- Opowiadanie: funthesystem - Doczłowieczenie

Doczłowieczenie

Na potrzeby konkursu zapuściłem charakterystyczne wąsy i byłem dupkiem jak Dali. Ale tylko pisząc.

Rozszarpcie tekst na strzępy, jakby to była karkówka z grilla. Za wszystkie żylaste kawałki przepraszam, nie starczyło czasu, żeby dłużej pogrzebać. 

Smacznego.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Doczłowieczenie

Cmentarzysko Kamieni: piaszczysta równina po horyzont i światło, mimo braku słońca. W ognisku płoną laski, podpory, kule inwalidzkie. Coś drobnego się przypala, skwierczy. Wokół zebrali się ci, którzy są tu pochowani – ci, którzy nie mają dokąd odejść. Mogą tylko rozpadać się na coraz mniejsze kawałki: z kamieni żwir, ze żwiru piach, z piachu pył. Tak powstaje równina, która przetrwa dłużej niż wszystkie inne światy.  

Panuje cisza, dopóki w twardą, nieugiętą krainę nie wyleje się miękka opowieść – jedyny sposób, by zabić to, czego po śmierci jest za dużo. Kamień o kształcie ust odchrząkuje, wczuwa się, zaczyna snuć historię z krwi i kości. Historię o ciele i skórze. O mnie.  

Pustkowie wypełnia się Szczepanem Wybickim.  

 

 

1. Ciałobranie

 

Był deszczowy lipiec, gdy w mojej głowie począł się niebezpieczny pomysł. Zamiast dokonać aborcji, zapragnąłem urodzić: wprowadzić go w życie lub wprowadzić życie w niego, jak kto woli.

Szał tworzenia uderzył niespodziewanie. Zakupy wypadły z rąk, a zanim jabłka przestały się toczyć, byłem już przy najbliższym samochodzie. Palce musnęły klamkę, wargi wyszeptały parę słów – umysł otworzył drzwi. Wsiadłem i ruszyłem na wschód, skąd nadciągała burza. Wkrótce tłuste krople uderzyły o szybę, a niebo rozjaśniły błyskawice. Pogoda sprzyjała.

Krynica Morska była jednym z tych końców świata, w których znajdywałem natchnienie. Porzuciłem kradziony samochód przed wjazdem i pobiegłem ku morzu. Strugi deszczu omijały mnie szerokim łukiem.

Wypadłem na opustoszałą plażę niczym wściekły szerszeń. Szarość chmur zlewała się z szarością morza, a szum fal z bębnieniem ulewy. Piasek pod stopami przypominał popiół. Świat ogołocony z barw i przyodziany w nijakość – najlepszy lep na rozchwiane dusze.

Z ust wypuściłem przynętę, która przybrała formę przezroczystych, ociekających śluzem mrówek. Dzieliły się na oddziały i w równych kolumnach maszerowały ku drzewom, ku miastu, ku ludziom. Odprowadziłem je wzrokiem, po czym ukryłem się między wydmami, by czekać na ofiary.

Owadami kierował węch. Zwiadowcy prowadzili tam, gdzie unosił się zapach melancholii i tęsknoty za czymś niepojętym. Potem armia zdobywała szturmem twierdze o zamglonych spojrzeniach. Wchodziła po butach, nogawkach, ku głowie, a następnie wdzierała się oczami, uszami, ustami. Wewnątrz umysłów mrówki przegryzały to, co już wcześniej było podpsute. Tamy szaleństwa puszczały. Podbici ludzie przepraszali towarzyszy, opuszczali ciepłe restauracje, pokoje, namioty, zanurzali się w deszcz i chłód.

Szli do mnie.

Snuli się po szarej plaży, moknąc, przemarzając. Gdy wszyscy dotarli, opuściłem kryjówkę i przemówiłem ze szczytu wydmy. Bo co to za zabawa: być artystą, ale bez publiczności?

Nawet jeśli ta publiczność ma stać się materiałem, z którego powstanie moje nowe dzieło.

– Stwórca stworzył, Twórca tworzy! – zacząłem patetycznie.

Zadzierali głowy; krople ściekały po twarzach. Przywołałem grzmot, by dodać jeszcze więcej dramatyzmu, i kontynuowałem:

– Ten pierwszy, najznakomitszy realista, zrobił swoje, raz i wystarczająco, po czym osiadł na laurach. Nie ma o czym mówić. Zaś ten drugi to ja, Szczepan Wybicki, jedyny prawdziwy surrealista. Tworzyłem, tworzę i tworzyć nie przestanę. Chcecie o mnie posłuchać?

Zrozumieli, że znaleźli się w pułapce. Niedorzeczność sytuacji wzbudziła w nich strach; ktoś nawet zapłakał. Tego właśnie potrzebowałem. Przerażenie sprawiło, że skamienieli – przez ułamek sekundy widziałem kilkanaście posągów pośrodku świata piasku, wody i szarości. Twardość w miękkości.

– Nie będzie wam dane posłuchać na mój temat – powiedziałem, ciszej, bardziej do siebie. – To wy będziecie opowiadać o mnie.

Odwróciłem wzrok i wyszeptałem rozkaz, a mrówki go wykonały.

Kiedy odważyłem się spojrzeć, niewidzialne, lepkie owady wychodziły z leżących na plaży ciał i wciskały się pod nie. Po chwili karawana sunących po piasku trupów ruszyła na zachód.

Deszcz ustawał, szał tworzenia słabł.

 

 

2. Zmięsawstanie

 

Tworzyłem na swoje podobieństwo, ale dzieło było tak wspaniałe, że sam pragnąłem się do niego upodobnić.

Światło pojedynczego reflektora odbijało się od srebrnego stołu, na którym leżała sterta starannie wyselekcjonowanych mięśni. Pozostała część prosektorium tonęła w mroku – nie potrzebowałem wzroku, by pracować. Stałem w strefie, w której jasność mieszała się z ciemnością, i dyrygowałem. Narzędzia sekcyjne fruwały na wszystkie strony, a za nimi podążały wypreparowane fragmenty ciał. Wyłącznie mięśnie. Mignął mi piersiowy większy, biceps zamienił się miejscem z czworogłowym.

Stół sekcyjny był jednocześnie ołtarzem, na którym składałem ofiarę dla Sztuki, i sceną, na której rozgrywało się nie Stworzenie, lecz Tworzenie – zamiast ze słowa, ciało brało się z geniuszu. Ja – kapłan. Ja – reżyser. Ja – jedyny prawdziwy surrealista.

Z pokrywających mięśnie powięzi sporządziłem nici, które miały połączyć kawałki półszaleńców z Krynicy. Nuciłem, palce wybijały takty – umysł szył.

Tak powstawało dzieło o tytule „Szczepan Wybicki”. W obawie przed tym, że owoc geniuszu dorówna Twórcy, zostawiłem mu skazę i dopiero potem wprowadziłem w moje dziecko życie.

Gdy tylko umysł rozgościł się w jego głowie, „Szczepan” spojrzał na mnie pustymi oczodołami.

– Jeść – wychrypiał.

– Oczywiście – odparłem podnieconym głosem. – Nie samym duchem żyje człowiek. – Pstryknąłem palcami, a z lodówki nadleciały przygotowane wcześniej przekąski.

Początkowo musiałem go karmić. Z czasem zyskał siły: umiał unieść głowę czy rękę, a nawet usiąść. Jednak każda próba przejścia chociaż kroku kończyła się upadkiem.

– Czemu bez kości? – pytał „Szczepan”. – Czemu bez skóry, bez serca?

– Mięśnie to siła – tłumaczyłem. – A ty jesteś majstersztykiem siły. Nie potrzebujesz skóry, bo trzymasz się bez niej. Nie potrzebujesz serca, skoro nie ma w tobie krwi. Ale potrzebujesz ciała, bo bez ciała nie ma umysłu. Umysł zaś jest źródłem geniuszu. Spójrz na swoje dzieła.

Unosił głowę i patrzył pustymi oczodołami. Owoce jego pracy wypełniały już całe prosektorium. Były wśród nich: wiszące w powietrzu obrazy z drobinek kurzu, rzeźby z lewitującej formaliny, katarynki z ludzkich zwłok – wszystko to, co ja sam tworzyłem. „Szczepan” także potrafił skomponować uwerturę ze smaków paelli z owocami morza czy utkać szatę z barw zachodu słońca.

To oznaczało, że przestawałem być jedynym prawdziwym surrealistą. Zazdrość wywoływała we mnie ekstazę, jednak czułem, że dzieło nie jest jeszcze skończone. Zostawiłem „Szczepana” w prosektorium, pozwalając na dalsze eksperymentowanie z rzeczywistością. Całymi nocami zaszywałem się w innej komnacie mojego ukrytego pod Gdańskiem zamku, zaś dniami wychodziłem na powierzchnię.

Galerie handlowe były źródłem wiedzy o modzie. Przesiadywałem z kawą lub fast foodem i jednym okiem obserwowałem  ludzi tak intensywnie, że niemal przewiercałem im się przez ubrania. Niemal, jednak nie do końca – dlatego drugie oko musiałem zmienić w świerszcza, którym skradałem się do przebieralni i podglądałem. Interesowała mnie moda ludzka: to, jak nosi się na sobie skórę.

