- Opowiadanie: bemik - Lunitki

Lunitki

Tekst dostał wyróżnienie w konkursie Smokopolitana “Zaginiony wpis w słowiańskim bestiariuszu”.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Lunitki

Wiatr zamiótł kolorowe liście spod nóg Janki, uniósł je i sprawił, że zawirowały niczym barwne spódnice tancerek. Kręciły się w zwariowanych pląsach, a czasem – jakby im brakowało tchu – na chwilę układały się na ścieżce. Z oddali dobiegało równomierne walenie siekierą, a do tej muzyki dołączyło stukanie dzięcioła.

Młoda kobieta przystanęła, chłonąc spektakl. Las umyślnie pragnął ją oczarować, przypomnieć to, o czym zapomniała przez kilka lat w mieście. Janina poprawiła ciężką torbę i ruszyła dalej.

Kiedy przechodziła przez brzozowy zagajnik, jakiś podmuch zaplątany w koronach drzew obsypał ją wilgotnymi liśćmi. Okleił głowę i ramiona, ale gdy próbowała je strząsnąć, poczuła lekko cierpki zapach. Pochyliła się i zgarnęła dłonią całą garść żółtego i mokrego listowia. Zanurzyła w nim nos, pozwalając, by zalała ją fala ciepłych wspomnień.

Przy starej kapliczce zatrzymała się i pochyliła głowę. Nie modliła się, bo już nie potrafiła. Dawno zapomniała, jakie to uczucie, ale pozostała w niej pamięć. Błękitne niezapominajki ściśnięte w spoconej garści miały wybłagać ułaskawienie za jej małe grzeszki. Spojrzała na rzeźbę osłoniętą drewnianym daszkiem. Jezus był niemal taki sam jak dawniej, może tylko więcej mchu pojawiło się w zagłębieniach postaci, może stał się bardziej brunatny od wilgoci. No i wstążki przywiązane do podstawy były stare i wyblakłe. Nikt ich nie wymieniał.

Łomot siekiery ustał. Widać drwal się zmęczył. Janka zostawiła samotnego Jezusa i ruszyła ścieżką, która prowadziła do domu. Weszła na podwórko. Tu też nic się nie zmieniało, jakby świat zatrzymał się w momencie jej wyjazdu. Skrzypiąca furtka, ganek z pelargoniami, szopa i ułożone równiutko wzdłuż ściany polana. Miała wrażenie, że za chwilę pojawi się mama z fartuchem wypełnionym pachnącymi, zielono-białymi antonówkami, że wyciągnie do niej rękę i spyta, czy jest głodna. Albo może czy upieką razem szarlotkę, bo jabłka w tym roku tak obrodziły, że nie wiadomo, co z nimi robić.

– Dobrze że zjawiasz się chociaż na pogrzeby. – Głos był szorstki, gniewny.

Spojrzała na brata. Postarzał się. Znoszony, wyciągnięty sweter okrywał żylastego mężczyznę. Twarz zarośnięta, włosy poprzetykane siwizną. I złe spojrzenie błękitnych oczu. A może tylko jej się zdaje, że złe? Może smutne?

– Witaj, braciszku.

– Chodź, pewnie jesteś zmęczona.

I już się odwrócił, drepcząc do domu z naręczem świeżo porąbanego drewna. Poszła za nim. Zapach w sieni taki, jak zapamiętała; trochę wilgotny, trochę grzybowy. Rozebrała się, odwiesiła miejski płaszczyk, zdjęła buty. Znoszone kapcie stały na półce w szafce, jakby w ogóle nie wyjeżdżała. Poszła do kuchni i usiadła przy stole. Ta sama cerata w niewielkie różyczki, a może tylko taka sama. Patrzyła jak Marian kręci się po kuchni. Podrzucił drewna do ognia, napełnił wodą stary okopcony czajnik, postawił na fajerkach. Potem przygotował dwa kubki i nalał esencji z małego białego imbryczka, który też miał wzorek w różyczki. Dopiero wtedy usiadł i położył spracowane dłonie na blacie. Sięgnęła przez stół, nakryła je swoimi, wypielęgnowanymi. Gładziła ręce brata, badała zgrubiałą i popękaną od roboty skórę.

Woda zawrzała. Marian podniósł się i napełnił kubeczki. Znowu usiadł, a ciężka cisza oblepiła ich niczym mokry śnieg.

– Czekała na ciebie – powiedział. W jego głosie usłyszała wyrzut.

– Nie mogłam, Maryś, naprawdę nie mogłam. W szpitalu epidemia. Wszyscy pracowali po dwadzieścia godzin. Nie pozwoliliby mi…

Ile było w tym kłamstwa? Ile usprawiedliwień? A Marian tylko niżej opuścił głowę i przygarbił ramiona.

– Wiem, Jaśka, wiem. Tylko tak trudno było patrzeć w jej oczy, gdy drzwi się otwierały i nie stawałaś w nich ty.

Znowu cisza. Już nie taka trudna do zniesienia, bo padły pierwsze słowa, zarzuty, usprawiedliwienia.

– Myślałam, że zdążę – wyznała Janka. – Wiesz, jak to jest… Zawsze jest coś do zrobienia, coś ważnego, zawsze wydaje się, że masz przynajmniej jeszcze trochę czasu.

Marian westchnął i podniósł się od stołu. Myślała, że odchodzi, bo ma dość jej krętactwa, ale on tylko poszedł do pokoju obok. Wrócił po chwili. W ręku trzymał gruby zeszyt w brązowej okładce.

– Chciała, żebym ci to oddał.

Położył na stole. Wielki czarny napis „Zielnik” przyciągał spojrzenie. Dostała za niego piątkę, bo zebrała najwięcej roślin i opisała je najładniej. Mama jej przy tym bardzo pomagała. I ciotka Hanka.

– Co u ciotki Łuczakowej? – spytała, sięgając po zeszyt i przeglądając pożółkłe strony.

