- Opowiadanie: Karol123 - Zapach Diabła

Zapach Diabła

Przed lekturą warto przypomnieć sobie legendę o Twardowskim. Chociaż myślę, że każdy pamięta.

 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Zapach Diabła

Gdańsk. Polska Agencja Kosmiczna.

– Jak to: nikogo nie ma na Księżycu?

– Noo, jeszcze pięć minut temu tam był… Jak zwykle, po jasnej stronie. Sprawdzamy satelity, restartujemy czujniki, ale… Szefie, może on umarł? W końcu pięćset lat…

– Cholera, tylko tego nam brakowało. Pięć tygodni przed startem promu.

 

***

 

Mistrz Twardowski siedział przy dębowym stole w karczmie i czekał na Diabła. Odchyliwszy głowę do tyłu, opróżnił kufel jasnego pszennego piwa. Rękawem brązowego wełnianego płaszcza otarł pianę z długich wąsów. Dłonią zakręcił młyńca w powietrzu na znak, że chce kolejne piwo. Zerknął przez okno. Padało. Było ponuro, ciemno i zimno. Miał nadzieję, że Diabeł nie odpuści piątkowej popijawy ze względu na paskudną pogodę.

Kelnerka, stawiając kufel na stół, uśmiechnęła się do Twardowskiego.

– Przepraszam – nieśmiało zagaiła. – Mistrzu… Czy pan to Twardowski? Ten z Księżyca?

Mężczyzna spojrzał na kelnerkę. Zgrabna dziewczyna, ocenił. Blondyneczka. Smukła, duże piersi, słodka, dziewczęca twarzyczka.

– Jestem tu incognito, więc cichutko. Ale tak. Twardowski to ja.

– Och.

– Kiedy skończę piwo i będę się domagał kolejnego, nie przynoś. Muszę mieć trzeźwy umysł.

– Tak, mistrzu. To dla mnie wielki zaszczyt. Jak pan, to znaczy mistrz… Jeśli wolno zapytać, oczywiście… Jak mistrz tego dokonał? Przecież mieli po mistrza wysłać prom… A tu na Księżycu pusto. – Położyła głowę na ramieniu. Uśmiechnęła się. – Zrobił pan wszystkich w konia. I nas, i Diabła. – Klasnęła radośnie w dłonie.

– Taak, tak. Idź już, maleńka. Wiesz, Diabeł tu dziś zawita. To stały bywalec. Przynajmniej tak mi powiedziano. Będzie burda.

Dziewczyna zasypała Twardowskiego pytaniami.

– Och, tak? Ale jak to? Diabeł? U nas? Pod Dziurawą Menzurką? Stały bywalec?

Mistrz Jan uznał, że Pod Dziurawą Menzurką to dziwna nazwa jak na karczmę, jednak lepsza niż Rzym.

– Facet w czarnym garniturze i z czarną skórzaną walizką. Zęby białe jak mleko, uśmiech psychopaty, twarz chuligana.

– Oo. Ten? Rzeczywiście. Gnój z niego. Dobierał się do mnie parę razy, wie mistrz?

– Tak. Ten. – Poklepał kelnerkę w łopatkę. – Idź już, dziewczyno. Kiedy zobaczysz czarny garnitur, idź na zaplecze. Na policję nie dzwoń.

Dziewczyna zarumieniła się, wysłuchała wskazówek, dygnęła trochę niezdarnie i czmychnęła.

Twardowski poczuł zapach jej perfum. Konwalie. Ładne, pomyślał. Na Księżycu brakowało mu zapachu kwiatów.

Sięgnął po kufel, spił pianę.

W karczmie siedział już godzinę. Wcześniej nie zdjął czarnego płaszcza, ale teraz, kiedy zdążył się wygrzać w przytulnej izdebce, porzucił nakrycie. Spojrzał na wieszak stojący przy drzwiach. Westchnął. Nie chcąc męczyć nóg, zawiesił płaszcz na oparciu krzesła. Pod spodem nosił świąteczny sweter (białe wełniane reniferki kicały na zielonym wełnianym śniegu), chociaż do Bożego Narodzenia daleko. W końcu była jesień, pierwsza połowa listopada.

