzkiego koncernu. Że zakładam do pracy garnitur zamiast robotniczego kombinezonu? Że mam większy telewizor w pokoju? Droższe buty?

Myślę o dziadku. O Nalyssie. Zastanawiam się, jaki jest sens tego wszystkiego. Robota, robota, a potem chwila emerytury i śmierć. Czuję, jak ogarnia mnie przygnębienie.

Blokowiska jeszcze długo przewijają się za oknem, w końcu przechodzą w łąki i pofałdowane pagórki. Przypominam sobie, że kiedyś lubiłem podróże. Co się ze mną stało? Wzdycham i próbuję oprzeć się wygodnie, co przychodzi z niejaką trudnością.

Zapowiada się długa podróż.

 

***

 

– Może byśmy coś zjedli? – pyta Thorst, co przyjmuję z pewną dozą sceptycyzmu. Nie wiem, czy faktycznie chce jeść, czy zwyczajnie sobie kpi.

– Myślałem, że umarli nie jedzą – odpowiadam, na co on wydaje z siebie westchnięcie, które brzmi, jakby próbował przetkać odpływ w wannie.

– Nie potrzebują. Ale ciężko wyzbyć się przyzwyczajenia, które trwało całe życie.

Kiwam głową.

– A jak tam z twoim czasem dojazdu?

– Nic się nie martw. Już moja w tym głowa.

Wzruszam ramionami. Znaki wskazują, że zbliżamy się do całkiem porządnie wyglądającej restauracji „Księżyc w nowiu”, ale patrząc na Thorsta, dochodzę do wniosku, że nie jest to jego punkt docelowy. I rzeczywiście, mija restaurację, aby po chwili zjechać na parking jakiegoś podrzędnego zajazdu, który już z daleka wita nas ogromnym neonowym hamburgerem. Wyjątkowo paskudnym.

Kolejny ślad wszechobecnego krasnoludzkiego kapitalizmu. O to właśnie wzbogacił się elficki krajobraz dzięki postępującej industrializacji – fabryki, sieciówki i podrzędne zajazdy. Zastanawiam się, jak daleko trzeba pojechać, by od tego wszystkiego uciec – chyba musiałbym zamienić ciężarówkę na wehikuł czasu. Nawet najzacieklej broniące się elfickie państwa już nigdy nie będą wyglądać tak, jak na starych fotografiach. Co gorsze, uciec od pieprzonej nostalgii wcale nie jest łatwiej.

Knajpa cuchnie nikotyną i starym olejem. Sprawia wrażenie, jakby istniała od zawsze. Jest to typowa przystań wybudowana dla krasnoludzkich kierowców tirów, aby w drodze mogli poczuć się choć trochę jak w domu – tudzież aby pokazać elfom, że to krasnoludy rządzą światem i mogą swoje budki stawiać wszędzie, nawet w kraju będącym ostoją elfickości. Tak czy inaczej, Thorst uśmiecha się i pojmuję, że to właśnie jego typ knajpy.

Jest tu kilka stolików z niezbyt dokładnie przetartymi ceratami, lada oraz stół do bilarda. Wisząca na suficie lampa rzuca mleczne światło, niczym słońce przebijające się przez zasłonę chmur. I chociaż elfickie oczy teoretycznie powinny bez problemu radzić sobie w takich warunkach, to niestety ewolucja odniosła ciężkie straty w starciu z komputeryzacją.

W oddali siedzi jakiś jegomość i chociaż wytężam wzrok, z tej odległości nie jestem w stanie określić, jakiej jest rasy, jednak sądząc z wystroju knajpy, raczej nie jest elfem. Zaczynam zastanawiać się, czy aby nie jestem zbyt pochopny w szafowaniu stereotypami, ale moje wątpliwości znikają tak szybko, jak się pojawiły – gdy podchodzimy bliżej do lady, z oddali błyskają wystające kły. A więc ork. Gdy tylko to pojmuję, odwracam wzrok. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie się gapił na orków, gdyż… co tu dużo tłumaczyć? Są duzi i mają skłonności do agresji.

Chociaż ten konkretny na całe szczęście chyba śpi – siedzi, czy raczej półleży rozpostarty wygodnie w za małym jak dla niego siedzeniu. Nie mam jednak zamiaru prowokować losu.

Podchodzimy do krzeseł przy barze i Thorst ładuje się na jedno z nich bez żadnego problemu. Knajpa, jak mówiłem, zaprojektowana została z myślą o krasnoludach. Ja natomiast, oczywiście, muszę się garbić i nachylać, żeby sięgnąć kontuaru. Równouprawnienie? Gównouprawnienie! Krasnoludom chodzi wyłącznie o nagięcie świata do swoich potrzeb. Przetworzyć historię, zmielić kulturę i wykorzystać środowisko, a wszystko po to, by wypluć gotowe produkty, które następnie będą wciskać wyzyskiwanym rasom, nazywając te sztuczne i nikomu niepotrzebne badziewia remediami na wszystkie bolączki świata, który sami w tak groteskowy sposób urządzili. Do tego oczywiście nie zapominają, by na każdym kroku pokazać, kto tu rządzi.

Przypominam sobie, jak podczas okresu próbnego w robocie musiałem siedzieć w podobnej pozycji. Oczywiście oficjalne wytłumaczenie było takie, że na moim stanowisku pracował wcześniej krasnolud, nie zmienia to jednak faktu, że już na starcie poczułem się upokorzony.

Kręcę głową. Kiedy stałem się taki cyniczny? Chodzi przecież o pierdolony stołek w barze.

Spoglądam na orka. Gdyby nie spał i tak musiałby zajmować identyczną pozycję. Obracam głowę w stronę krasnoludzkiego barmana, który oddaje się typowo barmańskim zajęciom: bez wyraźnego przekonania niespiesznie przeciera szklanki, brudząc je chyba bardziej niż czyszcząc. Z ust zwisa mu dopalający się pet, tlący się chyba tylko z przyzwyczajenia. Gdy w końcu udaje mi się jako tako usadowić, barman zdobywa się na ten ogromny wysiłek, jakim jest leniwe uniesienie wzroku, w jakiś majestatycznie pokręcony sposób dając mi do zrozumienia, że powinienem czuć się z tego powodu zaszczycony.

Wygląda, jakby tkwił tu co najmniej od początków czasu. Chociaż zdaje mi się, że wielki wybuch nastąpił dopiero po otwarciu tego zajazdu.

– Słucham.

– Dla mnie kawa – odzywa się Thorst. – Czarna, z cukrem. A dla kolegi coś mocniejszego.

Kręcę z powątpiewaniem głową.

– No nie wiem… – zaczynam.

– Przyda ci się.

Thorst zaczyna opowiadać moją historię, a ja czuję się jak jakieś dziwadło oglądane w cyrku – co najmniej jak dwuoki cyklop. Krasnolud szybko dociera do sedna sprawy.

Dotychczas szara twarz barmana ciemnieje, rysy łagodnieją, jak gdyby ustępowały pod naporem myśli. Nalewa mi szota i podsuwa kieliszek.

– Masz, to dla ciebie. Na koszt lokalu.

Otwieram oczy ze zdumienia.

– Myślałem, że krasnoludy wszystko przeliczają na pieniądze. Że nie macie sentymentów.

Barman wzrusza ramionami.

– Och, daj spokój. Wszyscy jesteśmy CZŁOWIEK-ami.

Tyle lat w Atenstev. Wydawało mi się, że wszystko już widziałem. Cóż, CZŁOWIEK uczy się całe życie.

Jednym haustem wypijam zawartość podsuniętego kieliszka, który następnie odstawiam na stół z głuchym pacnięciem.

– No i co było dalej? – pyta barman.

Nie spodziewałem się, że moja historia go zainteresuje. Chyba niewiele mają tu rozrywek.

– Dalej, no tak…

 

***

 

Ziewam i przeciągam się. Pociąg dalej jedzie tym swoim monotonnym rytmem, jakby kiwał się na bujanym fotelu zbudowanym z szyn. Wpatruję się w okno – myśli powoli rozjaśniają się, jakby chciały dogonić słońce, które zdążyło już wpełznąć na nieboskłon. Zdaję sobie sprawę, że przespałem całą noc. Dziwię się, jak dobrze mi się spało w zaistniałych okolicznościach. Spoglądam na zegarek – do przesiadki jeszcze około godziny.

Krasnoludzkie pociągi zawsze przyjeżdżają o czasie. Jeździ się w nich komfortowo i szybko. W przeciwieństwie do elfickich, nie odnosi się wrażenia wycieczki krajoznawczej. Do tej pory pamiętam, jakiego szoku doznałem, przyjeżdżając do KRF-u po raz pierwszy. Na bilecie napisane było, że na przesiadkę mam minutę. Znając realia elfickie, pomyślałem, że to błąd w druku. Przecież to niewykonalne. Tyle rzeczy może wydarzyć się po drodze. Zresztą, nawet jeśli jakimś cudem udałoby się przyjechać na czas, to przecież jeszcze nic to nie znaczy – zapewne okazałoby się, że pociąg, do którego należy się przesiąść, podjechał na inny tor, oczywiście nie wiadomo który. Trzeba by wsłuchiwać się w głos dobywający się z dworcowych głośników, a moje doświadczenia z Elfitanii jasno wskazywały, że do roli spikerów na dworcach specjalnie rekrutuje się CZŁOWIEK-ów z wadą wymowy, dodatkowo nakazując im, by w momencie wygłaszania komunikatu przeżuwali drugie śniadanie. Jeśli nagłośnienie w ogóle działa, ma się rozumieć.

Tym większe było moje zdziwienie, gdy okazało się, że pierwszy pociąg nie dość, iż przyjechał o czasie, to jeszcze ten drugi znajdował się na tym samym peronie, czekał podstawiony na przeciwległym torze. Drzwi były otwarte. Wysiadłem ze swojego i stałem znieruchomiały, z rozdziawioną gębą, nieomal śliniąc się na peron. Jedynym powodem, dla którego tamten pociąg mógł mi uciec, była kompletna petryfikacja. Z odrętwienia wyrwał mnie dopiero gnomicki konduktor, który, rozglądając się wokół, podszedł do mnie i zapytał, czy może mi jakoś pomóc. Wybełkotałem coś w odpowiedzi i wsiadłem. Niesamowite.

Na tego rodzaju wspomnieniach godzina mija szybko, nawet nie wiem kiedy. Wysiadam na dworcu w Varsgad. Tutaj kończy się ta planowana część podróży, bowiem następny przejazd to już elfickie linie. A to już zupełnie inna historia.

Oprócz mnie nikt nie wysiada, pociąg opustoszał już znacznie wcześniej. Spoglądam na zegarek. Czasu dużo. Spokojnym, miarowym krokiem przechodzę przez dworzec, który jest niczym innym, jak o wiele mniejszą, opustoszałą wersją tego z Atenstev.

Z nieba siąpi deszcz, niemrawo, zupełnie jakby nie chciało mu się padać, jednak jest zbyt znudzony, by zająć się czymś innym. Panorama Varsgad wygląda smutno, lecz dostojnie. Zachowując prowincjonalny charakter małej przygranicznej wiochy, jednocześnie jakby mówi: „Tu kończy się i zaczyna porządek”. Na miejscu krasnoludów też bym nie próbował pakować się w elficki interior.

Można by pomyśleć, że granica Krasnoludzkiej Strefy Ekonomicznej będzie częściej uczęszczana, jednak kompletny brak ruchu może dziwić tylko kogoś kompletnie nieobeznanego z historią i realiami tych dwóch kultur.

Przechodzę przez punkt końcowy relacji Varsgad–Romdring, ostatni bastion stojący na straży Krasnoludzkiej Republiki Federalnej. Poza stacją jest tu jeszcze kilka knajp, hotelików, sklepów oraz posterunek graniczny. Uzbrojony strażnik już z daleka bada mnie wzrokiem. Po jego oczach widzę, że zostałem zakwalifikowany do kategorii „zbyt ofermowaty, by próbował robić jakiekolwiek problemy”.

Podchodzę do budki strażniczej i podaję paszport. Krasnolud jest zwięzły i rzeczowy.

– Cel wizyty?

– Sprawy rodzinne.

Sprawdza wszystkie wizy i pieczątki, brwi ma zmarszczone, jakby się nad czymś zastanawiał. Trzyma mnie chwilę w niepewności, po czym oddaje paszport i pokazuje, że droga wolna. Co za bzdura. Dlaczego miałby mnie nie wpuścić? W końcu to jeden elf w KRF-ie mniej.

Krasnoludzcy celnicy bacznie monitorują granicę, ponieważ najzwyczajniej w świecie są służbistami. Po prostu nie umieją inaczej. Nic nie mogłoby się im niezauważenie prześliznąć. Żeby było śmieszniej, elfy umyślnie mają w nosie wszystko, co krasnoludzkie, więc nawet do granicy nie podchodzą. Osobliwe status quo zachowane.

Zbliżam się do drugiej, odległej o jakieś pięćdziesiąt metrów budki, gdzie elficki strażnik, dla odmiany, z założonymi rękami drzemie na kiwającym się krześle. Ani śladu broni. Gdy podchodzę bliżej, widzę, jak strzyże uchem. Leniwie otwiera jedno oko, zauważa mnie i zamyka je z powrotem. Rozglądam się i celowo przechodzę powoli, niejako celebrując każdy krok, dając mu aż nadto czasu na reakcję. W odpowiedzi widzę, jak poprawia się na krześle, rozsiadając się jeszcze wygodniej. Wzruszam ramionami i mijam niegdyś zapewne kolorową, a obecnie mocno zardzewiałą tabliczkę z napisem: „Micallun. Witamy w Elfitanii”.

Po przekroczeniu granicy, pomimo świadomości powrotu do całego tego bajzlu, pomimo przyzwyczajenia się do krasnoludzkich standardów, jakoś lżej robi mi się na sercu. Dopiero teraz czuję, że z każdym krokiem zbliżam się do domu.

 

***

 

– Wiem, o co ci chodzi – mówi Thorst, popijając kawę.

Spoglądam na niego, marszcząc brwi.

– O uczucie, gdy po dłuższym czasie wraca się do domu, na stare śmieci. Wszystko, co wydarzyło się wcześniej, staje się nieistotne. Istniejesz tylko ty i twoja historia. I ta więź z ziemią, z miejscem, w którym pojawiłeś się na świecie. To coś wyjątkowego.

Przyglądam się mu, kiwając głową. Jest umarły. Na pewno więcej ode mnie wie o więzi z ziemią.

– Znam ten typ – mówi barman. I, widząc moje nierozumne spojrzenie, precyzuje: – Te wiochy przy granicy. Widziało się jedną, widziało się wszystkie.

– Chyba tak – odpowiadam.

 

***

 

W przeciwieństwie do Varsgad, Micallun jest w swojej atmosferze znacznie mniej formalne, a bardziej… hmm. Wiejskie? Swobodne. Nieskrępowane!

Teraz dopiero zaczyna się zabawa. Czasu do pociągu niemało, więc, niezrażony deszczem, spacerowym tempem przechodzę przez wioskę, wpatrując się w wykończenia budynków, dużo bardziej subtelne niż te krasnoludzkie. W rzeczy samej, dawno nie byłem w elfickim państwie.

Zasiadam w dworcowej knajpie, jedynej otwartej o tej porze. Wcześniej zastanawiałem się, czy nie przysiąść po stronie krasnoludzkiej, ale będąc tak blisko granicy, po takim czasie, nie mogę się powstrzymać.

Stojąca za ladą starsza elfka o pokaźnej liczbie zmarszczek wygląda, jakby nie zdziwiła ją moja poranna wizyta. W gruncie rzeczy, wygląda, jakby nic nigdy nie było w stanie jej zaskoczyć. Zamawiam kawę i rogalika, siadam i wlepiam wzrok za okno, gapię się na peron, po raz kolejny zanurzając się w rozmyślaniach, które wydają się jedynym sensownym zajęciem w tej sennej scenerii. Pogoda i mój humor nie po raz pierwszy splatają się razem w świetnie uzupełniający się, nostalgiczny duet. Gdyby tylko mój pomysł na życie mógł się tak z czymś spleść. Najlepiej z czymś słonecznym.

Z odrętwienia wyrywa mnie głośny dźwięk, którego nie można pomylić z niczym innym. Elficki pociąg. Spoglądam na zegarek – jest zadziwiająco o czasie, jedynie dwadzieścia trzy minuty poślizgu w stosunku do rozkładu jazdy – w końcu to stacja macierzysta. Choć wtacza się pomału, jest odarty z jakiegokolwiek dostojeństwa. Chociaż nie – odarty byłby, gdyby wcześniej znajdował się w świetnej kondycji, gdyby w stanie pierwotnym miał jakieś pokłady godności, których mógłby się pozbyć. Tymczasem wygląda właściwie, jakby za chwilę miał się rozlecieć. Nie znam się na pociągach, ale nie trzeba być lekarzem, by zauważyć gangrenę. Tu rdza, tam kiwające się, odlatujące części. W porównaniu z pociągami krasnoludzkimi kontrast jest olbrzymi, niemal przerysowany. Nawet para unosząca się z lokomotywy przypomina ostatnie dechy dogorywającego astmatyka. Cóż, wsiadam i zajmuję miejsce w pustym przedziale.

Pociąg nie rozwija zawrotnych prędkości, ale jedzie mniej więcej stałym tempem. Póki co. Elficka kolej zwykle obiecują niezapomniane przeżycia – jedyne, co w niej pewne, to niepewność. Staniemy w szczerym polu czy nad rzeką? Zepsuje się przekładnia, trakcja, lokomotywa? Pozostaje mi liczyć na to, że jest tu choć trochę części krasnoludzkich. Tak, wiem, niezbyt to lojalne wobec współrasowców, ale taka jest prawda. Elfy nigdy nie miały nosa do nowinek technicznych.

Krajobraz za oknem się zmienia. Fałduje. Obserwuję krągłości, jakie po sobie zostawili ci, którzy byli przed nami. Przynajmniej tak wynikałoby z elfickich podań i legend. Jak dla mnie, świat wraz z każdym wytłumaczonym zjawiskiem staje się coraz nudniejszy.

Coraz więcej drzew, tych dobrych, liściastych – olch, brzóz, jesionów, buków, trafiają się też dęby. Uśmiecham się na wspomnienie powiedzonka dziadka, że choinki to nie drzewa, tylko przerośnięte szyszki i zamienione w rośliny jeże. Myślę o nim, o wszystkich tych okazjach, gdy mogłem się z nim zobaczyć, a najzwyczajniej w świecie po prostu go olałem. Znając siebie wystarczająco długo, pewnie i tak nic bym nie zmienił. A jednak i tak mi głupio.

Nalyssa zapytała, czy ma ze mną pojechać. Oczywiście odmówiłem. Nie chcę, żeby robiła to z litości czy poczucia jakiegoś zasranego obowiązku. Próbuję sobie przypomnieć, kiedy ostatnio wybrałem się z nią gdzieś poza miasto, ale nie pamiętam. Nie pamiętam też, kiedy ostatnio wybrałem się na wakacje.