Potem robiłem zakupy, wracałem do zamku i skrupulatnie notowałem. W końcu nadszedł czas, by odwrócić cykl dobowy. Za dnia pracowałem w swojej komnacie, zaś nocą chodziłem do klubów i robiłem przymiarki.

Niektóre skóry mi się podobały, więc brałem je ze sobą. Prawdziwa sztuka wymaga krwi, potu i łez – a przy czym innym jest ich więcej, niż przy rozbieraniu nagich ludzi?

Któregoś świtu, gdy wracałem, w bramie zamku powitał mnie „Szczepan”. Początkowo go nie poznałem. Wsparty na kilku drewnianych kulach inwalidzkich, przypominał raczej pająka, nie człowieka. Jego widok na tle ciemnego zaułka sprawił, że poczułem coś, co jest obce prawdziwemu artyście, od kiedy wespnie się na poziom geniuszu. Strach. Powrót do prymitywnego instynktu, którego wtedy doświadczyłem, był krokiem ponad najwyższe piętro możliwości – był wręcz wstąpieniem w transcendencję.

– Znalazłem sposób, żeby powstać – wychrypiał „Szczepan”.

– Znakomicie – odparłem, delektując się obecnym w moim głosie lękiem. – Zaraz cię w coś ubierzemy i będziesz mógł wyjść na miasto.

„Szczepan” uśmiechnął się. Odwzajemniłem ten ludzki gest. Obaj wiedzieliśmy, że dzieło nie jest jeszcze skończone.

 

 

3. Wskóręwstąpienie

 

Kiedy chodził między wiszącymi na hakach skórami, nie mogłem oderwać od niego oczu. Poruszał się niezgrabnie, oparty na zewnętrznym szkielecie z lasek i specjalnych podpór. Mięśnie naprężone przy każdym kroku, żywa czerwień rozciągniętych włókien. Samo ciało – czyste piękno. Skaza niemal nieistotna. Zachwyt i zazdrość tworzyły mieszankę, która zżerała mnie od wewnątrz.

– Która ci się podoba? – zapytałem.

Przyglądał się chwilę usianej piegami skórze dwudziestoletniego modela; podziwiał gładkość opalonej powłoki, którą zdarłem z trzydziestoletniej singielki; z fascynacją dotykał wykwitów na workowatym stroju z chorego na łuszczycę grubasa. Przechadzał się i wybrzydzał niczym gwiazda filmowa w garderobie. To za małe, tamto za duże, to zbyt zwyczajne, tamto zbyt krzykliwe.

– Tylko tyle mamy?

Nie umknęło mojej uwadze, jakiej formy czasownika użył.

Rozłożyłem ręce. Po obu stronach podłużnej komnaty ciągnęły się rzędy zdartych skór. Każda wyglądała, jakby z człowieka wyskrobać wszystko, co miał w środku. Worki o dziwacznych kształtach, nietypowa galeria mody. Prawdziwy surrealista jest też projektantem i kostiumografem.

– Chciałbym sam znaleźć i wybrać sobie skórę – oznajmił „Szczepan”. Zniknęliśmy „my”.

Zadrżałem. Dzieło zbliżało się do geniuszu twórcy. Rozumiało, że skóra jest niezwykle istotna. Póki się jej nie rozetnie lub nie zbada inną metodą, pod spodem może być wszystko i nic. To ona stanowi zagadkę niczym płótno zakrywające obraz. Odpowiedź wyjawia się dopiero po odsłonięciu.

Świadomość, że zostawiłem na „Szczepanie Wybickim” skazę, jednocześnie mnie uspokajała i podniecała.

– Jak chcesz to zrobić? – zapytałem.

– Właściwie już znalazłem najwspanialszego człowieka. – Puste oczodoły spojrzały wymownie. – I go wybieram.

Nie spodziewałem się, że nastąpi to tak wcześnie, więc poczułem euforię. Artyści to niecierpliwe istoty. 

Zacząłem szeptać, ale uderzenie laską strąciło zaklęcie z końca języka. Potem zwaliły się na mnie dziesiątki kilogramów mięśni. Próbowałem zepchnąć napastnika. Bezskutecznie. Byłem za słaby – pytanie: ciałem czy umysłem? Myślałem, że pęknę pod wpływem mocarnego uścisku jego ramion.

– „Szczepan”… – wydusiłem z siebie tylko.

– Zaraz pozbędziemy się tego cudzysłowu, który tak paskudnie brzmi w twoich ustach.

Zaciągnął mnie do miejsca swoich narodzin. Trafiłem na stół sekcyjny, pod światło pojedynczej lampy. Kapłan – ofiarą. Reżyser – w rękach marionetki. Twórca – dziełem. Byłem sparaliżowany, choć nie wiem, czy ze strachu, czy z podniecenia.

– Szczepan, posłuchaj – charczałem w krótkich chwilach, gdy udawało się złapać oddech. – Nie jesteś jeszcze…

– Skończony? Sam zdołam się dokończyć!

Przyciskał mnie do stołu, a jego twarz o pustych oczodołach przesłaniała światło. Kątem oka widziałem, jak narzędzia sekcyjne zaczynają powietrzny taniec.

– Dobrze, że zdjąłeś ze mnie cudzysłów – powiedział „Szczepan”. – Za chwilę nałożymy go tobie. Nie wierć się i nie drzyj. Historia o moim dziele przetrwa dłużej niż my obaj.

– Nie rozumiesz – bełkotałem. – Ja przetrwam wszystko.

– Będziesz tylko jednym z moich niezliczonych dzieł – odparł autoportret, po czym rozkazał ostrzom, by zagłębiły się w mojej skórze.

Miotałem się i wrzeszczałem, ale było za późno.

Traciłem swoje ciała.

Wylatywały ze mnie, wysypywały się, wyciekały. Podłogę i stół sekcyjny pokrywała ohydna maź pełna chitynowych odnóży, skrzydeł i fragmentów pancerzy. Mrówki uciekały, pająki odbiegały, modliszki odchodziły, aż w końcu cała skóra opustoszała. Umarły moje ciała, umarł mój umysł. Na stole został workowaty, miękki, zewnętrzny szkielet.

„Szczepan Wybicki”, nieprzejęty tysiącami rozbiegających się owadów, wziął go w ręce.  Włożył na siebie całą skórę, oprócz głowy, która zwisała jak kaptur. Laski, podpory, kule inwalidzkie – wszystko wylądowało na podłodze. Artysta zrobił parę kroków, poruszył rękami, a potem spróbował ubrać się do końca.

Nie pozwoliła mu na to skaza. Głupi, bezsensowny wąs na górze chodzącego mięsa. Element, który odróżniał twórcę od dzieła. Zabezpieczenie, by „Szczepan Wybicki”, nawet jako Szczepan Wybicki, nie był mną.

Z wściekłości oderwał skórę głowy od reszty i cisnął w kąt. A moja dusza, przylepiona do tego skrawka, wciąż tam była. Jak już mówiłem: przetrwam wszystko. Jestem jedynym prawdziwym surrealistą i nie poddam się niczyim żądaniom sensu.

Jestem, bo jestem.

 

 

4. Utwarzowanie

 

Jedyna różnica między mną a ludźmi jest taka, że ja nie jestem człowiekiem.

Zaś jedyna różnica między mną a „Szczepanem Wybickim” jest taka, że ja jestem Szczepanem Wybickim.

Powtarzałem to bez przerwy, co doprowadzało go do szału. Próbował mnie zniszczyć, ale geniusz jest niezniszczalny (przede wszystkim dlatego, że geniusz jest z natury miękki). W końcu „Szczepan” pojął swój błąd. Pozbył się wąsa, znalazł twarz – pierwszą z wielu – a pozostały strzępek mojej skóry zawiesił na rusztowaniu z miniaturowych kul inwalidzkich. Umieścił twarz jedynego prawdziwego surrealisty na niewielkim piedestale z napisem „Autoportret”. I myślał, że będzie po sprawie, że będzie sobie wesoło gospodarzył w zamku pod Gdańskiem, że będzie tworzył tak, jak ja tworzyłem, a może nawet lepiej.

Mylił się.

Jak on, człowiek, mógłby dorównać mnie, surrealiście?

Był słoneczny lipiec, zupełnie inny niż ten, kiedy wstrzymałem się od aborcji, a zdecydowałem na narodziny i wychowanie. Ładna pogoda drażniła mnie także pod ziemią. Postanowiłem dokonać eutanazji swojego dziecka.

Najwolniejszej eutanazji świata.

Ze swoich obwisłych resztek wypuściłem ostatnią mrówkę. Przezroczystą, niewidzialną, za to bardzo lepką. Najpierw kazałem jej nadgryźć jedną z podpierających mnie kul, by mieć lepszy kąt widzenia. Potem poleciłem skrupulatnie, kawałek po kawałku, pożreć wszystko. Miesiącami patrzyłem, jak zjadała rzeczy z komnaty, w której więził mnie „Szczepan”.