Twardowski zakręcił palcem długiego brązowego wąsa. Włosy miał krótkie, kasztanowe. Przygładzając je dłonią, czuł jakąś pustkę. Tęsknił za kapelutkiem z piórem. Musi sobie sprawić nowy…

– Ehh, studenci – mruknął z dezaprobatą, zerknąwszy na wydurniające się towarzystwo kilka stolików dalej. Na szczęście nikogo innego w lokalu nie było. Tylko on, rozhulani studenci i miła kelnereczka, która krzątała się za ladą.

Mistrz nabrał powietrza w płuca. Minął miesiąc – konkretnie dwadzieścia siedem dni – odkąd wrócił na Ziemię, jednak nadal nie mógł się nadziwić, że powietrze jest tutaj takie świeże. Na Księżycu miał wrażenie, że oddychał przez chustkę, którą ktoś się wcześniej podtarł.

Studenci dzikim krzykiem dali znać, że chcą więcej alkoholu. Kelnerka dźwignęła z blatu sześć kufli i zaniosła wszystkie naraz do rozbawionej klienteli.

– Gdzie ta, co zawsze? – czknął pucołowaty blondynek.

Dziewczyna mruknęła coś cichutko i umknęła za ladę.

Jan zwilżył usta piwem. Wspominał.

Pół milenium na skalistej pustyni. Wielokrotnie myślał o samobójstwie, jednak nie wiedział, w jaki sposób mógłby się zabić. Powiesić? Ale na Księżycu nie ma drzew. I sznura. Palnąć sobie w łeb, przebić szablą? Gdzież tam; Diabeł przed nadaniem przesyłki zarekwirował wszystko. Twardowski nieświadomie zacisnął dłoń na zimnym kuflu.

Na zewnątrz przestało padać.

Kelnerka wyszła na zaplecze.

Mistrz Twardowski zasępił się, ponieważ, jak wskazywał jego zegarek na łańcuszku (o eleganckiej drewnianej, polakierowanej obudowie), była już dwudziesta pierwsza trzydzieści. Diabeł powinien już kończyć drugie piwo i zastanawiać się nad tym, jakie zło wyrządzi światu kolejnego dnia. To właśnie Diabeł robił w piątkowe wieczory – pił piwo, planował, podrywał kelnerki. Jan Twardowski oddał niezłą sumkę za tę informację. Na szczęście – zanim Diabeł wysłał go na Księżyc – ukrył trochę złota i pieniędzy.

Dwudziesta czterdzieści osiem. W kuflu pozostało równie mało piwa co cierpliwości w duszy szlachcica.

Twardowski poprawił szabelkę przy pasie. Nawyk.

Nowy świat – cywilizacja, która posunęła się o pół milenium do przodu – dziwił go, przerażał, zachwycał. Nie rozumiał, jak działają telewizja i internet. Nawet żarówka. Bał się samochodów, szczególnie tych dużych – ciężarówek. Na Księżycu brakowało mu konia, a teraz, kiedy musiał jeździć taksówkami, zatęsknił jeszcze bardziej. Miasta, choć przytłaczały, uważał za piękne. Szczycił się tym, że ludzkość znalazła sposób na komunikację na odległość.

Wspomnienia wciąż wracały. Twardowski przypomniał sobie, jakie życie wiódł, zanim został wysłany na Księżyc. Był naukowcem, alchemikiem, filantropem, pomagał ludziom… Był szlachcicem i żył jak szlachcic. Kochał wino i zabawę. Lubił porządnie zjeść. Boże! Jaką miał teraz ochotę na tabakę. I pieczoną kurę! Miał ochotę na wiele ziemskich przyjemności, jednak najpierw chciał poderżnąć gardło Diabłu. Potem wróci do dawnego życia.

Do wnętrza lokalu wpadł wiatr – zaświszczał, połaskotał skórę. Przez próg przeszedł mężczyzna w czarnym garniturze i z czarną walizką. Zamknął drzwi i, stukając błyszczącymi, czarnymi półbutami, zajął miejsce przy jednym ze stolików.

