- Opowiadanie: Cerleg - Leopardy i czaple

Leopardy i czaple

Krótki słownik suahili, stanowiący integralną cześć tekstu:

chifu – szef;

konokono – ślimak;

wa – skrót od “sawa”: ok;

chungu – gorzki, bolesny; ale także – garnek, a metaforycznie: wspólnota wokół jedzenia;

kijana – młody mężczyzna. nastolatek;

mjinga – głupiec;

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Leopardy i czaple

Znalazłem ołówek i kilkanaście kartek papieru na jednej z półek w piwnicy. Wcześniej zbiegłem na dół wąską klatką schodową, zataczając się i obijając o ściany – za każdym zakrętem spodziewałem się kogoś spotkać. Nie było nikogo. Gdy skończyły się schody, zmusiłem się jeszcze do parunastu kroków, coraz bardziej zgięty wpół, w końcu uderzyłem lekko głową w betonowy słup podtrzymujący strop. Lekko – ale ostatecznie. Teraz półleżę, półsiedzę na zimnych kafelkach, obok regałów. Ołówek i papier były w zasięgu ręki.

Tak, “znalazłem” to niewłaściwe słowo, przecież wcale nie szukałem, przybory do pisania po prostu tu były. Nie wiem, dlaczego je wziąłem. Być może będę pisał póki będę żył, ale myślę, że będę żył, dopóki będę pisał.

 

Krew ścieka mu ze skroni po policzku, a potem kropla po kropli spada na brudnordzawą koszulę. On jednak nie zwraca na to uwagi. Ołówek trzyma w prawej dłoni, lewą przyciska kartki do uda, które służy ma za podkładkę. Gęste światło wlewa się wąskimi pasami przez dwa okienka bez szyb, wysoko pod sufitem.

 

Tak niewiele pamiętam z ostatnich dwunastu lat, nie mam nawet jasności, po co wbiegłem do budynku, choć przecież jestem tutaj nie dłużej niż kwadrans. Na dachu nie było strażników, metalowe drzwi otwarte na oścież, dookoła huk i gorąc, niebo wybuchało już na horyzoncie – więc wbiegłem. Ale przecież nie chciałem uciekać, niczego nie chciałem. I dalej nic nie chcę, nawet umierać, dlatego to takie dziwne, że piszę, bo choć papier i ołówek znalazły się same, to przecież ja piszę, moja ręka, moje oczy, moje myśli.

Tak niewiele pamiętam, nie więcej niż kilka obrazków. Na przykład, gdy – może po raz pierwszy – widziałem na niebie ciemne cielsko windreavera, z czterema potężnymi silnikami po obu stronach. Palące przedpołudniowe słońce miałem po lewej stronie, musiałem dłonią osłonić oczy i dopiero wtedy zobaczyłem, jak zawraca nad obozem, cały czas obniżając wysokość lotu. Gdy w końcu przeleciał nad nami, zrozumiałem, że jest gigantyczny – wcześniej brakowało punktów odniesienia, był tylko maleńkim trójkącikiem, potem stożkiem, wreszcie olbrzymem, już bez kształtu, bo zasłaniającym całe niebo. Z kilkunastu namiotów naszego chungu tylko jeden wytrzymał podmuch wiatru, a podniesiony z ziemi pył wirując w powietrzu kłuł w oczy i ranił policzki niemal do krwi. Wszystko trwało może pół minuty, a naprawy zajęły nam całą resztę dnia. Po wodę ruszyliśmy dopiero wieczorem – ja ciągnąłem wózek, a Chidibube dźwigała stągiew na głowie.

Gdyby sprawy potoczyły się inaczej, już wtedy wiedziałbym – a podczas każdego wyjścia z obozu jedynie utwierdzałbym się w tym przekonaniu – że nie zabije nas ani brak wody, ani głód, ani nawet czerwonka. Nie skończymy w jednej czy drugiej eksplozji, ale będziemy opuszczać życie kawałek po kawałku. Najpierw skończą się pytania, jak minął dzień, potem pozdrawianie gestem sąsiadów po wyjściu z namiotu – i tak dalej, jak błotna lawina. Każda sprawa będzie warta coraz mniej zachodu, a już na pewno coraz mniej słów, odpuścimy warty nocne, potem przestaniemy się w ogóle pilnować, bo przed czym? W końcu ktoś spojrzy na suche mięso konokono i pomyśli: nie mam siły kroić, gotować, opiekać nad ogniem, cóż złego się stanie, jeśli tego nie zrobię? Wykończy nas niemoc – tak wtedy bym pomyślał i chyba bym się nie pomylił.

Cały czas jednak nosiłem wodę z Chidibube. Mogłem zajmować się tym sam, ale chifu uważał, że to praca kobiet. Pozwolił mi na wyprawy w charakterze ochroniarza tylko dlatego, że nie traktował mnie poważnie. Byłem potrzebny, ale nieważny. Byłem duży – ale nieistotny. Nauczył tak myśleć wszystkich, a na końcu także mnie.

Tak niewiele pamiętam, nie więcej niż kilka obrazków. Zawsze, gdy wybuchało niebo, uciekaliśmy do jaskiń i zawsze ktoś nie zdążył. Pamiętam dzień, w którym nie zdążyła Chidibube. Biegłem, ile sił w nogach, łydki piekły ze zmęczenia albo od ognia, ale nie odwracałem się i dziś nie mam pojęcia, czy upadła, czy po prostu dała spokój. W jaskini dyszałem jak hiena, na nogach utrzymał mnie tylko napierający ze wszystkich stron tłum, z trudem krzyknąłem “wa!” w czasie liczenia. Chifu wywoływał nas po kolei, nie odpowiedziała tylko ona. Zwykle brakowało kilku, albo nawet kilkunastu “wa!”, a tym razem tylko tego jednego. Nie pamiętam złości ani ulgi, ale od tamtej pory chodziłem po wodę sam.

Po pierwszym windreaverze – to znaczy takim, który wydawał się pierwszym, nie pierwszym w ogóle, ale pierwszym, którego pamiętam – przylatywały kolejne, rzadko, lecz regularnie. Nie widziałem w tym powodów do świętowania, ale wznosiłem ręce ku niebu razem ze wszystkimi. Wydawało się, że wystarczy podskoczyć, żeby sięgnąć czarnego kadłuba. Niektórzy nawet skakali, ale równie dobrze mogliby skakać w nocy, żeby dosięgnąć gwiazd. Sam nie skakałem, choć byłem najwyższy. Wiedziałem, że nic to nie da.

Każdy przelot oznaczał pracę przy naprawie szkód, a każda praca oznaczała odłożenie na później pozostałych obowiązków – dźwigania chrustu, marszów po wodę, naprawy ubrań, czyszczenia latryn, czy wybierania konokono spod kamieni. Czasem próbowałem zebrać całą siłę i pracować dwa razy ciężej, ale było mi trudno, bolały kolana, głowa opadała na pierś, oczy nie dostrzegały szczegółów. Kiedy już nie potrafiłem rozróżnić kierunków, siadałem na piasku ze skrzyżowanymi nogami i czekałem, aż orientacja wróci – a wracała tylko wtedy, gdy nie myślałem o niczym, nawet o modlitwie o czyste, spokojne niebo.

 

Ołówek wyślizguje mu się spomiędzy palców. Nie wypuszcza kartek, gdy obiema dłońmi na ślepo przeszukuje podłogę dookoła siebie. Ołówek nie odturlał się daleko, utkwił na fudze między kafelkami. Kartki są pogniecione, rozprostowuje je na udzie i prasuje kantem dłoni. Gdy potrząsa głową, kropla krwi spada na papier. Ściera ją kciukiem, a razem z nią znika kilka słów.

 

Gdy przylatywał helikopter, niektórzy mylili łopot wirnika z wybuchami i zaczynali biec w stronę jaskiń. Nigdy nie miałem tego problemu. Helikopter lądował na dziedzińcu Magazynu. Wiedzieliśmy, że Magazyn ma dziedziniec choć nikt z nas tam nigdy nie był – strażnicy strzelali pod stopy każdemu, kto podszedł zbyt blisko, a czasem nie pod stopy, tylko w nogi, klatkę piersiową lub głowę. Widzieli doskonale w dzień, a czasem wydawało nam się, że jeszcze lepiej w nocy. Gdybym teraz miał siłę, wstałbym i poszukał tego dziedzińca. Czy jest tam studnia? Czy ktoś jej pilnuje? Czy musiałem godzinami chodzić po wodę, choć było jej pod dostatkiem tuż pod nosem? Nie dowiem się już, ale cieszę się, że przynajmniej potrafię zadawać te pytania.

A przecież nie tak dawno nie zastanawiałem się nawet, czemu niemal w samym centrum obozu stoi zamknięty piętrowy budynek, z jednymi podwójnymi drzwiami na wschodniej ścianie, przez które nigdy nikt nie wchodzi ani nie wychodzi, z grubymi deskami i metalowymi sztabami na oknach. I ze strażnikami, którzy całą dobę spacerują po dachu i strzelają bez zadawania pytań, każdy w ciemnych goglach i z chustą lub maską zasłaniającą twarz. “To jest Magazyn, tam nie chodź. Tam nic”, powiedział chifu, a ja pokiwałem głową. Magazyn czego? Nie myślałem o tym. Namioty mojego chungu rozstawione były na wschód od budynku, nie dalej niż sto metrów. Co rano słońce odbijało promienie od metalowych drzwi, co wieczór sztywne sylwetki strażników odcinały się na tle pomarańczowego nieba, nic bardziej niezwykłego od gorącego wiatru z pustyni. Dookoła dziesiątki innych chungu, setki namiotów, tysiące ludzi – i żadnej interakcji, poza pojedynczymi nabojami, z których każdy nazywał się “nie podchodź”.

Helikopter przylatywał rzadko, zawsze rano, zawsze z północy, odlatywał tego samego dnia, ale w różnych kierunkach. Duża maszyna, a jednak drobinka przy windreaverach.

 

Na chwilę przestaje pisać, wciąga powietrze przez usta z trudem, jakby się zatkał. W końcu po prostu przestaje oddychać, oczy wywracają się białkami na wierzch, bezdech trwa kilka sekund – ale wreszcie coś się przepycha i powietrze znowu znajduje drogę do płuc. Po minucie, albo dwóch oddech wraca do normy.

 

Tak niewiele pamiętam, ale coś jednak tak. Nie przerywaliśmy naszych zajęć, gdy przylatywał helikopter, nie przerywaliśmy, gdy odlatywał. Tym się różnił od windreaverów, właściwie różnił się wszystkim – poza tym, że był skądinąd.

Skądinąd były też konwoje z “pomocą”. Z nimi jednak interakcji było aż za dużo. Tuman kurzu widzieliśmy już dwa kwadranse przed przyjazdem – jeśli byłem w pobliżu, patrzyłem na mojego chifu. Zwykle machał ręką, wracałem do pracy. Ale czasem kiwał głową, wtedy wstawałem i biegłem ze wszystkimi. Spomiędzy namiotów wybiegali grupami ludzie, ja też nie byłem sam, wiedzieliśmy, że liczą się wyłącznie miejsca w pierwszym rzędzie, a te trzeba było najpierw dogonić, a potem obronić pięściami i łokciami.

Kolumnę zawsze prowadził samochód terenowy. Zamiast szyb miał grubą blachę z wąskimi szparami, z przodu straszył wielkim dwudzielnym pługiem, koła sięgały do pasa – a i tak wydawał się najdelikatniejszym z pojazdów. Zwalniał jeszcze zanim minął pierwsze namioty, ale nie stawał nigdy, nawet gdy gruchotały kości tych, którzy się zagapili. W ten sposób robił miejsce dla dwóch wozów opancerzonych i ciężarówki – i to ona była najważniejsza.

Jechała w środku, zderzak w zderzak za pierwszym z wozów. Przez zasłonięte grubą i gęstą metalową siatką szyby widziałem w szoferce ludzi z twarzami równie szczelnie zasłoniętymi, jak u strażników na dachu Magazynu. W odpowiednim momencie tacy sami wychodzili z włazów na dachu auta – bez włosów, bez oczu, bez ust, tylko gogle i maski – i rzucali w tłum paczki z jedzeniem, chemią sanitarną i szmatami, z których można było uszyć ubrania, namioty albo koce. Łapałem, co się dało, nie pozwalałem wyrwać, przekazywałem komuś z mojego chungu, kto stał w dalszym rzędzie. Potem patrzyłem, czy ktoś od nas nie potrzebuje pomocy. Wracaliśmy do namiotów z jedzeniem i krwawiącymi ranami, na moment silni i dumni ze zdobyczy. Dwa dni później po dumie i sile nie było ani śladu, zostawały jedynie siniaki i strupy.

Gdyby windreavery nie były tak gigantyczne, pewnie bym ich nie zapamiętał. Ale wiele konwojów pamiętam doskonale. Tak jak ten, w którym pod koła samochodu wpadł Nakato, popchnięty przez swoją siostrę – płakała potem tak długo, aż wszyscy uwierzyli w nieszczęśliwy wypadek. I tak jak ten, w którym jeden z kijana wskoczył na wóz opancerzony i utrzymał się na nim kilkanaście sekund do momentu, gdy seria z karabinu maszynowego nie zabiła jego i kilkunastu innych.

