- Opowiadanie: Astardes - Zielone Drzwi

Zielone Drzwi

Krytyka pomaga się rozwijać, jak zdążyła mnie już nauczyć strona Fantastyki, więc wrzucam to małe opowiadanko w nadziei na czyjąś ocenę.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Zielone Drzwi

Pewien człowiek całe życie mieszkał w wielkiej Saratodze. Nie posiadał wiele i nie znaczył wiele. Miał skromne mieszkanie w jednej z kamienic, a dziś jak co dnia wyszedł z domu. Odetchnął porannym, zadymionym powietrzem, po czym rozejrzał się po zabłoconym podwórzu otoczonym ceglanymi budowlami. Jak wielu mu podobnych, tenże człowiek pracował w fabryce. Musiał tam zaraz iść, na wiele godzin, ale widział w tym sens. Zarabiał wszakże na utrzymanie swej rodziny. To osładzało mu ciężką harówkę.

Pewien człowiek ruszył spod domu ku przejściu z zacisznego, choć zabłoconego podwórza w zakurzony, gwarny labirynt saratoskich ulic. W tunelu jak zwykle rozstawił się chłopak sprzedający poranną gazetę. Mężczyzna rzucił mu kilka drobniaków w zamian za te kilka stron papieru zapisanych wydarzeniami z wielkiego miasta i jeszcze większego świata. Robotnik jest tylko malutkim trybikiem w wielkiej maszynerii, ale również jego ciekawi, jak reszta tego urządzenia zwanego światem pracuje. Spoglądając na nagłówek, wyłonił się na właściwej ulicy, a jego uszy zbombardował hałas kroków przechodniów oraz warkot silników toczących się pojazdów. Był do tego przyzwyczajony. Żył tym hałasem z dnia na dzień od swego urodzenia.

Pewien człowiek przeżył coś, co złamało jego dzienną rutynę. Coś śmignęło obok niego, coś smukłego i żółtego w brązowe plamy. Śmignęło tak blisko, że potrącając człowieka, wyrwało mu z ręki gazetę, która wpadła w kałużę po nocnym deszczu, a on z wrażenia upuścił teczkę z drugim śniadaniem. Śmignęło tak szybko, że zniknęło nim potrącony człowiek zdążył zareagować. Z ogłupiałym wyrazem twarzy spojrzał on za tym żółtym czymś, ale niknące w tłumie plecy i ciągnący się za nim ogon to wszystko co zobaczył. Ciężkie tryby mózgu wreszcie zaskoczyły, a człowiek podniósł gniewnie do góry pięść.

– Przeklęty zwierzoczłek! A żebyś się tak wywalił i durny pysk se rozbił! – krzyknął pewien człowiek, ale stanowczo za późno.

Inni przechodnie tylko spojrzeli na pewnego człowieka. On, naraziwszy się na śmieszność, spłonął rumieńcem. Zebrał z ziemi teczkę, a po chwili wahania sięgnął i po gazetę. Strzepnąwszy trochę wodę, wsadził ją sobie pod pachę. W końcu już zapłacił, a on nie lubi marnowania pieniędzy.

Pewien człowiek, zagniewany tą poranną niespodzianką, poszedł dalej do pracy.

*

A Aissiri biegła dalej, nie zauważając nawet potrąconego robotnika, ani tragicznego losu jego gazety, ani jego złego życzenia pod jej adresem. Od czubków palców po końcówki uszu, całe jej kocie ciało wypełniała ekscytacja rodząca się z prostej czynności jaką jest pędzenie o poranku ulicami Saratogi. Nawet strój miała lekki, ot krótkie spodnie i cienką kurtkę, by nie przeszkadzały w biegu. Młodej tsaji nikt nie gonił, z nikim się nie ścigała, a chociaż była z kimś umówiona, nie potrzebowała tak gnać, by zdążyć. Ale co zrobić kiedy bieganie jest czymś co kochasz? Kiedy wymijanie przechodniów i aut niczym przeszkód na torze napełnia cię dziką radością? Kiedy skakanie po schodach oraz wchodzenie w ostre zakręty stanowi wyzwanie dla twojej zwinności? Aissiri korciło nawet ulec zwierzęcej, pierwotnej pokusie, aby na moment porzucić nabytą podczas długiej ewolucji jej gatunku zdolność chodzenia na dwóch nogach na rzecz pełnego, czterokończynowego napędu. Ale czy nie naraziłaby się na śmieszność wśród jej podobnych? Zwierzoczłecy Saratogi nie pochwalają ulegania instynktom. Mówią, że to nie przystoi cywilizowanym istotom zamieszkującym takie wielkie i wspaniałe miasto. Aissiri była wprawdzie migającą się od obowiązków nastolatką, ale przecież nie chciała być wytykana palcami jako dzikuska! Pojawiła się jednak inna możliwość, aby dać ujścia rozpierającym emocjom. Uliczka, w którą wbiegła, kończyła się schodami. Rozpędzona tsaji dobiegła do nich i w pełnym biegu skoczyła, przelatując kilka metrów ponad głowami bardziej ułożonych mieszkańcami miasta. Wylądowawszy po kociemu na czterech „łapach” uśmiechnęła się dziko.

