- Opowiadanie: Teller - Ścieżka

Ścieżka

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Ścieżka

Zrobimy to jutro.

Jutro. Choćbyśmy zginąć mieli wszyscy. Zginiemy z honorem.

Tą myślą ułożył się do snu.

 

***

Dzień wcześniej

 

Posłaniec przybył bez opóźnienia. Pośpiech w jego funkcji miał swoje symboliczne wytłumaczenie. Jedną nogą był, drugą już wychodził. Nie wiedzieć czy to z powodu strachu przed straceniem, po obwieszczeniu złej nowiny, czy faktycznie napiętego terminarza, który aż do śmierci wyglądał tak samo. Dotrzeć z punktu A do punktu B. Przy tak prostym równaniu nie sposób się pomylić. Szczególnie jeśli stawką jest nie tylko własne, ale tysięcy, a czasem nawet i więcej ludzkich istnień.

Tym razem chodziło o ledwie setkę, ale jak później będzie miał się ów nieszczęsny posłaniec dowiedzieć, list z królewską pieczęcią wywołał większy wstrząs niżeli ktokolwiek mógłby się tego spodziewać. Nawet zamkniętym w najwyższej z wież Widzącym.

Posłaniec przygotowany był na najgorsze. Jego obawy potęgowała gęstość atmosfery unoszącej się w powietrzu książęcej komnaty. Najmłodszy z królewskich synów, bękart o imieniu Moas, z założonymi do tyłu rękoma wypatrywał z pogardą w dal, która wyrastała przez jego oczyma. Tak blisko, a zarazem tak daleko od domu.

Mieścił się on nie w szerokości geograficznej, a u boku ukochanej Meridy. Jej oblicze nie odbiło się w brązie jego oczu już od przeszło siedmiuset dni. Wystarczająco długo, aby wyhodować nienawiść, której nie sposób było poskromić. Mawiano, że sam Moas wydał rozkaz usunięcia wszystkich obrazów w twierdzy, jakoby oblicze jego budzić miało strach nawet w nim samym.

Akty jego bestialstwa docierały do ojca, ubierane w coraz to barwniejsze opisy. Król zbywał je machnięciem ręki. Nie był w stanie poskromić go od dzieciństwa. Bo co ojciec zrobić winien, patrząc na dziecko, które przystawia nóż do gardła nauczycielowi fechtunku. Dobry rycerz z niego będzie – mawiał za życia Mistrz Ostrza, ale iskierka strachu w jego oczach w tamtej sytuacji wbiła się w pamięć Króla na zawsze. Posyłał więc Moasa w najdalsze z krain, by tam rozprawiając się z Dzikimi zaspokajał swoje chore pragnienia.

Dostrzegłszy teraz obecność królewskiego posłańca, Moas oderwał się na chwilę od swoich myśli i protekcjonalnym tonem uciął niezręczną ciszę:

– Co mój kochany ojciec ma mi tym razem do obwieszczenia?

– Pojęcia nie mam, o Czcigodny. Nie śmiałbym nawet …

– Wiem głupcze, daj mi te trujące słowa.

Posłaniec z trudem przełykając ślinę usunął się w dalszy kąt komnaty. Całą swoją energię wykorzystywał teraz na próbę wyczytania z oblicza księcia charakteru owego pisma. Rzecz jasna zaraz po tym, jak skończył pisać w głowie przypuszczalne scenariusze. Albo opuści książęcą twierdzę z mieszkiem topazowych klejnotów, albo koń powlecze go z powrotem w kawałku. Dosłownie. Moas wynalazł bowiem swój sposób na niosących złe wieści posłańców. Krępował ich ręce jednym, a nogi drugim sznurem. Pozostałe końce przywiązywał dwóm rwącym się do galopu koniom. Madejowe łoże, w tym porównaniu wydawało się zbawieniem.

List, jak każdy spod tej pieczęci, zaczynał się starannie wymienionymi tytułami. Moas nie rozumiał, dlaczego ojciec nie mógłby sobie tego choć raz darować. Pewnie łudził się, że tą słowną zagrywką przypomni bestii o jego człowieczej naturze. Lub też po prostu serce chwytało go za rękę, co widać było po rozedrganym piśmie, szczególnie, kiedy padał w tekście zwrot „Synu”.

Moas nigdy się nim nie czuł. Nie przeszkadzało mu bycie czarną owcą. Nigdy nie widział siebie w roli wymuskanego i lśniącego nieskazitelnym metalem zbroi Księcia, na widok którego wilgotniały nawet najwyżej urodzone panny. Nigdy nie chciał być taki, jak jego przyszywani bracia. Już dawno kodeks rycerski i umiejętność władania mieczem, sprowadzili do poziomu sztuki posługiwania się sztućcami na dworze. Nie zapominając o całowaniu dam w ręce i napełnianiu ich kielichów winem.

Szukał w liście „ale”. Wiedział, że wszystko co po nim może pominąć. Zazwyczaj znajdowały się w tam prośby, a czasem nawet błagania. Za późno drogi ojcze na próbę poskromienia mojej natury – myślał za każdym razem Moas.

Tym razem wiadomość, jak nigdy, była nad podziw krótka i konkretna:

 

Są ostatnimi z plemienia. Zrób co musisz i wracaj do domu.

 

***

Kilkanaście lat temu

 

Drakar był Świadkiem. Dopiero z upływem czasu miał zrozumieć, że przekleństwo wydarzeń, których doświadczył miało stać się błogosławieństwem i nadać sens jego życiu. To było celem życia każdego z Arrakenów. Ścieżka sensem życia. Nie umrzesz, dopóki nie znajdziesz – uczono go przez całe życie. A znajdował każdy. Stało się to przekleństwem nielicznego już ludu Arrakenów. Zaciekawienie ze strony najeźdźców zaczęło przeobrażać się w obawy. Te z kolei w strach. A to miało przynieść otwartą wojnę. A ona koniec ścieżki Arrakenów.

Kochał swoją matkę miłością tak płynącą z serca, jak uzasadnioną naukami Wierzących. Dla Arrakenów matka była uosobieniem Bogini Słońca. Dawała życie. Szanowano tutaj kobiety, jak w żadnej innej krainie i jak nigdzie indziej pozostawały one w cieniu, dokonując w skromności swojego przeznaczenia.

Kilkuletni Drakar świdrował swoimi bystrymi oczami wypatrując biało-złotej chorągwi, kształtem przywodzącej na myśl język jaszczurki. Przyjeżdżali tutaj co raz częściej, w towarzystwie co raz to większej ilości jucznych koni. Rozprawiali godzinami z naszymi Wierzącymi. Nigdy nie zrozumieją sensu Ścieżki, choćby wykładać im to godzinami – myślał Drakar.

Jeden z obcych przed odjazdem, zawsze zaglądał do ich skromnej izby. Ogień strzelał w kominku, a w powietrzu rozchodził się zapach przygotowanej przez matkę warzywnej potrawki, którą ów jegomość zachwycał się bez opamiętania. Na ustach matki gościł uśmiech za każdym razem, kiedy przybysz pojawiał się w progu, stąd też i mały Drakar zaczął pałać do niego nieskrywaną sympatią. Szczególnie, że przynosił dla niego za każdym razem nową opowieść zza Dalekich Wód.

A Drakar je uwielbiał. Szczególnie te o wielkich rycerzach, niestrudzonych ogierach wojennych i tajemniczych Widzących, potrafiących zaglądać w przyszłość. Nikt wtedy jednak, nie zdawał sobie sprawy, że historie te nigdy nie będą miały wpisać się do umysłu chłopca, jako dziecięce wspomnienia, które swym ciepłem ogrzewają w najciemniejsze dni. Zostały zabite. Brutalniej aniżeli mógłby to pojąć umysł kilkuletniego chłopca.