Albo ten, gdy trzech innych kijana wyciągnęło spod koszul kamienne noże, zanim jeszcze opadł kurz po przejeździe. Jaki mieli pomysł, nie wiem, ale wiedziałem, że nic z niego nie wyszło już wtedy, gdy stali plecami do siebie, każdy odwrócony w innym kierunku, otoczeni wściekłym, wrzącym tłumem. Pamiętam białe knykcie dłoni zaciśniętych na rękojeściach, pamiętam rzemienie na cienkich nadgarstkach i metalowe kółka w uszach. I ten moment, gdy pierwszy i jedyny raz poznałem zbiorową mądrość setki chungu: gdy wszyscy jednocześnie – trzech kijana i tłum i ja – zrozumieliśmy, że wyciągnięta broń oznacza złamanie zasady, przez nikogo nie spisanej i nigdy niewypowiedzianej, ale twardej jak ziemia pod stopami. I że jest za to tylko jedna kara. Pamiętam, jak ryknąłem ze wszystkimi, nim poleciały pierwsze kamienie.

A przecież bójki się zdarzały, o paczkę z jedzeniem, czy gniazdo konokono, nawet – rzadko – o wodę. Sam brałem w nich udział, choć częściej tylko przyglądałem się, traktując je jako przerwę od pracy. A razem ze mną dziesiątki widzów, w zwartym kręgu dookoła walczących. Klaskaliśmy, dopingowaliśmy, nie ingerowaliśmy – każda taka wojenka sama znajdowała swój koniec, ze zwycięzcami po jednej stronie, ale przegranymi po obu.

Czy przychodziło mi do głowy, że jest tyle rzeczy, z którymi trzeba walczyć w obozie i poza nim, że szukanie kolejnych było rozłożonym w czasie zbiorowym samobójstwem? Teraz tak, wtedy chyba nie. A już na pewno nie do dnia, w którym Zuri nie wskoczyła mi na plecy.

Patrzyłem na dwóch kijana okładających się pięściami pomiędzy naszym, a sąsiednim chungu, nie myśląc zbyt wiele o przyczynie bójki – wiązce chrustu, przyniesionej wspólnie z jednego z zagajników. Obserwowałem, jak wracali obaj w zgodzie i jak zaczęli dzielić zdobycz na dwie części, gałąź po gałęzi. Cierpliwości starczyło im tylko do pewnego momentu, widziałem jak między ostatnim słowem, a pierwszym popchnięciem kończyła się współpraca i zaczynała lekcja o tym, że nie ma przyjaźni między dwoma chungu, są tylko doraźne pakty o nieagresji.

Czasem płakaliśmy, gdy wybuchające niebo zabierało kolejnych ludzi, ale pozwalaliśmy dwóm chłopcom okaleczać się nawzajem, bo jedna gałązka okazała się dłuższa od drugiej. Minęła ledwie chwila, a już stałem w tłumie gapiów i razem ze wszystkimi czekałem końca tej sceny, choć niespecjalnie ciekaw rozstrzygnięcia.

Gdy Zuri wskoczyła mi na plecy, poczułem ból w kręgosłupie i ramiona obejmujące szyję. Nie wiedziałem kim jest, ale domyśliłem się intencji – nie były wrogie, chciała lepiej widzieć bijatykę. Wyprostowałem się i chwyciłem ją za nogi, żeby nie spadła. Usadowiła się wygodniej. Nie spojrzałem w górę, jedynie zapytałem, przekrzykując tłum, co będę z tego miał. Nie usłyszałem odpowiedzi, więc zapytałem jeszcze raz. “Będziesz mógł mnie wylizać przez dwie minuty tak, że się przekręcę na lewą stronę”, wykrzyczała mi do ucha, a potem z małpią sprawnością wdrapała się jeszcze wyżej, na moje ramiona. Trzymałem ją za kostki, czując ciepłe uda na policzkach.

Być może któryś z kijana nie przeżył walki, ale ja nawet nie pamiętam, kto wygrał. Zuri zeskoczyła na ziemię, a gdy odwróciłem się, musiała zadzierać głowę, żeby spojrzeć mi w oczy. Na chwilę, jak każdy w takiej sytuacji, zaniemówiła. Była z dalekiego chungu, skoro widziała mnie pierwszy raz.

“Wygląda na to, że nie dotrzymam mojej części umowy”, powiedziała i wybuchnęła śmiechem, ale to nie był śmiech ze mnie, tylko do mnie. Przez ostatnich dwanaście lat jedynym odbiciem mojej twarzy, jakie widziałem, były reakcje obcych.

Powiedziałem:

“Zuri”.

“Niech będzie”, odpowiedziała i odbiegła między namioty.

 

Ponownie przerywa pisanie i dotyka rakowatych nacieków – nad lewym okiem, w okolicach nosa i na prawym policzku, blisko ust. W świetle z okien pod sufitem nacieki błyszczą różnymi odcieniami purpury. Na palcach zostaje mu odrobina krwi, która cały czas sączy się z rany na skroni.

 

Wiem jak wyglądam teraz i wiedziałem, jak wyglądam rok temu, w dniu, w którym spotkałem Zuri. Nie pamiętam, jak wyglądałem dwanaście lat temu, ale wiem, że do obozu dotarłem już z chorobą, a przynajmniej z jej początkami. Najpierw wykwitła drobnymi kropkami, by po kilku miesiącach eksplodować, rozpocząć atak i rosnąć właściwie z dnia na dzień – aż w końcu znalazła właściwy sobie rozmiar, nieznacznie pulsując tępym bólem w rytmie dni i nocy. Przyzwyczaiłem się, zapomniałem. Chungu przyzwyczaił się, zapomniał. W całym obozie każdy na coś chorował. Ludzie bez oczu, ludzie bez rąk, ludzie z gęstą krwią, z rzadką krwią, jedną wielką raną zamiast skóry, zrośniętymi palcami, wykręconymi stawami, gnijącymi penisami, naroślami na piersiach, bez ust, bez włosów, bez stóp, ciągle wymiotujący, ropiejący, wydalający, wiecznie kaszlący krwią i flegmą, pokryci plamami, z przetokami w pachwinach. Byliśmy tam wszyscy, ja ani mniej, ani bardziej przezroczysty niż inni.

Śmiech Zuri i niedotrzymana obietnica nie sprawiły mi przykrości. Zacząłem o niej dużo myśleć. Była wieloma rzeczami. Na początku była odzyskanym poczuciem upływającego czasu. Nie widziałem jej dzień, dwa, siedem. Wszystko między przybyciem do obozu, a spotkaniem z nią w mojej pamięci stopione jest w chronologicznej magmie. Windreavery, konwoje, wyprawy po wodę, porody i umierania, początki, środki i końce chorób, rozpalone ogniska, kolejne wybuchy nieba, helikoptery, bijatyki – nie potrafiłem i wciąż nie potrafię powiedzieć, co było wcześniej, a co później, wszystko działo się jednocześnie, jedenaście lat nieustającego teraz. A od spotkania z Zuri – znowu w mojej głowie pojawiły się wczoraj i jutro, znowu wpadłem w strumień wiecznej trójcy przeszłość-teraźniejszość-przyszłość. Nie utonąłem w nim od razu i chyba wciąż nie w pełni go rozumiem, ale ze wszystkich rzeczy, które od niej dostałem, ta jest najważniejsza.

Nie widziałem jej dzień, dwa, siedem. W tym czasie przyleciał i odleciał helikopter, a ja zbierałem konokono do koszyka w dzień i pilnowałem ognia w nocy, śpiąc jedynie krótki czas tuż przed świtem. Bałem się zasnąć na dłużej, bo po każdym przebudzeniu coraz słabiej pamiętałem, jak wyglądała, kim była i że w ogóle była. Bałem się zasnąć, bo wiedziałem, że w końcu zapomnę – a chciałem pamiętać, tyle obrazów uciekało każdego dnia. Bałem się zasnąć, bo bardzo powoli zaczynałem rozumieć, że jest jakieś potem, które może być gorsze, niż teraz.

Aż wreszcie przyleciał kolejny windreaver – jak zwykle z hukiem zsuwał się nad obóz z wysokiego nieba. Wszyscy mężczyźni, wszystkie kobiety, dzieci, starcy, sprawni i niesprawni, zbierali się na pagórkach, niektórzy z wypełnionymi po brzegi koszami na głowach, inni nadzy, wyrwani spod koców i z chorób tą niczym nieuzasadnioną nadzieją, którą windreaver zawsze przynosił na swoich skrzydłach, jeszcze inni czołgali się, wczepiając palce w nogi i ubrania ludzi, którzy ich mijali. Czuliśmy na twarzach gorący wiatr od silników, zbliżał się powoli, niby jeszcze daleko, a już piasek podnosił się z ziemi i zaczynał swój taniec – i wtedy zobaczyłem Zuri biegnącą w stronę jaskiń. Tysiąc głów wpatrzonych w niebo i tylko ona-biegnąca-niewpatrzona i ja-odwrócony-też-nie. Nie miałem pojęcia, skąd przyszło mi do głowy, że to ona, ale wiedziałem, że to ona i że robi coś, czego nie robi nikt inny: ucieka przed windreaverem. W jednej chwili, tak po prostu w jednej chwili, pojawiła się logika i pojawił się sens – dlaczego tylko ona to robi, pomyślałem, przecież wszyscy powinniśmy uciekać. Uciekać, uciekać, uciekać! To były dziwne myśli, jakich nigdy wcześniej nie miałem, nie znałem ich źródła, ani nie mogłem przewidzieć skutków. A jednocześnie tak jasne, tak oczywiste, jakby układały się w umyśle od lat i teraz w końcu znalazły właściwą formę.

Pobiegłem za nią, dogoniłem, przez chwilę biegliśmy razem bez słów, a do jaskini wpadliśmy w momencie, w którym windreaver zasłonił słońce nad obozem.

Do tych jaskiń, których dziesiątki otaczają obóz, a niektóre wręcz są jego częścią, uciekaliśmy zawsze wszyscy, gdy wybuchało niebo. Każdy chungu miał swoją, a w niektórych mieścili się ludzie z dwóch chungu lub więcej. Gdy szukałem schronienia w obcej jaskini, musiałem się liczyć z tym, że wyrzucą mnie na zewnątrz, wprost pod wybuchające niebo, zawsze jednak znajdowało się dla mnie miejsce. Nie z życzliwości, jestem naprawdę duży. Ja sam, gdy przychodziło co do czego, nie pomagałem w wyrzucaniu nikogo z naszej jaskini, za co chifu bił mnie po plecach i ramionach gałęziami, gdy już wszystko się uspokajało. Nie za karę, nie żeby mnie czegoś nauczyć, ale dlatego, żeby inni widzieli, jakie obowiązują zasady. Godziłem się na to.

Ta jaskinia, do której trafiłem z Zuri, była malutka i wąska, choć wysoka na tyle, że mogłem się wyprostować, oświetlona słabo, jak wiele innych przez blade, zielonkawe „wieczne lampiony” porastające ściany i sklepienie. Ledwo widziałem sylwetkę Zuri, gdy prowadziła mnie przez kolejne zakręty, musiałem badać drogę rękami i szurać, żeby wyczuć nierówności i dziury w podłożu.

Na końcu jaskini, Zuri sięgnęła na półkę skalną – wiedziała, gdzie szukać, więc rozumiałem, że musiała być tu wcześniej – i zdjęła z niej coś niewielkiego. Nie mogłem dostrzec szczegółów, ale domyślałem się, że zakłada sobie to coś na głowę, a może twarz.

Spytałem:

„Co tu robimy?”.

„Dobrze, że pytasz”. Jej głos był zduszony, jakby mówiła zza ściany namiotu.

Gdy nadlatywał następny windreaver, może tydzień, może miesiąc później, nie musiałem jej już gonić, spotkaliśmy się po prostu przy wejściu do tej samej jaskini. „Następny”, bo wtedy już potrafiłem je odróżnić, to znaczy na tyle, żeby powiedzieć, który był wcześniej, a który później. Szliśmy tym samym skalnym korytarzykiem, dotarliśmy do tego samego końca, Zuri sięgnęła na tę samą półkę, jednak tym razem ściągnęła dwa przedmioty – to były maski, maski zakrywające całą twarz, z gumowymi paskami na tył głowy, wielkimi plastikowymi wizjerami i filtrami powietrza po obu stronach. Pomogła mi założyć jedną z nich, musiała dotknąć mojej twarzy, mojej choroby – robiła to pewnie, bez obrzydzenia i bez niezdarności, której spodziewałbym się w takiej sytuacji. Gdy skończyła, usiedliśmy na ziemi i czekaliśmy.

Niebo wybuchło kilka dni później, akurat wracałem z wodą – zdążyłem do naszej jaskini naprawdę w ostatniej chwili i krzyknąłem „wa!” w odpowiednim momencie. Brakowało dwóch „wa!”, a jedno z nich należało do Eshe, z którym kiedyś zbierałem konokono i mieszkałem w jednym namiocie. Jednak nie myślałem o nim, tylko o Zuri, czy na pewno zdążyła, czy jej „wa!” trafiło do którejś z jaskiń. Nie wiedziałem nawet z jakiego jest chungu, nie wiedziałem o niej nic. Zuri była wieloma rzeczami, a w tym momencie stała się też potrzebą do spełnienia, po raz pierwszy od nie wiadomo kiedy, czegoś – kogoś – mi brakowało.

Tak niewiele pamiętam z ostatnich dwunastu lat. Co nam zrobiliście? Co nam zrobiliście? Co nam zrobiliście? Co nam

 

Przestaje pisać, a zamiast tego, krzyczy zadzierając głowę: „Co nam zrobiliście?! Co nam zrobiliście?!”, trzymając wciąż kartki i ołówek bez ruchu. „Co nam zrobiliście?! Co nam zrobiliście?!”, aż w końcu kończy mu się oddech i mdleje, głowa opada mu na lewe ramię, potem na pierś. Płuca jednak wytrzymują kryzys. Omdlenie trwa kilkadziesiąt sekund, po których podnosi głowę i po prostu pisze dalej.

