- Opowiadanie: Nighter6 - Zimny żar

Zimny żar

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Zimny żar

 W cieniu pozbawionego żaru ognia, który ogarnął las i zamienił dzień w noc, oddział żołnierzy strzegł zasłanego ciałami wzgórza, usiłując przebić wzrokiem ciemność. Stojący wśród nich chłopiec otarł zimny pot z osmalonej twarzy i skrzywił się z bólu, gdy zaczepił ręką o drzewce strzały, sterczącej z klatki piersiowej.

– Potrzebujesz medyka, paniczu – odezwał się jeden ze zbrojnych.

– Nie zostawię was teraz – odpowiedział chłopiec. – Zbyt wiele krwi kosztowało nas zdobycie tego wzgórza. Bitwa jeszcze nie skończona.

– Mylisz się, Lorenie.

Odwrócili się wszyscy w stronę, z której dobiegał głos. Gdy z półmroku wyłoniła się twarz starca, żołnierze rozstąpili się przed nim i towarzyszącą mu eskortą ludzi w brunatnych płaszczach. Przybysze wspięli się na wzgórze po ciałach poległych, ślizgając się na zamarzniętej krwi.

– Zwyciężyliśmy – wyjaśnił starzec, gdy znaleźli się już na szczycie.

– Co to za ludzie, Vircescu? – zapytał chłopiec, a wtedy nieznajomy mężczyzna około trzydziestki, wystąpił przed pozostałych i ukłonił się.

– Porucznik Silithien Neyr, Pająki. Został pan wezwany do Fortu Messelieu, przybyliśmy pana odeskortować na miejsce.

– Słucham? Czy to jakiś żart?

– Obawiam się, że nie. Dowództwo żąda pańskiego niezwłocznego stawiennictwa.

– Gdzieś mam ich żądania – chłopiec powiedział chłodno. – Jesteśmy w połowie kampanii i nie zamierzam się stąd ruszać. Możecie odejść, poruczniku.

Porucznik uśmiechnął się nerwowo i pokręcił głową.

– Przykro mi chłopcze, ale moje rozkazy są jasne. Mam odstawić cię do Fortu.

– Więc to tak… Nasyłają na mnie Pająki… – Ogień zapłonął w oczach chłopca.

– Lorenie, weź głęboki oddech. – Starzec podszedł do młodzieńca i położył mu dłoń na ramieniu. – Ci ludzie przynoszą polecenie z góry. Nie sądzisz, że przyda ci się mała przerwa? Ostatnio zrobiłeś się nieco… pochopny. Miałeś chyba utrzymać pozycję, a nie prowadzić szturm na to wzgórze. Mogłeś zginąć. – Stary wskazał na drzewce strzały.

– Nie boję się śmierci.

Starzec zaśmiał się sucho.

– Ty niczego się nie boisz i na tym właśnie polega problem.

– Więc co? Mam po prostu rzucić wszystko i jechać do Messelieu?

– Dokładnie tak. Przecież jesteś grzecznym chłopcem. – Vircescu uśmiechnął się.

 

***

 

Porucznik Silithien kończył właśnie oporządzać slejpniry, ośmionogie konie, kiedy Loren zjawił się gotowy do drogi – zabandażowany, w podróżnym płaszczu i z tobołkiem na plecach.

– Myślałem, że będziesz chciał pożegnać się z przyjaciółmi.

– Nie mam przyjaciół. – Loren odparł zgryźliwie.

– Och? Przecież wszyscy cię uwielbiają. Jesteś sławnym bohaterem, obrońcą Republiki, Wężobójcą.

– To nie czyni ich moimi przyjaciółmi. – Wzruszył obojętnie ramionami.

Porucznik milczał przez chwilę, lecz dostrzegłszy zainteresowanie, z jakim chłopiec przyglądał się wierzchowcom, poklepał jednego z nich po zadzie.

– Ten będzie twój.

Loren zbliżył się do ogromnego ogiera, ostrożnie podsuwając dłoń pod jego chrapy. Koń parsknął i chłopiec pogłaskał go po pysku.

– Wspaniała bestia, prawda?

Skinął głową, gładząc krótką, czarną jak węgiel sierść wierzchowca.

– Przepraszam za wcześniej. Trochę mnie poniosło. Może Vircescu ma rację i przyda mi się przerwa.

– Nie przejmuj się tym. – Porucznik uśmiechnął się wyrozumiale. – Ważne jest tylko to, żebyś bezpiecznie dotarł do Messelieu, zanim zaczną się… – Zmarszczył brwi, przetarł kciukiem policzek i przyjrzał się wilgoci lśniącej na palcu. Potem uniósł głowę i spojrzał w niebo. – …deszcze – dokończył i w tym samym momencie zaczęło padać.

 

***

 

Kilkanaście zgarbionych sylwetek w przemokniętych płaszczach wlokło się błotnistą drogą, z którą z trudem radziły sobie nawet slejpniry. Tego roku pora deszczowa nadeszła wcześniej niż zwykle i w przeciągu jednej nocy cały kraj zamienił się w wielkie mokradło. Loren był w paskudnym nastroju – podróż, która miała być trzydniowym rajdem, chwilą wytchnienia od wojny, okazała się mordęgą. Łatwo wpadał w złość, a wtedy zamęczał wierzchowca, zmuszając go do galopu. Gdy Silithien zwrócił mu uwagę, chłopiec się obraził.

– Taki wiek – skomentował głośno Vircescu. – Wie pan, panie poruczniku, te wszystkie buzujące w młodzieńczym organizmie humory i fluidy, czarne żółcie i tak dalej.

– Nie musi jednak wyżywać się na niewinnym zwierzęciu.

– Nie wyżywałem się – burknął Loren. – Sprawdzałem tylko jego możliwości. Przecież nic mu się nie stało. Obiecałem zresztą, że już nie będę…

– Ćśś – Sierżant, prowadzący kolumnę, syknął nagle i szarpnął za wodze.

Zatrzymawszy konia, zeskoczył z niego, przypadając niemal do ziemi. Przez chwilę obracał lekko głowę to w jedną stronę, to w drugą, nasłuchując. Silithien zaczął nerwowo głaskać rękojeść miecza. On też to słyszał. Przytłumiony pomruk, szelest dobiegający z zarośli, jakby zbliżało się do nich coś niepokojąco dużego. Czekali wszyscy w napięciu, gotowi do walki.

– O co chodzi, Pazamirrze? – porucznik zapytał szeptem.

Mężczyzna nie odpowiadał przez chwilę, a potem wyprostował się.

– Rzeka – oznajmił.

– Co?

– Gdzieś przed nami. Nie powinniśmy jej słyszeć.

Silithien puścił miecz i zaklął. Sierżant miał rację – według mapy niedaleko stąd powinien znajdować się łatwy do przebycia bród. Kiedy jednak dotarli na miejsce, zamiast spokojnych wód natrafili na huczącą, spienioną masę, której nie sposób było przebyć nawet konno. Po krótkiej dyskusji zdecydowali się spróbować pokonać rzekę mostem, kilkadziesiąt mil dalej.

Szczęśliwie stał on jeszcze, choć wezbrane wody przelewały się po jego wierzchu. Już z daleka zobaczyli zgromadzony na brzegu tłum.

– Dobry człowieku, o co tu chodzi? – Silithien zwrócił się do brodatego mężczyzny z tobołami.

– Olbrzymy, panie. Żądają myta.

– Pazamirr, sprawdź co to za jedni – rozkazał porucznik.

Sierżant wrócił po chwili.

– Wężokrwiści, klan Sczerniałej Włóczni, wnosząc po sztandarze. Około czterech tuzinów, ustawili straże po obu stronach mostu.

– Sczerniała Włócznia ma rozejm z Republiką – odezwał się Vircescu. – To ich okolice.

Porucznik kiwnął głową.

– Nie potrzebujemy problemów. Zapłacimy.

