- Opowiadanie: kubutek28 - Orzechy z lichem łuskane

Orzechy z lichem łuskane

Dawno temu wrzucałem opowiadanie “Powrót dziadów”. Poniższe opowiadanie wyjaśnia parę kwestii stamtąd właśnie. Choć z drugiej strony, uważam, że można spokojnie potraktować je jako oddzielną opowieść. Tak czy siak, zapraszam do kolejnego opowiadania o Tymonie i Ongusie, życzę miłej lektury i proszę o opinie:)

P.S. Opowiadanie świeżo po kolejnej z korekt, więc jak są jakieś kwiatki, to musiały się bardzo przebiegle ukryć...

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Finkla, Użytkownicy, regulatorzy

Oceny

Orzechy z lichem łuskane

– Cóż tam? Którego byś pan chciał? – zagaił dziadzio do przybyłego mężczyzny. Ów pogładził w zamyśleniu brodę, potupał parę razy.

– A ile pan za nie chcesz?

– A co pan masz?

– Trochu jabłek… Papierówki… – zaczął wyliczać tamten. – Wór owsa…

Siedzący na burcie kolasy staruszek zadumał się, próbując ustalić cenę.

Przyjechali – on i Tymon – na targ do pobliskiej osady Rakicice, by nieco przerzedzić swoją nazbyt liczną hodowlę królików, a przy okazji pozyskać trochę zapasów. Przed zaprzężonym w pożyczoną kobyłkę wózkiem rozłożyli klatki z inwentarzem. Było jeszcze dość wcześnie, więc na razie tylko dwie ustawili na powrót na deskach pojazdu, a jedną z nich udało się sprzedać wraz z zawartością. Obok pustych skrzynek stał już worek z ziemniakami oraz kosz suszonych grzybów – niby tych mieli jeszcze dużo, ale używali ich do przyrządzania pasztetu, a dali za nie tylko dwa króliki.

– Za kamień jabłek możem wam dać jednego samca i samiczkę – oznajmił dziadzio. – Albo trzy młode. Za wór zboża dwa razy tyle.

Kupiec cmoknął, znów się zamyślił.

– E… – Machnął ręką – Na razie nie mam klatek ani obory przysposobionej… Kiedy indziej wezmę…

– Możem z klatkami sprzedać! – zachęcił Tymon. – Przecie puste stoją, coś się przedsięweźmie!

– Lepiej nie… Widzę, że słabo ustrojone – odrzekł znów tamten. – Jakby lis czy pies chciał, w mig by je rozłupał i króle podusił… Innym razem…

– Obacz no, takiego, Tymonku – warknął dziadzio, gdy mężczyzna już odszedł. – Przyjdzie, będzie marudził nie wiadomo na co, przedsiębiorców obrazi, a nie zakupi nic… Pouczać nas chce, a powiadam ci, zna się taki, jak koza na pieprzu.

Tymon widział podobnych klientów wielokrotnie. Nie mogli się na nic zdecydować, szukając zachęty wokół siebie. A gdy już takąż otrzymali, jakby pod wpływem jakiejś tajemnej siły, rezygnowali z wszelkich propozycji i odchodzili, tym samym denerwując zapracowanych sprzedawców. Pośród tego tłumu, który przewijał się obok ich kramiku, chłop zauważał wiele typów spożywców. Były dzieci, które wybiegały przed swoich rodziców i zaczepiały zwierzaki, wpychając palce w dziury w kratach klatek. Namawiały opiekunów na kupno, nieraz nawet wrzeszcząc i płacząc. Były panny i gospodynie, które zachwycały się króliczym puchem, a, zdawałoby się, nie obchodziły ich korzyści w postaci mięsa. Najprzyjemniejszym zjawiskiem byli ci, którzy z góry wiedzieli ile i czego chcą. Tacy, którzy tylko trochę targowali się o cenę, ale to tak bardziej dla przyjemności, niż ze skąpstwa. Zdarzali się też mężczyźni, którym nie za bardzo uśmiechało się ubijanie żywego stworzenia i prosili o martwe króliki, jednak Tymon z dziadziem na miejscu podobnych usług nie świadczyli.

Czasem z tłumu wychynął ktoś, kto, podobnie jak właściciele kramiku, zajmował się chowem królików. Choć byli to przecież konkurenci, to Tymon i dziadzio chętnie gościli owych hodowców, by czasem dowiedzieć się czegoś nowego, poznać jakiś przepis na danie z króliczego mięsa lub po prostu pogadać, jak znawcy ze znawcą. Również i teraz pojawił się jeden z takich specjalistów. Tymon od razu poznał znajomego handlarza, który podszedł w zadumie, a nawet zafrasowany wręcz. Odziany był w kożuch, na głowie miał czapkę z futra królika, wyglądającą jakby to siedziało jedno z jego zwierzątek. Spoglądając na ich inwentarz mocno pocierał kciukiem swe bujne wąsy.

– Powiedzcież, no – zaczął niepewnie, zwracając na siebie zaciekawione spojrzenia sprzedawców. – Nie zżera wam ich żadna zaraza, a?

– Wyplujże pan te słowa! – uniósł brwi dziadzio. – Wyglądają ci one na trawione jakim tałatajstwem?

– Ech… Nie – zamyślił się znów tamten. – Dumam jeno czy, podobnie jak to u mnie się dzieje, nic ich nie zabija… Czy to zwierz jaki, czy inny czort?

– Nie przyuważylim niczego – zapewnił staruszek. – A wnyki jakieś pan stawiałeś? Albo pułapkę inszą, co by sam się udusił?

– A jużci, trzy noce pod rząd! A gdym z rana zachodził, wszystko, com przyrządził, rozstrojone leżało!

– Cóż tu dumać? – wzruszył ramionami Tymon. – Przyczaić się wam trzeba, albo lepiej nawet wziąć kogo do pomocy. Bo to nic, tylko złodziej grasuje!

– Takom też myślał, ale słuchajcież, panowie, czy złodziej martwe ścierwo pod samym chlewikiem ostawia?

– Dziwności… – zadumał się dziadzio.

– Ano, cudaczna sprawa… – potwierdził zmartwiony hodowca. – No cóż, nie będę panom więcej opowieściami ponurymi spożywców straszył… Dobrego dnia!

– I takoż panu…

Wcale nieuspokojony mężczyzna oddalił się, pozostawiając ich dwóch w zadumie.

– A może licho jakie? – zastanowił się Tymon. – Taki leśny dziad…

– Gdzież, on by raczej króliki pozwalniał, miast ubijać…

– Pewno masz, dziadziu, słuszność. Ciekawym, jak daleko ów od lasu mieszka… Bo przecie my też na samiutkim obrzeżu, jeszcze i do nas co przyjdzie…

Dziadzio zarechotał.

– Ty już wilka z lasu to nie wywołuj…

Rozbawiony trafnością porzekadła roześmiał się też Tymon.

 

***

Do sioła Wolszebniki wracali w dobrych nastrojach – udało im się sprzedać większość królików, wieźli więc niemało towaru. Co ciekawsze, znalazł się też ktoś, kto zapłacił im miedziakami. Całą sumę dziadzio skrzętnie schował do sakiewki przytroczonej u pasa. Tymon, prowadząc kobyłkę ciągnącą kolasę, odwrócił wzrok, by popatrzeć jeszcze raz na rozmaitości zgromadzone na wózku. Worki z jabłkami, zbożem i warzywami, wiklinowe kosze z grzybami, ryby oraz inne dobra cieszyły oko. Na samym początku, tuż przy burcie, na jednej z pustych klatek przycupnął dziadzio i wpatrywał się w mijany las. Tymonowi staruszek podług tych wszystkich worków i pakunków wydał się nagle mały i słabiutki. Zdał sobie sprawę, jak bardzo ów jest stary. Posmutniał i odwrócił wzrok.

Tymon zobaczył, że dojeżdżają do sioła – poznał to po drodze, która jakby nabrała śladów użytkowania. Do tego las z jednej strony przerzedzał się, a kilkadziesiąt skoków dalej całkiem ustępował ściernisku po skoszonym zbożu.

– Ech, pójdę z Baryłą ugadać czy by nie chciał kupić czego – rzekł dziadzio, sapnąwszy z uciechą. Widać, też już domyślił się, że zbliżają się do wsi. – Może i królików parę będzie chciał?

Tymon w odpowiedzi pokiwał z aprobatą głową.

– Do pójścia ze mną cię nie przymuszam – ciągnął staruszek. – Pewno byś znów do wolszebnika się wybrał, co?

Jasne, że chętnie by poszedł. Zwłaszcza teraz, gdy Ongus zaczął uczyć go nowych zaklęć. Tymon niepokoił się jednak, że być może dziadzio wciąż nie jest przychylny jego studiom u czarodzieja. Młodzieniec próbował dosłyszeć w głosie dziadka jakąś nutę przekąsu czy dezaprobaty, ale wszystko wydawało się dziwnie przyjazne.

– Myślałem, żeś przeciwny mojej nauce – wyraził swe myśli ze zdziwieniem.

