- Opowiadanie: Miriad - Echo na pustyni

Echo na pustyni

Mam tu taki nielekki, jak sądzę, i na pewno nie wskazany do czytania na najwyższym biegu tekst. Jakkolwiek sądzę, iż pomimo formy nie musi być wcale ciężki, grzecznie proszę o opinie, gorąco oczekuję uwag i sugestii, jednocześnie zachęcając do zapoznania się z bohaterem i tym, co go spotyka.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Echo na pustyni

Trwała nieodmiennie samotna, sieroca. Pozostawiona na pastwę pustki i ciszy. Starczo pobrużdżona, dawno bezpłodna, jakże żałośnie prezentowała się w swej jadowitej gorączce. Jak przystało na krainę umarłych podług pogańskich wierzeń, nie chowała w sobie nic, poza śmiercią.

Pustynia gorzała w upale poranka, z biegiem idących w milenia lat zamieniając się powoli w lustrzane odbicie pomarańczowego słońca, właśnie opuszczającego zenit. Rozpalone piaski, kiedy się wsłuchać, zdawały się jęczeć i zawodzić z nieugaszonego pragnienia, żalić a pochlipywać na pamięć swej nieszczęsnej doli. Upiorne były to brzmienia, zamknięte w gorącej jak z kotła przestrzeni, przeplatane świstem i sykiem, rozmytym niby echo ze snu. Czy to sykały żółte wydmy we własnej osobie, prażone słońcem? Tu budził się cichy lament konających, co lawiną ziarenek piasku był chyba w istocie; tam znowuż długie westchnienie pełne udręki pastwiło się nad okolicą – czy nie, czy to jeno wiatr, równie ożywczy, co oddech kostuchy? Opodal rozlegał się zgoła inny cierpiętniczy jęk, pokutny, niewieści jakby, szczytujący szlochem… co zaraz okazywał się jedynie sępim zawołaniem. W dali głuchło pobrzmiewało jego echo… mniej już podobne do ptasiego głosu, bardziej znowuż do biadań potępionych.

Czy wszystko to zatem kniazienia samej pustyni, obdarzonej mową wyłącznie po to, by łkać? Może prędzej kwiki zwierzęcych dusz, co całymi stadami przecież marły tu w męczarniach upału, oto powtarzały się zaświatowym pogłosem? Trudno poznać, a słońce i pustynia nie chciały odpowiadać.

Nad kipiącym gruntem, wysoko na szarym tle tego wyniszczonego świata, dwa dorodne sępy szybowały leniwie w kolistym ruchu. Ich tycie cienie przemykały po jedynym śladzie roślinności w promieniu mil. Zaledwie kilka suchorostów między zgromadzeniem szarych kamieni, towarzyszące czarnemu jak sadza, lichemu drzewu o dziko rozrośniętych konarach bez liści ni owoców. Przykra, nędzna enklawa życia, zupełnie nie pasująca do otaczającego ją imperium piachu i szkła. Niechciana, chroma i skazana na fiasko gromada buntowników piaskowego porządku.

Brak kropli wilgoci, czy nawet zmartwiałego ruchu. Jedynie marazm.

Cisza. Nie licząc nierzeczywistego skwierczenia w rozgrzanym piasku i pokrzykiwania sępów.

 

Nowość wprosiła się raptownie, prawie niegrzecznie. Ruch. Piasek zapląsał, zapadł się w jednym miejscu, na samym szczycie wydmy, powodując wgłębienie. Nieopodal zjawisko powieliło się i oto powoli, stopniowo powstały równe dwa leje. Połączyły się ze sobą i chyba nawet ślad wilgoci wykwitł na dnie powstałego dołu. Tonące w dole ziarenka syczały głosem miotu grzechotników. Przepadało ich coraz więcej, ziarnka nurkowały w ów dół coraz głębiej, a ten potężniał, wydma spuszczała za nim kolejne lawiny, dół zaś rósł, pogłębiał się, poszerzał. Sępy w górze odezwały się chórem, bijąc skrzydłami. Wyglądały na rozochocone, podniecone do imentu!

Do czasu, aż dół się poddał.

Gardziel na dnie ziemi najadła się chyba, salwowanie się piasku ustało. Zagłębienie wyrównały pozostałe ziarenka – dobrze zorganizowane mrówki łatające wyrwę w swym siedlisku. Czubek wydmy wygładził się nieco, spłaszczył, i takim już pozostał, być może na zawsze. Na wieki?

Ruch na powierzchni pustyni stał się historią.

Sępie dzioby zatkały się jak na znak. Ptaki uspokoiły lot.

Słaby, duszny powiew (co spóźnił się zaledwie o niefart) westchnął z zachodu, zagwizdał przesmętnie, po czym jak gdyby ugryzł się w język i oddreptał na palcach. Umierające drzewo zatrzeszczało próchnem i zgubiło gałązkę.

Zdało się, że cisza pogłębia się jeszcze bardziej.

A pustynia bierze głęboki wdech.

 

Wystrzelił po pas z powierzchni piaszczystego morza, bijąc ramionami niczym tonący, chlapiąc drobinami piasku (trącona gałązka wystrzeliła w pustkowie; zdaje się też, że już nie wylądowała…). Łykając łapczywie pierwszy, dziewiczy wdech, wydał z siebie długi, rozdzierający wrzask – budząc niewyraźne, dawno już daremne a zapomniane w tej wyludnionej krainie zjawisko.

Tnące uszy echo, choć bez racji bytu, wtórowało człowiekowi jeszcze długi czas po tym, gdy głos mu się załamał, a powietrze do dna napełniło nieużytki płuc.

Echo brało pierwszy wdech

Tlen palił, jak gdyby krajał wnętrzności.

Zakańczając krzyk, zakaszlał chrapliwie. Targnęło nim do przodu, na przedramiona. Nitki śliny ciekły mu z warg, gdy cierpiąc nieopisane katusze drapał piasek i zamykał go w pięściach. Mimo wysiłków dusił się, a wraz z paniką oraz już podchodzącym go wyczerpaniem mrok zaległ mu na oczach wypryskami plam. Wszystkie niewidzialne więzy, które zdążyły go opleść (a które mackami były tego świata, co głodnym był niemożliwie, nie żywiąc się wszak już od mileniów) zacisnęły się na nim z siłą, której nic nie było w stanie się postawić.

Plecy wygiął w łuk, aż posztywniał na całym ciele; z podciągniętymi do piersi rękoma o wykręconych skurczem palcach pokazał niebu wszystkie zęby. Ich tarcie słyszeć musiało samo słońce, umykające z tronu nieba, w dal zachodu rozpędzone.

Gdy paraliż przeminął, mąż omdlał na twarz.

Aż pacnęło.

Wywrócił ślepiami, lica to wiotkie, to krzywione skurczem, kolor (bladą czerwień) zachowały już tylko na ustach. Wstał, zdobywając się na pierwsze, a może i ostatnie świadome działanie – najzamaszyściej jak umiał uderzył się w nieruchomą pierś.

Rozkaszlał się ponownie, dwakroć ochryple, oczy najchętniej wyskoczyłyby mu z czaszki. Lecz nic poza tym. Powietrze wciąż trafiało na opór na drodze do płuc, zasię szczątkowa już przytomność, jako ten piasek w obu garściach, przesypywała się człowiekowi przez palce. Panika i obłęd wzięły go na męki, a nie zamierzały już wypuścić. Istniał tylko prospekt nieuchronnego końca, od samego, o ironio, początku. Pierwsza jego porażka, doprawdy, zapowiadała się na ostatnią.

Z żylastą szyją, siniejącym licem i wielkimi oczyma wahał się tak na wszystkie strony, unieruchomiony po pas w ziemi. Zaczepiany wiatrem suchy kłos człowieczy. A wiatr pustyni nosił imię bólu.

Wiatr nosi imię bólu

Zapamiętał to już.

Imię bólu. Ból

Saal

…Z rozwieranych co rusz szczęk nie wychodził już krzyk. Zaledwo szmer, zupełnie nowy wietrzyk w pustynnej próżni. Podobnież nie czerpały usta ni krztyny tak upragnionego tchu. Furkoczące skrzydłami nad ludzką głową ptaki krzyczały jak oszalałe, nie potrafiąc nad sobą zapanować. Pochorowały się z podniecenia!

I gdy okrążały go już wewnętrzne cienie (o groźnych, drapieżnych kształtach… podkradały się… były blisko) i gdy gardło ścisnęło się do boleści (oczy nabiegły łzami i prawdziwa powódź wezbrała w tym człowieku jak nietrwała glina, została na krawędzi powiek) gdy oto droga do płuc odkorkowała się jakby, bez wyraźnej przyczyny. Kolejny suchy wdech przyszedł z równą męką, co pierwszy – napiął mięśnie i przewrócił trzewiami; rozciągnął się w gardłowy, wibrujący ryk.

Przyginał się we wszystkie strony, zarzucając długimi atramentowymi włosy, zanosząc się przejmującym wyciem. Kurczył do ciała drżące ręce, szponiasto odginając palce; wytrzeszczał ku niebu oczy, drętwiał, a potem opadał wiotko na piasek. Na przemian cierpiał tak i odpoczywał. W cichym finale opadł na policzek, ze świstem wypuszczając powietrze. Dopiero teraz, w krótkim spokoju jaki nastąpił, wycisnął pędy łez. Piach spijał je chciwie.

Kiedy chwytał trzeci oddech, przechylił się na lewo a mimowolnie wygramolił nogi z wydmy. Jak gdyby to ziemia sama postanowiła wyprzeć go ze swego łona. Leżał na boku zupełnie bezwładny, skamląc słabowicie – gorący piasek dotkliwie parzył mu skórę. Zadygotał, odzyskując przy tym jakoby władzę w członkach, poruszył się bowiem zaraz, zaszamotał, ułożony na boku. Zakrył twarz, chowając oczy przed słońcem; policzki chronił przed palącymi je puklami własnych włosów, nagrzanych niczym czarny metal. Już teraz walczył, już umiał się bronić.

Już był stracony. Niebu i pustyni oddany na żer.

Przez chwilę jego sylwetka łamała się sztywno; nogi na przemian prostowały się i zbliżały do tułowia.