Chorągiew wyłoniła się zza linii horyzontu. Powolnym krokiem, objuczone konie wnosiły pod górę swoich panów. Drakar z daleka widział ich, niczym jedno falujące ciało. Każdy z nich odziany był w te samą lekką kamizelkę łuskową tak, że w blasku słońca można było oglądać ten na swój sposób, fascynujący taniec odbijanych światełek. Niektórzy z Arrakenów traktowali to jako dobry znak od Bogini Słońca, odkładając tym samym swoją przezorność na dalszy plan.

Drakar dopiero z bliska dostrzegł znajomą twarz. Przybysz mijając go na swym lśniącym ogierze uśmiechnął się i skinął ręką w ukrytym geście powitalnym. Chłopiec skopiował gest najlepiej jak potrafił, czym rozbawił jeźdźca doszczętnie.

Przybiegłszy do domu w jego nozdrza uderzył zapach tej samej co zawsze warzywnej potrawki. Choć było to danie bez wątpienia wyśmienite, Drakar nie potrafił odgadnąć, ile jeszcze łyżek będzie musiało przepłynąć przez gardło obcego, zanim poprosi wreszcie o coś innego. Jego bystry dziecięcy umysł podsuwał mu myśl, że być może nie o jedzenie tutaj chodzi. A przynajmniej nie tylko.

Spojrzał na krzątającą się po izbie matkę. Ubrana dla wygody prac domowych w oliwkową lnianą koszulę i waniliową zapaskę, odgarniała swoje niesforne fale włosów po każdym ruchu wymagającym schylenia głowy. Nad jej dekoltem piętrzyły się założone na rzemienie klejnoty z Dalekich Wód. Zdobycie ich było wpisane w Ścieżkę każdego mężczyzny z Arrak. Sam Drakar nie mógł doczekać się swojej wyprawy. Przyniesie matce najpiękniejsze z klejnotów. Żeby wyglądała jeszcze piękniej niż teraz.

Niedługo pojmie, że nie będzie mu dana ta Ścieżka i długo walczyć będzie ze sobą, by zapamiętać matkę tak, jak widział ją teraz.

Dwa przeciągłe pukania, z jednym krótkim pomiędzy. Ich umówiony znak. Przybysz stanął w progu izby, a dwaj jego pobratymcy wycofali się nie spuszczając wzroku z wnętrza, dopóki nie zatrzasnęły się drzwi. Drakar był już wystarczająco duży, by zrozumieć, że obcy musiał być kimś ważniejszym, skoro pod izbę zawsze przybywał z eskortą.

Obcy przywitał matkę pochylając głowę i położył na stole dwa nabrzmiałe bukłaki. Przywołał Drakara do siebie.

– To podpłomyki – powiedział wręczając chłopcu lekkie zawiniątko wielkości dłoni. – Napchały najwięcej brzuchów wśród naszego ludu.

Zaniósł się śmiechem. Kolejny raz tego dnia. Drakar pomyślał, że przybysz musi być dzisiaj w wyjątkowo dobrym humorze. Przelewał czerwoną ciecz z bukłaka do swojego kielicha. Nie tylko swojego.

Patrzył na dwójkę dorosłych w tym dziecinnym tańcu upojenia winem. Szepty, podszczypywania i pożądliwe spojrzenia. Drakar, nie mając gdzie podziać oczu, skupił się na skubaniu podpłomyka. Nigdy nie widział matki w ten sposób. Odrzucała względy najmężniejszych z Arrakenów, by skończyć w uściskach jakiegoś obcego. Chłopiec niemal podskoczył, kiedy zza ściany usłyszał nagły chichot matki. Ze złości przygryzł wargę. Na jasnej powierzchni podpłomyka pojawiła się krwista kropka.

Stojący za drzwiami strażnicy wymienili speszone spojrzenia, kiedy ich uszu doszły głośne westchnięcia, które przerodziły się w przeciągłe pojękiwania, by na końcu wystrzelić kakofonią spazmatycznych krzyków. Dużo wyraźniej słyszał je schowany, a raczej uwięziony, za cienką ścianą dzielącą dwa pomieszczenia izby chłopiec. Znienawidził własną matkę i w duchu prosił o wybaczenie Boginię Słońca.

 

 

***

Krzyk przeszyty uderzeniem grzmotu zerwał go ze snu.

Minęło dziewięć miesięcy od pamiętnej nocy, kiedy narodziła się w nim nienawiść do matki. Miał wrażenie, że naraził się tym Bogini, która nie oszczędzała go w ostatnich dniach. Tak jak on nie oszczędzał w swej pogardzie matki.

Tajemniczy przybysz zza Wielkich Wód nie pojawił się już nigdy w Arrak. Co raz rzadziej też, Drakar widział biało-złotą chorągiew. Na próżno było wypytywać o obcego. Niekiedy wracał w takie dni z przetartym kolanem, albo rozciętą od upadku głową, kiedy to któryś z jeźdźców uznał, że przekracza granicę naprzykrzania się. Tajemniczy przybysz wciąż jednak, na swój chory sposób, był obecny w ich domu. Pozostawił po sobie ból, cierpienie i nienawiść.

Teraz, na wpół przytomny Drakar popchnął ciałem drzwi i wpadł do głównego pomieszczenia. Oczom, jeszcze nie przyzwyczajonym do mroku, pomogło kolejne uderzenie. Błyskawica na ułamek sekundy rozświetliła izbę. Ujrzał matkę zwijającą się w bólach na posłaniu. Ciemna ciecz wokół jej ciała nie mogła być niczym innym jak krwią. Drakarowi przywiodła na myśl rozlane wino na sukni matki kilka miesięcy temu. Los ze mnie drwi – pomyślał.

Krzyk matki przywrócił na chwilę trzeźwość umysłu. Jej nabrzmiały brzuch wyglądał, jakby za chwilę miał eksplodować i zalać całą izbę krwią. Jak się okazało dziecięce umysły są nie tylko pełne wybujałej wyobraźni. Nawiedzają je także złe myśli. Bardzo złe. Jak te, które przebiegły właśnie przez głowę Drakara.

Należy jej się.

To kara Bogini Słońca.

Rozpustnica musi zginąć.

Kolejny grzmot. Gniew Matki Matek. Drakar otrząsnął się i napełniwszy misę wodą pomógł matce zaczerpnąć podtrzymując jej głowę. Choć wzgardzał nią, nienawidził za to, jaką krzywdę sprowadziła do ich domu, to nie mógł wyrzec się miłości do niej. Tak naprawdę nie chciał, żeby stało się jej coś złego. Obiecał przecież sobie, że przyniesie jej najpiękniejsze klejnoty Wielkiej Wody.

Matka chwyciła go za rękę. Z jej bladego oblicza nie mógł wyczytać nic poza cierpieniem.

– Drakarze, mój kochany, posłuchaj mnie uważnie – wyszeptała, jak gdyby na wstrzymanym oddechu.

Drakar nie mogąc, nie chcąc wyrwać ręki z jej uścisku, sam napiął wszystkie mięśnie licząc, że pomoże tym matce wyrzucać z siebie słowa.

– Nienawidzisz mnie. Widzę to w twoich oczach. Masz dobre serce. Nie pozwól by nienawiść cię zaślepiła. To nie jest twoja Ścieżka.

Ostatnie słowa wyszeptała na takim wydechu, że ledwie zrozumiał ich znaczenie. Drakar obserwował, jak jej brzuch pulsuje ze wszystkich stron. W tej sekundzie, kiedy odwrócił wzrok, wydawało mu się, że pobladła jeszcze bardziej.