Kiedy Diabeł usiadł, Twardowski wstał, odsuwając ze zgrzytem solidne dębowe krzesło. Dobył szablę i podszedł do stolika nowego gościa. Na nogach miał wygodne brązowe skórzane kozaki. Wolną ręką zakręcił wąsa.

– Znów się spotykamy – powiedział spokojnie, pewnie.

Diabeł uniósł głowę, oczy zaświeciły na czerwono.

– Ładny sweter. – Uśmiechnął się – Spodziewałem się ciebie, odkąd usłyszałem, że zwiałeś ze swojego więzienia. – Trzykrotnie klasnął dłońmi w fałszywym, teatralnym podziwie.

– Ano uciekłem.

Diabeł pod stołem założył nogę na nogę. Jego czarna walizka leżała na krześle obok.

– Kolego! – zawołał Diabeł. – Tak, właśnie ty, blondasku. Proszę, oddasz mi swoje piwo?

Blondasek, zgarnąwszy ze stolika pełny kufel, oderwał się od grupki i usłużnie podał trunek.

– Dziękuję.

Mistrz Twardowski nie spuszczał wzroku z Diabła.

– Nie mogłeś zamówić?

Diabeł rozejrzał się teatralnie.

– Nie widzę obsługi. Poza tym: po co? Łatwo jest manipulować słabym umysłem. Usiądziesz?

– Nie.

– Och, nadal niegrzecznyś. – Pokiwał palcem. – Powiedz mi więc, w jaki sposób uciekłeś? I dlaczego? Przecież mieli po ciebie polecieć. Prom szykowali. Nie wiedziałeś?

– Niby skąd?

Kusiciel odsunął fioletowe usta od zimnej krawędzi kufla.

– Prawda. A więc jak?

– Srak.

– Och, nie bądź taki – cmoknął Diabeł.

Twardowski przytknął ostrze szabli do szyi wroga. Malutka kropelka krwi spłynęła na biały mankiet koszuli.

– Naprawdę chcesz wiedzieć?

Czort wyszczerzył zęby.

– Usłyszałem głos. Jego głos. – Uniósł palec, celując w sufit karczmy. – On jest po mojej stronie. I wiesz, co mi powiedział, zanim przeniósł mnie na Ziemię? Wiesz? Diabeł to zaraza, to właśnie usłyszałem. Bóg chce twojej śmierci.

– Zrobisz to? – zapytał. – Zabijesz mnie?

– Zrobię. Z przyjemnością. – Ręka, w której trzymał broń, nawet nie drgnęła.

– A może chcesz zagrać w grę, hm? Przyjacielu?

Diabeł włożył dłoń do wewnętrznej kieszeni marynarki. Twardowski mocnej przycisnął szablę do jego gardła.

– Spokojnie, to tylko karty.

– No tak – mruknął Mistrz Jan. – Przecież ty nie możesz nikogo zabić. Zmanipulować jedynie.

Diabeł wyszczerzył zęby, kładąc tekturowe pudełeczko z kartami na stole. Krew spływała mu po szyi.

Szlachcic pociągnął nosem. Diabeł używał wody kolońskiej i… czegoś jeszcze. Znajomy zapach.

– Kto wyciągnie wyższą kartę, wygrywa – zaproponował Diabeł. – Hm?

Twardowski spojrzał ponuro na przeciwnika.

– Jaka jest stawka? Nie możesz prosić o życie. Tak czy siak, zabiję cię.

– Och, to zrozumiałe. Przecież uwięziłem cię na Księżycu. Chociaż jestem najbardziej złą istotą na świecie, rozumiem twoje cierpienie. Musiało boleć. Pięćset lat… Wiesz, przyjacielu, podziwiam cię.

– Stawka.

– Jeśli wygram, zrobisz to szybko. Nie będziesz się nade mną znęcał. Dekapitacja, cios w serce… Coś w tym stylu. Jednak jeśli ty wygrasz… uważasz?… podrę wszystkie cyrografy.