– Jużem ci mówił – mlasnął tamten – jak będziesz chodził, pracy nie zaniedbując, to przecie nic złego się nie będzie dziać.

– A podziękowałeś choć panu wolszebnikowi, że cię przyucza? – zaskrzeczał znów staruszek po chwili milczenia. – Zapłatę jakąś wniosłeś?

Tymonowi nawet to nie przyszło do głowy. Ongus się nie dopominał, samo posiadanie ucznia uważał chyba za wystarczającą nagrodę, a dziadek, zdawałoby się, nigdy by na żadną zapłatę nie zezwolił.

– Ale przecie…

– Oj, Tymonku, nieprzystojnie dumasz – przerwał mu starszy. – Ze zwykłej wdzięczności byś mu ofiarował co, nawet jak nic nie mówi… Wstyd mi czasem za ciebie… Weź na ten przykład jeden wór z ziemniakami…

Młodzieniec wywnioskował, że staruszek musi być w dobrym nastroju – skąpy nie był, ale że chce tak wszystkich czymś obdarowywać?

– E, ziemniaków pewno on nie chce – odradził Tymon. – Dumam, że ciekawszymi rzeczami będzie chciał się zajmować, niż ich obieraniem. – Wyobraził sobie siebie wnoszącego wór pyrów na samą górę klatki schodowej w wieży maga, a potem pewnie jeszcze na dół, do piwnicy. Był to główny powód, dla którego chciał wybrać coś innego.

– Weź tedy kosz orzechów, może będzie chciał sobie połuskać… – doradził dziadzio. Orzechy były o wiele lżejsze, ta opcja Tymonowi bardziej odpowiadała.

Staruszek uśmiechnął się.

– Poopowiadaj, no, czegoż cię tam pan wolszebnik uczy? – poprosił. – Umiesz już co czarować?

Młodzieniec burknął coś niezrozumiałego, wzruszył ramionami. Starał się na razie uniknąć odpowiadania na to pytanie.

– Hę? Co mówisz? – nie poddawał się dziadek.

– Oj, coś tam umiem… – bąknął Tymon. – Ale mniemam, że nie na tyle dobrze, żeby się tym zaraz przechwalać…

Staruszek mruknął z zaciekawieniem.

Młody uczeń maga rzeczywiście umiał już uczynić parę zaklęć tak dobrze, że rzucanie ich tu i teraz nie powinno mu sprawić problemów. Nie wyzbył się jednak strachu przed tym, że wypowiadanie czarów na własne widzimisię może po prostu zaszkodzić, jemu samemu lub otoczeniu. Jak dotąd jego kontakt z magią miał głównie nieprzyjemne skutki.

 

***

Tymon wspinał się po stopniach klatki schodowej wieży maga radując się w duchu, że zamiast worka z ziemniakami wybrał koszyk z orzechami. Wychynął przez klapę w podłodze. Ongus krzątał się po pomieszczeniu.

– Dobry – rzekł głośno Tymon. – Orzechy przyniesłem.

– Orzechy? – Czarodziej przystanął, nie kryjąc zdziwienia. – A na cóż mi one? – dodał, uprzedzając chłopa, który już chciał obdarzyć go kąśliwą uwagą na temat jego słuchu.

– O to samo zapytałem dziadka. Powiedział, że będziesz chciał sobie połuskać.

– Skoro tak mówi, to połuskam – wzruszył ramionami Ongus. – Postaw, no je tutaj, później zniosę do piwnicy.

– A więc – zaczął znów wolszebnik, gdy chłop wykonał polecenie – dzisiaj powtórzymy zaklęcia, które już znasz. Jak ci dobrze pójdzie, to może nauczę cię czegoś nowego. W przeciwnym razie poczytamy coś z teorii.

Tymonowi z niepokoju ścisnęły się trzewia – od czytania w dużych ilościach wciąż bolała go głowa, wolał tego uniknąć.

– Przypomnisz sobie jakieś zaklęcia bez podpowiadania?

Chłopu w mig, podświadomie wręcz, przyszło na myśl jedno. To, przez które napytał sobie tyle biedy, ale i zatriumfował.

– Voleo fluggi – powiedział, myśląc o lataniu i o niebie. Chwilę później sam unosił się nad ziemią. – Voleo stagra – dodał zadowolony z siebie, opadając na powrót na podłogę. Tego drugiego sam się nauczył, właściwie trochę z konieczności. Kątem oka dostrzegł rozbawienie na twarzy Ongusa.

Tymon myślał dalej. Wolszebnik uczył go jeszcze trzech formuł, ale przypominał sobie tylko jedną, pozwalającą na stanie się bezbarwnym jak woda.

– Prosecorpa – powiedział, nie zastanawiając się zbyt długo. Zauważył, jak jego ciało stało się przejrzyste. A przynajmniej prawie całe ciało, poza szkieletem.

– Kości są twardszym tworem – wyjaśnił czarodziej. – Musisz bardziej się skupić, żeby ich też nie było widać. Pomyśleć o czymś to jedno, ale wywrzeć wpływ na materii jest już trudniej. Swoją drogą, jest to dobre zaklęcie, jeśli chcesz się ukryć, a nie potrafisz jeszcze stać się niewidzialnym. Co jeszcze?

To by było na tyle, pomyślał Tymon patrząc, jak Ongus za pomocą czarów przywraca jego ciału zwykły wygląd. Chłop nie potrafił przypomnieć sobie pełnej formuły pozostałych zaklęć.

– No, przypomnij sobie… Jak wydłużyłbyś sobie ramiona, gdybyś, na przykład, czegoś nie mógł dosięgnąć? – Tymonowi coś świtało w głowie, miał frazę na końcu języka. Ongus postanowił mu nieco dopomóc. – Croso…

– Croso rama! – palnął chłop i poczuł, że sztywnieją mu ramiona. Był zadowolony, że mu się udało, ale tylko przez chwilę – oto zobaczył, jak zamiast rąk wyrastały mu teraz dwie gałęzie, a w miejscu palców miał krótkie odrośle pokryte liśćmi.

Czarodziej wybuchnął głośnym śmiechem.

– Właśnie wymyśliłeś świetne rozwiązanie, gdybyś nie miał akuratno nic do jedzenia, a czułbyś się głodny. Wystarczy się zmienić w drzewo, liście cię same nakarmią! – wysapał, ocierając łzy. – Ale pięknie wyglądasz, niech skonam. Teraz tylko zmienić resztę w śniegowe kule i będzie zacny bałwan.

Tymon nie odparł nic. Stał naburmuszony, w milczeniu czekając, aż czarodziej skończy się naśmiewać i go odczaruje, co nareszcie uczynił.

– G'woli ścisłości to jest croso arma – wytłumaczył wciąż uśmiechnięty Ongus. – Następnym razem nie wypowiadaj zaklęcia, jeśli nie masz pewności, czy zrobisz to tak, jak trzeba. Sam widzisz, jaki może być efekt.

Tymon poruszył palcami, jakby upewniając się, że są na miejscu.

– Zostało jeszcze jedno – podjął znów czarodziej.

Chłop pamiętał. Owo ostatnie zaklęcie służyło do wzniecania światła, przywoływania snopa iskier. Wysunął nawet rękę, tak jak nakazywał wcześniej Ongus, by czar przez przypadek nie spowodował oparzeń, czy innych nieprzyjemności.

– Mici… – podpowiedział mag.

– Mici lumi! – przypomniało się nagle Tymonowi. Był pewien, że właśnie tak brzmiała formuła. Wypadek z poprzednim zaklęciem kazał mu się jednak zawahać. Z ręki wystrzeliło tylko parę słabych, szybko zgasłych iskierek.

– I znowu – skomentował Ongus. – Jeślibyś skupił się bardziej, czar miałby większą moc. Przydatne zaklęcie, gdy w nocy czegoś szukasz lub po prostu chcesz oślepić kogoś przebywającego w ciemności – dodał.

– O, racja. Przydałoby się na złodzieja – zauważył chłop, przypominając sobie nagle o sprzedawcy królików i jego osobliwym problemie.

– Jakiegoż znowu złodzieja? – zainteresował się Ongus.

– A, taki jeden na targu mi i dziadziowi wspominał… – bąknął Tymon. – Zresztą, nie ma co dumać, bo to pewno wcale nie złodziej…

– Jakże to? To złodziej czy nie złodziej? Mówże jaśniej!

Chłop zastanowił się, wydął lekko wargi.

– Musi to być człowiek… Kupiec nam wspominał, że coś mu króliki zatraca, a zręcznie wszelkich pułapek unika… Ale cóż za cel w tym, skoro truchła na miejscu ostawia?

Ongus uniósł brwi, jeszcze bardziej zaciekawiony. Przeszedł parę razy w milczeniu po pokoju.

– Powinieneś być wyczulony na podobne, nietypowe sytuacje. To może się okazać ciekawą zagadką – rzekł po chwili, kiwając palcem.

Tymon nie odparł nic, postanowił zaczekać, aż nauczyciel powie coś jeszcze na ten temat.