– Doberek! Oto jestem! – powstając i otrzepując się z pyłu zebranego po drodze, zawołała do trójki innych nastolatków podpierających ścianę pobliskiej kamienicy.

To właśnie tutaj tak pędziła. Do swoich kumpli. Cóż to była za kompania. Oto pofarbowana na różowo i bajecznie piękna elfka odziana w czarną suknię, każąca nazywać siebie po prostu Zin. Obok niej w obdartych ubraniach stał z założonymi na piersi rękami wyrośnięty oraz bardzo zielony ork Rogh. No i w końcu drugi zwieczoczłek, ale nie kotowaty tsaji, a przypominający wilka mardaq tylko chudy jak szczapa, a siwy jak osiadający wszędzie w Saratodze pył Foralkhi. Wszyscy oni stali z rozdziawionymi gębami, wpatrując się w przyjaciółkę, która nawet nie dyszała po takim galopie przez miasto.

– Aissiri i jej wielkie wejścia – zaśmiała się Zin, jako pierwsza ogarniając się oraz zamykając paszcze obu chłopakom.

– To co ciekawego dziś robimy? Może się „pouczymy”? – zapytała ze złośliwym uśmiechem kocica.

Pozostali wybuchli gromkim śmiechem, zwracającym na nich uwagę przechodniów.

– Wilczek ma dla nas coś znacznie ciekawszego – odezwał się Rogh, drapiąc się wielką dłonią po szerokim karku. – Prawda Foralkhi? – szturchnął wilka łokciem.

– Jasne! Za mną! – zakomenderował wesoło, udając dowódcę prowadzącego oddział wojska.

Mardaq, ruszył przed siebie, a oni pomaszerowali za nim w co raz głębsze i obskurniejsze zaułki Saratogi. Aissiri nie podobało się to zaśmiecone, ciemne miejsce. Takie środowisko lubią różne stwory oraz różne bandziory. Najgorsze jednak co na razie spotkali to szczury. Przerażona Zin piszczała wtedy głośniej od spłoszonych gryzoni i skończyła na rękach zakłopotanego Rogha.

– No wiesz Zin? To tylko zwykłe szczurki – zaśmiał się Foralkhi, łypiąc łobuzersko na różowowłosą.

– To paskudne potwory, mówię ci! – prychnęła gniewnie elfka, schodząc z rąk orka na ziemię. – Dzięki Rogh – cmoknęła zielonego w policzek.

Gdyby nie kolor skóry, wielkolud by się zapewne wtedy zarumienił.

– Jeśli skończyliście, to wam powiem, że już prawie jesteśmy – mardaq zaprosił ich do kolejnego wąskiego i mrocznego zaułka.

Nie widzieli stąd co znajduje się po drugiej stronie uliczki i musieli tam iść razem z Foralkhim. To co u końca drogi wyłoniło się z ciemności zdumiało ich do reszty. Tylko wilk cieszył się jak głupi.

– Patrzcie na to! – wskazał im na dziwną ścianę, która wieńczyła zaułek.