Monotonia jazdy wprawia w trans – nawet pomimo klekotu rozlatującego się wagonu.

W pewnym momencie pociąg szarpie i zatrzymuje się. Rozglądam się po peronie, szukając nazwy miejscowości. Znowu straciłem poczucie czasu i miejsca.

I wtedy do przedziału wchodzi ona: elegancka, w czarnym, nienagannie skrojonym, modnym żakiecie. Ściąga go i nachylając się w stronę wieszaka, trąca moją nogę, ociera się. W jej ruchach jest coś perwersyjnego. Sprawia wrażenie, jakby robiła to świadomie, ale od niechcenia. Jej ruchy są równocześnie płynne i dostojne, jakby występowała w filmie. Naszkicowane stopklatki i obrazy migają mi w głowie – bez wątpienia byłby to film o elfce wprost emanującej kobiecością, która przyćmiewa wszystko inne. Elfce zdającej sobie sprawę ze swego dekoltu, odkrywającego kawałek bladych, cudownie miękkich piersi, które na mój rozum zostały ewidentnie stworzone, żeby usprawiedliwić istnienie świata.

Jej sylwetka jest smukła, powabna. Długie ramiona i nogi, jednak bez tej charakterystycznej dla wysokich osób niezdarności, nieskoordynowania ruchów. O nie, co to, to nie. Porusza się z gracją zarezerwowaną wyłącznie dla dam. Zalotnie kręci tyłeczkiem, apetycznie wypukłym, niczym półmisek – z takiego to dopiero można by jadać. Spod sięgających połowy pleców długich, kasztanowych włosów, lekko kręconych i falujących, wyzierają fantastycznie kształtne, szpiczaste uszka, które aż proszą się o szepty i czułe słówka. I tylko żal bierze, że ma spodnie, że nie widać tych zapewne równie cudownych, dopełniających obrazu ud i łydek.

Mój umysł staje się areną odwiecznej walki zuchwałości z nieśmiałością: nadmuchane ego zauważa, że nieprzypadkowo wybrała mój przedział, zaś niska samoocena oznajmia, że otarła się tylko przez przypadek, z powodu nagłego ruszenia pociągu.

Spogląda na mnie i na moment nawiązujemy kontakt wzrokowy – w zieleni jej oczu jest coś figlarnego i wyzywającego jednocześnie, obietnica flirtu, chęć uległości i dominacji zarazem. Mój umysł próbuje przyporządkować ją do konkretnej kategorii, ale przychodzi mu to z ogromnym trudem. Czuła kochanka czy wyzwolona nimfomanka? Wrażliwa artystka czy asertywna businesswoman? Może być każdą z nich, żadną, wszystkimi naraz.

Twarz ma równie zagadkową, co atrakcyjną. Trójkątną, lekko zaokrągloną. Przypomina herbową tarczę – dwudzielną w słup, za pomocą subtelnego, lekko spiczastego noska. W polu bladym oczy duże, zielone, lekko skośne. Szerokie, wydatne, lekko uchylone usta – to właśnie owo zmysłowe rozchylenie doprowadza mnie do szału. Do kompletu brakuje tylko zawołania – brzmiałoby zapewne „Schrupię cię, nim zauważysz”. Zaiste, Piękna herbu Bestia.

Dopiero po chwili dostrzegam jej torbę, co rozbudza we mnie sięgające prehistorii i zakorzenione głęboko w genach pragnienie przypodobania się przedstawicielce płci pięknej. Prostuję się, wciągam brzuch i wkraczam do akcji.

– Pomóc z bagażem?

Zalotne spojrzenie, jakie posyła, mówi mi, że właśnie na to czekała. Świadoma zagrywka doświadczonej zawodniczki. Jednak i ja nie jestem amatorem. Doskonale zdaję sobie sprawę, że bez problemu poradziłaby sobie sama, ale celowo zwlekała, żeby doczekać się mojej propozycji. Rozpoczynamy mój ulubiony sport zespołowy – grę wstępną.Gdy elfka wychyla się przez okno, niby przypadkiem minimalnie zsuwa się jej ramiączko stanika. Chwilę ociąga się z jego poprawieniem, nawiązując przy tym krótki, ale znaczący kontakt wzrokowy. Wiem w tym momencie, że jeśli dobrze to rozegram, będę się z nią kochać jeszcze zanim wysiądę z pociągu. Są rzeczy ważne i ważniejsze. Myśl o tym, co nieuniknione, niweluje wszelkie hamulce. Nie ma się nad czym zastanawiać, sprawa jest oczywista.

 

Stoi teraz przy otwartym oknie, a ja siedzę i przyglądam się, jak wiatr pieści jej włosy. Ona sama powolnymi ruchami, jakby od niechcenia sięga do torebki i wyjmuje z niej paczkę papierosów. Wyciąga również zapalniczkę i próbuje zapalić, ale bez skutku. Przypadek? Dawno już przestałem wierzyć w przypadki. Również nie spiesząc się, powolnym, lecz pewnym ruchem wyciągam swoją zapalniczkę i przypalam jej papierosa. Do twarzy jej z nim – jest długi, jasny i cienki, zupełnie jak jej palce. Dziewczyna zdecydowanie ma predyspozycje do gry na pianinie. Chociaż w moim umyśle sięga nimi poza klawiaturę…

Gdy z powrotem siadam, posyła mi nieznaczny uśmiech i dalej wpatruje się w okno. Podnosi papierosa do ust z pozorną niedbałością, ale widać, że doskonale zdaje sobie sprawę z gracji swych ruchów. W rzeczy samej, nie ma wspanialszego widoku od świadomej swego piękna kobiety.

Pomimo uchylonego okna dym z papierosa uruchamia czujkę, która zaczyna świecić – zdradziecki błysk nieprzejednanego donosiciela. Ze wszystkich części pociągu akurat ta okazuje się najmniej zawodna. Szybko jednak co innego zajmuje moją uwagę – zerkam na dziewczynę i okazuje się, że wpatruje się we mnie bez żadnego skrępowania. Mało tego, podnosi drugą dłoń, pokazując, abym znów się zbliżył. Mrużę oczy, nie znając jej zamiarów. Wreszcie zniecierpliwiona, kierowana jakimś nagłym impulsem sama podchodzi i siada mi na kolanach, przodem do mnie. Podnosi papierosa do ust. Zaskoczony takim rozwojem wydarzeń – co jak co, ale nie spodziewałem się tak śmiałego zagrania tak szybko – z lekko opadłą szczęką gapię się, jak się zaciąga. Patrzy mi prosto w oczy i nachyla się do moich ust. Oniemiały, czuję, jak po podniebieniu wędruje mi jej słodki, przesycony nikotyną oddech, jak wydmuchiwany przez nią dym osiada mi na dziąsłach i języku. Jej zdecydowanie, bliskość, jej hipnotyzująca osobowość, oszałamiają bardziej niż narkotyk. Nagle jednym płynnym ruchem schodzi ze mnie i wyrzuca papierosa przez okno.

Jakby na zawołanie w tym momencie do przedziału wchodzi konduktor. Jestem zaskoczony, ale szybko do mnie dociera, że byłem zbyt oczarowany, by zwrócić uwagę na jego zbliżające się kroki.

Krasnoludzki konduktor – co, do cholery, robi tu krasnolud? – rzuca spojrzenie to na mnie, to na nią. Czuję, jak oblewam się rumieńcem. Nie mogąc dalej wstrzymywać oddechu, wypuszczam z siebie powietrze. I tak się z tego nie wytłumaczę, więc przynajmniej wydmuchuję dym w kształt malowniczego obłoczka. Na pocieszenie.

– Nie wolno tu palić – oznajmia konduktor, wlepiając we mnie nienawistne gały. Zerkam na dziewczynę, zirytowany, ale i podniecony. Patrzy w okno niby nic, a w odbiciu szyby widzę, jak śmieją jej się oczy.

– W całym pociągu obowiązuje zakaz palenia pod karą grzywny tysiąca firamów.

Nie próbuję się bronić. Mieszkam wśród krasnoludów na co dzień i wiem, jak to wygląda. Szkoda słów na utarczki ze służbistami. Jedyne, co można osiągnąć, to większą kwotę na mandacie. Krasnoludzcy urzędnicy są bezlitośni nawet dla swoich, a co dopiero dla innych ras – nigdy nie kończy się na samym upomnieniu.

Kiwając głową, wyciągam portfel.

Konduktor wypisuje bloczek, otrzymuje gotówkę, wychodzi. A elfka siedzi z nogą założoną na nogę i udając znudzenie, czeka na moją reakcję. Sprawdza mnie. Nie ma szans, żebym się wycofał, nie teraz. Wstaję i siadam obok niej.

Udając obojętność, wlepiam spojrzenie w okno. Ona przysuwa się lekko, niby poprawiając się na siedzeniu i niby przypadkiem muskając moje kolano. Widzę, jak się porusza – jest opanowana, zwraca uwagę na każdy gest. Przy całej swej bezczelności jest niesamowicie subtelna. Pomimo całego mojego podekscytowania też rozgrywam to spokojnie.

Najchętniej od razu zerwałbym z niej ubranie, ale zamiast tego powoli nachylam się nad nią i odgarniam jej włosy z karku. Wdycham zapach perfum, szyja pachnie mieszanką jaśminu i potu. Jest blada, ma kilka niezbyt ciemnych znamion. Teraz to ja zbliżam usta do jej skóry, ale w ostatniej chwili się zatrzymuję. Niech wie, że i ja potrafię nad sobą zapanować. Wydycham powietrze i widzę, jak na jej karku pojawia się gęsia skórka. Dziewczyna odchyla lekko głowę w stronę okna, odsłaniając mi więcej miejsca. Czuję, jak na udzie kładzie mi dłoń, która tym razem zdecydowanie nie znalazła się tam przypadkiem. W odpowiedzi przesuwam lekko głowę i sapię jej do ucha.

W tym momencie drzwi przedziału się otwierają. Odwracam się zaskoczony i zdaję sobie sprawę, że pociąg zatrzymał się na stacji, czego nawet nie zauważyłem. Odrywamy się od siebie, patrząc, jak do przedziału ładuje nam się krasnoludzka babcia z wnuczkiem. Skąd tu tyle krasnoludów? Czyżby jednak dochodziło do inwazji? Patrzę na moją elfkę, łowię kontakt wzrokowy i szczerzę się do niej. Ona odpowiada uśmiechem, ale nie odsłania zębów, jedynie lekko rozchyla usta, przez co jej uśmiech pozostaje tajemniczy i zmysłowy. Przerwa w zawodach, mamy przerwę na reklamy.

Babcia jest zaaferowana wnuczkiem, który, co spostrzegam dopiero teraz, trzyma w objęciach pisklę gryfa. Świetnie. Starucha, gówniarz i bydlę. Jednak mimo niedogodności jestem bardziej ubawiony niż zdeprymowany całą sytuacją. Zerkam na moją elfkę. Też siedzi jak gdyby nigdy nic. Jej figlarne spojrzenie doprowadza mnie do szaleństwa, k.

– Może pomógłbyś pani z bagażem? – pyta, a ja zdaję sobie sprawę, że jest to pierwsze zdanie, jakie wypowiedziała od momentu wejścia do przedziału. Głos ma głęboki i przyjemny.

– Jeśli byłby pan tak uprzejmy – odpowiada z uśmiechem krasnoludzka babcia, nie pozostawiając mi wyboru.

Wstaję cokolwiek nieporadnie, cóż, nasze amory sprzed chwili nie minęły zupełnie bez śladu. Jakby na potwierdzenie moich obaw gryfik skrzeczy wesoło. Po odłożeniu walizki na półkę siadam zawstydzony, a elfka wydaje się zachwycona całą sytuacją. Dochodzi do mnie, że nawet nie wiem, jak ma na imię. Ale przecież nie zapytam o to teraz, w obecności babci, która wchodząc, widziała, jak się obściskujemy. Szaleństwo.

Siedzimy tak jakiś czas, milczący, zerkając na siebie nawzajem. Napięcie narasta nieznośnie.

Gdy pociąg zatrzymuje się na kolejnej stacji, dziewczyna bez słowa wstaje, ściąga swój bagaż, zabiera żakiet i wychodzi. Wszystko dzieje się strasznie szybko. Próbuję wstać i pójść za nią, ale właśnie wtedy gryf łapie mnie za nogawkę. Zanim udaje mi się go odpędzić, dziewczyna znika. Pociąg rusza, a po elfce zostaje jedynie wspomnienie i zapach.

Babcia szczerzy się, dzieciak bawi z gryfikiem, a ja zostaję na placu boju kompletnie pokonany: stratny o tysiąc firamów, z bolącym ego, z niezatartym wrażeniem zrobienia z siebie idioty.

 

***

 

– No i co z nią? – pyta Thorst.

– Nie widziałem jej od tego czasu. Nie mam pojęcia ani skąd jest, ani dokąd zmierzała. Ani nawet jak ma na imię.

– Czyli nie zrobiliście tego? – dopytuje się barman.

Wzdycham i wzruszam ramionami. Tymczasem ta cholerna manipulantka cały czas siedzi mi w głowie. Mózg z uporem odtwarza jej zapach, dotyk, dźwięk głosu. Wysiadła w największym mieście Elfitanii. Nie ma szans, żeby ją odnaleźć. Zresztą, jaki miałoby to sens?

– A jak tam u ciebie ten temat, Thorst? – pytam, żeby wreszcie przestać skupiać całą uwagę na sobie. Wydawało mi się, że mówił coś o żonie.

Pierwszy raz spogląda na mnie wyraźnie i autentycznie zakłopotany.

– No wiesz… Gdy CZŁOWIEK martwy, nie wszystko działa jak za życia.

– To znaczy, że…

– Tak.

– Och.

– Właśnie.

– Przykro mi.

Wzrusza ramionami i pociąga z flaszki. Tak zaaferowała mnie moja własna opowieść, że nie zarejestrowałem momentu, gdy zamówił piwo bezalkoholowe.

– Życie – mówię w zadumie.

Patrzy na mnie dziwnie. Pojmuję gafę.

– To znaczy… Mhm… Chciałem powiedzieć…

– W porządku – oznajmia uspokajającym tonem. – Po pewnym czasie można się przyzwyczaić.

Siedzimy. Wentylator spokojnym, miarowym tempem zawiewa dalej to tu, to tam.

– Było mi smutno – oznajmiam. – Śmierć dziadka, rozstanie z Nalyssą, do tego kocioł w pracy. Zjawiła się ona i chociaż na chwilę zrobiło się miło.

– Nie musisz mi się tłumaczyć.

Thorst spogląda na mnie tym charakterystycznym wzrokiem kogoś, kto zdążył już dowiedzieć się sporo o życiu i śmierci.

– I nie spodziewałeś się tego?

Wzdycham. Oczywiście, że się spodziewałem. Niemniej niczego to nie zmienia. Chociaż muszę przyznać, że po tym, jak wyszła, gdy opadły emocje, było mi jeszcze gorzej.

Unoszę wzrok i napotykam spojrzenie orka. Patrzy mi prosto w oczy. Panikuję – szybko obracam głowę. Chyba jednak gapiłem się o ułamek sekundy za długo. Napinam się, czuję przypływ adrenaliny, tężeją mi mięśnie i robię się sztywny, oddech przyśpiesza, a serce zaczyna walić mocniej. Kątem oka widzę, jak ork wstaje i powolnym, acz zdecydowanym krokiem zmierza w moją stronę.

Zaczynam panikować na serio, szarpię Thorsta za ramię, próbując dać mu znak, żeby się zbierać, ale język mi się plącze. W krótkiej chwili przelatują mi przez głowę wszystkie zasłyszane historie o orkach. Była w Atenstev dzielnica, do której nie należało zapuszczać się po zmroku. Orkijskie blokowisko w Distenrad. „Zielony Zgon”.

– Słyszałem waszą rozmowę – oznajmia głębokim, dźwięcznym basem, który niemal wprawia w drżenie cały zajazd.

Cios nie nadchodzi, po chwili nieśmiało wyglądam zza wątłej zasłony chuderlawych kończyn, które mogłyby ochronić mnie chyba tylko przed jego oddechem, choć i to wątpliwe.

– Wiesz, jaka jest różnica między dziwką a twoją dziewczyną z pociągu? – Ork wygląda na rozbawionego. Ozdobiony wystającymi kłami uśmiech promieniuje od ucha do ucha.

Jego pytanie jest na tyle niespodziewane, że siedzę z rozdziawioną gębą, wydając z siebie jedynie jakąś nieokreśloną onomatopeję, z rodzaju tych, które zwykle zarezerwowane są dla, nomen omen, orków.

– Dziwka za tysiąc firamów zrobiłaby ci dobrze.

Widzę, jak obydwa krasnoludy grzecznie próbują tłumić śmiech, ale im to nie wychodzi. Po chwili wszyscy bez najmniejszego skrępowania zanoszą się rechotem.

Fantastycznie. Jakby tego wszystkiego było mało, właśnie dogadał mi ork.

 

***

 

Wbrew moim obawom pociąg dojeżdża na miejsce w jednym kawałku i do tego w miarę o czasie. Wysiadam.

Zerkam na mijane budowle. Bez wątpienia styl jest dla elfów tym, czym dla krasnoludów najpierw cegły, a później beton – głównym budulcem. Bez niego wszystko by się pozapadało, rozdrobniło, straciło możliwość istnienia. Zewsząd przebija starożytność, zupełnie jakby tylko duchy historii trzymały to miejsce w całości. Odchodząca farba wraz z kruszejącą zaprawą sprawiają, że całość wygląda, jakby czas nie tyle się zatrzymał, co w pewnym momencie zwątpił i opuścił to miejsce.

I dopiero gdy przechodzę dalej, gdy widać plakaty reklamujące krasnoludzkie produkty, dopiero wtedy dostrzegam, że czas podejmuje pewne nieśmiałe próby powrotu, jednak już na zupełnie innych warunkach – jakby świadom, że epoka supremacji elfów minęła podczas jego nieobecności, a teraz nastać ma zupełnie nowy porządek. Wychodzi na to, że nawet czas stał się narzędziem w rękach krasnoludzkiej machiny skupującej cały świat, podczas gdy całe elfickie społeczeństwo cierpi na depresję.

Kręcę głową. Skoro tak, to idealnie wpasowuję się we wzorzec kulturowy.

 

***

 

– Jak masz zamiar stawić czoła całemu światu, skoro rezygnujesz po byle docinku? – pyta wyraźnie rozbawiony ork.

Nie bardzo rozumiem jego intencje. Mruczę coś pod nosem.

– Nie słyszę – odpowiada.

– Kto powiedział, że mam zamiar stawiać czoła całemu światu? – rzucam głośniej, bardziej zdecydowanie, jakby chcąc w ten sposób zaznaczyć, że jednak się nie poddałem.