– Rozwiązywanie takich niecodziennych problemów ludności i ewentualnie łapanie złoczyńców to właściwie nasze zadanie, jako magów-strażników – wyjaśnił czarodziej chwilę później. – Gdzie mieszka ten hodowca?

– Nieopodal Rakicic, w siole Lichowólka – odparł Tymon, podrapawszy się w zamyśleniu po głowie. – Dokładnie nie wiem gdzie, bom nigdy u niego nie był. Ale dziadzio co innego, on by trafił, możesz go zapytać.

– Oj, to już nie będzie konieczne, jakoś trafimy, przepytamy kogoś na miejscu.

– Jak to?

– Ano tak to – uśmiechnął się Ongus. – Szykuj się na małą wyprawę.

 

***

Do Lichowólki dotarli po południu. Było jeszcze trochę do zmroku, gdy zaczynali przeprowadzać wywiad w siole.

– Warto by wybadać, czy to tylko jego kłopot – tłumaczył czarodziej. – A może ktoś jeszcze podzieli się swoimi nieprzyjemnymi doświadczeniami? Albo, choć w tym raczej nie pokładam nadziei, sam szkodnika widział?

– Jeszcze tylko kilka rad – rzekł Ongus, nim wkroczyli do sioła. – Nie musisz nieustannie używać czarów, których cię uczę. Powinieneś jednak próbować wyobrazić sobie, jakie zaklęcia i w jaki sposób mogą się przydać w spotykających cię okolicznościach. Nigdy nie wiadomo, być może będzie to najlepsze z możliwych rozwiązań.

– Po drugie: bądź miły dla wieśniaków i w ogóle dla innych. To, że umiesz posługiwać się czarami, nie powinno zaniżać twojego osądu o ludziach. Właściwie z tym raczej nie powinieneś mieć kłopotów, co? Przecież jeszcze jesteś jednym z chłopów, podobnie jak i ja niegdyś.

Tymona lekko zadziwiły słowa nauczyciela. Uniósł brwi, postanawiając go kiedyś o to zapytać.

– Na razie chyba tyle z moich rad – podsumował Ongus, uniósłszy wzrok. – Jeśli coś jeszcze mi się przypomni, będę ci mówił na bieżąco. A jeśli ty masz jakieś pytania, to też się nie wahaj.

Na pierwszych mieszkańców Lichowólki natknęli się już na samym początku – pod płotem okalającym pierwszą z chat dostrzegli trójkę gaworzących wieśniaków. Dwójka z nich, para w podeszłym wieku, siedziała na ławce. Mężczyzna był wysoki i gruby zarazem. Kobieta obok wyglądała na niższą i nieco szczuplejszą, na głowie miała chustę. Stojący obok, sprawiający wrażenie młodszego, chudy chłop jedną ręką trzymał się sztachety płotu, drugą podparł bok.

Cała trójka zamilkła, gdy tylko spostrzegli zbliżających się mężczyzn. Zaczęli wpatrywać się w nich z grymasami na twarzach, wyrażającymi zainteresowanie.

– Mistrzostwo konspiracji – mruknął Ongus, zażenowany ich poczynaniami. – Dzień dobry! – powitał trójkę, gdy się już doń z Tymonem zbliżył.

Wieśniacy, ze zmrużonymi oczami wciąż gapiąc się na przybyłych, wolno pokiwali w odpowiedzi głowami.

– Szukamy chałupy tutejszego, który przedaje regularnie króliki na targu w Rakicicach – wyjaśnił czarodziej. – Radzi bylibyśmy, gdybyście wskazali nam doń drogę.

– Znaleźć jego dom nietrudno. – Rozmowę podjął gruby staruszek, siedzący na ławce. – A co od niego chcą? Być to może, że Pyrosław popadł w jakieś zatargi niemiłe?

– Nic z tych rzeczy! – uniósł dłonie wolszebnik. – Słyszeliśmy, że nęka go jakieś nieznane licho.

– A, tedyśmy bardzo radzi! Nie on jeden jest nękany. Dobrze, żeście przybyli. Oczywista, jeżeli tylko coś zaradzicie.

– Mówcie, co wiecie, każda poszlaka się przyda.

– O, panie, nie samo poszlaka! – wykrzyknął staruszek. – Samem widział onego stwora na własne oczy! I wiedzcie, że w jednym macie rację – to najprawdziwsze licho nas dręczy! Musi leśny dziad nachodzi, nie mogąc wybaczyć biednym sielanom, że zwierza na pożywienie hodują. Ale przecie co nam innego robić? Chyba jeno z głodu pomrzeć, to by go snadnie zadowoliło!

– Jak wyglądał? – przerwał mu Ongus.

– Hyh… Jak licho! – burknął tamten. – Garbaty, mały, brzydki, z brody sobie odzienie uplótł, a jak mi po chlewiku łaził, to sapał i rzęził, jakby się dusił. Właściwie… – staruszek skrzywił się, podrapał się po głowie. – Na dobrą sprawę to chyba był borowy, nie leśny dziadek…

– Co też gadacie? – wtrącił młodszy chłop, stojący przy płocie. – Przecie to jeden i ten sam!

– A gdzie tam! Leśny dziad drzewami się zajmuje, a borowy nad wszelkim zwierzem ima pieczę!

– A niby jak ich rozróżnić?

– Pierwy członki ma długie, żeby mu wygodnie było po drzewach łazić i martwe gałązki podcinać. A ten drugi szeroki jest i barczysty, żeby żaden dzik czy zając go z człowiekiem nie pomylił i uciekać nie musiał.

Młodszy chłop burknął coś i zamilkł. Po jego twarzy widać było jednak, że chętnie wyłożyłby starcowi, co w borze piszczy, ale pewnie uznał, że nie warto, nie przegadałby go, a jeszcze pewnie od młokosów byłby wyzwany.

– Takież to licho – podsumował starzec. – Jednakowoż, gdyby panowie chcieli jeszcze Pyrosława wypytać, znajdą jego dom nieopodal, drugi zaraz za łączką i drogą w bok odwodzącą.

– Dzięki za opisanie – rzekł Ongus, chcąc widocznie odejść od chłopów. – Przyda się, postaramy się znaleźć i złapać licho.

– A, pomyślności – pożyczył starszy. – Ale mniemam, że tak łatwo może nie pójść. Myślą panowie, że to takie nic, zaczaić się i licho złapać? Jakby tak było, każdy głupi potrafiłby takoż uczynić. Człek nic by wtedy nie robił, tylko licha łapał.

– Zobaczymy – odparł Ongus z uśmiechem i odeszli od trójki przy płocie. – Pamiętasz, com ci mówił, że raczej nie zakładam, żeby ktokolwiek widział szkodnika? – zapytał Tymona, oddaliwszy się nieco.

– Ano.

– Obstaję przy tym. Prędzej uwierzę, że króliki we wsi prowadzą ze sobą wzajem wojnę i się same zarzynają, niż on widział jakiegoś gajowego.

– Przecie sam poświadczył! Nawet mówił, jak wygląda!

– Dajże spokój… A przy tym miałby się zastanawiać nad szczegółami? Nie, powiadam ci jeszcze raz, nic nie widział.

– Tedy, jak dotąd, tylko miejsca zamieszkania królikarza się dowiedzieliśmy?

– Niekoniecznie – uśmiechnął się Ongus.

– Czegóż więc? – Tymon był już nieco poddenerwowany ciągłymi zaprzeczeniami towarzysza. Nie mógł wyłożyć wszystkiego naraz?

– Oto kolejna rada – uniósł palec mag. – Od ludzi może nic nie dowiesz się o istocie, ale o cechach prawie zawsze.

Młodzieniec nastroszył brwi w zdziwieniu.

– Najpewniej nie był to żaden gajowy, ani leśny dziad – wyjaśnił mu czarodziej – ale być może chłop rzeczywiście się na szkodnika natknął. Bojąc się jednak, zza węgła przysłuchiwał się, co ów robi. Stąd wywnioskował, że rzęzi i sapie. Albo załóżmy, że widział coś, ale tylko z daleka. Może więc twierdzić, jakoby to coś na dwóch nogach, resztę sobie dopowiedział. Ale czemu wykluczać od razu najzwyklejszego złodzieja?

Tymon z uznaniem pokiwał wolno głową.

– Cóż dumać, nie wysłuchawszy wszystkiego? – machnął ręką mag. – Chodźmy do tego hodowcy, on przecież ma kłopot już od paru dni, to i pewnie wie więcej.

Chłop znów przytaknął.

 

***

– Ach, dzięki, panie Tymonie, żeś pan towarzysza przyprowadził i że pomóc chcecie. – Gdy tylko handlarz zauważył znajomego, na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. – Proszę, oto gdzie trzymam króliki, wejrzyjcie – poprowadził ich do małego chlewiku. Z wnętrza wydostawał się silny zapach siana i króliczego łajna. Przybyli nie zauważyli niczego podejrzanego. Poza śladami krwi na ziemi oraz na klatkach.

– Szkodnika dzieło? – wskazał je palcem Ongus.

– Po części i owszem – odparł posłusznie gospodarz. – Ale tutaj też samemu zwierzaki ubijam.