– Żyje, ale niedomaga. Ma w końcu prawie osiemdziesiątkę.

– Ciągle opowiada te historie?

– No. Teraz to zmyśla chyba jeszcze więcej niż przedtem.

Roześmieli się oboje, ale bez złośliwości. Lubili ciotkę Hankę. Nie miała własnych dzieci, ale dla cudzych zawsze znajdowała czas. Potrafiła opowiadać jak nikt na świecie. I robiła fantastyczne cukierki z miodu, ziół i jakichś tajemnych składników. Zawsze miała ich pełno na pocieszenie po rozbitym kolanie albo po kłótni z kolegą.

– Odwiedzę ją po pogrzebie – powiedziała Janka, bo nagle zatęskniła. Najbardziej za mamą, ale wiedziała, że nie spotka jej więcej, nie przytuli się do spracowanych rąk, nie poczuje zapachu cynamonu i ciasta. Bo jest zwyczajnie za późno. Ból ścisnął jej serce. Gdyby tak mogła choć na chwilę cofnąć czas, schwycić matkę za dłonie i powiedzieć, jak bardzo jest wdzięczna. Za to, że pozwoliła córce wyjechać do miasta, by spełnić marzenia. I przeprosić, że zabrakło jej czasu na odwiedziny, na wspólne pieczenie szarlotki, na zbieranie grzybów. I na to, żeby powiedzieć, że bardzo, ale to bardzo, najbardziej na świecie ją kocha.

Nie miała w planach odwiedzin u ciotki Hanki, ale nagle postanowiła, że nie będzie przesuwać wszystkiego na potem, bo potem często jest za późno. I zostaje tylko żal. Jak teraz. A przecież mogła się wyrwać ze szpitala, nikt nie miałby jej za złe, gdyby wyjaśniła, że musi jechać do umierającej matki. Co ją zatrzymało? Strach, że będzie bolało? Obawa, że mama nie będzie taka jak kiedyś? Janka nie umiała wyjaśnić sobie, dlaczego ciągle odkładała tę wizytę.

– Ucieszy się. Tylko nie wiadomo, czy cię pozna. Czasem gubi się gdzieś we wspomnieniach i światach, które wymyślała. – Marian uśmiechnął się lekko. – Ale nadal częstuje wszystkich swoimi cukierkami.

***

Na cmentarzu wiało chłodem i pustką. Może dlatego, że pogoda nie dopisała, a może dlatego, że ludzie nie pamiętali mamy. Mieszkała na odludziu, w leśniczówce, a od paru lat z powodu choroby nie opuszczała domu. A może też nie chciało im się przyjść albo bali się patrzeć, jak kolejna z nich znika pod grudami gliniastej ziemi.

A Janka pomyślała, że to dobrze, jak pada. Wiatr wyrywał z dłoni parasolki, łzy mieszały się z kroplami deszczu, a kto nie płakał i tak mógł udawać, że strugi wilgoci na twarzy są wyrazem żalu. Janina nie płakała, nie mogła. Przecież jej mama poszła tylko gdzieś na chwilę, zaraz wróci. W trumnie leży ktoś obcy. Umarł, ale to jej nie dotyczy.

Nikt nie zauważył, że Janka ma suche oczy. Tylko Marian patrzył na nią i nadziwić się nie mógł. Jakby to nie była jego siostra.

Ułożyli ostatnią wiązankę, uścisnęli kilka zimnych dłoni i odeszli.

Janka zaszyła się w pokoju mamy. Zasłane łóżko, zaciągnięte zasłony, zapach ziół. Usiadła na fotelu przy oknie, zapaliła lampę. Na stoliku leżał album. Marian w garniturku. Janeczka w białej sukience i wianku na włosach. Uśmiechnięta, radosna, pełna oczekiwania na życie. Marian ze świadectwem w dłoni. Janeczka z indeksem uczelni. Janeczka na tle centrum handlowego. Janeczka w białym kitlu w sali szpitalnej. Janeczka… Janeczka…

I mama na tle ich domu. Za plecami pelargonie w donicach. Błyszczące oczy, ciepły uśmiech, dłonie nerwowo skubiące fartuszek z falbankami, niebieski w jasne różyczki.

– Mamo. Mamusiu.

***

– Aa, przyszłaś Jaśka do mnie. Zastanawiałam się, kiedy wpadniesz na ten pomysł. – Staruszka uśmiechała się całą twarzą, zmarszczki pojawiły się znikąd i sprawiły, że pulchne policzki wyglądały jak wzgórza poprzecinane wyschniętymi korytami strumyków.

– Dzień dobry, ciociu. – Młoda kobieta pochyliła się i cmoknęła w czoło krewną. – Na jaki pomysł? O czym mówisz?

– Chcesz ślazówkę? Dobra na gardło, chociaż ty doktorka jesteś, pewnie nie wierzysz w zioła?

– Wierzę, ciociu, wierzę i chętnie się poczęstuję. Te jesienne zawieruchy nie sprzyjają zdrowiu.

Staruszka podsunęła Jance szklaną miseczkę wypełnioną nieregularnymi kulistościami w burym kolorze. Kobieta sięgnęła po cukierek i wsunęła go do ust, przy okazji trochę oblizując lepkie palce. Kiedyś było prościej – nikt się nie przejmował zarazkami czy dobrym wychowaniem. Słodkie paluchy zostałyby wycmoktane do czysta.

W zapadłej nagle ciszy zalęgły się wspomnienia. Gromadka umorusanych dzieciaków, ciotka przy kuchni, mieszająca drewnianą kopyścią w emaliowanym garze, zapach ziół rozłażący się po wszystkich kątach. No i te opowieści. Chłonęli je z otwartymi buziami, zaludniali las duszkami, nimfami, driadami. Leszy był im przyjacielem, południce wrogiem, Peruna się bali, szanowali Swarożyca. Och, jakie to były cudne historie. Jak prosto się żyło. Bajki ciotki Hanki dodawały smaku i koloru. Szkoda, że czar prysł, że wiara w cuda minęła wraz z dzieciństwem.

– Przyszłaś posłuchać bajki, Jaśka? – spytała ciotka.

Janina chciała zaprzeczyć, nie po to tu przyszła, ale po chwili zastanowienia skinęła głową. Może właśnie po to? Może pragnęła choć na chwilę wrócić do tej krainy za zamkniętymi drzwiami dorosłości? Będzie jak dawniej: ciocia opowie bajkę, poczęstuje cukierkiem, a potem mama zawoła na obiad i przy kapuśniaku, łykając z przejęcia słowa razem z gorącą zupą, Janka powtórzy kolejną historię o ich lesie albo jeziorze.

– No to jak? Opowiadać? – Staruszka szukała potwierdzenia w oczach gościa.

– Tak, ciociu, opowiedz. Mogę jeszcze cukierka?

***

Ta historia się zdarzyła, gdy świat był młodziutki jak dziecko, a Luna dopiero uczyła się świecić od starszego brata, Słońca. Płatała też różne figle, bo psocić się jej chciało, a nie po dorosłemu pracować. Często więc burę od niego dostawała – bawiła się w chowanego i kryła się w chmurach tak dokładnie, że zwierzęta na Ziemi nie mogły odszukać drogi do domu. Małe płakały w norkach głodne, bo rodzice błądzili. Tłumaczył to Słońce siostrzyczce i było jej bardzo przykro z tego powodu, ponieważ robiła to nie dlatego, że chciała krzywdę komuś uczynić, ale dlatego, że nie pomyślała. I wtedy wpadła na pomysł: zaczęła klaskać w dłonie tak mocno, że aż iskry poleciały, a Luna na każdą dmuchnęła lodowatym oddechem i sprawiła, że nie wypaliła się do końca, a zawisła na firmamencie. Teraz, nawet gdy Księżyc się schował, zawsze gdzieś świeciła gwiazdka, która pokazywała drogę.

A Luna wymyśliła kolejną zabawę – chciała ścigać się z Ziemią. Obracała się szybciutko i wirowała dookoła siostry i razem z nią kręciła się wokół starszego brata. I ponownie dorobiła się połajanki, że przez nią morza występują z brzegów, a wulkany się gniewają i wściekłe wyrzucają lawę. Znowu Luna przepraszała i obiecała, że nie będzie tak przyspieszać i ganiać. A potem zapragnęła zmian, bo nudno jej było. I tak, chowając się trochę przed bratem Słońcem albo wychodząc mu naprzeciw, zaczęła zmieniać kształty – raz była pulchna jak pyza twojej mamy, a raz chuda jak rogalik, który można kupić w sklepiku u pani Zosi. Ale ta zabawa jej się szybko znudziła lub zwyczajnie wydoroślała. Chyba jednak to drugie, bo nagle Luna zaczęła tęsknić za czymś nieznanym. I wkrótce uciekłaby gdzieś daleko, a my nigdy nie zobaczylibyśmy Księżyca, gdyby nie pojawił się pewien nieznajomy. To był Kosmiczny Wicher. Przyleciał nagle, omotał ją lodowatym uśmiechem, rozpalił uczucia srebrzystymi ustami. Luna straciła dla niego głowę. Na nic się zdały tłumaczenia brata, że to nicdobrego, że to powsinoga, ladaco. Na nic ostrzeżenia siostry, że pożałuje gorącego serca. Luna nie słuchała, cała zanurzona w lodowej miłości Wiatru.

A potem odleciał i zostawił ją smutną. Uroniła dwanaście łez, ich córki. Nie chciała ich Luna, bo przypominały boleśnie o Wichrze, a ona pragnęła wyzbyć się tej pamięci. Straciła wesołość, straciła chęć zabawy, straciła chęć do życia. Choć i Słońce, i Ziemia przekonywali, że to minie, nie wierzyła. Spadły te łzy na Ziemię, a ona przyjęła je jak własne dzieci. Były srebrzyste jak Luna i ulotne jak Wicher, utkane z mgły uczucia miłości i bólu.

Luna długo cierpiała, a potem, gdy rozpacz minęła, chciała, by jej córki powróciły. Ale było to niemożliwe. Zbyt dużo czasu spędziły na Ziemi, ale one też tęsknią za matką. Widać je w księżycowe noce, gdy tańczą na zamglonej polanie, wyciągając do Luny ramiona.

***

– Piękna bajka, ciociu – powiedziała Janka, budząc się z przykrością do zwykłego życia. – Nigdy wcześniej jej nie opowiadałaś.

– Bo nie byłaś gotowa, nie potrzebowałaś jej – powiedziała staruszka i cmoknęła, ssąc cukierek.

– A teraz jej potrzebuję? – zdziwiła się młoda kobieta.

– Tak, teraz tak.

– Nie rozumiem, ciociu.

– Teraz tęsknisz, prawda?

– Tęsknię, ale co ma do tego bajka? – Janka spoglądała uważnie na twarz ciotki. Starała się dostrzec jakieś objawy tego, że staruszka odpływa w inny świat, ale kobieta patrzyła trzeźwo.

– Chcesz pożegnać się z matką?

Janina patrzyła przez chwilę, a potem podniosła się bez słowa i wyszła. Tego było za dużo na jej skołatane nerwy.

– Wróć, jak będziesz gotowa. – Głos staruszki dotarł do niej, gdy mijała wiekową jak sama gospodyni furtkę. Odwróciła się. Ciotka Hanka stała w progu domu, ściskając ręką kwiecistą chustę, którą usiłował wyrwać jej wiatr.

***

Wiedziona ciekawością wróciła, ale dopiero po dwóch dniach. Usiadła na tym samym krześle co poprzednio i zapatrzyła się w płomienie przeświecające pomiędzy fajerkami kuchenki. Poczęstowała się cukierkiem i czekała, aż ciotka przestanie się krzątać.

– Myślisz, że jestem starą wariatką? – Staruszka wykrzywiła usta w grymasie. – Może i jestem.

– Nie jesteś, ciociu – zaprzeczyła słabo Janka.

– Kiedyś takie jak ja palili na stosie! – Ciotka prychnęła pogardliwie. – Na szczęście dla mnie te czasy minęły. Chcesz herbaty?

Janina skinęła głową. Wiedziała, że staruszka zaplanowała sobie tę jej wizytę i celebruje każdy gest i słowo. Czekała więc cierpliwie aż wreszcie usiądzie i przejdzie do rzeczy.

– Całe życie związałam z lasem – zaczęła, wrzucając dużą łyżkę miodu do kubeczka z herbatą. – Taka sama była moja babka i jej babka. Przekazywałyśmy sobie wiedzę i umiejętności. Na mnie się skończy – wyznała ze smutkiem. – Nie miałam własnych dzieci, ale myślałam, że ty… Nieważne. Nie wiem, gdzie kończą się bajki, a gdzie zaczyna prawda. Może kiedyś te historie, które wam opowiadałam, były prawdziwe? Teraz to tylko bajanie starej kobiety, ale pamiętam, że moja prababka spotkała się z Lunitkami.

– Z kim?

– Z Lunitkami. Te łzy Luny, które spadły na Ziemię… Pamiętasz, co ci opowiadałam?

– Oczywiście.

– Otóż, one są w stanie na krótki czas sprawić, że osoba, która już odeszła, powróci do nas. To dlatego, że same tęsknią za swoją matką. Tylko trzeba im coś ofiarować.

– Nie mów, że żądają duszy! – Janka zaśmiała się, ale po jej ciele przebiegł dreszcz.

– No coś ty, to nie diabły. Ale trzeba dać każdej to samo, a jednak coś innego.

– Aha, zagadka, jak w każdej bajce. – Młoda kobieta potrząsnęła głową, a jej mina wyrażała powątpiewanie. – Ciociu, to dobre dla dzieciaków, nie dla mnie.

– No pewnie, bo ty kształcona jesteś, uniwersytety zjadłaś. – Wyglądało na to, że staruszka się obraziła.

– Ciociu, nie gniewaj się, ale pomyśl sama: opowiedziałaś mi bajkę, a teraz żądasz, żebym w nią uwierzyła. Jest dwudziesty pierwszy wiek…

– I co z tego? Internety, komórki, telewizory! A te niezwykłe istoty były, są i będą, tylko ludziom coraz trudniej je dostrzec. Łatwiej wsadzić je w bajki niż spróbować poczuć.

Chwilę trwała zagniewana cisza, podczas której staruszka sapała ze złością.

– Dobrze, to zapytam inaczej. Gdybyś miała taką możliwość, chciałabyś spotkać matkę choć na krótką chwilę?

– Tak – odpowiedziała bez namysłu Janka.

– To zrób, do cholery, to, co ci mówię. Nic nie kosztuje, a na szwank narazisz najwyżej swoje zdrowie, bo możesz się przeziębić, jak przy pełni księżyca będziesz siedzieć na łące. Tak pasuje?

– Tak, ciociu. Nie złość się na mnie.

– Nie złoszczę się – zaprzeczyła staruszka, ale w jej głosie nadal słychać było gniew. – Teraz pomyśl, co możesz im ofiarować. Każda musi dostać to samo, a jednocześnie coś innego.

Jance łatwo przyszła odpowiedź. Niedawno koleżanka z pracy zapytała ją, po co jej tyle bransoletek. Odpowiedziała, że każda jest inna, przeznaczona do innej bluzki.

– Na przykład naszyjniki – odpowiedziała błyskawicznie. – Każdy zrobiony z czegoś innego.

– Dobrzee! – Staruszka z radości aż przeciągnęła ostatnią głoskę. – Zrobisz dwanaście naszyjników z tego, co znajdziesz w lesie. Masz na to cztery dni.

***

Została w domu brata. Marian przyjął to z milczącym zadowoleniem. Rano wychodził do pracy, a kiedy wracał, gorący obiad czekał na niego na stole.

– Mógłbym się do tego przyzwyczaić – powiedział, obdarzając siostrę ciepłym spojrzeniem.

W kuchni trzaskał wesoło ogień, aromat zupy cebulowej przyjemnie drażnił powonienie, a szafki wreszcie lśniły czystością.

– Wiesz, że to niemożliwe – powiedziała cicho, wpatrując się w parujący talerz.

– Wiem. Pyszna ta zupa.

Codziennie po śniadaniu Janka wychodziła do lasu, szukając materiałów odpowiednich na korale. Miała już grzyby, żołędzie, kasztany, szyszki z modrzewia, kawałeczki kory, owoce tarniny, głogu, buka i jałowca. Brakowało jej pomysłów. Potem jeszcze wykorzystała łuski z sosnowych szyszek, które rozłupała wiewiórka w poszukiwaniu nasion, a to podsunęło jej pomysł orzechów laskowych i jabłuszek ze zdziczałej jabłonki. Nanizała wszystkie „korale” na sznureczki i poszła pochwalić się ciotce. Pokazała swoje prace, a staruszka uśmiechnęła się i pokiwała głową.

– Jutro wieczorem, myślę, że zaraz po dziesiątej, wyruszysz z domu. Pójdziesz dróżką koło kapliczki, skręcisz w dąbrowę i dotrzesz do polany nad stawikiem. Pamiętasz glinianki? Tam poiło się krowy.

Janka potwierdziła, w lecie nieraz kąpali się w zielonkawej od glonów wodzie.

– Jak tam dotrzesz, usiądziesz pod największym głazem, tym, co mówili na niego Waligóra i będziesz czekać. A jak się Lunitki pojawią, to pięknie się pokłonisz, do samej ziemi, i przedstawisz im swoją prośbę.

***

Siedziała i czekała. Tysiąc razy gotowa była uciec do domu, tysiąc razy beształa się za głupotę i łatwowierność, ale została. Co mi szkodzi, myślała. I tak mnie nikt nie widzi. I nie muszę się nikomu tłumaczyć – jakby co powiem, że spać nie mogłam i poszłam połazić po starych kątach.

Przycupnęła na głazie. Głowa jej zaciążyła i zrobiło się tak zimno, że mimo płaszcza zaczęła drżeć. W zziębniętych dłoniach trzymała dwanaście naszyjników, po sześć w każdej ręce. Jeszcze tylko chwila i znikam stąd. Przez głupotę i wiarę w zabobony dostanę zapalenia płuc.

Minęła północ. Janka wstała z kamienia i rozprostowała ramiona. No tak, głupia – uśmiechnęła się z przekąsem. Na co liczyłaś? Na jakieś duszki? Pokręciła głową, jakby zdumiona swoim brakiem rozwagi. Pochyliła się, żeby położyć korale na głazie, a kiedy się ponownie wyprostowała, łąka nie wyglądała już tak samo.

Nad zmarzniętą trawą unosiła się cieniutka warstwa mgły. Z każdą chwilą gęstniała i matowiała. A kiedy zza chmur wynurzyła się okrągła tarcza księżyca i zalała polanę żałobnym światłem, Janka dostrzegła srebrzyste postacie. Unosiły się nad ziemią, a ramiona wyciągały do Luny. Smugi księżycowego blasku spływały w dół i otulały przez chwilę każdą Lunitkę, a potem przenosiły się na następną. Tuliły mgliste córki w uścisku jak matka dawno niewidziane dzieci. Kobieta poczuła bolesne ukłucie. Jej nie ma kto przytulić. Łzy, jak srebrne groszki upadły na murawę i rozdzwoniły się krystalicznymi dźwiękami.

Lunitki oderwały się od matki i zwróciły oblicza w stronę Janki. Kobieta pochyliła się nisko, czubkami palców muskając trawę, a potem gestem wskazała swój podarunek. Nie musiała nic tłumaczyć. Księżycowe córki podpłynęły do głazu, każda wzięła jeden naszyjnik i zawiesiła na szyi, a potem zatańczyły dla Janki i dla Luny najpiękniejszy balet świata. Przygrywał im wiatr na dębowych liściach, świszczał między gałęziami, szumiał tatarakiem rosnącym wokół jeziorka. Taniec urwał się nagle i Janka poczuła smutek, że to już koniec, ale wtedy Lunitki stworzyły wokół niej krąg. Dotykały oczu, aż przestała widzieć otaczający świat. Dotykały uszu, aż przestała słyszeć dochodzące zewsząd dźwięki. Dotykały ust, aż przestała czuć smak wiatru i oparów. Oblepiła ją mgła gęsta jak śmietanka. Janka nie bała się, tylko czekała. Po czasie długim jak wieczność albo krótkim jak mgnienie oka ujrzała mamę. Stała przed nią uśmiechnięta, z rękoma niespokojnie skubiącymi brzeg niebieskiego fartuszka w jasne różyczki.

– Mamo! Mamusiu! Tak za tobą tęsknię. Brakuje mi ciebie. Kocham cię. Tęsknię za tobą. Jestem taka szczęśliwa! – Jance ze wzburzenia plątał się język. Tyle chciała powiedzieć, że aż brakowało jej słów.

– Wiem, kochanie, wszystko wiem! – Janeczka nie wiedziała, czy to mówi mama, czy to szept wiatru. Ale co wiatr może wiedzieć o niej i mamie.

– Mamusiu…

Dotyk był ciepły, dodawał otuchy, krzepił. Otulał jak matka niemowlę kołderką.

– Kocham cię, Janeczko. I Marianka. Wracaj już!

Mgła się rozpłynęła. Janina siedziała na głazie i szlochała, zasłaniając twarz. Zasnęła? Nieważne. Czuła się nareszcie wyciszona i uspokojona. Mama wie.

Czas wracać. Podniosła się i ruszyła przez polanę do domu brata. Zaczynało świtać. Kiedy zanurzyła się w cieniu drzew, miała ochotę sprawdzić, czy na głazie leżą naszyjniki. Nie odwróciła się jednak, uśmiechnęła się i wzruszyła leciutko ramionami. Wiatr zagwizdał jakby z podziwem, a potem sypnął jej kolorowymi liśćmi pod nogi, żeby szła niczym po dywanie.

Koniec

Komentarze

Ładna opowieść. Bemikowa – sentymentalna, jest trochę o śmierci, ale mimo wszystko ciepło.

Najbardziej spodobał mi się mit o Księżycu, z pięknie wplecionymi porządnymi informacjami. :-)

Babska logika rządzi!

Choć wizycie Janki w leśniczówce towarzyszą niewesołe zdarzenia, to potrafiłaś sprawić, że opowieść nie przytłacza smutkiem, a dzięki dobrym wspomnieniom i ciotce Hance stała się niezwykle kojąca.

Bardzo zacnie uzupełniłaś zaginiony wpis w słowiańskim bestiariuszu. ;)

 

ob­sy­pał wil­got­ny­mi li­ść­mi. Okle­ił jej głowę i ra­mio­na, ale gdy pró­bo­wa­ła je strzą­snąć… – Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Po­sta­rzał się. Stary, wy­cią­gnię­ty swe­ter… – Nie brzmi to najlepiej.

 

Ja­necz­ka w bia­łym kitlu na sali szpi­tal­nej. – Sala jest pomieszczeniem, więc raczej: Ja­necz­ka w bia­łym kitlu w sali szpi­tal­nej.

 

–Do­brze, to za­py­tam ina­czej? – Brak spacji po półpauzie.

 

Lu­nit­ki oto­czy­ły ją krę­giem. Do­ty­ka­ły oczu, aż prze­sta­ła wi­dzieć ota­cza­ją­cy świat. – Nie brzmi to zbyt dobrze.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję nocnym Markom za wizytę.

Finklo, cieszę się, że wiedza szkolna została we mnie i udało mi się ją wykorzystać, co w moim przypadku wcale nie jest takie oczywiste. 

Reg, z podziękowaniem chylę czoła przed Twą bystrością – nie przestajesz mnie zadziwiać. Zaraz wprowadzę poprawki.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bemik, gratuluję wyróżnienia.

 

Smutna, magiczna opowieść. Jak to napisała Finkla taka bemikowa :) Piękne, namalowane słowem obrazy. Bardzo przyjemnie mi się czytało. I mimo, że tekst porusza trudne kwestie, nie atakuje przesadzonym dramatyzmem. 

I oczywiście świetne wykonanie, ale czego innego można się po bemiku spodziewać :)

 

Życzę miłego dnia i idę nominować do biblioteki… :)

 

Katiu, cieszę się, że i Tobie się spodobało, no i podziękowania za kolejny klik.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Cieszę się, Bemiku, że uznałaś uwagi za przydatne i bardzo dziękuję za pochwałę mojej bystrości. 

Natomiast ja nie mogę się nadziwić, skąd u Ciebie tyle pomysłów na takie ładne opowiadania.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No właśnie ostatnio coś gorzej z pomysłami, a nawet jak się pojawią, to mam problem z końcówką. Właśnie znowu jestem utknięta i to w dwóch opowiadaniach. Może jak się zrobi chłodniej, to mózg podejmie znowu pracę?

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

No to wyznam Ci, że z moją bystrością też jakby gorzej – dłuższy czas byłam przekonana, że czytam opowiadanie zatytułowane Lutniki i zastanawiałam się kiedy pojawią się panowie z lutniami, albo z lutownicami. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

smiley

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Czarująca opowieść. Chyba w dwóch miejscach porównania wydały mi się przekombinowane, ale to subiektywne. Magiczna opowieść. Bardzo misię. Jak Ty to robisz, że nie sposób się oderwać od lektury? Oczywiście to retoryczne pytanie.

Ponieważ to pytanie retoryczne, nie będę udzielać odpowiedzi, ale cieszę się, że je zadałeś. Dzięki, Blackburn.

Edytka: I dzięki za nominację!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Czytałem, betowałem. Bemik ponownie uruchomiła swoją magię w tej opowieści :)

A to czemu wrzuciłaś na portal? Nie będzie publikacji w Smoko?

Dzięki, belhaju. Nie, to opowiadanie nie ukaże się w Smoko, uzgodniliśmy, że pójdzie inne (też chyba je znasz) – według redakcji chyba ciekawsze. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Boże, Bemik, jak Ty umiesz malować piórem… :)

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Boże, Emelkali, ja Ty umiesz zrobić człowiekowi dzień :-)

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

 

Bajkowo-romantyczna kosmogonia pani Basi

Karolino/Ryszardzie – dziękuję.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Piękne… Smutawe.

Przeczytałem jednym tchem. Do końca, co prawda, nie poczułem emocji Janki, ale opisy, szczegóły i klimat zrobiły swoje.

F.S. - 14.08 - 03.09 - Motocyklowa Pielgrzymka Św. Szczepana - Wrocław - Jerozolima

Dzięki

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Czekałam, aż ukaże się ostateczna wersja tego tekstu, skoro już do roboczej nie udało mi się zajrzeć. I doczekałam się.

 

Jest tu sporo charakterystycznych dla Twoich opowiadań cech – trochę nostalgii, poetyckie opisy (ale nie w nadmiarze), baśniowość, miłość do natury i motyw powrotu po latach do krainy dzieciństwa. Do mnie takie rzeczy trafiają i jestem bardzo zadowolona z lektury tego tekstu. Ładna legenda w tle, a do tego związki międzyludzkie pokazane oszczędnie, ale bardzo prawdziwie. Udało Ci się opowiedzieć tę historię bez nadmiernego patosu czy “wyciskania łez na siłę”, prosto ale nie bez odrobiny dodających uroku ozdobników. 

 

Gratuluje wyróżnienia w konkursie!

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Dzięki, Mirabelko. Cieszę się bardzo, że Ci się podobało.

I dziękuję za nominację.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

“Kiedy przechodziła przez brzozowy zagajnik[+,] jakiś podmuch zaplątany w koronach drzew[-,] obsypał ją wilgotnymi liśćmi.”

 

“Okleił głowę i ramiona, ale gdy próbowała je strząsnąć” – Nienaturalnie to brzmi; “okleił” wiatr, tak? – ale “je” odnosi się już do liści. Zamieszanie podmiotowe.

 

“…zalała ją fala ciepłych wspomnień.

Przy starej kapliczce zatrzymała się i pochyliła głowę. Nie modliła się, bo już nie potrafiła. Dawno zapomniała, jakie to uczucie, ale zostało w niej wspomnienie.”

 

“Tu też nic się nie zmieniało, jakby świat zatrzymał się w momencie jej wyjazdu.” – Raczej: zmieniło?

 

“– Dobrze[+,] że zjawiasz się chociaż na pogrzeby.”

 

“Janka zaszyła się pokoju mamy.” – brakuje w

 

“Ale ta zabawa jej się szybko znudziła lub zwyczajnie wydoroślała.” – Czepialstwo – to brzmi tak, jakby zabawa wydoroślała.

 

“Nie chciała ich Luna, bo przypominały boleśnie o Wichrze, a ona pamiętać nie chciała.”

 

“Usiadła na tym samym krześle co poprzednio i zapatrzyła [+się] w płomienie przeświecające pomiędzy fajerkami kuchenki.”

 

“zaczęła, wrzucając dużą łyżkę miodu do kubeczka z herbatą.” – Czy łyżeczkę miodu można wrzucić? Jeśli jest płynny, to będzie spływał, jeśli gęsty, to też nie tak łatwo go oderwać od łyżeczki…

 

“– Dobrze, to zapytam inaczej?” – Czy to na pewno pytanie?

 

 

Bardzo ładna, smutna i ciepła opowieść. Taka “bemikowa”, jak pewnie głoszę i inne komentarze przed moim ;) Mit o Lunitkach jakoś może nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia, ale siłą twoich opowieści są przede wszystkim emocje i nieźle skrojeni bohaterowie. Miło spędziłam czas ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dzięki, Jose. 

Wyłapanych przez Ciebie błędów  zaraz się pozbędę. Wydaje mi się jednak, że tu nie masz racji:

Dobrze[+,] że zjawiasz się chociaż na pogrzeby. – według mnie bez przecinka, bo

Gdy że jest składnikiem połączeń wyrazowych: mimo żechyba że,zwłaszcza żeszczególnie żetyle żetylko żetak że (= więc), przecinek stawiamy przed całym połączeniem, nigdy zaś przed słowem że.  

 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bemik, ale IMO to nie jest ten przypadek. A gdyby zdanie brzmiało: “Cieszę się, że…”?

Babska logika rządzi!

Cieszę się jest czasownikiem, więc wtedy przecinek przed że.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

No zgadza się, czasownik. Ale dla mnie “dobrze, że” można traktować jak skrót od “to dobrze, że”. A to już prawie zdanie. IMO, “dobrze” czy inne “fajnie” to już zdanie, tylko niedorozwinięte. A zwrot “to mimo że” czy coś podobnego nie miałby sensu.

Babska logika rządzi!

Sama nie wiem, ale zostawiam bez przecinka. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Nie znam się, zarobiona jestem, ale zagadnienie – jak każde tego typu – ciekawe jest, więc może zerknięcie tu wyjaśni to i owo?

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Chyba mi to coś nie rozjaśniło – nadal mam wątpliwości, czy nie jest to jednak wypadek, gdy przecinek jest zbędny :-(

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ładna opowieść w typowym dla Ciebie stylu. Jak zawsze przemawiają do mnie przedstawione uczucia bohaterów.  Trochę smutna, trochę radosna. Jednak też jakoś większych rozmyślań u mnie nie wzbudziła. Ot, ciepła opowiastka :)

Podsumowując: fajne to, ciepłe to. Czasem coś grzmotnęło. Miło spędzony czas ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bardzo kobiece, koronkowe, a przecież z życia wzięte. Zakończone pięknie: “Wiatr zagwizdał jakby z podziwem, a potem sypnął jej kolorowymi liśćmi pod nogi, żeby szła niczym po dywanie.” Jeszcze raz gratuluję smokopolitalnego wyróżnienia! Detal odnośnie świata przedstawionego: skoro jest mowa o współczesnych technologiach, to bym zamiast siekiery wręczył Marianowi piłę spalinową :-)

Przyczajony użyszkodnik

Dzięki Mechaniszkin.

Co do piły spalinowej… on przecież rąbał drewno, tego się nie da zrobić piłą :-)

A Ty wrzucisz swoje wyróżnione?

 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bardzo ładna opowieść, przeczytałem ją z największą przyjemnością mimo, bądź co bądź niewesołego tematu.

Nastroiła mnie sentymentalnie.

 

Dzięki! 

Miło mi to czytać, dzięki!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Cześć Bemik, obowiązki przygnały mnie tutaj :)

 

Nie jestem fanem takiej literatury, ale postaram się rzucić jakąś mało przyjemną, ale konstruktywną uwagę na przyszłość (tekst wszak już publikowany). Nie miej mi za złe…

 

Magiczna aura, nostalgiczna nuta i niemal malarstwo słowem w tym tekście zupełnie mnie nie obeszło. Dlaczego? To nie wina stylu, narracji i osobliwych opisów. To nie wina wykonania i pomysł. To wszystko za sprawą bohaterki…

 

To co zwróciło moją szczególną uwagę (biło po oczach jak dobry bokser) to sprzeczność głównej bohaterki w doznawanych emocjach i ich przejawach. To jak reaguje na świat. To jak sobie tłumaczy rzeczywistość. To jak rozmyśla nad frekwencją uczestników pogrzebu, zapominając w jakim stopniu sama była obecna w życiu matki…

 

Jej irytująca bezmyślność i niedojrzałość. I ten „heroiczny” wysiłek by pożegnać matkę, kiedy wcześniej wystarczyło wsiąść w samochód i przyjechać… Może łatwiej bym to strawił, gdyby sama znała powód, dla którego nie odwiedzała chorej matki, gdyby w ogóle jakiś był – złość, gniew, kłótnia, jakaś zadra pielęgnowana od lat, bo w obecnym kontekście żal i smutek bohaterki stają się śmieszne/komiczne…

 

Wiem, że nie takie gwiazdki/mimozy stąpają po ziemi, ale mimo to Janina tak przedstawiona szkodzi tekstowi.

Cała reszta fajna :)

 

Pozdrawiam

Czwartkowy Dyżurny

Blacktomie, dziękuję Ci za analizę. Do niektórych rzeczy się odniosę, na przykład do tego:

kiedy wcześniej wystarczyło wsiąść w samochód i przyjechać… 

Nie zdarza Ci się, że niektóre rzeczy odkładasz na później, a potem po prostu jest za późno? To taki dość życiowy przypadek. Janka odkładała wizytę, bo ciągle jej się wydawało, że ma dużo czasu. Bo tak nam się zawsze wydaje, a na dodatek często jeszcze zapominamy o tym, że nam/naszym bliskim może przydarzyć się nieszczęście. Zawsze jest coś ważnego – w tym przypadku praca w szpitalu. I nie zmienia to faktu, że żal później jest autentyczny i że bardzo boli. 

mimo to Janina tak przedstawiona szkodzi tekstowi.