W barze ponownie zalega pozorna cisza – do odgłosu wentylatora dołącza teraz siorbanie Thorsta, który niczym kajakarz – mozolnie, lecz wytrwale – raz po raz wiosłuje w zupie o nieokreślonym, ni to brązowym, ni to szarym kolorze. Na myśl o tym, co może w niej pływać, robi mi się niedobrze. Krasnolud jednak uśmiecha się. Wygląda na to, że każdy łyk zmniejsza ilość jego trosk, z każdą zaczerpniętą chochelką zbliża się do odkrycia remedium na całe zło tego świata. Zupełnie jakby sam ruch sprawiał mu radość – nie wiem, czy to odpowiednie słowo – istnienia.

– No i co było dalej? – pyta ork. Patrzę na niego z powątpiewaniem.

– Myślałem, że nie interesuje cię ciąg dalszy. Że chciałeś mi jedynie dopiec.

– Bo chciałem – przyznaje z rozbrajającą szczerością. – Ale to nie znaczy, że nie chcę poznać reszty tej historii.

– W dość ciekawy sposób okazujesz zainteresowanie – mówię.

– Powiedzmy, że chwilowo nie mam nic lepszego do roboty – odpowiada. Mimo starań nie potrafię go rozgryźć.

Dawno już nauczyłem się, że ciekawość obcych nigdy nie wynika z troski. Wszyscy mają wszystkich w głębokim poważaniu, przynajmniej dopóki nie wydarzy się coś ciekawego, dzięki czemu będą mogli choć na chwilę oderwać się od własnych problemów, pomyśleć „ten to ma gorzej”, po czym wrócić do swojego życia.

Patrzę na barmana – szuka taniej sensacji. Ork – zabija nudę. Thorst – potrzebuje towarzystwa, by mieć się do kogo odezwać podczas długiej trasy. Tak to już jest.

Taką zyskałem sobie publiczność. Niby każdy dostaje to, na co zasługuje, więc tym bardziej nie będę wybrzydzać. Dopóki słuchają, będę mówić. W końcu ja też nie opowiadam tego, by ich zabawić, ale by samemu uporządkować to w swojej głowie.

I tak koło się domyka.

 

***

 

Podchodzę do tabliczki z rozkładem autobusów. Porównuję ją z godziną na zegarku. Wychodzi na to, że autobus niedługo powinien się pojawić.

Na dworcu czeka tylko jedna osoba – starszy gość, który wygląda, jakby kompletnie przestał zawracać sobie głowę konceptem czasu, jakby wręcz wszedł w jego posiadanie.

 

Im dłużej mu się przyglądam, tym mocniejsze odnoszę wrażenie, że jest to znajoma twarz. Doznaję olśnienia, gdy staruszek wykrzywia usta w charakterystycznym grymasie. Postarzał się niesamowicie. Może to cena, jaką płaci się za trzymanie czasu na uwięzi. A może to mnie po prostu długo nie było?

Gdy rozglądam się dokoła, obydwie odpowiedzi wydają mi się jednakowo prawdopodobne. Podchodzę, by się przywitać.

– Dzień dobry, panie Colurdaïn.

Staruszek powoli odwraca głowę, mruży oczy i patrzy na mnie podejrzliwie, co najmniej jakbym powiedział, że zamierzam wyciągnąć od niego drobniaki z zamiarem zakupu taniego wina. Zwracam uwagę na to, co tak charakterystyczne dla starszych elfów – zabarwioną starczymi plamami skórę na twarzy, głęboko zatopione w zmarszczkach, ledwo dostrzegalne oczy. Cóż, długowieczność też ma swoje minusy. Wzdrygam się mimowolnie. Czy ja też będę kiedyś tak wyglądał?

– Słucham? – pyta. Jego głos, w przeciwieństwie do oblicza, nie ma w sobie nic z niedołężności. Jest ostry i chrapliwy.

Staram się nie dać zbić z pantałyku.

– Oséan Uselcaïn – przedstawiam się. – Uczył mnie pan historii.

Gdy wypowiadam te słowa na głos, przypominam sobie wcześniejsze myśli o uwięzieniu przez niego czasu. Uśmiecham się półgębkiem – pierwszy raz od wielu dni coś wydaje mi się zabawne.

Tymczasem on patrzy na mnie niewzruszony. Ani wypowiedziane przeze mnie słowa, ani mój uśmiech nie robią na nim żadnego wrażenia.

– Nie przypominam sobie – oznajmia.

Trochę mi głupio. Ale to powinien pamiętać.

– Wygrałem kiedyś szkolny konkurs historyczny.

Wzrusza ramionami.

– Miałem dużo uczniów.

I na pewno wszyscy wygrywali, ty pretensjonalny stary dziadzie.

Na dosłownie ułamek sekundy w oczach błyska mu – jak mi się zdaje – iskierka zrozumienia, która znika jednak równie szybko, jak się pojawia. Ciężko powiedzieć, że stary szybko się opamiętuje, bo trwa to tyle, że przecież nie miał czasu się zapomnieć.

– Nie pamiętam – mówi tylko.

Patrzę mu prosto w oczy. Wiem, że kłamie. I on wie, że ja wiem. Dlatego pierwszy opuszcza wzrok.

– W takim razie przykro mi, że zająłem panu czas.

– Nic się nie stało.

Odwracam się. Gdybym miał koła zamiast nóg, zapewne ruszyłbym z piskiem opon. Zamiast tego muszę jednak zadowolić się lekkim stuknięciem obcasów, co nie jest jednak ani tak efektowne, ani jednoznaczne. Stawiam kilka pierwszych kroków i dopiero wtedy słyszę:

– Uselcaïn… Uselcaïn… Czy to nie ty zwymiotowałeś kiedyś na lekcji do kubła na śmieci?

Może rzeczywiście nie pamiętał o konkursie. Jest stary. Jeśli chciałem mu się przypomnieć, może powinienem był zacząć od historii z kubłem. Tej, którą najtrudniej zapomnieć.

Odwracam się, opony już nie piszczą – zamiast tego, najwyraźniej kompletnie sflaczały. Colurdaïn jednym zdaniem sprowadził resztki mojej godności do parteru. Chciałbym odpowiedzieć coś sensownego, ale jak można wytłumaczyć się z czegoś takiego? Cóż, pocieszam się w myślach, że CZŁOWIEK w szkole średniej uczy się wielu rzeczy. Na przykład, że nie należy wypijać butelki goblińskiego bimbru bez przeznaczenia całego następnego dnia na regenerację, a nie zamiast tego iść do szkoły. A właściwie, że nie należy wypijać jej nigdy, pod żadnym pozorem.

– Tak, to ja.

Jego twarz się rozpogadza. Uśmiecha się, ale nie jestem w stanie stwierdzić, czy jest to szczery uśmiech zagubionego w przeszłości staruszka, czy też umyślny grymas złośliwego starego pryka, który nie cofnie się przed niczym, by komuś dogryźć.

– Oczywiście, że kojarzę. Ciężko zapomnieć coś tak… niezapomnianego. Co słychać, Uselcaïn?

– Jadę na pogrzeb.

– Czyj?

– Dziadka.

Kiwa głową, jak gdyby śmierć była najnormalniejszą rzeczą na świecie. Z drugiej strony, tak właśnie jest.

– Przykro mi.

– Dziękuję.

Jego twarz przyjmuje dziwny wyraz. Kiwa głową, jakby nagle uświadomił sobie, że i jego to czeka. Zupełnie jakby na moment się zapomniał.

– Przykro mi również z twojego powodu.

Spoglądam na niego zdumiony.

– Słucham?

– Patrzę na twój garnitur. Na lakierki. Jestem stary i prawie niedowidzę, ale nie sposób nie zauważyć, że porzuciłeś ideały. Że zgubiłeś po drodze coś ważnego.

To takie typowe dla elfów. Dobić leżącego. Bez żadnych skrupułów.

– Zawsze tylko pan wszystkich krytykował.

– Dzięki temu wygrałeś ten konkurs, nie pamiętasz? Bo ja dobrze pamiętam.

Nie koniec zaskoczeń.

– Zawsze miałeś talent. Zawsze byłeś zdolny. I zawsze potrzebny był ci bat nad głową, żebyś ruszył to swoje leniwe dupsko.

Na moment mnie zatyka. Tylko na moment.

– O co panu chodzi! Skąd ta agresja?

Wzdycha, i chyba się opamiętuje.

– Tak reaguję, gdy widzę, jak zdolne i pełne ciekawości świata elfy kończą w krasnoludzkich kołowrotkach.

– Nie obchodzi mnie, co pan myśli. Co daje panu prawo do osądzania mnie?

Patrzy na mnie wyraźnie rozbawiony.

– Wiek, mój drogi. Starość nie musi już owijać w bawełnę. Mówię, co czuję.

Tak jakbyś wcześniej był inny.

– Przyjechałem na pogrzeb dziadka. Jestem w żałobie. Mam dość zmartwień i nie mam zamiaru wysłuchiwać tego typu komentarzy – mówię, dumny, że udało mi się zapanować nad nerwami.

Patrzy na mnie oczami bez wyrazu. Ledwo widać je spod fałd zmarszczek.

– Oczywiście, jest mi przykro, że umarł. Ale to wydarzyłoby się niezależnie od wszystkiego innego. – Znowu kiwa głową. – A tobą jestem rozczarowany, bo mogłeś pewne sprawy rozegrać inaczej. Miałeś na to wpływ. Byłeś zdolny. I zaprzedałeś się krasnoludom.

Opanowanie, którym szczyciłem się jeszcze chwilę wcześniej, gdzieś znika.

– Przynajmniej pracuję! Mam pieniądze i widoki na przyszłość. – Pomimo wrzasku sam nie wierzę w to, co mówię. I, sądząc po jego uśmiechu, on doskonale to wyczuwa.

– Przynajmniej wyrwałem się z tej zasranej dziury, gdzie nic się nie dzieje, gdzie żyje się jedynie mokrymi snami o potędze sprzed wieków! Nic z tego nie wynika! Dumą nie można się nawet podetrzeć! Przesiadujecie tu jak na ławce rezerwowych, bo nowoczesny, cywilizowany świat nie przyjął was do siebie!

Dopiero teraz jego twarz naprawdę się spina. Zaciska usta, ściąga brwi, jeszcze bardziej mruży oczy, kompletnie gubiąc je w zmarszczkach. Trafiłem w sedno i najwyraźniej go to zabolało. Chociaż taki był mój zamiar, to jednak nie czuję się z tym dobrze. Pocieszam się, że nie ja zacząłem te przepychanki, ale to marna pociecha.

– Tego właśnie uczą krasnoludy – mówi w końcu, kiwając głową, jakby z bólem. – Upominać się o swoje, bez jakiegokolwiek poszanowania dla tradycji.

Jest mi głupio. Niezręczna cisza przeciąga się, potęgując to uczucie, i już otwieram usta, żeby coś powiedzieć, sam do końca nie wiem co, ale na szczęście to on odzywa się pierwszy.

– Może i moje życie nie potoczyło się tak, jak to sobie wyobrażałem – mówi, a jego oczy patrzą w nieokreśloną dal. Na moment, na ułamek sekundy zawiesza się, ale szybko wraca do świata, odwracając się w moją stronę. Spogląda mi prosto w oczy. – Ale nigdy nie żałowałem, że nie zaprzedałem się tym megalomańskim pokurczom.

– Mówi pan tak, jakby mi zazdrościł, że w przeciwieństwie do pana potrafiłem ułożyć sobie życie – prawie wykrzykuję, zły na siebie, że dałem się sprowokować, na niego, za rozpoczęcie tematu, na świat, za całe rozgoryczenie.

– Czego miałbym zazdrościć? Dobrowolnego służalstwa tym rasistowskim władcom niewolników?

– Niech się pan obudzi! Utkwił pan w tych swoich podręcznikach. Mamy trzydziesty pierwszy wiek.

Prycha, zupełnie jakby miał zamiar startować w gonitwie.

– Żyjesz w tym dekadenckim, ksenofobicznym środowisku, gdzie każdy szczeka na każdego, i wypierasz oczywiste fakty? Dopasuj sobie okulary. I przeczyść uszy. Może ja tkwię w minionej epoce. Ale ty żyjesz w swoim wyimaginowanym świecie, który nijak ma się do rzeczywistości!

– Dlaczego wyżywa się pan na mnie? – odpowiadam, ciągle zły, sfrustrowany.

Podjeżdża mój autobus. Salwuję się ucieczką, nie doczekawszy się odpowiedzi. Gdy pojazd rusza, patrzę na stopniowo malejącą sylwetkę tego zasuszonego, pełnego zgryzoty elfa. Co za kmiot! Co za gbur i stary tetryk. Co za… zgorzkniały biedak!

 

***

 

– Przypomina mi się mój nauczyciel historii z ogólniaka – mówi barman. – Wymagający typ. Do dzisiaj pamiętam, jak odpowiadałem z drugiego powstania gnomickiego. – Krasnolud kręci głową i wzdycha.

– Zmasakrowano ich niemiłosiernie – dodaje ork.

– Nie rozumiem, dlaczego CZŁOWIEK-i nie nauczyły się wyciągać wniosków z historii – mówi Thorst pomiędzy jedną łyżką zupy a drugą.

Wszyscy w zadumie kiwamy głowami. Siedzimy bez słowa, w niemym zrozumieniu, świadomi bezsensownego bestialstwa istot rozumnych. Cóż jednak można w tym temacie dodać? Powiedziano już wszystko. Każdy z nas ma wrażenie, że trzeba odczekać chwilę, zanim poruszy się kolejny wątek.

– Opowiadaj dalej – mówi ork.

– Przypuszczam, że nie masz wielu przyjaciół – odpowiadam, czując, jak alkohol lekko uderza mi do głowy. Dawny lęk gdzieś się ulotnił. Nie boję się, czy może raczej wszystko mi zobojętniało. Poza tym mam obstawę krasnoludów, śmieję się w duchu.

– Trzeba sobie jakoś radzić – oznajmia wymijająco.

– Nie sądziłem, że orka może zainteresować cokolwiek, co nie dotyczy jego rasy – dodaję cicho. Słyszę westchnięcie barmana.

Oczy zielonego zwężają się, patrzy na mnie, jakby coś rozważał. Dostrzegam w jego spojrzeniu gniew, ale jakby przygaszony warstwą smutku.

– Wydaje mi się, że masz dość zawężoną wizję świata. Dość stereotypową.

Ork nie przestaje mnie zadziwiać. Gapię się na niego już zupełnie otwarcie.

– Jak wyglądały twoje dotychczasowe kontakty z orkami? – pyta.

Pokazuję barmanowi, żeby polał mi więcej. Ta rozmowa doprowadzi do jakiegoś przełomu, myślę sobie. Mam tylko nadzieję, że nie będzie to przełom udokumentowany w mojej książeczce zdrowia.

– Szczerze mówiąc – odpowiadam po chwili namysłu – niewiele ich było.

Ork wzdycha głęboko. Wydmuchiwane powietrze rozwiewa mi czuprynę, zupełnie jakbym przez chwilę płynął statkiem wycieczkowym.

– Tak myślałem – odpowiada. – Pewnie naoglądałeś się filmów? Nasłuchałeś miejskich legend?

– Coś w tym stylu – przyznaję.

– Aha! Tu leży pies pogrzebany.

Na to zdanie Thorst na moment odrywa się od talerza i rozgląda niespokojnie.

– Tak faktycznie się nas przedstawia. Fizyczni. Bezrobotni. Alkoholicy. Bezmózgie mięśniaki. Kibole. – Znowu wzdycha. – I większość faktycznie taka jest. – Z rozmysłem robi pauzę. – Co oczywiście nie znaczy, że wszyscy.

– Taki jest stereotyp.

– Stereotypy są krzywdzące.

– Nie biorą się znikąd – ryzykuję.

Widzę, jak toczy wewnętrzną walkę. Uprzedzam go, zanim przeniesie ją na zewnątrz.

– Ja na ten przykład nigdy nie spotkałem żadnego orka, który tak składnie konstruowałby zdania.

– Ale też ich nie szukałeś.

– Jakoś… nie miałem takiej potrzeby.

Kiwa głową z wyraźnym niesmakiem.

– Czym się zajmujesz? – pytam, dochodząc do wniosku, że to jednak ja powinienem pokierować rozmową.

– Jestem dziennikarzem.

Patrzę na niego podejrzliwie. Cały czas coś mi się nie zgadza. Ale w końcu systematycznie zakrapiany krasnoludzką wódką umysł doznaje czegoś na kształt zwarcia.

– To by tłumaczyło, dlaczego jesteś tak daleko od domu – mówię. – Nad czym obecnie pracujesz?

Wzrusza ogromnymi ramionami.

– Właściwie to szukam jakiegoś tematu.

Coś w jego spojrzeniu sugeruje, że kryje się za nim więcej. Wyciągam z kieszeni pomięty banknot studwudziestofiramowy i kładę go na ladę. Spoglądam na barmana.

– Poproszę jeszcze – oznajmiam, spoglądając na pustą szklankę na ladzie przede mną. Kiwam głową w stronę orka. – Dla kolegi również.

Odwracam głowę w drugą stronę. Thorst właśnie kończy wylizywać łyżkę.

– A tutaj więcej zupy.

Krasnolud uśmiecha się błogo, zupełnie jakbym czytał mu w myślach.

 

***

 

Autobus wlecze się niemiłosiernie. Zastanawiam się, co jeszcze tego dnia przypomni mi, że moje życie jest nieustającym pasmem porażek. Mam już serdecznie dość całej tej eskapady, a przecież nie dojechałem jeszcze nawet do rodziców.

I wtedy uderza mnie coś, o czym powinienem był pomyśleć już dawno temu. Co też musi czuć mój ojciec? Zmarł mu staruszek. Czy jestem w stanie go pocieszyć albo odbudować z nim relacje?

Przecież z nim też urwał mi się kontakt. Po prawdzie, nie tyle się urwał, co sam go zerwałem. Miałem dość ingerencji w moje życie, a on miał na tyle taktu, by zostawić mnie w spokoju.

Z tą myślą zasypiam, a budzę się już w osadzie macierzystej.

 

***

 

– Zostałem skazany na tymczasową banicję, ponieważ za bardzo się w swoim reportażach rozpolitykowałem. Przenieśli mnie w teren, gdzie nie ma tylu gorących tematów. Chcą mnie uciszyć.

Na to czekałem.

– Uciszyć, czemu?

Ork patrzy, jakby rozważał, czy mnie wtajemniczyć, czy też nie. Wypity alkohol najwyraźniej pomaga mu podjąć decyzję.

– Widocznie zbyt mocno obsmarowałem ostatnie decyzje kaerefowskiego rządu. Naczelny powiedział, że dla własnego dobra powinienem przez jakiś czas się nie wychylać. Zrobić reportaż o jakimś narodowym parku rozrywki czy zawodach sportowych.

– Nie znam się na mediach, ale brzmi to jak typowa krasnoludzka zagrywka. – Patrzę nieco oskarżycielsko na barmana i Thorsta. Frustracja podlewana drinkami wydobywa ze mnie pokłady wojowniczości. – Nawet nie próbujcie się bronić.