– Jasne – czarodziej pokiwał ze zrozumieniem głową. – Co o całej sprawie sądzicie? Widzieliście co?

Zapytany zadumał się, cmoknął głośno z miną znawcy.

– Musi zwierz niejaki – zawyrokował. – Ale co dokładnie, pojęcia nie mam.

– Jak to? – wtrącił Tymon. – Przecie sam pan mówiłeś, że zwierz to być nie może, bo zręcznie wszelakich pułapek unikał!

– Ano zręcznie, widać umna bestia…

– Inni we wsi mówili, że to licho, bo jako człek, na dwóch nogach stoi – podsunął Ongus.

– Nawet zwierz musiał stanąć, jak chciał do wieka klatki sięgnąć – obstawał przy swoim chłop.

– Czemu pan tego zwierza się trzymasz, skoro dlań żadnego oparcia nie masz?

– A mam – odrzekł Tymonowi chłop. – Jednej nocy takiem warki i wiski słyszał, że tylko między zwierzęty musiała się rozgrywać potyczka. I wierzaj pan, żadnego ludzkiego odgłosu nie było. Zrazu myślałem, że to może mój Burek na złodzieja ujada, ale gdzież, niecnota nawet przed co większymi kocurami ucieka, a muchy nie potrafi złapać… Mówię tedy, co mi się zdaje – nic to innego, tylko zwierz jaki groźny, o!

Dwaj tropiący postali jeszcze chwilę. Rozglądali się po szopie, próbując dostrzec coś jeszcze, choć małą dodatkową wskazówkę. Znów jednak nic to nie dało.

– Właściwie – hodowca stracił już cierpliwość, przerwał milczenie – cóż panowie chcą przedsięwziąć?

– Najpierw się zaczaimy – wyjaśnił Ongus – żeby wiedzieć, przeciwko czemu mamy cokolwiek przedsiębrać. A potem, zależnie od wyniku, zastosujemy odpowiedni sposób. Dziś starczy już nam wywiadu – zwrócił się do Tymona. – Zmierzcha już i musimy zacząć działać z tym, co już wiemy. Lepiej iść się już przygotowywać.

 

***

Jak ocenił Ongus, zbiornik na siano ulokowany na strychu obory był najlepszym miejscem pokazanym przez gospodarza, skąd mogli obserwować królikarnię. Położony naprzeciwko chlewiku budynek dawał możliwość wglądu do jego środka, gdyby tylko drzwi doń pozostawić uchylone.

Tam więc legli na pożyczonej od Pyrosława kapie i obserwowali jego podwórko ze sporządzonego tuż pod spadzistym gontowym dachem otworu, przez który wrzucano siano do środka.

Leżeli dopiero niespełna dwie godziny, co można było poznać po ruchu księżyca na niebie, ale Tymonowi czas ów niemiłosiernie się dłużył. Nie zdawał sobie sprawy, że w czasie podobnej wyprawy można się aż tak nudzić. Dla zabicia czasu próbował, zgodnie z radą nauczyciela, wymyślać sposoby użycia magii w tym momencie. Ale, szczerze mówiąc, za dużo nie było do dumania, czary po prostu nie były teraz do niczego potrzebne. Zaczął więc wybiegać myślami naprzód i zastanawiać się, co można zrobić, gdy już pojawi się intruz. Mógłby na przykład, choć to nic nie wniosłoby do ich śledztwa, po prostu wystraszyć szkodnika snopem iskier. Ciekawszym czarem, jak uznał, byłoby wzniesienie się w powietrzu, a potem wylądowanie na dachu chlewika. Stamtąd, dodatkowo stając się przezroczystym, zauważyłby o wiele więcej. Zajrzałby do środka i chwycił za kark złodzieja wydłużonym z pomocą kolejnego zaklęcia ramieniem.

– Nie śpij! – szturchnął go Ongus.

– Nie śpię! – odszepnął chłop.

– Dobrze. Pamiętaj, że dziś tylko obserwujemy. Lepiej na razie nie reagować. No, chyba że to coś lub ktoś zacznie wyrzynać naszemu gospodarzowi cały inwentarz.

– A ty jak myślisz? To coś czy ktoś?

– Wolę nie mówić, póki nie zobaczę. Relacje były tak rozbieżne, że to może być wszystko, nawet smok.

– Nie wywołuj wilka z lasu.

– Wilk mógłby być. Zwykłe, poczciwe zwierzę, zostawiające jeszcze zwyklejsze ślady. Kłopotu by z takim nie było, paru wieśniaków by sobie z nim poradziło, a co tu wspominać o nas. Ale wiesz co? To nie wilk. To by było zbyt proste.

Tymon nie potrafił rozpoznać czy słowa wolszebnika były żartem czy też wyrazem irytacji lub jeszcze czegoś innego. Na wszelki wypadek postanowił się na razie zamknąć i pogrążyć w nudzie.

Ta jednak nie trwała długo.

Chwilę później usłyszeli warczenie. Z głębi podwórka, od strony przejścia na pole, coś nadbiegało. I nie była to, co ze zdziwieniem zobaczyli, jedna sylwetka, ale kilka podobnych istot, co najmniej pół tuzina. Bure, wielkości kota lub lisa, od razu podbiegły do królikarni. Widząc, że drzwi są zamknięte, a podkopu nie sposób zrobić, istoty zaczęły napierać na nie pazurami. Nie minęło dużo czasu, nim wyrwały sobie dziurę w drewnie zbrojonym żelazną, poprzeczną listwą.

– Co to, na nieprzebyte mateczniki, jest? – szepnął Ongus przerażony, zastanawiając się, czy deski w drzwiach do szopy nie były spróchniałe.

– K… króliki – odparł równie cicho Tymon.

– Nie kwestionuję twojej wiedzy hodowcy, na pewno wiesz więcej ode mnie, ale… widziałeś ty kiedy królika? Chcesz mi może wmówić, że to jakiś drapieżny gatunek?

– Diabelski raczej…

Tymczasem bestie wskoczyły przez wystarczająco już dużą dziurę do środka. Rozległo się głośne warczenie i piski.

– No dobra – rzekł z wahaniem czarodziej. – Z tą króliczą wojną to ja żartowałem…

– Przecież nieboszczyka by to obudziło… Co robimy?

– Jak już mówiłem, na razie nic. Nie jesteśmy przygotowani. Nie na to – pokręcił wolno głową Ongus.

Znów zrobiło się trochę ciszej. Poczwary wyleciały na zewnątrz. Ich futra w wielu miejscach znaczyły ślady krwi.

– Wiem, co myślisz – czarodziej znów odezwał się do Tymona, który wytrzeszczył oczy w przerażeniu – ale coś ci powiem. Część tych plam była stara, co mnie jeszcze bardziej martwi i potwierdza niektóre przypuszczenia.

Chłop natomiast nie przypuszczał nic. Bojąc się, że to, co przed chwilą wybiegło z królikarni usłyszy jego myśli i się nań rzuci. Gapił się tylko na bestie, które uszły tą samą drogą, którą przybyły.

Usłyszeli świerszcze, gdzieś zaśpiewał skowronek. Ta zmiana zdawała się Tymonowi obelgą rzuconą przeciwko temu, co właśnie się wydarzyło dosłownie pod ich nosami. Chłop zastanawiał się przez moment, czy dopiero co nie obudził się z koszmaru.

– Dobra, schodzimy – Ongus pozbawił go złudzeń. – Trzeba sprawdzić, co zaszło.

– A nie było słychać? Chcesz żeby powróciły i nas też rozczłonkowały?

– Oj, daj spokój. Już się rozbiegły.

Stanęli pod drzwiami królikarni na dole. Zajrzeli przez nie do środka, Ongus za pomocą zaklęcia utworzył świetlistą kulę, która zawisła w powietrzu i rozjaśniła mrok. W szopie rozległ się gwałtowny tupot. Zobaczyli przerażone zwierzaki, które starały ukryć się po kątach, rozdygotane i z przeraźliwie szybkimi oddechami. Dwie z klatek miały zerwane wieka, truchła wcześniej zamkniętych w nich królików leżały bez ruchu na ziemi.

– Nie podoba mi się to…

– Ano – westchnął Tymon. – Bez pardonu je zagryzły.

– Właśnie rzecz w tym, że nie do końca… Zauważ, że ich tak mocno nie pokiereszowały, o ile w ogóle można dzielić śmierć inwentarza na mniej i bardziej gwałtowną. Prawie wcale ran, krwi tyle co w okolicy ugryzień… Jakby im zależało, żeby ich ofiary padły jak najszybciej.

– Zwierzę to nie sadysta – powątpiewał chłop. – Jak już zacznie się bić, to chce jak najszybciej skończyć.

Ongus w zamyśleniu pokręcił głową.

– Wszystkie poduszone, padły od ugryzień w kark… – cmoknął. – Zresztą, nie wmówisz mi chyba, że to były zwykłe zwierzęta.

Tymon zamilkł, nie mogąc zaprzeczyć. Przyglądał się króliczym truchłom, naliczył ich osiem. Może i racja to, pomyślał, niełatwa sprawa, że wszystkie jednakie rany otrzymały.