 

Dlaczego chungu nie rywalizowały ze sobą o władzę, o wpływy, dlaczego nie łączyły się w koalicje, nie zawierały i nie zrywały sojuszów? Dlaczego nie handlowaliśmy między sobą? Walczyliśmy przecież na pięści i kije, ale to były tylko krótkie momenty, bez żadnego sensu, bez żadnych ciągów dalszych i tylko, gdy przedmiot sporu znajdował się w pobliżu.

Dlaczego w moim chungu, choć wciąż znikały kolejne „wa!”, nigdy nie brakowało rąk do pracy? Skąd brali się nowi ludzie w moim namiocie – ludzie, których nigdy wcześniej nie widziałem?

Jak to możliwe, że chifu zawsze był w pobliżu jaskini, gdy niebo zaczynało wybuchać?

Czy słowa Zuri brzmiały jak słowa innych w obozie, czy jednak dobierała je inaczej, układała w zdania inaczej, czy mówiła o tych samych rzeczach, co wszyscy, czy o innych?

Dlaczego nigdy nie zastawiliśmy pułapki na konwój? Ze zwykłej ciekawości mogliśmy przecież wykopać dół, a nawet go zamaskować, znaliśmy trasę, widzieliśmy samochody z daleka, nie byłoby żadnych niespodzianek.

Dlaczego nie przenieśliśmy namiotów bliżej źródeł wody?

Gdzie kończył się obóz, a zaczynał chungu, gdzie kończył się chungu, a zaczynałem ja, gdzie i w którym momencie kończyłem się ja?

Czy niebo wybuchało zawsze po tym, jak przylatywał, a potem znikał windreaver?

Jak mam na imię?

 

Znowu mdleje i znowu dochodzi do siebie. To już ostatnie niezapisane kartki.

 

Zuri była wieloma rzeczami. Uczyła mnie zadawania pytań. Uciekaliśmy przed każdym windreaverem, ja chroniłem się w mojej jaskini przed wybuchającym niebem i z każdym dniem mój umysł stawał się czystszy i jaśniejszy, jakby dopiero teraz zaczynał pracować.

Czasem też opowiadała. Opowiedziała mi o nocach w Magazynie ze strażnikami – wpuszczali ją przez metalowe drzwi, po ciemku, robili swoje, po ciemku, silni i brutalni, w trzech, albo w sześciu, nie zdejmując chust z twarzy, za co dostawała jedzenie i tę maskę, a potem drugą, dla mnie, gdy powiedziała, że pierwszą ktoś ukradł. To nie była litość z ich strony. Bez maski zapomniałaby przyjść do nich następnym razem.

Opowiedziała mi o krwi, która wycieka kropla po kropli spomiędzy jej nóg i nie można tego w żaden sposób powstrzymać. O ranach na języku, dziąsłach i po wewnętrznej stronie policzków, z których sączyła się biała ropa. O bólu między piersiami, czasem tępym, a czasem tak palącym, że krzyczała na całe gardło. Myślę, że opowiadała, że umiera. I w końcu rzeczywiście umarła.

Opowiedziała o swoich rodzicach, lekarzach z dalekiego miasta, których pamiętała jako smutnych, lecz uśmiechniętych ludzi, gotowych na każde wyrzeczenie, żeby tylko ich córka mogła uciec przed wojną. Opowiedziała o podróży przez morze i o pierwszym dniu w obozie. O radości, gdy w końcu tu dotarła, gdy zobaczyła tysiące namiotów, a w nich jedzenie i wodę. O długim śnie, a potem o przebudzeniu na betonowej posadzce w Magazynie, gdy leżąc pod strażnikiem pomyślała, że przecież powinna teraz być w jaskini, schowana bezpiecznie przed wybuchami, że powinna krzyczeć „wa!”, a robi coś zupełnie innego, coś, co jest nieprzyjemne, zimne i dziwne.

Nie umiałem wtedy tak opowiadać. Ledwo rozumiałem związek między własną tępotą i windreaverami. Gdyby żyła dłużej, gdybym szybciej się ogarnął, mógłbym jej opowiedzieć o zielono-szarym półwyspie na północy, otoczonym wysokim murem i wielkim oceanem, skąd wyruszyłem w podróż, bo w przeciwieństwie do moich rodaków, chciałem wiedzieć więcej o afrykańskich Obozach Pokoju i Zapomnienia, których kolorowe zdjęcia pokazywano nam w telewizji.

Mógłbym jej opowiedzieć o podróży przez morze i pustynię, która doprowadziła mnie tutaj, do obozu. O pierwszych nocach w namiocie chifu, gdzie leżałem związany na ziemi i tylko raz na dzień ktoś podstawiał mi pod usta miskę z wodą, a potem kładł obok surowe mięso konokono, które pożerałem bezmyślnie w kilka sekund.

O moim synu, dziś już dorosłym człowieku, który na pewno dawno mnie pochował, a może nawet opłakał.

 

Na ostatniej kartce zostało niewiele wolnego miejsca, kolejne wiersze liter są coraz drobniejsze.

 

Nic nie chcę, nawet umierać, jestem starym białym mjinga, głupcem. Myślę jednak, że przyjemnie by było usiąść z Zuri przy ognisku, z zapasem konokono na całą noc, by opowiadać historie. Na przykład tę o leopardzie i czapli. „Podejdź, podejdź do mnie, kochana czaplo, żebym mógł dotknąć twoich miękkich piór. Podejdź na swoich dwóch smukłych nogach, bo ja przecież nie mogę podejść do ciebie, gdy stoisz na środku jeziora, choć nóg mam aż cztery”. A czapla odpowiada: „Leopardzie mój drogi, tutaj mi dobrze”.

Koniec

Komentarze

Świetnie napisany tekst. Forma znakomicie oddaje atmosferę piekielnej beznadziei i śmiertelnego zapomnienia. Słowa "czytałem z przyjemnością" wydają się być lekkawo niestosowne, ale, holender, tak właśnie było. 

Fabułą usatysfakcjonowany do końca jednak nie jestem. Za dużo pytań pozostaje po zakończeniu. Wiem, że stan bohatera/narratora uniemożliwia uzyskanie odpowiedzi bez naruszania konsekwencji narracji, twój zamysł był taki a nie inny i trzeba to uszanować. Jednak zawsze, gdy czytam, lub oglądam takie wizje koszmarnej rzeczywistości, zastanawiam się, czy są w ogóle sensowne. Czy jest tam jakiś cień realności, czy też po prostu autor chce zszokować/przygnębić/wkurzyć/zwrócić uwagę czytelnika. 

Bo jaki cel miały te obozy? Ludobójstwo? Są łatwiejsze sposoby. Izolacja? Po co? Dlaczego wszyscy byli chorzy? Jakiś nieudany eksperyment? Utrzymanie takiego stanu rzeczy wymagało z pewnością nielichych nakładów finansowych i technologicznych. Po co? 

Słowem, fakt, iż nie rozumiem koncepcji i zasad rządzących opisanym światem, przeszkadzał mi w odbiorze tego, skądinąd znakomitego opowiadania. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Thargone, dziękuję za komentarz i miłe słowa. Pytasz “po co?” – trochę się na razie waham, czy odpowiadać na to pytanie, bo zawsze stoję tu na stanowisku, że tekst się musi obronić sam, bez przypisów. Zobaczę, jak inne komentarze i się jeszcze zastanowię, jak na to odpowiedzieć. Na razie zapewniam, że jest to osadzone w bardzo dużym konkrecie.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

O, mamy takie same stopki komentarzowe :)

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Heh, rzeczywiście! 

Cytat to dość znany, ale to chyba pierwszy taki przypadek ;-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Możliwe spojlery.

 

Wygląda na wizję powiązaną z tematem uchodźców i z tematem obozów dla tychże. Piszesz o półwyspie na północy, otoczonym murem – świat białych ludzi, bezpiecznie odgrodzony od tych tutaj, których załatwiono “Obozami Pokoju i Zapomnienia”. Zuri nie jest naiwnym białasem, jak bohater, uciekła przed wojną – znowu interpretuję to jako wskazówkę – zrobiliśmy obozy dla uchodźców, jest im tam dobrze, hej, Europo, nie martw się. Trują ich i zabijają – po co, nie wiem, ale taki zabieg nie odbiega od historycznej normy. Może testują coś, co potem wykorzystają na reszcie. Nie wiem, czy dobry kierunek obrałam, ale tak to odebrałam. 

Świetnie napisane, niektóre akapity to majstersztyki, chociaż coś tam wyłapałam.

 

Tak, “znalazłem” to niewłaściwe słowo, przecież wcale nie szukałem, po prostu tu były. Ale nie będę teraz rozważać, dlaczego piszę, choć podejrzewam, że to ostatnia rzecz, którą robię. Być może będę pisał póki będę żył, ale myślę, że będę żył, dopóki będę pisał. ← ten akapit to jakiś koszmar. A pierwsze zdanie? Podmiotem jest “słowo”, a potem piszesz “były”.

 

ale pierwszym, którego pamiętam ← a nie który?

 

Namioty mojego chungu ← dwie spacje

 

uszyć ubrania, namioty, albo koce.

 

razem ze wszystkimi czekałem końca tej sceny ← dwie spacje

 

ani bardziej przezroczysty, niż inni.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Ja mam problem taki jak Thargone. To znaczy – podobało mi się bardzo, bardzo. I cały czas miałam nadzieję, że kiedy dotrę do końca, to będę wszystko wiedzieć. Interpretacja Naz wydaje mi się trochę zbyt ogólnikowa, żeby mnie usatysfakcjonowała – wciąż mnóstwo pytań, na które miałam nadzieję znaleźć odpowiedzi, pozostaje dla mnie bez odpowiedzi.

Hmm… czy to nie jest tekst o miłości bardzo różniących się dwojga – znaczy bardziej jego miłości?  Stąd taki tytuł? Wszystko w unikalnej afrykańskiej scenerii postapo, tragicznej dla nich, ale tak podanej, że niewiele można wywnioskować, więc to chyba tylko sceneria. 

Bardzo dobrze się czyta. Klimat posępny i gęsty. Dobry tekst, bo emocjonalny, poruszający.

 

Tak niewiele pamiętam z ostatnich dwunastu lat, nie mam nawet jasności w głowie, po co wbiegłem do budynku, choć przecież jestem tutaj nie dłużej niż kwadrans.

Czy nie lepiej brzmiałoby bez tej głowy?

Uwaga, spojlery. Nie mogę powiedzieć, że każda interpretacja jest uprawniona, ale rzeczywiście większość jest – tyle rzekłszy, muszę powiedzieć, że to co napisała Naz jest bardzo blisko tego, co mi w głowie siedziało podczas pisania. Naz, jeśli chodzi o ten akapit – coś jest na rzeczy, trochę go uprościłem, ale te wszystkie “były” mi się układają w jakiś rytm, który zostawiam, bo nie chcę na żywca i na szybko w tym grzebać. Za tę uwagę, a także pozostałe, a także za dobre słowo bardzo dziękuję.

 

Blackburnie, rzeczywiście lepiej – usunąłem. Twoja interpretacja jest równie uprawniona i choć sam tak o tym tekście nie myślę, to cieszę się, że w to miejsce Cię zaprowadził. Dzięki za dobrą opinię. 

 

Ocha, ale ja chyba nie umiem pisać tekstów, po których czytelnik i czytelniczka wszystko wiedzą. Inna sprawa, że kiedyś gdzieś przeczytałem, że Dukaj wychodzi z założenia, że autor musi znać cały świat, żeby opowiedzieć dziejącą się w nim historię. Nie musi opowiadać całego świata, ale musi go znać. Ja myślałem, że to głupie i że niemożliwe, ale przyznam, że coraz bliżej mi do takiego podejścia. Szkoda mi trochę, że Cię zostawiam z rozczarowaniem, ja czasem rzeczywiście pokazuję w tekstach za mało, ale akurat w tym to jest celowe i na tyle, na ile potrafiłem – skontrolowane.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Wrr… denerwuje mnie to, że nie wiem, co Autor miał na myśli. Ale pocieszam się tym, że moja interpretacja jakoś się wpasowuje. ;-)

Naprawdę Cię to denerwuje? Ja uważam, że czytelnik często lepiej wie, co autor miał na myśli, niż sam autor.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Hmm… tak, odbiera satysfakcję z lektury. Ty piszesz już o… chyba sztuce, którą można interpretować na swój sposób, a to jest za mało logiczne jak dla mnie. 

Nic to, nie zmienia to faktu, że bardzo dobrze i wciągająco mi się czytało. 

Chyba zgadzam się z Dukajem (brawo ja!) – ​ufam takiemu opowiadaniu i takiemu autorowi, który daje odczuć, że świat w którym dzieje się historia jest od tej historii większy (i przez autora kontrolowany). To się nazywa porządna kreacja – ​taka która daje przyjemność pisania i czytania. 

Jest więc w tym opowiadaniu spójny, ulepiony przez Ciebie świat – to dla mnie podstawa pisania. Są ważkie odniesienia do rzeczywistości, na szczęście niedosłowne, nienachalne (bo takie mnie płoszą) – to tego pisania sens. Odrobinę brakuje mi magii słowa – takiej jak w “​Wilczysku”​. Tu jest bardzo płynnie, przy tym precyzyjnie, ale nie zaskoczyłeś mnie wieloma zdaniami, których bym zazdrościł (choć kilka się trafiło). Zgrzytała trochę ta “interakcja”​, dopóki nie poznałem pochodzenia bohatera.

Tradycyjnie już chyba: klik!