Szlachcic wytrzeszczył oczy.

– Jak to?

– Umowy, jakie zawarłem ze śmiertelnikami, nie będą już obowiązywać. Wyrzeknę się ich dusz. Oddam je Bogu. To dobra stawka. Możesz stracić niewiele, wygrać dużo.

Twardowskiemu zrobiło się duszno, pot pokrył jego czoło.

– Zagrajmy więc – rzekł, po czym schował szablę do pochwy i usiadł naprzeciwko Diabła. – Ja tasuję karty.

Diabeł wzruszył ramionami. Jak chcesz – mówił ten gest – mnie to nie przeszkadza.

Kiedy na zewnątrz znów zaczął padać deszcz, kiedy jeden ze studentów krzyknął, że musi się odlać, kiedy wybiła dwudziesta druga, Twardowski pociągnął kartę z przetasowanej talii. Skrzywił się, widząc, co przyniósł mu los.

– Szóstka. – Czerwono oko Diabła błysnęło. – Brak ci szczęścia, mistrzu. Teraz ja. – Oblizał palec. Pociągnął. Zbladł.

– Pokaż – rzekł Twardowski.

Diabeł odwrócił kartę.

Szóstka.

– Remis, przyjacielu.

Twardowski poczuł, że traci siły.

– Chcesz zagrać jeszcze raz, czy rozpłatać ci ten koźli łeb?

Diabeł otwartą dłonią dał znak, że chętnie i że znów kolej szlachcica na losowanie karty. Drugą ręką, tak, żeby Jan niczego nie zobaczył i usłyszał, odblokował zamek czarnej walizki i wyjął z niej czarny przedmiot. Położył go na kolanach.

– Szóstka – szepnął Twardowski, ocierając pot z czoła.

Diabeł uśmiechnął się, położył dłoń na stosiku i pociągnął kartę. Pokazał ją Twardowskiemu. Mistrz zaklął plugawie. Nawet nie był blisko.

– Król bije szóstkę. I szlachcica. – Czort zaśmiał się z własnego żartu, uważając, aby przedmiot nie zsunął się z jego kolan na podłogę.

Twardowski wstał gwałtownie, z hukiem przewracając krzesło, i dobył szabli. Zatoczył się. Chichrający się studenci zamilkli, a z ich twarzy uciekły uśmiechy.

– Sso sie dzieje? – zapytał jeden, oparty o ramię kolegi. – Bedziemy sie bić?

Kelnerki nigdzie nie było. Szlachcic uznał, że ukryła się na zapleczu.

– To nic… och, to nic – sapał spocony Twardowski. – Wyłaaź! Umrzesz na zewnątrz.

 Diabeł, chwyciwszy czarny przedmiot, który leżał na jego kolanach, wstał i popatrzył z żalem i troską na mężczyznę. Położył pistolet na stole.

Studenci, widząc broń, głęboko westchnęli i cofnęli się odruchowo.

Twardowski, chybocząc się na nogach, uniósł brwi.

– Nie możeszsz mnie zaabić – stęknął. – Nnie maasz prawa, żeby zbijać luźzi!

Diabeł szczerzył zęby.

– Coo się ze mną dzeje?

Szlachcic runął na podłogę, jednak nie wypuścił z dłoni szabli; trzymał ją mocno. W oczach mu poczerniało, był słaby, nie wiedział, co się dzieje. Usłyszał stukot półbutów i po chwili ujrzał pochylającego się nad nim Diabła. I… I już wiedział, co się stało.

Poczuł konwalie. Pod duszącym zapachem wody kolońskiej kryły się konwalie.

Zrozumiał, dlaczego wcześniej jeden ze studentów zapytał kelnerkę, gdzie jest ta, co zawsze.

– Co było… w piwie? – wymamrotał.

– Czy to ważne? – odparł Diabeł, wracając do stolika. Sięgnął po pistolet. – Coś, co cię nie zabije, ale osłabi na tyle, że będziemy mogli bez przeszkód zagrać w wesołą grę. Coś, co osłabia ciało i plącze język. A wy do kąta! O, tam! – Machnął pistoletem, żeby podkreślić swoje słowa.