– Dziwności… – podsumował własne myśli.

– No nic, nie ma co tu sterczeć i medytować, chodźmy się zdrzemnąć parę godzin i przygotować na kolejną noc.

– Jak im zaradzimy?

Czarodziej zgasił świetlistą kulę, z pochyloną głową wyszedł na zewnątrz, uniósł wzrok na rozgwieżdżone niebo.

– Jak to na wojnie – odparł. – Zbrojnie…

 

***

– Nie mamy kuszy czy innej wyrzutni, więc strzelaniem z tej amunicji zajmę się ja. Za to do rzucania kamieniami żadnej magii nie potrzeba.

Siedzieli przed domem hodowcy królików przygotowując się do nocnej obrony. Czarodziej ostrzył nożem znalezione wcześniej w lesie patyki. Tymon miał ze swoją bronią znacznie mniej frasunku – zabrał trochę kamieni ze stosu usypanego przez gospodarza, który gromadził je tam przy oraniu pola. Młodzieniec szybko uwinął się też z transportem swojej amunicji do kryjówki.

– Pomóż mi z tymi patykami – mruknął Ongus. – I tak się nudzisz.

– Ja już swoją część oporządziłem – odpysknął chłop. – Jeszcze od nadmiaru odcisków się nabawię.

Czarodziej przerwał struganie. Spojrzał nań, nastroszywszy brwi. Nie powiedział nic, bo brak mu było słów na bezczelność ucznia. Nie były one jednak potrzebne – Tymon pod wpływem srogiego spojrzenia spuścił wzrok, mruknął coś o nożu i zniknął wewnątrz chaty.

Powrócił wraz z gospodarzem.

– Ach, panowie już się szykują – stwierdził gospodarz. – Tedy… Te zdechłe króliki, coście kazali ostawić, leżą na przynętę dla tych bestii, a?

– A skąd! Też byście chcieli, dajmy na to, zamiast ryby łowić, padliną wyrzuconą na brzeg się zadowalać?

– Ach, zniosę jeszcze dzień… Dłużej to musi nie potrwa, prawda?

– Któż to wie? – Odpowiedzi czarodzieja były jak kubły z zimną wodą, gaszące iskierki nadziei, które gospodarz wciąż próbował wzniecić. – Niepodobna zgadnąć, ile tych bestii i czy są one jedynym zagrożeniem.

– Tedy nie ma co się łudzić, że mi coś po tych napaściach ostanie się – z każdym kolejnym słowem głos hodowcy stawał się coraz bardziej płaczliwy. – Widzi mi się, że będziesz miał więcej spożywców, gdy odejdę z interesu, panie Tymonie.

– No co też pan… – Tymona, nie wiedzieć czemu, zaniepokoiły te słowa. Zupełnie jakby gospodarz mówił o swoim odejściu ze świata. – Przecie to króliki, nie krowy! Starczy że parę panu z całej afery żywo wyjdzie, a po roku możesz mieć pan ich dziesięciokroć!

Gospodarz ożywił się. Bynajmniej nie z powodu usłyszanych słów pocieszenia.

– A może by tak trochę ich w domu ulokować na noc czy dwie?

– Owszem, można – przytaknął Ongus – ale musisz się pan liczyć z tym, że bestie wtedy i tam mogą zajrzeć.

Królikarz machnął ręką sfrustrowany i wszedł do chałupy. Oczywista, wolał już stracić całą hodowlę, niż przystać na przedstawioną przez czarodzieja możliwość.

– Nie lepiej byłoby zaklęciem zaostrzyć? – zmienił temat Tymon.

– Ciężko ci?

– Nie, ale nie szybciej by było?

– Może i trochę. A masz co innego do roboty?

Tymon mruknął tylko.

– To siedź i strugaj.

Zamilkł na jakiś czas.

– Mówiłem ci, żebyś myślał, jak wykorzystywać zaklęcia – podjął znów – ale tylko te, które znasz – przerwał pracę, w zamyśleniu spojrzał na trzymany w ręku patyk. – Jak już o tym wspomniałeś, to przydatniej byłoby zmienić wszystkie czubki w żelazne. Ale – wrócił do strugania – przecież to króliki, a nie zastęp zbrojny w kolczugi. Choć właściwie… Może to i lepiej by było?

 

***

Ukrywszy się nad oborą po raz drugi, bynajmniej nie narzekali na senność. Skutecznie powstrzymywało ich już samo myślenie o nadchodzącej potyczce. Kamień ślizgał się w mokrej od potu ręce Tymona.

– Nie śpij – uśmiechnął się Ongus. – Bo cię obudzę jednym z tych kamieni.

Chłop odrzucił pocisk, wytarł dłonie o koszulę, sięgnął po inny.

– A jak się poznają, że strzelamy?

– Wtedy albo zaczną uciekać, albo będą próbować tu wejść. A niech próbują.

– Takiś chrobry? A jak cię rozedrą?

– Nie przeżywaj… To nie koty, tylko króliki, nie wlezą tak wysoko. Zresztą – czarodziej uniósł się na łokciu, splunął na ziemię, wpatrując się w tor lotu plwociny – Co się tak boisz? Każdego zwierza da się rozpłatać, wszystko jedno czy wściekły, czy nie.

– Może i da się, jak masz coś sposobnego ku temu… Winszuję powodzenia z kamieniami i patykami.

Pochłonięci rozmową nieomal nie dostrzegli postaci zbliżającej się od tej samej strony, co wcześniej drapieżne króliki. Uciszyli się czym prędzej i jęli obserwować. Nie mieli wątpliwości – była to sylwetka kogoś lub czegoś poruszającego się na dwóch nogach. Niepodobna było jednak dostrzec więcej szczegółów przy takim świetle – a raczej jego braku – i odległości.

– Gospodarz z pola wraca? – zasugerował Tymon.

– Po nocy? Zresztą, przecież przestrzeżony, co mu po zmroku na podwórko przylatuje, nie odważyłby się.

– A może to to licho, o którym mówili tamci?

Czarodziej nie odpowiedział, pokręcił tylko głową i cmoknął cicho. Widać, uważał ten pomysł za mało prawdopodobny.

Nieświadom tego, że jest obserwowany, przybysz zbliżył się do królikarni. Omiótłszy okolicę pobieżnym spojrzeniem, otworzył powoli zniszczone drzwi. 

Ongus, nie wiedzieć czemu, wciągnął głośno powietrze, uniósł się z posłania.

– Wal w niego, póki nie zbraknie kamieni – nakazał, z pomocą zaklęcia wystrzeliwując tymczasem pierwszą strzałę.

Zaostrzony patyk uderzył w deskę obok dłoni nieznajomego i upadł na ziemię. Tymon, jakby nie mając pewności, czy dobrze zrozumiał rozkaz, poszedł dość nieśmiało w ślady nauczyciela, ale już po chwili ciskał kamieniami z całą zażartością, na jaką go było stać. Większość pocisków trafiała w drzwi lub ściany, czyniąc tylko hałas.

Ostrzeliwany nie zamierzał bynajmniej dać się zabić. Ku przerażeniu chłopa odpowiedział świetlistymi kulami buzującej energii elektrycznej. Pierwsza z nich poleciała prędko w stronę schowka na zboże, po uniku dwóch atakujących uderzyła i osmaliła powałę. Kątem oka Tymon spojrzał na Ongusa, również ciskającego strzałami. Z pewnością nie były to już zwykłe patyki – błyszczały teraz, a wręcz jarzyły się czerwonawym blaskiem. Czarodziej wściekle jął miotać po dwa i więcej pocisków, a gdy mu się skończyły, strzelał kulami podobnymi do kul tamtego, ale czerwonymi i trochę wolniejszymi.

Jednak to zwykły kamień rzucony przez Tymona dosięgnął głowy przybysza, wystającej zza jeszcze bardziej zniszczonych drzwi. Obcy zniknął im z oczu gdy, zatoczywszy się, upadł do środka. Zamarli w bezruchu. Chłop w połowie zamachu, Ongus w trakcie przygotowywania kolejnej kuli, która teraz gasła mu na dłoni.

– Na dół. Raz – rzucił czarodziej.

Tymon posłusznie ściągnął schowaną za ich plecami drabinę, zeszli po niej. Dobiegłszy do drzwi królikarni, Ongus dopadł do nieprzytomnego.

– Czemu kazałeś strzelać? – odezwał się młodzieniec.

Zapytany bez słowa obrócił leżącego na brzuchu przybysza. Palcem wskazał na wiszący mu u pasa długi na piędź metalowy drąg, na końcu którego umocowana była mała sfera ustrojona z drucianej siatki. Konstrukcja żarzyła się białym światłem, co jakiś czas wewnątrz pojawiała się mała błyskawica.

Tymon głośno wciągnął powietrze. Jednak powodem tego nie była dziwna różdżka.

– To… Znam go – pokazywał twarz nieprzytomnego.

Ongus spojrzał na ucznia zaskoczony. Chłop już nieznajomego spotkał, ale z początku nie mógł sobie przypomnieć, gdzie i kiedy. Chwilę później wiedział.