Coboldzie, ale ja pod “Wilczyskiem” nawet pisałem – ““Wilczysko” jest dużo bardziej barokowe, niż większość moich tekstów, generalnie proszę się spodziewać, że będzie bardziej sucho” ;) Mam też nadzieję, że nie będziemy tutaj wszystkich moich tekstów do niego porównywać.

Dziękuję bardzo za zaufanie, komentarz i klik. 

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Co będziemy, to będziemy. Jeszcze nie wiemy ;) Ale magia nie jest dla nas synonimem barokowości.

Cerlegu, w odpowiedzi na komentarz Thargone’a napisałeś, że osadziłeś ten tekst w “bardzo dużym konkrecie”. Więc zaczęłam szukać, co to może być za konkret. Konkretny konkret. :) I nic konkretnego mi do głowy nie przyszło.

Skoro jednak jest, jak ma być, to ja nie mam z tym większych problemów. Niedomówienia mi zazwyczaj nie przeszkadzają, chociaż tutaj są jak na mój gust nieco za duże. Przez to nie rozumiem więcej, niż chciałabym nie rozumieć. Jednak trochę mi raźniej. ;)

Chyba dołączę do “bolszewików” – napisane bardzo dobrze (ale do tego już nas przyzwyczaiłeś :-) ), z fabułą mogło być lepiej, jednak nie będę się czepiać, z wyjaśnieniami tajemniczego “konkretu” – słabo. No, jest jakiś obóz (dla uchodźców?), czymś ich ktoś podtruwa (po co? Mengele doczekał się następców czy jest jakiś cel?), jakaś wojna daje się we znaki (to strona/y uchodźców wojują, czy organizatorzy obozu przyspieszają wymieranie?)… Jakieś poszlaki geograficzne – że suahili, że półwysep… Ale najbliższy mur w okolicy Afryki, jaki kojarzę, znajduje się w okolicy Izraela. Ale nigdy nie byłam dobra z geografii, więc to o niczym nie świadczy.

Fajnie oddany klimat, przemyślenia ogłupionego człowieka.

Ołówek wyślizguje mu się spomiędzy palców. Nie wypuszcza kartek, gdy obiema dłońmi na ślepo przeszukuje podłogę dookoła siebie.

Co jest podmiotem w drugim zdaniu i dlaczego ołówek?

Babska logika rządzi!

Naz jest bardzo blisko tego, co mi w głowie siedziało podczas pisania.

<taniec bliski zwycięstwa>

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Finklo, ale kim są bolszewicy? Ja myślę, że do “z fabułą mogło być lepiej, z wyjaśnieniami – słabo” powoli się przyzwyczajamy :) Ale na serio, to nie od kiedy tu jestem na forum, to się nad tym zastanawiam, co z tym zrobić. Po pierwsze: ja tak lubię, ale tutejsi czytelnicy nie bardzo. Po drugie – nie wiem, czy umiem inaczej i na pewno dobrze by było umieć (bo nie umieć i nie robić to proste, umieć i nie robić to już sztuka). Ostatnio słuchałem w radiowej Dwójce audycji o fantastyce z Tomkiem Kołodziejczakiem i on zwrócił na jedną rzecz uwagę – że w pisaniu fantastyki potrzebna jest ta dodatkowa warsztatowa umiejętność, której w literaturze mainstreamowej nie ma – umiejętność przedstawienia świata. Niby oczywiste, ale otworzyło mi oczy właśnie na fakt, że to jest umiejętność warsztatowa, a nie po prostu część tekstu czy kwestia jakiegoś talentu, czy instynktu. A jako taka wymaga pracy i ćwiczeń. Więc summa summarum ancora imparo ;) i cieszę się, że mnie na to tutaj naprowadzasz (i dziękuję).

 

Ocha, ten duży konkret – tak jak pisałem – jest w okolicy tego, pisała Naz.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Bolszewicy to ci od większości. ;-)

Bardzo zgadzam się z Twoimi słowami o umieniu i nierobieniu. Początkowo olewałam portalowe konkursy, które mi nie leżały (na przykład nie lubię horrorów), ale z czasem zaczęłam startować nawet w konkurencjach, za którymi nie przepadam – ww horrory, erotyka, absurd, steampunk… I efekty wcale nie były złe. Czułam się jak harcerz zdobywający kolejne naszywki na rękaw. Teraz mam więcej wiary w siebie – wiem, że w razie potrzeby jako tako dam radę napisać tę czy inną scenę. Jakbym powiększyła swoje terytorium.

W moim przypadku podejście lekkiego zmuszania się do napisania czegoś, co do nie końca pasuje, zadziałało. Wydaje mi się więc, że mogę do niego zachęcać. A jak Ty zrobisz – Twoja broszka. :-)

Babska logika rządzi!

Osobliwe opowiadanie. Napisane niezwykle oszczędnie, pełne niedopowiedzeń, nie wszystko jest w nim jasne i oczywiste, a jednak zupełnie mi to nie przeszkadzało. Czytałam z ogromnym zainteresowaniem, a nawet tlącą się nadzieją, ale cóż, mam wrażenie, że podobne opowieści nie mogą mieć dobrych zakończeń.

Szalenie satysfakcjonująca lektura.

 

coraz bar­dziej zgię­ty w pół… –> …coraz bar­dziej zgię­ty wpół

http://portalwiedzy.onet.pl/141563,,,,w_pol_wpol,haslo.html

 

spada na brud­no-rdza­wą ko­szu­lę. –> …spada na brud­nordza­wą ko­szu­lę.

 

I tak jak ten, w któ­rym młody ki­ja­na wsko­czył na wóz opan­ce­rzo­ny… –> W słowniczku wyjaśniasz, że kijana znaczy młody mężczyzna, nastolatek. Czy zatem nie wystarczy: I tak jak ten, w któ­rym ki­ja­na wsko­czył na wóz opan­ce­rzo­ny

 

po­wie­dzia­ła i wy­bu­chła śmie­chem… –> …po­wie­dzia­ła i wy­bu­chnęła śmie­chem

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, Reg, to chyba najbardziej pozytywna recenzja, jaką od Ciebie dostałem. A uwagi w punkt, jak zwykle, naniesione. Ja z kolei chciałem, żeby były w tym opowiadaniu takie momenty, w których nadzieja, o której piszesz, została zaspokojona. Nie jest to jednak spełnienie łatwe, na pewno. 

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Gdyby pisanie o spełnionych nadziejach było łatwe, Twoje opowiadania, Cerlegu, z pewnością nie byłyby takie zajmujące. A ponieważ są zajmujące, pozwolę sobie wyrazić nadzieję, że niebawem będzie nam dane poznać Twoje kolejne opowiadania. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie akurat ten brak wyjaśnień, o którym rozmawiacie z Finklą, bardzo odpowiada. Słusznie czy nie, uważam odpowiednio zostawione tropy, bez dosłowności, za pewien poziom kunsztu pisarskiego. Teksty czarno na białym niczego ode mnie nie wymagają. Dlatego twoje opowiadania bardzo mi leżą, Cerlegu. Fajnie dać czytelnikowi pole do interpretacji, chociaż dużo racji jest w tym, że w fantastyce świat przedstawiony jest kluczowy. Trzeba zrobić swój miszmasz, odpowiednio wyważony :)

Niewiele pamiętam opowiadań, chociaż tyle ich czytam, lecz najmocniej z pewnością pamiętam Śnieżkę dorjee. Chyba nawet uważam Śnieżkę za najlepsze opko, jakie tutaj czytałam. A jednym z istotnych elementów jest to, że nadal go nie rozgryzłam.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Klimatycznie napisana relacja :) Mnie tez nie przeszkadzały niedopowiedzenia – umieściłeś bowiem z tekście dosyć elementów, bym w zadowoleniu mógł tworzyć własny obraz. Najlepiej wypadły w nim przemyślenia bohatera-narratora. Takie proste, a zarazem dobrze przekazujące targające nim uczucia.

Jedno mnie tylko nurtuje – skąd zna określenie “windreaver”? Nie jest to słowo w suahili (nie wypisałeś go w słowniku w przedmowie, więc tak to zakładam), a nie przypominam sobie, by to gdzieś przeczytał. 

Podsumowując: język i osobliwa treść składają się na kilka sporych eksplozji fajerwerków na niebie :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Mi się bardzo podoba :) Jestem wyjątkowo usatysfakcjonowana lekturą. Pasuje mi Twój sposób pisania. I nie przeszkadzają mi niedopowiedzenia :) Pozdrawiam.

W zasadzie zgadzam się z Naz, że nie wszystko musi być podane czarno na białym (choć osobiście wolę, gdy jest, biorąc pod uwagę moje mentalne lenistwo oraz lekkopółśrednią inteligencję). Zdaję sobie sprawę również z tego, że w tym konkretnym tekście, ze względu na przyjętą formę i osobę narratora, jakieś większe wyjaśnienia mogłyby wypaść nienaturalnie. Jednak gdy czytam teksty, w których przedstawia się jakiś fragment, pojedyncze elementy innego świata (zwłaszcza, gdy elementy owe wydają się pozornie niespójne) zachodzą we mnie dwa podejrzenia:

Po pierwsze – autor ma konkretną i spójną koncepcję rzeczywistości, w której opowiadanie się dzieje, tylko jej nie ujawnia, bo ma w zanadrzu więcej opowiadań, tudzież powieść, czy co tam jeszcze. Wtedy mogę co najwyżej pokręcić nosem, że nie da się na razie ocenić sensowności i ogólnej "fajności" owej koncepcji (albo jak w przypadku tego portalu, podyskutować o tym z autorem) oraz cierpliwie czekać na następne teksty. 

Po drugie – autor nie ma koncepcji, tylko, przykładowo (sorry Cerleg, że przykład twoim kosztem) wrzuca takie windreavery, bo ogólnie są zajebiste klimat tworzą jak się patrzy, a czytelnik, jeśli ma ochotę, niech sam się zastanawia, czy mają sens i dadzą się sprowadzić do elementu jakiejś logicznej kreacji świata. 

I tu wchodzą sprawy typowo subiektywne – są tacy, którzy lubią sami wypełniać białe plamy i tworzyć obraz świata z okruszków i śladów, pozostawionych przez autora. Ja nie lubię, bo świat mogę wymyślić sobie sam, natomiast czytając, wolę zachwycać się (lub zniesmaczać) tym, co wymyślił autor. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Thargone, ale ten tekst – musisz mi zaufać – choć podejrzany, to nie przyznaje się do żadnej z win. Ani nie planuję na nim budować dalszego ciągu, ani nie wymyśliłem windreavera “bo tak” – ja wiem, jak ten świat wygląda i nic w tekście nie jest przypadkowe. Problem jest innej natury – ja tych białych plam zostawiam dużo, w innych tekstach podobnie. Jedni to lubią, inni nie, ja gdy jestem czytelnikiem, to akurat lubię. Ale też inspirowany uwagami Finkli stawiam sobie inne pytanie – czy aby na pewno potrafiłbym inaczej (w sensie warsztatowej umiejętności, nie w sensie “zmuszenia się” do tego). Nie wiem, na pewno nie zawsze.

NWM, zastanawiałem się, jak sobie poradzisz z opinią o opowiadaniu, w którym dosłownie coś wybucha na niebie :) Dzięki za komentarz, jeśli chodzi o windreavera, to ja to słowo znam z różnych gier i wydawało mi się, że tak jakiś spec od marketingu w przemyśle zbrojeniowym mógłby nazwać wielkie amerykański (czy aby?) statku powietrznego śpieszącego z “pomocą humanitarną”.

Katio, dzięki za miłe słowa!

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Powtórzę się nieco za przedmówcami. Cerlegu, tekst niesamowicie mi się podobał. Co tam niedopowiedzenia, skoro tak bardzo pasują mi one do całości opowiadania? Bardzo podoba mi się Twój styl pisania – umiesz wciągnąć czytelnika w przedstawianą historię. :)

 

Ufam, ufam, bo na początku napisałeś, że tekst jest przemyślany :-) Tym bardziej wkurza mnie, że nie mogę poznać twojej koncepcji :-) Ale jak obaj stwierdziliśmy – jedni lubią plamy, inni nie. Ja zawsze lubiłem wiedzieć, co poeta miał na myśli, choć pani od polskiego uparcie przekonywała mnie, że to nie jest najważniejsze. 

A przykład windreaverów podałem, bo odniosłem wrażenie, że istnieje spora przepaść technologiczna między opancerzonym konwojem z "pomocą", helikopterem i uzbrojonymi w karabiny maszynowe strażnikami, a jakimś bliżej niesprecyzowanym "wybuchającym niebem" i nieprawdopodobnymi maszynami latającymi… Że zwyczajowy podział na biedną, zacofaną Afrykę i bogaty, chciwy biały świat, nawet świat przyszłości, nie tłumaczy wszystkich elementów… Chyba, że zaangażowani są w to jacyś Obcy… 

Heh, no i proszę, właśnie robię to, czego nie lubię, czyli wypełniam plamy. 

Niedobry Cerleg… 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dziękuję, Rossa, cieszę się, że się podobało.

Thargone, mamy cię :)

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

A, żeby nie było, że nie mówiłem:

Bardzo dobre zakończenie. Takie “etniczne”, a zarazem otwierające na bardziej uniwersalną interpretację. I wyjaśniające tytuł.

Hmm… Nietypowe to opowiadanie. Myślę, że zrozumiałam z niego wszystko, co trzeba zrozumieć (owszem, jest mnóstwo niedopowiedzeń, ale wszystkie elementy układanki są na miejscu). Temat i wydźwięk ciężki. Tyle tylko, że mimo że opowiadanie jest dość krótkie, znużyło mnie. Czytałam na raty, nie dałabym rady na raz. Jakby było dłuższe to pewnie zaczęłabym raczej prześlizgiwać się po kolejnych akapitach wzrokiem zamiast czytać. I tego niestety nie wynagradza mi interesujące zakończenie.