– Bogini i Ścieżki. To wszystko takim nie jest synu. Serce wyznaczy ci drogę. Idź za jego głosem, a nigdy nie pobłądzisz – wyszeptała i rozluźniła chwyt.

 

Kolejny grzmot. Zabrał matkę. Przyniósł zło.

 

 

***

 

Teraz

 

Ta noc należy do najgorszych. Myślał tak wiele razy, do czasu aż nie nastąpiła następna. I następna. I jeszcze jedna.

Popatrzył po swoich współwięźniach – od kilku godzin mogących nazwać dumnie niemal braćmi, których połączyło marzenie o wolności, a spoiły przecięte, kilka godzin temu, ostrzem dłonie.

Chrapali. Niektórzy z szeroko otwartymi ustami, zostawiając na posłaniu stróżkę śliny powolnie wymykającą się z odrętwiałych ust.

Widok ten, zamiast w rozbawienie, wprowadził Drakara w jeszcze większe przygnębienie. Spali spokojnie, bo zbudował w ich umysłach nadzieję tak silną, że byli gotowi oddać za nią życie. Oddać życie za niego.

Widział w ich oczach szacunek, choć nigdy o niego nie zabiegał. Po prostu kroczył swoją Ścieżką. Niestrudzenie, przez całe życie. Czasem tłumaczył to sobie, jakby był rzeką, szeroką, rwącą silnym prądem do przodu, do której wpływały po drodze mniejsze, uznając za słuszne i właściwe podporządkowanie się. Prawo natury, którego sensu się nie podważa.

Nie spał tylko nazwany przez nich Skałą. Łypał na Drakara spode łba, co jakiś czas w nerwowym ruchu przymrużając oczy. Można by pomyśleć, że odpłynął daleko w głęboki sen, a ciało wystawił na straży, które buntowało się także chcąc zaznać odpoczynku. Niecodzienny był to widok, szczególnie dla nowych. Skała okrzyknięty został Skałą nie bez przyczyny. Zwaliste ciało i siła olbrzyma połączone z powolnym umysłem. Niektórzy żartowali, że jest opóźniony, inni – że najzwyczajniej głuchy i ślepy. Teorii dorabiano co raz więcej, więc na wszelki wypadek trzymano się od Skały z daleka.

– Hej, Skała, śpisz tam czy co? – rzucił półszeptem Drakar, bacznie obserwując jego reakcje.

Cisza.

Drakar oparł głowę o zimną ceglaną ścianą i ignorując brak odzewu podjął dalej:

– Może zginiemy. Może nie. Oni tego nie wiedzą, ale ja Ścieżki traktuję inaczej. Te nasze. Arrakeńskie Ścieżki, jeśli wiesz o czym mówię, bo to żeś nie jednym z nas to wiem od dawna. Ja nie poddaję się tylko przepowiedniom i wróżeniu z fusów jakiś Widzących, którzy zawładnęli naszymi umysłami dla własnych korzyści. Człowiek sam wykuwa Ścieżkę, narzędziem które sam wykuł w kuźni, którą sam zbudował. Wszystko ma swoją przyczynę i skutek, a nawet najdrobniejsze rzeczy odciskają piętno w przyszłości. Tak już jest. Gdybym dawno temu nie był tchórzem, nie było by mnie tutaj. Ciebie pewno też nie. – Drakar zatrzymał się na chwilę, a do jego pauzy dołączyło się jakieś przeciągłe chrapnięcie. – W każdym razie, żaden ze mnie wybraniec. Jestem Świadkiem. Mam krew niewinnych na rękach, tak samo jak ta bestia. Widzę ich twarze we śnie. Codziennie nowe. Codzienne z innym bólem wypisanym na swoich bladych twarzach. To niby moja Ścieżka? Sam dokonałem wyboru. Albo przebije swoje serce, albo tyrana. Zdecydowałem i zrobię to dzisiaj.

Z Twoją, ich pomocą, czy bez niej.

Drakar odetchnął głęboko, wciągając mimo woli zapach rozsypanych okruchów podpłomyków. Przywiodły mu na myśl wspomnienia z dzieciństwa. Wiedział czyją twarz ujrzy, kiedy zmorze go sen.

Spojrzał na Skałę i postanowił, że też stanie się kamieniem tej nocy.

 

 

***

 

– Panie, czy podjąłeś już decyzję? – zapytał Widzący.

Zdawało się, że Moas wciąż szuka odpowiedzi wpatrując się w okiennice. Robił to z taką uwagą, że można by stwierdzić, iż pyta o zdanie swoje własne odbicie.

– A Ty? Jak zrobiłby to Zawsze Widzący Wesyr? – odbił ze wzgardliwym uśmiechem Moas, wciąż nie odwracając wzroku w stronę rozmówcy.

– Przeceniasz mnie Książe. Podpowiadam ci jedynie jak używać narzędzi, które od zawsze posiadasz w sobie. Żyję by służyć tym, którzy decydują. Dawno skrócono by mnie o głowę, gdybym próbował choćby stawiać się w roli swoich Panów.

– Iście zgrabna wypowiedź Wesyrze. Jak zwykle – dodał z przekąsem Moas.

– Widzę, że coś cię trapi Panie. Czyżby nie radowała cię myśl o powrocie do domu?

A czymże jest dom – pomyślał Moas. Zewsząd wzgardzany zbudował go

w swojej głowie. Było to niewątpliwie ekonomiczne rozwiązanie. Nie odczuwał bólu związanego z przywiązaniem. Nie musiał się dostosowywać. Urządzał go tak, jak wymagała tego sytuacja. Samotność? Pomyślał o Meridzie. Tylko ona warta jest tego, by zbudować dla niej prawdziwy dom. Na skale.

 Widzący miał rację. Moas zbyt często w ostatnim czasie zaszywał się w swoich komnatach. Strach i szacunek, na które zapracował rzeką przelanej krwi pozwalały mu teraz na długotrwałe pogrążanie się w myślach, bez utraty autorytetu. Groźba przemocy jest gorsza, niż sama przemoc – powtarzał mu Wesyr. Myśl ta podtrzymywała Moasa przy duchu, kiedy przyłapywał się na braku ochoty na wymierzanie brutalnej sprawiedliwości.

Jeszcze moment, a okaże się, że wpadnę z tęsknoty w ramiona ojcu i swoim fałszywym braciom. Niedoczekanie – strofował się Moas. Potrzebuję impulsu, tchnienia, poczuć woń krwi i strach w ich oczach. Serce zacznie bić mocniej i z tak świeżymi wypiekami na policzkach będę godzien powitać Meridę. Wielki Moas powróci. Prawowity dziedzic zajmie należne mu miejsce.

– Panie? – wyrwał go z zamyślenia Widzący.

– Już wiem Wesyrze – podjął z nagłym ożywieniem Moas. – Koniec z tymi zabawami godnymi błaznów na dworze mego ojca. Nie pamiętam, kiedy ostatnio splamiłem swój miecz krwią. Pragnę tego, jak nigdy dotąd. Pragnę rozrywać ich gardła, przebijać serca, patrzeć, jak zamyka się życie w ich oczach. Muszę narodzić się na nowo i z takim obliczem spojrzeć w ich tchórzliwe twarze po powrocie. Rozumiesz mnie Wesyrze?

Widzący nie odwzajemnił entuzjazmu Moasa.

– Sądzisz, że to najlepsze rozwiązanie Panie? Zaiste rycerskie to, aby żywot plemienia kończył, nie kto inny jak sam uzurpator. Ale racz zważyć Książe, że …

– Że dawno nie władałem bronią? Że bliski jestem postradania zmysłów gapiąc się godzinami w to okno? Że mówią, iż Okrutny Moas się kończy? To chciałeś powiedzieć Wesyrze?

