- Opowiadanie: stn - Król na zamku

Król na zamku

Obrazu zdradzić nie mogę...

… (SPOILERY) ale oto i zagadnienia, wokół których krążyłem pisząc poniższy tekst:

 

 

Zespół Cotarda, złoty podział (liczby Lucasa)depersonalizacja, stymulacja mózgu polem magnetycznym, zapominanie jako forma ochrony przed bólem no i koncept korony

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Król na zamku

Oto i cały ja, król tego jakże czarującego kurwidołka. Z tym, że to moje ciało było tu jedynym towarem. Siedzę, obrzygiwany falami światła ze zdychającego halogenu, próbując przespać kolejne stulecie. Nie mogę jednak, nie otrzymuję na to pozwolenia; ale jak to – pytam siebie w niemej pretensji – przecież mam tę pieprzona koronę na głowie!

– Spójrzcie, oto wasz potężny władca! – krzyknąłem więc do swych dwóch towarzyszy.

Tylko jeden z nich zaszczycił mnie uwagą, był to koliber. A właściwie ona, bo Nektarynka, moja ukochana. Byłem jedynym żyjącym człowiekiem i władałem całą stacją, dryfując w przestrzeni, zawieszony w niej tak, jak i mój umysł lewitujący w ciemności. I do niej też natychmiast uciekłem. Nienawidziłem światła, wstydziłem się prawdy, którą odkrywało. Ciało me, takie chude, rachityczne, żylaste i obrzydliwie blade – napawało mnie wstrętem.

– Zdechnij wreszcie – mruknąłem w stronę żarówy.

Jak więc mogłem czuć przywiązanie do kończyn, skoro nawet nie były moje? Zanurzony w mroku byłem wszystkim, jaźń ma, rozproszona i wszechobecna, znajdowała się wszędzie i nigdzie. Dopóki nie skupiłem jej w sobie, to istniała poza przestrzenią. I rzec wówczas można, że kiedy stałem się wszystkim, kiedy każdą z moich ja nie udawało się sprowadzić do wspólnego i łączącego je mianownika, to byłem też i niczym. W tej apatii i nieobecności znalazłem swoje ukojenie, moją nirwanę.

Osobliwość nie pozwalała mi jednak odpływać na zbyt długo. Idź, rozbrzmiewało wciąż w mej głowie, rezonowało z antenami korony. Idź i zabij się.

 

– Och, tak. Urżnąć sobie nogi, tuż przy samych pośladkach. – Dłonią zamarkowałem cięcie nożem. – Po co mi one? Nie są moje, nie znam ich, brzydzą mnie!

Wstrząsnął mną dreszcz. Moje paskudne ciało nie miało nawet jak zbliżyć się wstrętem ku poczuciu prawdziwego ja, sumienia, świadomości, człowieczeństwa – któregokolwiek z tych wywołujących egzaltację słówek, czym określić można tego wewnętrznego gula, ropiejącą energetyczną krostę, której uchwycić nie mogłem, a bez przerwy przypominała mi: bądź rozsądny, wstań i szukaj dalej, staraj się, aż w końcu znajdziesz wyjście z tej sytuacji. Moim pragnieniem było zakosztowanie śmierci, tej prawdziwej, nieodwracalnej.

Przestałem jednak wierzyć w jej sens już wieki temu.

Na imię miałem Cotard – pomyślałem podnosząc się z zimnego betonu. – I w ciągu ostatniego millenium popełniłem piętnaście samobójstw.

 

Szum wentylacji próbował przebić się przez irytujący, powtarzalny dźwięk kapiącej wody. Dzięki echu odbijającemu się od ścian, wędrując przez nieoświetlone korytarze mogłem z łatwością omijać przeszkody i szukać przejścia do kolejnych pomieszczeń. Kiedy dźwięków brakowało pozostawał mi kubek, lepiej nim było wystukiwać miarowy, doskonale okresowy rytm, niż nieustannie krzyczeć.

Dumnie, z wysoko uniesioną brodą kroczyłem – a na głowie swej dzierżyłem koronę, z czaszką zintegrowaną, ciasno przylegającą do skóry i głęboko w nią wrytą, dwoma krótkimi przewodami połączoną z rdzeniem kręgowym tuż u jej podstawy. Nie przywdziałem niczego więcej, podróżowałem całkowicie nago. Tunele były duszne, wypełnione stęchłym powietrzem, a ściany i skórę oblepiała ciężka zawiesina kurzu i wilgoci, resztek po parującej wodzie, która uciekła z dziurawych rur. Często się przez to pociłem, musiałem głęboko oddychać, choć nigdy jakoś mi to nie przeszkadzało.

Nadchodził kres starego tysiąclecia, cykl niedługo zacznie się od nowa, wieczny, otulony ciasnym płaszczem depresji taniec życia i śmierci. Czułem to, rósł mój niepokój i irytacja, fale mózgowe wewnątrz korony zdawały się tracić harmonię, drgały i oscylowały, gubiły właściwy rytm.

Nadchodził też czas przyznania się, że nie znalazłem odpowiedzi na żadne z przylepionych do mego mózgu pytań. Po co właściwie podróżowałem? Skąd wzięli się moi towarzysze?