Minęły całe wieki, zanim znieruchomiał, zwinięty w kłąb, niczym kocię.

Zapadając w zamroczenie i bezwład, nadchodzące godziny spędzić miał na marzeniach o tym, że już się nie obudzi.

* * *

Otwartym oczom pokazała się krucza zasłona włosów. Za nią zaś – jakiś kształt w ruchu, coraz bliższy. Człowiek odpoczywał jeszcze czas jakiś. Jego własny oddech przeraził go dokładnie tak, jak przerażać mógłby i powinien wyłącznie jego brak. Słyszał pracujący dzwon serca w piersi i szum krwi w żyłach – tak bardzo było cicho i tak bardzo pusto.

Nie dość cicho jednak i nie dość pusto, pomyślał gorzko.

Ktokolwiek oto się doń zbliżał, zdało mu się niezrozumiale, że się znają. Och, tak bardzo, bardzo dobrze się znają, niechybnie. Postać, choć jeszcze jej nie widział, była już zaledwie kilka kroków od niego…

Odgarnął włosy na bok z wysiłkiem, jaki tylko najstarszym przychodzi, gdy należy przelokować zbolałe ciało. Nisko wiszące słońce nie miało za grosz litości, rażąc oczy.

Nieprzyjemnie blisko, na wysięg ramienia, sękaty łeb na sierpowatej szyi (równie paskudny, co gnijące ścierwo, w którym stworzenie smakowało) pochylił się i wyciągnął ku ludzkiej istocie, łypiąc przekrwionym ślepiem.

Mężczyzna zerwał się tak nagle, że o mało nie zasłabł od tego manewru. Odsuwając się rakiem na miękkich kończynach, potylicą wpadł na kolejnego osobnika, który natychmiast wzbił się w górę z jazgotem skargi. Pierwszy okaz – tenże „znajomy”, niechybnie – spłoszony, acz o wiele bardziej ciekawski dopiero po jakimś czasie poszedł za przykładem pobratymca. Jego przebrzydły skrzek był jednak w całości zabarwiony wrogością, nie trwogą.

Coś w piersi uderzało jak dzwonem. Obserwując rejteradę ptaszysk uspokajał oddech i dreszcze na ciele. Wyjątkowo długo zdołał tkwić tak w siadzie, podparty rękoma, zanim odczuł wreszcie kaleczącą temperaturę piasku.

Ponowny podryw, tym razem do pionu, tym razem zachwiał człekiem i zatoczył, szarym już na obliczu. Budulec nóg wydał się mężowi nie mniej sypki, co żółty piach, który mościł się pod nimi w niezmierzonym przesycie. W samą porę, zanim runąłby z powrotem, prosto na pierś, rozkraczył się dramatycznie, rozpiętością ramion ułapił chwiejną równowagę. Nieprędko zdołał się wyprostować, a potem jeszcze długie chwile z najwyższym wysiłkiem przyzwyczajał się do tej niełatwej, narzuconej przez odruch pozycji.

Obiegł otoczenie wzrokiem, wciąż dygocząc. Jakby atakowało go srogie zimno, choć mogło być tylko zupełnie odwrotnie. Jakiś czas nie ruszał się z miejsca i rozglądał tak, czczy w środku.

Ogromne słońce patrzyło mu wyniośle w twarz.

Po raz kolejny zbadał horyzont od lewa do prawa. Odwrócił się – pustka. Otaczał go bezmierny ocean piasku. Bez żadnej wyspy ni przylądka.

Dopiero teraz zainteresował się stojącym opodal drzewem bez liści, które nie dawało żadnego cienia. Było zaledwie jego wielkości. Spieczone na czarno. Zmrużył oczy a targnęło nim westchnienie – jakby ze współczucia. Ostrożnie wyciągnął ku drzewu rękę, a gdy tylko musnął palcami węgielny pień, ten rozsypał się na kawałki. Bez jednego dźwięku, w ciągu paru chwil. Obróciły się one w dodatku w tak drobnisty popiół, iż nawet tutejsze anemiczne powietrze wystarczyło, ażeby uprowadzić drzewo na zawsze. Cały jego pień, wszystkie szczątki gałęzi. No, może bez tej jednej, która zemknęła wcześniej…

Przypadkowy pogromca bezbronnej rośliny, przejmując jej terytorium… lecz także obowiązek trwania oraz związane z tym katusze… znać zdziwił się głęboko. Może nawet zadumał, stojąc już kompletnie samotnie, nie dzieląc się pustynią z nikim? Z nikim. Tak samo, jak niegdyś to uwolnione nareszcie drzewo.

Z odrętwienia wyrwały go coraz zajadlejsze wołania sępów wprost nad głową.

Sięgnął wzrokiem raz jeszcze ku niezmierzonemu widnokręgowi.

Wewnętrzny głos podpowiadał mu tylko jedno.

* * *

Próbując zemknąć niemiłosiernemu słońcu, skierował się naiwnie na wschód. Nie dostrzegł tego wcześniej, a nawet teraz z niejakim trudem rozpoznawał i pojmował – wybrał mianowicie drogę, którą biegł już czymś ślad. Trop musiał być względnie świeży, sypki piasek nie ułatwiał jednak rozeznanie, jakiej istoty były to ślady. Człowiek przekonał się zrazu, iż musi dwunoga. Jak on.

Bosy marsz po rozpalonym piasku, w nagości, spragnionemu i nędznemu w siły człowiekowi przynosił wyłącznie ciężkość, odbierał zaś – wszystko. Po kęsie, kawałek po kawałku. Z każdym krokiem potężniało uczucie piekielnych tortur zadawanych nogom od stóp po łydki – gorąco pustynnych wydm niezawodnie zdzierało z nich skórę. A wraz z tokiem wędrówki męki wzmagać się miały coraz bardziej i człowiek miał tego ukrytą, jeszcze niepełną świadomość. Podróżował czas niedługi, tymczasem słoneczny dysk sunął ku zachodowi tak pośpiesznie, że aż nierzeczywiście. Nie przestawał wszelako składać prażących pocałunków i każda chwila dłużej pod ich parną słodyczą groziła utratą ducha.

Schodząc nieporadnie z kolejnej stromego barchanu stracił nieszczęśliwie pion, potknął się, wykładając na piasku. Przetoczył się kilkakrotnie, zanim osunął w dół, biedniejszy o przytomność.

To rozłożysty cień przemykający po powiekach przywrócił męża do żywych, momentalnie zmusił do powstania. Połowę pleców oraz prawy policzek miał spieczone do czerwoności, lecz nie przejął się tym, ani trudząc o strzepanie piekących ziarenek. Spojrzał za to w górę, na grupę towarzyszących mu sępów. Ich liczba zdążyła się już podwoić. Zataczały pierścienie dokładnie nad jego głową, a grobowy spokój i powolność nadawały im podłego dostojeństwa.

Nie było im spieszno. Czekały cierpliwie. Ich hipnotyzujący lot zapowiadał niechybną żałobę – a krwawy bankiet jednocześnie.

Podjął marsz zbolały i dwakroć wycieńczony, potykając się o własne nogi. A po prawdzie kroczył odtąd szybciej, niż było to przedtem w jego mocy. Nie czuł wcale oparzeń stóp, ud, czy prawego boku tułowia, albo i tej połowy twarzy, na której leżał; zaś skrajne wyczerpanie, choć nie ustępowało, zarazem powoli kryło się za rozmiarami innego, bardziej tajemniczego doznania… nieznanego dotąd. Trucht przychodził już ze względną sprawnością i całkiem naturalnie. Bieg nie był z rodzaju najszybszych, acz zadowalał koordynacją. Człek gonił przed siebie ze spuszczonym wzrokiem, dłonią zaciskał pękającą na ramieniu skórę i oto poddawał się obcemu stanowi, jaki go osaczał i gnębił. Nieposkromione bicie serca z bólem rozrywało pierś, zaś palący płuca oddech dudnił wyobcowanie w uszach, spychając zmysły na skraj panicznej czeluści. Nogi przebierały z własnego wyboru, z własną pasją i oddaniem, na swoją jedynie odpowiedzialność; za to cały szkielet od stóp ku głowie przewlekła skroś lodowata dratwa.

Groza.

Strach zajrzał w oczy i zaniósł się szyderczym śmiechem, tocząc niedorzeczny pogłos po sypkich piargach wokoło. Człowiek przyśpieszył, wciskając głowę głębiej pomiędzy ramiona, jak gdyby jako żywo go usłyszał. Na szkarłatniejącym zachodzie pojawiło się kilka zawiesistych, ciemniejszych chmur, istnych zwiastunów nieszczęścia. Olbrzymie słońce zwolniło, teraz ospale zderzając się z horyzontem, i zbliżyła się nieżyczliwa pomroka.

Uciekając tak przed własnym szaleństwem, podniósł spojrzenie pozornie przypadkiem.

Czarnowłosy mąż, jakim go wydma poczęła, bez śladu odzienia, wysuszony jak pieprz, w brokacie bladych ziarenek pustyni, czerstwy niczym jego matka, zasapany, bliski wypalenia, zatrzymywał się dobre kilkanaście kroków… Nogi słuchały go jak gdyby z opóźnieniem. To, co stanęło mu na drodze, nie poprawiało nastroju. Pierś urosła mu i protestowała zwrócić połknięte powietrze, kiedy trawił zastany widok.

Oto wielki obszar spaczonej suszą ziemi przystrajało setki ludzkich zwłok oraz końskich trucheł, wypatroszonych już znacznie przez padlinożerców i moce słońca. Ułożone pokotem, w większości wprost spiętrzone jeden na drugim, szczelnie zakryły dolinę, jaka tworzyła się pomiędzy dwiema wydmami; obracając w krwawe bagnisko, brązowo farbując piach. Grupki sępów, jak też gromady czarnych ptaków tu i ówdzie, żerowały w najlepsze na parujących wciąż wątpiach. Nikły wiatr poruszał wielkie, utkwione w hałdzie trupów chorągwie z motywem miecza wewnątrz dzwonowego klosza, szytych na błękitnym polu. Cienie chmur przewijały się po zgaszonych twarzach wojów wspólnych barw i pewnych drewnianych elementach z grubymi kołami.

