- Opowiadanie: svr1978 - Zegarek

Zegarek

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Zegarek

ZEGAREK

 

"(…)Być może dostał się w przeszłość i… znalazł się wśród dziwacznych gadów, olbrzymich bestii ziemnowodnych z okresu jurajskiego(…)"

Herbert George Wells "Wehikuł czasu"

 

Marek, krępej postury z lekko rzucającą się na skronie siwizną, mimo to nadal w przeważającej ilości kruczoczarnych włosów, trzydziestopięcioletni mężczyzna ubrany w sportowy strój, siedział nad brzegiem strumienia. Lekki zachodni wiatr muskał go po twarzy. Gryząc kanapkę, przyglądał się miejscu, gdzie za sto pięćdziesiąt milionów lat stanie jego dom. Widział oczyma wyobraźni w odległości pięćdziesięciu metrów, jednorodzinny pokryty czerwoną dachówką o jasno żółtym kolorze ścian niewielki domek, otoczony od strony podwórka równie niewielkim białym płotkiem. Postawionym specjalnie po to, żeby jego czteroletni syn nie uciekł z podwórka, tak jak on miał to w zwyczaju. Zapuszczał się wtedy właśnie w to miejsce, siadał na wielkim zwalonym drzewie i rozmyślał nad kosmicznym podróżnikiem, o którym opowiadał mu dziadek. Przemieszczający się po ziemi cień, przerwał na chwilę jego rozmyślania. Spojrzał w górę. Przelatujący nisko pteranodon, taszczył w pysku ówczesną niewielkich rozmiarów trzonopłetwą rybę. Marek widział dokładnie kanały żył przechodzące przez rozciągniętą miedzy kościami pteranodona błonę skórną. Nie jeden jajogłowy archeolog oddałby miliony żeby być na jego miejscu – pomyślał. Przyglądał mu się upajając się każdą chwilą tego niesamowitego widoku, do czasu dopóki, latający gad nie znikną za wystającymi jak brzytwy na horyzoncie skałami. Jakież to było różniące się miejsce od tego, które znał, nie było skał, strumienia, ani tych dziwnych pagórków na horyzoncie. Pamiętał z swoich czasów gęsty las, otaczający prawie dokładnie jego dom z wyjątkiem małej ścieżki prowadzącej do głównej drogi krajowej Warszawa-Łódź, pamiętał też dokładnie zwalony pień, na którym uwielbiał, jako dziecko przesiadywać i wymyślać historyjki do opowiadań dziadka, pień, który pewnie posłuży i jego synowi do podobnych zabaw z pokemonami lub tymi innymi w zamkniętych kulach potworami, których nazwy nie mógł sobie przypomnieć. Przegryzając kolejny kęs kanapki, czekał na chwilę, kiedy pojawi się kosmiczny podróżnik. Według jego obliczeń powinno się to zdążyć lada chwila. Chciał bardzo poznać tego obcego, który, przemierzając jurajski świat zgubi gdzieś w tym miejscu zegarek. Stukając palcami w szkiełko chroniące cały mechanizm zegarka, przyszła mu do głowy kolejna myśl, poświęcił prawie, że całe dzieciństwo oraz wiek młodzieńczy i dorosłość, na odtworzenie tego praktycznie skamieniałego reliktu, nowoczesnej technologii. Tyle lat pracy i udało mu się odtworzyć dokładnie taki sam jak oryginał, idealny duplikat zegarka i to działający. Kolejne kęsy kanapki znikły w jego ustach. Przez kolejny moment jego uwagę od rozmyślań przerwało podglądanie otaczającej jurajskiej przyrody, owada. Mierząca ponad trzydzieści centymetrów długości ważka, usiadła na chwilę na leżącym nieopodal kamieniu. Pewnie nie zwróciłby na nią uwagi gdyby nie wielkość i kolor. Mieniący się w odcieniach czerwieni i błękitu owad wyglądał naprawę niesamowicie na tle pełnego gradientu zieleni. To jest fantastyczne – pomyślał. Po raz kolejny mógł się napawać cudownością widoku, oraz tym, że jest jedynym człowiekiem mogącym oglądać takie obrazy. Ważka zatrzepotała swoimi skrzydłami, wytwarzając przy tym warkot podobny do napędzanego na sprężynę dziecięcego samochodziku, Po czym uniosła się w powietrze, podobnie jak startujący helikopter. Zatoczyła koło nad głową Marka i dotykając delikatnie źdźbeł traw odfrunęła. Wtedy Marek zauważył, że te dziwne pagórki na horyzoncie, to nie twór skalny tylko żywe stworzenia. Jeden, dwa, pięć, siedem, dziewięć sztuk szybko policzył w myślach, stado brachiozaurów. Dopatrzył się dziewięciu osobników, pewnie jest ich więcej, ale z tej odległości nie mógł rozróżnić dinozaura od otoczenia. Wtedy zaczął żałować, że nie zabrał ze sobą kamery lub aparatu. Takie zdjęcia, sława, pieniądze, a jedyne, co zabrał na swoją wycieczkę w przeszłość to nieszczęsne kanapki z pasztetem, bo ten akurat był w lodówce. Przyglądając się stadu na horyzoncie wrócił myślami do dziadka i jego niecodziennemu hobby – alternatywnej archeologii. Jako pięcio– i sześciolatek uwielbiał opowiadania dziadka o kosmitach zakładających bazy na ziemi i księżycu tylko po to, aby obserwować rozwijające się życie. O obcych uczących ludzi języka i innych dziedzin nauki, oraz o technologii, którą kosmici