Mrówka pochłaniała to, co było miękkie. Zaczęła od rzeczy najmiększych, takich jak chmury, morza czy słońce. Następnie zabrała się za tkankę organiczną. „Szczepana Wybickiego” zostawiła na koniec.

Tuż przed jego zniknięciem, kiedy zostaliśmy sami na bezkresnym pustkowiu, zapytałem:

– Jak podoba ci się moje najnowsze dzieło?

A on odparł:

– To twój prawdziwy autoportret. Nie masz już czego tworzyć.

 

***

 

Po dłuższej chwili ciszy kamień w kształcie języka pyta:

– To już koniec?

– Koniec tej historii – odpowiada kamień w kształcie ust. – Potem zostaliśmy my, twarda część świata. A w końcu umarliśmy.

– A Szczepan Wybicki?

Wszyscy dobrze znają odpowiedź, mimo to kamień w kształcie palca wskazuje na ognisko, w którym płoną laski, podpory, kule inwalidzkie – niepotrzebne szkielety, na których dawniej opierało się to, co miękkie.

Coś się przypala, skwierczy. Kamienie patrzą na piekący się w ogniu skrawek, który dawniej mógł być twarzą. Widzą, jak ów kawałek skóry próbuje wytopić z siebie miękkość, odrzucić geniusz, ale wciąż mu za mało.

W powietrzu zawisa niewypowiedziane pytanie: czy ostatnia mrówka naprawdę skończyła swą ucztę? 

Koniec

Komentarze

Nie wiem czy zdążysz, dlatego bez zbędnego gadania:

Węch kierował owadzimi wysłannikami.

Węch kierował owadami.

Chcecie o mnie posłuchać?

Będziecie o mnie słuchać.

Kiedy odważyłem się spojrzeć, niewidzialne, lepkie owady wychodziły z leżących na plaży ciał zwłok i wciskały się pod nie. Po chwili karawana sunących po piasku trupów ciał ruszyła na zachód.

Gdy tylko wyczarowany umysł rozgościł się w jego głowie,

– Skończony? Myślisz, że sam nie mogę tego zrobić? Sam to dokończę. (lub coś w ten deseń).

 

Samo opowiadanie bomba, bardzo mi się podobało. Surrealizm wysokich lotów, nie wymaga rozszerzonego komentarza.

 

Na szybko: dzięki! 

Nie do końca rozumiem uwagi, posłuchałem na razie tylko z “wyczarowanym”. Jak możesz, to oświeć mnie, szczególnie z tym dokończeniem. 

Pytanie retoryczne mi nie pasuje. On postanowił i zrobi, więc nie powinien pytać. Wysłannicy brzmią mi trochę drętwo. Tak samo chcecie o mnie posłuchać, retoryczne pytanie, wolałbym nakaz. Pasuje mi karawana sunących ciał, a nie trupów, bo wtedy myślę, że są nagie i to potęguje efekt.

Ale to zupełne drobiazgi. Bez większego wpływu na świetny tekst.

Północ, więc odkładam skalpel. 

Jeszcze raz dzięki. Część wskazówek uwzględniłem.

I cieszę się, że się podobało :)

Hmmm. Chyba wdałeś się w Dalego całkiem nieźle, bo niewiele zrozumiałam. Znaczy, poszczególne zdania OK, zarys historii Szczepana też, nawet motywacje artysty, ale cała magia tego megagolema jakoś do mnie nie trafiła. No, wychodzi mi, że bez pierwszego i ostatniego fragmentu byłoby o wiele bardziej zrozumiale. Ale nie przejmuj się mną.

Babska logika rządzi!

Akurat Dali chciał tworzyć sztukę, która będzie zrozumiała dla każdego, kto na nią spojrzy :D

No, ale spodziewałem się, że Ci nie przypasuje. Dzięki za wskazanie, co nie zagrało :)

Ze mną mu nie wyszło. Jego obrazy są dla mnie jak wiersze – niby słowa zrozumiałe, widać, co artysta namalował. Ale co chciał przez to powiedzieć… ;-)

Babska logika rządzi!

Wydaje mi się, że są takie obrazy, na które wystarczy patrzyć i podziwiać, a nie odczytywać, tak samo, jak patrzy się na piękny kataloński krajobraz i nie zastanawia się, co tysiące lat działania wiatru, wody i ruchów geologicznych chciały przez to powiedzieć ;)

Ja wolę rozumieć niż podziwiać. Może dlatego, że nigdy nie byłam w Katalonii. ;-)

Babska logika rządzi!

Warto Finkla, warto pojechać.

Surrealizm prima sort. Historia wysokich lotów. Jestem zachwycony. Wybitna historia. Majstersztyk. Co tu więcej mówić.

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Cieszę się, że do Ciebie trafiło, Pietrku. Dzięki za wizytę i klika :)

Tak trochę trudno się rozpisać, a wiele można zinterpretować z Twojego tekstu. Zdecydowanie utwór, który zostanie mi w głowie na dłużej i nie da o sobie zapomnieć. Obrany przez Ciebie surrealistyczny kierunek jest świetny. Jeden z najbardziej ambitnych tekstów, który też cieszy świetnym wykonaniem.

Przeczytałam.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Deirdriu, miło mi to czytać :)

 

Mirabell, gratuluję, jako pierwsza z jurorów dotarłaś do mety :D

A komu kibicowałeś? ;-)

Babom jakoś to szybciej idzie. Kobiety więcej czytają! ;-)

Babska logika rządzi!

Gdzie znalazłaś takie dane, Finklo? ;)

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Koleżanki mówiły… ;-)

Babska logika rządzi!

Kłamały :) Nie wierz, co mówią, nic nie jest pewne. W końcu żyjemy w Matrixie, prawda?

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Cieszę się Funie, że przeczytałam bardzo porządnie napisane opowiadanie, ale obawiam się, że to, co przeczytałam, chyba mnie przerosło. Nie rozumiem poczynań Szczepana Wysockiego, „Szczepana Wysockiego” także nie pojmuję.

 

„Szcze­pan” uśmiech­nął się. Od­wza­jem­ni­łem ten ludz­ki gest. – Uśmiech nie jest gestem.

 

Od­po­wiedź wy­ja­wia się do­pie­ro pod od­sło­nię­ciu. – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Taki już ten surrealizm… ;)

Dzięki za wizytę, błędy poprawię po wynikach konkursu. 

Ech… utknąłem w połowie… szkoda, że faktycznie Dali nie jest narratorem, tylko imitator z Polski.

Czy można wierzyć w jakość w świecie zdominowanym przez ilość?

Dzięki za próbę przebrnięcia, Piotrze :)

A mógłbyś powiedzieć, co nie pozwoliło dotrwać do końca? Z lakonicznych komentarzy trudno się czegoś nauczyć. 

“Tak powstawało dzieło o tytule „Szczepan Wybicki”.”

 

To zdanie dziwnie wybiło mnie z rytmu. Snujesz wizje a’la surrealistyczne pustkowia w Katalonii, a potem uderzasz szarzyzną w stylu polskich blokowisk. Hm… może po prostu ten Szczepan jest mało patetyczny?

 

Chyba jednak dokończę – bo do tego momentu styl masz naprawdę dobry :) mam nadzieję, że potrafię tak pisać choć w połowie. Tylko proszę nie mścij się za koment :) doczytam i wstawię ocenę :)

 

 

Czy można wierzyć w jakość w świecie zdominowanym przez ilość?

Zawsze mszczę się za komentarze – czytam opowiadania komentujących i staram się sklecić sensowną opinię ;)

To jest wyjątkowo dziwne, a do tego świetnie się czytało. No wciągać potrafisz. ;) Tekst obrazotwórczy, surrealistyczne sceny nie są chaotyczne, ale przemyślane zacnie. Pomysł bardzo mi się. Jestem kontent.

Blackburnie, bardzo się cieszę, że w końcu udało mi się do Ciebie trafić :) 

Doczytałem i stwierdzam, że w tym szaleństwie jest metoda, a także, że nie biorę narkotyków, bo sam jestem narkotykiem!

 

Ode mnie masz piątkę.

 

Salvador “Szczepan Wybicki” Dali

Czy można wierzyć w jakość w świecie zdominowanym przez ilość?

Ech… ostatnio mało czasu na cokolwiek. 

No tak, spodobała mi się ta abstrakcja, na prawdę dobre to jest, zacnie przedstawione i bardzo ciekawy pomysł. Trafiło. :)

Piotrze, dzięki za piątkę. 

Blackburnie, dzięki za klika.

 

Kto zgadnie, którym obrazem się inspirowałem? 

Chyba nie zgadnę, bo tych obrazów jest naprawdę dużo… może “Apoteoza Homera”?

 

 

A co do tekstu, mam jeszcze kilka myśli: podoba mi się ta uporządkowana abstrakcja, która w zasadzie w trakcie czytania nabiera coraz większego sensu, no i wymyśliłeś super tytuły rozdziałów.

Czy można wierzyć w jakość w świecie zdominowanym przez ilość?