Ślad kroczącej przed nim istoty, tenże, którym to syn wydmy bezwiednie postępował, niknął w pobojowisku.

Oddech unormował względnie prędko. Nawet czucie powróciło – w nieznośnych oparzelinach zwłaszcza; skóra powoli porastała bąblami. Tymczasem wyglądało na to, że po mistrzowsku zażegnał niedawne obawy, postawiony przed świeżymi. Długie były chwile, gdy trwał tak w miejscu, próbując, widać, uporządkować korowód rozważań. Kiedy podjął ostrożny krok przed siebie, nie spuszczał oczu z poległych, po których to zmuszony był rychło stąpać, gdyż nie było innej możliwości. Ptaki umykały przed nim niechętnie i gniewnie, odprowadzało go krakanie i bicie skrzydeł. Wirujące nad zwłokami muchy zaczepiały go i odlatywały.

Stadko czworonogich istot, całkiem niedawno zwabione w poszukiwaniu pożywienia, w całym tym zaaferowaniu człowieka zupełnie ustrzegło się jego uwagi… Spłoszyły się co prawda i zbiegły zrazu cichcem. Jednakże dopędziła i zawróciła je dociekliwość – wcale podobna tej u żywego przybysza – toteż jęły go odtąd obserwować z ubocza.

Czyżby na twarzy młodzieńca zawitało strapienie? Czyżby… rozumiał?

Czym były te nieruchome postacie, te ciała. Co takiego mogły widzieć teraz te żywo rozbiegane, wielkie strachem oczy w tych z kolei już dawno pustych i zgaszonych?

Świadome były ich niepełności. Świadom był mąż ich braków, pojmował nieobecność, powód zesztywnienia w pociętych członkach. Rozumiał to zapatrzenie w jeden punkt na niebie, w rewersy powiek, we wnętrze czaszki. Rozumiał krwawą otchłań, okradzioną z oczu przez ptactwo.

Czy rozumiał, czego tam brakowało? Gdy ponownie będą chodzić, oddychać, wyć i cierpieć – jak spojrzą na niego te oczy, gdy oderwą się od grozy mroczniejącego nieba? Czyż nie zgadywał już wtedy, że wszyscy postradali życie, i co to właściwie oznacza? A miał przy tym z pewnością przekonanie, że są, a przynajmniej byli niegdyś, tacy jak on. Już wtedy godził się z tym, że czekało go dokładnie to samo. Kiedyś. Gdzieś. Niecierpliwił się kres wędrówki i tortur. Czekał jak sęp. I właśnie tak, tak właśnie, się pokazywał.

Przypatrując się z uwagą każdemu z osobna, każdej ze zgaszonych męskich twarzy, wciąż przechylał głowę zwyczajem ciekawskiej psiny, głowiącej się, na próżno, nad monologiem pana. Co i z jakich powodów mogło się tu wydarzyć, nie było nawet częścią jego rozmyślań. Przysiadł nad jednym z ciał i zadziwił nad nim z bliska. Rozbiegane oczy pęczniały mu bez ustanku. W pewnej chwili coś szczególnie podrażniło ich czujność.

Zerwał się popędliwie, wyciągając ręce; ucapił rzecz nachalnie i ustnikiem przytknął, gdzie należy, przechylając do góry.

Skwaśniały doszczętnie smak rozcieńczonego wina osobliwie ukoił mu gardło.

Natychmiast się zakrztusił, na jakiś czas owładnął nim kaszel. Opróżnił bukłak błyskawicznie, gdyż tak naprawdę niewiele się w nim uchowało. Ożywiony, rozejrzał się bystro za kolejnym. Nie musiał szukać daleko. Zoczył dwie obiecująco wydęte skóry, doczłapał do nich i zabrał się za picie. Zmuszony zwrócić prawie wszystko, co w siebie wlał, kolejnym workiem, tym razem z czystą wodą, ukoił następujące po tym palenie w gardle. Płyny były rozgrzane, a pragnienie potworne, piekielne. Zaradzenie temu ostatniemu okazało się w pewnym sensie jeszcze piekielniejsze.

Odebrał odzienie jednemu z poległych, z przewagą kierowany przykładem, aniżeli potrzebą. Wybrany nieszczęśnik miał odrąbaną głowę. Strój, wyjątkowo, nie był w całkowitych strzępach. Czarnowłosy wpasował się w wełniane spodnie zaciskane pasem oraz jedwabną koszulę spodnią z bogatymi wykończeniami (rozdartą z tyłu; czyste, szerokie cięcie) szykowny, poznaczony ornamentami kaftan z bielonej skóry, krwią wprost zalany, aczkolwiek względnie cały, nałożył jako następny. Całość okrył pociągły niebieski płaszcz. Przy zdejmowaniu go z martwego, przełożył się on wewnętrzną, szaroburą stroną na zewnątrz, wytracając cały sznyt. Powab kroju, zdobne wyłogi, wyszyty na plecach herb poległego żołnierza, stały się ukryte. Mężczyzny bynajmniej to nie obeszło.

Podobnie jak nieboszczyk, nie skorzystał z rękawów, jeno z dwu troków pod szyją. Płytowe elementy zbroi ograbionego trupa odrzucał na bok całkiem odruchowo. Ubiór zwieńczył szeroki kaptur, uzupełniający kompozycję płaszcza, wnikając pod wysoko postawiony kołnierz.

Człowiek przytomnie przywłaszczył sobie wikt, silnie wyczulony nagle na jego obecność; wody i polowych racji żywności wydawało się być w bród. Prędko przekonał się, że nic z tego nie nadaje się już do jedzenia. Pakunki placków zbożowych, wędzonek, pęki warzyw, pieczywo, owoce – niewiele z tego oparło się pustyni.

Skupił tyle zjadliwości z tak wielu położonych wokoło juków, na ile sobie pozwolił, po czym zaimprowizował prosty tobół, nadający się wygodnie przewiesić przez ramię. Nie kosztował niczego, niezupełnie odczuwał takiej potrzeby po wymiotowaniu wodą i winem, a i sceneria jakoś apetyt odpędzała. Niedawne doświadczenia potwornego gorąca (które wszakże ustąpiło już, zastępowane z wolna chłodem) nie pozwoliły mężczyźnie zaciekawić się żadną futrzaną skórą czy pledem.

Bardzo delikatnie owijał onucami spękane stopy, lecz i tak miał potem niejakie trudności z naciągnięciem na nie śmigłych, choć twardo podbitych butów.

Pewien dziwny obiekt już od jakiegoś czasu zachęcająco mżył się wprost u jego stóp. Podniósł go, zbadał wzrokiem, a nawet obwąchał wnikliwie. Była to niewielka sztabka metalu o prostokątnych ściankach… z pewnym misternym rytem. Nie domyślał się nijak przeznaczenia przedmiotu, a jednak bez namysłu wsunął go w zanadrze płaszcza.

Sterczał chwilę, zwlekając. Nie ten bosy tułacz, co jeszcze przed chwilami. Wzrokiem zwężonych oczu przesuwał po pokrytym trupami lądzie, nie przekonany, czego właściwie się podjąć.

Być może to z winy tej oto niepewności otoczenie postanowiło zadecydować za niego.

Kątem oka wychwycił poruszenie. Trzy czworonogie zwierzęta podkradały się ku niemu z odległości już zaledwie tuzina susów. Były raczej niewielkie i wprost wychudłe, mimo to sprawiały wrażenie urodzonych drapieżców. Tęgie szyje i duże, wprost wielgachne stosunkowo łby o krótkich pyskach z wielozębnymi szczękami (przy jednocześnie wysmukłym tyle o parze szczurzych ogonów) zapewniały o krwawym przeznaczeniu. Ich nierównej długości sierść znakomicie zlewała się z nocnym piaskiem, który przyjął teraz popielatą barwę. Zbliżały się jeszcze nieśmiało, acz nieubłaganie, slalomem pomiędzy zabitymi. Człowiekowi wydawało się, że oto wylęgły znikąd! Może z samej ziemi, z piasku? Jak on?

Odruchowo spiął się w sobie, ciało nalało się wewnętrznym ciepłem, lecz zanim głowa w ogóle zarządziła ucieczkę, to one, wilki, jako pierwsze rozbiegły się w piskliwym popłochu. Człowiek wkrótce przekonał się, cóż je przepędziło.

Skamieniał, skoro tylko doszedł go dźwięk ciężkiego, basowego prychnięcia – zda się, tuż za plecami. Odwrócił się. Powoli. Bardzo powoli… Wcale nie tak blisko, jak się spodziewał, bo w odległości z górą trzydziestu kroków, postać wielkiej szaroskórej bestii przesłoniła mu naraz wszystko inne. Przeżuwając coś w potężnym, powalanym krwią pysku, oto tkwiła na czterech kończynach jak drzewne pnie, spozierając na przerażonego spode łba, zadzierając go z wolna – w wymownej oznace zwrócenia nań uwagi.

Dla niezaalarmowanego wzroku miała prawo wydać się po prostu kolejnym stogiem trupów. Szara i o pancernej skórze, wyglądała gdyby wiekowy głaz, stoczony na ziemię prosto z wierzchołków wskrzeszonych do życia diabelskich gór (żądnych ludzkiej krwi, co objawiało się w oczach istoty). W następnych skojarzeniach niepomiernie przywodziła na myśl nosorożca, acz z wynaturzenie garbatym, strzelistym wręcz grzbietem. Róg na nosie (jeśli nie liczyć wysypki tycich wypustek na skroniach) zastępowały pary przerośniętych ciosów, wyglądających spod fałdów warg; prawie jak u guźca, podwojonych jednak a dalece ogromniejszych – przy czym rozmiary głowy bestii oraz długiego pyska, zwłaszcza w zestawieniu z resztą cielska, były znacznie okazalsze.

Z kilku miejsc, z przednich kończyn istoty, z jej szyi… a także jednego z jej ogromnych ciosów, jak się pokazało… zwisały kute łańcuchy, niby osobliwa biżuteria.

Człowiek poczuł, jak strach ociera się szorstko o jego kark. Nie zorientował się, zwyczajnie przegapił był fakt, że zaczął się instynktownie cofać. Z każdym stąpnięciem wszelako chłodne tchnienie jakiejś niematerialnej ściany za jego plecami ziało doń groźbą paniki. Znajdował się już o krok od niej.