To nie był dobrze im znany sczerniały, ceglany mur, jakich pełno w Saratodze. Tą fasadę wykonano z drewnianych belek, bardzo starych i wielkich belek, a pośród nich widniały pojedyncze drzwi. Wszystko pomalowane ciemnozieloną farbą, w której wyryto wiele ozdobnych, roślinnych wzorów. Ta ściana wyglądała wręcz obco na tle ceglano-industrialnej Saratogi. Aissiri podobało się. Była wręcz zauroczona niezwykłą ścianą.

– Co to za miejsce? – spytała, zadzierając głowę, aby przyjrzeć się każdemu szczegółowi.

– Nie mam „zielonego” pojęcia – wzruszył ramionami Foralkhi. – Roznosiłem wczoraj gazety i przypadkiem tu trafiłem. Pomyślałem, że będzie fajnie zerknąć co jest w środku, ale nie chciałem pakować się tam samemu. To kto na ochotnika?  – zapytał i zaczął się ciekawie rozglądać po towarzyszach.

– A co jeśli tam są szczury? – Jęknęła Zin, cofając się. – Poza tym to wygląda podejrzanie. Nie, ja nie wchodzę pierwsza. Rogh? – zwróciła się do orka.

– Ja chcę wpierw wiedzieć, czemu chudy nie wchodzi pierwszy? – zielony spojrzał podejrzliwie na mardaqa.

– No bo ja to miejsce znalazłem, ale radość bycia odkrywcą zostawiam wam – Foralkhi rozłożył ręce niczym dobroduszny kapłan.

– W porządku, ja wejdę – rzekła nagle Aissiri, od razu podchodząc do masywnych, dębowych drzwi, w których wyżłobiono wielką spiralą.

– Jesteś tego pewna? – złapała ją za rękę Zin.

Tsaji łagodnie się wyswobodziła.

– A co mi może się stać? – odparła zawadiacko elfce, po czym nacisnęła klamkę.

Drzwi uchyliły się, ale ze środka biła nieprzenikniona ciemność. Aissiri straciła poprzednią pewność siebie. Spojrzała na przyjaciół, ale ci czekali niecierpliwie co się stanie. Przełknąwszy ślinę, dziewczyna przekroczyła próg. To było najdziwniejsze przejście przez próg w jej życiu. Nagle poczuła jak coś ją porywa, świat zawirował, zrobiło się jej niedobrze i gdy wszystko ustało omal nie puściła pawia w krzaki. Zaraz? – zdumiała się z szeroko otwartymi, brązowymi oczami. – Skąd tu krzaki, tu nie ma nigdzie w okolicy parku! – zaczęła się rozglądać i z wrażenia aż osunęła się na ziemię. To nie był koniec zaskoczeń. Za sobą poczuła… pień olbrzymiego drzewa z wyrzeźbionymi drzwiami podobnymi do tych, przez które przeszła w zaułku Saratogi. Teraz nie mogła znajdować się w mieście. Otaczało ją coś w rodzaju dzikiego ogrodu pełnego roślin i intensywnej zieleni. Czułe, zwierzoczłecze nozdrza uderzał ogrom zapachów, a szpiczaste uszy łowiły cały koncert odgłosów. Śpiew ptaków, dreptanie gryzoni, dostojne kroki oraz ryki jeleni.

– Bogowie! Co to za miejsce! – szepnęła pełna trwogi.

Zerwała się czym prędzej z trawy i zaczęła szarpać za klamkę, chcąc wrócić do swojego szarego, brudnego świata, ale drzwi nie chciały się otworzyć.

– Cholera! Co to ma być? – krzyknęła, kopiąc w drzwi, ale te pozostały zamknięte, za to ona syknęła z bólu.

Obróciła się w stronę tego obcego, zielonego miejsca. Bała się, ale nie miała wyjścia. Zacisnąwszy pięści, ruszyła przed siebie. Z każdym kolejnym krokiem co raz bardziej czuła się, jakby wchodziła w inny świat. Jednak… Aissiri zrozumiała, że jej strach zanika i zaczynało jej się wręcz tutaj podobać. To miejsce przemawiało szeptem wprost do dzikiej części natury dziewczyny. Oparcie się instynktom stawało się co raz trudniejsze, ale przecież to raczej nie jest Saratoga, więc wcale nie musi się im opierać. Zanim się obejrzała, biegała po tym olbrzymim „parku” na czterech kończynach, niczym bardzo dawni przodkowie tsaji, a nawet ścigała z radością gryzonie oraz ptaki. Ogarnęło ją uczucie dzikiej, nieskrępowanej wolności od wszystkiego co ograniczało mieszkańców miasta. Gdy się już wyganiała, podeszła do jednej z jabłonek i zerwała z gałęzi dorodne, czerwone jabłko. Usiadłszy pod drzewem, ugryzła owoc, po czym rozpłynęła się w jego słodyczy.