Widzący pozostał niewzruszony. Znał królewskiego bękarta na tyle dobrze, by wiedzieć, że myślami jest już w trakcie realizacji swojego planu. Nie będzie więc rozdrabniał się na nic nie znaczące, przypadkowe ofiary. Dawny Moas – być może – ale nie ten słabeusz, którego koniec już dawno przewidzieli inni Widzący.

– Nie to miałem na myśli Panie, ale faktem jest, że jestem tu także, by trafnie szacować twoje siły na zamiary. Wszak od miesięcy w niewoli, ale który człowiek nie zawahała się walczyć o życie, kiedy dać mu ku temu sposobność.

– Faktem jest także, złotousty Wesyrze, że nie jesteś tu po to, aby studzić mój temperament. Próbowałeś kiedy rycerzowi wyjąć miecz z pochwy? Stoisz tu z głową na miejscu, więc mniemam, że nie. Nie próbuj więc i tym razem.

Wypowiadając ostatnie słowa Moas ułożył dłoń w taki sposób, jak gdyby chciał zacisnąć ją z daleka wokół szyi Widzącego.

– Wychodząc każ posłać po giermka. Niech przygotuje zbroję i miecz – zdecydowany tonem zakończył rozmowę Moas.

Widzący z uniżeniem wycofał się w stronę drzwi. W progu zatrzymało go wołanie Moasa:

­– Każ jeszcze przyszykować pełen wóz włóczni. To żadne wyzwanie przebijać mieczem worki z piaskiem.

 

 

***

 

Tego dnia mgła nad Skrajną Doliną była wyjątkowa gęsta. Powietrze zwilgotniało – od płynącego nieopodal szerokiego koryta Wielkiej Wody – do tego stopnia, że wydawało się, iż skóra na ciele zaczyna się lepić. Gdzieś w oddali zaklął schodzący ze zmiany wartownik. Przez ograniczoną widoczność nie trafił w ostatni szczebel drabiny i z hukiem wylądował na ziemi.

Zawtórował mu dźwięk prawie setki włóczni zrzucanych z wozu. Później szczęk opuszczanych rygli i głuche skrzypienie drewnianych wrót. Wszystko, jak gdyby z palcem na ustach. W ciszy. We mgle.

Zanim oczy Drakara uderzyła mleczna perspektywa, a stojącego kilka rzędów bliżej więźnia ugodził w szyję wyrastający z nicości miecz, zamknął oczy próbując sięgnąć do nienawiści ukrytej w mrocznej połowie jego umysłu.

 

To nie jest twoja ścieżka.

 

Wykułem ją sam, tak jak kowal wykuwa swoje miecze. Z tą samą precyzją uderzałem i nadawałem kształt swojemu charakterowi. Studziłem ogień nienawiści w wodzie rozsądku. Nadawałem mu odpowiedni kształt. Aż wreszcie cierpliwie czekałem.

Drakar wyciągnął przed siebie dłonie. Na lewej skruszone kawałki kwarcu, przyklejone żywicą do kawałka materiału. Do prawej przywiązany skaleń. Jedna do rozrywania skóry i rozpraszania przeciwnika. Druga do ogłuszania. Broń, która w połączeniu z wolą walki i odrobiną szczęścia miała przynieść im wolność. Zaraz po tym jak dokona się sprawiedliwość.

 

Nie pozwól by nienawiść cię zaślepiła.

 

Krew wolno spływająca po białym prześcieradle. Młody więzień przepadł we mgle. Jakby jakaś niewidzialna ręka pociągnęła go siłą w zaświaty. Wszystko to nie trwało dłużej, niż kilka uderzeń serca. Zmysły Drakara były aż nadto wyostrzone. Rana z nadgarstka przypomniała o sobie palącym bólem. Zaczęło się.

Popatrzył po swoich pobratymcach. Ostatni Arrakeni – głupcy, słabeusze wierzący w przeznaczenie i Ścieżki. Jeszcze ich krwi brakuje mi na swoich rękach  –pomyślał Drakar, lecz ku swemu zdziwieniu nie dostrzegł w ich oczach strachu.

Patrzyli na niego, jakby czekając na sygnał. Mgła przeszkadzała Drakarowi w ocenie sytuacji. Był pewien, że cały oddział uderzył w nich i prze do przodu, aż rozerwie wszystkie gardła na swojej drodze. Stłoczona prawie setka więźniów przepadała w białej gęstwinie w szaleńczym tempie.

Kładła ich zaraza, której imię było Moas.

Zanim zdał sobie sprawę co się dzieje, z mgły wyłoniła się sylwetka o ciemnej twarzy i oczach płonących dziką furią. Miecz zbrudzony krwią po samą rękojeść, zatańczył i położył dwie kolejne ofiary tuż obok Drakara. Przeszyte na wylot. Drakar chcąc ubiec kata, wyprowadził z biodra z głośnym wydechem prawą, obwiązaną kamieniem dłoń. Celował w podbródek. Łudził się, że cios dojdzie celu. Miast tego przeciął gęstą chmurę, pozostawiając na niej ślad, bo nieudanym ataku. Nim Drakar zdążył wrócić ręką z powrotem do gardy, ujrzał ślepia po swojej prawej i wyłaniające się nad nimi bordowe od krwi ostrze. Zamknął oczy czekając aż miecz opadnie i w tym samym momencie poczuł, jak z przeciwnej strony z impetem uderza w niego jakaś niewyobrażalnie wielka siła. Runął przygnieciony potężnym ciałem na ziemię. Kolejne padały tuż obok. Zobaczył oddalającą się czerwień miecza. Pod prześcieradłem gęstej mgły był teraz bezpieczny. Obejrzał się na leżące obok ciało. Skała. Wciąż oddychał, ale jego pierś rozdzielała głęboka na pół łokcia rana, z której sączyła się ciemna krew. Drakar zrozumiał, że przyjął na siebie cios wymierzony w niego.

– Głupcze! Co uczyniłeś?!

Skała wywrócił oczy i głośno odkaszlnął uwalniając stróżkę krwi, która podeszła teraz do ust. Spojrzał na Drakara i po raz pierwszy, a zarazem ostatni odezwał się:

– Ścieżka skały, to nie dać Drakarowi umrzeć – wycharczał, po czym wyzionął ducha.

– Na Boginię Słońca! – wykrzyczał w niebo Drakar – czym zasłużyłem, aby przyjść na ten chory świat. 

Nienawidził się. Nic nie zrobił. Kolejny raz patrzył, jak inni cierpią za niego. Słyszał przez mgłę, jak w imię jego fałszywych nadziei giną ostatni Arrakeni.  

Jestem Świadkiem. To moje piętno. To moja pieprzona Ścieżka. Zginę z honorem. Choć tyle mogę dla siebie zrobić.

Drakar próbując się podnieść wyczuł pod dłonią drewniany trzonek. Powiódł po nim dłonią, aż poczuł zimny kawałek metalu. Grot. Wymacał ziemię dalej. Następny. Przesuwał się dalej i znajdywał kolejne. Gotując się na rychły koniec nie spodziewał się, że znowu pozwoli zawładnąć sobą nadziei. Zakrzyknął z całych sił w białą nicość:

– Włócznie! Schylać się do ziemi po włócznie! – po czym pobiegł za odgłosem ulatniających się istnień.

 

***

 

Trzydziestu, może czterdziestu – siekąc dalej ostrzem, w myślach szacował liczbę pozostałych do wyrżnięcia. Nie napotkał oporu za co winił teraz Widzącego. Przeklęty złotousty na pewno wszystko przewidział. Moas zastanawiał się, czy przed powrotem nie wyprawić na tamten świat i jego.