– To ta szuja ożywiła ojca Tadka! – wykrzyknął, jakby sam nie dowierzając.

Czarodziejowi lico pojaśniało w uśmiechu. Rzekłbyś bardziej, aniżeli księżycowi w pełni.

– No – rzucił wesoło – to, zdaje się, mamy dwie pieczenie na jednym ogniu! Idźże, no, do Pyrosława. Widzi mi się, że potrzebna nam będzie jego kolasa.

 

***

Choć narzekał i kręcił nosem, królikarz Pyrosław zgodził się użyczyć wózka. Był tym bardziej niezadowolony, że obudzili go w środku nocy, jeszcze na długo przed świtaniem. Szybko jednak spokorniał usłyszawszy, że przecież to nie przybyszy problem, pomagać mu nie muszą, że jak chce to on sam może się hultajem zajmować.

Hodowca nie miał jednak żadnej, najlichszej nawet szkapiny, a nie godziło się rozbudzać jeszcze sąsiadów. Ongus z Tymonem ciągnęli więc wózek własnoręcznie, ów z tej, drugi z innej strony. Przed podróżą czarodziej dodatkowo jeszcze – chłop nie wnikał jakim sposobem – uśpił nieprzytomnego złoczyńcę.

– Nie zbudzi się? – zapytał Tymon, obejrzawszy się przez ramię.

– Nie ma takiej siły – odparł czarodziej. – Dopiero jutro koło wieczora.

Uspokojony chłop popatrzył na las, przez który właśnie przejeżdżali. Znów nagle ogarnął go niepokój.

– A co z tymi ścierwami? Przecie ich nie zabiliśmy, dalej będą przyłazić!

– Dobrze powiedziane, bo to rzeczywiście były królicze ścierwa ożywione przez tego tu. Napadały dlatego, że im kazał, tak jak wczoraj. Dziś z kolei chciał ożywić kolejne truchła. Jak zabraknie tego, co rozkazuje, jego sługi zaczną zachowywać się na tyle normalnie, na ile takie maszkary potrafią. Większość z nich najpewniej zdechnie.

Tymon zadumał się. Wielu rzeczy wciąż nie pojmował.

– Będzie świtać – oznajmił, wskazawszy głową łunę na wschodzie. Chciał dowiedzieć się od czarodzieja wiele, potrzebował jednak chwili na wymyślenie jakiegoś sensownego pytania.

Ongus skinął głową.

– Trochę nam to zajęło – przetarł dłonią zmęczoną twarz. – Trzeba się w końcu trochę przespać, musimy tylko przypilnować naszego więźnia. Spętać go porządnie, żeby kolejnej hecy nie zdziałał.

– A co z trupami ze stawu? – przypomniał sobie Tymon.

– Przymusimy go, żeby cofnął zaklęcie – wzruszył ramionami Ongus. – Pomęczymy go dotąd, aż zrobi, co chcemy.

Chłop w zamyśleniu spuścił wzrok. Chwilę później uniósł z powrotem głowę.

– Mógł z nimi zrobić to, co z królikami? – zapytał przerażony. – Kazać im nas zarzynać?

– Mógł – zgodził się Ongus. – Mieliście szczęście, zwłaszcza że akurat nie było mnie w pobliżu.

Tymon nawet nie chciał sobie wyobrażać, co by się stało, gdyby do tego doszło.

– Na co to wszystko? – zapytał znów, uspokoiwszy się nieco. – Znaczy… te trupy, króliki…

– Złośliwość – wzruszył ramionami Ongus – może przerost ambicji albo niedorost rozumu… Zrozum ty maniaków…

Tymon pomyślał, że mimo wszelkich szkód, jakie nieznajomy wyrządził, chyba nie chciałby się na nim mścić albo zanadto go karać.

– Leśna baba, gdyśmy byli u niej po radę, mówiła że tylko ten, co trupy zaczarował, czar również zdjąć może – oznajmił. – A jak już odczyni, co wtedy? Co z nim zrobimy?

– O, puścić wolno go na pewno nie możemy. Gotów znowu komuś szkodzić. Zamkniemy go w lochach mojej wieży, w przygotowanej celi, póki ktoś po niego nie przyjedzie i nie zawiezie do prawdziwego więzienia.

– A jak nie będzie chciał cofnąć czaru?

– Zapewne ciota mówiła wam o jeszcze jednym rozwiązaniu.

Tymon zwiesił ponuro głowę, skinął lekko. Owszem, mówiła. Innym sposobem na usunięcie czaru było zabicie osoby, która go rzuciła.

– Jeśli do tego dojdzie, to tylko w ostateczności – uspokoił chłopa czarodziej. – Musiałby być strasznie uparty, żeby chcieć własnej śmierci. Albo głupi.

Tymon nie odpowiedział. Nie był do końca pewien, co mogło popchać przybysza do tego, co zrobił. Niepokoił się tylko, czy ten sam afekt nie doprowadzi do jego zguby.

 

***

Ongus pochylony badał nieprzytomnego czarownika, uprzednio z Tymonem ułożywszy go na masywnej ławie i przywiązawszy doń.

Czarodziej przyniósł dużą strzykawkę o niepokojąco grubej igle i, ku przerażeniu swego ucznia, wbił ją w ramię śpiącego. Wtłoczył nieprzytomnemu gęstą, szarą zawartość, po czym wyciągnął aparat.

– Nie obudzi się jeszcze przez parę godzin – oznajmił. – Jeśli chcesz, możesz iść przespać się na moim sienniku. Ja zdrzemnę się tu na dole, na wypadek gdyby wstał wcześniej.

 

***

Ongusa obudził krzyk.

– Ej, wstawaj, łachu! – był to więzień, który prawdopodobnie zbudził się przed kilkoma chwilami. – Uwolnij mnie!

– Już, lecę, pędzę! – zaśmiał się czarodziej w głos, unosząc się ze swego legowiska.

– Parszywy tchórzu! Wypuść mnie, to ci pokażę! Stawaj do walki!

– Cóż to? Czemu się złościsz, kwiatuszku? – Ongus świetnie się bawił. – Walka już się odbyła, nie pamiętasz? Pozwól, że ci przypomnę: przegrałeś.

Nieznajomy zamilkł na chwilę. Przymknął oczy, na powrót otworzył i zaklął cicho.

– A właśnie, mocy też cię pozbawiłem – rzekł wesoło wolszebnik. – Chyba nie sądziłeś, że złapał cię byle kmiot, co? Nie bój nic, pomyślałem o wszystkim.

– Czego chcesz?

– Chyba się domyślasz. – Ongus odwrócił głowę, usłyszawszy kroki. To Tymon, którego zbudziła głośna rozmowa, zszedł do nich na dół. – Dziwię się, że byłeś taki głupi, żeby pozostać w okolicy i dalej szkodzić. I po co to właściwie? Z zemsty na jakichś chłopach? Szczyt ambicji…

Więziony stęknął głośno, jakby z bólem. Znowu zamknął oczy. Być może zbierał myśli albo chciał po prostu odpocząć.

– Co ty ode mnie chcesz? – sapnął. – Aż tak się w tej swołoczy zakochałeś? – dodał, nie otrzymawszy odpowiedzi. Chyba tylko pełne zażenowania spojrzenie Ongusa.

– Pozwól, że ci to wszystko wyłożę – rzekł twardo czarodziej po kilku chwilach milczenia, w czasie których Tymon przestawał czuć współczucie dla ladaco leżącego na ławie. – Tak, czy siak, doprowadzę do cofnięcia czaru. O puszczeniu cię wolno nawet nie opłaca ci się marzyć. Za kilka dni przyjedzie ktoś, kto zabierze cię i przewiezie do stosownego więzienia. Tylko od ciebie zależy, czy tej wizyty dożyjesz.

– I do głupiego zdjęcia czaru potrzebowałeś mnie? – zadrwił więzień – Aż tak nędzny z ciebie magik?

– Żartujesz chyba! – żachnął się Ongus. – Miałbym marnować siły na utrzymywanie kolejnego zaklęcia? Za dużo zachodu, jak na tymczasowe rozwiązanie. Zresztą, równie dobrze poradzili sobie z problemem tutejsi sielanie.

– A co, przyjęli trupy pod swoje dachy?

Tymon obdarzył czarownika nieprzyjaznym spojrzeniem, ów jednak nic sobie z tego nie robił.

– Zatopili je w stawie, obciążywszy kamieniami – skorygował Ongus.

– Pomysłowo – przyznał przybysz i znów zamknął oczy. Po raz kolejny nastąpiło milczenie.

– Wiesz, że musiałbyś przywrócić mi moc, żebym mógł zrobić, co chcesz?

– Wiem.

– Zapytam wprost: aż taki naiwny jesteś sądząc, że nie spróbuję ucieczki lub czegoś innego?

– Raczej pewny siebie. Nie wydaje mi się, byś był w stanie mnie zaskoczyć.

Więzień zaśmiał się krótko.

– Nie znasz mnie i nie wiesz, co potrafię – skomentował. – Jednakoś naiwny.