Ocho-cho, że się tak wyrażę! ;)

Bardzo podobał mi się ten “obraz”. Powiem więcej – pierwszy raz wykorzystam przywilej przyznawania punktów do biblioteki. Mimo krótkiego czasu udało Ci się wymalować porządny utwór. Moje teksty od zaraz nie są w tak dobrej formie…

Historia artysty i jego dzieła, przeradzająca się później w opowieść dzieła i jego artysty, to wyjątkowo dobre zagranie. Nie będę zbyt wnikał w interpretację utworu – zacytuję jedynie: “Największym dobrodziejstwem na tym świecie jest fakt, że umysł ludzki nie jest w stanie skorelować całej swej istoty. Żyjemy na spokojnej wyspie ignorancji pośród czarnych mórz nieskończoności i wcale nie jest powiedziane, że w swej podróży zawędrujemy daleko.” :)

 

Pozdrawiam!

Jai guru de va!

Piotrze, fajnie, że zwróciłeś uwagę na tytuły rozdziałów. Miałem co do nich obawy, ale ostatecznie stały się szkieletem, na którym obudowałem resztę słów.

 

Rokitniku, dzięki :) Wyścig z czasem był, ale jakoś zdążyłem. 

Jaki obraz? Trudne zadanie, żeby odgadnąć. Jedno zdanie w opku wskazywałoby na Autoportret, ale Ant Face pasuje trochę do kontekstu. Cieżko odgadnąć. 

 

Edit: chodzi mi o Soft Self-portrait 

Czyżby zanosiło się na pierwsze opowiadanie w bibliotece bez tradycyjnych piórkowych klików? :D

 

ROZWIĄZANIE ZAGADKI

Miękki autoportret ze smażonym bekonem, zgadza się. Odznaka Bystrzaka dla tego, kto powie, co zrobiłem z tym chrupiącym kawałkiem wędliny :)

Ten zerwany kaptur ze skóry głowy?

Babska logika rządzi!

Tak, ten skwierczący żałośnie w ognisku. Aczkolwiek to tylko smaczek. 

Zdradzę jeszcze, że ten bekon z obrazu zainspirował mnie do nadania “Szczepanowi” skazy. Przyszło mi do głowy, że Dali domalował bekon, by jego niedorzeczność go uspokajała; bez niego mógł mieć wrażenie obcowania z jakimś krzywym zwierciadłem. 

Tu byłem.

Bardzo dobrze się czytało. Trochę szalone, ale chyba takie powinno być opowiadanie o Salvadorze :) Zdecydowanie zapadanie mi w pamięć. Chyba też nie wszystko zrozumiałam, ale obrazy Dalego też można różnie interpretować. I oczywiście bardzo dobre wykonanie. Idę nominować do biblioteki, jak jeszcze zdążę :) Powodzenia w konkursie :)

Kolejny juror dotarł do mety! Tylko Słowik w tyle… No, ale nie bez powodu mówi się “wolny jak ptak” ;)

 

Dzięki za komentarz i klika, Katiu (Katio?) :)

O! Odgadłem obraz, będący inspiracją. Super, co jest nagrodą? ;P

Choć muszę napisać, że sporo zamieszania tymi mrówkami zrobiłeś, fun.

Swoją drogą, to konkretnie zakręcone, żeby inspiracją do autoportretu był bekon, hmm… ;)

Hmm… Sama, nie wiem. Катя ​– to z rosyjskiego, a rosyjskiego za dobrze nie znam :)

I meta! Meta w duszy, meta w żyłach, meta w komentarzu!

Wiadomo, Mirabell miała bardzo zgrabne plecy, a Cobold bardzo szerokie, stąd wolałem trzymać się z tyłu ;).

 

Przeczytane.

W rosyjskim chyba wołacz wygląda jak mianownik (jeśli w ogóle jest taki przypadek), ale na ogół podaje się go z otczestwem… ;-)

Babska logika rządzi!

H.R. Giger. Gdzieś w środku opowiadania, przy wyborze skóry przez “Stefana”, dzieła tego pana zajęły miejsce obrazów Dalego i do końca nie chciał odpuścić. Przynajmniej w wizji ciał i mięsa, bo pozostały surrealizm pozostał tego drugiego.

Mocna to wizja i zacytuję Piotra: “w tym szaleństwie jest metoda”. Coś czuję, że z treści niewiele zrozumiałem (chyba tylko motyw związku artysty ze swoim dziełem), ale plastyczne obrazy definitywnie zadziałały na wyobraźnię.

Podsumowując: mięsny surrealizm, parę razy coś cicho grzmotnęło. Jednak za skomplikowane obrazy mi chyba pokazałeś, bo w treści się nieco pogubiłem. Ale i tak usłyszane fajerwerki uczyniły czytanie przyjemnym.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Gigera nie kojarzyłem. W ogóle mam problem z zainspirowaniem się obrazami, bardziej na wyobraźnię działają mi słowa, muzyka, przeżycia. 

Dobrze, że coś grzmotnęło, ale szkoda, że przeszło bokiem ;) Dzięki za wizytę. 

Finkla, reg – ​dzięki. “​Katio”​ – nawet mi się podoba :)

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Drogi Autorze, gratuluję awansu do biblioteki i dyskusji pod opkiem smiley

Czy można wierzyć w jakość w świecie zdominowanym przez ilość?

To niech będzie “Katio” :)

 

Blackburnie, wygrywasz charakterystyczny wąs, który fikcyjnie zapuściłem. Noś go godnie :D

 

Piotrze, dzięki, biblioteka co prawda nie pierwsza, ale pierwsza wyłącznie głosami nie-piórkowych użytkowników. Piórkowicze ostatnio mniej aktywni.

Dziwna sprawa.

Pierwszy (no dobra, drugi po Grejpfrutowym) tekst Funa, który mnie nie zachwycił. Bo też (jak sam zauważyłeś w przedmowie) więcej tu Dalego niż Funa. Ok, jest warsztat i sposób prowadzenia narracji niepodrabialny, śmiem twierdzić że najlepszy w konkursie, a kto wie, czy nie najlepszy w ogóle w tej chwili na portalu. Ale samo opowiadanie to nie kreacja tylko imitacja. Przetłumaczenie obrazu na język liter. Odwrotność ilustracji. W efekcie powstał tekst, który nie bardzo ma rację bytu w oderwaniu od swego źródła.

To nie jest opowiadanie, które chciałbym przeczytać w druku, w kupionej w kiosku gazecie. Bo też i lektura to… nieprzyjemna. Ale nie w sposób perwersyjnie pociągający; historia niesmaczna, ale nie obrzydliwa. Nie lubię tego tekstu. No może poza tytułami rozdziałów.

Opinia to bardzo subiektywna, ale wymyślając ten konkurs miałem nadzieję na doznania estetyczne. I założyłem sobie, że oceniać będę właśnie w oparciu o ogólną impresję, a nie konkretne punkty zrealizowane przez autora. Bo, że napisałeś opowiadanie bardzo pasujące do konkursu, i że napisałeś to dobrze, to nie podlega dyskusji. Chyba jednak za mocno zainspirowałeś się twórczością samego Salvadora Dali…

Dziękuję za udział w konkursie.

I jeszcze raz gratuluję zwycięstwa!

Fun, ruszam wąsem i gratuluję zwycięstwa w konkursie.

Ciekawa sprawa, tekst wygrał, a tu tak nieprzychylna opinia Jurora. Jak to odbierać? Z jednym na pewno się zgodzę, że opko nie należy do przyjemnych z powodu klimatu, ale to ciekawe, że mimo tego czytało się bardzo dobrze i wciągało.

Interesujące jak wyszłoby opowiadanie spod Twojej ręki, ale w klimacie budującym, ciepłym, inspirującym, ale nie kiczowatym i zabijającym klimat śmiechem. Może kiedyś się skusisz na próbę, bo teraz Twoje teksty są intensywnie okraszone “ciężkimi problemami” – to takie widzimisię jako czytelnika. ;)

Jak odbierać, jak odbierać… Jednemu Jurkowi nie podeszło, za to Mirabell i Słowik zachwyceni, uznali za najlepszy tekst.

Tak czy siak – gratki. :-)

Babska logika rządzi!

Coboldzie, po napisaniu tego tekstu pomyślałem sobie: “O kur… tutaj też wszystko na koniec umiera, jak w tym nieszczęsnym Grejpfrutowym”, ale było już za późno :D

Przepraszam, że zawiodłem Twoje oczekiwania. Nieubłagany deadline (wiem, było dużo czasu, ale nie samymi Żyrafami człowiek żyje) nie sprzyjał, a w pewnym momencie chciałem nawet napisać opowiadanie pt. “Jak pokonał mnie Dali”. (W tym miejscu dziękuję Cyklotrimetylenotrinitroaminie, która jak zwykle doradziła, czy warto pisać dalej :)). 

Imitacja a nie kreacja? Chyba muszę się zgodzić, bo “Autoportret” też jest imitacją Dalego. Ale nie zgodzę się, że tekst nie ma racji bytu w oderwaniu od obrazu. Są zadowoleni czytelnicy, którzy nie wiedzieli, o jakie dzieło chodzi. Nie wiem natomiast, jakby to się broniło bez oznaczenia na wstępie: “o, to ma być inspirowane Dalim, uważajcie, bo będzie dziwnie”. 