Zbici w ciasną grupkę studenci posłusznie zatoczyli się w róg pomieszczenia.

– Myślałeś, że nie wiem? Myślałeś, że przyjdziesz tutaj i zaskoczysz mnie z tą twoją marną szabelką? Proszę cię!

Twardowski nie mógł już więcej patrzeć na plugawy, chciwy uśmiech Czorta, więc opuścił powieki.

– Przyznaj się, mistrzu, miałeś na mnie ochotę, kiedy byłem kelnerką, hmm? Och, tak, na pewno, widziałem to w twoich pustelniczych małych oczkach, które przez pięćset lat gapiły się jedynie na szare skały.

Twardowski stęknął.

– Co, co mówiłeś, przyjacielu? – Diabeł nadstawił ucha.

– Bóg jest ze mną.

– Och, ha ha ha, naprawdę? A myślałem, że to ja teleportowałem cię na Ziemię, żeby ubiec tych z Polskiej Agencji Kosmicznej. Czyj głos usłyszałeś? Mój? Czy Boga?

Twardowski, choć blady z powodu substancji, którą Diabeł wsypał bądź wlał mu do piwa, zbladł jeszcze bardziej.

– Tak, to byłem ja. Ja cię ściągnąłem na Ziemię.

– Dlaczego?

– A to łatwo mi na Ziemi? Sytuacja uległa nieco zmianie, przyjacielu. Polują na mnie. Wojsko. Oni święcą broń, rozumiesz? Kropią jebane kule do karabinów wodą święconą i polują na mnie! Raz byli już tak blisko, że wpakowali mi trzy antygrzeszki w prawą nogę. – Widząc znak zapytania na twarzy Twardowskiego, wyjaśnił, że antygrzeszki to potoczna nazwa poświęconych kul. – Nie mogłem pozwolić, żeby załadowali cię na jakiś fikaśny prom i dołączyli do armii. Bo tak właśnie by zrobili. Spuściliby cię na mnie jak psa gończego. Bo mnie nienawidzisz, bo jesteś zdeterminowany, bo brzydzisz się złem. Ściągnąłem cię więc na Ziemię, pozwoliłem się odszukać i teraz gramy na moich zasadach.

– I tak cię sabiję – stęknął Twardowski. – Bo tyy nie możesz odpierć luziom życia. Dojdę do siebie, odszukam cię ponownie i przrzetnę na pół.

– Oj, przyjacielu, miałeś pół milenium, żeby zrozumieć, że Diabła nie można przechytrzyć.

Twardowski spróbował wstać, jednak próba nie powiodła się, więc jedynie mocnej zacisnął dłoń na szabli.

– A ten mieczyk – odezwał się Diabeł – na co ci? Toć najpierw musiałbyś poświęcić to gówno. Owszem, łeb utnie, ale ja się odrodzę. Ale przejdźmy do rzeczy. Tak się składa, że mam w magazynku sześć kul. A tam… och, tak! A tam, w rogu, dokładnie sześć osób sra w gacie. Przypadek, mistrzu?

– Walcz jak mężczyzna!

– Jeśli podpiszesz nowy cyrograf – Diabeł zignorował Twardowskiego – odejdę. Odejdę z twoją duszą, ale oszczędzę tych o tam. Hm? Przyjacielu?

Czort podszedł do stolika i chwycił walizkę, z której wcześniej wyjął pistolet. Do samotnego kufla na stole dołączyły pióro – gęsie – i pojedyncza kartka papieru, będąca umową – cyrografem. Diabeł wsunął pióro w palce szlachcica, kartkę położył na drewnianej podłodze.

– Podpisz. Będzie dobrze, przyjacielu.

– Nie mogę – jęknął. – Nie wrósę tam.