 

Z technicznych spraw jedna rzecz wpadła mi w oko – zwróć uwagę na przecinki przed “albo”. Jeśli jest tylko jedno “albo”, przecinka nie stawiamy.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Jak zwykle w moim komentarzu, najważniejsze to, co na początku. Cała reszta to pierdoły (chyba).

Hipnotyzujący klimat wszechobecnej apatii, zobojętnienia, wręcz zbydlęcenia mieszkańców obozu. Pewnie odnosi się to w jakimś stopniu do wszystkich podobnych obozów w realu, mimo że windreavery ich nie nawiedzają. Nie zgodzę się jednak z @Naz, że trucie i zabijanie jest jakąś normą we współczesnych obozach dla uchodźców. To często nędzne, bo nędzne, ale jedyne miejsce schronienia dla ludzi uciekających przed wojną, czy katastrofą.

Zamierzone przez Autora niedopowiedzenia są istotą tego opowiadania. Oddają jego klimat. Nie powinny być w samym opowiadaniu dopowiedziane. 

Masz ode mnie Nobla (smiley) za to, że na końcu narrator okazuje się wbrew pozorom biały. To doskonale pokazuje, że wobec upodlenia w obozie takim, jak np w opowiadaniu, wszyscy jesteśmy tacy sami, bez względu na kolor skóry.

Niczego, co dalej napiszę nie bierz do siebie, @Cerlegu. Ostatnio nie miałem skrupułów zgłosić dość liczne uwagi nawet wobec opowiadania już wydrukowanego w NFsmiley.

Tytuł i samiutka końcóweczka (o leopardzie i czapli) mnie przerosły. Nie wiem, jak mają się do reszty.

Jak wynika z treści opowiadania, z windreaverami narrator zetknął się dopiero w obozie. Skąd w takim razie bez zawahania i z angielska akurat tak je nazywa. Mam też pytanie, dlaczego narrator, jak sam mówi, nie pamięta akurat pierwszego spotkania z windreaverem. Mimo całego otępienia, ten pierwszy raz, gdy widzi się coś tak dziwnego i złowrogiego, to się powinno zapamiętać. Już prędzej bym zrozumiał, że następne naloty, których było wiele, zlały się w pamięci w całość. Ponadto, skąd u narratora refleksja, że zapamiętał windreavery tylko dlatego, że były gigantyczne? A skąd narrator wie, że nie zapamiętałby tych UFO, gdyby były po prostu “tylko” duże? Wreszcie ostatnie pytanie co do tych pojazdów. Co było w nich takiego, że budziły nadzieję wśród towarzyszy narratora? Wg narratora, siały tylko zniszczenie.

Autor ustami narratora stwierdza, że powolne, rozłożone na 12 lat, “opuszczanie życia “ przez mieszkańców obozu było jak błotna lawina. Nie użyłbym tego porównania. Błotna lawina to, jak każda lawina, zjawisko gwałtowne. Nawet duży obóz (jak w opowiadaniu, czego można się domyślać) wchłonęłaby w nie więcej niż kilka minut.

Narrator zarzeka się wielokrotnie, że tak niewiele pamięta, tylko kilka obrazków. To oczywista nieprawda. Z tego, co potem opowiada wynika, że pamięta o wiele, wiele więcej. Już w następnym zdaniu po tym, jak po raz pierwszy narrator zasłania się prawie kompletną niepamięcią, ówże narrator mówi, że “zawsze“ coś tam wcześniej. Żeby stwierdzić, że coś było zawsze, trzeba wiele pamiętać. To zresztą tylko maleńki przykład. Z całej narracji wynika dobitnie, że główny bohater dokonywał stałej obserwacji obozowej rzeczywistości, spostrzegając, że coś się działo z określoną częstotliwością, czy w określonej kolejności. Wymaga to tysięcy zapamiętanych obrazów, a nie kilku. Jednak narrator uporczywie powtarza, że tak niewiele pamięta. Czy zamiarem Autora było, aby narrator ściemniał?

W jednym fragmencie opowiadania narrator wyjaśnia, że “gdyby sprawy potoczyły się inaczej” wcześniej by wiedział, że mieszkańców obozu wykończą nie nękające ten obóz plagi, lecz zbiorowe zapominanie. Jednocześnie narrator nie wyjaśnia wcale, jakie to sprawy i jak inaczej miałyby się potoczyć. Mam wątpliwości, czy to świadome niedopowiedzenie Autora, czy zwykłe jego przeoczenie.

W pewnym momencie narrator stwierdza, że po sprawdzeniu obecności w jaskini, do której schronili się niektórzy mieszkańcy obozu, nie pamięta ulgi ani złości. W tym banalnym z pozoru stwierdzeniu kryją się logiczne pułapki. Skoro nie pamięta, to czemu wymienia w ogóle uczucia? Czemu wymienia akurat te? Czy znaczy to, że uczucia, których nie wymienia (np radość, napięcie, rozczarowanie) to za to pamięta? Czy wymienia te uczucia, dlatego że uważa, iż akurat te powinien był odczuwać? W takim razie dlaczego uważa, że innych nie powinien był odczuwać albo pamiętać?

W którymś fragmencie ukośnikiem jest tak, że mężczyzna wciąga powietrze, jakby się zatkał. Proszę o wybaczenie, ale dla mnie brzmi to odrobinę śmieszne. Nie można tego powiedzieć jakoś inaczej? W tym samym fragmencie “coś się przepycha” i powietrze trafia do płuc. Czy mogę spytać jakie to “coś”, prócz powietrza, “się przepycha “. Nie można by np napisać po prostu, że powietrze przepycha się do płuc?

W innym fragmencie ukośnikiem narrator dotyka swoich rakowatych “nacieków” na twarzy. Abstrahując od terminologii medycznej. Czy tak się mówi? Czy nie brzmi to niezręcznie?

Już w którymś “normalnym “ fragmencie, tym o konwoju, narrator najpierw przekazuje przechwycone środki pomocowe komuś z chungu. a potem patrzy, czy ktoś “od nas“ nie potrzebuje pomocy. “Od nas “, czyli od kogo? Chodzi też o chungu? Jeżeli tak, powinno być chyba np “jeszcze ktoś od nas”. Przecież część pomocy narrator już przekazał.

Skoro jestem przy tym chungu, jeszcze jedna wątpliwość. W słowniczku na początku podaje Autor trzy możliwe znaczenia tego słowa, a potem posługuje się nim w tekście (wyłapałem dwukrotnie) w jeszcze innym, chyba na oznaczenie pojedynczego mieszkańca obozu. Raz mowa o stu chungu. Nie chodzi raczej o sto wspólnot jedzenia. Innym razem mowa wyraźnie o dwóch chungu, którzy są chłopcami.

Śpiesząc na spotkanie konwoju, narrator i towarzysze usiłują “dogonić “ odpowiednie miejsca. Dla mnie dogonić to można coś co ucieka, oddala się itp. Miejsca można ewentualnie zająć.

Zamaskowani konwojenci są przez narratora przedstawieni jako bez oczu, ust, włosów itd. Rzecz w tym, że jeżeli byli tak dobrze zamaskowani, to nie można było stwierdzić, czy te oczy, usta , włosy mają czy nie. Raczej zwyczajnie nie było ich widać.

Nawet jak na stłamszonych, wynędzniałych mieszkańców obozu, postępek siostry Nakato, która umyślnie wpycha swojego brata pod koła, wydaje się nieracjonalny. Dlaczego ona to właściwie zrobiła?

Wojenka to dla mnie po prostu zdrobniale wojna. Wojenką można nazywać małe wojny, aczkolwiek niekoniecznie, bo tak np Polacy nazywali wojnę polsko-bolszewicką 1919-1921. Wojenki to jedna zawsze wojny. Narrator zaś używa tego słowa na określenie zwykłych bijatyk w obozie.

Narrator zwierza się, że czegoś tam nie był świadom do dnia, kiedy “Zuri NIE wskoczyła mu na plecy “ Wiem. że językowo to poprawnie. Czy jednak takiej wypowiedzi nie można by zrozumieć w pierwszej kolejności dosłownie? Mianowicie, że wcześniej Zuri codziennie wskakiwała narratorowi na plecy, pewnego dnia nie wskoczyła, co uświadomiło narratorowi zbiorowe samobójstwo. Nie prościej powiedzieć, że narrator nie był zbiorowego samobójstwa świadomy do dnia, kiedy Zuri wskoczyła mu na plecy?

Dalej z opowieści narratora wynika jednoznacznie, że to on nadał Zuri właśnie to imię. Wprost mówi, że wcześniej jej nie znał. Dlaczego nazwał ją akurat “Zuri”, a nie np “fikum pakum “? smileySłowa “zuri “ nie ma w słowniczku.

Narrator żali się, że zanim Zuri się do niego zaśmiała, jedynym odbiciem jego twarzy były reakcje obcych. Pomijając leciutką niezgrabność tego sformułowania, powstaje pytanie, o jakich obcych tu chodzi. Czy wszystkich ludzi poza samym narratorem? Czy ludzi spoza obozu? Spoza chunga? Ludzi, których narrator nie zna? Wątpię, czy to zamierzone niedopowiedzenie Autora. Kolejne pytanie. Czy śmiech Zuri do narratora nie był też reakcją?

Gdzieś w drugiej połowie opowiadania narrator schował się wraz z Zuri w podobno “malutkiej” jaskini. Chyba nie była taka malutka, skoro Zuri prowadziła go zaraz przez zakręty tej jaskini. Co najwyżej bym się zgodził, że była wąska.

Mówiąc delikatnie, nie jestem mistrzem interpunkcji, jednak wydaje mi się, że w takim fragmencie zdania “wiązce chrustu, przyniesionej z zagajnika“ przycinek jest zbędny.

Pod koniec, kiedy narrator za ostatnim razem urywa zdanie “co nam zrobiliście? “, po tym “co nam“ na miejscu Autora wstawiłbym “…“.

Sam końcówkę omówiłem na początkusmiley

Moja interpretacja jest taka, że narrator jako jedyny przeżył ostateczną zagładę obozu. Dzięki szczęściu oraz temu, że schował się w jaskini pokazanej mu wcześniej przez Zuri i skorzystał z jej maski. We fragmentach ukośnikiem spisuje ocalałe wspomnienia z obozu. Kartki i ołówek zostawił wcześniej on sam w jakimś przebłysku świadomości, wywołanym najpewniej założeniem maski, co pozwalało w jakimś stopniu uniknąć zapomnienia (stąd maski nosili konwojenci).

Wszystko co napisałem, to w najlepszej wierze. Życzliwie, nie złośliwie.

Pozdrawiam, Cerlegu!smiley

MJacku, a ja myślałem, że piszę długie komentarze :) Nic nie biorę do siebie, wszystko do tekstu. Pozwolisz, że nie będę się odnosił punkt po punkcie, bo to nas donikąd nie zaprowadzi – wyglądałoby to bowiem tak:

Jak wynika z treści opowiadania, z windreaverami narrator zetknął się dopiero w obozie.

No, nie wynika – narrator mógł je widzieć wcześniej w telewizji, mógł o nich słyszeć, a zetknąć się na żywo dopiero w obozie – tak zaczynałaby się moja odpowiedź, ale to oznaczałoby brak szacunku dla Twoich spostrzeżeń, bowiem uważam (co pisałem tu na forum wielokrotnie), że tekst ma się bronić sam. Jeśli coś jest niejasne w tekście dla czytelnika, albo – jak w wypadku dużej części Twoich komentarzy – niespójne, bądź nielogiczne – to imho jest to wina tekstu, a nie czytelnika. Więc w tym kierunku w swojej odpowiedzi nie pójdę.

Cieszę się jedak, że przypomniałeś mi o ważnej zasadzie w pisaniu fantastyki. Ta zasada w ogóle jest ważna, ale w fantastyce szczególnie, bo tutaj czytelnik musi zawsze przed lekturą “zawiesić niewiarę”, czyli dopuścić możliwość, że to co opisane, może istnieć (elfy, roboty, rasa zabójczych kaczek, czy co tam). Jeśli ktoś podchodzi do fantastyki z założeniem “przecież to niemożliwe, żeby istniało takie coś, jak Gwiazda Śmierci”, to fantastyka nie jest dla niego. Ale rolą autora jest to, żeby go w tym zawieszeniu utrzymać – i jeśli świat przedstawiony, albo historia będą wewnętrznie niespójne i nielogiczne, to wtedy sprawa się rypie już z winy autora. Dlatego to takie ważne, żeby teksty fantastyczne były dobrze przemyślane. Sam osobiście uważam, że to stanowi o wielkiej sile fantastyki względem literatury innych gatunków.

Nie odniosę się do każdego z Twoich punktów, ale jednak do kilku tak – nie na poziomie szczegółów, ale na poziomie meta, zwłaszcza, że w tym co piszesz, jest sporo sensu, a na dodatek zadajesz pytania, które zasługują na odpowiedź.

Narrator zarzeka się wielokrotnie, że tak niewiele pamięta, tylko kilka obrazków. To oczywista nieprawda (…). Czy zamiarem Autora było, aby narrator ściemniał?