– A to się zaraz zobaczy – rzucił wesoło Ongus, odwracając się. – Leż i nigdzie nie idź, zaraz wrócę.

Spętany westchnął z bezsilności. Popatrzył na chwilę na powałę i zaczął rozglądać się na tyle, na ile pozwalał mu żelazny kołnierz na szyi. Spojrzał na Tymona tak, jakby ów dopiero co się pojawił.

– A ty kto? – zapytał z nutą pogardy. – Ichni niewolnik?

Chłop nie odpowiedział. Zamiast tego przypomniał sobie zbrodnie leżącego. Ożywione króliki dało się jakoś ścierpieć, bo uczynione przez nie szkody były właściwie niewielkie. Ale jaki szubrawiec ożywia zmarłych, pozbawiając ich należytego spoczynku?

– Ej, umiesz mówić?

– Zawrzyj gębę, padalcu – wycedził Tymon rozedrganym głosem.

– Oho, pyskatyś! Pewno cię staruch na swoją modłę wyćwiczył, co?

Chłop podszedł do leżącego i wymierzył mu policzek.

– Tymon, spokój! – nakazał stanowczo Ongus. Właśnie wrócił. – Na dobrą sprawę to go trochę rozumiem – zwrócił się do czarownika wesoło, podchodząc doń. W ręku dzierżył małą flaszeczkę z czerwonego szkła. – Od samego wzglądu na twoją gębę kułak się zwija i zaczyna świerzbić. No, masz, pij.

Więzień uniósł nieco głowę, otworzył usta i jął pić, siorbiąc głośno. Poczuwszy smak mikstury, skrzywił się. Nie, żeby była specjalnie ohydna, ale, jak sądził Ongus, raczej dlatego, że się ów domyślił. Było już jednak za późno.

– Coś mi podał?! – skrzeknął spętany.

– Tego ci powiedzieć nie mogę – odparł uprzejmie czarodziej. – Mogę ci za to rzec, że nie jest to nic przywracającego moc, ale to już pewnie wiesz. Mogę wyjawić, że po jakimś czasie umrzesz, choć tego, po jakim, też ci nie powiem, żebyś nie mógł się domyślić, jakiego potrzebujesz antidotum. Sam ci je podam, jak cofniesz zaklęcie. A jak nie… Cóż, i tak wygaśnie. Tak, czy siak, wyjdzie na moje – zakończył czarodziej, rozkładając ręce.

Więzień zaczął głośno sapać. Nie ze strachu, lecz z gniewu, jak zauważył Tymon. Poczerwieniał na twarzy i ściągnął wargi.

– Oj, nie radzę – pokręcił lekko głową czarodziej. – Złość sprawia, że krew krąży ci szybciej, a to skraca twój czas.

Przywiązany milczał dalej, ochłonął nieco.

– Myślę, że się dogadamy – Ongus wyjął z kieszeni koszuli kolejną flaszę.

– Znowu trucizna?

– Nie bądź taki zgryźliwy, musiałem się jakoś upewnić, że mnie nie wykiwasz. Zwłaszcza, że sam o tym wspominałeś. Gdybyś nic nie mówił, może byłbym w stanie łatwiej ci zaufać, ale cóż, sam sobie wykopałeś ten dołek. No, już, otwieraj buzię, hyc-hyc!

Tymon zastanawiał się, jak duże pokłady cierpliwości ma nieznajomy. Ciekawiło go, czy długo jeszcze ów wytrzyma Ongusa przemawiającego jak do nierozgarniętego pacholęcia. On byłby już wybuchnął.

– I pamiętaj, gagatku – ostrzegł Ongus, przybrawszy surowszy ton. – Nie jestem osłabiony przez truciznę, moje fale mózgowe też się mają dobrze, w przeciwieństwie do twoich. Nie próbuj niczego, bo tobie najbardziej zależy na twoim życiu.

Leżący pokornie wypił zawartość fiolki. Zamknął na chwilę oczy.

– Już – spojrzał znów na Ongusa. – Jak chciałeś, martwi są martwymi, a królicze ścierwa leżą bez ruchu.

– Tymon, idź nad staw – polecił chłopu czarodziej. – Weź kogoś do pomocy, wyciągnijcie któregoś topielca, upewnijcie się, czy ten tu mówi prawdę.

Tymon skinął głową i ruszył szybko schodami na górę. Był podekscytowany, że najprawdopodobniej skończył się ich koszmar.

 

***

– Co rzeczesz, Tymonie? Jakże to? – Tadyk, którego Tymon wziął do pomocy, nie dowierzał. – Pewnyś, że tatko i inni pokoju dostąpili?

– Podobno. Idziem właśnie sprawdzić – odparł chłop. Uważał, że właśnie Tadyka winien był poprosić o pomoc – wszak to kilku jego przodków zostało ożywionych. – Capnęlim z wolszebnikiem tego, co tę biesią sprawę zdziałał. Tak go Ongus przycisnął, że niby coś tam odczynił.

Dotarli nad staw. Wysoko stojące na niebie słońce odbijało się w pozieleniałej wodzie, która już z daleka cuchnęła zgnilizną.

– Uch, najwyższa pora – skrzywił się Tadyk. – Bo jeszcze trochu, to się na całe opole rozniesie i nie tylko ci tutaj będą martwi.

– Zdzierżym – odparł Tymon, zanurzywszy w wodzie długi, przyniesiony przezeń bosak. Już po chwili natrafił na jeden ze sznurków. – Dawaj, wyciągamy.

Tadyk dołączył się, schwycił długi kij, po czym obaj jęli ciągnąć. Zadanie było o tyle trudniejsze, że do jednego końca liny przywiązany był trup, a do drugiego spoczywający na dnie stawu głaz.

Chłopi skrzywili się jeszcze bardziej, gdy tylko kawałek gnijących zwłok pojawił się na powierzchni, a smród dopadł ich z jeszcze większą mocą.

Powstrzymując obrzydzenie, Tymon spojrzał na trupa.

– Zgadza się, bardziej martwy być nie może – wysapał. – Wrzucamy z powrotem. A ja lecę wolszebnika zawiadomić; trzeba będzie ich, jak ludzi, w kurhanie pochować.

 

***

Ongus zajrzał przez kratowany otwór w drzwiach celi. Zainteresował go więzień, przykuty teraz kajdanami do ściany. Kto go tego wszystkiego nauczył? Czy był aż taki głupi albo znudzony, żeby wyprawiać podobne niedorzeczności?

Ciekawość zwyciężyła. Czarodziej przekręcił klucz w zamku i uchylił drzwi. Leżący na drewnianej ławce i odwrócony tyłem więzień uniósł głowę, nie zmieniając pozycji. Obrócił ją w miarę możliwości.

– To skąd ty się właściwie wziąłeś, co? – zagaił Ongus. Na twarzy leżącego zdumienie znów ustąpiło znudzeniu, z powrotem odwrócił się do ściany.

– A na co ci to wiedzieć? – dobiegł wolszebnika lekko stłumiony głos. – W tylu miejscach zabawiałem, że już zaciera mi się w pamięci to, które mógłbym nazwać domem.

– Skąd pomysł na podobną hecę?

– Powiedzmy, że z nudów – odparł więzień tonem, który jakoby potwierdzał treść wypowiedzi. – Wierzaj mi, nie pierwszy to mój raz, jak siedzę w lochu po zbyt dobrym, zdaniem niektórych, ubawie. Takoż i teraz nie żałuję, w końcu mnie wezmą i wypuszczą albo sam ucieknę, jeden kij, będzie jeszcze zabawniej…

Ongus cmoknął, pokręcił głową na te słowa. Nie zgadzał się z tokiem myślenia więźnia, ale jakoś nie potrafił znaleźć konkretnego kontrargumentu.

Nie miał zresztą zbyt dużo czasu do namysłu – jego uszu dobiegł dźwięk powracającego Tymona.

– Martwi? – zapytał go.

Ów pokiwał głową.

Ongus wyszedł z celi, wrócił niosąc fiolkę i szklankę wypełnioną białą cieczą.

– Pij – podał więźniowi szklanicę.

Spętany siadł na pryczy, stęknął, wziął naczynie. Wypiwszy zawartość mlasnął skrzywiony – mleko – stwierdził beznamiętnie.

– Antidotum na wiele trucizn – potwierdził czarodziej. – W tym na tę, którą ci podałem. A teraz to – odkorkował buteleczkę.

Tymon doszedł do wniosku, gdy więzień pił szary, gęsty płyn, że na jego miejscu poprosiłby w końcu o coś do jedzenia po tylu toastach.

Poczekawszy, aż aresztant skończy, Ongus zabrał odeń puste naczynka, bez słowa wyszedł z chłopem z celi, zamknął drzwi.

– Niechaj siedzi – westchnął. – Musimy czekać, aż ktoś po niego przyjedzie. Choć mam wrażenie, że zobaczymy go jeszcze nie raz.

– Jak dla mnie to mógłby i sczeznąć w tym lochu…

– Oho, a tobie czym tak za skórę zalazł?