Cały ociekał we krwi. Jego na swój chory sposób, artystyczny zmysł, kontemplował w ułamkach sekund piękno czerwieni, jaką pozostawiał na białej zawiesinie.

W końcu żyję. Poczuł kilkanaście uderzeń miecza wcześniej, piekący ból na wewnętrznej stronie dłoni, ale zignorował go, zwalając to na zbyt długą rozłąkę z mieczem.

Z chwilowego zamyślenia wyrwało go nawoływanie w oddali. Nie sądził, aby pominął choć jedną ofiarę, ale mgła była do tego stopnia zwodnicza, że musiał niekiedy przecinać dwa razy – dla pewności.

Torując sobie drogę kolejnymi szybkimi cięciami, napotkał opór. Drewno. Nareszcie. Aż tyle czasu potrzebowali ci głupcy, by spostrzec, że niemal potykają się o broń daną im do obrony. Skupił swoje siły gotując się na ostatni taniec we mgle.

Nagle poczuł ukucie w bok. Zbroja zamortyzowała uderzenie, a Moas szybkim obrotem ściął nieprzewidzianego napastnika.

Nie spodziewał się kolejnego. Z tym także poradził sobie bez problemu, ale poczuł, że wyrasta przed nim kolejny. I następny. I jeszcze jeden. Niedobitki (a więc jednak) podnosiły się z mgły, trzymając w rękach włócznie skierowane grotami w jego kierunku. Tak jakby i sam Pan Zmarłych zbuntował się przeciwko niemu i powoływał do życia armię, wyposażając dodatkowo w broń.

Moas ignorował zagrożenie do momentu, aż pojedyncze włócznie nie zaczęły mijać jego twarzy o włos. Winił się za ostatnie rozleniwienie, ale za późno teraz było na wyrzuty. Ciął bardziej desperacko, nie przebijając a jedynie raniąc ofiary. Próbował odgonić otaczające go włócznie, niczym stado natrętnych much.

Nagła fala bólu uderzyła go w udo. Grot w bił się po sam trzonek. Moas odciął go, zostawiając w nodze drewniany kikut. Jego chwiejny krok dodał animuszu kolejnym więźniom i co raz odważniej przystępowali do ataków. Nagle role gwałtownie się zamieniły. Moas wykonał kołowrotek z mieczem, próbując kupić trochę czasu i oddalić się w mgłę, bez odniesienia większych obrażeń.

Białą nicość przeszył dźwięk rogu. Moas musiał najwyraźniej przebywać zbyt długo w boju i Widzący zdecydował wpuszczenie między więźniów małego oddziału.

Moas zacisnął zęby. Jak doszło do takiego scenariusza?! On, Wielki i Okrutny Moas, musi ustępować pola gromadzie wychudzonych nawiedzeńców.

Czuł co raz mocniejsze pieczecie na ręku. Wycieńczony powłóczył nogami w mgłę, zostawiając za sobą okrzyki i brzęk stali. Nie dosłyszał zbliżającego się za nim Drakara, a tym bardziej nie dostrzegł opadającego prosto w szczękę kamienia.

 

***

 

Odgłosy bitwy ostatnich z plemienia Arrakenów, przeciwko oddziałowi zbrojnych Moasa, wypełniły całą gęstość powietrza. Raz górą byli jedni, raz drudzy. Nie sposób było się domyślić, kto wyjdzie z tego starcia zwycięsko. Jeszcze nie teraz.

Tymczasem w oddali, człowiek o imieniu Drakar ciągnął za sobą ledwie przytomnego Księcia Moasa nad urwisko Skrajnej Doliny. W tej części mgła jakby nieco zelżała, odsłaniając w dole zarys leniwie płynącej Wielkiej Wody.

Drakar popatrzył na leżącego między jego stopami tyrana. Bezsilny i nieszkodliwy. Dokładnie tak samo, jak kilkanaście lat temu, kiedy to trzymał go zawiniętego w kawałek płóciennego materiału.

Patrząc w oczy Moasa wiedział, że się nie mylił. W chwilach zwątpienia drogę wskazywała mu blizna, paląc za każdym razem, kiedy bracia znaleźli się bliżej siebie. Teraz ból był wyraźny, jak nigdy dotąd.

Drakar jednak musiał się upewnić. Wyszarpnął oblepiony krwią karwasz Moasa i uniósł jego rękę. Koło przecięte linią w pół. Ta sama blizna co u niego. Wyglądała jak na wyrytą przed momentem. Skóra ręki w jej okolicach wydawała się płonąć.

– Widzisz te bliznę głupcze? Wiesz czego to dowodzi?

Moas bez zastanowienia splunął w twarz pochylającego się nad nim Drakara. Drakar przetarł twarz i nogą docisnął klatkę leżącego do ziemi.

– Byłoby prościej gdybym skończył z Tobą od razu. Póki miałem ku temu okazję. Zaraz po tym, jak wyszedłeś z łona mojej matki. – Na te słowa Moas szarpnął nieco ciałem, a jego oblicze sposępniało.

– Mimo, że krew płynie w nas ta sama – teraz to Drakar wymownie splunął na ziemię – to dzieli nas jedna ważna cecha – sumienie, którego tobie nie było dane nigdy posiąść. Mnie z kolei zamieniło w naiwnego słabeusza, który wolał oddać cię w ręce losu, zamiast samemu wymierzyć sprawiedliwość i zapobiec całemu złu, które pociągnęło za sobą moje godne pożałowania tchórzostwo.

Drakar przerwał na chwilę i podążył wzrokiem za płynąca daleko pod nimi Wielką Wodą. Czystość jej granatu była aż nadto wyrazista. Kontrastowała z płynąca wyżej mleczną mgłą. W oddali słychać było miękko stłumiony dźwięk starć. Wszystko było zbyt delikatne. Zbyt spokojne. Jakby od dawna chwila ta, była zaplanowana i najzwyczajniej w świecie dokonywała się właśnie w tym momencie.

Niech i tak będzie.

– Patrz – Drakar obnażył swój nadgarstek przed oczami Moasa – ta sama blizna. Wyciąłem je w chwili, kiedy podjąłem decyzję, żeby podrzucić cię twoim ludziom. A właściwie twojemu Widzącemu, który najwyraźniej poczuł się bardziej twoim ojcem, niżeli ten który cię spłodził. Dla wszystkich jesteś tylko budzącym strach bękartem. Nikt poza mną nie zna twojej prawdziwej historii. Obserwowałem cię. Nasłuchiwałem. Byłem twoim cieniem. Za każdym razem, kiedy czułeś bliznę, której pochodzenia nikt nie umiał ci wytłumaczyć – byłem blisko. Przez te wszystkie lata twój nieopuszczający cię na krok Widzący, krew niewinnych i blizna – były mi drogowskazem. Targały mną wyrzuty. Widziałem nocami twarze tych, których ty zabijałeś. Przestałem wierzyć w Ścieżki, ale uwierzyłem w przeznaczenie. Muszę to zakończyć – mówiłem sobie. Muszę ponieść odpowiedzialność za swoje tchórzostwo. Mam krew tych, których ty zabijałeś na swoich rękach, rozumiesz?!

Drakar przesunął nogę wyżej i ucisnął butem podgardle Moasa, tak że cały zsiniał i omal nie stracił przytomności, wkładając resztki sił w daremną próbę zrzucenia z siebie oprawcy.