Dzięki za cały komentarz i wzmiankę o warsztacie, to budujące :)

No i dzięki za konkurs! Naprawdę bardzo fajnie poprowadzony, brawo :)

 

Blackburnie, dzięki. Myślę, że musiało pozostałym Jurorom bardziej przypaść do gustu. 

Twoje słowa biorę sobie do serca i to nie po raz pierwszy. Zapadł mi w pamięć Twój komentarz, choć nie pamięta do czyjego tekstu, że obecnie brakuje w opowiadaniach po prostu przygody. Poza tym z dołującym klimatem staram się walczyć. Możliwe, że jakąś próbą stworzenia przygody bez tak nieprzyjemnych wizji okaże się długie opowiadanie, nad którym ostatnio pracowałem. Ale na razie czekam na opinię, więc nie wiem, czy jest warte publikowania :)

Fun, miło, dzięx. :)

No to jak wrzucisz to opko, to chętnie przeczytam.

 

Jak odbierać, jak odbierać… Jednemu Jurkowi nie podeszło, za to Mirabell i Słowik zachwyceni, uznali za najlepszy tekst

Jeden Juror na trzech to dużo, ale widocznie system oceniania był dobrze skonstruowany.

Sądząc po wynikach – za I miejsce 5 punktów, za II 3 punkciki, a za III – jeden.

Babska logika rządzi!

A mówili: zaklejać tę kamerkę…

No i czemuś nie posłuchał? ;-) Wielki Brat czuwa.

Babska logika rządzi!

A jeden punkt za dwie dychy ;)

Toś się wykosztował… Ja przysknerzyłam i proszę… ;-)

Babska logika rządzi!

Hm. W interpretacji konkursowej inspiracji porzuciłeś jakiekolwiek półśrodki i potraktowałeś ją bardzo dosłownie. Ryzykowne, wszak któż mógł wiedzieć który z jurorów oczekuje eksplozji impresji identycznej z tymi z dzieł Dalego, a który pragnie, aby obraz był zalążkiem pomysłu, ale niczym więcej. Innymi słowy, gdyby w jury znalazł się drugi Cobold na miejscu innego jurora, najpewniej byś nie wygrał.

Jest takie angielskie powiedzenie, które bardzo lubię – “go big or go home”. I poszedłeś zajebiście big. Pisząc bezpieczne teksty, trochę inspirowane, a trochę dosłowne, niczego się nie osiąga. Cieszę się, że zagrałeś tak ryzykowną kartą. Soczysty surrealizm pluł we mnie obrazami wraz z każdym kolejnym zdaniem i nawet delikatne niezrozumienie i wątpliwości jakie pozostały mi po lekturze, świetnie wpasowały się w konwencję i temat konkursu – bo czy oglądając obrazy Dalego wszystko jest oczywiste?

Gratuluję zwycięstwa, idę nominować. :p

Bardzo ciekawie podszedłeś do twórczości i osoby Dalego. Efektem jest tekst na wskroś surrealistyczny, ale nie pozbawiony wewnętrznego sensu, wciągający w swoim turpistycznym odrealnieniu, symboliczny – tekst, od którego trudno się oderwać. Podobała mi się gra między twórcą a dziełem, które próbuje go zniszczyć, między oryginałem a autoportretem. Ciekawie przestawiłeś skomplikowany motyw człowieczeństwa głównego bohatera i problem poszukiwania tworzenia dzieła idealnego, po którym "nie ma już czego tworzyć". Duża doza absurdu sprawia, że tekst daje do myślenia – i pewnie, jak w przypadku obrazów Dalego, chciałoby się mu przypisać więcej znaczeń, niż autor zamierzył. Ale to już przywilej zwolenników dzieła otwartego.

 

Nie wiem, czy dobrze zrozumiałam zakończenie – to przeciwstawienie twardości i miękkości (konsekwentnie ciągnięte przez cały tekst) jest bardzo inspirujące, ale nie jestem pewna, czy tu rzeczywiście chodzi o problematyczną nieśmiertelność geniuszu. Bo tak to początkowo zinterpretowałam, choć skłonna też jestem uznać, że to jeden z właściwie przypadkowych, absurdalnych elementów charakterystycznych dla dzieł mistrza.. Oczywiście to plus smażony bekon, choć przyznam, że nad obrazem chwilę myślałam, bo najpierw przyszedł mi do głowy "Sen", a dopiero po ostatnich słowach "Szczepana" – właściwy obraz.

 

Spodobały mi się też układ tekstu i słowotwórstwo. U mnie tekst numer jeden.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

MrB, kierowałem się tym, czego życzyli sobie jurorzy: uwolnić wyobraźnię, malować słowem, zasiać u czytelnika “szaleństwo” (tego akurat pragnął Słowik). No i jakoś trafiłem, taki już urok konkursów, że w jury zasiada ograniczona liczba osób. 

Dzięki za zajrzenie pomimo upałów i nominację :)

 

Mirabell, dziękuję! Przyznam, że trafienie w Twój gust było dla mnie zagwozdką. 

Twardość i miękkość to częste motywy u Dalego, podobnie jak istotność skóry. Najprostszym wyjaśnieniem zainteresowania tymi tematami jest pewnie seksualność; gdzieś nawet wyczytałem, że Dali był impotentem. Ja zaś nie wykluczam, iż artysta najpierw malował, a potem dodawał do tego jakieś znaczenie, głębszy sens. “Trwałość pamięci” zainspirowana była przecież zjedzonym camembertem, a duża liczba kul inwalidzkich na “Autoportrecie” pochodzi stąd, że ludziom się podobały, więc Dali uznał, że czemu nie umieścić ich na obrazie jeszcze więcej.

"W ognisku płoną laski" – cholera, Fun, to było tak doskonałe w swoim niezamierzonym absurdzie xD.

 

Na poważniej! Była dzika przyjemność z czytania, takiego jakie lubię. W sensie, że pisać chłopie potrafisz, to zdajesz sobie sprawę i mówić raczej nie trzeba. Tutaj, nawet na tle wielu poprzednich tekstów, był prawdziwy ogrom zdań nie tylko ładnych, ale niosących jakąś myśl i to mi się właśnie podobało przede wszystkim – że w tym szaleństwie była metoda.

A szaleństwo spreparowałeś bardzo wzorcowo. Znakomity chwyt w pierwszej scenie, potem nelson i trzymasz skurczybyku do samego końca. Mocno pojechany klimat i bezpretensjonalnie serwowany absurd, jakby było to coś zupełnie normalnego. Klamra również ładna, ale jednocześnie mocno uwypukla tą jedną ideę, która mi się na ten cały tekst nie spodobała  – kwestię skwierczącej w ogniu twarzy. Jest obrazowe (chociaż jeszcze nie soczyste, można było zaangażować zdecydowanie więcej zmysłów), ale jednocześnie zbyt krzykliwe, wyskoczyło poza ten nawias miękko-twardego absurdu. To jednak, oczywiście, kwestia gustu takiego jak ja degenerata ;).

No, mrocznie, psychodelicznie, z naturalnym dialogiem (chociaż bez fajerwerków) i ukrytą w szaleństwie metodą. Dobrze wycelowałeś we mnie działa ;).

 

Byłeś pierwszy na mojej osobistej liście, aczkolwiek miałem bardzo dużą zagwozdgkę między Tobą, a Stn'em. I naprawdę, nie mam pojęcia jak bym was rozdzielił, gdyby facet przytrzymał tekst dłużej w dłoniach i dopieścił końcowe fragmenty. Było łeb w łeb, bym powiedział, ale zwycięzca mógł być tylko jeden ;).

Witaj!

Ja się przyczepię chyba bardziej pod opinię Cobolda. Warsztat warsztatem ale mnie nie porwało, wolę inne Twoje teksty. Masa fajnych zdań i porównań, dużo ambicji w tekście ale to bardziej statyczny obraz niż żywa opowieść.

Pozdrawiam!

* + Wiktor 1.07.2016 "A kiedy przyjdzie nam się spotkać to poznamy się po oczach."

Słowiku, dzięki :) Mam nadzieję, że udało się zasiać tę odrobinę szaleństwa, której chciałeś, w Twojej głowie. W sumie gdyby nie Twój komentarz w konkursowym wątku, nie wiem, czy poszedłbym tak big jak to określił Brightside.

 

Mytrixie, witaj po długiej przerwie, cieszę się bardzo, że zajrzałeś. Szkoda, że nie porwało, ale też mnie to nie dziwi. Może następnym razem. Trzymaj się i jeszcze raz gratuluję :)

Poziom absurdu jak najbardziej mnie usatysfakcjonował, a to już wiele. Historia ciekawa, momentami rzekłbym nawet poetycka. Podobało mi się :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Cieszę się, żeś usatysfakcjonowany, Soku. Dzięki za odwiedziny :)

Przyznam się, bez bicia, że w pierwszych fragmentach troszkę pod nosem śmieszkowałem i wyobrażałem sobie, że sprowadziłeś na plażę wszystkich wczasowiczów z krynickiej sceny oglądających te paskudnie nieśmieszne kabarety. Właściwa byłaby to pokuta.