– Co to za miejsce? – zapytała tęsknie i tym razem została wysłuchana.

– To tylko mój skromny ogród – odpowiedział łagodny głos.

Aissiri natychmiast powstała i z zawstydzoną miną schowała nadgryzione jabłko za siebie. Przed sobą miała istotę, przy której nawet uroda Zin bladła. Nieznajoma była wysoka, jej nieskazitelna zielonkawa skóra przywodziła na myśl rośliny, zaś z głowy dosłownie wyrastały liściaste gałęzie. Suknia istoty wyglądała jak zrobiona z mchu z wplecionymi kwiatami, a mimo to była piękna.

– Witaj Aissiri. Jestem Allium, skromna służka bogini Nammaletine – przedstawiła się istota.

Tsaji padła na kolana, bo zrozumiała kogo ma przed sobą.

– Wybacz zielony duchu, służko pani natury, nie chciałam… tylko przeszłam przez drzwi… nie chciałam nic zrobić zwierzakom… tylko czułam się tak wolna i w ogóle… i to jabłko… odkupię… naprawdę… – dukała przerażona, że duch natury jej coś zrobi za to wtargnięcie.

Allium wcale się jednak nie zagniewała. Uspokajająco dotknęła ramienia dziewczyny swą delikatną dłonią.

–  Nie zrobiłaś nic złego, Assiri – rzekła do niej. – Jesteś moim gościem.

– Gościem? – tsaji spojrzała na nią nieprzekonana.

– Nie rób takiej miny, moja droga. Skorzystałaś z zaproszenia i widzę, że nie żałujesz – Allium uśmiechnęła się.

Aissiri zamyśliła się i musiała jej przyznać rację. Nastolatce naprawdę się tutaj podobało. To miejsce przyciągało ją oraz wzbudzało u niej takie uczucia, jakich nigdy wcześniej nie doświadczała.

– Tu jest… inaczej niż w Saratodze – rzekła, smutnie zwieszając głowę.

– Moja ty biedna istota zakuta w okowy szarego miasta – Allium objęła tsaji. – Wiedz, że zielona ściana miała przyciągnąć tu takie osoby jak ty, potrzebujące zaznać spokoju natury i poznać jej uroki.

– Teraz nie będę chciała stąd odejść – szepnęła Aissiri. – Jak będę mogła wrócić do życia w Saratodze?

– Niestety nie możesz zostać, bo to nie miejsce dla materialnych istot. Mogę was wpuszczać tylko na chwilę, ale mam nadzieję, że teraz będziesz poszukiwać bliskości natury i mówić innym o tym jak ważna jest ona dla istnienia waszego świata. Natura oraz cywilizacja mogą się pogodzić. Moja pani nie żąda od śmiertelnych odrzucenia swych osiągnięć, ale chciałaby byście używali ich z głową. Służ Nammaletine, a obiecuję ci, że jeszcze będziesz mogła tutaj powrócić – Allium obdarzyła swego gościa ciepłym uśmiechem.

Aissiri kiwnęła ze zrozumieniem głową i uściskała ducha natury. Pani ogrodu odprowadziła tsaji aż do przejścia w olbrzymim pniu. Drzwi samoistnie rozwarły się na polecenie istoty.

– Idź już, moja droga. Twoi przyjaciele zaczynają się martwić – Allium pchnęła swego gościa delikatnie ku drzwiom.

Tsaji wkroczyła portal i po ponownym, wstrząsającym przejściu przez „pustkę”, wróciła do szarej, smutnej przestrzeni miejskiej Saratogi. Foralkhi pierwszy ją spostrzegł i dał znać innym. Zmartwieni przyjaciele otoczyli Aissiri, pytając jeden przez drugiego co się stało. Ona z łagodnym uśmiechem na ustach, uciszyła ich gestem dłoni.