Gdyby Janina była inna, nie byłoby tekstu. 

Pozdrawiam 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Domyślam się bemiczko, że zwykła obyczajówkę też piszesz, mocno przesiąknięte są nią twoje teksty. Osoby, środowiska i obrazy, które malujesz są przekonywujące. Nie inaczej jest i tym razem. Powiedziałbym nawet, że część fantastyczna jest ciut słabsza od obyczajowej, ale nie można ci odmówić smaku i dobrego, delikatnego dozowania.

Podsumowując podobało się, tak jak i poprzednie :) Wrzucasz gdzieś w necie czystą obyczajówkę?

A wiesz, Darconie, zaczęłam pisać takie babskoobyczajoworomansowe, ale utknęłam na jakichś 80 tys. znaków. Jakoś na samą obyczajówkę w postaci powieści nie mam cierpliwości. Opowiadania – jak najbardziej tak. 

I odpowiadając do końca na Twoje pytanie – nie, nie ma mojej obyczajówki w necie ani nigdzie indziej :-(. Jest za to powieść fantasy, która czeka na łaskawość jakiegoś wydawnictwa i doczekać się nie może. Tam też znalazło się sporo obyczajówki.

Dzięki za miłe słowa.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

tłumaczenia brata, że to nicdobrego, że to powsinoga, ladaco.

Mam wrażenie, że się powtarzam pod każdym Twoim tekstem, ale cóż, niezmiennie bardzo mi się one podobają. Z wielką klasą i dojrzałością opisujesz emocje, co z podziwem podpatruję i samemu staram się uskuteczniać. Jest ciepło i sentymentalnie, jednak wolałbym szczyptę więcej goryczy. Aby historia mogła wybrzmieć w bardziej dramatyczny sposób.

Pozdrawiam!

Dzięki, MrBrightside.

Czemu w cytacie wytłuszczenia?

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Wygląda, jakby Ci tam zjadło spacje.

Nie, nic mi niczego nie zjadło :-) To są rzeczowniki!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Skoro mówisz, że jest ok, to wierzę! :D

Piękne opowiadanie, refleksyjne, poruszające jakieś struny w mojej duszy, których istnienia raczej bym się nie spodziewał. 

Miło takie słowa usłyszeć, szczególnie od mężczyzny, dziękuję!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Masz rację co do piły :-) Moje wyróżnione poczeka cierpliwie na publikację w Smoko :-)

Przyczajony użyszkodnik

yes

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ładne! Opowiadaj nam dalej, Bemik, opowiadaj.

Wątpliwości dotyczących psychologii bohaterki nie podzielam, co więcej wydaje mi się ona bardzo bliska…

Fragmenty obyczajowe po prostu piękne. Ten powrót do domu dzieciństwa, brat i siostra, parzenie herbaty – to jest Twoja bajka i Twoja poezja.

Nie do końca natomiast podobają mi się elementy science w opowieści o Lunie. Po takim micie spodziewałbym się raczej próby alternatywnego wyjaśnienia zjawisk przyrody (ten element jest we fragmencie o zmianach oblicza Luny) niż wplatania praw astronomii, pływów i aktywności sejsmicznej (to ostatnie bardzo niesłowiańskie). Kosmiczny Wicher też taki zupełnie z innej bajki. Rozumiem, że chciałaś aby ciotka była wiedźmą reformowaną, ale siła przyzwyczajenia czytelnika ciąży w inną stronę. W ogóle brakuje mi odrobiny szaleństwa, niezwykłości, odklejenia od rzeczywistości w tej postaci. Po wspomnieniach z dzieciństwa Janki spodziewałem się kogoś bardziej oryginalnego.

Nie znasz się, Coboldzie. Elementy science są najlepsze. A nie tam – herbata… ;-)

Babska logika rządzi!

Na czym, jak na czym, ale na herbacie się znam!

No to ja lepiej się znam na science. Chociaż też szału nie ma.

Babska logika rządzi!

Dzięki, coboldzie. Wiesz, miał być “zaginiony wpis” – coś trzeba było wymyślić, a że ja zawsze obyczajowością jadę, więc to była baza. A elementy science w tym opowiadaniu? A bójże się boga, wszak Lunitki z miłości zrodzone wink 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Opowieść niedługa, ale zawiera wszystko co trzeba. Mnie szczególnie poruszyły początkowe sceny– wspomnienia i przemyślenia Janki, obraz wsi. Czuć w nich realizm. Podobnie postawa wobec Matki, zarówno na początku, jak i końcu nie jest absolutnie przesadzona. Może tylko brat zbyt szybko opanowuje swoje emocje, ale zapewne i tak bywa. Element fantastyczny natomiast został podany w prosty sposób, bez żadnych kombinacji, co zupełnie wystarcza i pasuje do całej historii.

Krótko mówiąc: spodobało się i to bardzosmiley

Minęła północ. (…) Zaczynało świtać.

Zakładając, że akcja toczy się jesienią, spotkanie z Lunitkami musiało trwać długo. W sumie czemu nie:)

Pozdrawiam.

Szubozdolka, dziękuję za obszerny komentarz i bardzo się cieszę, że tekst Ci przypadł do gustu.

Z tym czasem masz rację, ale chyba zostawię już bez poprawek, powiedzmy, że był to magiczny czas wink

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Poruszający, ciepły, pełen nostalgii i czaru tekst. Znakomicie odmalowałaś jesienny klimat – czuć odchodzenie, przemijanie, tęsknotę, a jednocześnie tu i tam błyskają ciepłe promyki. Poczułam ten tekst. Głownie dzięki zmysłom i detalom – tej nalewanej herbacie, matczynym gestom, zapachowi liści i cukierków :)

Werweno, miło przeczytać, że tak odbierasz ten tekst. Zawsze pisząc, mam nadzieję, że ktoś poczuje tak samo jak ja.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Nowa Fantastyka
Patronujemy