zostawili ludziom, przedpotopowej bombie atomowej, laserach rzeźbiących kryształowe czaszki i całej masie najróżniejszych historii. Dla małego dziecka takie opowiastki były niesamowitą przygodą i mógł ich słuchać w nieskończoność. Mimo to i tak zapamiętał zdarzenie, kiedy to dziadek dokładnie w szóste urodziny podarował mu w prezencie znaleziony głęboko pod ziemią w pobliżu starego zwalonego pnia, swój najcenniejszy odkryty w drugiej połowie pięćdziesiątych lat skarb. Zegarek obcego. Dziadek nazywał go zegarkiem kosmicznego podróżnika. Na wpół skamieniały leżał nieopodal ich domu tylko po to, aby zostać znalezionym i trafić w jego ręce. Dając mu zegarek dziadek opowiedział niesamowitą historię podróżnika i jego ucieczki przed tyranozaurem. Kosmita uratował się biegnąc do swojego pojazdu, ale zgubił zegarek, który po stu pięćdziesięciu milionach lat trafił w ręce dziadka. Ówczesne w badania metodą węglowa C14 potwierdziły wiek zegarka. Puenta całej historii o podróżniku zakończyła się słowami "kiedyś jak będziesz duży uda ci się odgadnąć tajemnice tego zegarka, ale najpierw musisz się dużo uczyć" – Kochany dziadek. Po raz kolejny Marka od rozmyślań oderwała jurajski świat, tym razem był to dochodzący w tyłu szmer. Odruchowo obrócił się w stronę dochodzącego dźwięku, ale oprócz falującej na wietrze trawy nie dostrzegł niczego niepokojącego. Dźwięki rozchodzące sie w tym pozbawionym cywilizacji świecie jak dla niego były bardzo relaksujące, te wszystkie szmery, piski i porykiwania dinozaurów naprawdę pogłębiały błogostan. Kolejny kęs kanapki pogrążył go w myślach to dzięki dziadkowi został tak jak on archeologiem z własnej chęci poznania tajemnicy skamieniałego zegarka inżynierem. Przypomniał sobie uniwersytet i chwilę, kiedy poznał Annę studentkę historii antycznej. Śliczną rudowłosą dziewczynę o lekko mahoniowej karnacji skóry, która jako chyba z nielicznych na wydziale rozumiała jego sposób rozumienia świata. To z Anną się ożenił i razem wspólnie w jego rodzinnym domu wychowywali syna Maksymiliana. Jaka szkoda, że jego tu nie ma, ciekawe, co by powiedział widząc te wszystkie gady na żywo, które tak z wielkim podnieceniem ogląda w książkach do historii. Pamięta ten dzień, kiedy, po studiach wrócił do pracy nad zegarkiem. Przesiedział wtedy wiele godzin i dni w garażu przerobionym na domowe laboratorium. Te wszystkie skanery i komputery pracowały nad tym, co teraz ma na ręku. Jakież to daje możliwości, dzięki niemu pozna największe tajemnice historii. Zobaczy, co naprawdę zabiło wielkie gady, sprawdzi czy Atlantyda istniała, spotka Mojżesza, Jezusa, i co tylko sobie zechce. Ale teraz czekał na kosmicznego podróżnika. Który miał być tuż lada chwila. Jego rozmyślania o podróżach w czasie, teraz jak najbardziej realnych, przerwał dochodzący ponownie zza jego pleców szelest. Kolejny dało się usłyszeć z prawej strony, krótki, ale za to głośniejszy niż ten za pleców. Marek podniósł się z miejsca. Obracając się w stronę tego głośniejszego szmeru. Nie dostrzegł nic nadzwyczajnego oprócz rosnącej dookoła wysokiej trawie. Kolejny szmer z tyłu. Nim zdążył się obrócić jego ciało gwałtownie pękło od szyi aż po pas. Nie czuł bólu, mimo wylewających się na trawę wnętrzności. Adrenalina w ułamku sekundy skoczyła do krytycznego poziomu, napędzając mózg i oczy Marka. Widział stojące nad sobą potężne ciało opierzonego raptora. Jego czerwono złote pióra powiewały na wietrze a potężny pazur wystawał z dołu brzucha. Zielona dotychczas trawa stawała się coraz bardziej czerwono aksamitna od cieknącej krwi. Raptor zaczął obwąchiwać swoją niecodzienną ofiarę od głowy. Ogromne nozdrza łapały każdy zapach łącznie z tym zapachem pasztetu. Wtedy pojawił się drugi Raptor, jednym zgrabnym ruchem niczym baletnica pochwycił leżącą na ziemi niedokończoną kanapkę z tym pieprzonym pasztetem, którego zapach je tu zwabił. Pierwszy raptor nie wyciągając pazura z trzewi Marka, przemieszczał swoją głowę w wzdłuż jego twarzy. Ten moment, kiedy ich oczy zeszły się w jednym spojrzeniu, wtedy wydawało się, że raptor mówi "kolo, co ty robisz". Głowa raptora powędrowała niżej trafiając na otwartą ranę. Kolejne haust powietrza przesyconego zapachem krwi w trafił w nozdrza drapieżnika. Marek widział już tylko otwierający się wypełniony jak wiadro z wodą zębami pysk. Uderzenie trafiło w aortę i tchawicę, pozbawiając go przytomności. Drugi raptor zaatakował jego udo, silne ugryzienie oderwało mu nogę. Pomimo utraty przytomności, świadomość Marka nadal działała i wtedy zrozumiał…. że nie ma kosmicznego podróżnika, że zegarek, który dostał od dziadka na szóste urodziny…