Oczywiście nie to było moim zamiarem. Wiesz, to pytanie można by uogólnić – co zresztą robiłem w czasie pisania: czy umierający człowiek, zwłaszcza otumaniony, może pisać literackim językiem? Czy to, że opowiadanie jest napisane tak, jak jest napisane, sprawia, że jest niewiarygodne? Historia takiego człowieka powinna się rwać, powinna być niespójna, powinna tak naprawdę nie mieć sensu. Ja nie chciałem pisać takiej historii, nie wiem zresztą, czy bym potrafił – żeby to zrobić zresztą, nadać majakom formę literacką, to jest poziom Joyce’a, a nie mój. A na poziomie szczegółów – oczywiście, jeśli będziemy odczytywać słowo “kilka” dosłownie, to masz rację. Tu jednak narrator sprowadził 12 lat swojego życia do kilkunastu zapisanych kartek, na dodatek pisze trochę o konkretach, ale więcej o swoich wrażeniach, więc kto wie, co zapamiętał, a co dopowiedział? (ja wiem ;))

Mam wątpliwości, czy to świadome niedopowiedzenie Autora, czy zwykłe jego przeoczenie.

Nie wiem, czy akurat niedopowiedzenie, ale świadome. Tu warto nadmienić, że plik z tym tekstem przez wiele miesięcy nazywał się “gunther_wallraff”, która to informacja może komuś pomóc w odczytywaniu tekstu.

Dlaczego nazwał ją akurat “Zuri”, a nie np “fikum pakum “?

“Zuri” w suahili znaczy “piękny”.  Nie znam aż tak gramatyki tego języka, żeby z całą pewnością nie stwierdzić, że nie powinno to być inaczej napisane (np. Nzuri, albo Mzuri – zależnie od kontekstu gramatycznego), choć zdarzało mi się dogadywać na ulicy, mieszając suahili z angielskim. To imię, więc nie umieszczałem tego w słowniku.

W innym fragmencie ukośnikiem narrator dotyka swoich rakowatych “nacieków” na twarzy. Abstrahując od terminologii medycznej. Czy tak się mówi? Czy nie brzmi to niezręcznie?

Termin medyczny to “nacieki rakowe” – czy tak się mówi? Nie wiem, o co pytasz, ja mówię.

Dziękuję za cały komentarz, daje do myślenia.

Joseheim, szkoda, że nuży, ale co zrobić, skoro nuży? ;) Dzięki za cierpliwość, ja – gdy mnie tekstu nuży – jednak zarzucam lekturę.

 

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Nie lubię opowiadań w formie przemyśleń i relacji. Dialog pozwala mi "stanąć" obok bohatera, wczuć się w akcję i historię, zamiast tylko słuchać. Choć muszę przyznać, że jest to bardzo dobra relacja, zbudowałeś nią solidny klimat. Niestety emocje poczułem tylko przelotnie. I nie ze względu na powyższe, ale ze względu na głównego bohatera. Nie uwierzyłem w niego, taki gość nie istnieje. Z jednej strony jest bezwolny, zrezygnowany i posłuszny we wszystkim. Z drugiej strony ma poważane przemyślenia i wnioski, jest bardzo inteligentny. Co i innego robi, co innego (inaczej) myśli, to dwie różne osoby.

Tytuł z kapelusza, ostatniego akapitu mogłoby nie być, albo można to zastąpić inną bajką.

Kupiłeś mnie niezaprzeczalnym klimatem tego opowiadania. Podoba mi się pewien rytm opowieści, w której kolejne fragmenty zaczynasz od “Tak niewiele pamiętam”. I chociaż przemknęły mi przez głowę w pewnym momencie pytania po co to całe trucie, to machnęłam na nie ręką. Tym razem nie muszę i chyba nie chcę wiedzieć. Nie chcę interpretować i doszukiwać się rozwiązań niewyjaśnionych elementów. Czasem dobrze jest nie definiować na siłę uczuć, wystarczy, że jakaś struna tam wewnątrz została poruszona i gra. Nie jest ważne, że melodia jest smutna, ważne, że gra przejmująco. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Darconie, jestem tu na forum może od niedawna, ale myślę, że znać już po mnie pokorę do opinii i wdzięczność za komentarze. Czasem jednak muszę dac odpór.

Tytuł z kapelusza, ostatniego akapitu mogłoby nie być, albo można to zastąpić inną bajką.

No nie, nie z kapelusza i nie mogłoby by nie być, a zastąpienie inną bajką zmieniłoby to opowiadanie w inne. Innymi słowy: póki piszesz “nie lubię”, “przyznaję”, “nie uwierzyłem”, to ja czytam z zainteresowaniem taki komentarz, ale jednak jeśli piszesz, że coś jest, albo czegoś nie ma, to wkraczasz na grunt stwierdzeń i faktów, a tu już robi się niebezpiecznie. Mniej grzeczny autor mógłby odpisać: to, że nie zrozumiałeś tytułu i sensu bajki nie oznacza, że tytuł jest z kapelusza, a bajka bez sensu. Ja tak nie odpiszę, bo podejrzewam, że miałeś na myśli raczej, że “Moim zdaniem tytuł z kapelusza…” – a w takiej sytuacji ja Twoje zdanie szanuję i przyjmuję, zastanawiając się, jak następnym razem lepiej przekazać moje intencje. Zwórciło moją uwagę jednak to, że prawie w całym swoim komentarzu piszesz explicite o swoich opiniach, a w ostatnim zdaniu nagle przerzucasz się na stwierdzanie faktów. Stąd taka odpowiedź z mojej strony.

Ciekawa sprawa z kolei tym “taki gość nie istnieje”. Nie będę się z tym spierał, jednak podrzucam do ram interpretacyjnych to, co pisałem wcześniej Mjackowi: plik na komputerze miesiącami gunther_wallraff, w tym jest gdzieś źródło inspiracji do tekstu. Tak czy owak – dzięki za komentarz, peace&rispekt!

Śniąca, dziękuję bardzo – zwłaszcza, że chyba takie właśnie struny i w tej kolejności chciałem tym tekstem poruszyć.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

A wiesz, że miałem napisane moim zdaniem? :) Ale zmieniłem na końcu, bo pomyślałem, że ciągłe podkreślanie “moim zdaniem, w mojej opinii, mi się wydaje” zabrzmi mocno egocentrycznie, jakbym na siłę ciągle podkreślał “ja”, nawet w opinii o innych :) Teraz już wiem, że wolisz “moim”.

 

Nawet nie wolę, tylko zastanowiła mnie ta zmiana z akapitu na akapit :) Tak czy owak – wszystko jasne, dzięki!

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Bardzo mocny tekst. Świetnie wyszła pierwszoosobowa narracja, rys świata, relacje między postaciami, tempo. Nie ma się do czego przyczepić. Są niedopowiedzenia, ale w takich tekstach mi one nie przeszkadzają.

No, w końcu jestem. 

Chyba podobało mi się bardziej niż “Wilczysko”. Piszę “chyba”, bo “Wilczysko” było zaskoczeniem, nie wiedziałem, czego się spodziewać, teraz wiedziałem, że mogę się spodziewać czegoś dobrego. Wtedy miałem w głowie “wow” i teraz mam “wow”. A jak zestawiam oba opowiadania, to jednak wygrywają “Leopardy i czaple” – tekst z większym rozmachem, agresywniej wbijający się do głowy czytelnika swoją obrazowością. Urbanistyczny klimat “Wilczyska” mam na co dzień, więc egzotyka powyższego opowiadania jawi się bardziej kuszącą i godną zapamiętania. 

Na początku myślałem, że przyczepię się do narracji: no bo co, jakiś dzikus (niewybredny skrót od “mieszkaniec Afryki żyjący w prymitywniejszych warunkach niż przeciętny Europejczyk”) pisze tak pięknie? I po jakiemu pisze, skoro niektóre słowa są w suahili? Ale nawet jeśli by to pisał dzikus – co byłoby trochę niewiarygodne z technicznego punktu widzenia – miałbym to w dupie, kupiłeś mnie. Przyjęta konwencja trąci mi trochę Palahniukiem, choć styl zupełnie inny. No, a poza tym okazało się, że to jednak nie dzikus, tylko białas. 

Wstawki kursywą były chyba najsłabszą stroną tekstu, chyba niekoniecznie, ale nie twierdzę, że złe. Podobała mi się kropla krwi, która starła kilka słów. 

Mam przeciwnie niż Joseheim – czytało się świetnie, bez śladu znużenia. Jest mniej barokowo niż w “Wilczysku”, ale równie pięknie (choć w inny sposób). Jest też dosyć jasno (w pewnym sensie), momentami nawet powtarzasz pewne informacje, może dla rytmu, a może dla upewnienia mniej uważnych czytelników. Mam tu na myśli np. informacje o tym, że uciekali do jaskiń, gdy wybuchało niebo. Potrafię to sobie uporządkować w głowie, wyobrazić, mimo że nie wiem, jak wybuch nieba wyglądał. A to też dosyć fajny zabieg, bo pewne rzeczy opisujesz dokładnie, a inne zostawiasz wyobraźni. Do tego potrzeba wyczucia. Ciekawe opisy chorych i zamaskowanych. 

Pod koniec, kiedy czytelnik zaczyna się orientować i czeka na rozwiązanie łamigłówki, wywracasz opowieść do góry nogami. Odsłaniasz (nie mylić z wyjaśnianiem) nieścisłości przedstawionego świata. Dołączę do grona tych, którym takie niedopowiedzenia nie przeszkadzają. One chyba nawet działają na korzyść. 

Zakończenie świetne. Zupełnie nie zgadzam się z Darconem, że ostatniego akapitu mogłoby nie być. Dobrze, że się bronisz, Cerlegu, bo nikt nie powinien wiedzieć lepiej od autora, co w tekście powinno się znaleźć, a co nie. Tak samo bez sensu jest stwierdzenie, że “taki gość nie istnieje”. No kurde, istnieje, w Twoim opowiadaniu, przecież widziałem!

Podoba mi się to, że wyjaśnienie tytułu jest pod koniec i w takiej formie. Bardzo to ładne, skłaniające do myślenia. Czuję, że “Leopardy i czaple” zostaną ze mnie na dłużej, ale zobaczymy. 

Dziękuję za tak satysfakcjonującą lekturę. 

Już któryś raz zarzucasz mi Funie gadanie bez sensu, pomyślałem, że ten jeden raz wyjaśnię Ci sens jaki widzę w swoim komentarzu.

Z jednej strony facet zadaje mnóstwo naprawdę prostych pytań.

Gdybym teraz miał siłę, wstałbym i poszukał tego dziedzińca. Czy jest tam studnia? Czy ktoś jej pilnuje? Czy musiałem godzinami chodzić po wodę, choć było jej pod dostatkiem tuż pod nosem? Nie dowiem się już, ale cieszę się, że przynajmniej potrafię zadawać te pytania.

Nie zna na nie odpowiedzi, ale cieszy się w ogóle z tego, że potrafi zadać sobie proste pytanie. Można i tak.

“To jest Magazyn, tam nie chodź. Tam nic”, powiedział chifu, a ja pokiwałem głową. Magazyn czego? Nie myślałem o tym.

Znowu proste pytanie, które pozostawia bez odpowiedzi. Myśli – nie myśli, o tym. I tak jeszcze w kilku miejscach. To nawet pasuje do sytuacji, człowiek zniewolony, zmęczony, zrezygnowany – tak właśnie myśli. Każdego można zmęczyć, “wypruć” z myślenia. Każdy ma taką granicę. Piękny i skrajny przykład to grzech lenistwa z filmu Siedem, jeśli ktoś oglądał.

Z drugiej strony, to prawdziwy filozof, ma głębokie i trafne przemyślenia, naprawdę mi zaimponowały, to znaczy samego Autora, bo to przecież jego opowiadanie.

 

A teraz weź Funie razem z Cerlegiem łopatę, pokopcie rowy przez dwa, trzy tygodnie, od rana do wieczora lub wykonujcie inną, żmudną, ciężką fizyczną pracę (albo przez lata, jeśli jesteście w stanie sobie to wyobrazić) i spróbujcie później usiąść sobie i pofilozofować na poziomie naszego bohatera. To się miło robi siedząc w cieplutkim fotelu lub krześle, pisząc opowiadania, takie jak to.

W każdym opowiadaniu szukam logiki i realizmu, jakby nie było fantastyczne, aby główny bohater był przekonujący, a co za tym idzie, prawdziwy dla mnie. Ten nie jest.

 

Mam nadzieję Funie, że trochę przybliżyłem Ci mój bezsensowny obraz głównego bohatera.

 

Ale na tym polega fikcja literacka, że nie pokazujemy statystycznego przypadku kogoś, kto po kopaniu rowów będzie postępował tak, jak twierdzisz, że postąpiłaby większość ludzi. Nie znamy dokładnie bohatera. Co jeśli przed trafieniem do obozu był literatem? Skąd w ogóle możemy wiedzieć, co wstępuje w umierającego człowieka? 

Nie byłoby co czytać, gdyby narrator znalazł papier i ołówek i uznał, że pierdoli to, umiera. Ale przecież ten narrator miał historię do opowiedzenia. Dlatego założenie jest takie, że akurat on, pojedynczy przypadek, o którym pisze Cerleg, bierze ołówek i wylewa z siebie te wszystkie słowa. 

Przynajmniej ja to tak odbieram. 

Przeczytałem z zainteresowaniem, opowiadanie choć niewiele w nim dialogów, a dużo przemyśleń, nie nudzi. Sceneria interesująca, a zakończenie robi ten tekst. Fragment z leopardem i czaplą… super. Na duży plus również relacja bohatera z Zuri – jest odpowiednio intymna i beznadziejna w swym nieuniknionym epilogu. Scena gwałtów – dramatyczna i mocna.