 

Wracając jednak do całości tekstu – cholera, dziwne to i dobre. Nie wiem na ile jest tutaj fun, a na ile "fun", ja jestem jednak kontent. Mimo że za tak bezczelnym absurdem i surrealizmem to nie przepadam, no nie lubię tekstów w których nie umiem do końca się umysłem zakotwiczyć, to Twój styl i warsztat pierdyknął mnie kulą przez kolana i zmusił do wyczekania samego końca tekstu. Choć wbrew pozorom i temu jak łatwo niosła mnie ta opowieść, to poczułem, że opowiadanie jest… ciężkie. Głównie przez klimat, mięsny i tłusty, przez to sycący. Oczywiste jest, że ryzykowałeś i fajnie, że to zrobiłeś. Nie ma sensu na zabawę półśrodkami. Albo jesteś szaleńcem, albo udającym je błaznem. ;)

Jedyny zgrzyt miałem przy zakończeniu. Gdzieś to przesłanie mi niestety umknęło.

Kończąc więc – rzuciłeś we mnie kawałem mięcha i kiedy spojrzałem się na Ciebie zdziwiony, to w odpowiedzi zakręciłeś filuternie wąsikiem. Czuję się przez Ciebie skuszony i resztą Twych tekstów zaciekawiony.

 

PS. Trochę odejdę od tematu, ale skoro już w absurdzie siedzimy… przy fragmencie o uderzeniu w artystę kulą przypomniał mi się fragment pewnego starusieńkiego (chyba z 10 lat ma) tekstu:

MILICJANT: Mam cię.

TRINITRON: A g…

Trinitron podskakuje do góry i kopie milicjanta prosto pierś.

MILICJANT: Ha. Ha. Ha. Mam kamizelkę kuloodporną.

TRINITRON: Ale ja już nie chodzę o kulach, ty debilu.

MILICJANT: Aha. (umiera)

Jeśli ktoś będzie tak miły, może nawet sam Autor, chętnie dowiem się, o co chodzi z tym “czy jest tu Fun, czy nie?”. Często spotykam się na forum z tego typu komentarzem i szczerze powiem, nie do końca go rozumiem, albo inaczej, to nie poezja, w poezji jeszcze bym zrozumiał, ale proza? Gdyby Fun napisał opowiadanie ze świata Wiedźmina albo Młota Wojny 40000 na świetnym poziomie byłoby niedocenione, lub wręcz odrzucone, bo napisał je Fun? To nie jego styl? A jest coś takiego jak styl w prozie? Owszem widzę czasem pewne podobieństwa w kolejnych utworach ale nie oszukujmy się, nie raz i nie dwa zaszły pomyłki przy zgadywaniu drabbli w pojedynkach. Więc jaka tu mowa o stylu Autora?

Dzięki za wizytę, Stnie, bardzo mi miło. Twoje opko już wczoraj wydrukowałem i rzucę dzisiaj okiem, żeby zobaczyć dlaczego Słowik miał takie rozterki ;)

Cieszę się, że się podobało. Jeśli jesteś moimi tekstami zaciekawiony, to zapraszam do “staroci” (np. na poważnie “Dziewięć martwych”, a na śmieszno-absurdalnie “Władek”). Ale możesz też zachować czytelnicze siły na nowości, bo za jakieś 10 dni wrzucę coś świeższego i długiego, o czym już wspominałem Blackburnowi. Będzie mi bardzo zależało na opiniach :)

Z jakiego tekstu to fragment?

Fanfik, jego całość i w sumie historia są tutaj.

 

Zacznę chyba od “Krótkiej obsługi Pana”, tag sci-fi zawsze przyprawia mnie o szeroki uśmiech. Potem pewnie te “Dziewięć martwych”, przyjemne i radosne opowiadania są najczęściej nudnymi. A przy okazji nowego tekstu też wpadnę, oczywistości.

Słowik to właściwie, to taka opierzona menda troszku. Ustawił nas naprzeciw siebie i rzucił krótkie “bijcie się”, samemu stanął z boku i z popcornem w rękach czekał, który z nas wytrzyma dłużej. ;)

 

Darconie,

Jeśli ktoś będzie tak miły, może nawet sam Autor, chętnie dowiem się, o co chodzi z tym “czy jest tu Fun, czy nie?”.

Cobold stwierdził, że więcej tu Dalego niż mnie. I chodziło mu raczej o warstwę fabularną niż styl.

A jest coś takiego jak styl w prozie?

Pewnie, że jest. Może nie mnie oceniać, czy go posiadam, ale są czytelnicy, którzy tak twierdzą. Pośrednio potwierdził to nawet czarno-biały konkurs, gdzie rozpoznały mnie co najmniej 4 osoby. Ja natomiast wyczuwam styl wielu innych piszących. I uznanych pisarzy, i nas tutaj, amatorów. Kiedyś np. wskazałem parę charakterystycznych elementów pisania Finkli. Myślę, że mógłbym też wskazać u siebie parę pisarskich nawyków-trików. 

W drabblach łatwiej o pomyłkę, bo to tylko sto słów. Łatwiej udawać kogoś innego w miniaturce niż dużym opowiadaniu. 

Zacznę chyba od “Krótkiej obsługi Pana”, tag sci-fi zawsze przyprawia mnie o szeroki uśmiech. Potem pewnie te “Dziewięć martwych”, przyjemne i radosne opowiadania są najczęściej nudnymi.

Dobry wybór :D

Ale “Władek” bynajmniej nie jest przyjemny i radosny. 

Słowik to właściwie, to taka opierzona menda troszku. Ustawił nas naprzeciw siebie i rzucił krótkie “bijcie się”, samemu stanął z boku i z popcornem w rękach czekał, który z nas wytrzyma dłużej. ;)

A tam opierzony, ledwo dwa piórka :P Ale racja, czasem cwaniaczy, jakby miał na sobie co najmniej pióropusz indiańskiego wodza. 

Oczywiście, że jest styl w prozie. Zajrzyj do tekstów Rogera – ma wyjątkowo wyrazisty.

Słownictwo, stosowane środki stylistyczne, tematyka, podejście do problemów, na czym się autor koncentruje przy opisie postaci, sposób prezentacji historii… Polecam dyskusję przy zgadywaniu autorstwa w “anonimowym” konkursie, o którym wspomniał wcześniej Fun. Śmieszna była. :-)

Babska logika rządzi!

 A ja bym powiedział, że preferowany gatunek i tematyka narzuca pewien styl. Nie uznaję, że jest coś takiego jak styl sam w sobie. Gdybyście Funie lub Finklo napisali coś na poważnie w świecie Wiedźmina na przykład, ciekaw jestem, ilu was by rozpoznało.

 

Darconie, myślę że styl w prozie można porównać do akcentu z którym się mówi. Jasne, możesz postarać się mówić bez niego, ale dużo swobodniej będzie Ci się wysławiać z nim. :p

jednocześnie mnie uspokajała i podkręcała.

Ten wyraz w jakiś sposób odstaje od języka używanego wcześniej w tekście.

Jedyna różnica między mną a ludźmi jest taka, że ja nie jestem człowiekiem.

To zdanie nie ma sensu. “Jedyna różnica pomiędzy kołem a kwadratem jest taka, że nie są tym samym”. Istotą różnicy jest nieidentyczność, a jeżeli jest ona opisana tylko jako “różnica”, to takie zdanie nie ma żadnej treści, chyba że mówimy o pojęciach pierwotnych. Widzę zamysł [następne zdanie], ale według mnie nie jest on dobrze zrealizowany…

 

…czego nie można powiedzieć o opowiadaniu jako o całości. W bardzo oryginalny sposób operujesz motywem twórcy, czy artysty [chociaż może jest on podkreślany zbyt często…], bardzo podoba mi się sposób prowadzenia narracji i struktura całej fabuły. Rzadko kiedy spotykam się z takim odczłowieczonym wariantem absurdu, motyw konstruktu z ludzkich ciał można by łatwo zmienić w coś niesmacznego, Ty operujesz tymi wszystkimi skórami i mięśniami w bardzo estetyczny i zdystansowany sposób.

Bardzo dobry tekst.

No nieźle.

Fun, Stn:

Czasami tak bywa, że międzygalaktyczne imperia, które zmusiłem do wyżynania się w pień, dogorywają w blasku ostatnich płomieni. I co ja biedny mam wtedy zrobić z całym tym popcornem? Wyrzucić? Na sucho jeść? Nie ma mowy ;).

 

Co do dyskusji o stylu, dorzucę coś od siebie w duchu powyższego opowiadania ;). Styl to jest taka skóra na klacie. Jasne, że nosisz jakieś koszule, bluzy, czasem kurtki czy inne płaszcze. Ale zawsze, gdzieś między tym trzecim a czwartym kocem, można dojrzeć jej fakturę. Wiadomo, że każdy nosi się inaczej. Niektórzy, to nawet ganiają z gołym cyckiem ;).

 

Ale racja, czasem cwaniaczy, jakby miał na sobie co najmniej pióropusz indiańskiego wodza. 