Obaj wyglądają, jakby im to kompletnie zwisało. Nie widać w nich tego zacięcia, jakim charakteryzuje się orkijski dziennikarz. Żaden z krasnoludów nie jest skory do dyskusji, dlatego też zwracam się ponownie do orka.

– Domyślam się, że chodzi o imigrantów?

Ork niepewnie zerka na Thorsta. Ten, jakby wyczuwając jego obawy, uspokaja:

– Mną się nie przejmuj. Mam w nosie politykę.

Patrząc na to, jak bardzo jest zaabsorbowany zupą, wierzę mu.

– Chodzi o to… – zaczyna dziennikarz i wzdycha ciężko.

– No? – zachęcam.

Nabiera powietrza i wypuszcza je gwałtownie.

– Jak wiecie, dawno temu krasnoludy zamknęły orków w górniczych rezerwatach.

– Traktat z Arvel.

– Właśnie. I nie da się ukryć, że teraz, gdy sytuacja ekonomiczna uległa dość znacznej zmianie – tu patrzy ostentacyjnie na Thorsta – rynek pracy i cała gospodarka przekształciły się nie do poznania.

– Umowy śmierciowe robią swoje – oznajmia Thorst.

– Właśnie. Do tej pory to orkowie wykonywali najcięższe prace, zresztą za wyjątkowo małe pieniądze.

– Wykorzystywano ich – rzuca Thorst, siorbiąc zupę. Patrzę na niego z niejakim podziwem. Jest krasnoludem, ale zdaje się nic sobie z tego faktu nie robić.

– Nie bójmy się użyć tego słowa – przyznaje ork.

Thorst, jakby wyczuwał moje myśli. Odpowiada z rozbrajającą szczerością:

– Każdy orze, jak może.

– Przydałoby się jeszcze każdemu według potrzeb – podpowiada dziennikarz.

– To już inna kwestia.

Widzę, jak w orku narasta irytacja.

– Od lat tyramy za innych, bez korzyści dla siebie – wybucha.

– Mówi się, że orkowie są za głupi, żeby stworzyć własne państwo. Ale to przecież czysta propaganda! Mamy własną kulturę, język, historię. Niestety, o dumie i odrębności większość z nas zdążyła już zapomnieć, ale to wciąż jest do nadrobienia. Skoro krasnoludy najpierw nas wykorzystały, a teraz się na nas wypięły, najwyższy czas zacząć działać na własne konto!

– Możesz mieć problemy z takim gadaniem – ostrzegam.

– Tutaj? Chyba żartujesz. Przypominam, że już mnie oddelegowano. A jeśli chodzi o Elfitanię, to nie wybrałem jej przypadkowo. – W tym momencie zauważam, że coś w jego twarzy się zmieniło. Pociemniała, urosła, zrobiła się groźniejsza.

– Przyjechałem podpatrzyć, jak z niepodległością radzą sobie elfy.

Nie wiem, czy jestem bardziej zaskoczony, czy pełen podziwu.

– A ci, tam, niech sobie zatrzymają trupy. Bez urazy – dodaje dziennikarz, zerkając na Thorsta.

– Nie przejmuj się – odpowiada krasnolud.

– To żadna rewolucja – oznajmia ork, widząc mój przerażony wzrok. – Krasnoludy nieraz dawały nam do zrozumienia, że jesteśmy od nich gorsi.

– Prawda – dodaje Thorst.

Na chwilę wzrok orka zatrzymuje się na kierowcy tira. Żyła na czole pulsuje mu gorącą krwią.

– Najwyższy czas pokazać, że sami potrafimy o siebie zadbać. Krasnoludów nie będzie to obchodzić. Powinni nawet się ucieszyć i nas pobłogosławić.

Mam wrażenie, że nie mówi nam wszystkiego.

– No to w czym problem? – pytam.

Grymas zdenerwowania zmienia się w minę pełną zadumy. Ork uspokaja się, stygnie.

– Teoretycznie mamy wszystko, co niezbędne do stworzenia niezależnego, poprawnie funkcjonującego państwa – wyjaśnia. – No, prawie wszystko. Problem polega na tym, że brakuje nam lidera, kogoś, kto potrafiłby scalić tę społeczność, uświadomić jej, że orkowie wcale nie są gorsi.

– Brzmisz, jakbyś doskonale wiedział, jak to zrobić.

– Ja? – Spogląda podejrzliwie. – Coś ty. Nie nadaję się do polityki. Co prawda, mogę godzinami o niej dyskutować, ale nie podjąłbym się roli… szefa tego wszystkiego. Mógłbym współpracować, pewnie, że chciałbym w jakiś sposób brać w tym udział, ale najpierw musiałby pojawić się ktoś, kto… Lider. Po prostu lider. Ja mogę jedynie wspomagać słowem, czyli bronią dystansową. A potrzebny jest ktoś na pierwszą linię frontu!

Patrzę na niego wciąż zaskoczony, jakbym do końca nie wierzył w to, co mówi.

– I nie boisz się tak publicznie spowiadać z tego rodzaju planów? – pytam zdziwiony.

Ork uśmiecha się, obnażając ogromne kły.

– Jestem dziennikarzem i felietonistą. Wyrażanie opinii należy do moich obowiązków. Zresztą, większość tego, co właśnie powiedziałem, zostało już wydrukowane.

– Hmm… – Dyplomatycznie

kiwam głową.

– Najbardziej w tym wszystkim irytuje mnie fakt, że krasnoludy nawet słysząc tego rodzaju opinie, nie biorą ich na poważnie. Ale jeszcze za nami zatęsknią.Pomimo lekkiego rauszu jasno dostrzegam, że ton głosu ma zdecydowany, oczy świecą mu tym szczególnym ogniem zmian i błyskiem rewolucji. Jest gotów walczyć. Jeśli nie mięśniami i refleksem, to słowami i piórem. Może fanatyk to zbyt mocne słowo, ale jest w nim jakiś wewnętrzny ogień. Zaimponował mi. Przede wszystkim znalazł powód, dla którego jego życie nabrało sensu. Wie, do czego chce dążyć.

Zazdroszczę.

 

***

 

Z przystanku wlokę się niemiłosiernie, każdy kolejny krok stawiam wolniej. Mijam domy sąsiadów, by po chwili stanąć wreszcie na wycieraczce rodzinnego. Podnoszę rękę, by nacisnąć dzwonek. Waham się chwilę. Nabieram powietrza i oddycham głęboko. Dzwonię. Po chwili drzwi otwiera mi moja siostra.

– Oséan! Jesteś nareszcie!

– Cześć.

Bogowie, Raata wygląda fatalnie. Ostatnie wydarzenia odcisnęły na niej swe piętno. Wory pod oczami. Tłuste, posklejane kosmyki włosów. W oczach zaszczucie i smutek. Coś mi mówi, że to nie tylko z powodu dziadka.

Uśmiecham się i obejmuję ją.

– Świetnie się trzymasz – mówię.

– Dzięki. – Uśmiecha się ponuro, gdy wypuszczam ją z objęć. – Dobrze, że w końcu przyjechałeś.

Brzmi to trochę jak wyrzut. A może jestem już przewrażliwiony. Tak czy siak, nie dam się sprowokować. Zbyt łatwo.

– Też się cieszę, że cię widzę. Szkoda, że w takich okolicznościach.

Rozmówki z cyklu nagranych na taśmę odzywek na wszelkie okazje.

Nie mam czasu na dalsze rozważania, bo zza pleców siostry wyłania się matka, tak nagle, że aż odruchowo się cofam. Rzuca mi przeciągłe spojrzenie, które zawstydziłoby bazyliszka. Gdy przejmuje płaszcz, szepce mi do ucha jadowitym tonem:

– Naprawdę potrzeba czyjejś śmierci, żebyś ruszył tu swoją dupę?

Podczas gdy mnie brakuje języka w gębie, matka jak gdyby nigdy nic wiesza płaszcz i kontynuuje już normalnym głosem. Chyba że to tamten zjadliwy jest jednak normalny.

– Okazja rzeczywiście smutna. A jak tam w pracy?Zmiana tonu pomiędzy tymi dwoma wypowiedziami kompletnie wybija mnie z rytmu, chociaż nie powinna przecież ani trochę dziwić. To między innymi właśnie ta dwulicowość wygnała mnie aż do Atenstev. Krasnoludy nie mają sentymentów, ale przynajmniej nie udają, że nie zamiarzają wszystkich wykorzystać. Są absolutnie szczere w swej bezwzględności. W jakiś pokrętny sposób doceniam to.

Patrzę na matkę i postanawiam grać według jej zasad.

– Wszystko dobrze. Chociaż ostatnio byłem trochę zajęty. Nagromadziło się nieco pracy.

– Cóż, dobrze, że udało ci się dotrzeć.

W przeciwieństwie do siostry matka ani trochę się nie zmieniła. Wygląda dokładnie tak samo jak wtedy, gdy widziałem ją po raz ostatni. Te same zmarszczki, te same podkolorowane brwi, to samo przeszywające spojrzenie. Dominująca matrona w pełnym rozkwicie.

I wtedy zza rogu wyłania się Nalyssa. Patrzę na nią oniemiały.

– Co tu robisz? – pytam. Jak można się domyślić, mój ton nie jest specjalnie przyjazny. Matka natychmiast to wyczuwa.

– No wiesz? – karci mnie. – Cały świat nie kręci się wokół ciebie.

Wszystkie trzy patrzą na mnie z oburzeniem. Tego starcia nie wygram.

– Nawet jeśli nie chcesz mnie widzieć, to trudno. Przyjechałam oddać cześć twojemu dziadkowi.Nie zmienia to faktu, że nie mam ochoty jej widzieć. Pozostaje też pytanie, jakim, kurna, sposobem udało jej się tu dotrzeć przede mną?

– Gdzie będziesz nocować? – pytam, choć znam odpowiedź.

– No wiesz? – Oburza się matka. – Nalyssa jest naszym gościem. Co to w ogóle za pytanie?

– Wspaniale. W takim razie ja się wyniosę. Tylko przywitam się z babcią i ojcem.

– Och, nie rób scen – odpowiada. – Ile ty masz lat?

Przez chwilę czuję, że gotuje mi się w głowie. Rozluźniam pięści i przytakuję.

– Ale w którym pokoju…

– Może spać ze mną – mówi siostra.

Wzdycham i odwracam się w stronę Nalyssy.

– Dam ci swój pokój. Prześpię się na kanapie w salonie.

Tanie zagrania i kiepskie dramaty. Czuję się jak jakiś cholerny bohater literacki.

 

– Jednak udało ci się zaszczycić nas swoją obecnością. –

Z głębi mieszkania dochodzi mnie głos ojca. Wchodzę. Siedzi tam rozpostarty na kanapie, ze szklaneczką krasnoludzkiej wódy. Globalizacja dopadła nawet jego.

– No wiesz? Nie mógłbym nie przyjechać – odpowiadam.

– No nie wiem. Z tą twoją szefową nigdy nie wiadomo. Na ostatnich świętach cię nie było.

Ach. Będzie mi to wypominać do końca życia. Mam nadzieję, że umrę, zanim ktoś wynajdzie sposób na zapewnienie elfom nieśmiertelności, bo inaczej to nigdy się nie skończy.

– Cieszę się, że tu jestem. To znaczy… że mogę być z wami w tym przykrym okresie.

I że nareszcie udało mi się zakończyć tę zdającą się nie mieć końca podróż.

– Ano – odpiera ojciec niewyraźnie, jakby ta krótka wymiana zdań go umęczyła do tego stopnia, że musi posilić się kolejnym łykiem alkoholu. Zanim opuszcza dłoń ze szklanką, wskazuje pokój po przeciwnej stronie korytarza.

– Przywitaj się z babcią.

– Jak ona się czuje?

– A jak myślisz? – rzuca stojąca przy wejściu do pokoju matka. – Umarł elf, z którym spędziła większość życia. Jest zachwycona.

Pukam do pokoju zajmowanego przez babcię i po chwili wchodzę, mimo braku odzewu. Staruszka kiwa się w bujanym fotelu, wpatrzona w okno. Od czego tu zacząć?

– Cześć, babciu. Strasznie mi przykro z powodu dziadka.

Obraca się i uśmiecha lekko. Podchodzę bliżej i całuję ją w policzek.

– Cóż, przyszła i na niego pora. Jak też niedługo przyjdzie na mnie.

– Co też babcia mówi! – No bo co mogę jej powiedzieć? Może jeszcze „Dobrze się babcia trzyma” czy, w wyjątkowej desperacji, „Ładna dzisiaj pogoda”.

– Ano co? Moje miejsce zawsze było u boku dziadka.

– Ładna dzisiaj pogoda.

Na chwilę zapada cisza, przerywana tylko wpadającym przez uchylone okno ćwierkaniem ptaków i innych gryfów. Wygląda na to, że wiosenna aura w końcu uporała się z zimą. Pierwsze pąki wypierają resztki śniegu. Przypominam sobie, że już dawno nie miałem wakacji. Ba, zapomniałem, że coś takiego w ogóle istnieje. Z zamyślenia wyrywa mnie stwierdzenie babci:

– Niczego nie żałuję.

Odwracam głowę od okna. Tym razem jej spojrzenie jest już uważne, świadome. Nie ma w sobie nic z miękkości sprzed chwili.

– Słucham?

– Ogłuchłeś w tej swojej metropolii? Dużo samochodów, samolotów i co tam jeszcze samo robi? Mówiłam, że niczego nie żałuję.

Kiwam głową. Nie muszę długo czekać, aż ponownie się odezwie.

– W obliczu nadchodzącego końca każdy zaczyna rozliczać się ze swoim życiem. Ja sobie nie mam nic do zarzucenia. Spędziłam je z jednym elfem. Słyszałam o tym, co się teraz wyprawia w miastach. Mówili w telewizji. Okropności.

Uznaję, że rozsądniej będzie milczeć.

– Mówię o tym, bo nie wyglądasz na szczęśliwego.

Uwagi członków mojej rodziny, jakkolwiek zjadliwe, bywają też wyjątkowo celne. Zastanawia mnie jednak to, że dziesięć minut od momentu powrotu do domu to ja staję się głównym tematem debat i przemyśleń, nie zmarły dziadek.

– Co też babcia…

– Może i jestem stara, ale nie ślepa.

Przez chwilę patrzymy sobie w oczy. Pierwszy opuszczam wzrok.

– Ma babcia rację.

Czy to jest sposób na radzenie sobie z żałobą? Jeśli tak, to służę uprzejmie. Jeśli ktoś ma się mnie czepiać, niech to będzie ona.

– Powiedziałam przed chwilą, że niczego nie żałuję. Życzyłabym sobie, żebyś w moim wieku mógł powiedzieć to samo.

Robię dokładnie to, co mogę zrobić na te słowa. Głupią minę.

 

***

 

– I tak bezproblemowo zaczęła gadać o tobie? – pyta ork.

– Takie są elfy. A przynajmniej moja rodzina.

Brwi na zielonej twarzy marszczą się w zadumie. Ork przez chwilę zastanawia się, po czym wzrusza ramionami.

– Każdy reaguje inaczej. Może to jakiś mechanizm obronny. Pewnie w psychologii ma to nawet jakąś nazwę.

– A ja myślę, że zdążyła się już wypłakać – mówi Thorst. – Ten to zawsze wie, co powiedzieć. No, prawie zawsze. – Idę do klopa – dodaje. – Inaczej za niedługo zacznę przeciekać.

Zostajemy z orkiem we dwóch, pod coraz mniej czujnym spojrzeniem barmana.

– Myślisz, że znajdziesz tu coś ciekawego? – pytam, wykonując dłonią niezręczny ruch, którym na powietrznej mapie próbuję zaznaczyć Elfitanię. – Nie ma tu nic oprócz przeszłości.

Patrzy na mnie zaintrygowany.

– Przeszłość zawsze jest interesująca. Można z niej wyciągnąć różne wnioski.

Nie jestem do końca przekonany, czy aby ze mnie nie kpi, ale wydaje mi się, że jednak nie.

– Słuchając tego, co mówiłeś, wygląda na to, że sam podzielasz moje zainteresowanie historią – kontynuuje.

– Może. Sam już nie wiem.

– Przynajmniej kiedyś?

– Z tym się zgodzę. – Przez umysł przebiega mi po raz kolejny chwila, w której musiałem decydować o kierunku studiów. Dlaczego wtedy nie wybrałem historii? Wiem dlaczego. Wtedy wydawało mi się, że trzepanie kasy będzie najlepszym sposobem na życie.

Z łazienki wraca Thorst. Podchodzi i spogląda na zegarek.

– Dobra, będziemy lecieć. Co prawda mamy zapas czasu, ale jednak nie aż taki, żeby obijać się do tego stopnia.

Ork kiwa ze zrozumieniem głową i wręcza mi wizytówkę.

– Ja zawsze jestem chętny na ciekawe opowieści.

Patrzę na otrzymany kartonik. „NASZG GROATOA”. Krój i czcionka wydają mi się trochę prymitywne. Nie powiedziałbym, że są ładne, ale jednak muszę przyznać, że na swój toporny sposób wyglądają dość stylowo.

Już po wyjściu Thorsta ork zatrzymuje mnie na chwilę. Patrzy na mnie tymi swoimi niesamowitymi, przeraźliwie żółtymi oczami, które w przypadku każdej innej rasy oznaczałyby poważne dolegliwości wątrobowe, i jakby w mig pojmując moje zgryzoty, mówi:

– Wiesz, z czasem nabrałem przekonania, że jeśli CZŁOWIEK ma zapewnić sobie nieśmiertelność, to istnieje na to tylko jeden sposób.

Patrzę na niego lekko pijanym wzrokiem i w tym momencie czuję się, jakby ktoś mnie zdzielił przez głowę czymś ciężkim; w jednym momencie nagle trzeźwieję. Czekam na dalszy ciąg jak na objawienie.

– Nieśmiertelność to nie chodzące trupy – słyszę. – Chociaż tak zdaje się rozumować większość. Zresztą, one i tak z czasem zaczynają się rozpadać. I po nich nie zostanie nic. Jedyne, co tak naprawdę się liczy, to pozostawienie po sobie czegoś, z czego będą mogli skorzystać inni.

– A jeśli historia wymaże cię z pamięci? – pytam. – Albo, co gorsze – mówię prawie ze śmiertelnym przerażeniem – uzna za nieistotnego?

– Na to już nie masz wpływu. Ale przynajmniej umrzesz z czystym sumieniem, w przeświadczeniu, że próbowałeś – odpowiada, wzruszając ramionami. – Bo co innego pozostaje?

 

***

 

Za oknem ciemno. Sprzątamy resztki po kolacji, która przebiegła według utartych schematów. Pierwsza połowa to niezręczna cisza, druga – gadka-szmatka o wszystkim, ale niczym konkretnym. Nikt nie poruszył tego jednego przykrego tematu, o którym tak naprawdę wszyscy chcieliby porozmawiać.