– Dowiedziałam się, że są miejsca przyjemniejsze dla takich chcących swobody istot jak ja – odparła tajemniczym tonem, oglądając się na ścianę zaułku, ale po przejściu do ogrodu Allium nie pozostał żaden ślad.

Wróciła nierzucająca się w oczy, ceglana ściana. Mardaq też to zauważył.

– A to ciekawe… – mruknął. – Co tam było po drugiej stronie?

– To było jednorazowe przejście dla kogoś kto potrzebował kontaktu z zielenią, że tak powiem, wilczku – uśmiechnęła się do niego Aissiri.

– Brakuje ci kontaktu z zielenią? To ja ci nie starczam? – zaśmiał się Rogh.

Inni do niego dołączyli w wybuchu radości.

– Dobra zbieram się – rzekła nagle tsaji, gdy ochota do śmiechu z tego żartu przeminęła.

– Ale dokąd? – zapytała zaskoczona Zin. – Jeszcze nie zrobiliśmy nic fajnego! – zauważyła.

– Cóż, tamto miejsce za drzwiami dało mi sporo do myślenia, Zin – wyjaśniła im Aissiri. – Muszę to sobie teraz nieco poukładać. No to pa. Widzimy się jutro – pomachała im na pożegnanie.

Potem ruszyła przed siebie ulicami Saratogi. Oczywiście biegiem. 

Koniec

Komentarze

Nie wiem Astardesie, czy można ten tekst podpiąć pod opowiadanie, to raczej fragment, niż samodzielny utwór. Raptem zalążek historii i wstępne przedstawienie świata i bohaterów.

Zrobiłeś wstęp do świata, który na swój sposób jest ciekawy i chyba sama Saratoga podoba mi się w opowiadaniu najbardziej. Opisy są wystarczające, abym zbudował sobie w głowie wizję miasta. Bohaterowie, mimo, że całkiem wyraziści, niestety nie wnoszą nic nowego, podobnie ich zachowanie, takie typowe sztampowe kumpelstwo. Aissiri poświęciłeś najwięcej miejsca i rzeczywiście, jest lepiej scharakteryzowana i mniej kalkowa, niż reszta. Same drzwi i ogród za nimi są już mało oryginalne. Niektóre zdania źle brzmią pod względem stylistycznym.

przelatując kilka metrów ponad głowami bardziej ułożonych mieszkańcami miasta. (…)

Literówka, poza tym próbuję wyobrazić sobie tych ułożonych mieszkańców ;)

która nawet nie dyszała po takim galopie przez miasto.

Czy koty galopują?

zaśmiała się Zin, jako pierwsza ogarniając się oraz zamykając paszcze obu chłopakom.

Czy Zin fizycznie zamyka im paszcze?

Takie środowisko lubią różne stwory oraz różne bandziory.

Powtórzenie, poza tym zbyt dziecinnie brzmi.

To co u końca drogi wyłoniło się z ciemności zdumiało ich do bez reszty.

Aissiri straciła poprzednią pewność siebie.

Ma kilka pewności siebie?

To nie był koniec zaskoczeń. niespodzianek.

Co do dialogów, to mało przekonywujący jest ten pomiędzy Aissiri, a służką. Dziewczyna zachowuje się jak dzieciak, a służka jak dobra nauczycielka. Nie widzę tutaj relacji między bystrą nastolatką i kapłanką, a taką bym wolał.

Czytałem bez zgrzytów, choć błędów Reg na pewno sporo ci znajdzie. Zastanowiłbym się nad poprawą wszystkich dialogów, aby nie były takie schematyczne.

Podsumowując, pomysł na świat, choć niezbyt oryginalny, można dopracować, jeśli poświecisz więcej czasu na dialogi i bardziej oryginalne pomysły niż “Tajemniczy ogród”.

 

 

 

Przeklęty zwierzoczłek! A żebyś się tak wywalił i durny pysk se rozbił! – krzyknął pewien człowiek, ale stanowczo za późno.

Nie wiem, po co to – pisanie opowiadania memami jakoś mnie odrzuca na starcie. Może dlatego, że od razu mam wrażenie, że tekst jest dla nastolatków, a sam nie jestem nastolatkiem. A może dlatego, że – być może mylnie – zakładam, że nastolatków też nie da się czymś takim kupić.