Nigdy nie możesz mieć pewności kto jest po drugiej stronie, ani jakie może być jego duchowe imię ;).

 

Howk.

 

To zdanie nie ma sensu. “Jedyna różnica pomiędzy kołem a kwadratem jest taka, że nie są tym samym”. Istotą różnicy jest nieidentyczność, a jeżeli jest ona opisana tylko jako “różnica”, to takie zdanie nie ma żadnej treści, chyba że mówimy o pojęciach pierwotnych. Widzę zamysł [następne zdanie], ale według mnie nie jest on dobrze zrealizowany…

Powiedz to Dalemu ;) Jego wina, że coś takiego napisałem!

Dzięki za przykładny komentarz dyżurnego, cieszę się, że przypadło do gustu :)

Chyba “hawk”, ptaszyno. ;-)

Babska logika rządzi!

Eh ci pisarze, ego musi być widoczne :) Znaczy styl ;)

Chyba “hawk”, ptaszyno. ;-)

Ktoś tu zaraz dołączy do międzygalaktycznych imperiów ;~)

Darconie, to nie kwestia ego. Wokalista ma swoją barwę głosu, tak samo pisarz ma swój styl. Obaj nie mają wyboru. 

Finkli bałbym się na kogoś napuszczać. Wbrew pozorom mam serce ;).

 

W moim plemieniu krzyczą “howk” :P.

“jednym okiem obserwowałem  ludzi tak intensywnie” – zbędna spacja

 

Słowem operujesz zacnie. Spodobał mi się początek, zarys bohatera, tworzenie “Szczepana”, to wszystko do mnie trafiało. Ale przestało od momentu, kiedy “Szczepan” ukradł dla siebie skórę. Jakoś wymyka się memu pojmowaniu to całe pożeranie rzeczy miękkich, pozostałe kamienie i ognisko z kul ortopedycznych. Także choć jest tu szereg elementów, które wydają mi się bardzo dobre, w związku z kompletnie niezrozumiałym dla mnie zakończeniem trudno mi powiedzieć, że opowiadanie mi się podobało. Właściwie mogłabym się podpisać pod pierwszym komentarzem Finkli. Ale cóż, z pewnością jest surrealistyczne ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Nie zgodzę się z tobą Funsystemie, porównanie z głosem jest nietrafione. Louis Armstrong nie miał wyboru, dostał od Boga taki głos jaki dostał. Na styl pisarza wpływa jego życie, inaczej pisać będzie człowiek, który przeżył getto, inaczej syn multimilionera z USA, który o tym getcie tylko słyszał (pisząc na ten sam temat). Gdybyś mógł zamienić ich miejscami w dzieciństwie, nie pisaliby tak samo jak przedtem, mieliby inny styl, choć nie taki sam jak poprzednik. Zgodzisz się ze mną?

 

 

 

 

A na głos wpływa liczba wypalanych papierosów. Hormonami też można trochę sterować… ;-)

Babska logika rządzi!

I się odezwały babskie hormony :)

Bab raczej nie kastrowano dla ich pięknego śpiewu. ;-)

Babska logika rządzi!

Dzięki za opinię, Jose.

 

Darconie, muszę się z Tobą zgodzić, faktycznie nie trafiłem z porównaniem.

Podobało mi się :)

Mój komentarz nie będzie zbyt merytoryczny. Zresztą, wszystkie światłe uwagi już zostały zawarte w wypowiedziach innych użytkowników. Powiedzieć mogę tylko tyle, że się podobało. Nie jestem pewien ile z tekstu zrozumiałem, ale kreowane przez Ciebie, Autorze, obrazy są plastyczne i soczyste. Opowiadanie czytało się przyjemnie, mimo groteskowych i makabrycznych krajobrazów jakie namalowałeś. Albo właśnie dzięki nim. Nie jestem pewien, ale wiem, że się podobało. Gratuluję zwycięstwa w konkursie! :)

Gratuluje wygranej w konkursie, tak na początek :)

Nijak mnie ta wygrana nie dziwi, bo odnalazłeś się w tym surrealizmie idealnie. Chylę czoła przed tym co tu wykoncypowałeś, w treści i w formie. Czytałam z rosnącym zachwytem, serio. Jest makabrycznie i paskudnie, ale też plastycznie, a językowo pięknie. Czuć ducha Salvadora, obrazy same wyświetlają się w wyobraźni. Brawo!

Piszę z telefonu, więc zbiorczo: dziękuję za wizyty i komentarze :)

Sorry, Winnetou, jestem na NIE.

Już marudziłam, że nie podeszło, bo nie zrozumiałam przesłania. Wierzę Jurorom i innym komentującym na słowo, że surrealizm prima sort, ale sama tego nie widzę, bom na ten rodzaj sztuki ślepawa.

Jeszcze bez wstępu i zakończenia – historia miałaby sens…

Mam cichą nadzieję, że nie uznasz tego za zawiść konkurentki. Na wszelki wypadek jeszcze raz gratuluję wygranej. :-)

Babska logika rządzi!

Rozumiem i za zawiść nie uznaję :)

Ufff! :-)

Babska logika rządzi!

Sto pierwszy komentarz! Ha ha ha!

Czy można wierzyć w jakość w świecie zdominowanym przez ilość?

Nie pierwsza setka i pewnie nie ostatnia ;)

Bardzo to obrazowe, mocno napisane, ale jak przy innych tekstach z tego konkursu – mam problem z fabułą. A raczej z jej śladowymi ilościami ;) Dla mnie to obraz ze słów – makabryczny i trochę niezrozumiały.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Rozumiem i dziękuję za opinię ;)

Nie przerósł mnie tego typu surrealizm (a ilość) ani zamysł, ale tym razem nie kupiłam wszystkiego innego – formy, opowieści, przemyśleń. Przeczytałam tekst drugi raz i nadal trąci mi, subtelnie, ale jednak, czymś nie do końca udanym, na wyrost i na przestrzał. Jakbyś co chwilę stawiał w moim odczuciu kroczek za daleko w tym absurdzie. Podoba mi się komentarz cobolda w tym względzie. Mam wrażenie, że jakbym była kilka lat młodsza, tekst mógłby mi bardziej podejść – wtedy kiedy człowiek na słowo LSD nie wywracał ze znużeniem oczami, tylko się podniecał. To słowotwórstwo, to filozofotwórstwo mogło do mnie przemówić, jestem gruntem dla takich treści, ale nie poczułam się porwana ani zadowolona – poczułam, że wszystkiego jest tu za dużo i rozumiem, co w swoim komentarzu ma na myśli Tensza. Z tym, że ja lubię makabrę, ale taką dobitną i w punkt. IMO przedobrzyłeś. Bardzo podobał mi się wstęp, a potem wszystko rozmyło się w gęstych oparach absurdu. I zupełnie inaczej odbieram Dalego, ale to mniej ważne, nie byłam jurorką.  Nie sądziłam, że tak ciekawie piszący gość będzie się tak mijał z moimi takami! Ale nie przejmuj się, na początku zawsze nie doceniają frików (i działa na korzyść) :P

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Trochę wygląda mi to na ubranie w lepsze słowa “nie, bo nie” :P Ale taki już urok literatury, że czasem po prostu nie podchodzi. Pozostaje mi rozłożyć bezradnie ręce, podziękować za komentarz i wyrazić nadzieję, że kolejne teksty bardziej przypadną Ci do gustu. 

 Nie sądziłam, że tak ciekawie piszący gość będzie się tak mijał z moimi takami! Ale nie przejmuj się, na początku zawsze nie doceniają frików (i działa na korzyść) :P

Może po prostu szukasz w moich opowiadaniach czegoś, czego tam nie ma, a nie dostrzegasz tego, co w nich jest? Takie tam filozoficzne pytanie. Wpadnij na piwo w Krakowie, to może z małą pomocą procentów jakoś to rozgryziemy :D

To pytanie psychoanalityczne… ;D Ale może. Może zbudowałam jakiś obraz ciebie w swojej głowie, bo miałam przeczucie. Jednak moje nie było stanowcze i wyabstrahowane od tego. Tak czy siak, trudno być Lożownikiem – wyżej muszą przechodzić tylko the best teksty, taki mamy wymóg, czyż nie? Ale oceny zawsze pozostają subiektywne. Daję taki wtedy, gdy oko, wyczucie i sumienie mi pozwalają, staram się to robić nawet, jeśli to zupełnie nie moja bajka. A nawet kiedy mam lekkie wątpliwości, ale odnoszę ogólne wrażenie, zestawiając wszystkie swoje oceny, z których połowę ustaliłam (mam nadzieję) obiektywnie, a połowę subiektywnie, że tekst jest świetny/wybitny. Staram się nie patrzeć, jak głosują inni, żeby się nie sugerować. Robię co mogę w takim systemie, jaki mamy ;< To opowiadanie czytałam na plaży, miałam dobre warunki na wczucie się, ale rozmąciłeś mi to wszystko niekonsekwentną narracją i kilogramami IMO rozbuchanego absurdu.