Babcia oznajmia właśnie, że jest zmęczona, i udaje się do siebie. Następuje wymiana konwenansów: może mama zostanie, dziękuję, pójdę do siebie, w takim razie odprowadzimy, nie trzeba, nie chcę zostawiać cię samej, daj spokój, i tak chciałem się przejść, i tak dalej, i tak dalej. Kończy się oczywiście wyjściem babci z rodzicami.

Krzątam się razem z siostrą i Nalyssą po kuchni. Nie odzywamy się do siebie. Obydwie dziewczyny wydają mi się skrępowane. Czy to ja tak na nie działam, czy sama sytuacja?Raata kończy wycierać talerze, zbiera ostatnie okruszki i unikając mojego wzroku, odzywa się cicho:

– To może ja już pójdę. Muszę…

Wychodzi. Wydaje mi się, że prawie niesłyszalnie dorzuciła „popłakać”.

Zostajemy z Nalyssą we dwoje. Bez słów, za to z sentymentami. Jeszcze niedawno takie milczenie nie byłoby krępujące.

– Jak się trzymasz? – pyta w końcu, chyba bardziej z potrzeby przerwania ciszy niż nawiązania rozmowy

– Co tu robisz? – pytam bez ogródek.

– Już mówiłam, przyjechałam złożyć hołd twojemu dziadkowi.

– Słuchaj, miło mi, że o tym pomyślałaś, ale nie musiałaś przyjeżdżać. Wiem, że jesteś zajęta robieniem kariery.

Jej zaciśnięte usta wykrzywiają się w tym swoim charakterystycznym grymasie.

– Musisz być takim dupkiem? Jestem tu przez zwykły szacunek dla twojej babci i dziadka.

– Przecież praktycznie go nie znałaś!

– Wbij sobie do tego zakutego łba, że niezależnie od obecnego statusu, spędziliśmy ze sobą trochę czasu. Ja znam twoją rodzinę, a ty moją. Oboje jesteśmy częścią naszej historii. I nic tego nie zmieni.Trochę mnie tym ujęła. Zauważa moje wahanie. Może jednak nie jest tak zła, jak mi się wydawało.

 

– Jego śmierć nie dotyczy tylko ciebie.

– Wygląda na to, że jeszcze kilka razy to usłyszę.

– Twoja rodzina w pewien sposób stała mi się bliska, czy ci się to podoba, czy nie. Poza tym myślę, że nie powinieneś przechodzić przez to sam.Kurna, może i trochę wykrzywiłem jej obraz. Ale nie dam się tak łatwo.

– Nie jestem sam. Mam rodzinę.

– Nie obchodzi mnie, co myślisz. To znaczy… – Żachnęła się nieco. Zaczęła drugi raz, ostrożniej: – Uważam, że nie podejmujesz decyzji całkiem świadomie. Czy też rozsądnie.

– Zerwaliśmy.

– No tak. W nerwach robi się różne rzeczy.

Ona ciągle uważa, że to była nieprzemyślana decyzja, podjęta pod wpływem impulsu. Pewnie dręczą ją wyrzuty sumienia po tej całej scenie w restauracji. Nie dziwię się. Nie było to przyjemne, lekko mówiąc.

– To nie były nerwy. Koniec jest definitywny.

– Wiem – odpowiada. W jej oczach widzę jednocześnie ulgę, ale też smutek i poczucie winy. – Idę spać – rzuca nagle i zbiera się do wyjścia z pokoju.

Głupio mi przyznać przed samym sobą, ale mimo wszystko… cieszę się, że tu jest.

– Czekaj – mówię. Zatrzymuje się i patrzy na mnie wyczekująco. Wygląda na zmęczoną. – Dlaczego nie zadzwoniłaś? Dlaczego nie dałaś znać, że przyjedziesz?

– A po co? Powiedziałbyś, żebym tego nie robiła.

Co prawda, to prawda.

– Dobra, jedno pytanie, i już daję ci spokój. Jak, do cholery, udało ci się przybyć tu szybciej ode mnie?

Uśmiecha się lekko.

– Autostopem.

Patrzę na nią zaskoczony.

– Nie bałaś się?

– Owszem, bałam. – Posyła mi słaby uśmiech. – Że nie zdążę.

Już otwieram usta, by jakoś to skomentować, ale ubiega mnie.

– Dobranoc.

– Dobranoc – odpowiadam.

 

***

 

– I to przekonało cię do szukania szansy na stopa? – pyta z uśmiechem Thorst.

– No cóż – przyznaję. – Na pewno jakieś znaczenie miało…

Im dalej w stronę horyzontu, tym chmury coraz jaśniejsze. Nieopuszczająca mnie świadomość, że wszystko się kiedyś kończy, chociaż na moment nabiera ciut bardziej optymistycznego zabarwienia.

Siłą rzeczy wracam myślami do baru.

– Znasz tego barmana?

– Jego? – pyta Thorst i potrząsa głową. – Skąd. Po prostu znam ten typ. Barmani w takich lokalach to plotkarze gorsi od harpii. Postawią piwo za opowieść, byleby ktoś urozmaicił jakoś nieznośną monotonię ich życia.

– Jestem w stanie to zrozumieć.

 

***

 

Leżę na kanapie i nie mogę zasnąć.

Myślę o tym, co powiedziała babcia Luosta. Czy to naprawdę aż tak widoczne, że jestem nieszczęśliwy? Ewidentnie dla każdego, na kogo się ostatnio natykam, tak.

Zastanawiam się, po co mi to wszystko. Moi współpracownicy to rubaszne kmioty opowiadające, kto przyszpilił jaką piksę. Oprócz większych zarobków – żadnych ambicji. We łbie pustostan, na koncie ciułane oszczędności. Spłacają zaciągnięte kredyty. Jak się takiemu poszczęści, to może zejdzie na zawał i nie będzie musiał nic spłacać. Żadnej chęci pozostawienia po sobie czegoś więcej. Poużywać i spierdalać, co wyrucha, to jego. Aż boję się pomyśleć, jak będzie wyglądał świat, gdy zaczną wskrzeszać takich jak oni.

Może nawet nie wiedzą, że da się inaczej? W każdym razie ja chcę czegoś więcej. Ale może po prostu trzeba brać, co dają, i zamknąć japę?

 

***

 

Zrywam się nagle, z lekkim ślinotokiem. Przez chwilę mój umysł ogarnięty jest wciąż niejasnym wrażeniem koszmarnego snu, choć w tej chwili nie jestem już w stanie wyjaśnić, czego dokładnie dotyczył. Szczegóły nikną w takim samym tempie, jak mijany właśnie znak drogowy, informujący o niebezpieczeństwie spotkania z jednorożcami. Do moich uszu dobiega przykry chrzęst, zerkam więc na Thorsta i obserwuję jego zmagania z przestarzałym modelem samochodowego radia, próbującego złapać jakieś stacje w tej zalesionej, odosobnionej dziczy.

Lawendowa choinka dynda, chociaż trochę maskując odór rozkładu krasnoluda, który nie jest znowu aż tak straszny, jak można by się tego spodziewać. Podsuwa mi to pewną myśl.

– Thorst, jeśli mogę zapytać…

– Hm? – Krasnolud nie zadaje sobie trudu spojrzenia na mnie, przeciwnie, wygląda na bardzo skupionego.

– Kiedy właściwie umarłeś?

Thorst wydaje się bez reszty pochłonięty pokrętłem. Kręci, kręci, ale nie znajduje nic, co mogłoby go uradować.

– Spróbuj na niższych falach – podpowiadam.

Patrzy na mnie ponurym wzrokiem, ale widzę, że robi tak, jak mu poradziłem.

Teraz szybko udaje mu się złapać jakieś w miarę zachęcające dźwięki.

Odwraca się do mnie z dumnym uśmiechem na twarzy, jakby chciał oznajmić, że udało mu się wyłącznie dzięki własnej wytrwałości.

– O co pytałeś?

– Pytałem… – prawie słyszalnie przełykam ślinę – …kiedy umarłeś.

Krasnolud marszczy brwi i wpatruje się w drogę. Wydaje przy tym niesprecyzowany odgłos, coś pomiędzy chrumknięciem a wyrażeniem ogólnego naburmuszenia.

Zamiast odpowiedzieć, kolejny raz zabiera się do rytuału usypywania sobie papierosa, oczywiście trzymając kierownicę między nogami. Muszę przyznać, że radzi sobie z tym znakomicie.

Trzymając w jednej ręce bibułkę, a w drugiej torebkę z tytoniem, spogląda na mnie nagle tak ostro, że aż mimowolnie się wzdrygam. Nie spodziewałem się po nim takiej szorstkości.

– A co, źle wyglądam?

Dotychczasowa swoboda w kontaktach z nim spowodowała u mnie rozprężenie. Karcę się w myślach. Powinienem bardziej uważać – w końcu zależy od tego moja podwózka. Przynajmniej przestało padać, myślę, asekurując się na wypadek wyrzucenia z ciężarówki.

– Nie, skąd. Pytam tak po prostu, z ciekawości.

Thorst zerka na mnie ciągle tym swoim groźnym wzrokiem, po czym patrzy z powrotem na drogę i wybucha nagle tak głośnym śmiechem, że kompletnie głupieję.

– Powinieneś był widzieć swoją minę – mówi spomiędzy kolejnych, nieco spazmatycznych wybuchów śmiechu.

– Ale ja nie…

– Wyluzuj. Przecież się nie obrażam. Taki niewinny żarcik lekko znużonego kierowcy.

Puszcza do mnie oko. Dobra, skoro tak, to bawimy się dalej.

– Uważaj – odgryzam się. – Przy następnym tak znaczącym mrugnięciu oko ci wypadnie.

Thorst znów chichocze, teraz i ja nie mogę na to nic poradzić i po chwili rechoczemy już razem.

– Śmiejesz się co najmniej, jakby od tego zależało twoje życie – mówię, na co Thorstem zaczyna trzepać tak, że aż robi się niebezpiecznie, ciężarówka lekko zmienia kurs, zaczyna zjeżdżać na druga stronę drogi. Szczęśliwie z naprzeciwka nic nie jedzie.

Obaj śmiejemy się jak porypani, jakbyśmy nałykali się gazu rozweselającego, jakbyśmy śmiechem wyrażali pogardę dla odwiecznych praw rządzących światem, jak też własnej niemocy wobec nich. Skoro natura niczym się nie przejmuje, dlaczego my powinniśmy? Czuję, jak nieznośne napięcie, towarzyszące mi od dłuższego czasu, choć na chwilę odchodzi w niepamięć. Mam wrażenie, że nigdy nie rozumiałem się z nikim tak dobrze, jak w tej chwili z Thorstem.

Z jednej strony świadczy to dość smutno o moim życiu, z drugiej zaś napawa jakąś nieokreśloną nadzieją i optymizmem: w końcu tak wiele nas różni, począwszy od podejścia do życia, przez rasę, wiek, kulturę, a kończąc na stanie… hmm… organicznym. Jednak okazuje się, że ostatecznie nie ma to aż takiego znaczenie. Myślę, że to, z czym mam do czynienia, jest najbliższe definicji przyjaźni.

Na szczęście powstrzymuję się przed wyrażeniem tej myśli na głos. Z radia dobiega charakterystyczne pikanie.

Tu program trzeci Ogólnoelfickiego Pasma Radiowego. Wybiła ósma, zaczynamy wiadomości. Nie żyje Valeg Hodert. Dziś po południu ciało krasnoludzkiego działacza i aktywisty znaleziono w wannie jego apartamentu w Atenstev. Policji do tej pory nie udało się oficjalnie ustalić przyczyny zgonu, jednak z naszych niepotwierdzonych jeszcze informacji wynika, że był to zawał serca. Hodert był jedną z ważniejszych postaci…

– Kij w oko staremu pierdzielowi – rzuca Thorst. – Czemu wiadomości zawsze są takie dołujące? Powinni dla równowagi mówić, ile osób się urodziło – stwierdza, po czym obaj, po chwili stłumionego parskania, ponownie wybuchamy niekontrolowanym śmiechem.

 

***

 

Wstaję, choć nie spałem długo. Sądząc z dobiegających całą noc odgłosów wiercenia się, delikatnego łkania i co jakiś czas powtarzanego odgłosu spuszczanej w łazience wody, chyba nie tylko ja.

Za oknem trwają przygotowania do świtu. Nie jest już ciemno, ale jeszcze nie jasno. Świat tkwi w chwilowym zawieszeniu, niezdecydowany i gdzieś pomiędzy.

Z tej nocy zapamiętam głównie przekręcanie się z boku na bok. (Przekręcanie! Czy najzwyczajniej w świecie wszystko nawiązuje do śmierci, czy to tylko ja stałem się na to wyczulony?). Z niezupełnie uzasadnionym, ale nieopuszczającym mnie przeczuciem, że nie będzie to mój najlepszy dzień, wlokę się do kuchni z zamiarem zaparzenia kawy. Jest to jedna z tych chwil, kiedy życie wydaje się choć trochę znośne.

Zaspany, z na wpół zaklejonymi oczami, obijając się o ściany i szafki, które okazują się wisieć znacznie niżej, niż zapamiętałem to z lat dziecięcych, docieram do kuchni. Gdy nalewam wody do czajnika, dociera do mnie zapach nikotyny. Odwracam się zaskoczony i zauważam siedzącego na krześle ojca. Podskakuję, wylewając przy tym trochę wody. Nie słyszałem, by wchodził do kuchni. Znaczy to, że chociaż na chwilę udało mi się jednak zasnąć.

– Nie strasz mnie – mówię.

Ojciec patrzy na mnie obojętnie, czy, jak wolę myśleć, pozornie obojętnie. Te jego milczące oczy sygnalizują wyraźnie: „Nie bój się tak wszystkiego, ty cholerny nadwrażliwcze”. Ale mówi tylko:

– Postaw więcej, napiję się herbaty.I on jest zmęczony. Przez ten krótki moment, gdy posyłam mu ukradkowe spojrzenie, zauważam, że oczy ma czerwone i zapuchnięte, twarz nieogoloną. Ale, jak zwykle, robi dobrą minę do złej gry.

– Też nie możesz spać? – pytam z potrzeby przerwania niezręcznej ciszy, zanim wypełni ją szum gotującej się wody.Ojciec milczy. Z zewnątrz dobiegają pierwsze, poranne śpiewy ptaków, do których po chwili dołącza odgłos czajnika. Wzdrygam się, dochodzi do mnie, że to moment, na który czekałem. W końcu udało mi się zostać z nim sam na sam.

– Wiesz, nie spytałem dotychczas… Jak właściwie zmarł dziadek? –

Ojciec patrzy na mnie bez słowa, jakby zastanawiał się, ile może mi zdradzić.

– Matka przez telefon nie powiedziała mi za dużo.

Ojciec ma skwaszoną minę, wygląda, jakby coś ukrywał, jakby coś ciążyło mu na sercu. Patrzy na mnie krytycznie z góry na dół i w końcu zabiera głos:

– Młody nie był. Ale to jeszcze nie znaczy, że umarł ze starości.

Na chwilę kompletnie mnie zatyka. Pstryczek czajnika przełącza się, oznajmiając, że woda już się zagotowała. Ignoruję go.

– Jak to?

Ojciec patrzy na mnie ponuro spoza nikotynowej zasłony, niczym w jakimś dusznym, zadymionym kryminale.

– Powiesz wreszcie, o co chodzi?

Wypuszcza dym i spogląda mi prosto w oczy.

– Pamiętasz, że dziadek lubił przechadzać się nad strumyk? Miał tam takie swoje ulubione miejsce.

– Niedaleko mostku, pamiętam.

Gdyby twarz ojca była niebem, zaciągnęłaby się burzowymi chmurami. Będąc jednak zwykłym obliczem, zaciąga się najzwyklejszymi zmarszczkami.

– Znaleziono go w rezerwacie. Zamarzniętego w strumieniu.

 

***

 

– Uważaj!

Wszystko dzieje się szybko. Przez drogę przebiega biała smuga. Thorst hamuje gwałtownie i kręci kierownicą. Nieskutecznie. Jesteśmy zbyt rozpędzeni. Ciężarówka po uderzeniu nieco szarpie i krasnolud wyhamowuje.

– O cholera – mówię. – Co to było?

Thorst nie odpowiada, zamiast tego wychodzi z kabiny. Niewiele myśląc, robię to samo.

Zza rogu samochodu wyłania się połamane ciało dogorywającego stworzenia. Przyglądam mu się, a potem zerkam na Thorsta, który sprawdza stan maski samochodu.

– Walnąłeś jednorożca! – rzucam nieomal z oburzeniem. W odpowiedzi krasnolud wzrusza ramionami.

– Nawet jeśli mieliby mnie za to powiesić, nie robi to na mnie wrażenia – mówi z właściwym sobie rezonem.

Podchodzi do jedynego poszkodowanego w tym wypadku. Obmacuje go prawie czule, z wręcz lekarskim wyczuciem. Po chwili wydaje wyrok:

– Nogi i żebra połamane. Przebite płuco. Długo nie pociągnie.

Zanim udaje mi się zareagować, Thorst rozgląda się na boki, bierze łeb stwora w swe mocarne, krasnoludzkie ramiona i jednym zdecydowanym ruchem skręca mu kark. Od trzasku łamanej kości po plecach przechodzą mi ciarki. Wydaje mi się, że ten odgłos niesie się wśród drzew na ogromne odległości.

– Nie rosną już takie, jak kiedyś – mówi krasnolud. – I kości też jakby bardziej kruche.

– One są pod ochroną… – mówię słabym głosem.

– Ten najwyraźniej nie był pod należytą ochroną – odpowiada, po czym chwyta wyrastający z czoła róg, nogą zapiera się na łbie i odłamuje wystającą kość.

Widząc moją rozdziawioną szczękę, mówi:

– Trzeba było postawić płot. Zrobić rezerwat. A oni postawili jedynie znak. To za mało.Bez słowa wskazuję na mieniący się wszystkimi kolorami tęczy róg.

– To? – pyta Thorst. – I tak już mu się nie przyda. A ja dostanę za to trochę guremów.

Wrzuca róg do kabiny, po czym otrzepuje ręce.

– Będziesz tak stał? – pyta. – Lepiej pomóż mi z ciałem. Samo się już nie przesunie.

Zbyt zaskoczony, by cokolwiek odpowiedzieć, posłusznie ulegam jego instrukcjom. Faktycznie, jednorożec okazuje się zaskakująco lekki.

– Wiem, że to dla was święte zwierzęta – mówi Thorst, gdy odciągamy trupa do rowu – ale nie mam zamiaru tłumaczyć się przed elficką drogówką. Chodź.

Dalej nie jestem w stanie wykrztusić choć słowa, więc tylko ponuro podążam za nim do ciężarówki.

Właśnie widziałem, jak umarły zabił żywego.

 

***

 

Przez moment w głowie mam kompletną pustkę. A zaraz potem zalewają ją tysiące pytań, z których jednak żadne nie chce mi przejść przez gardło. Ojciec widzi, jak walczę ze sobą, i przejmuje inicjatywę.