– Och, ależ nie, mistrzu. Przecież tym razem uda nam się dotrzeć do piekła, hę? Żadnego Księżyca! No, zrób to! Zrób to, albo – przeładował pistolet – zabiję tego ochlajtusa. – Przyłożył lufę do skroni jednego ze studentów. – Dalej! Umocz pióro we krwi i podpisz! Przyjacielu!

Twardowski, stękając, wyprostował plecy i rozchylił nogi tak, żeby móc położyć cyrograf tuż przy kroczu. W ten sposób znajdujący się za nim Diabeł nie mógł widzieć jego dłoni. Szlachcic dobył rulonik, dotąd ukryty w rękawie swetra. Przebił opuszkę na palcu wskazującym, umaczał pióro we krwi i napisał swoje nazwisko na wykropkowanym obszarze.

– Gotowe.

Diabeł wygładził kartkę na stole, wytarł pióro w białą lnianą chusteczkę, przystawił je sobie do szyi, na której nadal znajdowała się lepka krew, i również podpisał.

– I po krzyku, mistrzu. A teraz weźmy się pod ramiona i chop-siup do piekiełka.

Twardowski, sapiąc, wstał.

– Nikt cię nie nauczył, że przed podpisaniem umowy trzeba najpierw ją przeczytać?

– Hm?

 

Ja, Jan Twardowski, zobowiązuję się do miłego spędzania czasu na Ziemi. Ponadto deklaruję, że będę używał moich mocy, tj. magii, którą wetknęła we mnie druga strona, czyli Diabeł, do szczytnych celów.

 

– Co to za gówno?

– Czytaj dalej.

 

Diabeł zaś, Czort, Mefisto, Kaduk, gwarantuje, że dusza wyżej wspomnianego Jana Twardowskiego nigdy nie znajdzie się w piekle, a on sam w czasie możliwie najszybszym opuści Ziemię i jej mieszkańców. Na Ziemię nigdy nie wróci i nie będzie próbował zakłócać spokoju ludzi.

Strony, które nie wywiążą się z warunków umowy, zostaną ukarane następująco: Janowi Twardowskiemu zostaną odebrane magiczne moce, zaś Diabeł pęknie na równe sto kawałków, bez możliwości powrotu do stanu poprzedniego.

 

– Coś ty zrobił? Coś ty, kurwa, zrobił? Zniszczyłeś mi życie! – W oczach Diabła pojawiły się łzy. – Nie rozumiesz, że ja żyję cierpieniem?! Ja umrę bez ludzi! Muszę widzieć ból na twarzach dzieci, muszę oglądać ostatnie chwile umierających staruszków… Bez tego zwiędnę… Coś ty mi zrobił?

Twardowski rozdzierał umowę, którą dał mu Diabeł. Efekty substancji w piwie zaczęły słabnąć.

– Odejdź. Wypełnij umowę, a nie rozlecisz się na sto kawałków.

Czort zasyczał i znalazł się przy szlachcicu tak szybko, że jeden ze studentów, nie mogąc uwierzyć, przetarł oczy knykciami.

– Twardowsski, przysięgam na zło, które huczy w moich piersiach, że cię zajebię. Znajdę sposób, więc nie myśl, że możesz wieczorem kłaść się do łóżka bez żadnych obaw.

– Wiem, gdzie będzie ci się podobać. Na Księżycu. – Zaśmiał się z własnego żartu.

Diabeł wrzasnął. A potem znikł.

Mistrz Jan Twardowski włożył szablę do pochwy, otarł zakrwawiony palec o rękaw swetra, zgarnął płaszcz ułożony na oparciu krzesła i, nie patrząc za siebie, opuścił karczmę. 

Koniec

Komentarze

Spodobała mi się wizja Twardowskiego wracającego z Księżyca na promie.

Ale potem – jakoś tak zbyt łatwo diabeł dał się wykiwać, żeby to bawiło. No, naiwny jak dziecko.

Masz kilka literówek.

Mistrzu… Czy Pan to Twardowski?

A dlaczego dużą literą?

Babska logika rządzi!

Taa, pomysłów trochę mam ;) Muszę popracować nad wykonaniem…

No ja wiem czy naiwny? Przechytrzył Twardowskiego już na samym początku. Wiedział, że szlachcic czeka na niego, otruł go, przystawił pistolet do głowy niewinnego. Potem przecież wszystko powinno pójść ja z płatka, prawda?

No, niby tak. Ale zwyczajne schowanie podpisywanego papieru to raczej słaby trik. Każdy iluzjonista ma lepsze w repertuarze a i tak dorosłych one zwykle słabo bawią.

Babska logika rządzi!

Twardowski na szczęście nie miał pojęcia, że to słaby trick ;)

Opowiadanie ma kilka fajnych pomysłów i wizji – zwłaszcza spodobał mi się Twardowski w nowoczesnym barze ;) Jednak zgadzam się z Finklą co do diabła. Poszło z nim za łatwo.

Miałem też wrażenie, że w środku tekst stał się za mocno przegadany.

Podsumowując: przyzwoicie, ale bez fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereMan, dzięki za opinię. Pomyślę jeszcze nad końcówką. Może uda mi się coś wymyślić.

Jakiś pomysł był i początkowo nawet mnie zaciekawił, ale ani Diabeł nie zrobił na mnie najlepszego wrażenia, ani Twardowski niczym nie zaskoczył. Ot, taka sobie własna wersja spotkania postaci po latach, w dość niespodziewanych okolicznościach.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

Kel­ner­ka, kła­dąc kufel na stół… –> Kel­ner­ka, stawiając kufel na stole

Z położonego kufla wszystko się wyleje.

 

– Prze­krzy­wi­ła głowę na ramię. –> Czy położyła głowę na ramieniu?

Może wystarczy: – Prze­krzy­wi­ła głowę.

 

Dziew­czy­na za­la­ła Twar­dow­skie­go py­ta­nia­mi. –> Raczej: Dziew­czy­na zasypała Twar­dow­skie­go py­ta­nia­mi.  

 

Kiedy zo­ba­czysz czar­ny gar­ni­tur, wyjdź na za­ple­cze. –> Kiedy zo­ba­czysz czar­ny gar­ni­tur, idź na za­ple­cze.

 

świą­tecz­ny swe­ter (białe ba­weł­nia­ne re­ni­fer­ki ki­ca­ły na zie­lo­nym ba­weł­nia­nym śnie­gu) –> Swetry robi się z wełny lub włóczki wełnopodobnej, nie z bawełny.

 

i za­nio­sła wszyst­kie na raz do roz­ba­wio­nej klien­te­li. –> …i za­nio­sła wszyst­kie naraz do roz­ba­wio­nej klien­te­li.

 

Nie ro­zu­miał, jak dzia­ła te­le­wi­zja i in­ter­net. –> Nie ro­zu­miał, jak dzia­łają te­le­wi­zja i In­ter­net.

 

– Och, nadal niegrzecznyś – pokiwał palcem. –> – Och, nadal niegrzecznyś.Pokiwał palcem.

 

Za­bi­jesz mne? –> Literówka.

 

Jak chcesz – mówił ten gest… –> Co to znaczy, mówił gest?

 

mi to nie prze­szka­dza. –> mnie to nie prze­szka­dza.

 

A wy do kąty! –> Literówka.

 

które przez pół wieku ga­pi­ły się je­dy­nie na szare skały. –> Na pewno przez pięćdziesiąt lat, a nie przez pięćset?

 

Do sa­mot­ne­ kufla na stole do­łą­czy­ły pióro gęsie i po­je­dyn­cza kart­ka pa­pie­ru, bę­dą­ca umową cy­ro­gra­fem. Dia­beł wsu­nął dłu­go­pis w palce szlach­ci­ca… –> Po co był mu długopis, skoro z dalszej treści wynika, że podpisał się piórem.

 

Prze­bił opu­szek na palcu wska­zu­ją­cym… –> Prze­bił opu­szkę na palcu wska­zu­ją­cym

Opuszka jest rodzaju żeńskiego.