Na ten zaś widok ruchu śmiertelnika podobny nosorożcowi stwór, jakby przez cały czas tylko tego czekając, spiął mocarne mięśnie, zdzielony batem ujeżdżającej go dzikiej agresji. Buchnęło parą z wielkich nozdrzy, pochylił się niżej potężny łeb, rozsierdzony głaz przygotował się do szarży.

Mężczyzna stężał. Pojął, co uczynił oraz co musi nastąpić i już mdlał gdzieś w sobie, gdzieś tam głęboko, odlegle w sobie już dołączał do poległych.

Potrafił tylko czekać. Zimne powietrze owiewało jego rozgrzane ciało.

Bestia, dobywając z gardła przeciągły, otyły ryk złości, puściła się wściekle ku spętanej przerażeniem ofierze. Czas stracił poprzednią wartkość i zwolnił chyba, celebrując bowiem każdy ruch olbrzymiego zwierzęcia. Startując, monstrum przebiegło parę kroków wyłącznie na tylnych łapach; kiedy przednie z powrotem dotknęły gruntu, biły spod nich rozbryzgi piachu. Zza ich zasłony ogromne masy cielska falowały w rytmie niezgrabnego cwału, ciężkie kroki wydawały wyrównany, donośny tętent, łupiący miarowo w uszach a upodabniający się do… jakby bicia dzwonów?

Człowiek z wrośniętymi w piasek stopami rozejrzał się panicznie dookoła (dwa ruchy głową, lewo, prawo… na więcej zwyczajnie nie było czasu). Czymkolwiek była rzecz w jego pobliżu, po którą sięgnął gwałtem – gdy tylko wycelował ją przed siebie, w zawrotnie się zbliżający, żywy, rogaty głaz o czwórce ogromnych ciosów w pysku… uratowała mu ona życie.

Błysnęło.

Niczym piorunem, oślepiająco. A potem buchnęła czerwień.

Bestia zawyła strasznym głosem, padając z impetem na piasek; sunąc po nim jeszcze długie chwile, zgarniała po drodze pobliskie ciała. Ciemnowłosy rozkraczał się już na długim szarym pysku, uchwycony jednego z kłów bestii, w prawicy wciąż trzymał coś, co drugim końcem tkwiło teraz w jej pancernym czerepie.

Ludożerny głaz ugrzązł w wałach trupów, kończąc swój długi, lamentujący pomruk, a przechylił się na lewy bok, czym to rozgniótł pobliskie truchła jak czereśnie.

Powoli wyzionął życie.

Obserwując długotrwały bezruch stwora, człek mimo wszystko spodziewał się, że jeszcze powstanie.

Nie powstał.

Potężne strugi krwi wyciekały z czoła potwornej istoty, a zapowiadało się, że już nigdy nie przestaną.

 

Strach spływał zimnym strumieniem po krzyżach czarnowłosego, a zaczynało wzbierać w nim tedy zdziwienie, swego rodzaju zakłopotanie poniekąd. Z prawdziwym oporem docierało do niego to, czego dokonał. Puścił przedmiot, którym uśmiercił podobną głazu bestię, a wyjawiło mu się głębokie rozcięcie na dłoni.

Brzeszczot połamanego miecza, któremu brakło rękojeści. Rzecz, która uratował mu życie. Zostawiła po sobie krwawy, mięsisty żleb, jednak w chwili, gdy człowiek zdecydował się ją użyć, nie miało to znaczenia. Ze spóźnieniem wracało czucie, niejako władza w członkach. Przytłoczone przerażeniem zmysły powoli dochodziły do sprawności, umysł rozjaśnił się i pozwolił rozpoznać, albowiem jeszcze przed chwilami niezaprzeczalnie wzięło nad nim panowanie coś zgoła obcego, czerpiącego z głębokich, ponurych instynktów człowieka, o które wcześniej nie miał powodów siebie podejrzewać.

Wiatr poniósł ku zwycięscy salwy podziwu. Niebo nachmurzyło się jeszcze bardziej – jakby niezadowolone z porażki bestii.

Mąż w końcu się opamiętał; przetłumaczył sobie na powrót, gdzie jest, pozbierał rozsypaną świadomość zajścia. Ponownie obejrzał krwawy bałagan. Jako że zrobiło się jeszcze ciemniej, usiany śmiercią piasek nabrał miejscami zupełnie czarnej barwy. Kałuże krwi przyjęły pozór cienistych dziur bez dna – alboż zaiste tym się w istocie stały. Czworonogie drapieżniki nie odeszły daleko. Świeciły oczami zza usypisk poległych, zrobiło się ich też jakby jeszcze liczniej. Wszystkie widziały, co uczyniono z szarżującą bestią. Spotulniały nie do poznania.

Przynajmniej chwilowo.

Była jednakże pewna sztuka… Pozostała na tyle blisko, nerwowo przebierając nogami w miejscu i popiskując z cienka, że człowiek uczuł jej drapieżniczy fetor. Wyglądała na głodną do szaleństwa (czy mało miała wkoło pożywki?) podniecona widokiem przyjemniejszego, pulsującego krwią przysmaku.

Piski wprost raniły uszy, jednak to ich nagłe przelokowanie – kiedy to człowiek usłyszał je wkrótce gdzieś daleko, daleko z prawej strony, a potem nawet (jeszcze dalej) za plecami – okazało się prawdziwie niepokojące.

Po raz ostatni rzucił okiem na cielsko, które dopełniło przepych pobojowiska. A także na dziwny przedmiot tkwiący w jej nadal ociekającym posoką łbie. Wyszarpnął go zdecydowanie. Tym razem wyraźnie odczuł, jak zimne, wcale nie nagrzane ostrze znaczy mu rany na dłoni i palcach. Było mu jednak potrzebne. Potrafiło zabić.

Przemógł się, by znieść ból. Być może ból był konieczny?

Uniósłszy brzeszczot sztorcem, przeglądnął się w nim jak w zaśniedziałym lustrze. Uwagę zwracały czerwony od poparzeń policzek, intensywnie zielone oczy pod ostrymi nawisami niemal nagich łuków brwiowych oraz wyblakłe, popękane wargi. Zaraz obok (pominiętej zrazu) czarnej, pokrętnej pręgi biegnącej przez całą długość klingi, jego zainteresowanie przykuły coraz śmielsze ruchy towarzyszących mu stworzeń, odbitych w stali. Za jego stosy usieczonych z chwili na chwilę odkrywały kolejne ukryte za sobą sylwetki o żółtych kłach, przecieranych czerwonymi jęzory. Tylko kwestia czasu dzieliła tę szajkę od nowego przypływu odwagi.

Mężczyzna nie zorientował się nawet, jak powoli tonie po kostki w powiększającej się sadzawce karmazynowego płynu z czoła powalonej bestii.

Wznowił marsz, wspinając się na kolejną wydmę.

Mnogość czworonogich cieni podążyła śpiesznie za nim.

* * *

Ziemię wyraźnie oświetlał niepełny, mały księżyc i skąpo rozgwieżdżone niebo. Otoczenie nie zmieniało się ani o jotę – człowiek za plecami i przed sobą miał pustynię. Szedł na tyle długo, iż srogo opadał z sił, a wiedział przy tym niezawodnie, że w dalszym ciągu nie jest sam. Gromada czworonogich kroczyła jego śladem. Czasami zmienny wiatr przynosił mu ich odpychającą woń – mimo że sam nie gorzej trącił trupem. Nasrożone i głodne, chciwe, lecz nadal niepewne, psy pustyni trzymały dystans. Musiały wciąż obawiać się broni w prawicy człowieka. Rozcinając dłoń, brzeszczot zostawiał za to ślady kapiącej krwi, znacząc ścieżkę jego wędrówki.

Jedna plama czerwieni była większa od pozostałych. Widocznie tu osobnik przystanął, ażeby odetchnąć. Wyjątkowo wynędzniały czworonóg pochylił łeb i naiwnie polizał nasiąknięty krwią piasek.

 

Był zmęczony i obłędnie głodny. Nie miał siły biec, a ledwie znajdował ją na dalszy marsz. Cięższe z kroku na krok obuwie nie pomagało, ale było lepsze od płomieni w ziemi, czy ewentualnego zimna, jakie czuło się, że nadciąga. Zaiste robiło się inaczej, skóra zdążyła zapomnieć i o upale, i o umiarkowanym cieple. Człowiek żałował, że zignorował dodatkowe okrycia, kiedy miał okazję je przywłaszczyć. Pustynia jęła ukazywać swoją dwojaką naturę – śmiertelnie gorąca za dnia, za to lodowata nocą.

Okutał się szczelniej płaszczem. Pęd powietrza nasilał się z każdym kolejnym podmuchem, żądląc coraz potężniej. Czesząc pustynię, wzniecał małe piaskowe fale, toteż ludzka sylwetka, idąca pod ich prąd niczym wolno płynąca łajba, tworzyła widoczny kilwater na morzu piasku.

Mrok zgęstniał, zupełnie znienacka – księżyc się rozmazał, zaś i tak nieliczne gwiazdy kolejno wygasły jak zdmuchiwane świeczki.

Powoli zwalniał, gdy wszystko stawało w nieprzeniknionych ciemnościach. Dochodził go jedynie szum rozpoczynającej się zawieruchy oraz łopot targanego nią płaszcza. Wydawało mu się też nieodparcie, że słyszy coś jeszcze.

Śmiech… Śmiech pustyni, od razu uznał, i mylił się w tym tylko co do jednego – rozpoznając go jako oddzielne brzmienie. Pustynia być może rzeczywiście się śmiała (szyderczo, zuchwale, a jakże) wszelako nie był to prawdziwy chichot; człowiek pomylił to zjawisko z nierównymi porywami wichru, co nabierał rozmachu i już teraz niepokoił. Ale czyż wicher ten nie był częścią tej krainy? Nie mógł być zatem jej głosem co się zowie?

W końcu zatrzymał się całkowicie, pogubiony w zamiarach. Jakiś czas rozglądał się idiotycznie wkoło.

Ciemność.

Pustynia nadal chichotała.