Aissiri korciło nawet ulec zwierzęcej, pierwotnej pokusie…”

Redakcja konieczna w tym zdaniu. W ogóle w kilku miejscach trzeba (to nie kwestia mojego zdania, tylko pryncypiów) trzeba poredagować na dość podstawowym poziomie (kolejność słów i takie tam).

Kupuję początek – z pewnym człowiekiem – bo mówi mi coś, a poza tym podoba mi się to przyśpieszenie narracji po przybyciu na scenę bohaterki. Ale myślę, że wielu ludziom może to nie odopwiadać, bo to jednak krótka forma i niektórych męczą takie wstawki, które są znikąd. Mnie nie, ja myślę, że nie ma się co śpieszyć w żadnym tekście, nawet krótkim.

Nie wiem, czy świat jest wymyślony przez Ciebie, czy to już jakieś gotowe uniwersum. To z jednej strony robi różnicę, bo jeśli wymyślony, to nawet niegłupio jest pokazany, choć wolałbym więcej. Z drugiej strony to nie robi żadnej różnicy, bo kolejny światek fantasy to jednak zieeeeew…

Wreszcie ostatnia uwaga, fundamentalna – nie jest tak, że nie ma tu fabuły, ale jest to fabuła tak przeraźliwie nudna, tak się tu nic nie dzieje, tak bardzo te “przygody” są mi obojętne, że nie mogę tego nie napisać. I to jeszcze nie jest problem – ja mam tak, że doceniam nudę, doceniam, jak się w dobry sposób nic nie dzieje, doceniam bardzo, jak przygody nie są sednem tekstu. Problemem jest to, że tutaj nie ma nic zamiast, jest obietnica w typie fantasy (przygody! odkrycia! pasje!) i nawet nie próbujesz jej dotrzymać. Gdyby to był początek czegoś większego – to mimo braków technicznych nawet rozważyłbym kliknięcie, bo jest parę rzeczy, które mi się naprawdę podobało (ten bieg i jak pisałem w ogóle początek i kilka innych rzeczy), ale jako samodzielny tekst w ogóle się nie broni.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Również odniosłam wrażenie, że to zaledwie początek dłuższej historii. Owszem, Zielone drzwi coś sygnalizują, coś zapowiadają, ale w zasadzie opowieści tu niewiele. Nie bardzo wiem, czemu miała służyć prezentacja pewnego człowieka i doszłam do wniosku, że chyba tylko temu, żeby biegnąca Aissiri mogła go potrącić i pojawić się w opowiadaniu. Dalsza część nijak nie łączy mi się z początkiem, więc skończywszy czytać, pozostałam z pytaniem – o co tu chodzi?

Niestety, lektury nie mogę uznać za satysfakcjonującą, tym bardziej, że wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia.

 

Męż­czy­zna rzu­cił mu kilka drob­nia­ków w za­mian za te kilka stron pa­pie­ru… –> Powtórzenie.

 

Pe­wien czło­wiek prze­żył coś, co zła­ma­ło jego dzien­ną ru­ty­nę. Coś śmi­gnę­ło obok niego, coś smu­kłe­go i żół­te­go w brą­zo­we plamy. Śmi­gnę­ło tak bli­sko, że po­trą­ca­jąc czło­wie­ka, wy­rwa­ło mu z ręki ga­ze­tę, która wpa­dła w ka­łu­żę po noc­nym desz­czu, a on z wra­że­nia upu­ścił tecz­kę z dru­gim śnia­da­niem. Śmi­gnę­ło tak szyb­ko, że znik­nę­ło nim po­trą­co­ny czło­wiek zdą­żył za­re­ago­wać. Z ogłu­pia­łym wy­ra­zem twa­rzy spoj­rzał on za tym żół­tym czymś… –> Czy to celowe powtórzenia? Czy wszystkie zaimki są konieczne.

 

ale nik­ną­ce w tłu­mie plecy i cią­gną­cy się za nim ogon… –> Piszesz o plecach, więc: …cią­gną­cy się za nimi ogon

 

Strzep­nąw­szy tro­chę wodę, wsa­dził ją sobie pod pachę. –> Ze zdania wynika, że pod pachę wsadził strzepniętą wodę.