Przekonałeś mnie do tego piwa :P

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Przekonałeś mnie do tego piwa :P

Filozofią czy procentami? ;)

Wolę się nie przyznawać :P

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Aż się przyjrzę, kto się mocniej z Was tym procentem odczłowieczy. ;)

Stn, a jak pójdą w filozofię, to co zrobisz? ;-)

Babska logika rządzi!

Czytałam już dawno, ale jak zwykle zbierałam się zbyt długo, by dodać komentarz, i wszystkie błyskotliwe (lub nie) uwagi wypadły mi z głowy. Bardzo miło mi się czytało, tekst porównałabym do jazdy  rollercoasterem bez trzymanki. Podoba mi się, że podszedłeś do Daliego poważniej niż inni, robiąc research i wplatając w tekst nie tylko obraz, ale i terminy powiązane z malarzem. Śródtytuły genialne, z gatunku “ukradłabym dla siebie, jakbym mogła”.

Gratuluję wygranej :)

Piwero to za słaby kaliber na tak dostojne tematy. Ale przeszkadzać nie będę, nigdy nie widziałem filozofa w środowisku naturalnym. ;)

Dzięki, Kam :) Stn, jak jeden pije, a inni nie, to jest odczłowieczenie; jak wszyscy – to jest zabawa :D I w sumie ciekawe, jakie jest naturalne środowisko filozofów.

Poczytaj “Ucztę” Platona, to się dowiesz. ;-)

Babska logika rządzi!

Jak na tekst na konkurs, którego tematyka niezbyt mi podchodzi, czytało mi się naprawdę dobrze.  Wizja z rozmachem, dużo surrealizmu, ale udało Ci się też zawrzeć ciekawą i dynamiczną relację między bohaterami. Podobało mi się.

Coś tam się czasami Funowi udaje… ;)

Że od dobrej historii wolę tę dobrze opowiedzianą, wiedzą tu chyba wszyscy – czy chcą, czy nie.^^

Ty, co pokazałeś już nieraz, potrafisz opowiadać naprawdę świetnie (choć też nie zawsze). Imponuje mi i budzi podziw – a czasem też i zazdrość – to, jak potrafisz malować słowami i przyciągać uwagę czytelnika; angażować go w swoją opowieść (choć też nie zawsze).

Z fabułą bywa już jednak różnie, bo masz wyraźną tendencję do przekombinowywania; ukrywania tego, co naprawdę chcesz pokazać, trochę zbyt głęboko, za zbyt wieloma warstwami słów, metafor i zdarzeń, by czytelnik mógł – albo by mu się chciało – odnaleźć cloe opowieści. Albo po prostu próbujesz upchać za dużo na raz i część po prostu się wymyka albo pozostaje niezrozumiała.

Tutaj zasadniczo nie wychylasz się poza ten schemat: świetnie, wręcz fascynująco napisana historia, której przekazu nie można być pewnym. Tekst na konkurs surrealistyczny, i owszem, ale wyraźnie widać, że całą tą abstrakcyjną otoczką znów skrywasz coś więcej, niż pokazałeś na pierwszy rzut oka. Problem z tym czymś sprowadza się, przynajmniej w moim wypadku, do takiej kwestii, że tekst jest oparty na motywach, których nie znam – Dali jako twórca i postać jest fascynujący, ale jeśli chodzi o jego twórczość, to mam na nią jedno słowo: “hmmmm”. Technicznie jego obrazy są świetne (ładne po prostu) i zmuszają do większej wnikliwości niż przy obrazach realistycznych, niemniej ja zdecydowanie wolę te drugie (co z kolei każe stawiać pytanie: co ja robię na portalu fantastycznym?). Dlatego też z twórczością Dalego nie jestem obeznany za bardzo i podczas lektury nie wiedziałem i nie miałem szans się domyślić, jakie dzieło posłużyło Ci za inspirację (teraz już znam tytuł z komentarzy, a i sam obraz sobie wygoglałem, jednak na długo po tym, nim ustosunkowałem się do opowiadania – już z czystej ciekawości. Taki… Hmmm;). A skoro nie wiedziałem, co jest Twoją inspiracją, strach trochę pokusić się o głębszą interpretację tekstu i ewentualnych warstw podskórnych. Dlatego też uznałem, że najlepiej zrobię, jeśli nie będę grzebał w tym stosie kul i lasek, i po prostu potraktuję tę opowieść tak, jak ją widzę.

Jest taka książka: Wstrząsające dzieło kulawego geniusza, Davida Eggersa. Nie czytałem jej, bo po przypadkowym spotkaniu z innym dziełem tego autora – My to mamy speeda – uznałem, że nie warto (szczególnie, że i tak musiałbym polować – ale może kiedyś, jeśli wpadnie mi w łapy z własnej, nieprzymuszonej woli…). Niemniej sam tytuł jest na tyle elektryzujący, że wkręcił mi się w zwoje i ni chu chu już nie wyplączę. A teraz na dodatek dosyć mocno zintegrował się z Twoim opowiadaniem. Kiedy myślę o “Szczepanie Wybickim”, ta fraza sama wypływa na powierzchnie i każe się smakować, wybrzmiewając w myślach i na języku. Bo dzieło – “Szczepan” – z pewnością jest wstrząsające. I z pewnością wykreowane przez geniusza, również Szczepana (Mnogość kul, lasek, wózków i co tam jeszcze było – o ile było – dopełnia dzieła i nawet kulawy tu pasuje). Generalnie to jest świetne, bo Twoja opowieść pasuje do tego, jakże dla mnie fascynującego, tytułu znacznie bardziej niż właściwa treść się pod nim kryjąca (przynajmniej wnosząc po opisach). Jest równie mocne i niemal równie mocno wkręciło się w… w coś się wkręciło, no.

Podtytuły miodne już same w sobie, a w dodatku wybitnie pasują zarówno do treści, jak i klimatu opowiadania. I są, jak dla mnie, jednym z najmocniejszych jego punktów.

 

Dobra, spróbujmy to jakoś sprasować, by było jasne (między innymi i dla mnie), co próbuję przekazać: tekst jest napisany tak, że nic, tylko się ukłonić w podzięce za takie czytańsko, a przy tym i treść jest fascynująca w swojej dziwaczności. Z zainteresowaniem śledziłem proces twórczy i jego późniejsze konsekwencje aż do samego końca; końca być może nie do końca satysfakcjonującego, jako że nie można mieć pewności, co on właściwie oznacza. Ale to z kolei śmiało zrzucam na bezwstydny romans opowiadania z obrazem i nie zamierzam za bardzo zawracać sobie głowy podobnymi szczegółami.

Jeszcze raz – bo chyba już to zrobiłem? – gratuluję wygranej i świetnego tekstu w ogóle.

 

Przepraszam, że kazałem tak długo na siebie czekać.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dzięki za trafną diagnozę, Cieniu. Problemy z wymienionymi rzeczami rzeczywiście mam i z nimi walczę. Cieszę się, że odnosisz się w komentarzu do innych moich tekstów. Rzekoma rozpoznawalność stylu jest miła, ale rozpoznanie moich typowych błędów/schematów/manier o tyle potrzebniejsze, że pozwala myśleć o jakimś leczeniu (tak zostając przy medycznych analogiach…). Recepta przestudiowana, będę próbował się stosować. 

Jeszcze raz dzięki i do zobaczenia pod kolejnym tekstem (wybacz, że długi). 

Tekst jest, hmm… Dość skomplikowany :)

Lubię surrealizm, ale przy okazji napełnia mnie on jakimś dziwacznym rodzajem niewysłowionego lęku, toteż miałem obawy, czy uda mi się przebrnąć przez opowiadanie.

Obawy były płonne, udało się bez najmniejszego oporu. Nie wiem czy to zasługa lekkostrawnego stylu pisarskiego, ale stawiam, że to była główna przyczyna.

Jak zwykle wielość możliwych interpretacji poraża.

U mnie wywołało to refleksję na temat “drugiej twarzy twórcy”, pewnej społecznej masce, której z czasem niewolnikiem staje się artysta.

Twórca fantasy staje się kimś, po kim wszyscy spodziewają się dobrego fantasy. Osoba pisząca kryminały jest odbierana jako ktoś, od kogo można oczekiwać kolejnego dobrego kryminału.

Pisząc brnie się coraz głębiej w pewną siatkę oczekiwań, która zaczyna żyć własnym życiem i z czasem ubezwłasnowalnia twórcę. Artysta ugina się pod ciężarem własnej sztuki.

Może, co prawda, odwrócić się od tego co stworzył, ale ryzykuje tym samym zniszczenie wszystkiego co zbudował.

Szczególne dotyczy to twórców “wybitnych”. Stąd może Szczepan Wybicki – pogoń za doskonałością?

 

Interpretacji może być milion, ale w przypadku tego co napisałeś chyba sprawdzi się to, co powiedział o swoich obrazach Beksiński – obrazy są od tego by na nie patrzeć, a nie by o nich dyskutować.

 

Zatem patrzę. Przepiękna pustynia rzeczywistości.

 

Dzięki za wizytę, Silver :) Fajnie się czyta Twoje refleksje i bardzo mi miło, że do takich mój tekst Cię pobudził.

Patrz do woli :D

Nowa Fantastyka
Patronujemy