Kiedy ucisk zelżał, Moas odkaszlnął wypluwając drobinki krwi na swój napierśnik. Wykorzystał ułamek sekundy, w którym Drakar odwrócił od niego wzrok i resztkami sił wyszarpnął ukryty pod drugim karwaszem sztylet. Ciął na oślep i poczuł, jak ostrze zatapia się w cienkiej skórze, tuż nad kostką Drakara.

Drakar zawył z bólu i osunął się na kolana, tuż przy nogach leżącego przed nim brata. Moas skorzystał z okazji i rąbnął piętą wprost w głowę Drakara, kładąc go tym ciosem na ziemię.

Leżeli tak oboje nad urwiskiem Skrajnej Doliny. Głowami skierowanymi w niebo. Około pięćdziesięciu łokci nad taflą Wielkiej Wody. Moas poruszył się pierwszy i wbijając paznokcie w ziemię, zaczął odkręcać i powoli doczołgiwać w stronę na wpół przytomnego Drakara. Kiedy ich ciała zrównały się, Książe wyszarpnął sztylet z nogi leżącego. Krew buchnęła strumieniem, ale tamten nawet nie jęknął. Moas obalił się na niego i przyłożył sztylet do jego gardła.

Uderzył go spokój w jego oczach. Zawsze widział tylko strach i teraz nie wiedział, jak zareagować. Przez moment wydawało mu się, jakby nie żył i teraz jako duch spoglądał w brąz swoich własnych oczu, leżąc nad swoim własnym ciałem.

To niemożliwe. Upuścił zbyt dużo krwi. Miał zwidy. To wszystko nie mogło być prawdą. Obudzi się zaraz w jednej ze swoich komnat po kolejnym koszmarze. Może i nawet już przy boku Meridy.

– Tchórzem byłeś, jako tchórz zginiesz – wykrzyczał w oblicze nieobecnego Drakara – było warto zmarnować całe życie?

Odpowiedziała mu cisza.

– Gadaj! Słyszysz mnie?! – nie przestawał szarpać ciałem leżącego.

Drakar uśmiechnął się. Łza spłynęła po jego policzku zostawiając czysty ślad na zakrwawionym obliczu. Moas zwątpił i zaczął myśleć, że tamten postradał zmysły.

– Krew jednej matki w nas płynie bracie – wyszeptał Drakar i po dłuższej pauzie podjął dalej – ja chyba jednak wierzę w Ścieżki. Bo jakaż inna siła przywiodła by nas tutaj. Wmawiałem sobie, że moja. Ale nie. Jestem na to za słaby. Coś kierowało mną, tak samo jak i tobą. Nie ma sensu walczyć z tą siłą. To już się dokonało.

Moas nie rozluźnił chwytu na sztylecie, ale jego ręka zadrżała. Paliła go teraz niewyrażonym bólem, a blizna wydawała się żarzyć niczym stal wyciągnięta z pieca kowala. Jakaś niewidzialna siła nie pozwalała mu dotknąć sztyletu do szyi Drakara, który ze spokojem przemawiał dalej:

– Przypadek czy przeznaczenie. To nie ma znaczenia. Żadne z nas nie miało na to wpływu. Moje sumienie doprowadziło do wyzwolenia mojego ludu. Twoje zło, było i długo jeszcze będzie drogowskazem.

Moas zalany tymi wszystkim słowami, nagle, po raz pierwszy w swoim życiu, poczuł się winny. Chcąc odgonić od siebie te myśli, uznał, że dobrze będzie zrzucić odpowiedzialność na kogoś, kto chętnie ją przyjmie.

– Sam powiedziałeś, że masz krew wszystkich na rękach. Stałeś i patrzyłeś. Jesteś tak samo winny, a może nawet i gorzej. Wykorzystałeś swój lud. Dla własnego celu sprowadziłeś na nich niewolę!

– Tu nie chodzi ani o mnie, ani o ciebie. To coś znacznie większego. Coś co wyrasta poza nasze ograniczone umysły, rozumiesz? Wolność rodzi się w cierpieniach bracie. Musieli jej doznać, żeby uwierzyć w swoją siłę. Że nie są tylko słabeuszami głoszącymi naukę o Ścieżkach. Że są w stanie walczyć o swoje życie. Że mimo iż Ścieżka jest tylko jedna, to prowadzi do niej wiele dróg. Jedną z nich jesteśmy ty i ja.

Moas dostrzegł chwilowy ognik w oku Drakara i nim zdołał pojąć, że był to zwiastun wypełniającego się przeznaczenia, jego ciało niemal bezwładnie oderwało się od ziemi.

Po raz pierwszy i zarazem ostatni, będąc w braterskim uścisku, Moas i Drakar spadali z samego szczytu Skrajnej Doliny, by utonąć na zawsze w czekającym na nich, niezmąconym granacie Wielkiej Wody.

 

 

Koniec

Komentarze

To było naprawde dobre! Szkoda tylko ze krótkie ????

Jest tu całkiem fajny pomysł na konflikt dwóch nieznanych sobie braci, których połączyło przeznaczenie. Jednak chrzęści mi język – choćby początek, gdy trzy akapity poświęcasz na nieistotne koniec końców dywagacje na temat losu posłańca. Uspokaja się to w drugiej połowie tekstu, ale i tak niektóre fragmenty dłużyły się bardziej, niż powinny (jak choćby ostatnia rozmowa braci – czy raczej monolog Drakara).

Technicznie jest średnio, trafiają się powtórzenia, zagubione przecinki. Nie czytało się jednak źle.

Podsumowując: fajny pomysł na fabułę, ale nad warsztatem trzeba jeszcze popracować. Bez fajerwerków póki co.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Jest jakiś pomysł ze ścieżkami, może warto go rozwinąć, pokazać jakieś rytuały, sposoby poznawania ścieżki? Fabuła nie rzuciła mnie na kolana, motyw braci przyrodnich, złego i dobrego wydaje się nieco wyeksploatowany.

Nad warsztatem powinieneś jeszcze popracować. Interpunkcja kuleje. Na przykład wołacze, Tellerze, oddzielamy przecinkami od reszty zdania. Czasem literówki. Najwidoczniej o kilku rzeczach jeszcze nie wiesz. Jest różnica między “co raz” i “coraz”.

Tą myślą ułożył się do snu.

Czy tu czegoś nie brakuje?

Przybiegłszy do domu w jego nozdrza uderzył zapach tej samej co zawsze warzywnej potrawki.

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu, bo wychodzi, że to zapach przybiegł do domu. Za to przecinek jest niezbędny.

zostawiając na posłaniu stróżkę śliny powolnie wymykającą się z odrętwiałych ust.

Sprawdź w słowniku, co znaczy “stróżka”. Możesz się zdziwić.

– Widzę, że coś cię trapi Panie.

W dialogach ty, twój, pan itp. piszemy małą literą. W listach dużą. Przecinek przed wołaczem.

Babska logika rządzi!

@ Dominikagal 

 

Dziękuję. Pójdę za głosem @Finkla i najpewniej rozwinę wątek Ścieżki. 

@NoWhereMan

 

Dziękuję za Twoje słowa. Przyznaję, że początek warto byłoby skrócić, bo odwraca uwagę, a objętość nadaje mu zbyt dużego znaczenia. Wezmę się za bardziej wnikliwą redakcję i analizę, najpewniej z pomocą, bo inaczej zbyt wiele się nie nauczę. 

A że zawzięty ze mnie człowiek, na pewno będę szlifował warsztat, dlatego też bardzo cenię każde wskazówki. 

 

@Finkla 

 

Być może spróbuję zawrzeć w krótkiej formie sam wątek o Ścieżkach. 

To pierwszy tekst skończony przeze mnie w całości. Będąc więc na początku ścieżki, poszukuję możliwości podnoszenia swoich umiejętności. Bardzo doceniam Twoją korektę, do której się zastosuję i będę wdzięczny za przekierowania, gdzie jeszcze mogę usprawnić swojego pisarskiego skilla. 