 

– Do­be­rek! Oto je­stem! – po­wsta­jąc i otrze­pu­jąc się z pyłu… –> – Do­be­rek! Oto je­stem! – Po­wsta­jąc i otrze­pu­jąc się z pyłu

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Obok niej w ob­dar­tych ubra­niach… –> Obok niej w podartym ubra­niu

Obdarty to ktoś, kto ma podarte ubranie.

Ubrania wiszą w szafie, leża na półkach i w szufladach. Odzież, którą mamy na sobie, to ubranie.

 

Po­zo­sta­li wy­bu­chli grom­kim śmie­chem, zwra­ca­ją­cym na nich uwagę prze­chod­niów. –> Po­zo­sta­li wy­bu­chnęli grom­kim śmie­chem, zwra­ca­ją­c na siebie uwagę prze­chod­niów.

 

co raz głęb­sze i ob­skur­niej­sze za­uł­ki Sa­ra­to­gi. –> …coraz głęb­sze…

 

prych­nę­ła gniew­nie elfka, scho­dząc z rąk orka na zie­mię. –> A nie byłoby wygodniej, gdyby ją zwyczajnie postawił na ziemi?

 

mar­daq za­pro­sił ich do ko­lej­ne­go wą­skie­go i mrocz­ne­go za­uł­ka. –> Wystarczy: …mar­daq za­pro­sił ich do ko­lej­ne­go, mrocz­ne­go za­uł­ka.

Zaułek jest wąski z definicji.

 

Nie wi­dzie­li stąd co znaj­du­je się po dru­giej stro­nie ulicz­ki i mu­sie­li tam iść razem z Fo­ral­khim. –> Co było po drugiej stronie uliczki, widzieli z całą pewnością.

Zdanie winno brzmieć: Nie wi­dzie­li stąd, co znaj­du­je się na drugim końcu ulicz­ki i mu­sie­li tam iść razem z Fo­ral­khim.

 

– Pa­trz­cie na to! – wska­zał im na dziw­ną ścia­nę, która wień­czy­ła za­ułek. –> – Pa­trz­cie na to! – Wska­zał im dziw­ną ścia­nę, która zamykała za­ułek.

Wskazujemy coś, nie na coś. Poznaj znaczenie słowa wieńczyć.

 

fa­sa­dę wy­ko­na­no z drew­nia­nych belek… –> fa­sa­dę wy­ko­na­no z drew­nia­nych belek

Czy to na pewno była fasada?

 

– Nie mam „zie­lo­ne­go” po­ję­cia – wzru­szył ra­mio­na­mi Fo­ral­khi. –> – Nie mam zie­lo­ne­go po­ję­cia.Wzru­szył ra­mio­na­mi Fo­ral­khi.

 

ze środ­ka biła nie­prze­nik­nio­na ciem­ność. –> Skądś lub od czegoś bije raczej jasność/ światło, ale chyba nie ciemność.

Proponuję: …w środku panowała nie­prze­nik­nio­na ciem­ność.

 

Z każ­dym ko­lej­nym kro­kiem co raz bar­dziej czuła… –> Z każ­dym ko­lej­nym kro­kiem coraz bar­dziej czuła

 

Opar­cie się in­stynk­tom sta­wa­ło się co raz trud­niej­sze… –> Opar­cie się in­stynk­tom sta­wa­ło się coraz trud­niej­sze

 

Gdy się już wy­ga­nia­ła… –> Raczej: Gdy się już wy­biegała

 

Moja ty bied­na isto­ta za­ku­ta w okowy sza­re­go mia­sta –> Moja ty bied­na isto­to, za­ku­ta w okowy sza­re­go mia­sta.

 

Moja pani nie żąda od śmier­tel­nych od­rzu­ce­nia swych osią­gnięć… –> O czyich osiągnięciach jest mowa – natury czy śmiertelnych?