Zwroty z suahili sprzyjają klimatowi i immersji, jednak jak dla mnie trochę za mało tu opisów. Jakoś nie czułem całej tej wioski, nie widziałem mieszkających tam ludzi, tylko anonimowy, papierowy tłum. Brak mi również jakiegoś umotywowania tego wszystkiego, sensu budowy takich obozów, ten element tekstu jest dla mnie wadą, bo leciutko trąci pójściem na łatwiznę ;)

Fragmenty kursywą, hmm… Nieco rozbijają tekst, czyniąc go lżejszym, ale niekoniecznie wydają mi się potrzebne. Niewiele w sumie wnoszą.

Warsztatowo, zgrabnie i lekko. Niektóre zdania naprawdę ładne, sporadycznie zdarzają Ci się zbyt długie, podzielone licznymi przecinkami, konstrukcje. Możesz rozważyć rozbijanie ich na coś krótszego, bo czasem trudno się to czyta.

Generalnie, podobało mi się, ale czy zostanie na dłużej? Mam wątpliwości.

 

Tyle ode mnie.

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Na samym początku zatrzymało mnie to zdanie: 

Wcześniej zbiegłem na dół wąską klatką schodową, zataczając się i obijając o ściany – za każdym zakrętem spodziewałem się kogoś spotkać.

Wyobraziłam sobie, że ktoś zbiega po schodach na górę i trochę mnie to rozbawiło, ale zaraz mnie to opowiadanie wciągnęło. Przeczytałam je z zainteresowaniem i tak naprawdę nie ma dla mnie znaczenia, że nie wszystko zostało wyjaśnione, powiedziane wprost – wręcz przeciwnie, uważam, że to dodatkowy atut. Jest klimatyczne, bardzo ładnie namalowane, świetnie zakończone.

Podobało mi się :)

 

 

Naprawdę dobrze napisany tekst – czytało się samo, więc fabuła była dla mnie tak naprawdę drugorzędna. W samym odbiorze brak wyjaśnień jakoś szczególnie nie przeszkadzał (może faktycznie dodawanie ich wyszłoby nienaturalnie), chociaż wydaje mi się, że historie osadzone w konkretniej opisanych realiach na dłużej zapamiętuję.

Nie zgodzę się z zarzutami odnośnie wstawek kursywą – mnie się akurat ten pomysł bardzo podobał, dodały i tak wyrazistemu klimatowi dodatkowego zabarwienia. Za to wklejony w przedmowie słowniczek uważam za zbędny i niewygodny – znaczenia słów czytelnik może się mniej więcej domyślić, a jak coś jest ważniejsze/mniej instynktowne, to można chociażby dopisać po przecinku, jak w ostatnim akapicie.

Dzięki wszystkim za komentarze i uwagi, zwłaszcza te pozytywne! CIeszy mnie zwłaszcza to, że tak wiele osób akceptuje w tekście brak pełnych wyjaśnień.

Zygfrydzie, ostatnio dużo rozkminiam różne rodzaje narracji i najgorsze jest to, że nie wiem, co mną kieruje w wyborze, gdy siadam do tekstu. Jakiś instynkt, a ja w takich sprawach nie lubię polegać wyłącznie na instynkcie.

Fun&Dacron – pozwolicie, że nie będę sporu między Wami rozstrzygał z przyczyn ocztwistych ;) Funie, aż wsty się przyznać, ale ja nic nie czytałem Palahniuka, chyba z jakiejś pozostałości nastoletniej przekory, bo w czasach studenckich to wśród znajomych była pozycja obowiązkowa, a ja się jakoś wypiąłem. Wstawki kursywą w ogóle zbierają najsłabsze opinie z całego tekstu, ja nie umiem się ich pozbyć – wyobrażam je sobie jako takie przerywniki z kamery przemysłowej (dlatego też usunąłem z nich kolory i dźwięki – no, z wyjątkiem krzyku na koniec), znowu – bardziej czuję, niż wiem, że są potrzebne, choć nie wiem czy umiałbym to dobrze uzasadnić w komentarzu. Dzięki za miłe słowa i uwagę w lekturze.

Count, w którymś momencie sam zastanawiałem się nad tym brakiem opisów – już w fazie po zakończeniu samego pisania. Zostało tak, jak jest, ale w jakimś niezbyt odległym świecie alternatywnym jakiś inny ja takie opisy napisał. Tutejszy ja zrezygnował, bo uznałem, że zrobiłaby się z tego trochę inna literatura, a takie opisy pasują bardziej do narracji trzecioosobowej, narrator chciał mówić o sobie i o ludziach, a nie opisywać rzeczywistości. Ale to nie jest bardzo mocna opinia.

Anet, ciekawa sprawa z tym zbieganiem na dół, aż dziwne, że nikt tego nie zauważył wcześniej. Ja do Twojej uwagi w ogóle nie miałem z tym problemu, a przez Ciebie zacząłem się niepokoić – bo mi to brzmi ok, ale rozumiem sens uwagi. Zacząłem więc grzebać w poradnikach językowych i to nie jest pleonazm. Cofać się można tylko do tyłu, ale zbiegać można na przykład z trzeciego piętra na drugie, więc uzupełnie “na dół” jest potrzebne, bo sugeruje, że jest jakiś dół. Czy można to lepiej napisać? Pewnie tak, jak wszystko, ale już wiem, że to nie błąd.

Teyami, cieszę się, że ktoś broni kursywy, sam jak widać powyżej nie mam tej energii :) Z kolei jeśli chodzi o słowniczek – to też efekt późniejszych przemyśleń, pierwotnie go nie było. Jest tam z dwóch powodów – od początku osadza czytelnika w Afryce, ale wciąż bez nazywania tego wprost, po drugie – jednak dużo pierwszych czytelników skarżyło się na zbyt mało światła wpuszczonego w tekst, gubili się po prostu w obcych terminach. Z kolei pisanie po przecinku jakoś nie zawsze mi gra z językiem (na końcu tak, ale jednorazowo), bo kojarzy mi się z “przyp. tłum” :)

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

A tak właściwie to obcojęzycznych słów nie powinno się pisać kursywą? Kokonochifu itd.?

Nawet jeśli się powinno, to w tym tekście bym tak nie napisał. Tak samo jak nie dałem wielokropka po “Co nam” – to jest tak napisane, jak by on pisał, a nie jakby ktoś go wysłuchiwał i spisywał.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Cerleg – z trzeciego piętra na drugie się zbiega, z drugiego na trzecie – wbiega ;)

Mnie to kompletnie nie przeszkadza, po prostu wpadło mi w oko, to napisałam. Nie przejmuj się ;) 

Łatwo powiedzieć ;)

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Pewnie!

To jest bardzo dobre opowiadanie.

No widzisz, a w redakcjach uważają inaczej :)

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

A zdradzisz, do których uderzałeś?

Do NF między innymi.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Dla mnie fragmenty pisane kursywą były najsłabsze, wolałbym, żeby było ich mniej (mogłyby być nawet odrobinę dłuższe, ale rzadziej przerywać główną narrację). Niedopowiedzeń jak na mój gust, jest trochę za dużo – chciałbym dostać przede wszystkim więcej szczegółów tłumaczących, przed czym maska chroniła Zuri i głównego bohatera. Wygooglowałem sobie Wallrafa – mam wrażenie, że nawet gdybym wiedział o dziennikarzu, który udawał Somalijczyka, nie skojarzyłbym go z tym tekstem.

Tzw. egzotyka zdecydowanie czyni tekst atrakcyjniejszym. Podobnie temat uchodźców – wciąż na czasie. Historia Zuri rozkręca się stosunkowo późno, a wydaje mi się najistotniejsza, również w kontekście tytułowych zwierząt.

Choć na swój sposób Leopardy i Czaple są bardziej konkretne niż Wilczysko, o ile tam miałem większy problem z ilością rozpoczętych wątków, mniej lub bardziej pobocznych, tu czułem wyraźny niedosyt informacji. Jeżeli faktycznie inspirowałeś się historią dziennikarza, aż się prosiło o wstawkę z reportażu tu i tam, niekoniecznie w stylu Kapuścińskiego, ale tak, by wytłumaczyć świat bohaterów. W tej chwili główne atuty tekstu to wywołanie w czytelniku emocji, współczucia dla uczucia rodzącego się w trudnym miejscu i czasie.

Na koniec pytanie – gdzie czapli było lepiej – w Niebie? W Afryce? W jej własnym kręgu kulturowym? Ładna ta końcówka.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nevazie, gwoli wyjaśnienia – Wallraff uprawia nie tylko dziennikarstwo wcieleniowe (gdy przebierał się i udawał imigrantów w Niemczech na przykład), z którego jest znany najbardziej, ale też przede dziennikarstwo uczestniczące. Ale to tylko przypis do całości. Dzięki za komentarz i ciekawe uwagi.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

A odpowiesz na pytanie o czaplę : ) ?

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Na środku jeziora :) Oczywiście, że nie odpowiem, przecież wiesz ;)

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Pff… Zaczynam się zastanawiać, czy my nie jesteśmy tą Czaplą :P

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Obawiam się, że raczej leopardem. :-(

Babska logika rządzi!

Przeczytałem i ja. Zdecydowanie jedno z najlepszych opowiadań jakie poznałem na portalu. Ścisły top. Nie przeszkadzają mi żadne niedopowiedzenia. Moja interpretacja jest jasna. Obóz w Afryce. Tysiące ludzi poddawanych jest jakiemuś procesowi, który ma ograniczyć ich zdolności rozumowania oraz wywoływać postępującą amnezję. Proces przeprowadzany jest przy użyciu dziwnych maszyn pojawiających się na niebie. Jego skutkiem ubocznym (lub planowanym) jest choroba przypominająca popromienną i różnie się objawiająca. Może ona być jednak skutkiem toczącej się obok wojny. 

Ale nie o fabule chciałem napisać. Bardzo podoba mi się styl i język. Podoba mi się narracja. Zagubiona, oddalona. Jak rozumiem, oddaje ona stan umysłu bohatera, który z czasem ulega pewnej poprawie dzięki unikaniu wpływu windreaverów. Opowiadanie ma niesamowity klimat. W żaden sposób nie zaburzają go brutalne i realistyczne opisy np. chorób. Warsztat autora to chyba absolutna czołówka portalowych twórców. 

Tekst przypomina mi nieco atmosferą “​Pieśń łowców” Gene Wolfe’a. Tam również bohater ma problemy z pamięcią, a narracja (zwłaszcza w końcówce) także jest nieco rozmazana ​i jakby odrealniona. Jakby zawierała w sobie jakąś nieokreśloną nostalgię i wywoływała wzruszenie. 

“​Pieśń łowców”​ to jedna z moich ulubionych powieści z dawnych lat. “Leopardy i czaple”​ to teraz jedno z moich ulubionych opowiadań na tym portalu.

 

Jedna jedyna uwaga. 

Bałem się zasnąć, bo wiedziałem, że w końcu zapomnę – a chciałem pamiętać, tyle obrazów uciekało każdego dnia.​

​Po pamiętać postawiłbym kropkę i od tyle zacząłbym nowe zdanie.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ależ mi się ten tekst podobał. W poszukiwaniu podpowiedzi przeczytałam wszystkie komentarze, więc już nic mądrego poza tym, co wyżej powiedziano nie napiszę – dobry tekst, wciągający, z zachwycającym klimatem. Ponarzekałabym na brak wyjaśnień, ale tego też masz już pewnie po uszy ;)

Podobało mi się bardziej niż Wilczysko. Powodzenia w walce o piórko :)

Dzięki, Kam, strasznie to miłe. Jeśli chodzi o piórko – inszallach, ale idzie to w stronę ponownego 5/5 ;)

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Ode mnie będzie TAK ;)

Twój sposób pisania i opowiadania historii po prostu mnie zachwyca. Właściwie nawet nie tyle opowiadania, co pokazywania – piszesz obrazowo i realistycznie, powiedziałabym, że w pewnym sensie fotograficznie. Pokazujesz sceny i skupiasz się bardziej na ich esencji, niż na liniowej narracji – w tym tekście tym bardziej, że jest to uzasadnione fabułą i ogólnym konceptem. I ja to kupuję, absolutnie. Bo ta esencja po prostu mnie porusza. Piszesz o ludziach, coś tam jest w tle i to coś nadaje klimatu, smaku, tajemniczości (ja lubię niedopowiedzenia), ale nie jest wcale najważniejsze. To co jest ważne, pokazujesz wyraźnie. 

 

Na marginesie – klatka schodowa w pierwszym akapicie od razu przypomniała mi Wilczysko ;) 

Dziękuję, Werweno. Wszystko wskazuje na to, że Wilczysko zostanie już punktem odniesienia dla kolejnych tekstów i nic się z tym nie da zrobić. A jeśli chodzi o pisanie fotograficzne – już pisałem w jakimś komentarzu w okolicy, że mam kolegę, który sczytuje mi teksty i jest fotografem, on ma taki dziwny zwyczaj, że cały czas się zastanawia, co by było, gdyby ten tekst był fotografią – i jego uwagi są szalenie inspirujące, choć na pierwszy rzut oka dziwaczne.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Mr. Marasie, również dziękuję – trochę z opóźnieniem, bo wydawało mi się, że odpisywałem, ale okazało się, że tylko w głowie. Trochę zawstydziłeś mnie tym porównaniem do Wolfe’a, mnie z jednej strony przerażają tacy płodni pisarze, z drugiej mam do niego jakiś sentyment, również z dawnych lat – to był pierwszy ziom, którego próbowałem czytać w oryginale. Jego książki, które pamiętam, rozgrywają się jakby w cieniu, nie wiem, jak to inaczej opisać – i rzeczywiście mi to imponowało zawsze.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

W cieniu to ciekawe określenie. A Wolfe to przede wszystkim Księga Nowego Słońca. Arcydzieło.

