- Opowiadanie: funthesystem - Diabeł albinos i brudny człowiek

Diabeł albinos i brudny człowiek

Opowiadanie ukazało się w majowej “Histerii”, teraz wrzucam je tutaj, ciekaw Waszych opinii. 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Diabeł albinos i brudny człowiek

Wchodzą: jeden piękny jak noc, drugi szpetny jak dzień.

 

 

1. Pakt

 

Uśmiechy spełzły z twarzy, rozmowy umilkły. Klienci baru utkwili spojrzenia w czubkach zabłoconych butów i pogrążyli się w ponurych myślach. Nikt nie zwrócił uwagi na wysokiego bruneta, który szczerzył nieskazitelne zęby i podśpiewywał. Nikt, z jednym wyjątkiem.

Cezary Zawada ostatnio patrzył na każdego mężczyznę, patrzył nie byle jak, lecz nienawistnie, jakby ta nienawiść miała mu pomóc w rozpoznaniu. Teraz jego oczy się zwęziły, wargi zacisnęły, a dłoń próbowała zmiażdżyć kufel.

Brunet wyczuł spojrzenie, pomachał Cezaremu, a następnie, jakby po namyśle, wziął piwo i podszedł.

– Co dobrego? – zagadnął, przysiadając się.

– Chyba mnie z kimś pomyliłeś, kolego.

– Może. – Brunet wyszczerzył się i łyknął trochę piwa. Pił jasne. – Ale mój siódmy zmysł podpowiada, że właśnie tobie trzynastego listopada około pierwszej w nocy pewien człowiek zgwałcił córkę.

– Skąd… – zaczął podniesionym głosem Zawada, ale szybko umilkł, zdając sobie sprawę z panującej w barze ciszy. Rozejrzał się. Spuszczone głowy, zasmucone twarze.

– Na pewno chcesz wszystko wiedzieć? – zapytał nieznajomy. – Nie daję informacji za darmo. Mogę się co najwyżej przedstawić, jeśli ci to do czegoś potrzebne. Żyję pod nazwiskiem Białołęcki. Białołęcki Albert. Ale wydaje mi się, że bardziej interesowałoby cię inne nazwisko. Może adres. Może coś więcej.

W błękitnych oczach Cezarego zapłonęły iskierki, by po sekundzie zniknąć, jakby coś je stamtąd wyssało. Od trzynastego listopada myślał tylko o jednym. Jaka cena mogłaby być niewarta spokoju duszy? Dotknął wiszącego na piersi medalika z Matką Boską. Lodowaty.

– Nie – powiedział.

– Napijmy się – odparł diabeł.

 

***

 

Albert Białołęcki zmieniał mijanych ludzi, zabierając im uśmiechy z twarzy, słowa z ust i błyski z oczu; natomiast żubrówka zmieniała Cezarego. Po drodze rozmawiali trochę o różnych sprawach: o świecie, gwałceniu i zemście. W miarę jak zbliżali się do celu, rosło podniecenie diabła.

– To moje osiedle – oznajmił w pewnym momencie, wskazując przed siebie. – Wolę je za dnia, kiedy jest kolorowe. Nocą bloki wyglądają jak nagrobki.

– Myślałem, że tacy jak wy lubią cmentarne klimaty – odparł Cezary.

– Takich jak my jest tylko jeden.

Zawada zaśmiał się, ale krótko, bo czarci głód natychmiast zareagował.

Weszli do jednego z bloków. Jadąc windą, Cezary przyglądał się w lustrze swoim pustym oczom, bladej twarzy, siwiejącym włosom. Ta powłoka, z każdym rokiem żałośniejsza, kryła coś, co interesowało diabła. Cezary zastanawiał się, czy to coś interesuje też jego samego, skoro od trzynastego listopada myśli zaprzątało tylko jedno.

Dotarli na czwarte piętro. Po lewej znajdowały się drzwi do mieszkania Alberta. Gospodarz otworzył je teatralnym pstryknięciem, wyszczerzył zęby, po czym powiedział:

– Gość w dom, Bóg w dom.

Weszli. Pierwszym, co zwracało uwagę, było mocne oświetlenie. W samym przedpokoju stało kilka lamp. Cezary nie zdążył się jednak nad tym zastanowić, ponieważ dostrzegł fotografie.

Setki starych zdjęć, głównie czarno-białych. Wszystkie podobne. Na każdym obecne dwie osoby. Albert i ktoś jeszcze, różni ludzie. Mężczyźni i kobiety, dzieci i starcy, brzydcy i piękni.

Wszyscy uśmiechnięci.

– Co to? – zapytał Zawada.

– Ci, którym pomogłem.

– Bez sensu. Każdy, kogo mijałeś, smutniał.

– Tylko na chwilę.

Albert zaprosił gestem do salonu. Tam na ścianach także wisiały wizerunki dwóch zadowolonych osób, z których jedną był wyglądający zawsze tak samo Białołęcki: wysoki, przystojny, ubrany na czarno. Oprócz fotografii, w skład kolekcji wchodziły malunki i szkice. Cezary nie znał się na tym, ale niektóre wyglądały na bardzo stare.

Diabeł przyniósł nalewkę z bzu i dwa kieliszki. Dał znak, by zasiąść przy hebanowym stole; polał. Wypili.

– Nie rozumiem – powiedział Zawada.

– Więc wyjaśnię. – Albert nachylił się. – Pomogę ci go znaleźć i zabić, jeśli taka twoja wola.

– Zniszczyć – sprecyzował Cezary. – Chcę, by ten skurwysyn rozpadł się od środka.

– W takim razie zniszczyć. Jak już się tym zajmiemy, zapłacisz.

– Czym?

Gospodarz uśmiechnął się szeroko.

– Pomyśl, przyjacielu. Piłeś ze mną czystą, poznaliśmy się co nieco. Wiesz, czego potrzebuję.

Nie czekając na odpowiedź, polał. Wypili.

– I jak zapłacę, to zrobisz sobie ze mną takie zdjęcie? – zapytał Cezary.

– Nie. – Diabeł błysnął zębami. – Z twoją córką. Ty się już nie będziesz uśmiechał.

 

 

2. Z.

 

To nie on się zgodził. O zgodzie zadecydowały noce, kiedy nienawistnie się modlił; zadecydowały dnie, kiedy nieustannie wypatrywał; zadecydowały oczy utkwione w stygnącym jedzeniu, usta wiecznie zamknięte, głowa spuszczona, plecy zgarbione; zadecydowała Pola.

Cena była nieistotna – biedak grający va banque nie ma nic do stracenia.

– Co dobrego? – przywitał się diabeł, przyszedłszy w końcu na stację benzynową.

– Nic. Przestań pytać.

– Mógłbyś chociaż spróbować się uśmiechnąć. No spróbuj.

Cezary nie spróbował. Albert mruknął coś w stylu „a szlag by cię…”, po czym oparł się o maskę samochodu Zawady, zamknął oczy i wystawił twarz do słońca, ale tak delikatnie, niezachłannie, bo gdyby wystawił mocniej – zrobiłoby się odrobinę ciemniej i chłodniej.

– I co? – zniecierpliwił się Zawada. – Miałeś mi go pokazać.

– Zaraz zobaczysz. Ciesz się słońcem. – Diabeł na ułamek sekundy otworzył oczy, które wydały się ciemniejsze niż zwykle, a zarazem nieco czerwone, jakby rozgrzane. – Póki możesz się cieszyć.

Chwilę później na stację wjechał bordowy fiat. Wysiadł z niego młody, niewysoki mężczyzna o słomianych włosach i pospolitej twarzy. Cezary zmrużył oczy – po części z przyzwyczajenia, po części z powodu słońca – i obserwował, jak kierowca fiata tankuje, idzie zapłacić, a potem kieruje się do toalety na tyłach budynku.

– Niebywałe – powiedział Albert. – Na wszystkich patrzysz z taką nienawiścią, jakby twoją córkę zgwałcił każdy mężczyzna na świecie.

Cezary zacisnął pięści, jak zawsze na dźwięk bolesnego słowa. Nic więcej nie mógł zrobić. Szczególnie diabłu.

– Na wszystkich tak samo. – Białołęcki zacmokał, kręcąc głową. – A wiesz, że to był tylko jeden, przypadkowy gość?

– Zamknij się.

– Wiesz. – Albert się zaśmiał. Przez chwilę milczał i cieszył się słońcem. – Ciekawe – podjął, nie otwierając oczu – jakie masz wobec niego oczekiwania? Jak wygląda twarz, którą co noc masakrujesz w swoich półsnach? Jak brzmi głos, który błaga o litość, choć nigdy jej nie zazna? Jak pachnie…

– Zamknij się, do kurwy nędzy.

– …jego krew, która pryska na twoje ciało, a w końcu kał i mocz, które wyciekają, gdy ten wyimaginowany skurwysyn umiera? – Diabeł otworzył oczy. – Powiedz mi, proszę.

Cezary dyszał jak rozjuszony byk. Koszula przesiąkła potem, dłonie bolały od wpijających się w skórę paznokci. W końcu spojrzał na czarta i odpowiedział:

– Dobrze. Dobrze wygląda, dobrze brzmi, dobrze pachnie.

Albert parsknął śmiechem.

– Za to was kocham – oznajmił. – Dobra, mieliśmy umowę. – Wskazał na toaletę na tyłach stacji. – Tam jest ten skurwysyn.

Cezary otworzył usta, zamknął, i znów otworzył, i znów zamknął. W końcu do niego dotarło. Ruszył, czując ciężar w nogach i pustkę w brzuchu. Wiedział, co robić. Wyobrażał sobie tę sytuację setki razy. Nie on miał zakatować gwałciciela. W tej długo wyczekiwanej chwili to bezsenne wyczekiwanie świtu i bezsensowne wypatrywanie zmierzchu miały unieść pięść do ciosu; to niewypowiedziane słowa i niestłumione łkanie miały wybić zęby; to wreszcie wiara i nadzieja miały zacisnąć się na gardle – wiara i nadzieja, które nigdy nie będą już takie, jak dawniej.

Albert dogonił go tuż przed wejściem do toalety i potrząsnął.

– Widziałeś, prawda? – zapytał. – Widziałeś, że to śmieć, szczur, nikt. Gówna się nie da zniszczyć. Najpierw trzeba by coś z niego ulepić, coś stworzyć. Jak już będzie miał cokolwiek do stracenia, wtedy go…

Urwał, bo z łazienki właśnie wyszedł sprawca i winowajca, gwałciciel i skurwysyn – Dariusz Kozik. Rzucił pobieżne spojrzenie wysokiemu brunetowi – siwiejącego mężczyzny nawet tym nie zaszczycił – i wrócił do bordowego fiata.

– Daj mi czas – powiedział diabeł do Cezarego. – Daj mi czas, a zrobię tak, żebyś miał co zniszczyć.

 

***

 

Każdego dnia mógł pójść na policję i podać nazwisko. Wymyśliłby historyjkę, w której nie byłoby diabła. Skurwysyn trafiłby na przesłuchanie. Wyglądał na takiego, który szybko wymięka. Śledztwo ruszyłoby do przodu, Pola musiałaby identyfikować sprawcę; w końcu rozpocząłby się proces, a wraz z nim – z nową mocą – dziewczęce łkanie w poduszkę, milczenie całymi dniami, niepatrzenie w oczy.

Każdego dnia dziękował Bogu za diabła i uśmiechał się, póki jeszcze mógł.

Z Polą było trochę lepiej. Próbowała odbudować życie, jak dziecko odbudowuje zamek z piasku zniszczony przez morską falę. Jednak Cezary wiedział, że w końcu przyjdzie – jeśli nie przypływ, to ulewa. Dziewczyna też patrzyła na wszystkich mężczyzn, choć inaczej niż ojciec, bo nie z nienawiścią, lecz ze strachem, jakby ten strach miał ją wyleczyć. Rozumiała, że pewnego dnia może zobaczyć na ulicy niewysokiego mężczyznę o słomianych włosach i pospolitej twarzy. Rozumiała, że może go spotkać w sądzie. Nie wiedziała co gorsze.

Ona także miała półsny: o wyglądzie twarzy, o brzmieniu głosu, o zapachu ciała. Jednak – w przeciwieństwie do tych ojcowych – były to wspomnienia. Dopisywała im własne zakończenie.

Diabeł zadzwonił trzynastego listopada.

– Gotowe – powiedział i podał Zawadzie adres.

Był wieczór, gdy spotkali się przed położoną na uboczu kawiarnią.  

– Jest już lepiej – oznajmił Albert bez zbędnych wstępów. – Może nie idealnie, ale nie mam na tę sprawę wieczności. Przynajmniej ja.

Cezary jak zwykle nie zareagował na czarci dowcip.

– Co zrobiłeś?

– Wygrana na loterii nie dałaby mu poczucia, że sam to wszystko zdobył – powiedział Białołęcki. – Zatem wkręciłem skurwysyna w pewną firmę, w której szybko wspiął się na szczyt. Jednocześnie poznał nowych przyjaciół i oświadczył się pięknej kobiecie. Odkrył też w sobie pasję do pianina i szachów, choć z tym ostatnim może przesadziłem, bo to debil jest, muszę mu podstawiać głupich przeciwników. W każdym razie chłop jest nieźle ustawiony. A teraz mu to wszystko odbierzemy.

– Jak?

– Zaczniemy kiczowato… – zaczął diabeł.

– …od pocałunku – dodała piękna kobieta, która dosłownie wynurzyła się z cienia. Miała na sobie czarno-białą, obcisłą sukienkę. Mimo współczesnego makijażu i modnej fryzury, urodą przypominała aktorkę ze starych filmów.

– Kto to? – zapytał Cezary.

– To jest, mój drogi Czarku, jeden z filarów skromnego, prostego świata, który stworzyłem Dariuszowi Kozikowi.

– Jest prawdziwa?

– O tak, prawdziwa jak przeszłość. Utkałem ją z dobrych wspomnień, które zabrałem jednemu z twoich poprzedników. Tak samo zresztą zrobiłem z pozostałymi elementami. Teraz cały ten świat powoli legnie w gruzach. Potrwa to około cztery tygodnie. Potem, jak to sobie wymarzyłeś, Dariusz Kozik rozpadnie się od środka.

Diabeł zerknął na zegarek.

– Za parę minut będzie tędy przebiegał. Zawsze zerka na klientów kawiarni, bo czasem siedzi tu jego przyjaciel.

– Przyjaciel z czyichś wspomnień, które odebrałeś.

– Tak. Tym razem go nie będzie. Będziecie za to ty i Sylwia. Ładne imię, nie? Je także pożyczyłem… Sylwia będzie wiedziała, kiedy cię pocałować. Tak to wszystko zorganizowałem, byś mógł w tym pięknym upadku uczestniczyć jak tylko się da. Resztę wytłumaczę ci na bieżąco.

Cezary spojrzał na kawiarnię, Sylwię, diabła. Wiedział, co robić. Kiedy ruszył do wejścia, czuł lekkość w nogach i ciepło w brzuchu.  

 

 

3. Nagroda za grzechy

 

Potem diabeł zabrał Cezaremu Zawadzie całe dobro.

Tego dnia Cezary spał snem sprawiedliwego, pierwszy raz od ponad roku. Następnego ranka nie zauważył w córce żadnej zmiany. Musiało minąć trochę czasu, nim przypadkiem – czyli dzięki czarciemu działaniu – Pola odkryła zdjęcia człowieka, który popełnił wyjątkowo niefortunne samobójstwo. Prawie by go nie rozpoznała, bo miesiące półsnów zrobiły swoje. Twarz, która zbyt często pojawiała się przed oczami, twarz, którą masakrowała w najskrytszych fantazjach, różniła się od tej, którą zobaczyła w Internecie.

Jedno je łączyło – obie były zakrwawione.

To, co wtedy poczuła, zachowała tylko dla siebie. Z każdym kolejnym porankiem chodziła coraz pewniej, prostowała plecy, unosiła głowę, na nowo uczyła się patrzeć w oczy. Zmiany drobne, lecz zauważalne. Cezarego żadna z tych rzeczy nie cieszyła, żaden krok naprzód nie przynosił satysfakcji. Nie czuł smaku zemsty, ani goryczy, ani słodyczy, niczego. 

Był za to spokój.

Jednak on także zniknął, gdy wiele miesięcy później Pola wyjawiła, że poznała wspaniałego chłopaka, wysokiego, przystojnego bruneta. Cezarego to nie zdziwiło. Od początku wiedział, jaka będzie cena. Diabeł miał zabrać wszystko, co dobre. Na swoje nieszczęście zostawił to – co złe.

 

***

 

Z chłodnego spokoju trudno się otrząsnąć, więc kolejne wydarzenia przeciekły Zawadzie między palcami.

Tak oto para młoda stała pod kościołem i szczerzyła do fotografów zęby. On na czarno, ona w bieli; on brunet, ona blondynka; on czarci, ona ludzka. Dookoła wiwatowali krewni i bliscy, wszyscy głośni, śmiejący się, pełni życia – a Białołęcki z jakiegoś powodu im tego nie odbierał. Cezary wmieszał się w tłum i patrzył, szczególnie na gości od Alberta, na twarze sprzed lat, na postaci żyjące jedynie w tym dziwnym diable. I choć byli nierealni, potrafili się cieszyć – szczęście w ich oczach wyglądało na prawdziwe. Cezary tylko napinał odpowiednie mięśnie w długo trenowanej imitacji uśmiechu. W oczach nie kryła się żadna wesołość, ale bynajmniej nie były puste.

– Teść! – krzyknął nagle Albert. – Niech teść nam zrobi zdjęcie!

Wszyscy spojrzeli na ojca panny młodej.

– Nie, ja… ja nie… – zająknął się Cezary. – Ja nie umiem.

– Tato! – zawołała Pola.

Nie mógł jej nie posłuchać. Nie w tym dniu, kiedy była taka szczęśliwa.

Biorąc do rąk aparat, zastanawiał się, czy doszłoby do tego, gdyby nie on i diabeł? Czy córka stałaby tutaj z jakimś innym mężczyzną, z radością w całym swoim jestestwie, z zabliźnionymi ranami na ciele i duszy, a także z drobną (nic nieznaczącą w obliczu tak doniosłej chwili) niepewnością, że gwałciciel może się jeszcze w jej życiu pojawić – czy to jako człowiek, czy to jako koszmar, czy to jako ożywiony po latach letargu strach?

Na pewno, uznał. Doszłoby do tego prędzej czy później.

Pod garniturem gotował się z wściekłości. Wiedział jednak, jak wykorzystać zło do osiągnięcia swoich celów. Uczył się od jednego z najlepszych. Prośba o zrobienie zdjęcia tylko mu o tym przypomniała.

– Uśmiech – powiedział.

 

 

4. Kara za miłość

 

Ponoć nie był normalnym diabłem. Wyznał to Cezaremu podczas jednej z rozmów, zanim jeszcze zniszczyli skurwysyna, który zgwałcił Polę. Jego czarci bracia zła pragnęli i złem się sycili, on natomiast szukał w ludziach dobra. Śmiał się, że jest takim diabłem albinosem.

– Często nie wychodzi tak, jak wyjść powinno – pożalił się w chwili słabości. – Ja grzebię w człowieku, szukając czegoś miłego, ładnego, fajnego, a na powierzchnię wychodzą same brudy. I jest potem ten człowiek taki rozkopany: częściowo czysty, jakby świeżo z kąpieli wyszedł, a częściowo cały zakurzony, zabłocony, zaświniony, jakby nie wiadomo co robił. Trochę mi go szkoda, ale każdy z nas jest, jaki jest, każdy bierze, co musi brać. Zostawiam go później takiego obrabowanego i próbuję uciec.

– Uciec?

– W normalność, w szarość. Między was. Wtulić się, ukryć się i żyć. Ci ludzie na zdjęciach… To moje ucieczki.

Potem umilkł, jakby zawstydzony. Wykonał też jakiś dziwny gest ręką, może nerwowy tik, a może czarcią sztuczkę, by Cezary nie drążył.

Zawada myślał teraz o tym wszystkim, myślał nienawistnie, bo ta nienawiść była wszystkim, co miał. Szczególnie myślał o tym wykonanym przez Alberta geście. Zastanawiał się, ile szczęścia Poli jest po prostu kwestią takich czarcich trików, sztuczek i uroków.

W końcu z rozmyślań, tłumionych uczuć i tych części Cezarego Zawady, które pozostały, wykluła się decyzja, by pokazać córce diabła.

 

***

 

Szkice, obrazy, fotografie. Na wszystkich ta sama postać, ubrana stosownie do epoki, ale zawsze tak bardzo na czarno, jak tylko się dało. Pola wodziła wzrokiem i kręciła z niedowierzaniem głową.

– Niektóre wyglądają tak prawdziwie…

– Bo to autentyki.

– Żartujesz.

– A pamiętasz, kiedy ostatnio tak naprawdę żartowałem? – zapytał Cezary.

Popatrzyła na niego, jakby dotarło do niej to, z czego za sprawą czarciego uroku nie zdawała sobie sprawy. Otworzyła usta, zamknęła, i znowu otworzyła, i znowu zamknęła – zupełnie jak ojciec, kiedy nie wiedział, co powiedzieć. Wyglądała, jakby chciała zadać jakieś pytanie, ale żadne nie wydawało się wystarczająco sensowne.

– To diabeł – powiedział Cezary. – Zaraz tu będzie. Pokazał mi to mieszkanie w noc, kiedy go poznałem. Parę dni temu udało mi się zdobyć klucz. I oto jesteśmy. Pewnie zaraz też się zjawi.

Ona usiadła na kanapie, on skrzyżował ramiona na piersi i oparł się o framugę. Czekali.

Albert wszedł mimo zamkniętych drzwi. Spojrzał na Polę, ale krótko, dłużej natomiast popatrzył na Cezarego. Potem się uśmiechnął.

– Chyba możemy skończyć przedstawienie. – Z lewej kieszeni wyjął fotografię. – Trzymaj.

Cezary wziął i wpatrywał się przez kilka minut. Diabeł podśpiewywał.

– To nieprawda – rzekł w końcu Zawada, drąc odbitkę na drobne kawałki.

– Zatem może coś mocniejszego. – Sięgnął do prawej kieszeni.

Drugie zdjęcie sprawiło, że coś w Cezarym pękło. Z piersi wydobył się szloch, z oczu pociekły łzy. Skapywały na fotografię, która przedstawiała Polę z pociętymi nadgarstkami. Dziewczyna leżała w wannie wypełnionej czerwonym płynem.

Nie uśmiechała się – w przeciwieństwie do ojca z podartej fotografii, który pozował u boku diabła.

– To nieprawda…

Albert pstryknął, a siedząca na kanapie iluzja Poli zniknęła. Cezary upadł na kolana i zapłakał. Diabeł podśpiewywał. Minęła dłuższa chwila, zanim mężczyzna w końcu zapytał:

– Kiedy?

– Jakiś czas po tym, jak odkryła, że ten skurwysyn nie żyje. Wydawało się, że po problemie, prawda? – Diabeł wyszczerzył się, pokiwał głową. Potem uśmiech spełzł z jego twarzy. – Gówno prawda. Nawet to nie pomogło, dziewczyna nie wytrzymała.

– Przecież widziałem, jak jej się poprawia.

Diabeł pstryknął. W pomieszczeniu pojawił się ciemny fortepian. Diabeł znowu pstryknął. Na fortepianie pojawiła się kryształowa butelka z nalewką z czarnego bzu oraz dwa kieliszki. Diabeł pstryknął, a butelka przechyliła się i rozlała trunek.

– To też widziałeś, prawda? – Pstryknął po raz czwarty i wszystko zniknęło. – No właśnie.

– Dlaczego? – zapytał Cezary. – Pamiętam, jak mówiłeś, że jesteś innym diabłem. Że szukasz dobra. Że chcesz się wtulić w ludzi…

– Inny diabeł? – przerwał Albert. – Co by to w ogóle miało znaczyć? Że jestem dobry? – Pokręcił głową. – Świat nie jest czarno-biały, mój drogi Czarku. Mogę być bardziej ludzki od człowieka, a ty podlejszy od diabła. Tak też jest ciekawiej.

Diabeł kucnął i nachylił się do mężczyzny.

– Pamiętasz, jak zniszczyliśmy tamtego śmiecia? – zapytał, a kąciki jego ust drgnęły.

Cezary pamiętał.

– To samo zrobiłem z tobą. – Uśmiech powrócił na czarcie oblicze. – Dałem, a potem odebrałem. Jednak gdyby nie ty, nie byłbym tak zadowolony. Dostarczyłeś mi inspiracji, drogi Czarku. Właściwie to inspirowaliśmy się wzajemnie. – Spoważniał. – Ale jak już powiedziałem: koniec przedstawienia.

Wstał, zdjęcie martwej Poli schował do prawej kieszeni, z lewej wyciągnął nienaruszoną fotografię przedstawiającą jego i Zawadę – uśmiechniętych, pozujących jak przyjaciele. Pstryknięciem wyczarował ramkę, oprawił nowy element kolekcji i powiesił na ścianie. Potem spojrzał na Cezarego, na człowieka, którego nie rozsadził od środka, lecz subtelnie opróżnił ze wszystkiego, co istotne.

– Idziemy – warknął.

Cezary Zawada bezwiednie wstał i pokierował się do drzwi, choć za progiem i tak nie miał dokąd pójść. Diabeł podążył za nim.

 

Wychodzą: obaj tacy, jak widać. 

Koniec

Komentarze

Hej :)

 

Czytałem już jakiś czas temu. Uważam że to opowiadanie bardzo charakterystyczne dla Twojej twórczości. Zwyczajni ludzie w sytuacji magicznej, tutaj w kontakcie z mistycznym i niedokreślonym złem, która uwidacznia słabości i wady człowieka.

 

“Chcę by ten skurwysyny rozpadł się od środka” – to zdanie podoba mi się najbardziej, ze względu na ładunek emocjonalny :)

 

Peace and love, jak mawiał klasyk.

Moją opinię już znasz – to najbardziej wyważone opowiadanie spośród tych, którymi się z nami podzieliłeś. Wyważone w sensie proporcji między warsztatem, fabułą i (nie bójmy się tego słowa) przesłaniem. Chodzi o coś i wiadomo o co chodzi. “Pustym metaforom” (nie żebym ich nie lubił) mówimy: “do widzenia”. Można przeczytać dla rozrywki, można dla chwili pomyślunku, a można po prostu smakować pojedyncze zdania. Czyżby legendarny tekst dla wszystkich?

A klamra, jak w średniowiecznym moralitecie.

Czytałem w “Histerii” i pamiętam, że byłem zadowolony z lektury. Chyba największym plusem opka jest jego emocjonalność. Ogólnie podpisuję się pod opinią Cobolda. Wyważony tekst, który świetnie się czytało pod każdym względem :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

No, co tu dużo mówić… Mocne przesłanie, znakomita kreacja diabła, a fabuła… no cóż, po prostu niesamowicie wciągająca. Nie dziwię się, że opowiadanie doczekało się miejsca w “Histerii”. Zwyczajnie na to zasługiwało. 

 

Każdego dnia dziękował Bogu za diabła i uśmiechał się, póki jeszcze mógł. – To zdanie jest po prostu mistrzowskie :)

Zdecydowanie nietuzinkowe opowiadanie. Wydawałoby się, że temat paktu z diabłem jest już ograny, a Ty i tak zinterpretowałeś go na własny, w pewnym sensie awangardowy sposób. Zemsta – ile to już o niej było historii? A Ty i tak stworzyłeś nowy jej rodzaj. Świetne było wykreowanie bohatera, który wroga nie chce zabić, bo to za mało. Czarek posunął się dalej i to jedna z głównych zalet opowiadania. Ogólnie stworzyłeś tu niesztampowych bohaterów. Twój diabeł nie jest taki, jak go malują – jest inny od stereotypu. 

Fabuła jest dobra. Zakończenie satysfakcjonuje w pełni, a i zaskakuje. Jakby tego było mało, historia niesie ze sobą uniwersalne przesłanie.

Tekst jest napisany bardzo dobrze. Technicznie jest poprawnie, a narracyjnie robi wrażenie.

Pozdrawiam!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Blacktomie, Coboldzie – Wasze opinie rzeczywiście już znam, ale dzięki, że dorzuciliście tu jeszcze parę uwag ;)

 

Soku, dzięki :) Czyli jednak ktoś zagląda do “Histerii” :P

 

Rossa, miło mi, dzięki za komentarz :)

 

Pietrku, cieszę się, że znalazłeś tyle pozytywów, dzięki za opinię :)

Tak jak przedmówcom – czytało mi się dobrze. Ale daleko mi do pełnej satysfakcji. Pietrek napisał, że wyciągnąłeś coś nowego z ogranego tematu. Być może. Ja tego nie widzę. Owszem, zwroty akcji są przewrotne, ale o to chodzi w paktowaniu z diabłem – o jego przewrotność. Było kilka takich chwil, w których przewracałam oczami (np. w momencie, gdy Poli się “polepszyło”, bo zobaczyła zdjęcia samobójcy) – na szczęście historia toczyła się tak, że te najbardziej psychologicznie nieprawdopodobne rozwiązania zostały rozwinięte w sposób znacznie bardziej satysfakcjonujący.

Ale jednak to po prostu pakt z przewrotnym diabłem. Wiadomo, że diabeł bohatera udupi i wszystko stanie się jeszcze gorsze, niż było wcześniej. Najwyraźniej bohater przeczytał o tym jakieś 50 historii za mało. ;)

Ale, Funie, napisane ładnie, ładnie. A niektóre zdania – nawet bardzo ładnie.

Napisane mistrzowsko, zgadzam się w pełni z Tymi, Którzy Komentowali Przede Mną. W krótkim, komkretnym zdaniu potrafisz zawrzeć mnóstwo treści i emocji, uczynić zdanie godnym zapamiętania i cytowania, a to sztuka. Oraz wyznacznik talentu i umiejętności.

Z fabułą już tak sobie, bo mam wrażenie, że po prostu przedstawiasz wałkowaną tysiące razy historię w nieco zmienionych dekoracjach. Ślicznych, lecz tylko dekoracjach. Przede wszystkim zawiodło zakończenie – zbyt oczywiste, spłycające przesłanie (choć może to tylko ja tak mam, inni piszą, że zakończenie ciekawe, a i przesłanie mocne).

Nie zmienia to faktu, że pisać umiesz, a lektura była przyjemnością.

Pozdrawiam!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Tak, pisać umiesz. Klimat… taki funthesystemowy. Jak zwykle historia wciągnęła, bo dobrze spisana i poukładana. I mimo że to jakby nic nowego, to jestem kontent z lektury. 

 

edit: Jakby zabrakło klika, w co wątpię, to wrócę i dopiszę co nieco, ale teraz nie mam weny na szersze komentarze.

 …od pocałunku – dodała piękna w kobieta, (…)

Tu Ci się “w” najwyraźniej ukryło.

 

Mnóstwo świetnie zestawionych skrajności – od diabła albinosa, po debila-szachistę (na tym zdaniu udało mi się zaśmiać). Intryga – doskonale diabelska, bo wręcz zapętlona. I zgadzam się z coboldem, miałem wrażenie, że nie było tu żadnego niepotrzebnego zdania, wszystko w punkt, bez pustych frazesów.

I choć temat znów wałkowany, zło – dobro, człowiek – diabeł, to jak utalentowany kucharz – doskonale wiesz jak ugotować swoją emocjonalną potrawę, którą posmakujesz, a na końcu solidne dopieprzysz.

No i – tematycznie – kto daje i odbiera… ja w sumie oddałbym swój pierwszy portalowy głos na bibliotekę, ale zasada "nie mniej niż pięćdziesiąt skomentowanych tekstów" krępuje mi jeszcze ręce. W ramach rekompensaty dodam tylko, że choć (chwilowo) ograniczam się do krótszych tekstów (obowiązki, psia ich mać), to Twoje dłuższe zajmują zaszczytne pierwsze miejsca na mojej liście "do przeczytania".

Bo i jestem ciekaw, co tam jeszcze w Tobie siedzi. Z jednej strony dajesz mi niezłą zagadkę, bo czuć, że każde ze zdań (w opowiadaniu) pisałeś świadomie i emocje, które wepchnąłeś w opowiadanie są prawdziwe – i pewien sposób Tobie bliskie. Wiadomo, że tak jest. Teksty pisze się w celu wygadania się, albo uspokojenia myśli i pomysłów. Stąd też zapala mi się pewna lampka w głowie, ta żółta – ostrzegawcza, że cholera albo jesteś psychopatą i powyższe jest jedynie spowiedzią (!), albo (mniejsza ironia) coś smutnego w Tobie siedzi. Ale – poczytam, to dowiem się!

Przede wszystkim, bardzo dobrze napisane, czytało mi się wyjątkowo przyjemnie. Świetna konstrukcja zdań i przekazanie emocji bohaterów. Pakt z diabłem, może nie jest niczym nowym, ale mi to nie przeszkadza. Widzę w Twoim tekście oryginalne, ciekawe spojrzenie. Kreacja głównych bohaterów też na plus. Pozdrawiam serdecznie i oczywiście oddaję klika do biblioteki :)

Ocha, za pochwały dziękuję, a co do wyciągnięcia czegoś nowego z ogranego tematu… Chyba kwestia subiektywna. Ja się w pełni zgadzam, że paktowanie z diabłem zostało już nieźle przerobione. Jednak nie o diable chciałem tu mówić. Diabła nie znam. 

 

Thargone, Tobie również dziękuję za pochwały, to budujące. Zakończenie zbyt oczywiste? Spodziewałem się, że co najmniej jedna osoba tak stwierdzi. To o tyle ciekawe, że sam nie wiedziałem, jak to się skończy, dopóki diabeł nie sięgnął do kieszeni :D 

 

Blackburnie, co poradzę, że w takich klimatach mi się dobrze pisze? 

Kliki się chyba zaraz uzbierają, ale jakby Ci się coś jeszcze nasunęło albo chciałbyś nawiązać do któregoś z komentarzy, pisz śmiało, każda uwaga jest cenna. 

 

Stn, skrajności mogą wynikać z tego, że pisałem ten tekst myśląc nieco o czarno-białym konkursie. 

Sam rozumiem, jak jest z tą kolejką “do przeczytania”. Też mi się trochę nazbierało, ale z doświadczenia wiem, że miło jest przeczytać komentarz pod tekstem po paru miesiącach od publikacji. 

Co we mnie siedzi? Gdyby próbować coś wysnuć na podstawie moich tekstów, można by mnie podejrzewać o: hiperseksualność, anoreksję, dwa nowotwory, chorego psychicznie syna, schizofrenię, patologiczną rodzinę i lekooporne zapalenie płuc. 

Ale raczej jestem normalny. 

A tak na poważniej: myślę, że pisarz powinien być otwarty na ludzi. Nie trzeba przeżyć tragedii, by móc o niej opowiadać. Nie trzeba czegoś doświadczyć, by móc o tym mówić. Wystarczy się rozejrzeć i trochę posłuchać, a te historie i emocje same się pojawią. 

 

Katiu, jeśli widzisz w moim spojrzeniu coś oryginalnego i ciekawego, to się cieszę. Dziękuję za komentarz i też pozdrawiam :)

Akurat żadnych z wymienionych nie da się wzajemnie wykluczyć. Masz więc diablą empatię, albo faktycznie jesteś psychopatą.

Początek lekko się dłużył, tak do sceny w kawiarni. Spodobał mi się diabeł pijący wódkę – taki ludzki, taki zwyczajny. Domyślam się, że to zamierzony efekt :)

Potem tekst znacznie wywindował do góry tym, jak pakt zniszczył Czarka. Jak bardzo nieludzki okazał się ów “diabeł-albinos”. I jak bardzo podobny do swych braci, do których stronił. Zwłaszcza ujęły mnie opisy emocji przy ślubie czy też przy zdjęciu samobójstwa Poli.

Podsumowując: coś grzmotnęło, choć początek wydawał się mocno standardowy. Potem jednak przedstawienie zaczęło się rozkręcać ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Stn, pozostaje mi tylko tajemniczo się uśmiechnąć ;)

 

NWM, dzięki za wizytę :)

Pamiętam, jak oglądałęm “Adwokata Diabła” i jakie zrobił na mnie wrażenie. Dziś starszy jestem, więc pewnie już by się to nie powtórzyło, ale taki mam punkt odniesienia do tego typu historii. Tutaj mam tak, że ten diabeł mnie nie wzrusza kompletnie, operujesz w wysokich rejestrach – gwałt, samobójstwo etc. – a ja nie czuję ciężaru tych aktów, nie czuję współczucia, ani gniewu. Jasne, to jest napisane poprawnie, wręcz ładnie (jest parę miejsc, gdzie popracowałbym szlifierką, ale to już skończony i opublikowany tekst, więc nie ma co), ale co z tego? Cobold pisze o równowadze w opowiadaniu, ma rację, ale to jest równowaga stanów letnich – np. piszesz o nienawiści odczuwanej przez bohatera, ale nie dajesz mi poczuć tej nienawiści, tylko mi mówisz, że ona jest. Więc ja myślę sobie “ok” i idę dalej, bo mam ją wyłożoną na tacy, więc nic mi to w głowie nie uruchamia. I potem gdy bohater poznaje prawdę, zaczyna płakać – już mnie to nie porusza. Nie wiem, jakbyś sam siebie powstrzymywał przed głębokimi emocjamiw tym tekście – a przecież jest w nim na nie miejsce.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Dobry tekst.

Temat paktu z diabłem stary jak diabeł i handel, ale czytało się przyjemnie. Może wiadomo, czym to się musi skończyć, jednak wymyśliłeś coś nowego w kwestii jak. I wymyśliłeś bardzo dobrze. Diabeł mi się spodobał – niby odmienny, a przecież taki sam, ale też nie do końca – ten ma mieszkanie w mieście, zdjęcia na ścianach…

Powód do paktowania też sprytnie wykombinowany.

Babska logika rządzi!

Bardzo fajne opowiadanie :)

Nie mamy pojęcia jak jesteśmy szczęśliwi, dopóki tego nie stracimy - Paul Walker Szybcy i Wściekli 6

Cerlegu, dzięki za wizytę. Widzę, że udało mi się Cię przekonać do komentowania :)

Szkoda, że nie wskazałeś miejsc, w których popracowałbyś szlifierką, bo znając Twój warsztat, uwagi mogłyby być ciekawe. 

Nie wiem też, co zrobić z tym, że Cię nijak nie poruszyło. Niektórzy znaleźli w tekście emocje, więc czy to kwestia gustu, czy kwestia tego, że tych emocji jednak za mało? Może jakieś konkretniejsze uwagi, co zrobić, by bardziej przemawiało? Bo nie mogę się zgodzić z tym, że o nienawiści mówię tylko, że jest. Właściwie całe działanie Cezarego wynika z tej nienawiści: łypanie wilkiem, jego słowa, a w końcu i ryzykowny pakt z diabłem. Co więcej mógłbym pokazać, żeby było wiarygodnie? Miałby chodzić po mieście i polować na gwałcicieli? Czy może chciałbyś, żebym szerzej opisywał emocje kosztem tempa akcji? 

 

Finklo, dziękuję. A co sądzisz o proporcji emocji w tekście? 

 

Adamie, dzięki za wizytę :)

Niby nic nowego pod słońcem, bo wchodzenie człowieka w układ z diabłem do odkrywczych nie należy, jednak opowiedziana przez Ciebie historia okazała się bardzo zajmującą, nieszablonową i wielce satysfakcjonującą lekturą. Mówiąc o przyjemności czytania, nie mogę nie wspomnieć o bardzo porządnym wykonaniu. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

 Co robić? Nic nie robić :) Jestem tylko jednym z czytelników, w żaden sposób nie kluczowym. Natomiast ja nie mówię, że emocji nie ma, ja mówię wręcz, że są – tylko mnie nie poruszają. One są wręcz zaserwowane wprost – oto nienawiść. Oto miłość. Oto żal.

Zresztą, weżmy już tę nienawiść, mam strasznie dużo roboty w domu, to co mi tam, mogę czytać Twoje opowiadanie jeszcze raz :) Ale jeszcze zanim, to oczywiście każde zdanie tego komentarza jest poprzedzone “moim zdaniem”, ja sobie nie roszczę żadnych praw do prawdy objawionej.

Bohater z tą nienawiścią prawie nic nie robi (zaraz wrócę do “prawie”). Ona po prostu jest. Owszem, motywuje go do paktu z diabłem, ale – jakby to jasno powiedzieć? – to jest sens opowiadania, więc tego nie zaliczam do części warsztatowej, tylko fabularnej (nie umiem lepiej tego wyjaśnić). Poza tym, jeśli chodzi o nienawiść – od razu ją wykładasz na stół, po prostu, bez niczego:

Cezary Zawada ostatnio patrzył na każdego mężczyznę, patrzył nie byle jak, lecz nienawistnie, jakby ta nienawiść miała mu pomóc w rozpoznaniu.

 

(BTW: czy my nie rozmawialiśmy ostatnio o przysłówkach?)

I już jest nienawiść, ogłosiłeś, że jest i ja nic z tym nie mogę zrobić. Nie mogę sobie nic wyobrazić, dostałem informację. Ja jako czytelnik reaguję w takich sytuacjach brakiem zaciekawienia.

Potem Cezary podejmuje decyzję – “Nie”. I to jest akurat naprawdę ciekawe, jakaś walka w nim się toczy, ale o której nic a nic nie wiem – poza medalikiem, czyli że wiara go powstrzymuje? Za mało o tej motywacji do walki. Ale potem Cezary po prostu odpuszcza, walka się kończy, dziękuję, dobranoc, reszta to endszpil. W tym “Nie” jest miejsce na kolejne opowiadanie, ale nic z tym nie robisz. Tu widzę największą przegapioną szansę na poruszające mnie opowiadanie.

I dalej:

– Zniszczyć – sprecyzował Cezary. – Chcę, by ten skurwysyn rozpadł się od środka.

 Teraz już sam bohater mi mówi: “nienawidzę”. Ja to co prawda już wiem, ale teraz to jest bardziej. Tylko wciąż – wyłożone na tacy. Najpierw narrator: “Oto nienawiść”. Teraz bohater: “Nienawidzę”. Wciąż z tą nienawiścią się nic nie dzieje, bohater nic z nią nie robi (jest w trakcie zawierania paktu, ja wiem, ale patrz wyżej: to jest oś opowiadania, fabuła, a nie warsztat). To mnie taki bohater nie porusza, a w zasadzie nudzi. I gdy już jestem znudzony bohaterem, taki fragment:

To nie on się zgodził. O zgodzie zadecydowały noce, kiedy nienawistnie się modlił; zadecydowały dnie, kiedy nieustannie wypatrywał; zadecydowały oczy utkwione w stygnącym jedzeniu, usta wiecznie zamknięte, głowa spuszczona, plecy zgarbione; zadecydowała Pola.

Tutaj jest to “prawie”. Już mam jako czytelnik dystans do kawy-na-ławę, więc sceptycznie podchodzę do tego fragmentu. Ale w końcu czegoś się dowiaduję więcej o tej nienawiści. Super, naprawdę. Ale wszystko upakowane w ten jeden akapit, na dodatek znowu z podpisem, strzałką i instrukcją, jak czytać te emocje (”nienawistnie” – przysłówku mój kochany). Po drugie – dowiaduję się, ze bohater jest bierny – sam nie decyduje o swoim życiu, daje się ponieść, na dodatek ten opis mocno sugeruje – niemal dosłownie – brak ruchu. To nawet ciekawe, ale za mało, żeby mnie zainteresować (bo generalnie bierni bohaterowie są mniej interesujący od działających). W ogóle do tego momentu wiele jest takich fragmentów, w których bohater chciał, a nie może:

dłoń próbowała zmiażdżyć kufel.

Cezary zacisnął pięści, jak zawsze na dźwięk bolesnego słowa. Nic więcej nie mógł zrobić

zaczął podniesionym głosem Zawada, ale szybko umilkł

Cezary przyglądał się, Cezary zastanawiał się, Cezary nie znał się. Ten bohater już mnie na tym etapie tak denerwuje, bo nie posuwa prawie w ogóle fabuły do przodu, jest jak misie-patysie, niesione z nurtem. Może taki miałeś cel literacki, może Cezary taki miał być, ale u mnie w głowie podczas lektury nic nie drga.

Wiedział, co robić.

Ale nie zrobił.

Każdego dnia mógł pójść na policję i podać nazwisko. Wymyśliłby historyjkę, w której nie byłoby diabła. 

Ale nie poszedł i nie wymyślił. Tylko nienawidzi. Nienawiść, już pal sześć, że umieszczona explicite, z której nic a nic nie wynika.

Cezary spojrzał na kawiarnię, Sylwię, diabła. Wiedział, co robić. Kiedy ruszył do wejścia, czuł lekkość w nogach i ciepło w brzuchu.

Tu drugi raz pojawia się takie dość tanie zdanie – “Wiedział, co robić”. To a propos szlifierki. Ale wracając – w końcu, dżizas! W końcu coś robi z tej nienawiści. Coś w nim dojrzało? Lepiej późno niż wcale. Ale tak skonsturowałeś tekst, że ja nawet niespecjalnie wiem, co dokładnie robi. Coś tam się domyślam, ale po raz pierwszy – przynajmniej trochę – bohater bierze za coś odpowiedzialność i te moje domysły ani trochę mnie nie niepokoją, raczej wzruszam ramionami – no, niech będzie. W kolejnym kluczowym momencie poszedłeś na skróty. (A na dodatek ten efekt “w końcu!” jest bardzo osłabiony, bo domyślam się, że tak naprawdę to diabeł zdecydował, a nie Cezary).

Na dodatek to świetne miejsce, żeby tę nienawiść przepleść jakimiś innymi nutami (pożądaniem? zmęczeniem?). Nie korzystasz z tej okazji – ok, może nienawiść ma być czysta, niech będzie.

I na koniec, jeszcze raz, dla efektu, przypominasz czytelnikowi, że halo! nienawiść! O tutaj:

Zawada myślał teraz o tym wszystkim, myślał nienawistnie, bo ta nienawiść była wszystkim, co miał.

O, przysłówek :) Dobra, już się czepiam, ale na tym nienawiść się w opowiadaniu kończy. (Tutaj musze przypomnieć uwagę o “moim zdaniem”). I niemal nic z niej nie wynikło. Po prostu sobie była.

Gdzieś na tym etapie nienawiść zmienia się we wściekłość i wściekłość już idzie w tekście lepiej, z nią już Cezary coś robi (pokazuje córce diabła). Wściekłość zresztą też anonsujesz:

Pod garniturem gotował się z wściekłości.

Ale przynajmniej coś. Tylko ja już w to nie wierzę, podobnie zresztą jak w żal na końcu. I o to mi generalnie chodziło. Pytasz “Może jakieś konkretniejsze uwagi, co zrobić, by bardziej przemawiało?”. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to trywialne “show, don’t tell”. Nie trzeba pisać o emocjach, żeby je pokazać. Na pewno nie trzeba ich nazywać. Ale nie chodzi o jakieś “łypanie”, czy próby zgniecenia kufla, tylko o aktywnego, napędzającego fabułę boahtera, który coś robi napędzany z kolei swoimi motywacjami (a także coś mówi, ale to tutaj nie budzi moich zastrzeżeń, tak jak poprzednio – dialogi masz dobre. Tylko, że w tej historii to za mało) (”moim zdaniem).

Nie wiem, czy o taką odpowiedź Ci chodziło, staram się być szczery – wydaje mi się, że Twoje teksty  i ambicje, które za nimi stoją (a których jedynie się domyślam) zasługują na coś więcej, niż poklepywanie po plecach. Przecież Ci nie będę pisał, że sprawnie piszesz, bo to już wiesz :)

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Reg, cieszę się, że w końcu zaprezentowałem coś, co Cię usatysfakcjonowało. Dzięki :)

 

Cerlegu, jestem Ci wdzięczny za poświęcony czas. Niekiedy lubię pociągnąć krytykującego za język, bo wskazać, co się nie podobało to nie sztuka, ale podyskutować – to co innego. 

Jeśli mam być szczery, odnoszę wrażenie, że czytasz i sprawdzasz, czy coś pasuje do przepisu na dobry tekst. Jasne, wspomnieliśmy ostatnio o przysłówkach, ale tutaj chyba widać, że jest potrzebny i wnoszący, bo to wręcz na nim bazuje zdanie. Potraktuję to więc jako ironię.

Show, don’t tell. Wydaje mi się, że pokazuję to, co chcę pokazać, ale Ty chciałbyś zobaczyć co innego. Ja pokazuję tłumioną złość, która zatruwa życie. Ty chciałbyś aktywnego, napędzającego fabułę bohatera. Tutaj Cezary ma jedną robotę i odwala ją za niego diabeł. To on bierze tę nienawiść i pomaga wprowadzić ją w życie. Pewnie, mógłbym pokazać, jak “niszczy” gwałciciela. Mógłbym rozwinąć też kilka innych wątków. Nie wiem, może jakieś szczegóły gwałtu podgrzałby atmosferę? Tutaj zmierzamy do pytania: czego oczekuje czytelnik? Bo jeśli przede wszystkim bycia poruszonym, to na pewno powinienem to lepiej rozegrać. Niestety, nie potrafię jeszcze kalkulować, jak zagrać na czytelniczych emocjach, więc po prostu opowiadam historię i jak ktoś chce, może coś w niej znaleźć. 

Bohater bierny, czyli źle. Hm… aha? Kolejna rada ze zbioru prawd pisarskich. Słuszna, zgadzam się z nią. Tylko co, jeśli chce się opowiedzieć historię o bierności? Nie ma miejsca dla takich w literaturze, bo z góry będą słabe? No, wybacz, ale to, o czym mówisz, to zaprzedawanie duszy diabłu i pisanie bezpieczne, nudne, według sprawdzonych schematów… :D

Podsumowując: chciałem napisać ciekawą historię z takim bohaterem i z tak przedstawionymi emocjami. Rozumiem, że Ty chciałeś dostać coś więcej. 

Dzięki jeszcze raz za wszystkie uwagi. Ambicję są, więc tym bardziej doceniam to nie-poklepywanie. Mam nadzieję, że moja polemika Cię nie odstrasza, bo chętnie jeszcze z Tobą podyskutuję przy innych tekstach, czy to moich, czy Twoich. No i oczywiście możemy kontynuować ten temat, bo pewnie masz coś do dodania. 

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

(”moim zdaniem”)

– bierność – jak wszystko – musi być uzasadniona. Najlepiej, jakby była uzasadniona w tekście. Tu nie jest.

– mylisz moje uwagi z przepisem na dobrą literaturę. Owszem, nie ma takiego przepisu. Więc pisząc o bohaterze napędzającym fabułę nie “zaprzedaję duszy diabłu”, ani nie “sprawdzam, czy coś pasuje mi do przepisu”, tylko daję świadectwo faktowi, że uważam pisanie przede wszystkim za rzemiosło, które, jak każde rzemiosło, wymaga umiejętności w posługiwaniu się warsztatem i narzędziami. To o czym piszę w poprzednim komentarzu, uważam za ciekawe narzędzia. To będzie radykalne, co powiem, ale uważam, że dobra historia nie jest żadnym uzasadnieniem, żeby ją opowiadać. To forma jest uzasadnieniem i to uzasadnieniem wyłącznym (moim zdaniem! moim zdaniem! moim zdaniem!). Prawdopodobnie to nas bardzo różni w odbiorze różnych tekstów. I to jest ok, musimy się różnić.

– w naszym wypadku tutaj jest  to zazwyczaj forma rzemieślnicza. Można być mistrzem rzemieślnikiem i można być przeciętnym rzemieślnikiem i można być rzemieślnikiem partaczem. Partacz to taki rzemieślnik, który działa według własnych zasad, nie zwracając uwagi na zasady cechowe. Owszem, trafiają się wśród takich geniusze, którzy zmieniają fundamenty rzemiosła, wymyślają je na nowo.

– piszesz, co uważasz, że ja oczekuję. Ale u mnie to jest dużo prostsze: ja oczekuję od literatury, żeby była dla mnie wysiłkiem, czy też wyzwaniem, emocjonalnym lub intelektualnym. Nie ma przepisu na dobry tekst, są tylko dobre i złe teksty (wyleczyłem się z relatywizmu już dawno :)) – ale one są dobre, albo złe z jakichś powodów.

– przysłówki – to nie była ironia, moim zdaniem to klasyczny przykład, jak przysłówek może być drogą na skróty, właśnie “tell”, a nie “show”. 

 

Ale żeby nie było: rozpędziłem się, ale uważam, że w ogóle te moje uwagi są nie na miejscu, nie mam  żadnego prawa do ich wygłaszania, bo tak naprawdę to się nie znam. To “moim zdaniem” podkreślam, bo jest bardzo ważne – z tego naprawde może nic nie wynikać. Serio :)

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Finklo, dziękuję. A co sądzisz o proporcji emocji w tekście? 

Wybacz, Fun, jestem bardzo słabo dysponowanym czytelnikiem do dyskusji o takich rzeczach. Bohater nie zachowuje się w sposób egzaltowany, więc jest dobrze. A chyba nie liczyłeś na to, że zagrasz na MOICH emocjach? ;-)

Babska logika rządzi!

Jak wciąż tak będziecie kadzić autorom, to nigdy się niczego nie nauczą. :D 

“  

“ 

Cóż mogę powiedzieć, na pewno jest to dobry tekst warsztatowo, stylistycznie, nawet fabularnie. Niestety, nie poczułem emocji, nie wzruszył mnie, nie zbrukał. Czytałem to bardziej jak relację z trudnych, traumatycznych wydarzeń, ale jednak relację. Jakbym miał gazetę w jednej dłoni, a kubek z herbatą w drugiej. Przeczytałem kilka komentarzy, ciekaw jak inni odbierają twój utwór i zgadzam się z Cerlegiem, który użył bardzo ciekawego i obrazowego porównania, to "równowaga stanów letnich".

Nie można ci odmówić kilku błyskotliwych pomysłów, zdań, czy wtrąceń. Te fotografie na ścianach, "Ty już się nie będziesz uśmiechał.", "O zgodzie zadecydowały noce, kiedy nienawistnie się modlił; zadecydowały dnie, kiedy nieustannie wypatrywał;" naprawdę mi się podobały i jest tego dużo więcej, ale całościowo nie tworzą emocjonalnej więzi.

 

Jeśli chcesz, kiedyś rozłożę ci te opko zdanie po zdaniu, ale na razie sam walczę ze swoim, a jeszcze wystartował konkurs Fantaści2017, więc jestem zarobiony. Chociaż po długości komentarzy wnioskuję, że Cerleg już to zrobił.

Bardzo ciekawe opowiadanie.

Przeczytałam z przyjemnością.

Owszem, wiadomo, że diabeł kombinuje i coś na pewno pójdzie nie tak [jak się umawiali], ale i tak twist w końcówce mnie zaskoczył. Wiedziałam, że coś się wydarzy, ale nie wiedziałam, co ;)

Ładnie opowiedziana historia, skończona.

Podobało mi się :)

Cerlegu, tak podkreślałeś to “moje zdanie”, a głupi ja zapomniałem. Faktycznie różnimy się podejściem. Ale dajesz do myślenia, więc będę z uwagą wyczekiwał Twoich komentarzy i u siebie, i u innych. A ty spodziewaj się mnie w swoich progach, jak tylko nadrobię trochę zaległości :)

 

Finklo, wiedziałem, że nie zagram na Twoich emocjach ;) Bardziej chodziło mi o to, czy ewentualne wstawki, które można by uznać za emocjonalne, nie przeszkadzały. 

 

Szkapo, na szczęście ze mnie jeszcze młody koń, więc jest jeszcze nadzieja ;) Może pokusisz się o jakieś niekadzenie, skoro już zajrzałeś? :)

 

Darconie, odnotowuję “równowagę stanów letnich”. Jeśli byś miał ochotę się babrać, to byłoby mi bardzo miło. Ale może warto zachować siły na coś innego i nowszego?

I z ciekawości – dlaczego napisałeś, że opowiadanie “nie zbrukało”? Coś sugerowało, że czytelnik powinien być zbrukany?

 

Anet, dziękuję za nominację i komentarz :) Pasuje mi to słowo “skończona”, bo takie jest moje odczucie odnośnie tej historii. 

Aha. Nie, nie przeszkadzały. Wydaje mi się, że w szaleństwie emocjonalnym bohatera jest jakaś logika. Ktoś zniszczył życie jego córce, więc, chce się zemścić. Za wszelką cenę. Nie ma pojęcia, kto to był, więc traktuje wszystkich podejrzliwie. W pierwszej chwili nie chce się zadawać z diabłem, ale nie trafił na stażystę, przeciwnik wie, jak się kusi…

Kupuję to, brzmi racjonalnie. :-)

Babska logika rządzi!

Choć przeczytałam z przyjemnością, mam dziwne wrażenie, że to opowiadanie dość szybko uleci mi z pamięci. Chyba jest coś w tym niewzruszeniu, o którym niektórzy pisali. Mam na myśli to, że przyjemność wynikała głównie z obcowania z fajnie skrojonymi zdaniami i ciekawymi pomysłami – bardzo przypadło mi do gustu to diabelskie tworzenie postaci ze wspomnień – a także naturalnymi i soczystymi dialogami. Ale mimo to, z jakiegoś powodu nie wessało mnie. Emocje? Widziałam je tam, ale z daleka, nie dotknęły mnie. 

Przeglądam tekst i szukam jakiegoś uzasadnienia. Zastanawiam się, czy temperatury tekstu nie podniosłoby większe zaakcentowanie postaci Poli. Mam wrażenie że tutaj jest nie tyle na drugim planie, co wręcz w tle – zgwałcona córka, o której w sumie tylko tyle wiemy, że ją zgwałcili i cierpi. Gdyby była bardziej jakaś, mniej przezroczysta, pewnie i ten gwałt by bardziej wkurzał i uczucia ojca bardziej rezonowałyby w czytelniku. Taki pomysł.

Z drugiej strony nie można wykluczyć, że wina leży po stronie czytelnika – jak nie ma klimatu na wzruszenia, to się nie wzruszy ;)

 

Tak, trauma. Tak, zniszczenie piękna, jakim jest niewinna dziewczyna.

Werweno, dzięki za komentarz :) Kolejna stonowana opinia, więc coś jest na rzeczy. 

Zastanawiam się, czy temperatury tekstu nie podniosłoby większe zaakcentowanie postaci Poli. Mam wrażenie że tutaj jest nie tyle na drugim planie, co wręcz w tle – zgwałcona córka, o której w sumie tylko tyle wiemy, że ją zgwałcili i cierpi. Gdyby była bardziej jakaś, mniej przezroczysta, pewnie i ten gwałt by bardziej wkurzał i uczucia ojca bardziej rezonowałyby w czytelniku. Taki pomysł.

Od początku nie chciałem rozwijać tematu, bo to z jednej strony zbyt ograne, a z drugiej strony – trudne. Dostałbym wysyp komentarzy zarzucających, że epatuję cierpieniem i że “co ja mogę wiedzieć”. Chciałem właśnie napisać historię od strony ojca, który “co on może wiedzieć”; pokazać, że nieszczęścia, tragedie odnoszące się pozornie do pojedynczych osób przenoszą się także na innych i robią z nimi zupełnie co innego. Inna jest bezsilność Poli i inna jest bezsilność Cezarego. 

Co nie znaczy, że droga nie prowadzi tak, jak sugerujesz. Garść szczegółów mogłaby silniej zakorzenić historię w czytelniku. No, ale nie pierwszy raz padam ofiarą przyjętej przez siebie konwencji, która tutaj była taka, że w przedstawieniu zagrają dwaj aktorzy. Nie tylko Pola jest tu tłem, ale też Dariusz Kozik, powód całego zamieszania. 

Na samym początku chciałbym wspomnieć, że cieszę się, że wróciłeś tym opowiadaniem na pole obyczajówki wymieszanej z realizmem magicznym. Lekko i niewymuszenie przychodzi Ci chwytanie rzeczywistości w słowa, co było siłą “Dziewięciu martwych zwierząt” i jest i tego tekstu.

Przeczytałem jednym tchem, bo warsztat igła, a i choć wziąłeś na tapet (pozdrawiam, Reg! ;) wyświechtany temat, to powykręcałeś go w bardzo świeży sposób. Diabeł utrzymujący, że jest dobry, nawet wzbudził we mnie jakiś niepokój, kiedy spod tej maski zaczęły wydobywać się intencje gorsze, niż można by w ogóle oczekiwać. Ocha ma trochę racji, że paktowanie z diabłem kończy się zawsze w ten sam sposób i trudno tutaj o jakieś zaskoczenie, ale fajnie uśpiłeś moją czytelniczą czujność mrzonką o szukającym dobra szatanie i lekki szok i ciut większą satysfakcję udało mi się osiągnąć, gdy paradoksalnie, tekst powrócił na tor zapowiadany od samego początku, od ujawnienia tożsamości Białołęckiego.

Nie mogę jednak nie zgodzić się chociaż częściowo z tym, co pisze Cerleg. Opowiadanie czyta się lekko, bo umiejętności masz i koncepcję wymyśliłeś zacną. Ale przekaz emocji jakoś się rozmywa. To nie jest poziom “Zwierząt”. Mówisz, że dokładnie to chciałeś osiągnąć, ale może warto w tym momencie zrewidować cele? Czułem się traktowany nieco niepoważnie tym podkreślaniem co chwilę jak wielką nienawiścią żyje Cezary. Tym nazywaniem jej wprost. Dramat Poli i tego, co ją dotknęło, też nie wybrzmiewa jakoś zbyt wyraźnie – ale być może dlatego, że przyćmiewa ją świetna kreacja diabła, czyniąc z postaci dziewczyny tylko środek do przekazania innych treści.

Warsztatowo zdań perełek cała masa, jednak pozwól, że nie będę cytować, bo nie wypada cytować pół opowiadania. :p Jedyne, nad czym bym się pochylił, to powtórzenia pewnych zdań, koncepcji – czasem identyczne, a czasem przekręcone. To super, że masz świadomość, które zdania przykuwają uwagę i wykorzystujesz to na przykład pod koniec tekstu, żeby zachwycić czytelnika po raz kolejny, jednak odniosłem wrażenie, że jak na tekst takiej długości, zbyt często stosujesz ten trik. Bo wiesz, zachwycając się zbyt często, z każdym kolejnym razem przyjemność jest coraz mniejsza.

Dzięki, MrB :)

wziąłeś na tapet (pozdrawiam, Reg! ;) wyświechtany temat, to powykręcałeś go w bardzo świeży sposób.

Może spróbuję sił w kuchni freegańskiej. Jeśli jest coś takiego ;)

Cóż, jasne, że to nie poziom “Zwierząt”, bo tamto było kilka razy dłuższe. Ale dzięki za to porównanie, bo pozwala lepiej zrozumieć to “rozmycie emocji”. Tam było więcej “show, don’t tell”, o którym mówił Cerleg. Nie przypominam też sobie tak wyraźnego nazywania emocji jak tutaj. 

Zbyt częsty trik, hmm… Nie wiem, z których powtórzeń miałbym zrezygnować. 

Tutaj już chyba z żadnych, bo skoro to opublikowane opowiadanie, to już raczej zamknięty temat. To raczej taka refleksja na przyszłość, żeby nie sypać za dużo jednej przyprawy, bo może zrobić się mdło.

A jak niektórzy lubią solidnie przyprawione? I weź tu gotuj… :/

Ale bez obaw, to nie jest tak, że pstryk i można sypać “zachwycającymi trikami” z rękawa. Na pewno nie w dłuższym tekście.

Żeby solidnie przyprawić, trzeba różne przyprawy mieszać, a nie sypać soli do porzygu. Ach te kulinarne metafory. :D

Kolejne Twoje opowiadanie, które czytam i znowu jestem pod wrażeniem.