– Wyszedł jednego dnia, tak jak to zwykł robić od lat. I nie wrócił. Jego nieobecność się przedłużała, nie wziął ze sobą komórki. To najwyraźniej rodzinne.

– Tak, łapię przytyk. Mów dalej.

– Zwykle chodzi tą samą trasą, więc odtworzenie jego wędrówki nie powinno być problemem. Ale chodziliśmy tam i z powrotem, a śladu jak nie było, tak nie było.

– Zaraz, chwila, moment. Chcesz mi powiedzieć, że nie mogliście go przez jakiś czas znaleźć? Dlaczego nikt mi nie powiedział, że zaginął?

Ojciec nagle zmienia postawę – na otwarcie atakującego.

– A co byś zrobił? Przyjechał? Jakbyś pomógł? Byłeś zajęty swoimi sprawami. Zresztą, próbowaliśmy się do ciebie dodzwonić, ale się nam nie udało.

Wszystkie te nieodebrane telefony. Nie chciało mi się z nimi gadać. Myślałem, że zamierzają mnie jedynie pomęczyć jakimiś pierdołami. Pięknie.

Po spojrzeniu ojca spodziewałbym się pogardy, ale widzę tylko smutek i rozgoryczenie.

– Jak długo go szukaliście?

– Trzy dni.

Patrzę na niego, wciąż nie umiejąc odnaleźć się w sytuacji.

– Mieliśmy dwie opcje: albo dziadek zboczył ze swej zwyczajowej trasy, albo poszedł nią i coś mu się tam przytrafiło. Tylko że wtedy powinniśmy byli go znaleźć. Oczywiście, jak to bywa w takich sytuacjach, nikt nic nie widział. Musieliśmy rozszerzyć obszar poszukiwań.

Słucham opowieści ojca, zupełnie jakby opowiadał mi fabułę owego taniego kryminału.

– W końcu trafiliśmy do tego starego rezerwatu niedaleko twojej szkoły.

– No?

– Podeszliśmy do Wiąza, żeby zapytać, czy czegoś nie wie. No i okazało się, że wie.

Ojciec popija herbatę, a ja siedzę w milczeniu. Skurczybyk nigdy nie potrafił dobrowolnie zrezygnować z takich gestów, budowania napięcia, nie odpuści nawet z powodu śmierci własnego ojca. Przypomniało mi się, dlaczego zerwałem z nim kontakt. I dopiero po chwili uświadamiam sobie, że patrzę na nowego nestora rodziny.

– Powiesz mi, czy mam się prosić?

– Powinieneś sam zapytać Wiąza. Nikt tego lepiej nie wyjaśni.

Kiwam głową. Znam go na tyle, że pojmuję, iż nic więcej mi nie powie. Przemyka mi przez myśl, że w końcu jest okazja, żeby zrobić coś razem. Przykra, ale jednak.

– Czy może poszedłbyś…

– Nie. Ja już dowiedziałem się, czego miałem się dowiedzieć.

No tak.

– W takim razie idę.

Ojciec podnosi brew, jakby chciał zapytać: teraz? Nie mówi jednak nic. Pod wpływem impulsu wstaję, może nieco zbyt dramatycznie. Nie jestem w stanie dłużej z nim tu wysiedzieć. I pal licho kawę.

Wychodząc z kuchni, słyszę szelest i odgłos naprędce zamykanych drzwi łazienki. Ktoś podsłuchiwał. Nawet jeśli nie celowo, to i tak słyszał.

Pukam.

– Słyszałaś wszystko?

Cisza.

– Wiem, że tam jesteś.

Drzwi otwierają się z charakterystycznym, cichym, ale przeciągłym skrzypnięciem. Tyle lat, a dalej nikt z tym nic nie zrobił. Tyle na temat rodzinnych przywar.

Zza drzwi wyłania się głowa Nalyssy. Lepiej ona niż siostra.

Spogląda na mnie, jakby do końca nie była pewna, co odpowiedzieć.

– Co słyszałaś?

– Tylko to, że wybierasz się do jakiegoś Wiąza…

– Czyli wszystko.

Kiwa głową.

Stoimy tak chwilę, oboje nagle niezmiernie zainteresowani wzorem paneli podłogowych, po czym równocześnie udajemy się w przeciwnych kierunkach.

 

***

 

– Dalej boczysz się o tego jednorożca?

Oczywiście, że tak.

– Nie.

– Może czegoś nie rozumiem, ale dlaczego ojciec sam nie powiedział ci, o co chodzi? Dlaczego uznał, że lepiej będzie, jeśli tam pójdziesz?

– Widzisz… Większość elfów nie chce przekazywać przykrych wiadomości. Uznają to za zły znak. Zawsze wydawało mi się to dziwne. Co to za różnica, skoro zło już zdążyło się wydarzyć? Ale u nas uważa się, że jedno pociąga za sobą drugie.

Jedziemy chwilę w ciszy. O tej porze roku południowa Elfitania ma w sobie sporo powabu. Dopiero teraz, wyłączony z wspomnień, zwracam uwagę na mijane, kwitnące drzewa wiśni. Białe i różowe kwiecie przypomina, że nawet po najgorszej zimie w końcu przychodzi wiosna.

– Słuchaj – mówi Thorst – wiem, że jest ci przykro, że cierpisz, i wcale nie mam zamiaru tego umniejszać, ale wiesz, nie jesteś pierwszy.

– Jakoś nie poprawia mi to humoru.

– Nie to było moim celem. Nie mam zamiaru licytować, kto ma gorzej, bo kompletnie nie o to chodzi. Chcę jedynie zauważyć, że cierpienie jest nieodłączną częścią życia, czy to ci się podoba, czy nie. I nic na to nie poradzisz.

Jego słowa razem z mijanym krajobrazem, tworzą gorzko-słodki klimat przemijania.

 

***

 

Widnieje. Chłodne wiosenne powietrze orzeźwia. Właściwie to lekko piździ. Na szczęście do rezerwatu nie jest daleko.

Przy wejściu wita mnie nieco wyblakła tabliczka z napisem „Zamknięte”. Patrząc na obrastające wszystko pajęczyny, poddaję w wątpliwość sens czekania na pracowników parku.

Odnajduję starą i znajomą dziurę w płocie. I choć może jest teraz już nieco przyciasna, to jednak udaje mi się przejść.

Las szumi cicho, niemrawo, sprawia wrażenie, jakby dogorywał, i to pomimo wiosennej aury. Drzewa zapamiętałem jako wyższe. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie, czy tak to wyglądało, gdy bywałem tu jako dzieciak, zupełnie jakby unosząca się wokół mgła przesłoniła również część mojego umysłu.

Chciałbym wierzyć, że nie było to znowu aż tak dawno temu.

Wyłaniający się momentami spomiędzy oparów staw wydaje się niepokojąco spokojny – nie tak jak w horrorach, gdzie zapowiada to nagły zwrot akcji i pojawienie się potwora, ale w sposób melancholijny: to miejsce odejdzie w zapomnienie, zniknie w oparach mgły i wszelki ślad po nim zaginie. Oczywiście, do czasu, aż krasnoludy wybudują tu hotel.Był kryminał, a teraz czuję się jak w jakiejś prastarej baśni.Prowadzony ledwie widoczną ścieżką, o której chyba zapomniał już nawet odchodzący do legend personel rezerwatu, docieram przed oblicze Wiąza – jednego z najstarszych w tej części świata entów.

Zmienił się. Od czasu, gdy widziałem go po raz ostatni, rozrósł się na boki i jakby obniżył, do tego nieco zbutwiał. Gdyby przekładać to na terminologię elficką, powiedziałbym, że przytył, wyłysiał i zapuścił brzuch. Potężne, rosnące w górę konary w większości poprzycinano – teraz z kikutów wyrastają chude na razie gałązki, na których niemrawo próbują wykwitać pąki, co wygląda jak rzadkie włosy zaczesane na pożyczkę. Masywny pień pokryty jest pomarszczoną korą, która nagle rozsuwa się, w jakiś sposób świadoma mojej obecności.

W miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się dziupla, z której mogłaby wyłonić się co najwyżej wiewiórka, pojawia się coś, co z braku lepszego określenia można przyrównać do oka. Pozostałe pęknięcia również przyjmują kształt nosa, uszu i ust. Są bardzo niesymetryczne, ale potęguje to tylko wrażenie opuszczonego przez wszystkich starca, pozostawionego, by w samotności dokonał żywota.

To właśnie dziadek dawno temu nauczył mnie, jak rozmawiać z entami. W dzisiejszych czasach coraz mniej osób to potrafi. Nauczył mnie, żebym teraz mógł dowiedzieć się, co właściwie się z nim stało.

Podchodzę i delikatnie przykładam dłoń do pnia.

– NIE ZA WCZEŚNIE NA WIZYTY W REZERWACIE? – głos enta dudni wyłącznie w moim umyśle, niemniej wydaje mi się, że ściółka aż podskakuje. Przynajmniej ja podskoczyłem.

Zaskoczony jestem jego wyczuciem czasu. Jeśli ktoś egzystuje na tyle długo, że jego wiek podaje się w tysiącach lat, teoretycznie powinien chyba inaczej odczuwać upływ godzin. Z drugiej strony nie trzeba umieć liczyć, żeby zauważyć poranek.

– Zawsze jest dobra pora, by was podziwiać – odpowiadam. Dziwnie jest prowadzić rozmowę z kimś w swoim umyśle. Trzeba naprawdę uważać na to, co się myśli.

Gałązki enta szeleszczą lekko, poruszone delikatnym podmuchem wiatru. Przez chwilę mam nadzieję, że udało mi się połechtać jego próżność. Ent szybko jednak wyprowadza mnie z błędu.

– CMOKIER. NIE LUBIĘ CMOKIERÓW. SAME Z NIMI KŁOPOTY.

Przez moment odnoszę wrażenie, że głowa mi eksploduje, jednak stopniowo głos trochę cichnie, jakby regulowany pilotem mojego umysłu.Przelewające się pomiędzy gałęziami pierwsze, wszędobylskie promienie słoneczne ujawniają stopniowo obecność tysięcy unoszących się w powietrzu drobinek kurzu. Ogrom ukazujący drobiazgi.

Ent tymczasem… stoi. Cóż miałby robić? Dla kogoś niezorientowanego w temacie, dla jakiegoś orka czy kobolda, mogłoby się wydawać, że stoi tępo i tyle. Dla mnie emanuje z niego tak niewzruszony spokój, jaki cechuje wyłącznie istoty spędzające całe życie w jednym miejscu.

Nie zapyta, po co tu przyszedłem. Ma do roboty lepsze rzeczy, zrozumiałe tylko dla kogoś, kto postrzega świat poprzez wodę wciąganą korzeniami i wiatr buszujący w gałęziach.

A ja, zamiast zaczynać od sedna, zadaję cisnące mi się na usta durne pytanie, które zawsze chciałem zadać jako dzieciak.

– Jak to jest być żywym pomnikiem przyrody?

– DO CZEGO MAM TO PORÓWNAĆ? MÓGŁBYM TAK SAMO ZAPYTAĆ CIĘ, JAK TO JEST NIM NIE BYĆ.

Trafna uwaga.

– Nie zawsze nim byliście.

– NIE POTRZEBUJĘ SZTUCZNYCH TYTUŁÓW.

Zalega cisza. Ten szczególny jej rodzaj, uzupełniany pluskiem wody i szelestem liści. Do entów trzeba mieć cierpliwość.

– DLACZEGO NIEPOKOISZ WSPÓLNOTĘ?

– Podobno mój dziadek z wami rozmawiał.

– TAK? A KTÓRY TO?

– Zillebran Uselcaïn.

– WASZE NAZWY NIEWIELE MI MÓWIĄ.

– Średniego wzrostu. Ciut wyższy ode mnie. Prawie bez włosów.

– CHYBA ZWRACAM UWAGĘ NA INNE RZECZY.

– No… Jego kora była już mocno popękana, a liście albo dawno opadły, albo straciły kolor. Przeżył najwięcej z naszego rodzaju.

– AH. MÓWISZ O SZARYM STRAŻNIKU. TRZEBA BYŁO TAK OD RAZU.

Nie mam zamiaru wnikać w genezę tego przezwiska.

– Chciałem zapytać o przyczynę jego śmierci. Bezpośrednią przyczynę – poprawiam się. Z entami trzeba precyzyjnie dobierać słowa.

– WASZ DZIADEK ZDECYDOWAŁ SIĘ OPUŚCIĆ TĘ CZĘŚĆ ŚWIATA.

– To chyba jakaś pomyłka.

– NIE PRZEINACZAM FAKTÓW – odpiera ent dumnie, chyba nieco urażony.

Jak się okazuje, to, że ktoś ma swoje lata, nie oznacza, że nie może popełnić samobójstwa.

– Chciałbym się dowiedzieć, czy wyjawił, dlaczego pożegnał się z życiem.

– BYŁO KILKA POWODÓW. MÓWIŁ, ŻE NOSIŁ SIĘ Z TYM OD DAWNA. SPRAWĘ PRZESĄDZIŁ JEDEN FAKT. ŻALIŁ SIĘ, ŻE WYNIKI BADAŃ MIAŁ DOŚĆ… KIEPSKIE. I JEDNOZNACZNE. – Ent na moment zamyśla się, a z gniazda znajdującego się na jednej z jego gałęzi odzywa się ptak, jakby w jakiś sposób zaniepokojony przebiegiem owego procesu.

– BAŁ SIĘ, ALE POWIEDZIAŁ, ŻE NIE CHCE CZEKAĆ. CHCIAŁ ROZLICZYĆ SIĘ Z ŻYCIEM NA WŁASNYCH WARUNKACH.

– Nigdy nie lubił, by ktoś robił coś za niego – mówię. Obraz przede mną faluje lekko, łzy napływają do oczu.

– WŁAŚNIE.Strumyk płynie, śpiewają ptaki. Chociaż nie ma wiatru, mam wrażenie, że ent celowo szeleści liśćmi, by mnie uspokoić i dodać choć trochę otuchy.

– NIE POWIEM, ŻE PODZIWIAŁEM TWOJEGO DZIADKA. –

Podnoszę wzrok na Wiąza. Szanuję go za to, że nie zmyśla. Chociaż przemyka mi myśl, że szczerość entów niejednokrotnie przyczyniła się do wypalania lasów.

– NIEMNIEJ LUBIŁEM, GDY TU PRZYCHODZIŁ. DOBRZE SIĘ NAM GAWĘDZIŁO. ROZUMIAŁ MNIE NAJLEPIEJ ZE WSZYSTKICH ELFÓW, KTÓRYCH ZNAŁEM.

– Ile… właściwie macie lat?

Kora wykrzywia się nieznacznie. Ciężko przychodzi mi interpretacja jego reakcji, ale powiedziałbym, że nieco się zachmurzył. Nie jestem pewien, czy „zesztywniał” to dobre słowo.

– ZDAJESZ SOBIE SPRAWĘ, ŻE DLA NAS CZAS PŁYNIE TROCHĘ INACZEJ.

– Chyba… tak.

– LICZYŁEM TO KIEDYŚ Z TWOIM DZIADKIEM. WYSZŁO NAM WTEDY DZIEWIĘĆ TYSIĘCY OSIEMSET DZIEWIĘĆDZIESIĄT JEDEN WASZYCH LAT. ALE TO BYŁO JUŻ JAKIŚ CZAS TEMU.

Wiąz jest strażnikiem wspomnień i myśli wszystkich osób, które kiedykolwiek go dotykały. Zbiorem wspomnień i mądrości. Mógłbym zadać wiele pytań, ale w tej chwili chcę znać odpowiedź tylko na jedno.

– Gdzie to się stało?

Ent porusza gałęzią, wskazując kierunek.

– IDŹ W TAMTĄ STRONĘ.Wiem, że nie ma sensu pytać, jak się o tym dowiedział, skoro od setek lat stoi w miejscu. Enty mają swoje sposoby. Najwyraźniej jednak nieuważnie kieruję przepływem myśli, ponieważ ent mnie usłyszał.

– POWIEDZIAŁ MI, GDZIE CHCE TO ZROBIĆ.

Dziękuję mu i zwyczajowo kłaniam się, delikatnie wypychając jego obecność z umysłu, i gdy czuję już, że zostałem sam, odsuwam dłoń i otwieram oczy. Ent wygląda teraz jak zwykłe drzewo. Wzruszam ramionami, jeszcze raz kłaniam się i udaję we wskazaną przez niego stronę.

Szybko dochodzę nad brzeg strumienia. W jakiś sposób wiem, że to właśnie tu go znaleziono. W tym konkretnym miejscu. Nieomal czuję ziąb płynącej niespiesznie wody. Wydycham powietrze, a moim oczom ukazuje się obłoczek. Jak to ojciec mówił? Zamarzniętego w strumieniu.

Wpatruję się w powierzchnię wody, świadom, że nigdy więcej już dziadka nie zobaczę. W duchu psioczę, złorzeczę i przeklinam. Zawsze był uparty i wszystko robił po swojemu. Najgorsze, że z nikim się nie pożegnał. Po prostu odszedł.

Zabawne. CZŁOWIEK jest zdolny do tylu rzeczy, a jednocześnie tak kruchy. Chwila w za zimnej wodzie i koniec.

Wzdrygam się pod podmuchem wiatru. Dość tego. Czas się zbierać. Pogrzeb nie będzie czekał.

 

***

 

– Nigdy nie byłem na elfickim pogrzebie – przerywa mi Thorst.

– Pogrzeb jak pogrzeb – odpowiadam.

– Poogrzeeb. – Thorst przeciąga to słowo, zupełnie jakby smakował ów wyraz. – Pogrzeb. Co za słowo! Sam se pogrzeb.

Przez twarz przebiega mi uśmiech.

– Elfy chyba specyficznie podchodzą do swoich zmarłych? – pyta.

– Specyficznie, jak chyba każda rasa. Zgadza się, że średnia życia jest znacząco dłuższa od innych. Zgadza się, że wolniej do pewnych spraw dojrzewamy. Ale coś za coś. Wcześnie się starzejemy. Założę się, że mało kto myśli o tym w ten sposób, ale elfy znaczną część swojego życia spędzają jako starcy.

– Ciekawe. – Thorst rozgląda się dokoła i kontynuuje konspiracyjnym tonem:

– Widzisz… właściwie to zazdroszczę wam śmiertelności.

– Słucham?

 

– Ano, bo… Tak sobie myślę… Co jeszcze mnie czeka? Kiedyś mówiłem, że robota do usranej śmierci. A teraz? Gdzie tu jakiś koniec? Cel? Ma to się tak wiecznie ciągnąć? Też mi coś.

Zmęczenie ma wypisane na twarzy, wzrok udręczony. W mig jakby się postarzał.

– A myślałem, że to ja, śmiertelny, mam problemy.

– W tym rzecz, Oséanie. W tym rzecz. Z mojego punktu widzenia mogę szczerze powiedzieć, że prawdziwe problemy zaczynają się dopiero po śmierci.