Nie w moim stylu jest poddawanie się. 

Sam ścieżkowy wątek może wyglądać jak infodump. Lepiej ubrać go w fabułę.

Babska logika rządzi!

Historia braci o całkowicie odmiennych charakterach i wychowywanych w różnych warunkach nie zrobiła na mnie specjalnego wrażenia. Rzecz dzieje się w bliżej nie sprecyzowanych i skąpo opisanych okolicznościach, i chwilami miałam wrażenie, że całość powstała tylko i wyłącznie po to, aby doszło do konfrontacji Drakena i Moasa.

Jakiś pomysł może i był, ale zabiło go wykonanie. Opowiadanie jest napisane w sposób bardzo utrudniający czytanie – liczne błędy, wiele nie najlepiej skonstruowanych zdań, że o złej interpunkcji nie wspomnę, sprawiły, że lektury nie mogę uznać za satysfakcjonującą.

 

Moas, z za­ło­żo­ny­mi do tyłu rę­ko­ma wy­pa­try­wał z po­gar­dą w dal, która wy­ra­sta­ła przez jego oczy­ma. –> Można wypatrywać czegoś, ale czy można wypatrywać w coś? Czy dal na pewno wyrastała? Literówka.

Proponuję: …Moas, z za­ło­żo­ny­mi do tyłu rę­ko­ma wpa­try­wał się z po­gar­dą w dal, rozpościerającą się przed jego oczy­ma.

 

Mie­ścił się on nie w sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej, a u boku uko­cha­nej Me­ri­dy. –> Co/ kto nie mieścił się w szerokości geograficznej, a u boku Meridy?

 

Ma­wia­no, że sam Moas wydał roz­kaz usu­nię­cia wszyst­kich ob­ra­zów w twier­dzy, ja­ko­by ob­li­cze jego bu­dzić miało strach nawet w nim samym. –> Jaki jest związek między usuniętymi obrazami, a srogim obliczem Moasa?

 

Akty jego be­stial­stwa do­cie­ra­ły do ojca… –> Obawiam się, że owe akty nie docierały do ojca, mogły docierać wieści.

Proponuje: Wieści o aktach jego be­stial­stwa do­cie­ra­ły do ojca

 

Po­sy­łał więc Moasa w naj­dal­sze z krain… –> Po­sy­łał więc Moasa do najdalszych krain

Posyłamy kogoś dokądś, nie w coś.

 

– Po­ję­cia nie mam, o Czci­god­ny. –> Dlaczego wielka litera?

 

Nie śmiał­bym nawet … –> Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

Ma­de­jo­we łoże, w tym po­rów­na­niu wy­da­wa­ło się zba­wie­niem. –> Ma­de­jo­we łoże, w tym przypadku, wy­da­wa­ło się zba­wie­niem.

 

List, jak każdy spod tej pie­czę­ci… – Listy są opatrywane pieczęciami, ale listy nie są spod pieczęci.

 

Lub też po pro­stu serce chwy­ta­ło go za rękę, co widać było po ro­ze­dr­ga­nym pi­śmie… –> Co to znaczy, że serce chwytało go za rękę?

 

Przy­jeż­dża­li tutaj co raz czę­ściej, w to­wa­rzy­stwie co raz to więk­szej ilo­ści jucz­nych koni.  –> Przy­jeż­dża­li tutaj coraz czę­ściej, w to­wa­rzy­stwie coraz to więk­szej liczby jucz­nych koni.

 

Nigdy nie zro­zu­mie­ją sensu Ścież­ki, choć­by wy­kła­dać im to go­dzi­na­mi – my­ślał Dra­kar. –> Tu dowiesz się, jak zapisywać myśli: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/;10328

 

Każdy z nich odzia­ny był w te samą lekką ka­mi­zel­kę łu­sko­wą… –> Każdy z nich odzia­ny był w taką samą lekką ka­mi­zel­kę łu­sko­wą… Lub: Wszyscy odziani byli w jednakowe kamizelki łuskowe

Wielu żołnierzy nie można ubrać w jedną kamizelkę.

 

Ubra­na dla wy­go­dy prac do­mo­wych w oliw­ko­wą lnia­ną ko­szu­lę i wa­ni­lio­wą za­pa­skę… –> Dlaczego kobiecie zależało, aby prace domowe miały wygodnie?

Jaki to kolor waniliowy?

 

Nad jej de­kol­tem pię­trzy­ły się za­ło­żo­ne na rze­mie­nie klej­no­ty z Da­le­kich Wód. –> Klejnoty mogą zdobić dekolt kobiety, ale nie bardzo wiem, jak mogłyby się nad nim piętrzyć, szczególnie przy pracach domowych.

 

Przy­nie­sie matce naj­pięk­niej­sze z klej­no­tów. Żeby wy­glą­da­ła jesz­cze pięk­niej niż teraz. –> Powtórzenie.

 

Nigdy nie wi­dział matki w ten spo­sób. –> A z jaki sposób widział matkę do tej pory?

Pewnie miało być: Nigdy nie wi­dział matki zachowującej się/ postępującej w ten spo­sób.

 

Co raz rza­dziej też, Dra­kar wi­dział bia­ło-zło­tą cho­rą­giew. –> Coraz rza­dziej też Dra­kar wi­dział bia­ło-zło­tą cho­rą­giew.

 

Nie­kie­dy wra­cał w takie dni z prze­tar­tym ko­la­nem… – Raczej: Nie­kie­dy wra­cał w takie dni ze startym/ zdartym ko­la­nem

 

Po­pa­trzył po swo­ich współ­więź­niach – od kilku go­dzin mo­gą­cych na­zwać dum­nie nie­mal brać­mi… –> Po­pa­trzył po współ­więź­niach – od kilku go­dzin mo­gą­c na­zwać ich dum­nie nie­mal brać­mi

 

Teo­rii do­ra­bia­no co raz wię­cej… –> Teo­rii do­ra­bia­no coraz wię­cej

 

Ja nie pod­da­ję się tylko prze­po­wied­niom i wró­że­niu z fusów jakiś Wi­dzą­cych… –> Ja nie pod­da­ję się tylko prze­po­wied­niom i wró­że­niu z fusów jakichś Wi­dzą­cych

 

Gdy­bym dawno temu nie był tchó­rzem, nie było by mnie tutaj. –> Gdy­bym dawno temu nie był tchó­rzem, nie byłoby mnie tutaj.

 

Widzę ich twa­rze we śnie. Co­dzien­nie nowe. Co­dzien­ne z innym bólem wy­pi­sa­nym na swo­ich bla­dych twa­rzach. –> …wy­pi­sa­nym na ich bla­dych twa­rzach.

 

Albo prze­bi­je swoje serce, albo ty­ra­na. –> Literówka.

 

Z Twoją, ich po­mo­cą, czy bez niej. –> Z twoją, ich po­mo­cą, czy bez niej.

Zaimki piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

– A Ty? Jak zro­bił­by to Za­wsze Wi­dzą­cy Wesyr? – odbił ze wzgar­dli­wym uśmie­chem Moas… –> Co odbił Moas?

 

– Prze­ce­niasz mnie Ksią­że. –> – Prze­ce­niasz mnie ksią­żę.

 

Ze­wsząd wzgar­dza­ny zbu­do­wał go

w swo­jej gło­wie. –> Zbędny enter.

Zewsząd znaczy tyle, co z każdej strony. Czy Moasem na pewno wzgardzano z każdej strony?