 

"(…) Podróżnik w czasie zniknął przed trzema laty, i jak wszyscy już wiemy, dotychczas jeszcze nie wrócił.(…)

Koniec

Komentarze

Na początku sprawy technicznie – bardzo trudno czyta się zbity w jeden blok tekst. Akapity nie są tylko dekoracją, ale pozwalają oddzielić jeden strumień myśli od drugiego. Czytelnik może dzięki temu łatwiej połknąć tekst.

Są też i inne błędy: kulawa interpunkcja, powtórzenia. Pierwszego wrażenia nie poprawia wciskanie na siłę jak największej ilości określeń bohatera.

Fabuła też nie porywa, bo to właściwie tylko zbiór przemyśleń bohatera zakończony jego zgonem. To pierwsze przynudza, to drugie nie wywołuje emocji, gdyż nie polubiłem przez tekst postaci Marka. Sama puenta także nie zaskakuje.

Podsumowując: brak pokazu fajerwerków. Ale nie martw się, każdy kiedyś zaczynał. Chwytaj pomocne linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Zgadzam się z przedpiścą – taki wielgachny akapit to masakra dla czytelnika.

Z innymi zarzutami NWM też ma rację. Sporo literówek jak na tak krótki tekst, czasami gramatyka się rozjeżdża.

Lekki zachodni wiatr muskał go po twarzy. Gryząc kanapkę, przyglądał się miejscu, gdzie za sto pięćdziesiąt milionów lat stanie jego dom.

Co jest podmiotem w drugim zdaniu i dlaczego wiatr?

Nie jeden jajogłowy archeolog oddałby miliony żeby być na jego miejscu – pomyślał. Przyglądał mu się upajając się każdą chwilą tego niesamowitego widoku,

Niejeden. “Mu”, czyli komu? Bo wszystko wskazuje na archeologa. Przecinki po “miliony” i pierwszym “się”. Drugie właściwie można wywalić.

Stukając palcami w szkiełko chroniące cały mechanizm zegarka, przyszła mu do głowy kolejna myśl,

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu, bo wychodzi, że to myśl stukała.

Ówczesne w badania metodą węglowa C14 potwierdziły wiek zegarka.

To z czego był zrobiony zegarek? Dwie literówki.

Babska logika rządzi!

Wątła fabułka – przemyślenia bohatera i niewiele wnoszące opisy, w żaden sposób nie rekompensują fatalnego wykonania. Przykro mi to pisać, ale opowiadanie w obecnym kształcie stanowi nie lada wyzwanie dla czytelników.

Mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania okażą się ciekawsze i lepiej napisane.

 

o jasno żół­tym ko­lo­rze ścian… –> …jasnożół­tym ko­lo­rze ścian

 

Prze­miesz­cza­ją­cy się po ziemi cień, prze­rwał na chwi­lę jego roz­my­śla­nia. Spoj­rzał w górę. –> Z tego wynika, że w górę spojrzał cień.

 

roz­cią­gnię­tą mie­dzy ko­ścia­mi pte­ra­no­do­na… –> …roz­cią­gnię­tą mie­dzy ko­ść­mi pte­ra­no­do­na…

 

la­ta­ją­cy gad nie znik­ną za wy­sta­ją­cy­mi… –> …la­ta­ją­cy gad nie znik­nął za wy­sta­ją­cy­mi

 

Pa­mię­tał z swo­ich cza­sów gęsty las… –> Pa­mię­tał ze swo­ich cza­sów gęsty las

 

drogi kra­jo­wej War­sza­wa-Łódź… –> …drogi kra­jo­wej War­sza­wa – Łódź

 

We­dług jego ob­li­czeń po­win­no się to zdą­żyć lada chwi­la. –> We­dług jego ob­li­czeń po­win­no się to zdarzyć lada chwi­la.

 

dzie­cię­ce­go sa­mo­cho­dzi­ku, Po czym unio­sła się w po­wie­trze… –> Dlaczego wielka litera?

 

nie za­brał ze sobą ka­me­ry lub apa­ra­tu. Takie zdję­cia, sława, pie­nią­dze, a je­dy­ne, co za­brał na swoją wy­ciecz­kę… –> Powtórzenie.

 

wró­cił my­śla­mi do dziad­ka i jego nie­co­dzien­ne­mu hobby… –> …wró­cił my­śla­mi do dziad­ka i jego nie­co­dzien­ne­go hobby

 

Jako pię­cio– i sze­ścio­la­tek… –> Jako pię­cio- i sze­ścio­la­tek…

 

o ko­smi­tach za­kła­da­ją­cych bazy na ziemiksię­ży­cu… –> …o ko­smi­tach za­kła­da­ją­cych bazy na ZiemiKsię­ży­cu

 

Marka od roz­my­ślań ode­rwa­ła ju­raj­ski świat… –> Literówka.

 

Dźwię­ki roz­cho­dzą­ce sie w tym… –> Literówka.

 

która jako chyba z nie­licz­nych na wy­dzia­le ro­zu­mia­ła… –> Pewnie miało być: …która jako chyba jedna z nie­licz­nych na wy­dzia­le ro­zu­mia­ła

 

To z Anną się oże­nił i razem wspól­nie… –> Masło maślane.

 

Zo­ba­czy, co na­praw­dę za­bi­ło wiel­kie gady, spraw­dzi czy Atlan­ty­da ist­nia­ła, spo­tka Moj­że­sza, Je­zu­sa, i co tylko sobie ze­chce. –> Ponieważ Marek jest naukowcem, mocno mnie zastanawia jego nadzieja na spotkanie rzeczonych postaci.

 

ale za to gło­śniej­szy niż ten za ple­ców. –> …ale za to gło­śniej­szy niż ten zza ple­ców.

 

Jego czer­wo­no złote pióra po­wie­wa­ły… –> Jego czer­wo­no-złote pióra po­wie­wa­ły

 

Wtedy po­ja­wił się drugi Rap­tor… –> Dlaczego wielka litera?

 

Ko­lej­ne haust po­wie­trza prze­sy­co­ne­go za­pa­chem krwi w tra­fił w noz­drza dra­pież­ni­ka. –> Literówki.

 

Marek wi­dział już tylko otwie­ra­ją­cy się wy­peł­nio­ny jak wia­dro z wodą zę­ba­mi pysk. – Co wspólnego ma wiadro z wodą i zębaty pysk raptora?

 

świa­do­mość Marka nadal dzia­ła­ła i wtedy zro­zu­miał…. – Po wielokropku nie stawia się kropki.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przez chwilę myślałem, że to ten jego dziadek okaże się tym podróżnikiem.

Niestety mogę tylko przyłączyć się do opinii wyrażonych wyżej. Przed dodaniem następnego opowiadania, zachęcam do podzielenia tekstu na akapity i ponownej samodzielnej lektury po upływie kilku godzin albo na drugi dzień. Powinno być lepiej : ). Spróbuj też zastanowić się gdzie stawiasz przecinki i kropki i w jaki sposób ułatwia to odbiór tekstu.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nowa Fantastyka