 

***

 

Tak naprawdę mało co z samego pogrzebu zapamiętuję. Wszystko po kolei zlewa się w jedno, zupełnie jakby był to sen. Tak jestem skupiony na własnych emocjach, tak zajęty ponurymi myślami, że nie zauważam tego, co dzieje się dookoła.

Jak przez mgłę docierają do mnie poszczególne obrazy, kolory, zapachy: jasne wykończenia świątyni, w której odprawiane jest nabożeństwo, lekko mdlący, słodkawy zapach ziemi i ostra woń kadzideł, szałwii, mirry, cynamonu i gruszy. Tłum elfów, sunących wolno po ceremonii na cmentarz, w większości znajome twarze i zaledwie kilka nieznajomych. Przebijające przez korony starych dębów światło księżyca, gdy już tam docieramy. I to, że Nalyssa cały czas jest przy mnie. Napięcie między nami gdzieś znika. Nie odzywamy się do siebie ani słowem, ale cieszę się, że tu jest.

Cały dzień na autopilocie – odrętwiały, patrzący, ale niedostrzegający, klepię formułki, jak to mi przykro, ale wszystko dzieje się jakby poza mną, bez mojego udziału. Mięśnie poruszają się same, słowa same wypływają z ust.

Samobójstwo.

Nie wiem, czego się po tym pogrzebie spodziewałem. Może, że przed oczami pojawią mi się te wszystkie stracone okazje, gdy mogłem z nim porozmawiać, jakoś spędzić czas, ale jedyne, co się pojawiło, to przerażająca wizja pustki i nicości. Czuję się, jakbym oberwał obuchem w głowę, jakby to wcale nie działo się naprawdę albo też przytrafiało się komuś innemu.

Miał swój czas i on się skończył. W chwilach takich jak ta chciałbym wierzyć w życie po śmierci.

W tłumie twarzy odnajduję babcię. Nie płacze. Wygląda, jakby pogodziła się z tym już dawno. W tym wszystkim najbardziej uderza mnie świadomość, że śmierć czeka nas wszystkich. Co tam wszystkich. Że czeka mnie.

Stypa przebiega według tego samego schematu. To samo niedowierzająco-senne odczucie, ten sam surrealizm i groteska. Mija tak cały dzień.

 

***

 

– Tak sobie myślę, że cała ta sytuacja z wskrzeszaniem krasnoludów jest chora – oznajmia Thorst.

– Nikomu nie sprzyja – zgadzam się. Wszyscy zazdroszczą krasnoludom, a wychodzi na to, że one po cichu zazdroszczą innym. Kto by pomyślał.

Thorst kręci głową.

– Skoro już mamy dzień spowiedzi… a, co mi tam. Krasnoludy zazdroszczą elfom emocji. Odczuwania. Intensywności przeżyć. Sami mają serca z kamienia, a wątroby z żelaza. Co z tego? Podświadomie, po cichu, od zawsze zazdroszczą elfom. Dlatego tak ich nie cierpią.Właśnie w kilku zdaniach rozgryzł sedno zawiści trwającej tysiące lat.

– Każdy zawsze pragnie tego, czego nie może mieć – podsumowuje, wzruszając ramionami.

– Powinieneś pomyśleć o wydaniu tomiku złotych myśli.

Kierowca parska śmiechem.

– I kto by chciał czytać takie banały?

– Ci, którzy mają problem z poskładaniem do kupy swojego życia.

– I jak bym to nazwał? Jak żyć – poradnik trupa? Proszę cię.

Parskam. Ten gość ma prawdziwy dar. Nie poznano się na nim tam, gdzie się wychował. Elfy bez wątpienia doceniłyby jego talent. Cóż, tak to bywa.

– Mówię serio, powinieneś skontaktować się z jakimś wydawnictwem.

– Cóż, może kiedyś. Na razie mam lepsze rzeczy do roboty – mówi, wskazując drogę przed siebie.

Na zmianę kiwam i kręcę głową. Kolejny artysta stracony dla świata.

 

***

 

W końcu jesteśmy w domu. Po całym dobijającym dniu mogę dla odmiany posiedzieć chwilę z Raatą i Nalyssą przed telewizorem. Leci odcinek serialu z lat naszego dzieciństwa. Choć nikomu z nas nie jest do śmiechu, patrzymy i zaśmiewamy się. Znam tę serię na pamięć i dokładnie wiem, co się za chwilę wydarzy, jednak dopiero teraz, będąc dorosłym, zaczynam dostrzegać zupełnie nowy wymiar niektórych żartów.

Jakiś czas później Nalyssa wstaje i rzuca mi przeciągłe spojrzenie, które uparcie ignoruję. Gdy wychodzi, w końcu znajduję się sam na sam z siostrą.

Siedzimy chwilę w ciszy.

– Denerwuje mnie jej wszechobecność – zaczynam. – „Może pomóc z naczyniami?” Daję jej do zrozumienia, że nie chcę już jej w swoim życiu. A ona z tymi ubłoconymi buciorami depcze po mojej wycieraczce.

– Przynajmniej jest przy tobie.

Przygryzam język i karcę się w myślach za brak zainteresowania sprawami siostry. Przez moment nie mogę nawet przypomnieć sobie imienia jej faceta.

– No a co u ciebie? Gdzie… Tenno?

Opuszcza wzrok, jakby przyznając się do porażki.

– Rozeszliśmy się.

– Co? Kiedy? Czemu nic nie mówiłaś?

– Sprawiałeś wrażenie zajętego. W końcu wyjechałeś właśnie po to, żeby z nami nie gadać.

Długo ważę słowa, zastanawiając się, co by tu powiedzieć, by najtrafniej oddać to, co czuję.

– Przykro mi.

Obejmuję ją. Czuję, jak Raatą wstrząsa lekki szloch, jak się rozkleja. Przez większość życia zwalczaliśmy się, biliśmy i kłóciliśmy, a teraz przytulamy się do siebie, dwóch rozbitków niepotrafiących ułożyć sobie życia. Tym razem po jednej stronie barykady, przeciwko całemu światu.

Głaszczę ją po włosach.

– Będzie dobrze – mówię, wcale nie będąc pewnym, czy faktycznie będzie.

 

***

 

Mijamy tablicę informującą o zbliżającym się rozjeździe. Niedługo będziemy się musieli z Thorstem pożegnać.

– Zamierzam ci opowiedzieć tę historię do końca – mówię nagle zdecydowanie.

– Mam nadzieję – odpowiada. – Inaczej musiałbyś jechać ze mną w nieswoją stronę.

Uśmiecham się. Ostatnio coraz częściej mi się to zdarza.

 

***

 

Leżę w łóżku i rozmyślam. Wszystko wydaje mi się takie… ostateczne. Rozstanie z Nalyssą, samobójstwo dziadka…

Wiercę się, ewidentnie dwa boki to za mało, w żaden sposób nie mogę znaleźć sobie wygodnej pozycji. Targają mną dreszcze.

Wystarczająco trudno jest zaakceptować śmierć w ogóle. Choć nie wiem, czy „zaakceptować” to odpowiednie słowo.

Gdy umiera ktoś stary, rozumujemy, że tak po prostu musiało być. Gdy umiera ktoś młody, wydaje się, że nie ma to sensu. Gdy ktoś jednak, niezależnie od wieku, targa się na swoje życie, znaczy to, że coś jest z tym światem nie tak. Jeśli z kolei ani życie, ani śmierć nie ma sensu, to wszystko jest popieprzone jeszcze bardziej .

A może nie ma sensu doszukiwać się sensu?

Tkwię w jakimś osobliwym stanie ni to snu, ni jawy. Nawet nie wiem, kiedy wstaję i idę do swojego starego pokoju. Uchylam cicho drzwi i zerkam na Nalyssę śpiącą w moim łóżku. W łóżku, na którym spałem jako mały dzieciak, a potem młodzik, marzący o tym, by sprowadzić do niego jakąś dziewczynę. A teraz tu leży. Patrzę na nią i przejmuje mnie jakaś tkliwość i czułość. Ileż marzeń miałem w tym pokoju, ileż niespełnionych planów i niezrealizowanych aspiracji!

Pod wpływem impulsu wchodzę do łóżka. Jest wąskie i krótkie, przytulam się do Nalyssy na łyżeczkę. Nie wiem, jak zareaguje, czy nie wstanie z wrzaskiem, ale przysuwa się do mnie bliżej. Czuję ciepło jej ciała. Ciała, które tak dobrze znam, którego potrzeby potrafię spełniać. Kochałem ją. I nie jestem już tak bardzo pewien, czy to odnosi się wyłącznie do przeszłości. I czy aby w tym momencie nie śnię.

Więc leżymy tak – dwójka samotnych CZŁOWIEK-ów – razem.

Czuję, jak jej bliskość na mnie działa. I ona też to czuje. Bez słów odnajdujemy do siebie drogę.

 

Gdy kończymy, przytula się do mnie. Czas zatacza jakieś pijane pętle. Co ja, kurwa, wyprawiam?

Zupełnie jakby zasłona nocy usprawiedliwiała chęć bycia z kimś i bliskość drugiego ciała, odwieczną chęć łudzenia się, że jednak CZŁOWIEK nie jest skazany na samotność.

 

***

 

– Wszyscy jesteśmy skazani na samotność – mówi Thorst.

– Po co przywiązywać się do CZŁOWIEK-ów, miejsc, zdarzeń, skoro i tak wszystko się kiedyś kończy? – pytam i nieco ciszej dodaję: – Skoro prędzej czy później coś się traci?

– Wszystko zależy, jak na to spojrzysz. Bo można też na ten przykład powiedzieć, że dla tych kilku chwil szczęścia warto zaryzykować. W przeciwnym razie nie będziesz mieć niczego.

– No nie wiem. Jakoś nie widzę sensu.Krasnolud przygląda mi się z uwagą.

– Powiem ci coś. Cierpisz na przypadłość zwaną życiem. Ja mam to już niejako za sobą. Nie będę ci tu gadał banałów. Powiem ci tak: ciesz się nim, póki je masz.

– Ale…

– Bez ale. Jeśli życie i śmierć czegoś mnie nauczyły, to że nie ma co wpychać tam „ale”. Żyj bez ale. Bez wymówek. Skup się na tym, co robisz, i rób to najlepiej, jak potrafisz. Tylko tyle i aż tyle. Myślisz, że życie po śmierci jest takie fajne? Gdyby nie rodzinne zobowiązania, dawno już wolałbym mieć to z głowy.

– Znaczy co? – pytam tknięty ponurym przeczuciem. – Czego byś sobie życzył?

– Żeby wszyscy dali mi święty spokój.

 

***

 

Budzę się z uczuciem zarezerwowanym zwykle dla kaca. Patrzę na Nalyssę i wiem, że to był błąd, że nic z tego nie będzie, za dobrze znam i ją, i siebie, żeby łudzić się, że może nam się udać. W świetle dnia wszystko wygląda inaczej. Myśli o śmierci wyglądają mniej przerażająco, pogrzeb wydaje się bardziej odległy. Miłość z Nalyssą to nic innego jak chwila słabości. Teraz tylko muszę jej to powiedzieć.

Nad toaletą myślę już tylko o tym, że przyda mi się kilkudniowa przerwa. Ale nie mogę zostać tutaj. Jeśli moje życie ma się zmienić, jeśli coś ma ruszyć, muszę się stąd wynieść. Inaczej do reszty zwariuję. Nikomu tu więcej nie pomogę. Ani babci, ani ojcu. I na pewno nie sobie.

 

***

 

– Mój ojciec umarł, zanim umożliwiono wskrzeszanie – oznajmia Thorst.

– Czyli już nic z tego?

– Jeśli minie określona ilość czasu, to już nie. Zresztą – dodaje po chwili – nawet gdyby można było, to bym nie chciał. Mój ojciec był dla mnie wyłącznie rozczarowaniem. Gdyby dało się go wskrzesić, zrobiłbym to jedynie po to, by pokazać mu, że poradziłem sobie doskonale bez niego.

Myślę nad jego słowami. Chyba nie znam nikogo, kto nie miałby pretensji do własnego ojca. Chyba tak już wygląda ten świat.

Po raz kolejny patrzę na Thorsta z niekłamanym podziwem. Kto by przypuszczał, że umarły kierowca ciężarówki okaże się taką ostoją moralności i kompendium życiowych mądrości? I do tego jeszcze mnie podwozi.

 

***

 

Przy śniadaniu cisza. To jest ten moment, w którym pojawiają się pytania. Gdyby reszta rodziny nie wiedziała, że właśnie rozstałem się z Nalyssą, zapewne spytaliby, kiedy wnuki.

– Na pewno nie chcecie, żebym wam pomógł? – pytam, wskazując na talerze.

– Na pewno – odpowiada matka. Czuję, że pod pozorem życzliwości kryje się pogarda.

Do kuchni wchodzą zaspana Raata i rozbudzona Nalyssa. Mocno ze sobą kontrastują.

– Musimy pogadać – mówi moja eks.

– Daj mi zjeść.

Patrzy ze skrępowaniem.

– Cholera – wtrąca się matka – śniadanie poczeka. Przecież widać, że to pilne.

W nieco zbyt dramatycznym ruchu odrzucam łyżkę i wychodzimy z kuchni.

– No? – pytam, przeżuwając resztki tkwiącej mi w ustach owsianki.

Patrzy mi w oczy. Jej spojrzenie jest twarde i zdecydowane.

– To była pomyłka. Nie powinna się była wydarzyć.

– Nie nazwałbym tego pomyłką – mówię. Głos mam dziwnie spokojny. – Pomogło to mnie, jak i tobie.

Zastanawia się chwilę.

– Możliwe. Ale nie powinniśmy zbytnio tego roztrząsać. Ani też, jak mi się wydaje, powtarzać.

– Zgadzam się.

– Ty… co?

– Zgadzam się – odpowiadam. – Ogarnął nas smutek i żal. To była chwilowa słabość.

Kiwa głową w zamyśleniu.

– Myślałam, że będę chciała z tobą być. Dać ci jeszcze jedną szansę. Ale… nie chcę. – Ton jej głosu zabarwia się nostalgią. – Naprawdę chciałam pomóc ci przetrwać ten przykry czas. – Wzrusza ramionami. – Ale na tym koniec.

– Wiem.

Gdy byliśmy razem, przechodziłem różne etapy – byłem na nią wściekły, rozdrażniony, poirytowany. Miewałem różne pretensje i żale. Gniew rozpalał mnie do czerwoności. A teraz po prostu czuję jedynie jakąś lekką czułość i melancholię.

– Po prostu się wypaliło. Nie ma co się obwiniać. Mieliśmy swoje momenty.

– Tak, momenty były – przyznaje. – Ale na momentach nie można budować stabilnego związku.

– Cieszę się, że obeszło się bez rzucania sprzętem AGD.

Uśmiecha się tym swoim uśmiechem, który tak uwielbiałem. W którym się zakochałem. Było to bardzo dawno temu.

– Przyjaciele? – Wyciąga rękę.

– Przyjaciele.

– Spakuję się i wyjeżdżam.

– Odprowadzę cię na dworzec.

– Taką miałam nadzieję.

– A na razie chodźmy na śniadanie.

 

***

 

Widzę, jak wraz z promieniami wychodzącego zza chmur słońca na twarzy krasnoluda pojawia się uśmiech. Wyglądałoby na to, że ma same powody do umartwiania się, a jednak tego nie robi.

Podziwiam go i próbuję się uczyć.

 

***

 

Stoimy na dworcu.

Nigdy nie lubiłem pożegnań. Nawet z tymi, za którymi nie przepadałem. Nalyssy może już nie kocham, ale trudno odciąć się od tych wszystkich wspomnień. Tym razem cisza nie jest niezręczna.

– Dziękuję, że przyjechałaś.

Całuje mnie w policzek.

– Do zobaczenia.

– Trzymaj się.

Wsiada do autobusu i już otwieram usta, by coś dodać, ale kierowca właśnie zamyka drzwi.

– Powodzenia! – krzyczę na odchodne i tym razem naprawdę mam to na myśli.

Po powrocie z dworca natrafiam w salonie na babcię.

– Nigdy mi się nie podobała – mówi. – Zawsze cię ograniczała.

– Słucham? – pytam, nieco zbity z tropu.

– Nalyssa. Twoja była dziewczyna. Może obiło ci się o uszy?

Wzruszam ramionami. Babcia nie przestaje mnie zaskakiwać.

– Niepotrzebnie od razu po szkole zacząłeś pracować.

– Chciałem spełnić oczekiwania rodziców.

– Wiem. Nikt nie powiedział, że będzie łatwo.

Nagle dostrzegam błysk w jej oku.

– Pamiętasz, co ci powiedziałam, jak skończyłeś szkołę?

A niech mnie. Oczywiście, że pamiętam. Przypominam sobie o tym właśnie teraz, cała scena staje przede mną, jakby ledwo się wydarzyła. W końcu było to dokładnie w tym samym pokoju, chociaż wydaje się, że całe wieki temu.

Mój problem polegał na tym, że jak większość CZŁOWIEK-ów po ogólniaku, nie wiedziałem, na czym mi zależy. W obliczu mojego niezdecydowania inni wykazywali zdecydowanie więcej inicjatywy.

– Powinieneś zostać lekarzem, jak twój ojciec – mawiał ojciec.

– Bankowość i finanse to przyszłość dla niego – oponowała z niewzruszoną pewnością matka.

Nie ma siły. Każde z nich obmyśliło mi przyszłość na co najmniej najbliższych trzysta pięćdziesiąt lat. Łącznie z tym, ile będę mieć wnuków. Były to okropne czasy. Czułem się zastraszony, przytłoczony swoim niezdecydowaniem i rodzicielską supremacją.

Owego dnia całe rodzinne sympozjum Uselcaïnów zgromadziło się w salonie w określonym celu. Teoretycznie było to najzwyklejsze spotkanie rodzinne, jednak pod ową fasadą majaczył inny zamysł – mianowicie wyboru odpowiedniej przyszłości dla najmłodszego członka rodziny.

– Zastanawialiście się już, co zrobić z Oséanem po liceum? – zapytała jedna z licznych cioć. – Myślałam, żeby posłać go na wieś, żeby nabrał dystansu.

– Bzdura – odparł ojciec. – Na wsi będzie tylko tracić czas. Poślemy go na kurs językowy. W wakacje nauczy się starożywiołackiego, żeby łatwiej przychodziła mu nauka medycyny.

– Ja za swoich czasów musiałem pracować w każde wakacje – odparł dziadek.

– Wiemy, tato, wiemy. Wszyscy słyszeliśmy te historie.

– Lepiej niech się przyuczy na bankiera – podjęła inna ciotka. – Teraz w tym siedzą pieniądze.

I wtedy odezwała się, zwykle zajęta swoimi robótkami, pozornie niezainteresowana tematem babcia. Nigdy jej tego nie zapomnę. Powiedziała mianowicie:

– Pozwólcie mu samemu zdecydować.

Ojciec był wyraźnie obruszony.

– Co też mama wygaduje?

– Samemu? – zapytała matka. – Przecież to dzieciak.

– Nie jestem już dzieckiem – powiedziałem, podbudowany jawnie okazanym wsparciem.