 

Myśl ta pod­trzy­my­wa­ła Moasa przy duchu… –> Myśl ta pod­trzy­my­wa­ła Moasa na duchu

 

je­stem tu także, by traf­nie sza­co­wać twoje siły na za­mia­ry. –> Zdanie raczej pozbawione sensu. Można co najwyżej mierzyć siły na zamiary.

Zwrot ten jest związkiem frazeologicznym, czyli formą ustabilizowaną, utrwaloną zwyczajowo, której nie korygujemy, nie dostosowujemy do współczesnych norm językowych ani nie adaptujemy do aktualnych potrzeb piszącego/ mówiącego.

 

– Wy­cho­dząc każ po­słać po gierm­ka. Niech przy­go­tu­je zbro­ję i miecz – zde­cy­do­wa­ny tonem za­koń­czył roz­mo­wę Moas. –> – Wy­cho­dząc, każ po­słać po gierm­ka. Niech przy­go­tu­je zbro­ję i miecz.Zde­cy­do­wa­nym tonem za­koń­czył roz­mo­wę Moas.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Może przyda się poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Wi­dzą­cy z uni­że­niem wy­co­fał się w stro­nę drzwi. –> Wi­dzą­cy uni­że­nie wy­co­fał się w stro­nę drzwi.

 

Póź­niej szczęk opusz­cza­nych rygli… –> Zdaje mi się, że rygle chyba się zasuwa, nie opuszcza.

 

Jesz­cze ich krwi bra­ku­je mi na swo­ich rę­kach po­my­ślał Dra­kar… –> Jesz­cze ich krwi bra­ku­je na mo­ich rę­kach po­my­ślał Dra­kar

 

wy­pro­wa­dził z bio­dra z gło­śnym wy­de­chem prawą, ob­wią­za­ną ka­mie­niem dłoń. – W jaki sposób można obwiązać dłoń kamieniem?

 

– Ścież­ka skały, to nie dać Dra­ka­ro­wi umrzeć – wy­char­czał… –> Wcześniej imię Skała było pisane wielką literą.

 

nie spo­dzie­wał się, że znowu po­zwo­li za­wład­nąć sobą na­dziei. –> Raczej: …nie spo­dzie­wał się, że znowu po­zwo­li, by nadzieja nim za­wład­nęła.

 

Cały ocie­kał we krwi. –> Cały ocie­kał krwią.

 

Nagle po­czuł uku­cie w bok.Nagle po­czuł ukłu­cie w bok.

Poznaj znaczenie słów ukucieukłucie.

 

Grot w bił się po sam trzo­nek.Grot wbił się po sam trzo­nek.

 

co raz od­waż­niej przy­stę­po­wa­li do ata­ków. –> …coraz od­waż­niej przy­stę­po­wa­li do ata­ków.

 

Moas za­ci­snął zęby. Jak do­szło do ta­kie­go sce­na­riu­sza?! –> Obawiam się, że scenariusz jest słowem zbyt współczesnym i raczej nie ma racji bytu w tym opowiadaniu.

 

Czuł co raz moc­niej­sze pie­cze­cie na ręku. –> Czuł co raz moc­niej­sze pie­cze­cie na ręku.

 

Wy­cień­czo­ny po­włó­czył no­ga­mi w mgłę… –> Można iść, powłócząc nogami, ale nie można powłóczyć nogami w mgłę.

 

Nie do­sły­szał zbli­ża­ją­ce­go się za nim Dra­ka­ra, a tym bar­dziej nie do­strzegł opa­da­ją­ce­go pro­sto w szczę­kę ka­mie­nia. –> Skoro Drakar zbliżał się od tyłu, w gęstej mgle, to w jaki sposób wymierzył precyzyjny cios wprost na szczękę kogoś, kto stał przed nim?

 

Od­gło­sy bitwy ostat­nich z ple­mie­nia Ar­ra­ke­nów, prze­ciw­ko od­dzia­ło­wi zbroj­nych Moasa, wy­peł­ni­ły całą gę­stość po­wie­trza. –> Co to znaczy, że odgłosy bitwy wypełniły całą gęstość powietrza?

 

za­wi­nię­te­go w ka­wa­łek płó­cien­ne­go ma­te­ria­łu. –> Wystarczy: …za­wi­nię­te­go w ka­wa­łek płó­tna.

 

po­dą­żył wzro­kiem za pły­ną­ca da­le­ko pod nimi Wiel­ką Wodą. –> Literówka.

 

Czy­stość jej gra­na­tu była aż nadto wy­ra­zi­sta. Kon­tra­sto­wa­ła z pły­ną­ca wyżej mlecz­ną mgłą. W od­da­li sły­chać było mięk­ko stłu­mio­ny dźwięk starć. Wszyst­ko było zbyt de­li­kat­ne. Zbyt spo­koj­ne. Jakby od dawna chwi­la ta, była za­pla­no­wa­na… –> Powtórzenia.

 

Mam krew tych, któ­rych ty za­bi­ja­łeś na swo­ich rę­kach, ro­zu­miesz?! –> Czy dobrze rozumiem, że Moas zabijał na swoich rękach?

Czy to zdanie nie powinno brzmieć: Mam na swo­ich rę­kach krew tych, któ­rych ty za­bi­ja­łeś, ro­zu­miesz?!

 

Le­że­li tak oboje nad urwi­skiem Skraj­nej Do­li­ny. –> Piszesz o dwóch mężczyznach, więc: Le­że­li tak obaj nad urwi­skiem Skraj­nej Do­li­ny.

Oboje to mężczyzna i kobieta.

 

Le­że­li tak […] Gło­wa­mi skie­ro­wa­ny­mi w niebo. –> Rozumiem, że ktoś, kto stoi, ma głowę skierowaną ku niebu, ale w jaki sposób, leżąc, można mieć głowę skierowaną w niebo?

 

Moas po­ru­szył się pierw­szy i wbi­ja­jąc pa­znok­cie w zie­mię, za­czął od­krę­cać i po­wo­li do­czoł­gi­wać w stro­nę na wpół przy­tom­ne­go Dra­ka­ra. –> Co odkręcał Moas?

 

Moas oba­lił się na niego i przy­ło­żył szty­let do jego gar­dła. Ude­rzył go spo­kój w jego oczach. –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Upu­ścił zbyt dużo krwi. Miał zwidy. –> Raczej: Stracił zbyt dużo krwi. Miał zwidy.

 

– Gadaj! Sły­szysz mnie?! – nie prze­sta­wał szar­pać cia­łem le­żą­ce­go. –> – Gadaj! Sły­szysz mnie?! – Nie prze­sta­wał szar­pać cia­ła le­żą­ce­go.

 

Łza spły­nę­ła po jego po­licz­ku zo­sta­wia­jąc czy­sty ślad na za­krwa­wio­nym ob­li­czu. –> Jedna łza na pewno nie zostawi czystego śladu.

 

Bo jakaż inna siła przy­wio­dła by nas tutaj. –> Bo jakaż inna siła przy­wio­dłaby nas tutaj.

 

Żadne z nas nie miało na to wpły­wu. –> Żaden z nas nie miał na to wpły­wu.

 

Je­steś tak samo winny, a może nawet i go­rzej. –> Je­steś tak samo winny, a może nawet i bardziej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wcięło mi długi komentarz…

To już skrótem.

Na plus: Umiesz snuć historię, stworzyć w miarę spójnych bohaterów, jakiś świat fantasy. Niezłe słownictwo.

Na minus: Dłużyzny, nic nie wnoszące do fabuły wtrącenia, warsztat. Ale to jest do opanowania przy dozie cierpliwości.

Ogólnie, jako debiut na plus. Ale tylko jako debiut.

Sith Happens!

Nowa Fantastyka