 

Jedno pytanie do Ciebie Cerlegu. Powtarzasz kilkakrotnie zdanie o podobnym znaczeniu, że bohater niewiele pamięta. Ale te dwa powtórzenia są identyczna. To celowy zabieg?

 

Tak niewiele pamiętam, nie więcej niż kilka obrazków. Na przykład, gdy – może po raz pierwszy – widziałem na niebie ciemne cielsko windreavera, z czterema potężnymi silnikami po obu stronach. ​

 

 

Tak niewiele pamiętam, nie więcej niż kilka obrazków. Zawsze, gdy wybuchało niebo, uciekaliśmy do jaskiń i zawsze ktoś nie zdążył.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Celowy.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Wygrałeś przede wszystkim klimatem. Zapewne pomogły słowa w suahili. Narrator opowiada nieskładnie, większości rzeczy nie wyjaśnia, ale stopniowo okazuje się, że sam niewiele kuma, więc zabieg wydaje się uzasadniony (chociaż nieco drażnił tę lubiącą dopowiedzenia część mnie). Chociaż chętnie dowiedziałabym się, kto zorganizował ten obóz i w jakim celu. Tytułowa metafora nie wyjaśnia tego wystarczająco dobrze.

Ale fajnie zaskakujesz w końcówce, nagle dowiadujemy się więcej o narratorze i to bardzo przesuwa punkt widzenia.

Mnie tam kawałki kursywą nie przeszkadzały.

Tym razem fantastyka dobra i porządna. ;-)

Jestem na tak, czyli.

Babska logika rządzi!

Bardzo mi się spodobał klimat i wciągający sposób opowiadania. Napisane naprawdę świetnie, ciekawe wplecienie słów w suahili. Zakończenie ciekawe, choć myślałem, że trochę więcej się wyjaśni.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Być może będę pisał[+,] póki będę żył

Z kilkunastu namiotów naszego chungu tylko jeden wytrzymał podmuch wiatru, a podniesiony z ziemi pył[+,] wirując w powietrzu[+,] kłuł w oczy i ranił policzki niemal do krwi.

Przeczytałem opowiadanie, później przejrzałem część komentarzy i tak sobie siedzę i myślę, co by tu napisać. Gdyby oceniać warsztat w skali od 1 do 10, to że miałbyś 73, to na pewno wiesz. Faktycznie zdań-perełek jest tutaj mniej niż w “Wilczysku” i przyjmuję wyjaśnienie, że to tamto opowiadanie było nietypowe, a nie to jest niejakim przejawem spadku formy (jeśli w ogóle, to szalenie subtelnym). Tylko tu mi się nasuwa pytanie – jeśli odjąć Twojemu tekstowi niezaprzeczalne piękno formy, cóż zostanie? Narzekałem na to przy “Wilczysku” i powtórzę to tutaj. Wspaniały tekst powinien być zbalansowany na każdej płaszczyźnie, tymczasem tutaj mam wrażenie, że dostałem bardzo piękną, ale jednak wydmuszkę, która nie ma nic do zaoferowania głębiej, a jeśli ma, to nie wie, jak to pokazać. Skonstruowałeś ciekawy, przygnębiający, przytłaczający, ale przede wszystkim przemyślany świat. I co, historia się urwała, wyjaśnień brak. :<

Finklo, Twój głos jest tym milszy, że niespodziewany ;) Jeśli chodzi o obóz – oczywiście nie wyjaśnię wprost, ale rzucę dwa tropy, bo może to już czas: pierwszy to koncepcja już obecna w międzynarodowych debatach, a więc pomysł, żeby kryzysy migracyjne rozwiązywać “na miejscu” i pomagać “na miejscu”, zanim fala uchodźców wzbierze i zacznie się przemieszczać po świecie. Drugi – to pierwsza część filmu “Cube”. Tam pada pytanie “po co”. A odpowiedź – “Nikt już nie pamięta, po co”. To nie są odpowiedzi na pytanie, które zadajesz, ani przypis do tekstu, tylko myśli, które krążyły mi w głowie przy pisaniu.

MrBrightside, dziękuję za miłe komentarze. Oczywiście słowo “wydmuszka” budzi mój niepokój, ale nie będę z nim polemizował, bo Twoje święto prawo do takiej oceny. 

Szyszkowy Dziadku, cieszę się, że się podobało, a także, że moje ślęczenie nad słownikiem suahili przyniosło efekty :)

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Zostawiłem sobie Ciebie na koniec dosyć pokaźnej listy, bo w finale chciałem mieć pewniaka. Tekst może nie koniecznie od razu na piórko, ale z gwarancją pewnej jakości.

Przyznać jednak muszę, że tej jakości nie otrzymałem. To znaczy w pewnym sensie i owszem, otrzymałem, bo napisane toto jest świetnie, z tym Twoim: Juhu! Patrzcie, ja tak zajebiście potrafię! – i masz do tego juhu! prawo, bo potrafisz.

Cóż jednak z tego, kiedy całym sobą buntuję się przeciwko temu, co tutaj przeczytałem? A buntuję się, bo w sumie nie wiem, co przeczytałem; nie wiem, po co to zostało napisane i co miało mi opowiedzieć? Bo widzisz, dla mnie ten tekst to nieco upstrzona emocjami, jednak pełna dziur historia jakby o niczym. Albo inaczej: budujesz pewną tajemnicę, która rozwija się niejako wraz ze wzrostem (powrotem) świadomości bohatera, i która umiera wraz z nim, zupełnie bezsensownie. I w rezultacie nie dostrzegam tutaj nic poza skrajnie banalnym przesłaniem – człowiek człowiekowi człowiekiem – zawoalowanym dosyć ciekawą, jednak w gruncie rzeczy niezbyt istotną zasłonką. A już na pewno nie ma tutaj dla mnie nic naprawdę wartego zapamiętania (może poza kilkoma zdaniami, które jednak pewnie bardziej chciałbym zapamiętać, niż faktycznie zapamiętam. I których nie znoszę, bo nie ja je napisałem ;). Po prostu w opowiadaniu pozostaje za dużo białych plam, a ja – choć czuję z ich powodu pewne rozczarowanie i irytację – nie mam jednak wewnętrznej potrzeby, by je czymś zapełniać. Nie będę się więc też wgłębiał w te plamodziury, bo pewnie znasz ich kształt – Magazyn, konwój, piwnica, etc – a ja pozostaję w przeświadczeniu, że nawet gdybyś wypełnił je czymś sensowniejszym niż moje “być może”, i tak nie znalazłbym w tym wszystkim prawdziwej literackiej satysfakcji.

Są jednak kwestie, do których chcę nawiązać, jak choćby to niezwykle irytujące zdanie, które zaserwowałeś mi na rozgrzewkę:

Tak, “znalazłem” to niewłaściwe słowo, przecież wcale nie szukałem, przybory do pisania po prostu tu były.

Od kiedy to trzeba czegokolwiek szukać, żeby coś znaleźć?

 

Kolejna sprawa, która nie daje mi spokoju, to “wybuchające niebo”. Jeśli dobrze kumam, już sama nazwa wskazuje, że mamy tu do czynienia z jakimiś wybuchami, bombardowaniem, czy czymś takim. Skuli reakcji wszystkich zainteresowanych i raz za razem brakujących “wa”, niewybrzmiewających w jaskiniach (których ochronna rola też nie zostawia wiele miejsca na pomyłkę) wnoszę również, że skutki tego bombardowania są odczuwalne bezpośrednio na terenie obozu. A jednak Magazyn stoi jak stał, a i dobytek uchodźców – namioty, ubrania, inne takie – również na tym zjawisku wyraźnie nie cierpi (nie ma o tym żadnej wzmianki, choć sprzątanie po przelocie windów jest tematem powtarzającym się kilkukrotnie). I teraz zastanawiam się, czy to rażące niedopatrzenie autora, czy rażąca nadinterpretacja czytelnika?

 

Jeśli chodzi o warstwę uczuciową (wybrałbym inne słowo, ale byłoby paskudne powtórzenie), ta też, niestety zawodzi. Zwykle daję się dostroić do takiego grania na emocjach, które tutaj serwujesz, jak gitara z nowymi strunami, ale tym razem nic. Jakby struny pękły.

Ani rzeczywistość obozowa, ani prywatna tragedia bohatera, umierającego gdzieś tam sobie w piwnicy samotnie, ani jego emocjonalne przebudzenie – zupełnie nic mnie to nie ruszyło. I za diabli ogon nie wiem dlaczego tak jest i – uczciwie rzecz ujmując – nawet nie chcę zgadywać.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Jak dla mnie najmocniejszy tekst z nominowanych, mimo że trochę momentami nużył (i to przy małej objętości). Niemniej jednak niezgrabności językowe czy bardziej toporne zdania zrekompensował mi pomysł. Kiedy doczytałam do końca, byłam już na zdecydowane TAK. Udało ci się poruszyć bardzo trudne tematy w sposób pomysłowy i oryginalny :) Opowiadanie do publikacji wymagałoby porządnego przeredagowania, w szczególności warstwy językowej. Ale z fabuły i pomysłu nie uszczknęłabym nic, wręcz to i owo przydałoby się rozbudować, ponadto jestem pełna podziwu, jak w niewielu słowach dobrze udało ci się przekonująco opisać relacje bohatera z Zuri i ich pierwsze spotkanie.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Cieniu, Tenszo, dziękuję za głosy i opinię. Bardzo dla mnie ciekawe jest to, jak różne opinie zbiera ten tekst – zestawienie Waszych komentarzy bardzo dobrze to pokazuje, oboje piszecie “mimo stylu…”, ale skręcacie potem w przeciwnych kierunkach. Odnosząc się do poszczególnych kwestii:

Od kiedy to trzeba czegokolwiek szukać, żeby coś znaleźć?

Ciekawa uwaga, Cieniu, sam dużo czasu spędziłem nad tym fragmentem, bez radykalnych wniosków jak Twoje. Wydaje mi się, że to “znalazłem” jest osadzone w kontekście, który to kontekst sugeruje intencjonalne szukanie i właśnie od tego narrator ucieka, z tego się wycofuje. Rzeczywiście można by prościej: “Znalazłem, choć wcale nie szukałem, przybory do pisania po prostu tu były” – jeśli będe to jeszcze redagował w przyszłości, to na pewno na to zwrócę uwage.

I teraz zastanawiam się, czy to rażące niedopatrzenie autora, czy rażąca nadinterpretacja czytelnika?

Niedopatrzenie na pewno nie, ja z jednej strony mam w głowie naturę “wybuchającego nieba”, a także przyczynę, z drugiej celowo nie wkładałem wyjaśnień pod pióro narratora (i teraz też tego nie zrobię, bo nie robię przypisów do opowiadań). Nie wydaje mi się też, ze jest to nadinterpretacja czytelnika – zupełnie sensowne pytanie. Tak naprawdę to teraz dziwię się (sobie), że narrator go nie zadał wśród innych pytań. Więc summa summarum zgadzam się z tą uwagą.

I za diabli ogon nie wiem dlaczego tak jest i – uczciwie rzecz ujmując – nawet nie chcę zgadywać.

Bo tak po prostu czasem jest i z tym się nie dyskutuje :)

Opowiadanie do publikacji wymagałoby porządnego przeredagowania, w szczególności warstwy językowej.

Tenszo, ponieważ ten komentarz dość mocno odbiega od vox populi, to bardzo bym się ucieszył, gdybyś znalazła chwilę i myśl rozwinęła, tutaj lub na priv. Oczywiście nic na siłę i żadnych roszczeń nie mam.

 

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

W końcu! Gratulacje!

 

Tenszo, ponieważ ten komentarz dość mocno odbiega od vox populi, to bardzo bym się ucieszył, gdybyś znalazła chwilę i myśl rozwinęła, tutaj lub na priv. Oczywiście nic na siłę i żadnych roszczeń nie mam.

Właśnie miałem to pisać… Więc po prostu podbijam, bo zaskoczyła mnie ta uwaga. Myślę, że wszyscy mogliby wyciągnąć dobrą lekcję z paru przykładów, jak jeszcze poprawić coś w tekście tak dobrym pod względem językowym. 

Sam jestem zdziwiony, że to aż tyle zajęło ;)

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Muszę przeczytać opowiadanie jeszcze raz, by wchodzić w szczegóły, a siedzę właśnie na szkoleniu w Chorwacji, więc jak znajdę chwilę, to się odezwę :)

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Doskonały tekst.

Zastanawiałem się, czy nie uderzyłby lepiej w końcówce, gdyby tego suahili wcale nie było? Co za interpretacje byśmy, jako czytelnicy, roili sobie w głowach, gdybyśmy nie znali miejsca akcji, tudzież przynależności etnicznej bohaterów albo poznali je dopiero na końcu?

A tak niemal od początku wiedziałem/podejrzewałem, o czym będzie tekst. W zarysie. Bo szczegóły fabuły rzeczywiście nie są najmocniejszą stroną opowiadania. Nie przeszkadzało mi to w czytaniu, bo technicznie jest świetnie i klimat pierwszorzędny, ale w tej formie to jednak specyficzny gatunek. Trochę absurd, trochę impresjonizm, trochę fotografia (”ten mikroskopijny wycinek wszystkiego wygląda tak”), trochę: czytelniku, sam sobie wymyśl historię. I jak w fotografii – z rzeczywistością owa historia może mieć wspólnego niewiele.

Tak więc w swojej podkategorii – bardzo dobrze. Ale ta podkategoria, jak widać powyżej, nie każdemu będzie pasować. Niektórzy chcą opowieści, a nie zdjęcia.

Ode mnie dla Ciebie: 5.5

Nowa Fantastyka