– Ależ jesteś. Masz dopiero czterdzieści dziewięć lat.

– Mamo! – Wiedziałem, że teraz albo nigdy. – Czy to nie wy zawsze decydowaliście z ojcem o mojej przyszłości? Zawsze sumiennie wypełniałem wasze polecenia. Bez słowa skargi! Czuję, że istnieje świat poza Elfitanią, świat, który chcę trochę poznać, przemierzyć, zobaczyć coś nowego!

– Twój wujek Anhaen pojechał w świat – odparł dziadek. – I co się z nim stało? Został cholernym kaznodzieją!

Dziadek chyba nigdy mu tego nie wybaczył.

– Och, Anhaen zawsze był inny i dobrze o tym wiesz – odcięła się babcia. – Oséan to sumienny i uczciwy elf. Jestem pewna, że nie zrobi nic głupiego.

– Przecież mnie znacie – odparłem. – Przez całą szkołę nie było ze mną żadnych problemów. Uważam, że na to zapracowałem.

– No ale co ze starożywiołackim? – zapytał ojciec.

– Wezmę ze sobą samouczek. Będę czytał w podróży.

– W podróży – powtórzyła matka. – Mówisz, zupełnie jakbyś już wiedział, dokąd chcesz jechać.

– Bo wiem! – odkrzyknąłem, chociaż myśl ta wpadła mi do głowy dopiero w momencie, gdy to powiedziałem. Mimo to, na jakimś poziomie podświadomości, od dawna o tym wiedziałem.

– Chcę… zobaczyć ocean.

Prawie wszyscy zaprzestali swoich czynności. Matka łypnęła znad stołu, ojciec znad gazety, a dziadek z kanapy. Ciocie z wujkami wymienili uprzejme, nieco zakłopotanego spojrzenia. Jedynie babcia dalej spokojnie szydełkowała, z jakiegoś powodu bardzo z siebie zadowolona.

Warto zaznaczyć, że odległość od mojego rodzinnego miasta do wybrzeża oceanu w linii prostej wynosi jakieś pięć tysięcy kilometrów.

– A jak byś chciał tam dojechać? – zapytała matka.

– Stopem – odpowiedziałem.

Zadowolenie babci przeszło prawie w chichot. Niestety, pozostali szybko go podchwycili, mylnie biorąc moją deklarację za żart.

Wtedy babcia spojrzała prosto na mnie, ignorując wszystko dokoła.

– Musisz znaleźć to, co cię kręci. Nikt tego za ciebie nie zrobi.

– Ale ja nie wiem, co chcę robić.

– To pojedź, żeby się dowiedzieć. Zażyj życia! Nic bardziej nie pomaga dowiedzieć się czegoś o sobie niż podróż.

 

***

 

Patrzę teraz na babcię, po upływie tych wszystkich lat.

– A ty, czego chcesz? – pytam. – Albo czego chciałaś?

 

– Obawiam się, że wciąż tego samego.

Cisza nie jest aż tak niezręczna, jak się spodziewałem. Podchodzę i obejmuję ją.

– Kocham cię, babciu.

– Wiem. Nie osądzaj dziadka – dodaje. – Nie znałeś go, tak jak ja. Chciał odejść w spokoju i na swoich warunkach. Zostać tam, gdzie czuł się najlepiej.

Wiedziała. Cały czas wiedziała.

– Skoro wiedziałaś, to mogłaś przynajmniej powiedzieć pozostałym, żeby się nie martwili!

– Obiecałam dziadkowi, że nic nie powiem.

Czego się jeszcze dowiem? Wszystkim przytrafiają się sprawy, o których należy rozmawiać, a zachowują je dla siebie. Chociaż czy aż tak się od nich różnię, żeby ich krytykować?

 

***

 

– Przestań w końcu narzekać i użalać się nad sobą – rzuca Thorst.

– Ciężko pozbyć się przyzwyczajenia, które pielęgnowało się całe życie.

Krasnolud uśmiecha się.

– Tak lepiej.

 

***

 

Ostatni dzień urlopu. Siedzę na ganku rodzinnego domu i wpatruję się w osiedle.

Gdybym palił, byłby to idealny moment na papierosa. W paleniu jest właśnie ta tymczasowość. Nie martwisz się, co będzie później, tylko po prostu żyjesz chwilą. Będzie, co ma być, a teraz po prostu… jest.

Znów przypomina mi się całe to rodzinne posiedzenie sprzed lat. Ostatecznie, po namowie rodziców, stanęło wtedy na wyjeździe do cioci na wieś i korepetycjach. Teraz zaś czas na odmianę. Czas gdzieś wyruszyć. Przed siebie. Przed siebie i jeszcze dalej.

Rodzice na wieść o mojej decyzji wzruszają tylko ramionami. Ubrany w stare sportowe tenisówki, szorty i koszulkę z komiksowymi niziołkami walczącymi z Mrocznym Czarnoksiężnikiem, staję przed domownikami i żegnam się ze wszystkimi po kolei.

Gdy przychodzi kolej na babcię, szepce mi do ucha:

– Zrób tyle głupich rzeczy, ile tylko będziesz mógł. I weź to.

Podaje mi stary, wysłużony plecak dziadka.

 

***

 

W końcu docieramy do rozjazdu. Autostrada na Veghfrot lekko zakręca w lewo, mnie interesuje idąca prosto droga na Mabinę. Thorst zjeżdża na pobocze.

W trakcie jazdy często obaj nie mogliśmy się zamknąć. A teraz zmogła nas cisza.

– Cóż, powodzenia. I dzięki za wszystko – mówię.

Patrzę na zapadłe oblicze mojego wskrzeszonego dobrodzieja. Po raz kolejny myślę, jakie to dziwne, że można zdobyć czyjąś sympatię już po śmierci.

Chcę mu powiedzieć, że ta krótka znajomość nauczyła mnie innego patrzenia na życie, że jego pomoc i obecność chociaż trochę rozświetliła mrok, jaki mnie w ostatnim czasie ogarnął. Zabieram się do tego ciężko i niezdarnie i Thorst, ponownie jakby czytał w moich myślach, ratuje mnie przed banałem, mówiąc tylko:

– Trzymaj się, dzieciaku. Było miło.

– Nie daj się – mówię tylko.

– Ty też. – Uśmiecha się. – Zbyt łatwo.

– Może się jeszcze kiedyś spotkamy – zagajam.

– Kto wie… Ja pewnie jeszcze długo będę jeździć.

Kiwam głową, zatrzaskuję drzwi, macham i ruszam dalej.

Wiem, że będąc autostopowiczem, nie należy się za bardzo przywiązywać do osób ani tym bardziej miejsc, ale będzie mi go brakowało. Mimo smutku robi mi się dziwnie lekko na sercu. Czuję podekscytowanie – w końcu niepewność nie musi oznaczać złych rzeczy. Mam do spełnienia misję – poznanie świata. No i siebie.

Dzięki, Thorst. Dzięki za wszystko.

Odmachuje mi i trąbi tym charakterystycznym dla ciężarówek klaksonem, a ja przez ten krótki moment czuję się jak w filmie. Gdy kurz opada, rozglądam się, mrużąc oczy przed słońcem, poprawiam plecak i zaczynam maszerować.

 

***

 

Stoję z plecakiem nad świeżo zasypanym grobem dziadka. Z jakiegoś powodu miejsce to wydaje mi się najbardziej odpowiednim początkiem podróży.

Nie mam pojęcia, jak to będzie wyglądać ani czego się spodziewać. Wiem tylko, że jeśli tego nie zrobię, jeśli na tym etapie nie zacznę poszukiwać celu, zwariuję, strzelę sobie w łeb albo coś w ten deseń.

– Życz mi powodzenia.

Nie wiem, czego się spodziewałem. Podmuchu wiatru, szumu drzew, grzmotu błyskawic. Nic takiego się nie wydarza.

Kiwam głową i odchodzę.

Koniec

Komentarze

Czytałem tekst na raty. Całkiem sympatyczna obyczajówka, choć przyznaję, że było niemało fragmentów, które skanowałem. Nie dlatego, że są złe, po prostu obyczajówka do końca mi nie leży.

Bohater wydał mi się trochę nijaki, pod koniec nabiera charaktery. Zapewne jest to zamierzony efekt, więc mogę donieść, że to udało Ci się zrobić :)

Mam też zastrzeżenia do warstwy fantastycznej – pomijając fakt, że moim zdaniem nie oparłaby się brzytwie Lema, to dodatkowo mi utrudniła nieznacznie odbiór. Po prostu świat jest tak zwyczajnie rzeczywisty, że te elfy mógłbyś sobie, Autorze, darować i może nawet wyszłoby to tekstowi na dobre.

Podsumowując: niezłe, ale konsumentem takich tekstów nie jestem. Fajerwerki pewnie jakieś są, ale marki, która mnie nie pociąga.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Zgadzam się, że bardzo dużo obyczajówki, i że warstwa fantasy nie przetrwałaby konfrontacji z brzytwą, ale bawiło mnie szukanie analogii między dwoma światami.

Ciekawy tekst. Przekazy raczej banalne, coś jakby Coelho na modłę fantastyczną.

Skoro ukazał się w FWS, to należy Ci się złote pióro. Pogadaj z Berylem.

Babska logika rządzi!

Niezła opowieść drogi przepleciona wątkami z życia bohatera. Albo odwrotnie. Napisana całkiem zajmująco, mimo że tyczy najzwyklejszych ludzkich spraw i pewnie dlatego zupełnie nie rozumiem, Klaymenie, dlaczego bohaterami są postaci rodem z fantasy… Przeczytałam Przed siebie i jeszcze dalej, ale niczego nowego o elfach, krasnoludach czy orkach się nie dowiedziałam. Nieco fantastyki dostrzegłam tylko przy okazji poznania zmartwychwstałego Thorsta i podczas rozmowy z Wiązem.

Wykonanie, jakkolwiek niezłe, mogłoby być nieco staranniejsze.

 

Znad za­cho­du nad­cią­ga­ją ciem­ne, nie­omal czar­ne chmu­ry… –> Z/ Od za­cho­du nad­cią­ga­ją ciem­ne, nie­omal czar­ne chmu­ry

Czy coś może nadciągać znad kierunku?

 

Nie je­stem do końca je­stem pewny… –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

– Pa­trząc na kłót­nie wa­szych par­tii, wcale mnie to nie dziwi. –

Czuję gwał­tow­ny na­pływ krwi do skro­ni. –> Zbędny enter.

 

Jed­nak nie jest.. –> Jeśli na końcu zdania miała być kropka, jest o jedną kropkę za dużo, a jeśli wielokropek, jest o jedna kropkę za mało.

 

Nie mam czasu się przy­glą­dać – bie­gnę na metro… –> …bie­gnę do metra

 

Or­ko­wie w dre­so­wych tu­ni­kach… –> Co to jest dresowa tunika?

Może miało być: Orkowie w dresowych bluzach

 

po­wbi­ja­ny­mi tu i ów­dzie kol­czy­ka­mi, w skó­rza­nych, na­bi­ja­nych ćwie­ka­mi kurt­kach. –> Nie brzmi to zbyt dobrze.

 

Przy­naj­mniej nie tra­cił­byś czasu na dojazdy.Zabolało. –> Brak spacji miedzy zdaniami.

 

godne sprze­daw­cy ze­psu­tych brzo­skwiń za­pew­nia­ją­ce­go, że, wzo­rem serów, na­le­ży jeść je z ple­śnią. –> Czy dobrze rozumiem, że sery jedzą spleśniałe brzoskwinie? ;-)

 

So­lid­nym, pro­sto­kąt­nym kształ­tom może bra­ku­je po­lo­tu, ale cięż­ko od­mó­wić im prak­tycz­no­ści… –> Raczej: …ale nie można od­mó­wić im prak­tycz­no­ści…

 

nie je­stem w sta­nie okre­ślić, ja­kiej jest rasy, jed­nak są­dząc z wy­stro­ju knaj­py, ra­czej nie jest elfem. Za­czy­nam za­sta­na­wiać się, czy aby nie je­stem zbyt po­chop­ny… –> Powtórzenia.

 

Prze­cho­dzę przez punkt koń­co­wy re­la­cji Vars­gad–Rom­dring… –> Brak spacji przed półpauzą i po niej.

 

przy­po­mi­na ostat­nie dechy do­go­ry­wa­ją­ce­go ast­ma­ty­ka. –> Dech nie ma liczby mnogiej.

Proponuję: …przy­po­mi­na ostat­nie tchnienia do­go­ry­wa­ją­ce­go ast­ma­ty­ka.

 

Roz­po­czy­na­my mój ulu­bio­ny sport ze­spo­ło­wy – grę wstęp­ną.Gdy… –> Brak spacji między zdaniami.

 

Jej fi­glar­ne spoj­rze­nie do­pro­wa­dza mnie do sza­leń­stwa, k. –> Czemu służy samotna literka k?

 

ale szyb­ko wraca do świa­ta, od­wra­ca­jąc się w moją stro­nę. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

tego za­su­szo­ne­go, peł­ne­go zgry­zo­ty elfa. –> Zgryzota to wielkie zmartwienie, a chyba nie o to tu chodzi.

Proponuję: …tego za­su­szo­ne­go, peł­ne­go goryczy/ frustracji elfa.

 

– Hmm… – Dy­plo­ma­tycz­nie

kiwam głową. –> Zbędny enter.

 

Ale jesz­cze za nami za­tę­sk­nią.Po­mi­mo… –> Brak spacji między zdaniami.

 

A jak tam w pracy?Zmia­na tonu… –> Jak wyżej.

 

nie udają, że nie za­mia­rza­ją wszyst­kich wy­ko­rzy­stać. –> Literówka.

 

Przy­je­cha­łam oddać cześć two­je­mu dziadkowi.Nie zmie­nia… –> Brak spacji między zdaniami.

 

– Jed­nak udało ci się za­szczy­cić nas swoją obec­no­ścią. –

Z głębi miesz­ka­nia do­cho­dzi mnie głos ojca. –> Zbędny enter.

 

Czy to ja tak na nie dzia­łam, czy sama sy­tu­acja?Raata koń­czy… –> Brak spacji między zdaniami.

 

I nic tego nie zmieni.Trochę mnie tym ujęła. –> Jak wyżej.

 

Poza tym myślę, że nie po­wi­nie­neś prze­cho­dzić przez to sam.Kurna… –> Jak wyżej.

 

– Po­staw wię­cej, na­pi­ję się her­ba­ty.I on jest zmę­czo­ny. –> Jak wyżej.

 

zanim wy­peł­ni ją szum go­tu­ją­cej się wody.Ojciec mil­czy. –> Jak wyżej.

 

To za mało.Bez słowa wska­zu­ję… –> Jak wyżej.

 

– A co byś zro­bił? Przy­je­chał? Jak­byś po­mógł? –> – A co byś zro­bił? Przy­je­chał? Jak ­byś po­mógł?

 

Oczy­wi­ście, do czasu, aż kra­sno­lu­dy wy­bu­du­ją tu hotel.Był kry­mi­nał, a teraz czuję się jak w ja­kiejś pra­sta­rej baśni.Prowadzo­ny… –> Brak spacji między zdaniami.

 

jakby re­gu­lo­wa­ny pi­lo­tem mo­je­go umy­słu.Prze­le­wa­ją­ce się… –> Jak wyżej.

 

Dla kogoś nie­zo­rien­to­wa­ne­go w te­ma­cie, dla ja­kie­goś orka czy ko­bol­da, mo­gło­by się wy­da­wać, że stoi tępo i tyle. –> Komuś niezorientowanemu w te­ma­cie, jakiemuś orkowi czy ko­bol­dowi, mo­gło­by się wy­da­wać, że stoi tępo i tyle.

Coś może wydawać się komuś, nie dla kogoś.

 

AH. MÓ­WISZ O SZA­RYM STRAŻ­NI­KU. –> ACH. MÓ­WISZ O SZA­RYM STRAŻ­NI­KU.

 

– WŁA­ŚNIE.Stru­myk pły­nie, śpie­wa­ją ptaki. –> Powinien być enter.

 

– NIE PO­WIEM, ŻE PO­DZI­WIA­ŁEM TWO­JE­GO DZIAD­KA. – –> Zbędna półpauza po kropce.

 

– IDŹ W TAMTĄ STRO­NĘ.Wiem, że nie ma sensu pytać… –> Powinien być enter.

 

Dla­te­go tak ich nie cier­pią.Wła­śnie w kilku zda­niach… –> Brak spacji między zdaniami.

 

Na razie mam lep­sze rze­czy do ro­bo­ty – mówi, wska­zu­jąc drogę przed sie­bie. –> …mówi, wska­zu­jąc drogę przed sobą.

 

przy­tu­la­my się do sie­bie, dwóch roz­bit­ków nie­po­tra­fią­cych uło­żyć sobie życia. –> Piszesz o bohaterze i jego siostrze, więc: …przy­tu­la­my się do sie­bie, dwoje roz­bit­ków nie­po­tra­fią­cych uło­żyć sobie życia.

 

Nie­dłu­go bę­dzie­my się mu­sie­li z Thor­stem po­że­gnać. –> Raczej: Proponuję: Nie­dłu­go bę­dę mu­siał pożegnać się z Thor­stem. Lub: Niedługo ja i Thorst będziemy musieli się pożegnać.

 

Jeśli z kolei ani życie, ani śmierć nie ma sensu, to wszyst­ko jest po­pie­przo­ne jesz­cze bar­dziej . –> Zbędna spacja przed kropką.

 

Jakoś nie widzę sensu.Krasnolud… –> Brak spacji między zdaniami.

 

Mi­łość z Na­lys­są to nic in­ne­go jak chwi­la sła­bo­ści. –> Raczej: Seks z Na­lys­są to nic in­ne­go jak chwi­la sła­bo­ści.

 

Nad to­a­le­tą myślę już tylko o tym, że przy­da mi się kil­ku­dnio­wa prze­rwa. –> Raczej: Podczas toalety myślę już tylko o tym, że przy­da mi się kil­ku­dnio­wa prze­rwa.

 

Oj­ciec był wy­raź­nie ob­ru­szo­ny. –> Oj­ciec wyraźnie obruszył się.

Zobacz, co znaczy: obruszyćobruszaćobruszyć sięobruszać się

 

Cięż­ko po­zbyć się przy­zwy­cza­je­nia, które pie­lę­gno­wa­ło się całe życie. –> Raczej: Trudno/ Niełatwo po­zbyć się przy­zwy­cza­je­nia, które pie­lę­gno­wa­ło się całe życie.

 

Ubra­ny w stare spor­to­we te­ni­sów­ki, szor­ty… –> Masło maślane. Tenisówki są sportowe z definicji.

 

Za­bie­ram się do tego cięż­ko i nie­zdar­nie… –> Raczej: Za­bie­ram się do tego z trudem i nie­zdar­nie

 

Może się jesz­cze kie­dyś spo­tka­my – za­ga­jam. –> Zagajenie to rozpoczęcie rozmowy, a tu rozmowa już trwa.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka