- Opowiadanie: Skull - Rosół

Rosół

Rosół i postapo? To przecież trzeba przeczytać! :)

Dawno temu, zanim Polskę zdominował postapo w postaci Metra i Stalkera, wymyśliłem swój własny świat. Ale dopiero niedawno odważyłem się napisać w nim opowiadanie.

Serdeczne podziękowania Stn i Lenah za pomoc i konstruktywną pinię :)

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

regulatorzy, Użytkownicy II, śniąca

Oceny

Rosół

Biegłem jakby goniło mnie stado wygłodniałych Dzikich, chociaż… Chyba bym wolał, żeby chodziło o nich.

Płuca płonęły i rzęziły jak stary dieslowski silnik. A ja wciskałem gaz do dechy, byle szybciej, byle dalej. Nie zważałem na ból i zmęczenie, ignorując gałęzie chłostające po twarzy i ramionach, przeklinając, gdy któraś zaplątała się między nogi. Każde potknięcie czy upadek to strata cennych sekund, których mi brakowało.

Nie odwróciłem głowy ani razu. Jeden błąd oznaczałby śmierć. Starłem pot z czoła, dziękując słońcu, że jest po mojej stronie, oświetlając drogę pomarańczową łuną. Przecinałem parowy, przeskakiwałem nad spróchniałymi pniami, klucząc między drzewami starego lasu, w którym pewnie od dziesięcioleci nie było drugiego człowieka.

Biegłem przed śmiercią czy po nią?

W takim lesie mogłem trafić na cokolwiek: Kameleony, Dzicy, a może coś gorszego, coś, czego najstarsi ocaleni nie widzieli na własne oczy. Coraz częściej zahaczałem o przeszkody, dławiąc ból w zarodku. Nagły podmuch wiatru pchnął feerię zapachów w moją stronę. Nie rozpoznałem żadnego, chociaż jeden zwrócił szczególną uwagę. Był inny, całkiem przyjemny i przywoływał jakieś niejasne wspomnienia, dodając jeszcze odrobinę sił. Skierowałem się w jego stronę.

Zaskoczony znieruchomiałem, wbiegłszy na polanę.

Zastany widok zrobił niezwykłe wrażenie. Na środku, na zwalonych pniach siedziało dwóch rosłych mężczyzn. Ubrani w zlepek skór i ubrań, nosili brudne płaszcze z postawionymi kołnierzami i kapelusze, jakie kiedyś widziałem na westernie. Pomiędzy nimi dymił stary i pordzewiały piecyk z żeliwa, podobny do tych, których używaliśmy w domu. Istna sielanka w środku niebezpiecznego lasu. Mężczyźni spojrzeli na mnie leniwie, obdarzając podejrzanym uśmiechem, ale ani jeden nie sięgnął po broń czy zerwał się na równe nogi. Po prostu siedzieli z tępym wyrazem twarzy.

To musieli być piraci. Bo któż inny mógł zapuszczać się w groźne ostępy i gotować strawę pośród liściastej fali zagrożeń?

– Wyglądasz na zmęczonego. Może usiądziesz?

Czujny umysł rozglądał się za drogą ucieczki, ale powrót nie wchodził w grę, a każdy inny kierunek szybko zagrodziłby co najmniej jeden z mężczyzn. Poza tym ledwo oddychałem, a nogi były jak z waty.

Zdesperowany przykucnąłem niedaleko, dzieląc uwagę pomiędzy nich i własne tyły. Gdy przyjemna woń zaatakowała zmysł powonienia, nie wytrzymałem.

– Co gotujecie?

– To? – Ten po lewej spojrzał na garnek, którego jedyną zaletą był brak dziur. – To jest ro-sół.

Przeliterował ostatnie słowo, uprzednio patrząc w książeczkę pod nogami.

– Jadłeś kiedyś?

Zaprzeczyłem.

– My też nie. Ale postanowiliśmy spróbować, jak tylko znaleźliśmy piecyk i książkę. Wiesz, z czego robi się rosół?

Zaschło mi w gardle, przez co ograniczyłem się do kręcenia głową.

– Potrzeba wielu warzyw. Mar-che-wka, pie-trusz-ka, ce-bu-la. O, tę ostatnią nawet znam.

To musieli być piraci. Żyjący poza ocalałymi społeczeństwami ludzie, którzy nie oszaleli i nie zmutowali jak Dzicy, mimo to niewiele im brakowało. Chociaż byli na oko starsi o dobre dziesięć lat, mieli problem z wymówieniem nazw, które przynajmniej znałem, nawet jeśli nie wszystkie warzywa widziałem na oczy. Pewnie tych dwóch nie słyszało o edukacji.

Jego kolega wyciągnął skądś nóż i kawałek drewna, po czym przystąpił do rzeźbienia. Z dzielącej nas odległości nie byłem w stanie rozpoznać kształtu, nad którym pracował domorosły artysta.

– Nie boicie się mutacji? Chodzi mi o te warzywa.

Wreszcie język się rozplątał.

– Nieee. Zebraliśmy na działkach.

– Gdzie?

– Takie ogródki. Nie znasz? Wiemy, że tam nie używano G-M-O, tylko tradycyjnych sposobów uprawy. Podoba ci się zapach?

Tym razem się zgodziłem, a zbierająca się ślina spływała do gardła.

– Ile już to gotujemy?

– Będzie z godzinę – drugi odpowiedział równie znużonym głosem, nie odrywając się od zajęcia. Trocin przybywało.

– No to już czas. Spróbujesz pierwszy?

Zamierzałem podejść, ale powstrzymałem się w ostatniej chwili.

– Macie jakieś naczynie? Miskę, talerz, chociaż kubek?

– Hmm, tu coś leży.

Ten po lewej wyciągnął zza konara metalową miskę i podał mi, szeroko się przy tym uśmiechając.

Z tyłu głowy pulsowała myśl, że coś jest nie tak. Mimo to zbliżyłem się po naczynie.

– A chochla? Żeby nalać? – dodałem, widząc konsternację na jego twarzy.

– Nie ma.

Ściągnąłem rękaw bluzy, by chwycić za ucho garnka, ostrożnie przelewając bulion do miski. Woń była obłędna, jakże inna od ochłapów, którymi się żywiliśmy w mieście. Pozwoliłem miękkim kawałkom, zapewne warzywom, również wpaść, oblizując na ich widok usta. Rosół był niczym zaklęcie, które zatrzymało świat i odegnało wszelkie niebezpieczeństwa. Wpatrywałem się w złocistą, lekko mętną powierzchnię, z której wystawały białe i pomarańczowe kawałki oraz kilka szarych. Plamki tłuszczu niczym soczewki ogniskowały powoli gasnące słońce, zamykając je w wywarze. Wróciłem na miejsce i zapatrzyłem się. Jak pięknie wyglądałoby życie w mieście, gdybyśmy mogli przygotowywać taką zupę codziennie. Koniec z wysokoenergetycznymi papkami, na które przerabialiśmy wszystko, co znaleźliśmy poza murami lub z trudem wyhodowaliśmy wewnątrz murów. Technologie i urządzenia, maksymalizujące wartości odżywcze pokarmu to zarazem błogosławieństwo i przekleństwo, pozostawione przez przodków zbyt głupich, by ocalić świat przed zagładą.

Nagle przypomniałem sobie o gęstym lesie. Obejrzałem się i poczułem dreszcze. Wokół panowała cisza, przerywana jedynie szeptem drzew. Próbowały coś powiedzieć, może ostrzec, może wyśmiać. Nie docierał żaden inny dźwięk. Nikt już za mną nie podążał? Czyżby las zajął się nimi? A może kryją się w cieniu, z dala od promieni słonecznych i czekają na najlepszy moment? Wiadomo nie od dziś, że noc jest najlepszym sprzymierzeńcem drapieżcy.

Popatrzyłem po towarzyszach, wciąż obojętnych i pochłoniętych swoimi sprawami. Byli lekko opóźnieni, spowolnieni. Czyżby popili wcześniej? Może zażyli jakieś substancje odurzające?

A co, jeśli to… las?

Raz w życiu widziałem Kameleona, na szczęście z daleka. Na środku pola, pomiędzy ruinami domostw stało krzesło, a na nim siedziała kobieta. Kiedy się poruszyła i zawyła, chciałem jej pomóc, lecz w pobliżu byli towarzysze z karawany. Robert, dowódca, powstrzymał mnie, wysyłając szybkiego i zwinnego Maćka, żeby rozprawił się z potworem. Pamiętam, jak kumpel się uśmiechnął, splunął na ziemię i przekręcił bejsbolówkę daszkiem do tyłu. Później nie mogłem uwierzyć w to, co zobaczyłem.

Maciek niczym duch przekradł się między ruinami i kiedy znalazł się dostatecznie blisko, podpalił koktajl Mołotowa, wyrzucając go lśniącym łukiem wprost na siedzącą tyłem kobietę. W pierwszej chwili nie mogłem uwierzyć w okrucieństwo kolegi. Przed pierwszą wyprawą wiele słyszałem o karawanach, w tym również złego i w tamtej chwili myślałem, że i mnie przyjdzie brać udział w zasłyszanych zbrodniach. Sekundę później zrozumiałem moją naiwność.

Ledwie butelka dotknęła kobiety, ziemia zadrżała, wzbijając tumany kurzu. Ogromne, grube szarozielone płachty zamknęły się nad krzesłem. Usłyszałem okropny nieludzki wizg, kiedy płomienie pełzały wewnątrz potwora. Jeszcze przez chwilę obserwowałem małe piekło pochłaniające Kameleona. Na spojrzenie Roberta zareagowałem wstydem.

– Pamiętaj, młody. Jeśli poza miastem zobaczysz człowieka, to albo jest to pirat, albo wyjątkowo urodziwy Dziki, albo Kameleon. Bez względu na typ, strzelaj do wszystkich bez pytania.

Powiedział mi wtedy, a ja miałem się przekonać, ile jest prawdy w jego słowach.

Czy las nie był jednym gigantycznym Kameleonem? A ci dwaj nie byli pozbawionymi duszy, ale niezwykle dopracowanymi wabikami na takich jak ja? Zachowywali się dziwnie, bez cienia agresji, chociaż nie mieli żadnych powodów, żeby mi ufać. Nawet mnie poczęstowali! Może było już za późno. Gigantyczne ni to liście, ni to kończyny właśnie zamykały się nade mną, przysłaniając słońce. W takim razie może powinienem zjeść ostatni w życiu posiłek. Przynajmniej poczuję się odrobinę jak w niebie…

Pochyliłem się nad parującą miską i kolejny raz oblizałem usta. Z grubsza rozpoznałem pływające kawałki, tylko te szare i brązowe nie dawały spokoju.

– Co to jest?

Wyciągnąłem jeden kawałek, by pokazać temu, którego w głowie nazwałem kucharzem.

– Mięso.

Uśmiech, jakim mnie obdarzył, wywołał gęsią skórkę. Już miałem wbrew rozsądkowi zapytać, co to za mięso, ale promień słońca padł na jakiś błyszczący przedmiot po prawej. Spojrzawszy w stronę odblasku, zbladłem.

Z kępy krzaków wystawały ubrania, w które zaplątały się fragmenty ciała. Nie wiem czy to były ręce, czy nogi, nie dało się z całą pewnością stwierdzić. Ale i tak wystarczył jeden element – czapka z daszkiem…

– Smakuje? – zapytał kucharz.

– A wy nie jecie? – Odstawiłem miskę powoli, za wszelką cenę unikając patrzenia do środka.

– Nie. My już pojedliśmy. Zupę ugotowaliśmy z ciekawości.

Coś się w nich zmieniło. Im ciemniej się stawało, tym bardziej ożywieni się robili. Powoli wstałem i rozprostowałem kości. Rozejrzałem się, oceniając własne położenie. Artysta odrzucił cienki i bezkształtny kawałek drewna w kupę wiórów, po czym sięgnął po kolejny. W zasadzie na ich dwóch, on był uzbrojony i to wyłącznie w nóż. Jak to możliwe, że dwóch facetów udało się do lasu z jedną bronią? Może poukrywali resztę w sprytny sposób z dala od niechcianych oczu?

Spojrzałem na niepasujący do otoczenia piecyk. Ktoś musiał go kiedyś tu przytaszczyć, może nawet postawić szałas i po prostu żyć. Jak ja. Pewnie już po apokalipsie, uciekając przed Dzikimi lub innym zagrożeniem ukrył się tutaj. Opuścił to miejsce, czy las ostatecznie i jego pochłonął?

Próbowałem nie patrzeć w prawo. Doskonale wiedziałem, czyje ciało tam leży. Jakże okrutny żart losu: martwy przyjaciel przywołał mnie zapachem rosołu, którego częścią się stał. Wiedziałem, że nigdy nikomu nie opowiem, co się naprawdę przydarzyło Maćkowi.

– Wiesz co? Te całe gotowanie sprawiło, że wrócił mi apetyt.

– Mnie również.

Zrobiłem krok w tył.

– Przyjacielu, nie chcesz się ogrzać przy piecu? Noce są teraz bardzo zimne…

Nigdy nie widziałem takiej szybkości. Skoczyli równocześnie jak zgrani tancerze, albo jeden organizm w dwóch częściach. Złamali wszelkie prawa budowy ludzkiego ciała i grawitacji, pokonując dzielącą nas odległość w ułamku sekundy, prawie nie dotykając podłoża. Nie zdążyłem nawet unieść rąk do obrony.

Rozległy się strzały. Cała kanonada huków i towarzyszący im znajomy zapach prochu. Nie czułem złocistego rosołu, nawet nieświadomie potrąciłem naczynie, wylewając zawartość. Niech ci ziemia lekką będzie, Maćku.

Półmrok starego lasu przecięły snopy światła, wyprzedzające ludzi z karabinami i strzelbami.

– Żyjesz?!

– Tak.

Z trudem wyrzuciłem słowo, gapiąc się na podrygujące ciała piratów.

– Szybko! Gdzie jest miotacz?!

Gdzieś z boku rozbłysnął płomień, a chwilę później na polanie zatańczyły dzikie cienie, kiedy ten uderzył w kucharza i artystę. Próbowali wstać, pomimo dziesiątek kul uwięzionych w ciałach. Dopiero ogień dokończył sprawę.

– Dobrze się spisałeś, młody.

Robert poklepał mnie po plecach, ale wcale nie poczułem się lepiej. Podniosłem głowę, by zobaczyć, że jeden pocisk przedziurawił garnek na dogasającym piecyku. Parujący płyn leniwie wsiąkał w ziemię. Ocknąłem się dopiero, gdy ktoś inny sięgnął do środka.

– Nie jedz tego!

– O co chodzi? – zapytał dowódca.

– Tam… – wskazałem krzaki – …są ubrania Maćka.

– A on?

Popatrzyłem na niego. Nie potrafiłbym tego powiedzieć na głos, choćby mnie torturowali. Na szczęście Robert pojął w mig.

– Zbychu! Wykop dół i wrzuć do niego garnek z zawartością.

– Po co…

– Wykonać!

Zapadła noc, zimny wiatr dął między konarami. Podszepty lasu wydały mi się jeszcze bardziej obce i złowrogie. Resztki energii całkowicie ze mnie uleciały. Nie miałem jednak odwagi oprzeć się o drzewo.

Robert przykucnął obok i patrzył przez chwilę zmartwiony.

– Niewielu odważyłoby się na to, co ty. Robić za przynętę…

– Byłem to winien Maćkowi.

– Wiem, ja wszystko wiem, ale wciąż… Pamiętasz jak ci mówiłem o zagrożeniach poza miastem? – Nagle zmienił temat.

Pokiwałem głową.

– Jest jeszcze jeden typ, bardzo rzadki i chyba najniebezpieczniejszy z nich wszystkich. Technicznie to nie są ludzie, ale nikt do końca nie wie, czym lub kim są. Słyszałeś o Pijawkach?

Uniosłem gwałtownie głowę. Kto nie słyszał o Pijawkach?! Mama straszyła nimi, gdy nie chciałem spać. Byli zaledwie okrutną fantazją, dopóki nie nadeszły wieści z Krosna. Wszyscy mieszkańcy zniknęli, pozostawiając swoje dobra na miejscu. Dopiero druga ekspedycja, dochodzeniowa, odkryła resztki ciał pochowane w piwnicach. Takiej masakry mogły dokonać wyłącznie Pijawki. Czymkolwiek były, potrafiły przybrać ludzki wygląd, poruszać się i mówić jak oni. Ktoś taki bez problemu dostawał się do otoczonego wysokimi murami miasta i powoli, ale skutecznie wykańczał wszystkich. Nikt nie dostrzegał niebezpieczeństwa, dopóki nie było za późno.

– Kiedy jeden z nich porwał Maćka, od razu wiedziałem, z czym mamy do czynienia. Te nieludzkie ruchy… Dlatego ktoś musiał za nimi podążyć, żeby odciągnąć ich od… – Zrobił pauzę, ale po chwili wrócił do rzeczywistości. – Za dnia, kiedy są mniej aktywne. Liczyłem jednak, że Maciek wciąż żyje.

Spuścił głowę, zbierając myśli.

– Gdyby chociaż jeden z nich przejął jego ciało i wrócił do Rzeszowa, to byłby koniec. Rozumiesz? – podjął rozmowę lekko odmieniony.

– Tak.

– Za wszelką cenę musieliśmy ich zlikwidować.

– Wiem.

Powtórzyłem automatycznie, ale w oczach dowódcy lśniła niewypowiedziana prośba. Dodałem z przekonaniem, na jakie było mnie obecnie stać.

– Ocaliliśmy miasto.

– Nie. Ty ocaliłeś. – Robert zwrócił się do mnie stanowczo.

Poklepał mnie jeszcze raz, co uznałem za przejaw największego uznania. Przyjrzałem się zwęglonym zwłokom, roztaczającym dookoła smród spalenizny. Nawet teraz wciąż wyglądali jak ludzie i tym bardziej przestraszyłem się, co by się stało, gdyby dostali się pomiędzy nas.

Wstałem i podążyłem do dziury, w której już spoczął pordzewiały i dziurawy garnek wraz z ubraniami poległego karawaniarza. Wspomniałem rosół, ale tym razem nie dostałem ślinotoku. Zatęskniłem za dziennym przydziałem obrzydliwej, ale jakże ratującej życie papki.

Wolę jeść gówno, niż zamienić się w nie.

Koniec

Komentarze

Hmmm. W SB akurat trwa dyskusja na temat m.in. wiarygodności różnych dziwnych mutantów w “Metrze”, więc bardzo sceptycznie podeszłam do Twoich potworów. Ale to w końcu nie Twoja wina, że taki temat wypłynął, a to nie SF.

Motywy raczej znane.

Jakoś nie przekonała mnie zmiana w nastawieniu bohatera. Najpierw panicznie ucieka, a potem okazuje się, że jest przynętą i gna w stronę napastników, chociaż trafia na nich przypadkiem.

Napisane całkiem przyzwoicie.

Babska logika rządzi!

Istotnie, pomysł tchnie pewną świeżością, a Twoja historia, jeśli różni się od dotychczas mi znanych, to zdecydowanie na korzyść. Opowiadanie okazało się całkiem niezłe. Scena, którą bohater zastał na polanie zawiera odpowiednie proporcje groteski i grozy, a jego wspomnienia i przemyślenia umiejętnie dawkują wiedzę o świecie, w którym przyszło mu żyć.

Nie miałabym nic przeciw temu, aby poznać dalsze losy karawaniarzy.

 

Za­sta­ły widok zro­bił nie­zwy­kłe wra­że­nie. –> Za­sta­ny widok zro­bił nie­zwy­kłe wra­że­nie.

 

i ka­pe­lu­sze, które kie­dyś wi­dzia­łem na we­ster­nie. –> Obawiam się, że to nie były te same kapelusze.

Proponuję: …i ka­pe­lu­sze, jakie kie­dyś wi­dzia­łem na we­ster­nie.

 

Ogrom­ne, grube sza­ro-zie­lo­ne płach­ty za­mknę­ły się nad krze­słem. –> Ogrom­ne, grube sza­rozie­lo­ne płach­ty za­mknę­ły się nad krze­słem.

 

Sły­sza­łeś o Pi­jaw­kach? Unio­słem gwał­tow­nie głowę. Kto nie sły­szał o pi­jaw­kach?! –> Dlaczego raz jest wielka litera, a raz mała?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Finkla:

Tym panicznym strachem chciałem wywołać zaskoczenie czytelnika, kiedy dowiaduje się, że nie jest ofiarą, ale przynętą. Widocznie nie osiągnąłem efektu w najlepszy sposób. Ale się poprawię! :)

@Regulatorzy:

Dziękuję za pochlebny komentarz i… nominację!

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Cała przyjemność po mojej stronie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo ciekawe przedstawienie świata postapokaliptycznego z wątkiem kulinarnym w tle. Musze przyznać, że sama scena gotowania rosołu wydała mi się ciekawa. Pewnie przez to, że sam jestem przed obiadem ;)

Uniwersum ciekawie zbudowane, podoba mi się pomysł na mutanty. Ale fakt faktem, że motywy są raczej znane – ale też nie nudziły.

Technicznie przyzwoicie, przeczytałem bez problemów :)

Podsumowując: znana marka fajerwerków, podana w lekko zmienionym wariancie.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Zachęciłeś mnie przedmową. ;)

Opowiadanie mi się podobało, a na plus zapisuję przede wszystkim plastyczność przedstawionych scen. Mamy jakąś nutkę absurdu i ładnie skonstruowany świat. :) Pozdrawiam!

Opowiadanie czyta się łatwo i z przyjemnością. Zwłaszcza z początku jest najbardziej wiarygodne, spotkanie twojego bohatera z obcymi, którzy jak mniemam z pozoru są bardzo spokojni. W twoim tekście, tak samo jak w poprzednim ;) nie robisz nazbyt wielu błędów, a sama interpunkcja jest według mnie na niezłym poziomie. Znalazłem jedno zdanie, wzbudzające moje obawy:

“Ktoś taki bez problemu dostawał się do otoczonego wysokimi murami miasta i powoli, ale skutecznie wykańczał wszystkich.”

Myślę, że powinieneś wyjaśnić kto i z jakiego powodu otoczył miasto murami. Czy takie procesy wykonywane były w innych miastach, np. Rzeszowie i skąd wiedziałeś, że akurat w Krośnie istnieją miejsca tego typu?

 

Bardzo lubię opowiadania postapokaliptyczne i sam chętnie piszę, chodź jestem amatorem. Pozdrawiam

Koniec życia, ale nie miłość

Bardzo przyjemnie się czytało. Pomysł ciekawy, klimat świetny. Od momentu, kiedy rosół został nalany, moje ciśnienie wzrastało z każdym kolejnym zdaniem.

W przedmowie wspomniałeś o Metrze i jakoś nie mogłem na początku zrozumieć, że akcja nie dzieje pod ziemią ;) To pewnie przez oczekiwania (bo Metro bardzo mi się podobało) ;D

Swoją drogą, dzisiaj miałem same przyjemności z rosołem. W południe na obiad smaczny rosołek, na wieczór, przed snem klimatyczne, przyjemne opowiadanie.

Serdecznie dziękuję za komentarze :)

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Bardzo przyjemnie się to czytało :) Pomysł miałeś bardzo ciekawy i wciągnęło mnie to ;) dodatkowo zrobiłeś mi ochotę na rosół :P

Szczęście wśród inteligentnych osób to najrzadsza rzecz, jaką znam.

Hmm, to już kolejny komentarz o pobudzeniu apetytu na rosół. A w mojej wersji jest ludzkie mięso… Przypadek? Nie sądzę.

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Tak się złożyło, że następnego dnia po przeczytaniu też jadłam rosołek. Ale nie z ludziny, mam nadzieję. ;-)

Babska logika rządzi!

Rosół i postapo? To przecież trzeba przeczytać! :)

Po takim wstępie po prostu nie da się inaczej :) 

 

Ciekawy świat i mutanty sobie wymyśliłeś. Napisane też sugestywnie i obrazowo. W połączeniu z przekazem w przedmowie (jakieś podprogowe sztuczki?) nie dziwię się, że prawie każdy komentujący czytelnik pomyślał o rosole. Ja aż poczułam jego zapach, mimo że dziś dopiero / już środa i do najbliższej rosołowej niedzieli jeszcze kilka dni…

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Cóż, na poczet sukcesu mogę zaliczyć propagowanie tradycyjnej polskiej kuchni :) Smacznego!

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Ech, co czytam komentarze, to się robię głodna… ;-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka
Patronujemy