Bardzo lekko napisane, jak już pozostali użytkownicy wspomnieli, nie masz problemów ze sprzedaniem wizji swojego świata. Historia mnie urzekła dzięki mrocznej aurze Diabła Albinosa. Początkowo miałam nadzieję, że głównemu bohaterowi uda się go przechytrzyć niczym panu Twardowskiemu. Jednakże zakończenie byłoby wtedy zbyt przewidywalne, prawda? ;)

Nie wiem czy miałeś przyjemność grać w Wiedźmina 3: Serce z Kamienia? Tam pojawia się podobny motyw z fantastyczną postacią pana Lusterko, która na długo została w mojej pamięci. Myślę, że tak samo będzie z Twoim diabłem.

Jednym słowem – czad :D

Dzięki, Nerisso :)

Grać w Wiedźmina nie miałem przyjemności, bo raczej w nic nie grywam. Chętnie bym to zmienił, by nadrobić braki, ale jest tyle innych ciekawych rzeczy do robienia :D

Szczególnie w taką piękną pogodę jak teraz :D

Ale na chłodny, zimowy wieczór jak znalazł!

Świetny tekst. Jestem zaskoczona, ile mogłeś wyciągnąć z oklepanego przecież pomysłu. Mało tego, dałam się Ci oszukać i przez chwilę uwierzyłam w happy end.

Bardzo podobała mi się klamra.

Język jak zwykle, co tu się będę rozwodzić. Podziwiam i zazdroszczę.

Albert Białołęcki zmieniał mijanych ludzi, zabierając im uśmiechy z twarzy, słowa z ust i błyski z oczu

A takie zdania kradłabym jak szalona. :)

Dzięki, Kam :) Fajnie, że Twoim zdaniem coś wyciągnąłem z oklepanego pomysłu. I wypraszam sobie oszukiwanie – czasem tak wyjdzie, kiedy pisze się nie znając zakończenia. A czasem nie wyjdzie; można się przekonać, czytając coś Kinga. 

Zdań lepiej nie kradnij, ponoć niektórzy potrafią rozpoznać, że to moje ;D

Przeczytałam gładko i z pewnym zaciekawieniem, jednak koniec końców mogłabym się podpisać pod komentarzem Darcona. Tekst jest napisany dobrze, ale mnie nie chwycił. Bohaterowie nie wzbudzili we mnie żadnych emocji, nie poczułam rozpaczy Poli, gniewu Czarka ani skurwysyństwa diabła. Diabeł to diabeł zresztą, nie należało się po nim spodziewać niczego innego.

I w sumie nie wiem, czmu Czarek postanowił “pokazać Poli diabła”. Córka została skrzywdzona, teraz wydawała się wreszcie szczęśliwa… Pewnie koniec końców wyszłoby szydło z worka, ale przynajmniej miałaby szereg dobrych wspomnień (teoretycznie, znaczy, gdyby żyła). Ale może tylko mi się tak wydaje…

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Czarek postanowił pokazać Poli diabła, żeby poznała prawdę, a Albertowi popsuć “ułożone życie”. Tutaj po prostu kłania się stary dylemat, czy lepsza zła prawda czy dobre kłamstwo. 

Szkoda, że nie chwyciło. Ale dzięki za przeczytanie i komentarz :)

Zabieram się od kilku dni do tego komentarza jak pies do jeża. Chyba jednak najlepiej będzie wprost. Nie porwało mnie. Z jednej strony są przeskoki czasowe z kilkuzdaniowym streszczeniem tego, co się zdarzy lub zdarzyło, z drugiej zbyt niezrozumiała jak dla mnie kwestia Poli. Pogubiłam się tu – otrząsnęła się, zaczęła żyć, był w końcu ten ślub czy nie? Z samej końcówki wnioskuję, że jednak nie, że to była tylko iluzja, złudzenie, w którym jej ojciec żył dość długo. Nie bierz tego do siebie – to po prostu mój odbiór i moje zagubienie.

Za to bardzo spodobała mi się kolekcja zdjęć diabła. Aż oczami wyobraźni zobaczyłam całe ściany obwieszone fotografiami i rycinami w ramkach.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki za opinię, Śniąca. Nie porwało to nie porwało, bywa. Fajnie, że przynajmniej kolekcja się spodobała :)

Może i jest trochę wtórnie, ale fajnie opisałeś oszukańczą naturę antybohatera.

Do mnie najbardziej przemówił morał zawarty w opowieści – w niewielu słowach tak naprawdę bardzo wiele mówisz o naturze zemsty i to jest dla mnie główną siłą Albinosa.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Fajny powiew świeżości w wyeksploatowanym temacie. Bardzo spodobała mi się koncepcja diabła-albinosa, robiącego niektóre rzeczy “na odwyrtkę”. Ładnie budujesz jego postać przy pomocy szczegółów.

Tekst porządnie przemyślany i nawet potrafisz zaskoczyć w finale, chociaż niby wiadomo, czego należy po czarcie oczekiwać.

Jestem na TAK, znaczy.

Babska logika rządzi!

Cieszę się, Finklo :) Dzięki za tradycyjne uzasadnienie. 

Lubię, jak mi w tle przy pracy leci tv. Czasem się zawieszę i lecą tam prawdziwe perełki, Dlaczego ja, Trudne sprawy czy inne dzieła kinematografii. Niestety twoje przedstawienie sytuacji, choć jakże piękne językowo i smaczne w formie, skojarzyło mi się właśnie z tymi serialami. Wiadomo, że fantasta nie może pisać tylko o tym, co przeżył, ale w wypadku takich tematów łatwo wszystko pokręcić, zbagatelizować, wynaturzyć, zgubić czy mało przekonująco sobie wyobrazić.

IMO hołubionym przez narrację bohaterem jest diabeł, a reszta to beznamiętni statyści. Do tego diabeł zdaje się szalenie ludzki, o pieczołowicie drobiazgowej i szczegółowej osobowości. Brudnych ludzi nie ma (i dobrze, bo według mnie są uszyci naprawdę grubymi nićmi, w dodatku bez żadnego tła), jest tylko nieskazitelny szatan. Jest tu (jak zwykle :P) odwracanie kota ogonem, antagonizmy tkwią nie na swoich miejscach, dużo pompy i to wszystko tworzy funthesystemowy, znany mi już klimat, którego oryginalność jest fajna (chociaż czasem mam wrażenie, że pisząc siedzisz na czymś bardzo twardym, wyprostowany jak struna :P). Ale treść mnie do siebie nie przekonała, a tematów było tu sporo ważnych, z wręcz szalonym potencjałem (a to niebezpieczne), podobnie dużo możliwości ukazania emocji, które pożarłyby czytelnika, a jednak przeczytałam opowiadanie (literki układały się bardzo przyjemnie), wzruszyłam ramionami i przypomniałam sobie sztuczne łzy aktorek. Statyści i diabeł. Taki tytuł bym dała. Jestem na nie :(

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Dzięki za komentarz, Naz.

Wiadomo, że fantasta nie może pisać tylko o tym, co przeżył, ale w wypadku takich tematów łatwo wszystko pokręcić, zbagatelizować, wynaturzyć, zgubić czy mało przekonująco sobie wyobrazić.

Jeśli to aluzja do opowiadania, to możesz wskazać, którą z rzeczy, których nie przeżyłem, pokręciłem, zbagatelizowałem, wynaturzyłem, zgubiłem czy mało przekonująco sobie wyobraziłem? 

Sprawa gwałtu i psychologia postaci, związana z tym wydarzeniem, nie zostały przeze mnie odebrane jako autentyczne. Raczej jak z powielanej w tym temacie kalki. 

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Zasadniczo o ile kupuję samego diabła, to ni cholery nie łapię jego motywu. Od początku zapowiadał, że Czarkowi po ichniej współpracy przeleje się czar(k)a goryczy, no to się i przelała. Mnie to akurat nie zaskoczyło. Pytanie tylko, co Albert z tego miał? Może powinienem się doszukiwać odpowiedzi w końcowym “chodź!” (”Won do piekła, kurwo wściekła!” – samo się pcha, choć nie pasuje;), ale to zbyt enigmatyczne, by opierać na tym własne rozumienie potrzeb wspomnianych przez diabła. Ale jeśli nie to, to co?

– Pomyśl, przyjacielu. Piłeś ze mną czystą, poznaliśmy się co nieco. Wiesz, czego potrzebuję.

To mi zabrzmiało trochę… ciepło. I nie mam tu na myśli ciepełka bijącego z trzeciego po lewej paleniska w Piekle.^^ Wychodzę jednak z założenia, że nawet jeśli motywacją Alberta była po prostu chęć się zabawienia, to raczej Cezarym, a nie z Cezarym (inna rzecz, że to “chodź” też można podpiąć pod podgrzewaną teorię, i to wcale nie tak znowu na upartego;).

Tak więc pod tym względem mam pewnego maindfaka. Ale nie problem, tak po szczerości, bo moje niezbywalne czytelnicze prawo do interpretacji, a nawet i nadinterpretacji, gwarantuje mi możliwość odsłonięcia wszystkich bramek i wybrania tej, której zawartość najbardziej mi pasuje. Albo nawet, gdy się tak zastanowić, to sam mogę sobie wybrać, co znajdę w danej bramce.

Dobra, dość tych nędznych metafor, przejdźmy dalej. A dalej mamy emocje, ich brak, nadmiar, niestosowność i niezrozumienie; przynajmniej w komentarzach, co do których popełniłem poważny błąd – złamałem kardynalne prawo człowieka myślącego niezależnie i przejrzałem je (niektóre nawet przeczytałem uważnie), przed napisaniem własnego, co czyni moje wypociny nieco skrzywionymi, choć może przez to bogatszymi. Tego się już jednak nie dowiemy. Tak czy inaczej, o ile zarzut o niemożność wczucia się w Czarka bądź jego córkę potrafię zrozumieć – co nie znaczy, że się z nim zgadzam – to jednak bierna wściekłość samego bohatera do mnie trafia w pełni. Przynajmniej ta na początku. Fakt, gość nie ogarnąłby się sam ze swoim problem (o co w sumie ciężko go winić – sam nie wiem, co bym zrobił w podobnej sytuacji. Córki – chyba – nie mam żadnej, ale moje życie i tak jest pełne cudownych kobiet: w rodzinie, Grv i kilka dziewczyn, w których staram się widzieć przyjaciółki. Gdyby którąś spotkało coś podobnego, a ja nie mógłbym nic z tym zrobić – bo i jak? – to pewnie też nie stanowiłbym materiału na opowiadanie; szczególnie na jakieś dobre. Co innego, gdybym wiedział, kto…), ale to nie jest historia gościa, który nic nie zrobił, bo nie dano mu takiej możliwości. To jest opowieść o facecie, który miał okazję sprzedać swoją du-ę (wstawić sobie wedle uznania;) w zamian za zemstę, i który tę okazję wykorzystał. Inna rzecz, że, jak się tak nad tym zastanowić, to jednak zupełnie nie przekonuje mnie Czarek pod względem swoich reakcji i swoistym “brakiem rozwoju”. I nie chodzi nawet o to, że gość pozwala, by wszystko działo się samo. Problemem jest brak jakichkolwiek w ogóle, a stosownych w szczególe, reakcji. No bo popatrz – z początku jest wściekły, pełen nienawiści, rozgoryczony i przybity. Więc chleje, wzdycha i cierpi. Potem jednak wpada mu w ręce szansa, by dokonać zemsty, by dorwać takiejatakiejsyna, co zasadniczo stanowi spełnienie jego marzeń. Za dosyć wygórowaną cenę, to fakt, ale jednak. Powinno go to więc ożywić; jednocześnie nakręcić i uradować, ale też jeszcze podsycić głód nienawiści i wściekłość. To jak z jedzeniem trochę: czasem człowiek “uważa”, tudzież przypuszcza, że jest głodny, ale dopiero kiedy poczuje zapach jakiś smakowy, to naprawdę staje się głodny. Analogicznie – diabeł pachniał najlepszym kebabem w mieście, a Czarek, choć nie jadł nic od dawna, zupełnie na ten zapach nie reaguje (z punktu widzenia biologii, nie psychologii). Po prostu nadal “uważa”, że jest głodny, a nie czuje tego głodu. To chyba, jak dla mnie, największy mankament opowieści i opowiadania w ogóle.

Sama historia mi się podobała. Raz, że po Twojemu świetnie napisana i prowadzona – naprawdę lubię Twój styl – dwa, że zupełnie ładnie zagrała mi na emocjach. Obeszło się bez uwertury na podciąganie nosem i tarcie chusteczką, ale klimat wykreowałeś naprawdę świetny. Lepszy w tym tekście był chyba tylko diabeł. Bo diabeł, proszę Ciebie, żeby być naprawdę zły, musi być diabelnie dobry.

 

Okey, komentarz w co najmniej trzech czwartych swojej obecnej formy przeleżał u mnie dobrze z miesiąc – za co sorry – więc nie daję pisemnej gwarancji, że wypociłem się w nim ze wszystkiego, z czego wypocić się planowałem. Tak więc jeszcze raz, krótko: Literacko – piknie! Fabularnie, choć z pewnymi zgrzytami, też daje radę. To jedna z tych opowieści, które z pewnością warto było poznać. Czy jednak tę opowieść warto poznać z piórkiem? Hmmm…

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Naz, okej, odbiór to sprawa subiektywna. Ale jako osoba po humanistycznych studiach powinnaś wiedzieć, że 1) to, co nazywasz powielaną kalką, nie bierze się znikąd; 2) nie powinnaś oceniać na podstawie tekstu, czy mam rację, pisząc o takich rzeczach tak, jak piszę, bo nie znasz ani mnie, ani wszystkich przypadków dotyczących “takich rzeczy”; 3) nawet jeśli w jakiś sposób te tematy Cię dotyczą, to tragedia nie jest na wyłączność, każdy przypadek wygląda inaczej. Więc proszę nie zarzucaj mi, że cokolwiek pokręciłem, zbagatelizowałem itd. Bo w mojej ocenie zawarłem tu wszystko, co chciałem zawrzeć. Może szukałaś w tym tekście czegoś innego. Może studium zniszczenia ofiary gwałtu, a może czegoś oryginalnego – bo przecież zwyczajny gwałt to klasyk, “Trudne sprawy”, nie? Nie wiem. Nie dałem Ci tego, sorry. 

To, że opowiadanie się nie spodobało, to inna sprawa i moja wina. Tego nie kwestionuję , do wielu osób tekst nie przemówił, więc coś niewątpliwie jest na rzeczy. 

Chyba nie zrozumiałeś. Nie ma zwyczajnych gwałtów (choć są fałszywe oskarżenia). Ale są słabe ich przedstawienia. Nie przemówiłeś do mnie, a oparłeś na tym motywie przynajmniej połowę opowiadania. Diabeł go zgniótł na kwaśne jabłko. Wziąłeś temat “wdzięczny” i… nic. Takie moje wrażenie i, jak zauważyłeś, monopolu na prawdę nie mam, jestem tylko subiektywnym odbiorcą.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Cieniu, dziękuję za tradycyjnie obszerny komentarz. 

Twoje zwrócenie uwagi na końcowe “Chodź” (czy tam “idziemy”) bardzo mnie zaciekawiło, bo nikt nie zwrócił na to uwagi (a przynajmniej nikt nie poinformował). Zgadzam się, że to daje interpretacyjne pole do popisu, fajnie, że Ci się chciało się nad tym pochylić. 

Cieszę się, że historia się jakoś spodobała. 

W kwestii tego “ożywienia się” Czarka – przecież diabeł odbierał dobro. Ale może, o co innego Ci chodzi… Chyba tak, przemyślę to ;D

Dzięki. 

Naz, “zwyczajny” gwałt to oczywiście ironiczne, gorzkie sformułowanie. Chodzi o to, że obecnie z niektórymi tragediami ludzie są tak oswojeni, że widząc potem wspólne cechy różnych tragedii, zestawiają to sobie w stereotypowy obraz i wtedy ich mniej takie tragedie ruszają. No właśnie: mniej ruszają, słabe przedstawienie. To inne sprawy niż “pokręcenie, wynaturzenie” itd. Te zarzuty wydały mi się mocno nie na miejscu, bo odebrałem je jako: “nie, ludzie na pewno by się tak nie zachowali i się tak nie czuli, nie znasz się”. 

Ja chcę czytać o czymś innym niż stereotypach. Ok. 90 % gwałtów to robota partnerów, mężów, znajomych we własnych domach. Ogromnej części się nie zgłasza, nie mówi rodzicom. Chciałabym czytać o psychologii sprawcy, chciałabym czytać o faktycznym poczuciu brudu (tutaj nie ma tego w ogóle), chciałabym czytać o czymś innym niż “słuszny gniew” (ojciec – archetyp siły, córcia biedna, słaba), o tym, że kobieta sobie poradziła, a nawet jeśli o tym wszystkim, o czym nie chcę, to tak, żeby mnie porwało. Sam jesteś sobie winny, że wziąłeś na warsztat taki temat :P

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Hej Funie. Mówiłem, że tu kiedyś wrócę.

 

Już na początku opowiadania wprowadziłeś mnie w paskudny humor, szybko nastawiałem się negatywnie do tekstu. Zirytował mnie ten "nie byle jak" patrzący Cezary.

A później:

Teraz jego oczy się zwęziły, wargi zacisnęły, a dłoń próbowała zmiażdżyć kufel.

Takich zdań, przejaskrawionych, wynaturzonych używałem ja, ale w opowiadaniu Fantaści, w pastiszu, a nie w poważanym opowiadaniu. Gdybyś zastąpił kufel innym słowem, to zdanie idealnie komponuje się w bajce lub baśni. Wiem, że rozpisuję się nad jednym zdanie, ale to takie “faux pas” w obyczajówce.

To nic, gdyż w drugim wypowiadanym przez siebie zdaniu, diabeł mówi, co wie… Wiem, że lubisz mocne wejścia i to było rzeczywiście mocne wejście, poczułem się, jakbyś podszedł i na dzień dobry napluł mi w twarz. Mocne wejście? Mocne!

Dalej też nie jest dobrze, gadki o danych osobowych, adresach, historie, w które Cezary od razu uwierzył, przemyślał i zdecydował – "Nie", praktycznie w jednej chwili. Gdyby gościowi nawymyślał, zwyzywał albo wręcz pobił, uwierzyłbym. To naturalna reakcja po "oczy się zwę­zi­ły, wargi za­ci­snę­ły, a dłoń pró­bo­wa­ła zmiaż­dżyć kufel" – napompowanym do granic możliwości balonie, który po małym dotknięciu pęka! A nie spuszcza z siebie powietrze… Ze mnie też uszło, ten wstęp posadził mi całe opowiadanie.

Cóż, dalej grasz tymi samymi dźwiękami, ostrymi i głośnymi – "zniszczyć, zabić, skurwysyn". I jeszcze dalej (tak, trzecie powtórzenie) idziesz tylko mocniej i głośniej “pryska krew, a kał i mocz wylewa się ze skurwysyna…”

Jednak najbardziej rozczarowała mnie postać Poli, pominiętej i wciśniętej gdzieś, pomiędzy mężczyzn.

 

Czego nie można Ci odebrać, to kilku naprawdę błyskotliwych zdań i wtrąceń. Po ponownej lekturze zmieniłem zdanie na gorsze, ten utwór mi się nie podoba. Komuś innemu nie napisałbym "takiego" drugiego komentarza, ale bycie kumplem zobowiązuje.

 

Po pierwsze dzięki, że wróciłeś. To miłe. 

Po drugie dzięki za szczerość. To przydatne.

Po trzecie przyjmuję Twoją opinię do wiadomości, ale nie mogę się zgodzić z częścią zarzutów. Nie widzę nic złego w zacytowanym przez Ciebie zdaniu. Dla mnie to po prostu “Wkurzył się” wykonane metodą “pokazuj, nie opisuj”. Jeśli ktokolwiek czyta ten komentarz, chętnie poznam jego zdanie. Pamiętam, że Cerleg zarzucał mi bezpośrednie opisywanie emocji, zamiast ich pokazania. W tym zdaniu nie widzę żadnego faux pas. Ale rozumiem, że Ty możesz je widzieć. Pytanie: co chcesz widzieć?

No i tutaj przechodzimy do:

Dalej też nie jest dobrze, gadki o danych osobowych, adresach, historie, w które Cezary od razu uwierzył, przemyślał i zdecydował – "Nie", praktycznie w jednej chwili. Gdyby gościowi nawymyślał, zwyzywał albo wręcz pobił, uwierzyłbym. To naturalna reakcja po "oczy się zwęziły, wargi zacisnęły, a dłoń próbowała zmiażdżyć kufel" – napompowanym do granic możliwości balonie, który po małym dotknięciu pęka! A nie spuszcza z siebie powietrze…

I pytanie: to Twój bohater czy mój? Mój, ale zaprezentowany Tobie, czytelnikowi.

W każdym razie jest to początek opowiadania, o Cezarym nic nie wiadomo, więc na jakiej podstawie oceniasz, że jego reakcja jest nienaturalna? Bo przeciętny człowiek zachowałby się inaczej? Ale przecież ja poprzez tę reakcję go przedstawiam. Nie opisuję też wszystkiego, co dzieje się w jego głowie. A chyba nie ulega wątpliwości, że tego, co się dzieje w głowie, nie da się do końca zracjonalizować. 

ten wstęp posadził mi całe opowiadanie.

To akurat informacja, która dla mnie wiele wnosi, bo właśnie w początku doszukuję się głównej wady opowiadania. Po prostu jest tam coś takiego, co sprawia, że czytelnik się najeża i już przeczuwa, że będzie na nie – trochę tak jakby wszystkie instrumenty grały, ale rozjechały się, każdy grałby w innym czasie i już nie mogłyby się z powrotem zjechać. Może faktycznie za mocne wejście, nie dość wyrafinowane. 

Cóż, dalej grasz tymi samymi dźwiękami, ostrymi i głośnymi – "zniszczyć, zabić, skurwysyn". I jeszcze dalej (tak, trzecie powtórzenie) idziesz tylko mocniej i głośniej “pryska krew, a kał i mocz wylewa się ze skurwysyna…”

To są słowa bohaterów. Zresztą, czego oczekiwałeś po tytule? Ballady o kwiatuszkach?

Jednak najbardziej rozczarowała mnie postać Poli, pominiętej i wciśniętej gdzieś, pomiędzy mężczyzn.

Kolejny zarzut, że opowiadanie było o tym, o czym ja chciałem, a nie o tym, o czym chciał czytelnik. Już się przed tym broniłem (patrz komentarze, patrz tytuł), więc pozostaje mi przyjąć do wiadomości, że poczułeś się rozczarowany. Choć jak dla mnie rozczarowanie wymaga złożenia wcześniej obietnicy – w którym miejscu mówiłem, że będzie coś więcej o Poli? Wszystko – tytuł, pierwsze zdanie, ostatnie zdanie, to, co pomiędzy – wskazuje na to, że bohaterów pierwszoplanowych jest dwóch. A drugoplanowych nie ma, nikt inny tak naprawdę nie wchodzi na scenę. 

Nie zrozum mnie źle, cenię sobie, gdy czytelnik opisze swoje odczucia. Ale najbardziej sobie cenię, gdy czytelnik rozumie, co chciałem tekstem osiągnąć, i wskaże mi, dlaczego mi się to udało/nie udało. Nie chciałem pisać o Poli, więcej: z rozmysłem to pominąłem. Chciałem zrobić mocne wejście. Chciałem grać na ostrych dźwiękach. Szukam odpowiedzi na pytanie: czemu to nie zagrało? 

To już tylko w dwóch zdaniach.

1.Twoi bohaterowie są zbyt bezpośredni na wejściu, człowiek odbiera to często jak arogancję, bezczelność, narcyzm czy egocentryzm.

2.Opowiadanie bez Poli, to jak rozprawa rozwodowa i ustalanie praw rodzicielskich bez zapytania o zdanie dzieci.

Na plus zdecydowanie postacie i sposób napisania. Dialog o diable albinosie również mi się spodobał. Z drugiej strony sam motyw umowy z diabłem jak dla zbyt klasyczny, zabrakło mi jakiegoś pomysłu, czegoś bardziej oryginalnego. Zakończenie w porządku, ale chyba nie zapamiętam tego tekstu na dłużej.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Darconie, z pierwszym się mogę zgodzić, drugie jest dla mnie zupełnie bez sensu. Chciałem napisać o czymś innym niż o ofierze gwałtu. To nie powieść, tylko krótkie opowiadanie i skupiłem się na konkretnych rzeczach. Równie dobrze można by się czepiać, że nie ma ani słowa o matce Poli. Autor ustala, o czym jest tekst, nie czytelnik. 

 

Dziadku, cieszę się, że dostrzegłeś jakieś pozytywy i rozumiem, że tekst się jakoś szczególnie nie wyróżnia. Dzięki za wizytę. 

Może i masz rację z matką, ale nie znając bohatera, nie mogę się z nim w żaden sposób identyfikować, co pozbawia mnie empatii, w ogóle uczuć względem niego, a co za tym idzie, nie wzbudza zainteresowania osobami trzecimi, zaangażowanymi w tej sprawie, tutaj Cezarym i Diabłem.

Troszkę sporo w tobie frustracji, Funie :P Wiem, że obrona tekstu jest tak trudna jak Obrona Sokratesa, ale żeby się aż tak spinać… No ale wolność, Tomku, w swoim domku.

 

To akurat informacja, która dla mnie wiele wnosi, bo właśnie w początku doszukuję się głównej wady opowiadania. Po prostu jest tam coś takiego, co sprawia, że czytelnik się najeża i już przeczuwa, że będzie na nie – trochę tak jakby wszystkie instrumenty grały, ale rozjechały się, każdy grałby w innym czasie i już nie mogłyby się z powrotem zjechać. Może faktycznie za mocne wejście, nie dość wyrafinowane. 

 

Dla mnie początek był dobry. Nie najeżyłam się. Złe pojawiło się później. 

 

I pytanie: to Twój bohater czy mój? Mój, ale zaprezentowany Tobie, czytelnikowi.

 

A więc, drogi odbiorco, wypchaj się, oględnie mówiąc… ;>

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Skoro frustracją nazywasz to, że nie podchodzę do krytyki bezkrytycznie… Nie po to publikuję na portalu, żeby czytać cudze opinie i bezmyślnie przytakiwać, ale żeby podyskutować. A jak pisze Zwierzchowski we wstępie do Zajdlowej antologii, dobrze się kłócić (spinać) o literaturę. 

Nie czuję się sfrustrowany. Czułem się taki przed publikacją “Jelenia”.

Ale przyjmuję Twoją krytykę mojego podejścia do krytyki tego tekstu :P Po to też publikuję, żeby się z krytyką oswoić. 

A więc, drogi odbiorco, wypchaj się, oględnie mówiąc… ;>

Nie. Nie zrozumiałaś. 

O ile dobrze zrozumiałam komentarze, wydaje mi się, że problem polega na tym, że Fun napisał opowiadanie o x, a Naz chciałaby, żeby było o y.

 

Tak, Anet :) Taki miał być wydźwięk mojej 'obrony'. Może moja wina, że niektórzy tego nie zrozumieli – znak, że muszę się nauczyć lepiej pisać komentarze.

Pozostaje tylko pewne ryzyko, że jak zaczniesz pisać komentarze “lepiej”, to mogą nie zrozumieć ci, którzy rozumieją te pisane “gorzej” ;)

Trochę inaczej, Anet (bo to generalizacja, a generalizacje IMO zafałszowują fakty), Fun napisał opowiadanie i w odczuciu Naz posłużył się wdzięcznym tematem jako marionetką, i to sklejoną z pierwszych stron brukowców, a Naz chciałaby od obyczajowych historii nieco więcej. 

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Tematem jest nienawiść bliskich ofiary i zemsta. Nie czytam brukowców, więc chętnie się dowiem, czy coś takiego rzeczywiście ląduje na pierwszych stronach.

Hmmm… W moim odczuciu ten “wdzięczny temat” ma stanowić tylko tło/wstęp/przyczynę akcji właściwej, a nie samą akcję, pewnie stąd to niezrozumienie.

 

Ja w sumie nie do końca rozumiem o co chodzi w tej dyskusji. Przecież w opowiadaniu nie ma niczego, co mogłoby ofiarom gwałtu uwłaczać. Jedni sobie radzą lepiej inni gorzej z tą tragedią. Podczas lektury sama w pierwszej chwili miałam wątpliwości, czy powinno się pisać o pewnych rzeczach, których się nie zna i nie wie i znacząco upraszczać przeżycia ofiary, ale to opowiadanie nie jest o niej, tylko o jej ojcu i jego nienawiści do gwałciciela. To akurat widać. Moim zdaniem, w ciekawy sposób ukazuje, że podobnie jak każda inna zbrodnia, gwałt oddziałuje nie tylko bezpośrednio na ofiarę, ale także na osoby w jej otoczeniu. Diabeł zwinnie to wykorzystuje.

Nie wiem, gdzie tutaj brak wiarygodności i brukowcowa kalka. Opowiadanie nie wchodzi głęboko w psychikę dziewczyny, bo nie takie ma zadanie, ale też nie robi nic krzywdzącego. 

Mnie to trochę przypomina sytuacje związane z produkcjami filmowymi, jak na przykład “13 reasons why”, albo “To the bone” – poruszają trudne tematy chorób psychicznych i mimo, że tworzyły je osoby, które same przez te choroby przeszły, nadal znajduje się gro ludzi, którzy przeszli je inaczej i zarzucają uproszczenia: bo to nie tak było, bo to zbyt uproszczone, to tak nie działa. Trudno jest opowiedzieć o czymś tak, by pasowało wszystkim, a jeśli dodatkowo nie można być potencjalnie “ofiarą” tego, o czym się pisze, to już lepiej w ogóle nie ruszać klawiatury? Bez sensu.

EDIT:

To już kolejne opowiadanie, które przeczytałam, a nie zostawiłam komentarza. Nie pamiętam dlaczego, bo wystawiłam ocenę. Mnie się ogólnie podobało. Temat wybrałeś sobie trudny, ale napisałeś zgrabnie. Jak napisałam: w pierwszej chwili uderzyło mnie, że pojawia się tematyka gwałtu wyrażona przez kogoś, kto najprawdopodobniej nie ma podobnego doświadczenia. Jak wynika z komentarza przed Editem, ja znam takie osoby więc zawsze podchodzę do tego bardzo ostrożnie. Ostatecznie jednak, koncentrujesz się na tym jak ta zbrodnia wpłynęła na ojca dziewczyny. Nie zgadzam się, że to błąd. Każde morderstwo, samobójstwo, każda depresja i anoreksja i każdy gwałt (o ile ofiara o nim opowie) wpływa na całe najbliższe otoczenie danej osoby. Ja uważam, że warto o tym pisać. Nie zgadzam się, że diabeł ludzki i sympatyczny. Wydaje się takim dopóki nie okazuje się, że jest potworem, którym być powinien – to akurat wprawne wykonanie ze strony autora, który utrzymał tajemnicę do samego końca.  Dla mnie twist na koniec był satysfakcjonujący. Dałam 5 gwiazdek, bo mimo wszystko opowiadanie nie wydało mi się aż tak niezwykłe, by postawić 6. Czegoś tu zwyczajnie brakuje, ale nie sądzę by były to emocje Poli. A może?

Moje zdanie na temat tego tekstu zostało już uwiecznione w opowiadaniu Darcona – wiadomo, że jest bardzo pozytywne i raczej się to nie zmieni. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na dwie rzeczy, które nasunęły mi się po lekturze ostatnich komentarzy.

Po pierwsze, za bardzo istotne dla odbioru tekstu uważam pierwsze i ostatnie zdanie. Nie traktuję opowiadania jako fabuły obyczajowej, ale jako rodzaj pastiszu formalnego, nawiązującego do średniowiecznego moralitetu, formuły commedie dell’arte, czy koncepcji teatru życia. Stąd pewne przerysowanie postaci i uproszczenie ich psychologii jest dla mnie zupełnie naturalne. Ostateczna wolta i weryfikacja podziału dobro/zło tylko na takim początkowym uproszczeniu zyskuje. Co więcej – to jest opowieść o kuszeniu i jako taka przedstawia dwóch bohaterów – Kuszonego i Kusiciela. Ich relacja ma charakter tak prywatny, intymny i zarazem egoistyczny, że aż ociera się o solipsyzm – tu nie ma miejsca na podmiotowość innych bohaterów. Podobnie jak w “Fauście” – Małgorzata musi pozostawać postacią drugoplanową.

Po drugie – nie mogę się oprzeć wrażeniu, że na ocenę opowiadania wyraźnie rzutują oczekiwania wobec jego autora. Gdyby tekst wyszedł spod klawiatury debiutanta, chyba byłby oceniany mniej surowo. Co w gruncie rzeczy ma swój sens, pod warunkiem, że jest przez krytykujących uświadamiane.

Cóż, zgadzam się z Anet, że to taka dyskusja o X i Y. Ja opowiadanie Funa widzę jako Sin City w kinematografii, a niestety nie lubię takiego kina. Mam na myśli formę, nie treść.

Ech, nie mogę zgodzić się na insynuacje, że opowiadanie nie jest ocenione obiektywnie przez nick obecny przy nim. Mnie nie obchodzi autor, tylko tekst. Czasem nawiązuję do innych jego tekstów, żeby wiedział, że go czytam, pamiętam i mam zdanie o całości. I nie lubię pewnych zagrywek fabularnych. Ponieważ ich nie lubię, zwracam na nie uwagę, lecz naprawdę to nie znaczy, że nie widzę zamysłu ani zalet. Wątki filozoficzne nie zmienią mojego braku satysfakcji z lektury. Nie jestem w tym osamotniona (komentarze Darcona IMO w punkt), więc jak to zwykle, są zadowoleni i nie. Ale fajnie, że dyskusja sprowokowała twój komentarz, coboldzie, bo poza ostatnim akapitem jest z pewnością cenny dla tekstu.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Oj tam, od razu insynuacje… Raczej refleksja, zwrócona również do siebie samego. Autor buduje swoją markę i staje się ona częścią jego tekstów, nie ma czegoś takiego, jak tekst (nieanonimowy i niedebiutancki) sam w sobie. Ja akurat odebrałem pewne elementy tego opowiadania, jako pokłosie uwag dotyczących niejasnej fabuły i niedopowiedzeń we wcześniejszych tekstach Funa. Sam mam z tym problem, poszukuję złotego środka i wydawało mi się, że Fun był tym razem bliski optymalnego rozwiązania. Ale okazuje się, że inni czytelnicy nie podzielają tej opinii. 

Być może znowu napiszę o jedno zdanie za dużo, ale zastanawiam się nad tym, czy jednak czytelnicy nie przyzwyczajają się do pewnego stylu autora, nawet jeśli go krytykują. 

Hm, nie wiem, w wypadku Funa teksty potrafią diametralnie się różnić, nawet jeśli są pewne cechy wspólne. Całkiem luźno i lekko abstrahując: myślisz, że jak np. przyzwyczaję się, że Fun pewne rzeczy przedstawia mocno zarysowane, a potem dostanę jego tekst bez takiego zabiegu, to będzie szok i kręcenie nosem, bo człowiek ma skłonność do przyzwyczajeń?

(Fun, wiem że tu jesteś, nieco głupio w trzeciej osobie pisać, ale trudno inaczej)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Nie mniej luźno i oczywiście całkowicie abstrahując: nie wykluczam, że zarówno Ty, jak i ja, możemy tak czasem robić. Choć akurat “szok” to zbyt mocne w tej sytuacji słowo.

To proste i jednocześnie skomplikowane pytanie, Coboldzie. Albo po Twoim, albo pod jakimś opowiadaniem Funa poddałem w wątpliwość pojęcie “stylu autora”, ale zostałem rozjechany. Nadal wierzę, że nie ma czegoś takiego, bo inaczej, czyżbym potrafił rozpoznać/zgadnąć (w pewnej części) jak i co napisze autor? Styl trylogii, czy całej serii opowiadań, to i owszem, oczywiście, że chciałbym zachowany. Ale styl autora? Jak coś czytam nawet na moment nie chcę, aby przyszło mi do głowy, kto to napisał, autor ma być niewidzialny, bezpłciowy, bezosobowy, nie ma go być w ogóle. Ma być tylko historia, którą czytam.

Bo to nie jest żadna reguła, są autorzy z bardziej wyraźnym stylem, są bezstylowi i są kameleony. Są również czytelnicy mniej i bardziej wyczuleni na styl. Nie zgadzam się natomiast z tym, że przeźroczystość stylu jest wartością zawsze pożądaną. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że im krótsza forma, tym stylowość jest ważniejsza.

poddałem w wątpliwość pojęcie “stylu autora”, ale zostałem rozjechany. Nadal wierzę, że nie ma czegoś takiego

Szkoda, że nie było cię tu w czasie konkursu śniącej Czarno-biały świat. Użytkownicy z powodzeniem zgadywali, czyje są anonimowe opowiadania.

Odkąd włożyliście mnie w ten znamienity organ, jakim jest Loża, dziesięć razy wałkuję swoje za i przeciw po przeczytaniu tekstu, najchętniej zapominając o nicku i nigdy nie czytając komentarzy. Potem dopiero czytam i klecę swój, nierzadko wplatając w to spojrzenie na sprawy związane już z autorem, a nie tylko z tekstem. Dla pomocy pielęgnuję swój chorobliwy formalizm i idealizm. Ale jeśli chodzi o sam tekst, mam swoje gusta, swoją skalę, swój margines, swoje zdanie. Bronię ich tak jak i Fun nie daje sobie odebrać swoich racji. I bardzo lubię, jak powstają dyskusje na temat odmiennych opinii, a już zwłaszcza, jak autorowi chce się bronić tekstu. Waleczna osobowość to skarb. Dlatego zresztą trochę podpuściłam Funa, analizując jego komentarz do Darcona. Bo Fun nie jest jeszcze zmanierowany przez pewne etykiety portalowe i takie dźganie go w bok ma sens :P

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Jestem, jestem :) Cieszy mnie dyskusja, sam dołączę później, z kompa.

Kam, ten wątek chyba najlepiej zobrazuje tamtą sytuację. ;)

 

Co do stylu, zgodzę się z Coboldem jeśli chodzi o długość tekstu. Do tego osobiście nie przepadam za sterylnymi, ultrapoprawnymi opowiadaniami, bo to zaczyna zakrawać o reportaż.

Znam tamten wątek i konkurs. Nie do końca było tak, że ludzie rozpoznawali styl, bawiono się w detektywów, kto jakie teksty komentuje, a kto nie, czyli pewnie ten jest jego. Więc ze stylem autora w czarno-białym konkursie byłbym ostrożny. W niejednym pojedynku drabbla była niejedna pomyłka, kto, co napisał.

Zaryzykowałbym stwierdzenie, że im krótsza forma, tym stylowość jest ważniejsza.

Ech, znowu się nie zgodzę. Nie lubię ekshibicjonizmu, podkreślania “to ja”. “Ty” mnie mało interesujesz, bardziej to, co masz do powiedzenia (a nie jak).

W niejednym pojedynku drabbla była niejedna pomyłka, kto, co napisał.

Nie porównywałabym stu słów do całego opowiadania.

Ooo, przybiegłam jeszcze, bo znalazłam coś fajnego u Virginii Woolf, co idealnie oddaje moje zdanie o tym opowiadaniu. I być może da dłuższą żywotność dyskusji :P Poskracałam cytat, jak się dało:

 

Jest rzeczą niesamowitą, że jakakolwiek książka (…) żyje przez okres dłuższy niż rok lub dwa (…) A jednak, od czasu do czasu, udaje im się przetrwać (…) To, co utrzymuje je w całości (…) to cecha, którą nazywamy uczciwością, choć nie ma ona nic wspólnego z płaceniem rachunków lub honorowym zachowaniem w trudnych chwilach. To, co nazywam uczciwością w przypadku powieściopisarza, to przekonanie, które daje on czytelnikowi, że to właśnie jest prawda. Tak, czujemy, nigdy by mi nie przyszło na myśl, że tak może być; nigdy nie widziałem ludzi postępujących w ten sposób. A jednak przekonałeś mnie, tak właśnie jest, tak się czasem zdarza.

Czytając, oglądamy więc każde zdanie, każdą scenę pod światło, (…) w którym ocenić można uczciwość lub nieuczciwość powieściopisarza. (…) Kiedy go tak naświetlimy, możemy zobaczyć, jak nagle powraca do życia i ogarnia nas nagły zachwyt i chęć, by zakrzyknąć: „Ależ to właśnie jest to, co zawsze czułem, zawsze wiedziałem, to, czego zawsze pragnąłem!" I aż w nas kipi ze wzruszenia i przejęcia, i zamykamy książkę z szacunkiem, jakby była czymś niezwykle cennym, czymś trwałym i solidnym (…). Jeśli jednak te biedne zdania, które sprawdzamy pod światło, wzniecają w nas, co prawda z początku, szybki i chętny odzew jaskrawością swych barw i gwałtownością gestów, to potem zatrzymują się, jakby coś powstrzymywało ich rozwój; lub jeśli pod światło widać jedynie niewyraźną kreskę w jednym rogu, a plamkę czy kleksa w drugim, jeśli nie pojawia się w całości żaden kształt, wówczas wzdychamy zawiedzeni i mówimy sobie – no cóż, jeszcze jedna porażka. Gdzieś po drodze tej powieści stała się krzywda.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Rosabelle, dzięki za komentarz i zrozumienie. Wszystko, co napisałaś w komentarzu, chciałem zawrzeć w swojej odpowiedzi na krytykę. Wyszło, jak wyszło. 

 

Coboldzie, trafne obserwacje. Sam myślałem o tym w podobny sposób, choć nie do końca słowami, a raczej podświadomie. Nie każde opowiadanie powinno być oceniane pod tym samym kątem, jak np. głęboki rys psychologiczny postaci. Ale każde jest oceniane pod kątem podobało się/nie podobało i to nie ulega wątpliwości. 

 

Co do odbioru tekstu w zależności od nicku/nazwiska autora. Zawsze to jakoś wpływa na odbiór, tak jak wpływa samopoczucie, ciśnienie i milion innych czynników. Skoro Naz stara się dystansować całą otoczkę i skupiać się na tekście – chwała jej za to. To uczciwe podejście. Sam nie do końca tak potrafię i nie do końca chcę. Należę do tych, których interesuje też autor (bo to człowiek, a ludzie mnie interesują). 

 

Darconie, tak, była dyskusja o stylu i przyznaję, że nie spotkałem się nigdy z poglądem podobnym do Twojego. (Niewykluczone, że w dupie byłem i gówno widziałem ;)). Ale jak dla mnie nie ulega wątpliwości, że jest coś takiego jak styl. U niektórych bardziej wyrazisty, a u niektórych mniej. A przydaje się on między innymi po to, żeby czytelnika “kupić”. Chętniej sięgnę po autora, którego sposób pisania mi odpowiada, niż po takiego, który mnie irytuje. Dzięki temu, że są “znane nazwiska”, nie trzeba błądzić w doborze lektur i można stawiać na sprawdzone konie. 

Twierdzisz, że tacy autorzy, jak King, Pratchett, Sapkowski, Lovecraft, nie posiadają własnego stylu? Że nie rozróżniłbyś czyj tekst jest czyj, gdybyś dostał po jednej stronie z książek tych czterech panów? I nie chodzi tu o to, że u jednego pojawi się imię Geralt, a u innego macki. 

 

Naz, ciekawy cytat. Ale chyba rozumiem, co sądzisz o opowiadaniu. Po prostu ja mam inne podejście do literatury i zazwyczaj daję wiarę autorowi, że tak mogłoby być, i nie uznaję, że ja wiem lepiej. Bo czemu miałbym nie wierzyć, że “tak właśnie jest, tak czasem się zdarza”?

Hej, Funie. Twierdzę, że Pratchett nadał styl swoim powieściom, nadał im swój klimat, ale z łatwością napisałby tekst, w którym nikt by go nie rozpoznał, gdyby tylko chciał.

Bardzo ciekawa dyskusja i bardzo się cieszę, że Fun podjął się obrony. Z mojego komentarza nt. opowiadania chyba można wywnioskować, że samym tekstem zachwycona nie byłam, w dyskusji jednak muszę stanąć po stronie Autora. Rosebelle ponownie napisała wszystko jak trzeba, nie ma co dodawać. Popieram jej opinię całkowicie.

No a co w sytuacji, jak ktoś stworzy styl do wszystkich swoich tekstów? To wciąż nie będzie jego styl, bo może z niego zrezygnować albo ktoś może go podrobić? 

 

Edyta: dziękuję, Ocho. 

A tutaj z kolei byłam na TAK. Masz tu ciekawy tytuł, piękny styl i kompletną fabułę, i o ile te dwa pierwsze to u ciebie standard, o tyle trzecie jest rzadkością :D Wprawdzie wciąż uważam, że “Dziewięć martwych zwierząt” to twój najlepszy tekst, ale doceniam, że wreszcie nie zostawiłeś mnie z niedosytem. Można by powiedzieć, że “Diabeł…” to dla mnie mocna 5 – tekst pod wieloma względami bardzo dobry, ale pod żadnym wybitny. I może lekko chaotyczny ze względu na przeskoki, ale nie przeszkadzało mi to specjalnie w lekturze. I właściwie lubię, kiedy takie właśnie teksty pojawiają się na portalu, bo te wybitne powinniście oszczędzać na druk ;)

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Odpowiem przykładem, Steven Erikson zaczynał swoją pisarską drogę pod prawdziwym nazwiskiem – Lundin, obyczajówką itp. Gdy napisał monumentalną, mroczną i ciężką w odbiorze Malazańską Księgę Poległych, wydawcy kazali przyjąć mu pseudonim, żeby nikt nie wiązał go z wydanymi wcześniej powieściami. Styl może mieć piłkarz, gitarzysta, bo to w dużej mierze geny, talent, fizyka ciała. Ale umysł ludzki nie ma stylu.

Dzięki, Tenszo, miło mi. 

Na razie mój mózg oszczędza te wybitne na przyszłość ;)

Darconie, chyba się nie zgodzimy. Styl nie jest czymś wrodzonym. On się kształtuje przez lata. Styl funkcjonuje nawet w mowie – przecież każdy ma jakieś powiedzonka, powtarza błędy, charakterystycznie intonuje. Tak samo w pisaniu. Albo masz jakąś dziwną definicję “stylu”, albo po prostu tego nie widzisz. Bo, jak już Cobold pisał, z tym jest różnie. Niektórzy są bardziej wyczuleni, inni mniej. I naprawdę, Czarno-biały konkurs był świetnym przykładem i to nie było do końca tak, że się dedukowało na podstawie komentarzy. Cobold był jednym z pierwszych czytelników mojego tekstu i mnie rozpoznał. Mytrixowi kiedyś zwierzyłem się z pewnej maniery (części stylu), dostrzegł ją w opku i też rozpoznał. 

Zgodzę się z Funem. Maniery, ulubione zwroty i konstrukcje… Mnie Fun rozpoznaje między innymi po pytajnikach i wykrzyknikach w tekście. :-) Wcześniej sobie w ogóle nie uświadamiałam, że tak dużo ich używam.

Babska logika rządzi!

Gratuluję Funie, szczerze oczywiście :) Mimo, że opinii nie zmieniam ;)

Dziwne by było jakbyś nagle zmienił ;)

Dzięki :)

Wchodzę i witam się na pożegnanie z tekstem!

 

Warsztatowo poezja. Lepiej niż część rzeczy, które ukazują się drukiem – ale to wiesz.

Wstęp i początek rozwinięcia bardzo dobre; wciągające. Rozwinięcie dobre. Zakończenie też dobre.

Choć sam diabeł kreował się na diabla wielce nieprzeciętnego, innego od innych, to nie oszukujmy się, okazał się diabłem zwykłym. Lecz to nie w jego diabelskiej naturze czy odmienności siła leży, lecz w jego technikach, metodach działania – te ma niebywałe, majstersztykowe.

Czemu najpierw bardzo dobrze (wstęp) a potem dobrze? Odniosłem wrażenie, że na początku pokazujesz emocje. Później zaś zapomniałeś o zasadzie "nie opisuj tylko pokazuj". O ile racji mogę nie mieć o tyle tekst niósł ze sobą, żeby nie skłamać, troszeczkę (ociupińkę?) więcej potencjału. Poniekąd z lektury jestem kontent i drobne są to niuanse.

Operujesz bogatym językiem, żywymi dialogami (z didaskaliami na poziomie expert).

Zaplusowała też jako mini smaczek klamerka. Nazwisko bohatera "Zwada" w udany sposób zwodzi na począku czytelnika, by ten myślał, że to jakiś moczymorda szukający bezsensownego rozlewu przemocy a tu Zonk, a Zonk na drugie ma (jak się okazuje) gwałt.

Wracając do diabła, da się wyczuć, że on coś kręci. Sam sobie zresztą przeczy: (wybacz jeśli przekręce cytaty bo piszę je z głowy, w pracy jestem i z telefonu operuję) "Takich jak ja jest tylko jeden" VS "czarci bracia(…) szuka dobra i albinos" – to w końcu jeden czy nie jeden(?), no ba, że to diabeł i w maliny wpuszcza. Lub w malinówkę. Lub w wódkę. Wypili.

Byłbym zapomniał, o motywie bardzo na poziomie: że chciał człowieka zniszczyć, nie tak zwyczajnie zabić, ale najpierw musiał mieć co zniszczyć. To już wyższa sztuka zemsty :-) To cieszy i raduje.

Chyba tyle ode mnie, dzięki, jak zwykle, za dobrą lekturę.

 

Wychodzę i żegnam się, pozdrawiam, na przywitanie Twojej odpowiedzi!

* + Wiktor 1.07.2016 "A kiedy przyjdzie nam się spotkać to poznamy się po oczach."

Mytrixie, zdradź sekret – jak zrobić nowe akapity pisząc z telefonu? :o

Akapity – w ostrych nawiasach p i /p

Pogrubienie – w ostrych nawiasach b i /b Podkreślenie – w ostrych nawiasach u i /u Czerwony – w ostrych nawiasach font color=red i /font color

* + Wiktor 1.07.2016 "A kiedy przyjdzie nam się spotkać to poznamy się po oczach."

jest więcej to formatowanie textu w html, większość działa tylko pomiędzy p i /p

em (to kursywa)

sub sup

s

mark

del

u

b

font color=brown

code

* + Wiktor 1.07.2016 "A kiedy przyjdzie nam się spotkać to poznamy się po oczach."

Dzięki za opinię, Mytrixie, fajnie, że wróciłeś i zajrzałeś :)

Nie ma za co :-)

* + Wiktor 1.07.2016 "A kiedy przyjdzie nam się spotkać to poznamy się po oczach."

Przybywam i ja, powoli nadrabiając zaległości. Cóż, gdybym zajrzał do pierwszych akapitów kiedy wstawiałeś ten tekst, pewnie mój komentarz byłby jednym z pierwszych. Wciąga.

Opowiadanie jest specyficzne – jak to u Ciebie ukazuje przede wszystkim człowieka i różne jego oblicza. Obydwie kreacje (Cezary i Albert) interesujące, w obydwu dobro i zło walczą ze sobą, z tą różnicą, że ten pierwszy działa pod wpływem emocji i dopiero poznaje siebie, za to diabeł – jak to diabeł – pragmatyk. Pokazuje to oblicze, które chce w danem chwili i na koniec wygrywa…

W sumie wyszło dość przewidywalnie, za to styl, z jakim poprowadziłeś całą tę historię, wiarygodny, na swój sposób urzekający. Jakbym miał podsumować opowiadanie jednym słowem, użyłbym chyba – “Ironia”…

Trochę brakowało mi scen z “niszczeniem” gwałciciela, ale to pewnie dlatego, że Count lubi takie okropieństwa, widać jest spragniony “mocnych wrażeń” XD W rzeczywistości, chyba nie były potrzebne, rozmywałyby tylko przekaz.

Momentami było też zabawnie. Chociażby jak diabeł zaprasza Cezarego do siebie, ze słowami: “Gość w dom, Bóg w dom”. Dobre :D

Warsztatowo super, przez tekst się płynie i jedyne do czego mógłbym się przyczepić (nie ukrywam, że trochę na siłę), to zwrot “va banque”. W książkach, które ja czytałem, takie obcojęzyczne wtrącenia zapisuje się raczej kursywą :P

 

Tyle ode mnie. Dobry, dojrzały tekst, piórko też zasłużone w mej opinii. Nie ma może porywającej akcji i fabuły rzucającej na kolana, czepiać się tego mógłby chyba tylko ktoś oczekujący, że oglądają komedię będzie się bał. Nie o to chodziło, zaś założenia zrealizowałeś naprawdę dobrze, Fun.

 

Trzym się ciepło.

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Mam nadzieję, że się Finklo i Funie nie obrazicie, ale po przemyśleniu, ten “styl Autora”, o którym mówicie, zauważam i jest on dla mnie pewnego rodzaju… Ułomnością. Jak powiedzonko “co nie?” albo specyficzne seplenienie u dziecka, zamiast prawidłowej wymowy. I faktycznie, wiele opowiadań na portalu ma swoje charakterystyczne cechy Autora. U Cobolda (i dwóch, trzech innych osób) tego własnego stylu nie widzę.

Ja tam się nie obrażę. Ale swój styl chyba mam.

Babska logika rządzi!

Dzięki za wizytę, Count ;) Cieszę się, że do Ciebie trafiło. 

Z tym va banque chyba masz rację. 

 

Darconie, ja również się nie obrażę. I mnie także wydaje się, że swój styl posiadam. Czytam też książki, których autorzy swój styl mają. Do czego więc zmierzasz z nazywaniem tego “ułomnością”? Wolałbyś, żeby żaden pisarz nie miał stylu?

Nie, chyba nie. Pewnie dlatego, że “wyłapuję” drobne błędy, które zatrzymują mnie w trakcie czytania i wtedy zwracam na to uwagę, w głowie pojawia się myśl, że to kolejny raz itd…

Coś w tym jest. Mam tak w przypadku jednego autora, który notorycznie zapomina oddzielać wołacze przecinkami… ;) To rzeczywiście trąci literackim seplenieniem :D

Już komuś, gdzieś tu pisałem, bardzo dobrze wychodzi mi krytyka innych, gorzej z własnym wykonaniem.

No to powodzenia w walce ze swoim stylem ;)

Bardzo dobre. Są zwroty i zaskoczenia, są ładne sceny i fajne przejścia. Odpowiadanie jest odpowiednio brudne i ponure. Diabeł porządnie zły i prawdziwie podły. Zdania przez niemal cały tekst płyną zgrabnie i pozwalają się wczuć w klimat i fabułę. O warsztacie napisano już wiele dobrego, ja tylko się pod tym podpiszę.

W jednym tylko miejscu zamiast wygładzonego i lekarskiego “mocz i kał” dałbym np. wulgarne i mocne “​szczyny i gówno”​. To by mi bardziej pasowało do całego tego brudu i diabła. Skoro przeszedł skurwysyn to i gówno byłoby na miejscu.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dziękuję, Mr.marasie, miło mi. 

“Szczyny i gówno”, powiadasz? “Gówno” też by jakoś pasowało, ale te “szczyny” zgrzytają, bo kojarza mi się raczej z mokrą plamą pod murem. Ale ciekawa uwaga, szczególnie że komuś przeszkadzały takie mocne określenia. Dzięki. 

Opowiadanie mi się podobało. Rzadko czytam coś elektronicznego, a tu od początku do końca trzymało napięcie. Przypominało mi stare dobre książki Jakuba Małeckiego. Z jednej strony prostota prozy życia, z drugiej mistycyzm, który nie tyle wrzuca co matrixa ile doskonale się odnajduje w naszej rzeczywistości. Tak, jak z podróżami w czasie, które prowadzą do niesamowitych konkluzji, a nikt nie zastanawia się nad paradoxem. 

Mój ulubiony fragment: To nie on się zgodził. O zgodzie zadecydowały noce, kiedy nienawistnie się modlił; zadecydowały dnie, kiedy nieustannie wypatrywał; zadecydowały oczy utkwione w stygnącym jedzeniu, usta wiecznie zamknięte, głowa spuszczona, plecy zgarbione; zadecydowała Pola.

Fabularnie podobały mi się zwroty akcji. Niby wiesz, że w transakcjach z diabłem zawsze się przegrywa, ale potrafiłeś zmylić czytelnika i to ze dwa razy. Brawo.

Z chęcią będę czytał kolejne twoje teksty. 

Dziękuję, Nemerissie, bardzo miło mi to czytać.

Pochlebia mi porównanie do Jakuba Małeckiego, ale zastanawia, dlaczego napisałeś “o starych dobrych książkach”? Nie podobają Ci się jego nowe powieści, nie czytałeś? Ja jestem dość świeżo po “Dygocie” i w trakcie “Rdzy” – obie bardzo mi się podobają. I w sumie ciekawi mnie, jak kiedyś pisał Małecki, bo chyba dopiero w ostatnich latach zyskał na popularności. 

Do kolejnych tekstów serdecznie zapraszam, choć będę publikował rzadziej niż dotychczas. A jeśli masz ochotę, to zapraszam do tych wcześniejszych.

Tekst, a pod tekstem prawdziwa “Bitwa pod Grunwaldem” :D

Rozumiem zabieg z pominięciem wątków Poli i zemsty na Koziku. Przynajmniej wydaje mi się, że rozumiem ;P

Gdybyś chciał napisać coś chwytliwego, ale jednocześnie sztampowego, to skupiłbyś się, po pierwsze, na wciągnięciu czytelnika emocjonalnie w cierpienie ojca zgwałconej córki, uwypuklił jego więź z dzieckiem, pokazał ciepłą normalną rodzinę, którą byli przed wydarzeniem i rozpad tego przepięknego obrazka po całym zajściu, a po drugie, gdy czytelnik nabrałby już odpowiednio dużej sympatii i współczucia w stosunku do głównego bohatera, zaaplikowałbyś nam emocjonalny samogwałt w postaci długich i rozkosznych scen wymierzania sprawiedliwości nikczemnemu, brudnemu i nic nie wartemu sukinsynowi.

Krótko mówiąc – schemat z “Robocopa”, “Gwiezdnych Wojen” i “Harrego Pottera”. Zło nie tylko musi przegrać, zło musi dostać dosadnego kopa w krocze, a czytelnik z wypiekami na twarzy ma pod nosem powtarzać “dobrze ci tak, a masz jeszcze z lewej”.

Chciałeś najwyraźniej tego uniknąć przesuwając akcent z cierpienia Poli na wściekłość Cezarego, a z aktu oczyszczającej zemsty na jej długofalowe konsekwencje.

Chwała Ci za to. Niemniej – było to zadanie karkołomne, z racji tego, że czytelnik jest jednak przyzwyczajony do schematu, który opisałem wcześniej.

Mam mieszane uczucia, co do tego czy podołałeś. Przychylam się niestety do zdania, że nie. Prosty ze mnie chłop i mam poważny problem z emocjonalną identyfikacją cierpienia głównego bohatera na podstawie znajomości dość suchego faktu, jakim jest gwałt na jego córce. Niby wiem, że powinien cierpieć, czuć nienawiść, ale wszystko dzieje się tak szybko i bez wprowadzenia, że moja empatia nie nadąża się uruchomić. Nie współczuję mu. Nie chcę iść razem z nim i rozedrzeć Kozika na strzępy.

A może tak miało być? Nie wiem.

Bohaterowie opowiadania są bardzo jednowymiarowi, w zasadzie tylko diabeł przechodzi jakąś przemianę. Być może to on ma być tym najważniejszym, nieco zawoalowanym głównym bohaterem?

Jakby nie patrzeć – konflikty dramatyczne są dwa. Jeden to ojciec kontra gwałciciel, a drugi to człowiek kontra diabeł. Zrobiłeś wszystko, by przesunąć akcent na ten drugi konflikt, ale może tutaj zabrakło większej gry emocjonalnej pomiędzy Cezarym a Albertem? Wiesz o co mi chodzi – stonowałeś napięcie w pierwszym konflikcie, a zabrakło trochę podbicia napięcia w drugim. W każdym razie ja go nie rejestruję adekwatnie mocno. Cezary nie boi się tego diabła wystarczająco, nie ma dylematów, godzi się na transakcję jak przysłowiowy baran idący na rzeź. Niby zaślepia go nienawiść, ale te wszystkie emocjonalne smaczki trochę gdzieś nikną, a to niedobrze.

Odnośnie warsztatu – mógłbym Ci buty czyścić (co nie znaczy, że mam zamiar to uczynić ;P ).

Niemniej – zauważyłem, że operujesz jakby dwoma stylami – nazwałem je sobie roboczo stylem formalnym i nieformalnym. “Dziewięć Martwych Zwierząt” było według mnie dlatego tak bardzo wciągające, bo napisałeś je wiarygodnym, powszednim językiem. To opowiadanie traci na wiarygodności przez to, że operujesz słowem “pod garniturem”. Styl jest oszlifowany, brylantowy, ale trąci teatralnością. W ten sposób ładnie pisałeś swoje fantastyczne bajki, ale tutaj aż prosi się o taki prosty, naturalistyczny, nieogolony język, trącący trochę wódą i nienawiścią straceńca.

Na koniec dwie uwagi:

– MISTRZ nie znosi światła elektrycznego, o czym informuje nas w swojej najgłośniejszej powieści Bułhakow. Nie lepiej byłoby oświecić apartamenty diabła świecami? Sztampa straszna, wiem. Ale zaręczam Ci, że całe piekło zadrżało, gdy przeczytało o tym, jak niefrasobliwie oświetlił swoje lokum imć Białołęcki. Mógłby równie dobrze dla żartu kąpać się w wodzie święconej. To taka uwaga techniczna ;)

– Zastanawia mnie, czy cały ten ambaras z paktem, diabelskimi widziadłami, zemstą itd. nie jest czasem urojeniami głównego bohatera, który nie potrafił sobie poradzić psychicznie z samobójczą śmiercią córki wynikającą z gwałtu. Córka mogła podciąć sobie żyły przed rozpoczęciem akcji opowiadania, a bohater wchodzi coraz głębiej w odmęty szaleństwa. Nie godzi się z tym faktem, tworzy wyimaginowany świat zemsty, paktowania z diabłem, roi sobie, że córka żyje itd. 

Skoro wszystko okazało się na końcu tylko iluzją, to może taką iluzją był również sam diabeł?

– MISTRZ nie znosi światła elektrycznego, o czym informuje nas w swojej najgłośniejszej powieści Bułhakow.

A elektryczności nigdy nie nazywano diabelskim wynalazkiem? ;-)

Babska logika rządzi!

Dzięki za obszerny komentarz, Silver. 

Przed sztampą nie tyle co uciekałem, a raczej chciałem iść inną drogą. 

Jasno wyłożyłeś, na czym polega problem z wczuciem się w bohatera i zrozumieniem powagi całej sprawy. Dzięki. 

Relacja diabła z Albertem faktycznie mogłaby być lepsza, ale to wszystko wymaga miejsca. A komu by się chciało czytać długie na kilkadziesiąt kilo opko o pakcie z diabłem? Coś za coś :/

Bardzo ciekawa uwaga o stylach, chyba nikt – w tym ja – nie zwrócił na coś takiego uwagi. Ciekaw jestem, co byś powiedział o “Pięknych ludziach”. 

Jeśli chodzi o światło, to było celowe. Diabeł miał być ALBINOSEM. 

A druga uwaga jest kwestią interpretacji. Każde fantastyczne dzieło można potraktować jako urojenia. 

Jeszcze raz dziękuję, że chciało Ci się naskrobać taki komentarz :)

Nowa Fantastyka