Kompletnie nic nie widział, a teraz na dodatek stracił orientację. Odzyskał ją częściowo, dopiero gdy usłyszał znajome mu już piłujące odzewy pustynnych drapieżników. One też brzmiały jak prześmiewki.

Na ślepo pokonywał kolejne wzniesienia pustyni, potykając się raz po raz. Idąc tak pod napór wiatru, w nieprzebitym mroku nie mógł odnotować pierwszych skalnych skupisk – była przed nim już jedynie aksamitna czerń nocy, nic poza tym. Wyczuwał je jednakże, jakaś kamienna obecność, nieżywy wzrok, odprowadzający go nieufnie. Skostniała gościnność krainy, w nieznacznym jeno stopniu niwelowana poczuciem ponurej ciekawości.

Wiatr osłabł gwałtownie i bez zapowiedzi, a mężczyzna uczuł przypływ znużenia. Przymykał ciężkie powieki, idąc odtąd niczym lunatyk, z wyciągniętą przed czoło dłonią lewicy; powłócząc nogami po miałkim piachu, tym częściej się przewracał i zataczał. Słyszał wówczas zawsze, jak z tobołu ubywa mu prowiantu. Powstając po każdym takim upadku czy przechyle, notował wyraźnie, że bagaż robi się coraz lżejszy. Szedł jednak dalej. Nie zapominał – pustynia tylko czekała na jego upadek.

Jak na życzenie wkroczył wkrótce na nieco twardsze podłoże; stopy przestały tonąć w drobnicy wydm, a poznały się z solidną, kurzącą skorupą, która szurała głośno pod nogami, lecz jakże ułatwiała krok. Nadal było ciemno jak w koszmarze, ale mężczyzna potrafił wyczuć, że pustynia się zmienia. Bardziej nawet, niźli śmiałby o to prosić

Napotykał kępy wysuszonej trawy, a nawet niewielkie krzaki; coraz więcej skałek i rumowisk przepływało obok niego, tchnąc zimnem, tą samą dziewiczą ciekawością, jedynie przypadkiem chyba (czyżby?) nie stając mu na drodze. Nie mógł widzieć i wrzecionowatych kaktusów, niektórych nawet jego wielkości, były tam jednak; mijał ich całkiem sporo.

Nie koniec na tym zmian. Śmiech pustyni przepadł. Czy to dobry znak?

Kiedy tak wlókł się bez przystanków, coraz uboższy w przytomność, nie zorientował się nawet, jak zaskakująco szybko wkroczył na suto trawiaste połacie. Niewątpliwie to wyczerpanie go tak uśpiło i dopiero gdy teren stromo schodził w dół, podparłszy się rękoma wyczuł trawę, przyjemnie wilgotną, czemu już z trudem dawał wiarę. Rozmaite, licznie rosnące kwiaty polne były z kolei zupełnie nie do uwierzenia.

Serce zatrzepotało w klatce żeber. Oczyma rozbudzonej wyobraźni budził do życia stające w zieleni otoczenie. Malowały się przed nim bujne pola i łąki, pełne zdrowego kolorytu, wszystkich dobrodziejstw natury, łącznie z rozbieganą zwierzyną. Potrafił wyobrazić sobie czar i ciepło tych zjawisk; ich dobro – tak, dobro. Doszły go utęsknione szumy, szelesty i wonie, których mu dotąd skąpiono, oddech świeżej, nietkniętej roślinności pod opieką Wiosny czarował i nęcił, i oto miał ją w głowie jak rzeczywistą. Piękną, bo tak upragnioną. Źródlaną nadzieją, obietnicą – ratunkiem.

Jednakże w dalszym ciągu osaczał go jeno mrok. Posępna obawa przed złudzeniem i fałszem przesłanek czyhała gdzieś na skraju tego wszystkiego, jako okrutny sen.

Nawet przez chwilę nie zaskoczył się swoją nagle wzbogaconą wiedzą. Ledwie wszak opuścił był ciepło pustynnej wydmy, pozbawion jakiegokolwiek zapatrzenia na choćby najpospolitsze aspekty żywota oraz sekreta świata; zdany wyłączne na instynkt, ślepy traf i powolne poznanie nagle potrafił odróżnić, nazwać a wyszczególnić detale otoczenia… specyfikę roślin i niuanse spodziewanego krajobrazu… imaginowanych gatunków, pochowanych gdzieś na czas tej upiornej, nieprzeniknionej nocy. Wertował w głowie i bez trudu rozpoznawał pory roku. Ze znajomością przyjmował zapachy, przyrównywał do siebie nowe zjawiska. Arcynaturalne i wierne portrety (nieznanego przecież dotąd) zmienionego terenu pojawiały się w wyobraźni samoistnie, razem z obecnością zieleni i smakowaniem zmysłami kwiecia. Identyfikował je, przypisywał im odpowiednie właściwości, rychło też skojarzenia, i pewien był ich nieomylnej słuszności.

Wiedza przychodziła, rzekłbyś, nawrotami wspomnień. Jak gdyby był to wynik wcześniejszych doświadczeń – przedziwnie oddalonych jednak od tożsamości syna wydmy, obcych mu jakby, cudzych iście. Tak je widział, czując wobec nich bezbronność, niemoc i poddanie. Pojawiały się w nim, w jego środku, w głowie, choć doprawdy nie tylko, jakkolwiek to tłumaczyć; pojawiały się głęboko zakorzenione i dawno przez kogoś poukładane. Choć nie prosił o żadną, nie miał na nie wpływu. Widać miały własną wolę, a może i swoje tylko zamiary. Widać nie było, nad czym dumać.

Zaczęło się przejaśniać. Równie zagadkowo i bez zapowiedzi, doprawdy. Księżyc ponownie się pokazał, jak gdyby rysował go na niebie jakiś wielki, Boski pędzel, i przyniósł ze sobą znaczne światło. Tym razem był o wiele większy, przeolbrzymi wręcz, choć wciąż brakowało mu połowy. Oto oblał ziemię srebrnym deseniem i ukazał jej niewyraźne oblicze.

Człowiek, schodząc właśnie z kolejnego wzniesienia, zerknął pod nogi…

…a pustynny koszmar powrócił jak wyrok. Podeszwy czarnowłosego zatonęły raptownie w bujnym piasku, aż zachybotał się na nogach. Wszystko, co niedawno napotkał – trawa, zapach kwiecia, dowody tętniącej życiem natury, egzotyki, kojącej trudy wędrówki… wszystko okazało się być jakimś okrutnym figlem nielitosnej krainy, niespełnionym, gorączkowym marzeniem, ziszczonym jedynie w przemęczonej głowie biedaka bez szans na chwilę oddechu. Karą, której zupełnie tenże biedak nie pojmował.

Gdyby miał siłę, zaprawdę gorzko by zapłakał.

Niemoc i zrezygnowanie ugodziły go prosto w połamanego ducha. Oklapnięty, z ciężką głową i zobojętnieniem dokończył drogę w dół wydmy. Ręce postradały bagaże, zaimprowizowany sak wypluł cały już uzbierany wikt, plasnęły na ziemi bukłaki; krwiopijcza klinga, wleczona sztychem po piasku, wpiła się weń, a potem przewróciła.

Człowiek wylądował ciężko na kolanach… Stęknął. Wiatr świsnął prześmiewczo i wydawało się, jakby to właśnie ta jego licha ingerencja ostatecznie obaliła mężczyznę na policzek.

Wyciągnięty na piasku zastękał ponownie, zaraz pogrążywszy się w letargu. Dwa bukłaki obok pluły jakiś czas płynem. Długie, zakrwawione ostrze miecza pozbawionego uchwytu leżało przy nodze pana, tak bardzo mu podobne – broń równie poraniona, co jej zdobywca.

I wówczas wielki półksiężyc jął ukazywać swoją drugą połowę. Okoliczne ciemności zaczęły przerzedzać się jeszcze bardziej, tak że wkrótce padnięta postać wyczerpanego człowieka zrobiła się widoczna jak na dłoni. Jakieś tuzin stworzeń o burej sierści i względnie rosłych pyskach stanęło na szczycie piaszczystego wybrzuszenia, przebijając wzrokiem półmrok.

 

Do uszu śpiącego docierały osobliwe odgłosy. Nie ostało się w nim jednak ni źdźbło przejęcia czy zainteresowania. Wszystko jedno, że było mu wszystko jedno. Zbrakło mu chyba sił, pękł był w nim i zapadł się w nim upór, by walczyć dalej. Od samego początku nie dostawał szans na odpoczynek. Sama ta bijąca wrogością, srożąca się naokoło kraina piaskowej wybujałości była mu przeciwnikiem we własnej osobie, zadawała cięgi i wyciskała ostatki energii. Igrała z nim, nękała go i śmiała się prosto w ucho, śmiała i, na Boga, nie było już co do tego wątpliwości.

Rozgrywka była nieuczciwa.

Odgłosy nasiliły się tak bardzo, że otworzyły mu oczy. Mimo woli dosłownie zerwał się ze snu, skoczył na nogi. W ostatniej chwili, a kończąc upadkiem na plecy, uchylił się tym sposobem przed napadem z frontu. Co, u diabła!?

Drzewo. Prosty, brunatny pień rozgałęziający się skromnie, w kilka prędkich mrugnięć. Ależ tak, wyrósł oto tuż przed człowiekiem i to na jego przebudzonych oczach! Pustynia była dobrze oświetlona, po przyswojeniu wzroku czarnowłosy mógł podziwiać cały „gaj” dokładnie na wprost. A przynajmniej jeden drewniany element owego gaju starał się go przekonać, że dopiero co wyrósł mu przed nosem. Niewiele myśląc, pognał w gąszcz pni i konarów, zgarniając po drodze swoje fanty a odwracając na wyczuwane towarzystwo.

Niczego jednak nie zobaczył.

 

Kluczyły w miejscu, wąchając suchy piasek, szukając choćby kropli krwi. Uświadomiwszy sobie, że zgubiły istotę, zaczęły piszczeć i wyć. Rzucały na boki łbami, sapały, jeżyły sierść wzdłuż grzbietów. Wywiązały się psie niezgody, rozstrzygnięte w krótkich kąsaninach. Jedno ze zwierząt usiadło po prostu, oblizując pysk, jakby obchodząc się smakiem.

 

Mijał biegiem wysokie, uderzająco proste drzewa i zdumiewał ich obecnością. Były bezlistne, ale zdrowe – w niczym nie przypominały okazu napotkanego przy narodzinach. Różnie stojące, pochylone w każdym chyba z możliwych kierunków, toteż krzyżujące się wzajem, najpierw rosły pojedynczo, dalej zaś coraz gęściej. Prawdziwy, suchy na wiór las.

Zachodził w głowę, dlaczego nie zauważył go wcześniej, skoro księżyc już mocno oświetlał był pustynię. Najgorliwiej przeczył temu, czemu sam przecież świadkował, przekonany, że drzewa nie mogą, nie rosną tak szybko. Z jakiegoś powodu całkiem zapomniał, ileż to dokładnie dni i nocy ma za sobą.

A jednak, musiał stwierdzić, przecież jeszcze przed chwilą ich tu nie było!

Łamiąc z trzaskiem łyse gałązki, ledwie mieścił tułów między pniami. Ktoś, kto przyczynił się do ich postawienia… czy była to czyjaś mądrość i moc, czy jedynie nieosobowy traf bez intencji… najwidoczniej nie znał się na tworzeniu lasów, myląc ową sztukę ze stawianiem ostrokołu. Las, owszem, był niewiarygodnie, niepraktycznie wręcz gęsty, za to nieduży. Na drugim jego końcu mężczyzna postawił stopę na pochyłości łagodnej wydmy.

Było tu znacznie ciemniej, wielki księżyc skrył się za szczytami wysokich drzew – a te sięgały wszakże daleko wzwyż jak niejedna wydma. Za wierzchołkiem pokonanego barchanu ujrzał garb kolejnego, a dalej dowód kolejnego i jeszcze jednego… W najbliższej kotlince pomiędzy wzniesieniami pokazały mu się za to rozsiane rzadko głazy, częściowo zatopione w piasku. Przysiadł między nimi, opierając o jeden, w końcu (nareszcie!) łapiąc spokój i oddech. Wielka szara masa dosadnie kojarzyła się z ubitą bestią, a jednak wybrał sobie miejsce właśnie przy niej i było mu tam dobrze. Siedząc, coś go jednak uwierało. Wyłuskał z kieszeni płaszcza dziwny metalowy klocek, znaleziony na krwawym pobojowisku, i zamknął go w dłoni. Rozglądał się stale wokół w obawie, że nie jest sam, że nie może być sam. Mimo iż nie było śladu śledzących go zwierząt, postanowił nie porzucać czujności.

Miecz!

Szarpnął się jak w potrzasku. Ten długi kawał metalu, który posiadł jego prawicę (nie odwrotnie); ranił ją i nie odzwyczajał od bólu; krzepił w rzeczy samej – a zarazem nie pozwalał na to krwi. Ten złamany brzeszczot, miecz, co zdecydowanie pamiętał lepsze czasy. Miecz! Miecz, do diabła!

Mężczyzna zacisnął rozciętą dłoń, pustą dłoń, zerwał się na nogi, o mało nie pognał z powrotem w gęstwinę.

Zostawił miecz po drugiej stronie lasu. Tak. Musiało tak być. Źle, bardzo źle. Do diabła… Do diabła!

Usiadł.

Jakby się przewracał – aż łupnęło.

Kilka westchnień później był już… w zasadzie spokojny. Zguba jedynego oręża mogła niebawem okazać się jego ostatnią pomyłką, ale to wyłącznie marność, furda. Przestał się tym przejmować; tak bardzo naturalnie. Był bezpieczny. Siedział w zapadłości dolinki między wydmami, otoczony ścianami piasku, zgromadzeniem głazów i falistą linią styku ziemi z niebem, zupełnie odkryty na ataki, zupełnie bezbronny. Był bezpieczny. Dokładnie tak, jak niedawnym czasem, gdy drzemał płytko, przytulony policzkiem do piasku. Pomyślał sobie nawet, że być może nadal tam leży? Bezpieczny. Mięso kęsami odchodzi od jego kości. Krwawe psie mordy przepychają się, by dostać do parujących wątpii; jedna z nich zadziera się wysoko i wyje w księżyc.

Tymczasem on, to, co z niego zostało, przeniósł się na dno doliny. W dół śmierci i kamienne milczenie. Niezagrożony w swym zobojętnieniu, skapitulowany. Tak jak zechciał.

Jednakże wcale nie był w zaświatach. Wcale nie tracił połaci żywej tkanki.

I wcale nie był bezpieczny.

Za to gdyby nawet śnił, oto właśnie rozpoczynał sen we śnie. Wystarczyło, że raz jeden zlekceważył ciężar powiek. Klasnęły cicho – a sen wprosił się sam.

Przysnął jednak tylko na chwilę. Na tę krótką chwilę zapomniał o wszystkim. Zamykając w dłoni błyszczącą sztabkę, jakiś czas nieruchomiał tak z opadającą głową, uwikłany w nieprawdziwe problemy, w nierealne zagrożenia. Gromady realnych trosk rozbiegły się po kątach nieważkości; sen odesłał precz strach i jeszcze gorsze od niego zrezygnowanie, tożsame wszak ze zgodą na własny kres. Przywrócił przepadłe siły, odrodził prochy wypalonego uporu i ulepił z nich nowy kształt. Ta nieznaczna minuta odpoczynku okazała się dlań zbawienna. Należała mu się.

Przebudziło go nieustanne drżenie ciała. Choć tropiące go stworzenia wciąż mogły go dopaść, miał teraz na głowie większe zmartwienie – było piekielnie zimno. Owinął się połami płaszcza. Z ust wymknął się kłąb zamarzającego powietrza. Ziąb był tu, po drugiej stronie lasu, przenikliwy jak sopel. Do konceptu zaświatów pasował iście jak ulał. Mężczyzna wspomniał naraz pozostawione skóry wśród bagaży poległych i przeklął własną nierozwagę. Wiedział, jak by je teraz spożytkował. Musiał się jakoś ogrzać bez nich; i do tego wcale trafnie odgadywał, jakże się za to zabrać. W głowie stawała mu instynktowna myśl o ogniu, mimo tego nawet, że wszak w życiu się z nim nie zetknął.

Od dłuższego czasu zapatrzone w jeden punkt oczy jak gdyby dopiero teraz zaczynały widzieć. Czarna, wybitnie kontrastująca z piaskiem gałązka, nieledwie dotykająca jego czubków butów, wydawała się przypominać postarzałą, wymizerniałą ludzką rękę. Nie pamiętał wcześniej jej obecności.

Wkrótce… coś sobie uprzytomnił.

Zerknął na zaciśniętą dłoń, w której pocił osobliwy, połyskujący przedmiot.

 

Po pewnym czasie miał już satysfakcjonującą ilość gałęzi. Ułożył wszystko w stos tuż przy kamieniu, sadowiąc się naprzeciwko. Przy okazji zbiorów na opał odkrył, jakże licho osadzone w piasku były niektóre z tych drzew-pni tego lasu-palisady. Jedno z mniejszych obalił z niemal przypadkową łatwością, toteż również przytachał je pod kamień. Teraz z kieszeni wydobył metalowy klocek z wygrawerowanym, misternym wzorem, przywodzącą na myśl lisi ogon (płomień… a jakże) i otworzył go. Wyłonił się mały czarny kamyk. Człowiek zwlekał chwilę, lecz się nie zastanawiał; wiedział doskonale, co robić.

Potarł kamień kciukiem, nie będąc wcale zaskoczonym, gdy z wnętrza nienazwanego przedmiotu wybiło małe, lśniące, rozkołysane źródło ciepła. W drugiej ręce gotowił już ów czarny, palczasty patyk.

 

Kiedy ognisko zaczynało przygasać, obracał i przemieszczał bierwiono. Zdążyło już mocno się wypalić, noc trwała okrągłą wieczność i nie zapowiadało się, aby miała odejść podczas następnej.

Przepełniało go kruche uczucie bezpieczeństwa. Było mu w pewien sposób błogo. Brakowało jednak jedzenia. Po skromnym posileniu się pozostałością owoców, cieszył się jeszcze zapasem placków pszennych i zwitkami suszonych pasków mięsa, twardych jak podeszwy. A wiedział doskonale, że musi oszczędzać, choć jego żołądek już dawno temu znowu był opustoszał.

Żałował, że tak słabo się zaopatrzył. Jeszcze bardziej bolał nad tym, że stracił po drodze większość z tego, co w ogóle zabrał. Niemała część zalegała musi dokładnie w miejscu, gdzie upadł bez sił. Po drugiej stronie lasu. Wraz z mieczem. Sądził naówczas, rozłożony tam ze złamanym duchem, że już się nie podniesie. Tymczasem uparte, pierwotne życzenie przetrwania wydawało się mieć taki pomysł w pogardzie. Zaprawdę było nieznośne.

W kieszeniach płaszcza doszukał się rękawic. Cienkich, z miękko wyprawionej skóry, wzorzyście obszytych. Jakie by nie były – zastąpiły cięty brzeszczot z doprawdy największą dla dłoni przyjemnością.

Czerwony ogień hipnotyzował…

…trawione nim drewno czerniało, rozpadało się w pęknięciach, z pęknięć kicały głośno skry. Piasek pod spodem nagrzewał się i grzechotał. Ciemność zza płomieni, za którą skryło się z kolei pustkowie, tańcowała erotycznie, oddychała drżąco, ale miarowo. Tak długi czas znieczulona na pożądliwy wzrok człowieka, wreszcie otworzyła dzikie, palące się oczy i odpowiedziała mu, wejrzała na niego. Ciemność. W pełnej krasie, w swej antyrozkosznej postaci. Otchłań i Nieskończoność. Przeraźliwość i Och. Całe eony mroków, które tak długo, tak starannie koncypowały ogień, a potem pożar życia. Jakże niezwykle jakże niezwykła piękność się w nich zmieściła. Jakaż siła! Brutalny prąd praczasów. Zniszczenie i śmierć, jednym strumieniem płynące ku cyklonowi, który był początkiem burz, co wypłakały Świt. Pustkę. A potem Noc. I czerwony stos.

Na którym dygotał Człowiek. Dochodząc do obecnego hartu.

To piękno było mordercze i stwórcze, nieokiełznane i potulne. Było jak lico najczarniejszego z jezior, tylko nieznacznie zmącone, falowaniem swym zaś jedynie bardziej klarowne. W szklistym odbiciu czarne włosy, poparzony policzek, spierzchłe suche wargi; strach i pożądanie bez nazwy. Głos. Znikąd. Opowiadał o dziejach, które pamiętał tylko ten mrok i tylko ta nicość naokoło. Przechowywały te niepoznane przez żywych tajemnice tak długo, nie mając wszak między kogo je obdzielić, do kogo przekierować. Głosy, skowyty, mamrotania, chorowite, skrzywdzone iście westchnienia. Nocy, mroku, próżni, snów, piasku, powietrza. Przyszły i długo nie milkły. Głosy kamieni. Drzew. Północy, południa. Wschodu i zachodu po równi. Ludzkiej skóry ubranej w dreszcze. Ust. Łez.

Krwi.

Chór zjawisk, które społem sprawiały tę oniryczną chwilę. Które podpełzły do ogniska świadczyć o tym, co dawno, dawno już za węgłem pamięci. Co od dawna nie dla oczu. Były nachalne i były bezlitosne. Uszy człowieka zapoznały się z grzechami świata i ogłuchły.

Wystarczy!

Głosy urwały się, gromada rozpierzchła się płocho. Oczy Otchłani, jako jedynej w pobliżu cichej i spokojnej, zamrugały. Sztylety rzęs opadły i podniosły się. Świat, ten czy inny, odsłonił się przed człowiekiem i przedstawił mu z imienia, tym razem pokornie, czule, niemal intymnie. Piękna, ach, przepiękna a smutna nieskończenie kobieta o oczach otchłani odbiła w nich siedzącego na piasku mężczyznę, zakutanego w płaszcz, opartego o głaz. I tak samo, jak ten głaz – skamieniałego w śnie, który miał być jego własną, jego czujnooką otchłanią. Opadły ludzie powieki, a potem głowa; twarz zalały czarne włosy.

Ogień trawił bierwiono długie, spokojne godziny.

Noc (otchłań… przepiękna, przesmutna kobieta) nie spuszczała śniącego z oczu. Aż wreszcie sama zamknęła własne.

I prysła.

* * *

Pisk pustynnego psa przebił uszy jak oścień. Mąż wystrzelił z odmętów snu niczym z wydmy, tak dawno, niemożliwie dawno temu. Oderwał plecy od kamienia, rzucając tułów w przód, gotowy pędzić (być może długo i aż do boleści nóg, ale nie stawać, nie poddawać się, aby posłusznie nasączyć piach swoją krwią) lecz oto zamarł w pół ruchu. Chwilę zajęło mu zorientowanie się, na co patrzy. Oddech uspokajał się niechętnie.

Jego własne oczy obserwowały go bacznie, wielkie nagle i szare, szare niczym popiół, o nikłym zielonkawym poblasku, gdzieś na dnie ich głębi. Czubek szarego nosa o włos nie dotykał czubka nosa człowieka. Czarno-szare włosy opadały posklejanymi strąkami na częściowo szarawą twarz tuż przed nim. Wszystko to bowiem w szarym odbiciu szarej klingi.

Rano przyszło zimne. Głębokość dolinki była zacieniona i męża otoczyły wilgotne mgły. Ognisko było historią, bierwiono już się nawet nie żarzyło. Pomiędzy nim a człowiekiem, jak gdyby nigdy nic, pionowo sterczało ostre żelazo. Znali się. Ciemnowłosy młodzieniec o zawczesnych zmarszczkach, co były oparzeniami – i zniszczone ostrze miecza. Szare, acz o niesłychanie lustrzanej nagle gładzi, było zaprawdę mocne, nawet pomimo złamania; sprzyjająco wąskie u podstawy, bardzo długie, a przy tym wszystkim lekkie jak garść piasku. Dawniejszą zastawę głowni (zastępującą mu wcześniej uchwyt) przyzdabiała warstwa piaskowego brokatu na osnowie krwi; jego krwi. Widać było jeszcze zaschniętą, rdzawą posokę stwora o łańcuchowej biżuterii. Pomijając brak rękojeści i ślad po urwanym trzpieniu, klinga była pokryta zarysowaniami, zaczątkami kolejnych pęknięć, gdzieniegdzie wyszczerbiona, lecz na trwałe ostra. W rzeczy samej rozpoznawał te szczerby, z łatwością tnące skórę, gdyby je choćby nieznacznie nacisnąć. Witał się z nimi ponownie raczej chłodno. Wyraźna, czarna pręga poprzecinana mniejszymi krechami na całej długości, nie dająca się zetrzeć czy zeskrobać, była, naturalnie, nieodzowna.

Miecz.

Naprawdę tu był. Wrócił do niego.

Wrócił? Jak? I dlaczego?… Gardłowe warknięcie, jakie rozległo się tuż nad uchem, ucięło potok myśli, a ubiegło następujące po sobie poruszenie – odbite w stali zębiska, sunące znad obu ramion mężczyzny.

Dłoń zakryła odbicie, zaciskając się na ostrzu, a potem świst i gwizd, jedno tuż po drugim, rozcięły powietrze z obu stron za jego plecami.

Pofrunęły psie głowy i bluznęła krew. Człowiek przewalił się przez grzbiet do przyklęku, z którego zaraz chlasnął mieczem, a mgła trysnęła krwią. Powstając, mężczyzna wykopał zwęglone drewno. Wzbita czarna chmura pyłu zaskomlała, przybierając postać czwartego pustynnego psa, z rozpędem odbitego od kopniaka. Jeszcze zanim upadła, obracając się w powietrzu, otworzyła kłąb – pod naporem zaostrzonej stali. Przerąbane cielsko uderzyło w piach z mlaśnięciem, wylewając trzewia, na których kolejna podkradająca się sztuka poślizgnęła się i wyłożyła w rejteradzie, potrącając o następną, skowyczącą tchórzliwie. Kolejne warknięcia miecza nie napotkały żywej tkanki wyłącznie z woli człowieka. Opędził się od resztki agresorów serią głośnych sieknięć metalem i odtąd stał tylko, przyjmując odpowiedź.

A było nią przebieranie nogami w popłochu i znikanie za kolejnymi kamieniami; zapadanie w skotłowane mgły i za linie wydmowych wzniesień; wszystko w piskach a skargach tak zapłakanych, że aż przykrych.

Mężczyzna stał i spokojniał. Karmił dłoń zimnem stali. Stal spijała ciepło krwi. Upiorny był to targ. Być może konieczny?

Rękawica nie pomagała w najmniejszym stopniu.

I właśnie wtedy po raz pierwszy uderzyło go to niezwykłe wrażenie. Przedziwne, którego nie potrafił nazwać.

Widział to. Otóż widział już wcześniej. Spotkało go to już kiedyś, spotkała ta sama sytuacja, był pewny – choć zarazem jasnym było, że to niedorzeczność, nonsens. A jednak. Zapatrzenie w grunt, w czubki butów i zbierającą się pod nimi juchę przerośniętego szakala. Popielne kawałki drwa, ich pył, dym oraz poranny opar, przemieszane; przyjemny nieomal chłód, naokoło i w środku, w nim; spokój i cisza w głowie, węzeł głodu w brzuchu, już teraz uciążliwy; powoli i równo odmierzający czas oddech… były jak spełnienie koszmaru sprzed dni… miesięcy?… lat?…

Były jak noc po nocy. Jak wschód natychmiast po wschodzie. Jeszcze jeden mord w chwilę po mordzie – absolutnie tym samym. Czas się pomylił i powtórzył wydarzenia, które wszak już minęły, niechybnie. To, czego właśnie był świadkiem, uczestnikiem i prowokatorem tak naprawdę, było czymś dobrze znanym, jedynie lekko zatartym w pamięci, lecz ponad wszystko – takim samym. Jakby wszystko rozegrało się już wcześniej. Tu. I właśnie teraz?

Patrzył chwilę jakąś, jak ni to wilk, ni to szakal, pies czy hiena wreszcie, o szczurzym ogonie rozwidlonym na dwa, o ostrej jak igły sierści wzdłuż rozdwojonego kręgosłupa, o wielgachnym pysku z rzędami kłów w otwartej paszczy… rozrąbany, acz nadal drgający piersią i zadnią kończyną nader długo żegna się z tym światem.

Przetarł twarz rękawem, gdyż opryskała ją ciepła jucha.

Wyglądało na to, że głód nie będzie go dziś więcej prześladował.

Koniec

Komentarze

Jak dla mnie – zbyt niski współczynnik wydarzeń do liczby znaków. Tekst da się streścić w kilku zdaniach. Do tego bohater nie ma żadnego celu, więc nawet trudno mu kibicować.

Sytuacji nie poprawia wykonanie. Silisz się na archaiczną stylizację, ale popełniasz przy tym zbyt wiele błędów, przez co tekst wygląda nieporadnie.

na przywołanie wszystek, jakże lichych sił.

“Wszystek” jest rodzaju męskiego, a siły – niemęskoosobowego.

co gnijące ścierwo, w którym stworzenie smakowało

Czy istnieje taka konstrukcja – smakować w czymś? I nie chodzi mi o gęś najlepiej smakującą w jabłkach…

Ostrożnie wyciągnął ku drzewu rękę, a gdy tylko musnął palcami węgielny pień, rozsypał się na kawałki.

Co jest podmiotem w ostatniej części zdania i dlaczego ciągle ten wędrujący po pustyni facet.

Zoczył dwa obiecująco wydęte skóry, doczłapał doń

Dwa skóry? “Doń” oznacza “do niego”.

wody i polowych racji żywności wydawało się być w brud.

Sprawdź w słowniku, co znaczy “brud”. Możesz się zdziwić.

Wzniosła się ów iskra

“Ów” odmienia się przez rodzaje.

Babska logika rządzi!