– Każdemu chyba zalazł.

– Człowiek to więcej, niż tylko to, co widzisz – rzekł czarodziej. – Nie bronię go, ale, jak dotąd, nie znamy właściwie jego pobudek.

Tymon machnął tylko ręką, nie znalazłszy odpowiedzi.

– Musim te trupy pochować – zmienił temat. – A weź tu pochowaj, kiedy cuchną, nim nawet ze stawu ich wyciągnąć… Z tym takoż problem, tak się rozpadły od wody i rozkładu…

– Trzeba będzie sieć zarzucić.

Chłop z uznaniem pokiwał wolno głową.

– A jak więzień będzie chciał czarów znowu użyć? – wystraszył się Tymon. – Na złość zrobić, jako uprzednio?

– Ten siwy, gęsty płyn, który wypił, na powrót pozbawił go mocy – uspokoił go wolszebnik. – Przestanie działać dopiero za kilka godzin.

– A potem? Jak już nie będzie zatruty i nie zgodzi się przyjąć następnej dawki?

Czarodziej uśmiechnął się kącikiem ust, podszedł do stojaka z ustawionym nań rzędem identycznych butelczyn o przejrzystej, zielonkawej zawartości. Wziął jedną.

– A, chodź, to ci pokażę – zachęcił.

Podeszli do krat w drzwiach celi. Więzień, wciąż siedząc na pryczy, zaczął przyglądać się im z zainteresowaniem.

Ongus rzucił do środka fiolkę, rozbijając ją o ścianę. Zawartość utworzyła obłoczek mgły, na widok którego nieznajomy podniósł się. Chciał uciec, jednak, ograniczony ścianami i kajdanami, za bardzo nie miał dokąd. Po chwili padł nieprzytomny.

– W takim stanie raczej nie będzie sprawiał kłopotów.

Koniec

Komentarze

Kolejna sympatyczna przygoda Tymona i wolszebnika.

Króliki-zombiaki to niezły pomysł. A krwiożercze króliki mają w sobie coś… oksymoronicznego.

Omiotawszy okolicę pobieżnym spojrzeniem

Omiotawszy? Co to za słowo?

Ożywione króliki dało się jakoś ścierpieć, bo uczynione przezeń szkody były właściwie niewielkie.

“Przezeń” oznacza “przez niego”.

Babska logika rządzi!

Powrotu Dziadów nie pamiętam, więc Orzechy z lichem łuskane w zasadzie niczego mi nie wyjaśniły. Ale nic to, bo pomysł na kolejną historię wolszebnika i jego ucznia, tym razem z udziałem drapieżnych królików, zaowocował bardzo zacną opowieścią. Może nieco przydługą, ale nie narzekam, gdyż lektura okazała się całkiem satysfakcjonująca. ;)

 

– E – mach­nął ręką – na razie nie mam kla­tek… –> – EMach­nął ręką.Na razie nie mam kla­tek

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

na gło­wie miał czap­kę z futra kró­li­ka, wy­glą­da­ją­cy jakby to sie­dzia­ło jedno z jego zwie­rzą­tek. –> Piszesz o czapce, więc: …na gło­wie miał czap­kę z futra kró­li­ka, wy­glą­da­ją­cą jakby to sie­dzia­ło jedno z jego zwie­rzą­tek.

 

Ale cóż za cel w tym, skoro tru­chła na miej­scu mar­twe osta­wia? –> Masło maślane. Wystarczy: Ale cóż za cel w tym, skoro tru­chła na miej­scu osta­wia?

 

Pierw­szych miesz­kań­ców Li­cho­wól­ki do­strze­gli już na samym po­cząt­ku – pod pło­tem oka­la­ją­cym pierw­szą z chat do­strze­gli trój­kę… –> Powtórzenie.

 

Męż­czy­zna był wy­so­ki i o przy­sa­dzi­stej bu­do­wie. –> Obawiam się, że wysoki wzrost raczej wyklucza przysadzistość.

 

I Wiedz­cie, że w jed­nym macie rację… –> Dlaczego wielka litera?

 

Ty­mo­no­wi czas ten zda­wał się o wiele dłuż­szy. Nie zda­wał sobie spra­wy… –> Powtórzenie.

 

Sta­nę­li pod drzwia­mi kró­li­kar­ni na dole. Zaj­rze­li prze­zeń do środ­ka… –> Piszesz o drzwiach, więc: Zaj­rze­li prze­z nie do środ­ka

 

Kró­li­karz mach­nął ręką sfru­stro­wa­ny i wszedł do cah­łu­py. –> Literówka.

 

Ukryw­szy się się nad oborą po raz drugi… –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

– Nie śpij –uśmiech­nął się Ongus. –> Brak spacji po półpauzie.

 

cza­ro­dziej uniosł się na łok­ciu… –> Literówka.

 

Po­chło­nię­ci roz­mo­wą nie­omal nie do­sztrze­gli po­sta­ci… –> Literówka.

 

Omio­taw­szy oko­li­cę po­bież­nym spoj­rze­niem… –> Omiótłszy oko­li­cę po­bież­nym spoj­rze­niem

 

otwo­rzył po­wo­li znisz­czo­ne drzwi.Ongus… –> Brak spacji po kropce.

 

Jed­nak to zwy­kły ka­mień rzu­co­ny orzez Ty­mo­na do­się­gnął głowy przy­by­sza, wy­sta­ją­cą zza… –> Jed­nak to zwy­kły ka­mień rzu­co­ny przez Ty­mo­na do­się­gnął głowy przy­by­sza, wy­sta­ją­cej zza

 

Do­bie­gnąw­szy do drzwi kró­li­kar­ni… –> Do­bie­gł­szy do drzwi kró­li­kar­ni

 

Kazać im nas za­ży­nać? –> Kazać im nas za­rzy­nać?

Poznaj znaczenie słowa zażynać.

 

Tymon prze­sta­wał czuć współ­czu­cie dla la­da­cy le­żą­ce­go na ławie. –> Tymon prze­sta­wał czuć współ­czu­cie dla la­da­co le­żą­ce­go na ławie.

Ladaco nie odmienia się.

 

Nie znasz mnie i nie wiesz, co po­ra­fię… –> Literówka.

 

On byłby już wy­buchł. –> On byłby już wy­buchnął.

 

Za­in­te­re­so­wał go wię­zień, przy­wią­za­ny teraz kaj­da­na­mi do ścia­ny. –> Raczej: Za­in­te­re­so­wał go wię­zień, przykuty teraz kaj­da­na­mi do ścia­ny.

 

Le­żą­cy na drew­nia­nej łąwce i od­wró­co­ny… –> Literówka.

Czy były też inne ławki, nie drewniane?

 

mleko –stwier­dził bez­na­mięt­nie. –> Brak spacji po półpauzie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo zacne opowiadanie, a właściwie fragment większej całości, mam nadzieję, że powieści. Stylowo pierwsza klasa, świetnie się to czyta, dosłownie jakbym wszedł w świat podobny do Kajka i Kokosza. Praktycznie nie mam się do czego przyczepić, znalazłem dwa miejsca:

 

Do Lichowólki dotarli po południu, słońce wisiało na niebie jeszcze dość wysoko. Do zapadnięcia zmroku pozostało wciąż dużo czasu, jednak niekoniecznie wystarczająco na tyle, aby przeprowadzić zapowiedziany przez Ongusa wywiad w siole.

Za mocno wchodzisz w szczegóły, można to skrócić do jednego zdania. Jeszcze gdzieś widziałem podobne, ale to drobiazg.

 

– Dzięki za relację – rzekł Ongus,

Zbyt dwudziestowieczna ta wypowiedź, ale więcej takich nie znalazłem.

Jestem ciekawy, ile masz już znaków wspólnych przygód Tymona i Ongusa, jak powyżej 400k, to tylko słać po wydawnictwach. Dobra robota, nie wymaga specjalnego komentarza.

Błędy poprawione; szczerze powiedziawszy, zaskoczyła mnie ich ilość… 

 

Czy były też inne ławki, nie drewniane?

Myślę, że można się upierać, że były np. kamienne, marmurowe, itp. :)

 

Mężczyzna był wysoki i o przysadzistej budowie. –> Obawiam się, że wysoki wzrost raczej wyklucza przysadzistość.

Zmieniłem, choć sjp podaje, że przysadzisty to też taki nieproporcjonalnie tęgi do wysokości… Ale są ogólnie dwa znaczenia, więc przynajmniej nie będzie wątpliwości:)

 

Muszę przyznać, że komentarze budujące i dziękuję:). Oczywiście, że mam tego towaru więcej, ale właśnie w formie opowiadań… I chyba właśnie dlatego (może też przez te wszystkie błędy, których jeszcze nie wyłapałem) ciężko znaleźć wydawcę, bo na razie wysyłanie całości kończyło się ciszą w eterze…;P 

 

A króliki, tak po prawdzie, przewijają się przez większość opowiadań z tego… tomiku. I różne wyprawiają cudawianki:)

Skoro usterki naprawione, to mogę kliknąć Bibliotekę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobrze się czytało :)

Nowa Fantastyka