 

Tsaji wkro­czy­ła por­tal… –> Tsaji wkro­czy­ła w por­tal

 

oglą­da­jąc się na ścia­nę za­uł­ku… –> …oglą­da­jąc się na ścia­nę za­uł­ka

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za słowa krytyki. Na pewno pomogą mi sprawić, by kolejne moje historie były lepsze. Opowiadanie trochę mniej zmiażdżone niż rok temu, więc jakieś minimum sukcesu jest, ale widzę, że poniosłem porażkę przy próbie napisania znośnej, krótkiej historii. Ktoś mógłby mi polecić jakieś dobre, krótkie opowieści, abym mógł się dokształcić na przyszłosć?

Astardesie, może zacznij od przeczytania opowiadań wyróżnionych piórkami, zajrzyj też do Biblioteki. Jestem pewna, że znajdziesz tam teksty, które pomogą Ci, jak to powiedziałeś – dokształcić się na przyszłość.

Powodzenia. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zgadzam się z przedpiścami. To wygląda na początek dłuższej opowieści. Tym bardziej, że kompozycja wydaje się mocno zaburzona – pierwsza jedna trzecia tekstu poświęcona jest pewnemu człowiekowi, którego jedyna rola to dać się potrącić. Wolę, kiedy tekst zaczyna się czegoś, co ma znaczenie. Gdyby ten człowiek pojawił się jeszcze w końcówce jako strzelba Czechowa, to co innego…

Z fabułą słabo.

Bohaterowie raczej sztampowi, te zwierzęce mieszańce odrobinę odstają od tła, ale też już się pojawiały na różnych kartach.

Wykonanie mogło być lepsze. Jest różnica między “co raz" i “coraz”.

Tą fasadę wykonano z drewnianych belek,

Tę fasadę.

Babska logika rządzi!

Obiema rękami podpisuję się pod komentarzem Finkli. Tekst to raczej fragment początkowy. Świat jakoś się dla mnie nie wyróżnia – nawet zwierzoludzie jakoś nie przykuli uwagi.

Technicznie słabo – ciężko mi było czytać, napotykając co i rusz na jakąś grudę.

Podsumowując: bez fajerwerków. Jeszcze będziesz musiał popracować na warsztatem, Autorze.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dam parę poprawek:

 

Kiedy drugi raz mówisz o podwórzu, nie pisz, że jest zabłocone, już to wiemy.

 

Chłopak nie może rostawić się w tunelu. Może tam rozstawić coś.

 

Nie możesz żonglować czasem narracji. Albo czas przeszły, albo teraźniejszy, a nie "mężczyzna rzucił", żeby za chwilę: "robotnik jest".

 

Złamać rutynę? Czy aby na pewno to odpowiednie słowo?

 

Akapit o potrąceniu przez żółte coś do przeróbki, za dużo powtórzeń i pomieszane podmioty (piszesz, że gazeta wpadła w kałużę, po czym wracasz do podmiotu "on").

 

Dlaczego "krzyknął pewien człowiek"? Przecież wiemy, co to za człowiek, to bohater opowiadania.

 

Akapit opowiadający o dziewczynie to spory infodump i blok tekstu.

 

"bajecznie piękna" – sztampowe określenie

 

Prawda, Foralkhi? – Szturchnął ← zapomniałeś przecinków wszędzie, gdzie dałeś wtrącenie (prawda, Janku? Dzięki, Grażko!) Ponadto jeśli w dialogu jest czynność niegębowa (szturchnął), to drugie zdanie dajemy z dużej. Poczytaj o zasadach zapisu dialogów.

 

Nie mam "zielonego" pojęcia ← po co to “? 

 

co raz <– coraz 

 

Opowiadanie, czy też raczej fragment, ma klimat, ale trzeba nad nim dużo popracować. I oczywiście rozwinąć.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Początek całkiem fajny, później wszystko się rozjeżdża. Wprowadzasz pewnego pana i cały tabun kolegów bohaterki, a w sumie wszyscy oni są dla fabuły zbędni. Najbardziej tego pana szkoda, bo zapowiadał się ciekawie. Dialogi między przyjaciółmi, choć miały wypaść luźno, wypadły imo wymuszenie i sztywno. Dałoby się tu popracować. Fragment w ogrodzie trochę z czapy. Ogólnie to się wszystko kiepsko trzyma kupy i faktycznie przypomina fragment. Solo, jak dla mnie, się nie broni.

Nowa Fantastyka