Chwilunia. Nie podoba się, okej, pojął. Ale gdzie te “za wiele” błędów? Doń – nie wiedziałem, że nie stosuje się w liczbie mnogiej, bardzo dziękuję. Wszystek sił jest też głupią gafą, powieloną od innych i mea culpa; za to wytknięcie również dzięki. Z kolei o ile rzeczywiście w zdaniu o pniu należy dodać to nieszczęsne “on/pień” (o ile, w co wątpię; istnieje coś takiego jak domyślność czytelnicza, ale ręki nie dam, że tu wołanie o puryzm jest faktycznie na miejscu, nie mam żadnego tytułu profesorskiego i zwyczajnie nie wiem, czy faktycznie jest błąd – o ile jest, jest to jedyny poważny błąd z wymienionych) to też dziękuję za tę poprawkę.

Mamy trzy tycibłędy i parę literówek (ewidentnych, brud, dwa skóry – były bukłaki wcześniej – oraz ów, które w dalszej części tekstu jest odmieniane poprawnie, jeśli szukać potwierdzeń – a zakładam, że i tak mi się nie uwierzy, iż znam taki elementarzyk; ino nie wiem jeszcze, skąd takie podejście; odsyłam do innego tekstu, który tu zamieściłem, gdyby było mało dowodów, nie edytowałem) to gdzie to “za wiele”? O ile pamiętam, bestia pojawia się wcale późno w tekście. Tyle przeczytane, ale za dużo błędów – trzy, minimalne potknięcia. No to jak to w końcu jest? Co się tak naprawdę nie podoba? Za długo? Nuda? Okej, to jak najbardziej przyjmę. Ale po co te łapanki na siłę? O co tu chodzi?

I ja nie mówię, że błędów nie ma (one są oczywiste, znajdziemy w swoich tekstach wzajemnie zawsze niejeden, to nie jest finalna wersja a ja nie jestem stary wyjadacz, no jasne że nie) ani że nie ma oznak nieporadności – sam widzę tych drugich całe multum. Tylko że komentarz wyżej tego nie wykazał; jeno nikły promil. To i nie wiem, jak go rozumieć.

No, mnie tekst męczył, bo tych “głupich gaf” było zbyt wiele. Dla mnie zbyt wiele, ale możliwe, że mam wyśrubowany poziom. Czytelnik może się domyślać, zazwyczaj głupi nie jest, ale nie od tego jest, żeby zgadywać, o co chodziło w zdaniu. Bo to działa jak potknięcie – wybija z rytmu, przerywa zanurzenie w wykreowanym świecie.

I podałam tylko przykłady, pełnej łapanki nie chciało mi się robić. Garść kolejnych (i nie musiałam długo ich szukać):

Opędził się od resztki agresorów serią głośnych hajtnięć metalem

“Chajtnąć” pisze się przez ch. I to słowo oznacza wzięcie ślubu.

Obserwując jego długotrwały bezruch, mimo wszystko spodziewał się, że ten jeszcze powstanie.

“Ten” ewidentnie odnosi się do bezruchu. A nie powinien.

Szerokimi oczyma powrócił do ścierwa stwora.

Co oznaczają “szerokie oczy” – szeroko rozstawione, szeroko otwarte?

 

No to staraj się pokazywać jednak finalną wersję, zwłaszcza przy długich opowiadaniach, bo czytelnik bywa kapryśny i łatwo się zraża.

A do szukania błędów w moich tekstach zachęcam. :-)

Babska logika rządzi!

Ok, dziękuję, mam kolejną literówkę i dwa poważne błędy (o oczach absolutnie nie wiedziałem, dziękuję).

Miriadzie, mam wrażenie, że stworzyłeś własny, pustynny świat i chcesz się nim podzielić z innymi. Może byłoby to nawet zajmujące doświadczenie, gdyby nie Twój sposób opisania go. Wspomniałam już w komentarzu pod pierwszym tekstem i powtórzę tutaj, że tworzysz w osobliwy sposób – konstruujesz zdania pełne porównań, metafor i specyficznych sformułowań, a to mocno utrudnia dotarcie do istoty tego, co miałeś nadzieję wyrazić. Skutek jest taki, że przeczytałam historię człowieka, który pojawił się nagle, bo wychynął z piasku pustyni, a potem po niej szedł. W wędrówce doświadczał różnych przeżyć. Trwało to, jeśli dobrze zrozumiałam, chyba dobę. O co chodzi w opowiadaniu, niestety, nie potrafię dociec.

Wspomnianego prologu nie zmogłam. Tym razem, z największym trudem, udało mi się wytrwać do końca Echa na pustyni. Obawiam się jednak, że gdybym miała przeczytać jeszcze jedno opowiadanie napisane w podobny sposób, chyba nie byłabym już tak dzielna.

 

Czy wszyst­ko to zatem zewy i knia­zie­nia samej pu­sty­ni… –> Zew nie ma liczby mnogiej.

 

Prze­pa­da­ło ich coraz wię­cej,ziarn­ka nur­ko­wa­ły w dół coraz głę­biej… –> Masło maślane. Czy można nurkować w górę?

Brak spacji po przecinku.  

 

wydał z sie­bie po­cią­gły, roz­dzie­ra­ją­cy wrzask… –> Pociągła może być twarz, ale nie wrzask. Wrzask może być przeciągły.

 

Scho­dząc nie­po­rad­nie z ko­lej­nej stro­mej bar­cha­ny… –> Scho­dząc nie­po­rad­nie z ko­lej­nego stro­mego bar­chanu

Choć wydma jest rodzaju żeńskiego, to tej jej rodzaj, barchan, jest rodzaju męskiego.

 

Stad­ko czwo­ro­no­gich istot […] Jed­nak­że do­pę­dzi­ła i za­wró­ci­ła ich do­cie­kli­wość… –> Piszesz o istotach, a te są rodzaju żeńskiego, więc: Jed­nak­że do­pę­dzi­ła i za­wró­ci­ła je do­cie­kli­wość

 

Czło­wiek przy­tom­nie przy­własz­czył sobie wiktu… –> Czło­wiek przy­tom­nie przy­własz­czył sobie wikt

 

Była to nie­wiel­ka sztab­ka me­ta­lu o pro­sto­kąt­nych ścian­kach… z wy­ry­tą nań mi­ster­ną mo­zai­ką. –> Mozaika to dekoracyjny wzór ułożony z barwnych elementów różnych tworzyw. Wyryty wzór nie jest mozaiką.

Piszesz o sztabce, więc proponuję: …z wy­ry­tym na niej mi­ster­nym wzorem/ ornamentem.

 

Unió­sł­szy brzesz­czot sztor­cem, prze­gląd­nął się weń… –> Czy na pewno przeglądnął się w niego?

Pewnie miało być: Unió­sł­szy brzesz­czot sztor­cem, prze­gląd­nął się w nim

 

Były bez­list­ne, ale zdrów – w ni­czym nie przy­po­mi­na­ły okazu na­po­tka­ne­go przy na­ro­dzi­nach. –> Piszesz o drzewach, więc: Były bez­list­ne, ale zdrowe

 

Za wierz­choł­kiem po­ko­na­nej bar­cha­ny uj­rzał garb ko­lej­nej, a dalej dowód ko­lej­nej i jesz­cze jed­nej… –> Za wierz­choł­kiem po­ko­na­nego bar­cha­nu uj­rzał garb ko­lej­nego, a dalej dowód ko­lej­nego i jesz­cze jed­nego

 

Teraz z kie­sze­ni wy­do­był me­ta­lo­wy klo­cek z wy­gra­we­ro­wa­ną mo­zai­ką… –> Mozaiki nie można wygrawerować.

 

…Tra­wio­ne nim drew­no czer­nia­ło, roz­pa­da­ło się w pęk­nię­ciach, z pęk­nięć ki­ca­ły gło­śno skry. –> Dlaczego zdanie rozpoczyna się wielokropkiem?

 

A było nią prze­bie­ra­nie nóg w po­pło­chu… –> Obawiam się, że nóg się nie przebiera, ale można przebierać nogami.

 

Za­pa­trze­nie w grunt, w czub­ki butów i zbie­ra­ją­cą się podeń jucha prze­ro­śnię­te­go sza­ka­la. –> Za­pa­trze­nie w grunt, w czub­ki butów i zbie­ra­ją­cą się pod nimi juchę prze­ro­śnię­te­go sza­ka­la.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję! Wszystko poprawiłem (tylko treść nadal taka tam, ot, spacerek)

Nurkowania w górę osobiście nie widziałem, chyba że byłaby to góra piasku – tak jak był w tekście dół w piasku.

Tam się zdanie raz otwiera wielokropkiem, bo zaczyna się scena dość oniryczna.

Co do reszty to przepraszam za niekompetencję i jeszcze raz dziękuję za pomoc, wielu z tych błędów bym sam nie wyłapał (i dwakroć przepraszam za te, które już wiedziałem, że są błędne, a jednak nie przejrzałem jeszcze raz tekstu).

 

Dziękuję! Wszystko poprawiłem (tylko treść nadal taka tam, ot, spacerek)

Miriadzie, bardzo się cieszę, że uwagi okazały się przydatne.

A że treść pozostała taka sama – cóż, tak przecież umyśliłeś sobie ten spacerek przedstawić. Nie krytykuję Twojego sposobu pisania, a tylko sygnalizuję, że dla czytelnika nie gustującego w tak poetyckich opisach, tekst może nie być spacerkiem, może się okazać drogą przez ciernie. Ponieważ jednak są wśród nas użytkownicy o różnych upodobaniach, jestem pewna, że znajdą się i tacy, którzy dostrzegą i docenią urodę tego opowiadania. Prawdę powiedziawszy, jestem bardzo ciekawa opinii innych czytelników.

 

Tam się zdanie raz otwiera wielokropkiem, bo zaczyna się scena dość oniryczna.

Tyle że wielokropek nie może otwierać zdania zaczynającego się wielką literą. Za SJP PWN: wielokropek «znak interpunkcyjny złożony z trzech kropek następujących po sobie, oznaczający przerwanie toku mowy lub niedomówienie»

W opowiadaniu rzeczone zdanie jest poprzedzone niedopowiedzeniem i kolejne może otwierać wielokropek, ale pierwsze słowo nowego akapitu winno być napisane małą literą:

Czerwony ogień hipnotyzował…

trawione nim drewno czerniało, rozpadało się w pęknięciach, z pęknięć kicały głośno skry.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Faktycznie, jest z wielkiej. Poprawione :)

OK. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka
Patronujemy