 

po­sta­wił swoje na­zwi­sko na wy­krop­ko­wa­nym ob­sza­rze. –> …napisał swoje na­zwi­sko na wy­krop­ko­wa­nym ob­sza­rze.

 

A teraz weźmy się pod ra­mio­na i chop–siup do pie­kieł­ka. –> A teraz weźmy się pod ra­mio­na i hop-siup do pie­kieł­ka.

W tego rodzaju połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

i, nie oglą­da­jąc się za sie­bie, opu­ścił karcz­mę. –> Masło maślane. Czy mógł oglądać się przed siebie?

Proponuję: …i, nie oglą­da­jąc się, opu­ścił karcz­mę. Lub: …i, nie patrząc za sie­bie, opu­ścił karcz­mę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy, dzięki za wskazanie błędów. Chociaż z paroma się nie zgodzę.

 

Z położonego kufla wszystko się wyleje, mówisz. Ale SJP podaje, że położyć m.in. znaczy umieścić coś gdzieś. https://sjp.pwn.pl/sjp/polozyc;2504147.html

 

A czemu można kogoś zasypać pytaniami, ale już nie zalać?

 

Co to znaczy, mówił gest? Znaczy, że coś wyrażał.

 

Kiedy zobaczysz czarny garnitur, wyjdź na zaplecze. –> Kiedy zobaczysz czarny garnitur, idź na zaplecze.

A tutaj mógłbym prosić o wyjaśnienie? Bo ślęczę nad tym zdaniem już od pięciu minut i nie mogę wyłapać różnicy. Obydwie wersje wydają mi się poprawne…

 

 

Z po­ło­żo­ne­go kufla wszyst­ko się wy­le­je, mó­wisz. Ale SJP po­da­je, że po­ło­żyć m.in. zna­czy umie­ścić coś gdzieś.

Kłaść to przybierać pozycję leżącą. Pusty kufel, rzecz jasna można położyć, ale jeśli położysz kufel z piwem, napój wyleje się.

Zauważyłeś tylko punkt pierwszy wskazanego hasła, ale bądź uprzejmy przeczytać też punkty kolejne, zwłaszcza drugi: położyć  1. «umieścić coś gdzieś» 2. «zmienić pozycję kogoś lub czegoś z pionowej na poziomą»

Czym jest pozycja pionowa, a czym pozioma, na pewno wiesz. ;)

 

A czemu można kogoś za­sy­pać py­ta­nia­mi, ale już nie zalać?

Bo zasypać pytaniami jest związkiem frazeologicznym, czyli formą ustabilizowaną, utrwaloną zwyczajowo, której nie korygujemy, nie dostosowujemy do współczesnych norm językowych ani nie adaptujemy do aktualnych potrzeb piszącego/ mówiącego.

 

Kiedy zo­ba­czysz czar­ny gar­ni­tur, wyjdź na za­ple­cze. –> Kiedy zo­ba­czysz czar­ny gar­ni­tur, idź na za­ple­cze.

A tutaj mógł­bym pro­sić o wy­ja­śnie­nie? Bo ślę­czę nad tym zda­niem już od pię­ciu minut i nie mogę wy­ła­pać róż­ni­cy. Oby­dwie wer­sje wy­da­ją mi się po­praw­ne…

Kelnerka znajdowała się w sali głównej i najpierw musiała z niej wyjść, aby móc iść/ pójść na zaplecze.

 

Mam nadzieję, Karolu, że wyjaśniłam Twoje wątpliwości. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tak, wyjaśniłaś. Jeszcze raz podziękowania :)

Chociaż myślałem, że te definicje należy traktować osobno. Coś jak wyrazy, który mają wiele znaczeń.

Jeśli pomogłam, to bardzo się cieszę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sympatyczna historyjka, choć spodziewałem się więcej po sposobie, w jaki Twardowski przechytrzy diabła. Mickiewicz zrobił to lepiej :)

zygfryd89, dzięki za opinię :) Bo Mickiewicz to wieszcz narodu i słynny literat, a nie raczkujący opowiadacz, który walczy ciągle walczy ze słowami ;D 

Nowa Fantastyka
Patronujemy