– Zaraz, jak to? – zaprotestował Loren. – A co z tymi ludźmi? Są tutaj uwięzieni.

– To nie nasza sprawa.

– Może nie wasza, Pająku, ale z pewnością moja. Przysiągłem bronić ludu Republiki przed wszelką niesprawiedliwością.

– Słyszałeś Vircescu, Republika zawarła ze Sczerniałą Włócznią pokój. Poza tym wężokrwiści mają czterokrotną przewagę liczebną.

– Nie będę płacił żadnego haraczu i nie zostawię tych wieśniaków na pastwę zbirów – powtórzył z uporem.

– Czy nie dość już rozlewu krwi, chłopcze? – wtrącił się stary. – Chcesz wywołać kolejną wojnę?

– Nie – odrzekł ponuro.

– Przełknij więc swoją dumę i zostaw tych ludzi w spokoju. Uwierz mi, tak będzie lepiej.

Loren zacisnął zęby i zamknął oczy.

– Dobrze – powiedział po dłuższej chwili. – Załatwmy i odjedźmy stąd jak najszybciej.

– Grzeczny chłopiec.

Przejechali przez ciżbę, przekleństwa wieśniaków szybko milkły na widok uzbrojonych postaci i ośmionogich koni, lecz wężokrwiści przyglądali się im obojętnie. Zachodniego brzegu rzeki strzegło około dwudziestu wojowników, obleczonych w nabijane ćwiekami skóry, uzbrojonych w łuki, włócznie z zadziorami i zakrzywione miecze. Ich policzki pokrywały łuski, oczy miały pionowe źrenice, a na głowach brakowało włosów. Mokli w deszczu, który nie przestawał padać, lecz wydawali się wcale nie zwracać na niego uwagi. Najmniejszy z nich, mierzący przynajmniej siedem stóp, otaksował przybyszy wzrokiem.

– Dwanaście ssrebrników – zasyczał.

Usłyszawszy wysokość kwoty, Loren otworzył już usta, ale Vircescu położył dłoń jego na ramieniu i chłopiec nic nie powiedział. Porucznik podjechał do celnika i rzucił mu sakiewkę. Potem wstąpili na most, przez który przelewała się sięgająca kostek woda. Na wschodnim brzegu czekała druga dwudziestka wężokrwistych. Kiedy ich mijali, jeden z nich obrzucił Lorena lepkim spojrzeniem, mlasnął przeciętym na dwoje językiem i oblizał wargi.

– Zrób to jeszcze raz, a przerobię cię na popiół – rzucił chłopiec tak pogodnym tonem, że jedna z podkomendnych Silithiena, zaśmiała się za plecami porucznika.

Wężokrwisty tymczasem przyłożył dłoń do ust i posłał Lorenowi całusa. W odpowiedzi chłopiec niedbałym ruchem uniósł rękę i w jednej chwili olbrzym zniknął.

 

***

 

Silithien patrzył skonfundowany w ciemność, która zasłoniła most. Dopiero chłodny powiew otrzeźwił porucznika i wtedy zauważył sylwetkę wężokrwistego, wijącą się w pochłaniających światło płomieniach. Silithien podążył wzrokiem za jęzorami czarnego ognia aż do jego źródła – wyprostowanego ramienia chłopca, którego rude włosy w półmroku przybrały barwę zakrzepłej krwi. Loren nie wyglądał na rozgniewanego, minę miał raczej zamyśloną, lecz nie opuścił ręki i pozwolił mocy płynąć dalej, aż wodę przelewającą się przez deski ściął lód, słońce zgasło i nad całą rzeką zapadła noc.

– Wszyscy do mnie! – zawołał porucznik. – Zablokować most i trzymać pozycję. Indice! – wywołał żołnierkę, którą wcześniej tak rozbawiła groźba Lorena. – Ostrzeliwuj ich z tyłu i strzeż chłopca. Nie może mu spaść włos z głowy.

Wężokrwiści wypadli z ciemności wielką chmarą, lecz ludzie Silithiena już zagrodzili zejście z mostu, zmuszając napastników do atakowania falami. Porucznik walczył wraz z innymi, rąbiąc mieczem z końskiego grzbietu i już po chwili zauważył, że coś jest nie w porządku. Bitewna gorączka, która znieczulała ból i wykrzywiała poczucie czasu, nie nadchodziła. Porucznik nie czuł nic – ani lęku, ani podniecenia, jeśli zaś jego serce zaczęło bić szybciej, to tylko od samego wysiłku. Czarny ogień szalał, wężokrwiści parli naprzód bez strachu, ludzie i konie ginęli dookoła, lecz nikt się tym nie przejmował. Nikt nie wznosił bojowych okrzyków, nikt nie wrzeszczał, nikt nie wzywał własnej matki ani nie przeklinał cudzej. W przenikliwym zimnie i w cieniu czarnego pożaru bitwa przebiegała beznamiętnie jak wycinka lasu – dał się słyszeć tylko szczęk stali i odgłosy padających ciał. Wreszcie bój wypalił się wraz z ogniem, słońce powróciło nad rzekę, a woda na moście zaczęła płynąć dalej, zmywając krew z desek.

Dopiero wtedy Silithien poczuł nagły przypływ gniewu.

– Co ty do cholery zrobiłeś, chłopcze?

– To, co do mnie należało.

– Straciłem pięciu żołnierzy i dziewięć koni! Złamałeś rozejm!

– Ja? To oni zaczęli. Sprowokowali mnie.

– Sprowokowali cię? – porucznik zapytał z niedowierzaniem. – Zabiliśmy czterdziestu ludzi, bo krzywo na ciebie spojrzeli?

– Trzeba było położyć kres ich bandytyzmowi – odparł spokojnie Loren.

– Uzgodniliśmy, że zapłacimy myto i zostawimy wężokrwistych w spokoju.

– Nie mogłem. Oni więzili tu tych wieśniaków, odcięli ich od domów i rodzin. To draństwo. Wy, Pająki, może macie to gdzieś, ale ja nie. Musiałem im pomóc, od tego właśnie jestem.

– Wymówki, wszystko wymówki…

– Zaczekaj, trzeba ich przeprowadzić.

Ignorując porucznika, Loren popędził konia i przejechał na drugą stronę rzeki. Przez kilka chwil przemawiał do tłumu, potem ustawił ludzi w kolumnę, a gdy ruszyła, jeździł wzdłuż niej, pilnując, by wszyscy wieśniacy bezpiecznie przeszli na wschodni brzeg. Chłopi, mijając Pająki, zaczęli im dziękować.

– Uratowaliście nas, panowie.

– Moje dzieci zostały same, dzięki wam mogę do nich wrócić.

– U mnie we wsi jest zaraza, wiozę leki od zielarki, gdyby nie wy…

Silithien czuł się nieco nieswojo, a jego zakłopotanie powiększyło się jeszcze, gdy wieśniacy zaczęli wciskać mu jajka, owoce, wełniane skarpety, figurki z drewna i amulety na szczęście. Loren przyglądał się temu z rozbawieniem, tymczasem Pazamirr zmarszczył nos i uniósłszy lekko podbródek, węszył w powietrzu.

– Krew – stwierdził po chwili.

– Co ty nie powiesz? – parsknęła Indice, gestem wskazując na trupy rozrzucone wokół mostu. – Nie mam nic przeciwko bitwie, ale chłopak powinien nas uprzedzić, nim rozpętał piekło.

– Nie. Jego krew. Vircescu.

Znaleźli go po chwili, leżał pod wielką wierzbą, przebity oszczepem. Żył jeszcze, choć był ciężko ranny i nieprzytomny.

 

***

 

– Maladique… Co z nim?

Dziewczyna, niewiele starsza od Lorena, wycierała mokrymi liśćmi ręce unurzane we krwi aż po łokcie. Około dwóch godzin zajęło jej usunięcie włóczni z ciała Vircescu i zatamowanie krwawienia za pomocą magii.

– Zrobiłam, co mogłam, ale będzie potrzebował prawdziwego uzdrowiciela i to szybko.

– Lorenie, gdzie najbliżej mamy największe szanse znaleźć medyka? – Silithien zwrócił się do chłopca.

Ten jednak nie odpowiedział. Od jakiegoś czasu siedział nieruchomo, otoczywszy kolana ramionami. Jego oczy śledziły płytkie oddechy Vircescu.

– Lorenie!

– Dziwne… – szepnął. – Nic nie czuję. Nie powinno mi być smutno? – Podniósł wzrok na porucznika.

– To nie jest teraz ważne. – Silithien podsunął mu mapę pod nos.

– Gdyby… gdyby był przytomny, na pewno powiedziałby mi, co powinienem czuć. Tak, wyjaśniłby mi wszystko i nazwał grzecznym chłopcem…

– Lorenie! Musimy go ratować, nie ma czasu do stracenia.

– Thrance – rzekł w końcu. – Najbliżej jest Thrance.

 

***

 

W szybko zapadającym zmroku zobaczyli odległe punkciki światła. Od miasta dzieliło ich jeszcze tylko paręnaście mil, ale teren był trudny, puszczę zalewała sięgająca po kolana woda.

– Mam dość. Odstawiam go – oznajmił Loren, dysząc ciężko i zaczął opuszczać drążki prowizorycznych noszy.

– Oszalałeś?! Co robisz?! – krzyknęła Indice i również się pochyliła, aby Vircescu nie ześlizgnął się z płótna.

– Miałem odpocząć od wojny, a nie targać półżywego starca przez bagna – odparł z rozdrażnieniem.

– Opanuj się natychmiast, chłopcze! – rozkazał Silithien. – Nie wolno tak robić.

Zatrzymał się w połowie ruchu i spojrzał na porucznika, przechylając z zaciekawieniem głowę.

– Dlaczego?

– Vircescu był twoim opiekunem, troszczył się o ciebie latami.

– Opiekunem? – prychnął. – Raczej oficerem prowadzącym. Bolą mnie ręce, nie mam ochoty go dłużej nieść. Sam jest sobie winien, dał się trafić jak głupiec. Nie ma już z niego żadnego pożytku… – Urwał. – Hm. Chyba nie należy tak mówić. Dziwne. Nie czuję się winny. Powinienem coś czuć, prawda?

Silithien spojrzał na Maladique i skinął jej lekko głową.

– Owszem, Lorenie, powinieneś – odpowiedziała młoda czarownica. Jej głos nasycony był subtelną mocą. – Jesteś przemęczony, nie myślisz jasno. Ale wszystko będzie w porządku, musisz tylko mnie słuchać. Będę twoim głosem rozsądku. Przecież chcesz być grzecznym chłopcem.

Jego oczy rozbłysnęły na moment, ale z żalem pokręcił głową.

– To nie to samo. Dobrze jednak, poniosę go jeszcze trochę.

Tego dnia nie dotarli do Thrance. Ostały im się tylko cztery slejpniry, które załadowali całym pozostałym ekwipunkiem. Maladique twierdziła, że Vircescu jest w tak ciężkim stanie, że wiezienie go na końskim grzbiecie byłoby zbyt wielkim ryzykiem. Wyczerpani forsownym marszem, musieli zaprzestać wędrówki, gdy zapadł zmrok i w podtopionym lesie nie dało się bezpiecznie iść dalej. Rozbili obóz, ułożywszy starca w namiocie, okręconego kocami.

Rano mężczyzna już nie żył.

 

***

 

– Znam cię. – Gospodarz uśmiechnął się z zadowoleniem. – Jesteś Loren Wężobójca, sławny bohater, Tarcza Republiki. – Szarpnął wąsa. – Hm, sądziłem, że będziesz wyższy…

– Hmpf!

– Przepraszam, przepraszam. – Zaśmiał się. – Coś podać? Wszystko na koszt firmy.

– Szukamy transportu – wtrącił szybko Silithien. – Kogoś, kto zechce przewieźć nas na drugi brzeg.

– Będzie ciężko. Od tygodnia nie przestaje padać i rzeka jest bardzo wzburzona.

– Och, nie spieszy nam się – rzekł Loren. – Podoba mi się ta gospoda. Widzieliście tego kuroliszka nad drzwiami? – Zachichotał. – Poczekajmy, odsapnijmy trochę…

Urwał, gdy porucznik złapał go za ramię i odciągnął na bok.

– Posłuchaj, Lorenie – zaczął cicho. – Nie możemy sobie pozwolić na opóźnienia. Jesteś bohaterem wojennym, żywą legendą. Nie bez powodu przydzielono ci eskortę. Dopóki pozostajemy w ruchu, jesteś bezpieczny. Ale gdy się zatrzymamy…

Chłopiec ostentacyjnie stłumił ziewnięcie.

– Nudzisz zupełnie jak stary, poruczniku. Nic mi tu nie grozi.

W momencie, gdy skończył mówić te słowa, drzwi gospody otworzyły się gwałtownie. Porucznik instynktownie położył dłoń na rękojeści miecza. Przybysz stał przez chwilę w półmroku przedsionka, nim wreszcie wyszedł na światło. Była to kobieta, w średnim wieku, z długimi, pięknymi włosami w kolorze miedzi. Nie zwróciwszy na nich uwagi, podeszła do kontuaru.

– To było dobre! Prawie ją spaliłem.

– Lorene, to nie jest śmieszne. Będę szczery… martwię się o ciebie.

– Ależ czuję się wyśmienicie.

– A nie powinieneś. Vircescu nie żyje, był dla ciebie jak ojciec, wychowywał cię, prowadził…

– Chciałeś chyba powiedzieć „kontrolował”. Ulżyło mi, kiedy wreszcie skonał… – Przerwał, zastanowił się. – Tak, to co powiedziałem, jest okropne, ale to prawda. Masz rację, coś się we mnie zmienia, ale dobrze mi z tym. Czuję się taki wolny, nie musząc już słuchać jego ciągłego gadania.

– Nie wolno ci myśleć w ten sposób – Silithien powiedział ostro. – Nie zapominaj, kim jesteś. Musisz stanowić wzór dla innych…

– Nie masz żadnego prawa mówić mi, co mam robić, Pająku – odparował gniewnie chłopiec. – Nie pozwolę więcej sobą sterować. Co ty zrobiłeś dla tego kraju? Jesteś nikim i powinieneś okazywać mi szacunek. Jeśli będzie trzeba, nauczę cię go. – Uniósł otwartą dłoń do góry, na jego palcach zatańczyły czarne iskry.

Silithien wzdrygnął się, lecz nie dał po sobie niczego poznać i odpowiedział Lorenowi twardym spojrzeniem. Zaskoczył go nagły napad wściekłości, ale jeszcze bardziej to, że oczy chłopca pozostały zimne, bez śladu wzburzenia, choć głos mu drżał, a usta miał zaciśnięte. Pierwszy odwrócił wzrok, aby odszukać oczami Maladique. Czarownica już szła ku nim, promieniując kojącą energią.

– A więc to rzeczywiście ty, Loren Wężobójca we własnej osobie. – Porucznik drgnął na dźwięk damskiego głosu za plecami.

Obrócił się gwałtownie. Rudowłosa kobieta w średnim wieku, która kilka chwil wcześniej weszła do gospody, stała tuż za nim.

– Tak, to ja. – Loren odrzekł z rozdrażnieniem. – Nie widzisz, pani, że jesteśmy zajęci? Czego chcesz?

– Pani? Nie pamiętasz mnie. – Nieznajoma westchnęła. – Może to i lepiej.

Bez żadnego ostrzeżenia w jej dłoni pojawiła się różdżka – krótki i cienki srebrzysty pręt, zakończony pękiem białych piór. Wycelowała ją w Lorena i zanim Silithien zdążył zareagować, huragan wypełnił pomieszczenie, obalając porucznika na podłogę, zaś chłopca najpierw unosząc do góry, a potem rzucając o ścianę jak szmacianą lalką. Trzask pękających kości dał się usłyszeć ponad wyciem wiatru. Wywrócone ławy, stoły i beczki zaczęły jeździć po deskach, a talerze, kufle i łyżki zawirowały w powietrzu.

– Chrońcie go! Chrońcie chłopaka! – Silithien próbował przekrzyczeć hałas, jednocześnie zrywając się na nogi.

Tym razem przeciwstawił całą wolę przywołanej przez kobietę magii i powoli posuwał się naprzód, krok za krokiem, z trudnością utrzymując równowagę i zaciskając dłoń na rękojeści miecza, który wicher próbował wyrwać mu z ręki. Loren także walczył, ale czarodziejka nie wypuszczała go oni na chwilę z zimnych szponów huraganu – raz po raz ciało chłopca unosiło się w powietrze i z wielką siłą uderzało o podłogę. Dookoła pozostałe Pająki podnosiły się z miejsc lub próbowały opierać się wiatrowi, lecz widząc, że porucznik znajduje się najbliżej kobiety, Maladique zamknęła oczy i skoncentrowała się. Prosta telekineza wystarczyła, żeby osłabić wicher i Silithien natychmiast wyczuł zmianę. Skoczył naprzód, w jednej chwili pokonując dzielący go od czarodziejki dystans.

– Czas umierać! – zawołał i pchnął mieczem.

A przynajmniej spróbował, gdyż kobieta przekręciła lekko różdżkę i podmuch wiatru wepchnął słowa porucznikowi z powrotem do gardła, a jego samego posłał w lot przez całe pomieszczenie. Silithien uderzył potylicą w ścianę i stracił przytomność. Kiedy ją odzyskał, pomyślał, że coś jest nie tak z jego głową – nie widział niczego poza niewyraźnymi cieniami. Nie oślepł jednak – to gospoda stanęła w pożerających światło płomieniach, gdy Loren wykorzystał chwilę wytchnienia, którą kupili mu wraz z Maladique. Zrozumiał to, gdy na chwilę zrobiło się jaśniej, kiedy zimny wiatr smagnął go po twarzy i przygasił ogień. Nie zdołał jednak zdusić płomieni całkiem i pożar zaraz wybuchnął ze zdwojoną siłą.

– Cholerni durnie! Zabiję! Zabiję was wszystkich! – krzyczał chłopiec.

Czarne płomienie tymczasem ostudziły myśli Silithiena i zdał sobie sprawę, jak bardzo jest zimno. Płuca paliły go od samego oddychania i miał wrażenie, że ślina zaczyna zamarzać mu w ustach. Podniósł się, opierając o ławę. Huragan znowu uderzył i w półmroku porucznik zauważył plamy światła – jedna ze ścian karczmy zaczęła się rozpadać. Loren skoczył ku blaskowi dnia, jego przeciwniczka podążyła za nim. Ciepło powróciło nagle, krew zaczęła ponowie krążyć w żyłach Silithiena, porucznik dał znak pozostałym, rozpoczynając pościg. Wypadli na zewnątrz i zdążyli zobaczyć, jak Loren ześlizguje się po skarpie opadającej ku rzece.

– Stój, chłopcze. Nie masz dokąd uciec – powiedziała kobieta, również zjechawszy po błotnistym stoku.

Zagrodziła mu drogę. Loren miał przed sobą tylko rzekę, lecz wyciągnął ręce i czarne płomienie spowiły toń, zamrażając ją na kość. Wbiegł na lodowy most, czarodziejka usiłowała podążyć za nim, lecz kra rozpadła się pod jej butami, kobieta wpadła w przybrzeżny muł. Była zbyt skoncentrowana na swoim celu, żeby zauważyć Indice. Pajęczyca zaszła ją od tyłu i uderzyła rękojeścią miecza w tył głowy. Czarodziejka upadła twarzą w wodę i prąd rzeki porwał jej ciało.

 

***

 

Nie przestawało padać. Barka sunęła nieskończenie powoli, walcząc z bystrym nurtem, podczas gdy porucznik i jego oddział mokli na nieosłoniętym pokładzie. Znalezienie przewoźnika okazało się łatwe. Spłonięcie karczmy wywołało w mieście panikę, a w powstałym chaosie autorytet Pająków liczył się po trzykroć. Wystarczyło kilka rozkazów rzuconych nieznoszącym sprzeciwu tonem i zarekwirowali barkę wraz z załogą, zanim ktokolwiek zaczął zadawać niewygodne pytania, jak na przykład „dlaczego na moje łódce leży blade, nieruchome ciało kobiety?”. Uwadze Silithiena nie uszło westchnienie ulgi, jakie wydał przewoźnik, gdy topielica zaczęła się budzić.

– C-co…

– Porucznik Silithien Neyr, Pająki. Powiedziałbym, że miałaś szczęście, iż zdołaliśmy cię wyłowić, ale znalezienie się w naszych rękach trudno nazwać fortunnym wydarzeniem.

Zakasłała, wodząc dookoła oszołomionym wzrokiem. Dał jej chwilę.

– Wystarczy. Będziesz mówić z własnej woli czy potrzebujesz zachęty?

– Mówić…? Zachęty…?

– Tak, zachęty. Podtapiania na przykład, w końcu pokonujemy właśnie jedną z największych rzek na świecie, więc wody mamy pod dostatkiem.

– Chcesz mnie torturować?

– Nie. Chcę wiedzieć, jak się nazywasz i na czyje zlecenie działasz. Olbrzymy? Jakaś zbuntowana frakcja w armii? Rojaliści? Może Kościół Niebios?

Spojrzała na niego bez zrozumienia. Zaczął zastanawiać się, czy brak powietrza nie uszkodził jej mózgu. Maladique co prawda usunęła wodę z płuc kobiety, kiedy tylko Pazamirr ją wyłowił, ale przecież nieomal utonęła.

– Usiłowałaś zamordować Lorena Wężobójcę – przypomniał.

Jej oczy rozszerzyły się nagle.

– Loren… – szepnęła, a potem gwałtownie pokręciła głową. – Nie próbowałam go zabić. Chciałam go tylko unieszkodliwić.

– To tak się teraz mówi na skręcenie karku? – zapytała z ironicznym uśmiechem Indice.

– Czy w ogóle wiecie, z czym macie do czynienia? Nie tak łatwo go zabić… – Kobieta przerwała, odetchnęła. – Zacznę od początku. Nazywam się Lemanide L’eluans di Melendi.

Porucznik popatrzył na nią zaskoczony. Melendi? Nie miała białego płaszcza z symbolem płatka śniegu, a zatem nie należała do korpusu ekspedycyjnego, który Dom Melendi wysłał w ramach Żółtej Ligii dla wsparcia Republiki. A jednak twarz kobiety, jednocześnie opalona i popękana od wiatru oraz mrozu, wyglądała typowo dla ludzi z dalekiej północy, z tego skrawka pustyni, gdzie noce są lodowato zimne, a dni gorące.

– Załóżmy, że mówisz prawdę. Czego Melendi chcą od wojennego bohatera Republiki?

– Daj spokój – prychnęła. – Żaden z niego bohater. Żółta Liga posługuje się nim jako bronią, najpierw przeciwko rojalistom, a teraz przeciwko wężokrwistym.

– Kwestia interpretacji. – Wzruszył ramionami.

– Kwestia interpretacji?! Chłopak nie ma duszy! – krzyknęła, ściągając na nich pełnie niepokoju spojrzenia przewoźnika i jego wioślarzy.

– Ciszej, proszę. Skąd o tym wiesz, Melendi?

– Loren jest dzieckiem Domu, jest naszej krwi. Dzieci bez dusz z natury nie mają w sobie magii, więc zgodnie ze zwyczajem, powinno się je usuwać przed narodzinami. Popełniono jednak błąd i pozwolono mu się urodzić, a następnie popełniono większy i inicjowano go w moc. Potem było za późno, łapę na nim położyła Żółta Liga. Zostałam jednak przydzielona przez Dom do obserwacji chłopca, wiedzieliśmy, że kondycjonowanie i telepatyczna kontrola nie utrzymają go w ryzach w nieskończoność. Kapłani mogli stworzyć dla niego sztuczne sumienie, namiastkę duszy i nadać mu cel, ale kiedy wszedł w okres dojrzewania… fluidy wrzące w żyłach, burzliwe zmiany w mózgu. System zaczął się załamywać, a kiedy jego opiekun zginął, degeneracja przyspieszyła gwałtownie.

– Dlatego próbowałaś go zabić? – zapytała ponuro Maladique.

– Już mówiłam, nie chciałam go zabić! Wiem, że nie wolno do tego dopuścić pod żadnym względem. Dom Melendi wyznaczył mnie, abym dopilnowała sprawy do końca. Widziałam, jak tracisz kontrolę nad sytuacją – zwróciła się do Silithiena. – Bez opieki kapłana Loren stanowi zagrożenie dla wszystkich, potrzebowaliście mojej pomocy. Nadal jej potrzebujecie.

– Pomocy? – Maladique nie kryła goryczy. – Gdybyś się nie wtrąciła, zdołałabym go ujarzmić. To ty jesteś niebezpieczna.

– Zgadzam się z wiedźmą – podchwyciła Indice. – Nie wiemy, czy ta kobieta mówi prawdę. Zaatakowała nas, Pająki. Według prawa grozi za to śmierć. Powinniśmy ją zabić.

– Sierżancie? – Silithien spojrzał na Pazamirra.

– Nie śmierdzi wężokrwistymi, ale nie ufam jej. Dziewczyny mają rację. Nie możemy ryzykować.

Wśród pozostałych żołnierzy rozległy się głosy poparcia.

– Cóż, najwyraźniej zostałem przegłosowany – stwierdził porucznik z udawanym żalem.

Kobieta westchnęła i zamknęła oczy.

– Rozumiem…

Uniósł dłoń.

– Na twoje szczęście, to nie jest demokracja. Widziałem oczy Lorena. Obawiam się, że może być za późno na załatwienie sprawy po dobroci, a w takim razie będziemy cię potrzebować, Melendi.

 

***

 

Przybili do brzegu po południu, wychodząc na białą plażę. Pazamirr zmarszczył nos, schylił się, nabrał nieco piasku w dłoni i powąchał. Maladique zabrała kilka ziarenek z jego ręki i obejrzała je pod słońce.

– Fascynujące.

– Hm? – mruknął Silithien.

– To robota waszego herosa – odpowiedziała Lemanide. – Klan Jadeitowego Oka miał tu port, rywalizujący z Thrance. Zostawił tylko popiół.

– Kto jest bohaterem jednego ludu, często bywa zbrodniarzem dla drugiego. – Porucznik wzruszył ramionami. – Powiedz lepiej, czy zdołasz go pokonać, kiedy zajdzie taka konieczność. Pod Kuroliszkiem udało ci się go zaskoczyć.

– Przygotowywałam się na to dziesięć lat.

– To nie jest odpowiedź.

– Innej nie usłyszysz.

 

***

 

Ruszyli tropem Lorena w górę biegu rzeki, lecz po kilku milach natrafili na niedużą rybacką wioskę, skupisko kilkudziesięciu chat wzniesionych wokół wijącej się środkiem drogi. Ukryta w deszczu i mgle osada wyglądała na opuszczoną, jednak zrozumieli, że tak nie jest, gdy drogę zastąpił im tłum uzbrojonych ludzi.

– Wiemy, po co tu jesteście! – zawołał łysy mężczyzna w zardzewiałej kolczudze i z siekierą w ręce. – Odejdźcie albo…

– Albo co? – Silithien wyciągnął miecz. – Porucznik Silithien Neyr, Pająki. Gdzie Wężobójca?

– Nie pozwolimy go skrzywdzić! Idźcie precz!

– Nie chcemy go skrzywdzić. Rozstąpcie się, ludzie.

– Nie damy się zastraszyć. Zawdzięczamy mu wszystko, gdyby nie on, nadal bylibyśmy w niewoli u tych diabłów z Jadeitowego Oka. Czego od niego chcecie? To bohater.

– Nie twój interes, obywatelu. – Porucznik uśmiechnął się dobrotliwie. – Pająki pilnują bezpieczeństwa i porządku we wszystkich krajach Żółtej Ligi i to powinno wam wystarczyć. Wydajcie chłopca, zanim stracę cierpliwość.

– Nie! Wężobójca powiedział: nikogo nie puszczać!

Wieśniacy nastroszyli się jak czereda dzikich kotów. Lemanide odpięła różdżkę od pasa.

– Ja się tym zajmę – rzekła, wystąpiwszy przed tłum.

– To ona! – krzyknął ktoś wtedy jednak. – Wężobójca mówił, że przyjdzie!

– Dzieciobójczyni!

– Wyrodna matka!

– Jak możesz, kobieto?!

Ręka Lemanide zadrżała. Zacisnęła zęby i przytrzymała ramię drugą dłonią. Porucznik przyjrzał się jej włosom, zsumował w głowie kilka faktów, a potem złapał ją za bark.

– Lepiej zachowaj siły na Lorena. Maladique, nastrasz ich trochę.

– Może najpierw do niego przemówię? – zaproponowała niepewnie. – Uroki, które na niego nałożono, nie zmarniały jeszcze do końca…

– Dobrze – westchnął. – Próbuj.

Dziewczyna zamknęła oczy i wysłała telepatyczne wezwanie.

Lorenie, to my. Porozmawiaj z nami. Nie chcemy kolejnego rozlewu krwi. Nie jesteśmy twoimi wrogami, możemy ci pomóc. Bądź grzecznym chłopcem.

– Nie jesteście moimi wrogami? – Usłyszeli kpiący głos. – Stoicie w jednym szeregu z kobietą, która próbowała mnie zabić.

– Poniesie za to odpowiedzialność we właściwym czasie – odpowiedział głośno Silithien, usiłując wypatrzeć chłopca w tłumie. – Ty jednak musisz udać się z nami, nim będzie za późno. Nie jesteś sobą, czy tego nie widzisz?

Chłopiec, ukryty wśród wieśniaków, nie odpowiedział. Zdawał sobie sprawę, że coś jest nie w porządku. Republika, Vircescu, zwykli ludzie, wojna… wszystkie te rzeczy, które dawniej były dla niego tak bardzo ważne, teraz wcale go nie obchodziły. Wiedział, że powinien posłuchać porucznika, ale nie miał na to ochoty. Wiedział, że powinien bać się tego, co się z nim działo, ale nie czuł wcale lęku. Czuł, że coś w nim umiera, lecz przyglądał się temu procesowi z obojętnością, a nawet pewnym rozbawieniem.

– Jesteś bohaterem Republiki, Lorenie. – Silithien nie ustępował. – Nie zaprzepaszczaj tego.

– Dość już zrobiłem dla Republiki – odparł drżącym głosem. – Nie dam się więcej wykorzystywać.

– Dobrze. – Mężczyzna zirytował się. – Maladique…

– Poruczniku… ci ludzie, powinniśmy ich chronić, a nie… Ta cała sprawa…

Silithien westchnął i powiódł wzrokiem po wieśniakach. Nie miał pojęcia, jak nazywa się ich osada. Cztery, może pięć tuzinów twarzy, przeciętnych – rybacy, rzemieślnicy, drobni handlarze. Ściskali w rękach włócznie, tasaki, siekiery i starą broń. Porucznik zawahał się, miecz w jego dłoni opadł nieco. Pomyślał jednak, co na to wszystko powiedziałby ojciec i zacisnął palce. Pochylił się do Indice.

– Sierżantko, zastrzel łysego z kuszy.

Maladique popatrzyła na porucznika z przerażeniem, Pazamirr wyszczerzył zęby, Lemanide odwróciła wzrok z ponurą miną, pozostali żołnierze zachowali kamienne twarze, a Indice… Indice wycelowała ukrytą pod płaszczem broń i pociągnęła za spust. Wściekły tłum rzucił się w kierunku Pająków, wymachując orężem, wciąż jednak dzieliło ich kilkanaście kroków.

– Kapralko Maladique, jesteśmy atakowani.

Gniew czarownicy był tak namacalny, że Silithien poczuł, jak zrobiło mu się gorąco. Mimo tego dziewczyna uniosła kostur ze szkła i moment potem zaklęcie uderzyło w tłum, pryskając szerokim strumieniem kwasu w nadbiegających ludzi. Rybacy wpadli w panikę, zaczęli krzyczeć, ich natarcie załamało się, a wtedy porucznik poprowadził swoich ludzi naprzód i w ciągu kilku chwil wieśniacy zostali rozbici. Droga opustoszała. Tylko deszcz nadal padał na leżące ciała, rozmywając krew, która nie chciała wsiąknąć w namokniętą ziemię. Lorena nigdzie nie było widać.

 

***

 

– Tak. To mój syn – Lemanide potwierdziła cicho. – Urodził się bez duszy, pozbawiony empatii, sumienia, wyższych uczuć. Pusty. – Zamilkła na chwilę, gdy przekraczali bajoro i skupiła się na wymacywaniu płycizn. – Mój mąż… przekonał mnie, że możemy go wychować, że nie musi być odcięty od magii i tym samym od Domu. Nie było to łatwe, lecz zdołaliśmy rozbudzić w nim moc. Jednak talent Lorena okazał się wynaturzony, wypaczał rzeczywistość, nie dał się kontrolować…

– Twój mąż…

– Zabił go, gdy miał pięć lat. Nie chciał mu kupić ciastka i Loren wpadł w szał. Wtedy zrozumiałam. Chciałam go… Próbowałam, ale kapłani… – Głos Lemanide załamał się.

– Wyobrażam sobie. Pięciolatek morduje czarami dorosłego maga? Żółta Liga nie wypuściłaby takiego kąska z rąk.

– Resztę znacie. Dziesięć lat podążałam jego śladem, patrzyłam, jak zabija dla Republiki, bez śladu poczucia winy, lecz tak jak wcześniej autorytet Ligi ochronił go przed Domem, tak potem jeszcze silniej chronił go przede mną.

Silithien zamilkł. Wędrowali przez jeszcze jakiś czas w przygnębiający ciszy, aż wreszcie prowadzący całą grupę Pazamirr zatrzymał się nagle. Jego nos poruszał się intensywnie.

– Coś tu…

– Zabiliście ich. Mordercy.

Chłopiec wyłonił się spomiędzy drzew, nagi, odziany tylko w czarne płomienie, owijające się wokół jego ciała.

– Ty do tego doprowadziłeś, Lorenie – odparła Maladique, znów nasycając głos magią. – Tak jak tam, na moście.

– Nieprawda. – Pokręcił gwałtownie głową. – Zrobiłem, co…

– Skończ z usprawiedliwieniami. W głębi serca wiesz, że odpowiadasz za wszystko, co się stało. Straciłeś kontrolę, stałeś się destrukcyjną siłą i będzie tylko gorzej. Musisz przestać, póki jesteś jeszcze w stanie.

– Nie… nie pozwolę znowu sobą manipulować.

– W Messelieu mogą cię uleczyć – wtrącił Silithien.

– Chcą odebrać mi moc, tak?

– Jeśli nawet, to co? – zapytała Maladique. – Odejdziesz jako bohater, w pełni chwały. Republika po wieki będzie sławić twoje imię, wszystko, co dla niej uczyniłeś, zachowa swój sens. Możesz jeszcze być grzecznym chłopcem.

Ogień przygasł i stanął przed nimi chudy, bezbronny piętnastolatek, z mokrą czupryną rudych włosów, przestępujący z nogi na nogę, drżący w zimnym deszczu, z wilgotnymi oczami.

– Wystarczy tylko, że udam się do Messelieu? – zapytał niepewnie.

– Słowo honoru – rzekł Silithien.

Rozluźnił się nagle, uśmiechnął.

– Nie. Jestem wolny i dobrze mi z tym. Nie macie mi nic do zaoferowania. Myślę, że po prostu was spalę.

Wyrzucił przed siebie dłoń, lecz Lemanide już przeciwstawiła mu różdżkę. Dzień zamienił się w noc, a potem znowu w dzień, czarny ogień pożerał wiatr, a wiatr gasił ogień. Na rozkaz Silithiena żołnierze zaczęli ostrzeliwać Lorena, lecz pożar pochłaniał wszystkie pociski. Liście na drzewach zbielały i zaczęły opadać. Padający deszcz zmienił się najpierw w grad, a potem w śnieżną zamieć. Upał zanikł zupełnie, porucznik poczuł, jak jego ciało pokrywa się gęsią skórką.

– Nie przestawajcie strzelać! – polecił, a sam ruszył wprost na chłopca, z bronią w ręku.

Bliżej szalejących płomieni mróz był jeszcze silniejszy, woda w przemoczonych butach Silithiena zamarzła, stopy zamieniły się w ciężkie kawały lodu. Trzęsąc się z zimna, czekał, aż huragan tłumił na moment ogień i wtedy robił krok. Chłód zdawał się spowalniać nawet sam czas. Myśli porucznika krążyły leniwie. Nie poczuł nic, nawet, gdy zauważył, że wiatr zaczyna słabnąć.

– Och, mamo, dlaczego ze mną walczysz? – Loren zaczął się skarżyć. – Powinnaś być po mojej stronie. Czyżbyś mnie nie kochała?

– Zawsze będę cię kochać – Lemanide nie dała się wyprowadzić z równowagi. – Właśnie dlatego muszę upewnić się, że nigdy nikogo więcej nie skrzywdzisz. Odpowiadam za ciebie. Moja miłość to zbrodnia, którą muszę odpokutować. Jesteś potworem, Lorenie. Nie ma w tym żadnej twojej winy, taki się urodziłeś, lecz ja nie powinnam była do tego dopuścić.

– Zaraz się rozpłaczę. – Zaśmiał się. – Nie możesz mnie powstrzymać, głupia, stara kobieto. Zdychaj!

Czarny ogień eksplodował i płomienie pochłonęły Lemanide. Wiatr ucichł, światło zgasło. Gdyby Silithien mógł jeszcze odczuwać strach, byłby przerażony, lecz wszystkie jego emocje zostały wymrożone.

Dzień powrócił jednak nagle, przy akompaniamencie syku płomieni. Maladique zajęła miejsce pokonanej czarodziejki, wyciągając przed siebie kostur ze szkła. Porucznik natychmiast zrobił dwa kroki, nim Loren ponownie podsycił ogień.

– Ty… bezczelna suka. Próbowałaś mnie kontrolować, wykorzystać stare sztuczki kapłana, myślałaś, że tego nie widzę? Zapłacisz mi za to.

Kwas zderzył się z czarnymi płomieniami w kłębach buchającego dymu. Maladique osłabła znacznie szybciej niż Lemanide. Mrok pełznął ku niej po śniegu, wysysając po drodze światło i ciepło i byłby dopadł dziewczynę, gdyby nie Pazamirr. Sierżant wraz z kilkoma żołnierzami wskoczyli na ocalałe slejpniry i zaszarżowali na Wężobójcę. Wystarczyło jednak tylko skinienie dłonią, by pochłonęła ich czerń i padli w śnieg jak sople lodu, lecz zdołali osiągnąć przynajmniej tyle, że Maladique zyskała chwilę wytchnienia. Pożar przygasł na moment, znowu zalany żrącą cieczą i Silithien zrobił kolejne dwa kroki, znajdując się w zasięgu ciosu. Ciął z całej siły.

Zbyt wolno. Ciemny ogień pochłonął jego rękę, ból jednak nie nadszedł, zimno znieczuliło nerwy i porucznik nawet nie poczuł, jak upada. Klinga pozostała w jego dłoni, przymarznięta do rękawicy. Skupiwszy jednak uwagę na poruczniku, Loren nie zdążył zasłonić się przed bełtem, wypuszczonym przez ostatniego trzymającego się na nogach Pająka. Bełt trafił Wężobójcę w ramię, rozwścieczony chłopiec spopielił żołnierza, a potem skończył z Maladique i otarł pot z czoła.

– Ktoś jeszcze? – zawołał, wydychając obłoki pary.

– Tak. Ja.

Loren zacharczał. Silithien, leżący u jego stóp, posłał chłopcu triumfujący uśmiech, choć popękały mu od tego zmrożone kąciki ust i popłynęła z nich krew.

– Pamiętaj… musimy… wziąć… go… żywcem – wydusił przez obolałe wargi, szczękając zębami.

– Jasne. – Indice odjęła garotę od szyi Lorena i złapała jego bezwładne ciało, nim uderzyło w zamarzniętą ziemię.

 

***

 

Grupa żołnierzy wlokła się traktem, biegnącym gdzieś przez Wielką Sawannę. Tutaj pora deszczowa jeszcze nie dotarła, było sucho i gorąco. Tym dziwniej wyglądały ich zaczerwienione twarze, ze śladami po świeżych odmrożeniach, brakujące uszy, spalone włosy i brwi, złażąca skóra. W środku oddziału jechał nieduży chłopski wóz, zarekwirowany jeszcze gdzieś w Republice, ciągnięty przez ostatniego ocalałego slejpnira, prawie zupełnie wyłysiałego. Sierżantka Indice siedziała na miejscu woźnicy, dyndając nogami i podgwizdując wesołą melodię, lecz co jakiś czas jej wzrok powracał do leżącej z tyłu postaci. Loren spał jednak spokojnie, Maladique regularnie podawała mu usypiające zioła, a Lemanide z pomocą magii Melendich obniżyła temperaturę ciała syna, wprowadzając go w stan płytkiej hibernacji.

Kapłani czekali już na nich, gdy dotarli do Fortu Messelieu. Lemanide odepchnęła Pająki i sama wzięła chłopca na ręce, zaniosła go do świątyni i ułożyła delikatnie na kamiennym ołtarzu. Potem odgarnęła włosy z jego twarzy, pogłaskała po policzku i pocałowała w czoło. Któryś z kapłanów zaproponował czarodziejce, żeby wyszła. Odmówiła i Pająki także zostały. Rytuał myślobójstwa trwał długo, Loren jednak nie obudził się – tylko pojedynczy skurcz przeciął jego bladą twarz, a potem przestał oddychać.

Silithien położył dłoń na ramieniu Lemanide.

– Musieliśmy go powstrzymać, nie dopuścić, by stał się potworem albo, co gorsza, zginął gdzieś przypadkiem i zatruł ziemię swoją mocą. Jeśli jednak to coś warte, nadal uważam, że Loren był bohaterem. Nigdy nie wahał się poświęcić wszystkiego dla dobra innych, widziałem to na własne oczy…

Melendi uśmiechnęła się smutno. Łzy rozmazały czarny tusz w ciemne smugi na jej policzkach. Pozbawiona włosów, wyglądała na dużo starszą niż rzeczywiście była.

– Może. Ale lepiej byłoby, gdyby nigdy się nie urodził.

Koniec

Komentarze

Opowiadanie bardzo trafiło w mój gust, uwielbiam takie fantasy: z magią, rycerzami… Uwzględniłeś wszystko co kocham w tym gatunku. Całość prezentuje się świetnie: ciekawa, dramatyczna historia napisana wprawnie i barwnie, interesujące, charakterystyczne postaci, dopracowany świat. Nie do końca rozumiem tylko jak Lemanide przeżyła starcie z Lorenem… Miałam wrażenie, że ją zabił, ale najwyraźniej błędne. Bardzo podobały mi się opisy różdżek i walk. Samo zakończenie było może i przewidywalne, ale też pojawił się moment napięcia w ostatniej bitwie, kiedy nie byłam pewna kto zwycięży więc wszystko w jak najlepszym porządku. Kusi mnie by stawić 6. 

Ciekawe opowiadanie, ale lokacje walk mogły być trochę ciekawsze. Ostatnia walka odbyła się na drodze przy jakimś drzewie, a mogła na przykład na środku zamarzającego jeziora, albo w studzonym właśnie wulkanie pełnym lawy.

Jak wszystkie Twoje teksty, które czytalam, swietnie napisane. Historia tez mi sie spodobala. Bohaterowie, nakresleni w wyrazisty, przekonywujacy sposob, zwlaszcza Loren I Lemanide.

Bardzo lubie sposob, w jaki prowadzisz narracje I konstrujesz zdania – barwne, czasem skomplikowane, ale jednoczesnie latwe I przyjmne w odbiorze.

Podsumowujac jestem bardzo zadowolona z lektury I ide nominowac do biblioteki :)

Kolejna ciekawa przygoda Pająków ;) Jest tu akcja i dramat. Motyw rodzica, który chce zabić antychry… znaczy się niemal wcielone zło nie ruszył mną zbytnio  – wybacz, bo złożyło się tak, ze dosłownie przed chwilą obejrzałem Omen ;) Jednak samo przedstawienie świata, jego interesujących szczegółów czy bohaterów mi przypadło do gustu.

Zaczynam za to widzieć jeden niepokojący element, na razie drobny. To kolejny tekst w Twoim uniwersum, ale większych szczegółów nie widać – Żółta Liga, same Pająki i inne elementy są tutaj nazwami rzucającymi cienie. Mi się to podoba, lubię teatr cieni, lubię je interpretować po swojemu ;) Jednak zaczyna powoli budować się próg wejścia w kolejne opowiadania. Gdybym czytał to opowiadanie jako pierwsze, mógłbym zinterpretować brak informacji jako element, który powinienem wiedzieć z wcześniejszych tekstów. I są tacy, których to może odstraszać. Czy warto o nich walczyć, to już inne pytanie.

Podsumowując: solidny tekst fantasy z ciekawymi cieniami i większymi widokami w tle. Była kanonada fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Z komentarza NWM wnioskuję, że to nie jedyna historia z tego świata. Nie czytałam innych, nie wiem więc, czy bohaterowie się już pojawili, czy było coś, co można by potraktować jak wstęp do tego tekstu. Oceniam więc tylko i wyłącznie to opowiadanie, niezależnie od innych z cyklu.

Czytało mi się dobrze. Lubię takie w sumie dość klasyczne fantasy, jednak pozbawione elfów, krasnoludów itepe. Wydawałoby się, że na tej stronie powinno się od takich tekstów roić, jednak nie, jest wręcz przeciwnie. Więc już chociażby z tego powodu twoje opowiadanie mnie zainteresowało. Co więcej, jest naprawdę dobrze napisane.

Mój główny zarzut jest taki, że mam wrażenie, że wszystko potoczyło się za szybko. Rozumiem, że “degeneracja” Lorena zaczęła się lata temu, a przyśpieszyła po śmierci Vircescu. Jednak tekst skupia się na okresie tego “przyśpieszenia” i dlatego ja odbieram ją jako niemal lawinową. Lawinowa jest degeneracja, lawinowa jest również reakcja na nią towarzyszy Lorena, którzy błyskawicznie stali się jego oponentami. Zdaję sobie sprawę z tego, że wyraźne symptomy musiały nastąpić już wcześniej i zasiały w Pająkach poważne wątpliwości, jednak w samym tekście tego nie poczułam.

Podobnie jak Rosabelle miałam wrażenie, że Lemanide zginęła podczas potyczki z Lorenem.

Z przyjemnością przeczytałam kolejną opowieść z udziałem Pająków, a choć tutaj rzecz ograniczyła się do kilku efektownych potyczek z wykorzystaniem magicznych umiejętności bohaterów, to dramatyzmu sprawie przydał fakt, że przeciw sobie stanęli matka i syn.

Nie miałabym nic przeciw temu, Nighterze, abyś swoje opowieści dodawał częściej. ;)

 

po­ło­żył mu dłoń na re­mie­niu. –> Literówka.

 

przyj­rzał się wil­go­ci lśnią­cej na palcu. Spoj­rzał w niebo. –> Nie brzmi to zbyt dobrze.

 

wody prze­le­wa­ły się już po jego wierz­chu. Już z da­le­ka zo­ba­czy­li… –> Powtórzenie.

 

Pod ku­ro­lisz­kiem udało ci się go za­sko­czyć. –> Mam wrażenie, że to nazwa gospody, więc: Pod Ku­ro­lisz­kiem udało ci się go za­sko­czyć.

 

Za­mil­kła na chwi­lę, gdy prze­kra­cza­li ba­jo­ro błota… –> Pachnie masłem maślanym. Bajoro jest błotniste z definicji.

 

Ogień przy­gasł i sta­nął przed nimi chudy, bez­bron­ny czter­na­sto­la­tek… –> Wcześniej napisałeś:

– Zabił go, gdy miał siedem lat. Nie chciał mu kupić ciastka i Loren wpadł w szał. […] Dziesięć lat podążałam jego śladem, patrzyłam, jak zabija dla Republiki

Czy Loren ma czternaście, czy siedemnaście lat?

 

Ma­la­di­que zy­ska­ła chwi­le wy­tchnie­nia. –> Literówka.

 

wzię­ła chłop­ca na ręce, za­no­sząc go do świą­ty­ni i ukła­da­jąc de­li­kat­nie na ka­mien­nym oł­ta­rzu. –> Raczej: …wzię­ła chłop­ca na ręce, za­niosła do świą­ty­ni i de­li­kat­nie ułożyła na ka­mien­nym oł­ta­rzu.

Bo chyba nie wykonała trzech czynności jednocześnie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Kolejna opowieść z Twojego świata. Ciekawy motyw walki matki z na swój sposób kalekim synem. Widowiskowe walki. Mnie też zdziwiło, że wszystkie Pająki przeżyły. Miałam wrażenie, że padły po kilka razy. No jakieś to naciągane mi się wydało, że walczą i walczą, na całego, strzały latają, mróz trzeszczy… I tylko zwierzęta popadały.

Babska logika rządzi!

rosebelle – Wielkie dzięki. Rzeczywiście, trochę niejasno wyszło z końcową bitwą, pewnie powinienem kogoś uśmiercić, ale jakoś nie mogłem się na to zdobyć, a Lemanide była mi po prostu jeszcze potrzebna do ostatniej sceyn ;d

 

Antyradek – dzięki za uwagę i przeczytanie, przyznaję, że miejsce akcji w całym opowiadaniu jest mało fantazyjne i sam nie jestem zadowolony z settingu, no ale jest jak jest. 

 

katia72 – dziękuję za miłe słowa i cieszę się, że Ci się podobało.

 

NoWhereMan – dzięki za uwagi. Fakt, że “złe dziecko” pojawia się w sztuce, ale ten motyw chodził za mną od jakiegoś czasu i nie mogłem się powstrzymać. “Omenu” akurat nie oglądałem, jeśli miałbym wskazywać jakąś inspirację to byłby to któryś tom “Mrocznej wieży” Kinga, gdzie podobny koncept się pojawia, aczkolwiek czytałem to lata temu. Masz pewnie rację co do progu wejścia, bo choć staram się, żeby każde opowiadanie było niezależne od pozostałych, jako autor z całą wiedzą o świecie w głowie automatycznie piszę pewnie je trochę inaczej. Problem powinien rozwiązać się sam, bo choć nie wykluczam, że coś jeszcze tutaj o Pająkach wrzucę, to mam chęć napisania jakiejś zupełnie zamkniętej historii.

 

ocha – dzięki, opowiadań nie łączy nic poza tym samym zestawem bohaterów i światem, także ich przeczytanie nie jest potrzebne do zrozumienia tekstu. Jeśli chodzi o szybkość akcji – może pozostawiłem to za bardzo w domyśle, ale Pająki zostały wysłane na miejsce, ponieważ już wiedziano o degeneracji Lorena i miał być zlikwidowany jeszcze zanim zaczną się poważniejsze symptomy, tylko nie wyszło. Pierwotnie opowiadanie było trochę dłuższe, ale próbowałem znaleźć równowagę między Lorenem-który-wzbudza-sympatię, a Lorenem-który-odrzuca, więc nie chciałem, by zbyt dużo negatywnych cech prześwitywało u niego już na początku. Może nie do końca dobrze to rozegrałem.

 

regulatorzy – wielkie dzięki za uwagi, poprawię… faktycznie wtopiłem z wiekiem Lorena. Co do dodawania opowiadań częściej – z tym może być ciężko… ;d

 

Finkla – dzięki za podzielenie się wrażeniami, chyba naprawdę nieco sknociłem finałową walkę, skoro kilka osób zwróciło na to uwagę, ale nie będę już tego modyfikował. W jakimś stopniu to pewnie efekt tego, podświadomie zakładam, że bohaterowie są mi “potrzebni” do ewentualnych następnych opowiadań, ale to nie jest żadne usprawiedliwienie ^^

Miło mi, Nighterze, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

A w sprawie dodawania kolejnych części – no cóż, mogę Ci tylko życzyć, abyś zdołał pokonać wszelkie trudności. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Rozumiem ten ból, trudno uśmiercać bohaterów przed ostatnim aktem. Może dodaj statystów? ;-)

Albo popracuj nad walką, żeby zawsze coś chłopakowi przeszkadzało zadać kończący cios, żeby nikt nie sprawiał wrażenia, że już zamarzł… Złam komuś rękę…

Babska logika rządzi!

Niekoniecznie też wyłączenie z walki musi oznaczać zabicie. Nie każdy cios mieczem czy strzałą zabija od razu, a odpowiednio silny ból potrafi powalić nawet najpotężniejszego osiłka.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Ale w czasie walki to adrenalina pewnie robi cuda…

Babska logika rządzi!

Zależy jakie. Rozciętego ścięgna nie zrośnie, zbyt wielkiego bólu tez nie zblokuje. I nie dyskwalifikujmy uderzeń w głowę, które są zarazem najgroźniejsze jak i najskuteczniejsze.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję za życzenia, regulatorzy :)

Co do walki – powinienem był po prostu jaśniej określić, czy bohaterowie zginęli, czy zostali tylko wyłączeni z walki. W sumie mógłbym to poprawić, żeby jakoś uwypuklić tę kwestię, ale nie chcę już ingerować w opowiadanie. Będę natomiast pamiętał o tym na przyszłość. 

Bardzo podobały mi się opisy jak i samo opowiadanie. Fajnie budujesz emocje. Gratuluję :)

Dzięki za przeczytanie i podzielenie się wrażeniami ;)

Całkiem niezłe fantasy. Jeśli miałbym na coś narzekać – poza głównym bohaterem postacie wydały mi się trochę mało wyraziste. Mimo wszystko czytało się sympatycznie, lubię od czasu do czasu takie klasyczne historie bez wydziwiania.

Nowa Fantastyka
Patronujemy