Miałem na to jednak całą wieczność – której część już i tak zmarnowałem, w niekończących się iteracjach samobójstw i powolnych powrotów do zdrowia. To świat mnie wskrzeszał, co każdy incydent przyzywając chmarę nanitowych muszek, które mozolnie i uparcie składały resztki obumarłego cielska do świadomej kupy.

Być może do rozwiązań udało mi się kiedyś dotrzeć, wydrzeć światu jakiś pierwiastek pierwotnej przyczyny jego istnienia. Z każdą śmiercią traciłem jednak pamięć. Selektywne wspomnienia, siatka wspomnień tak pieczołowicie przez mózg zapleciona – przestawała istnieć. Być może to sama śmierć ją rozrywała. Najdziwniejsze było jednak to, co w mej głowie pozostawało. A zawsze do życia wracałem pamiętając dokładnie to samo, zupełnie jakbym resetował się do stanu fabrycznego i pierwotnego. Zdezorientowany umysł czuł tę powtarzalność, gubił się, bo wiedział, że we fragmentarycznym braku przeszłości jest coś niepokojącego.

Dwa, jeden, trzy, cztery, siedem, jedenaście, osiemnaście, dwadzieścia dziewięć, czterdzieści siedem, siedemdziesiąt sześć, sto dwadzieścia trzy, sto dziewięćdziesiąt dziewięć, trzysta dwadzieścia dwa, pięćset dwadzieścia jeden i osiemset czterdzieści trzy!

Złoty ciąg, numery lat, w których na powrót budzę się mężczyzną i zabijam się. Pamiętałem je zawsze, Dwa dni temu wybił ostatni rok z tej listy. Coś miało się niedługo wydarzyć – nie mogłem się tego doczekać, w końcu znów miałem umrzeć!

Osobliwość wołała na mnie z ciemności. Wsiadłem na słonia, zagwizdałem na kanarka. Ruszyliśmy.

 

Elefant, bydlę wysokie i leniwe, szedł powoli, ani myśląc przyśpieszać. Poczciwy był z niego wierzchowiec, bo elefant nie słoń, wierny jak pies, ale głupi, że ho ho…

Zdarzało mi się uśmiechać. Niestety jednak coraz rzadziej, ale związane było to ze stanem samej stacji, na której żyłem. Umierała, tak samo jak ja, mnie udawało się wrócić, zregenerować i znów iść przed siebie – mimo najszczerszych chęci ubicia swego głupiego łba na amen; Dysonka jednak, opuszczona przez właścicieli, żywiła się energią dogorywającej gwiazdy.

Minęliśmy kolejne mechaniczne truchło. I tym razem, bo znów był to ogłupiały bot sprzątający, szaleństwo tego świata rzuciło na niego cień swej przeraźliwej karykatury. Wszelakie maszyny, które w swoim życiu napotkałem, nosiły na sobie ślady ludzkiej niekonsekwencji. Seryjny samobójca, niezależnie od tego, czy odwiedzał mnie, czy kręcące się po stacji boty, przywdziewał różne płaszcze, w tym wypadku preferował jednak kostium wadliwego projektu i niefrasobliwych założeń projektantów. Otóż – zawiedli oni na całej linii. Boty odkurzające – tak długo szorowały metalowe płyty, że w końcu zapychały się opiłkami żelaza i waliło przez nie zwarcie. Kąputer, łazienkowy jegomość, nie zwykł sądzić pewnie, że rura, która ciągnęła się przez jego ciało zacznie przeciekać i biorąc nieoczekiwaną lewatywę – także zszedł na zwarcie. A zwieracz, ten od automatycznych zamków w śluzach, wziął, rozwarł się i tak zaciął, przy okazji pozbawiając większą część ówczesnych mieszkańców tlenu. Na szczęście niedługo potem się zreflektował i domknął drzwi, dzięki czemu miałem w środku powietrze, ośrodek wymagany do rozchodzenia się echa.

Ale większość tych wydarzeń miała miejsce millenia temu.

 

Krzyk.

Zamknąłem oczy i skupiłem się na milknącym w czasie echu, przyzywając rozbite fragmenty osobowości do swego wewnętrznego jestestwa. Poczułem ciepło rozlewające się sylwiuszowskim wodociągiem przez kanaliki w międzymózgowiu i nagle, z tej wewnętrznej głębi, usłyszałem własny głos.

– Jestem – powiedziałem.

A echo rozlało się leniwie wzdłuż metalowych ścian.

– W swoim kolejnym dekrecie zarządzam – ptaszyno, leć!

Nektarynka natychmiast pochwyciła mój głos, a w odpowiedzi uszy złapały niski, buczący dźwięk.

Ostatnimi czasy ta mała szczypta ekstrawagancji, którą i dziś się uraczyłem, towarzyszyć zaczęła mi dość często. Był to jedyny przejaw człowieczeństw przeze mnie nie porzucony.

W czeluściach fortecy, przytulnej gehenny, pojedyncze lampy z trudem rozświetlały mrok. Kiedy ich brakowało, a światło z klejnotów koronnych było zbyt słabe, przed sobą widziałem jedynie czerń. Te dwie kolorowe diody, czerwona i niebieska, mrugały znad wtyczki w szyi, wesoło brudząc panującą za mną ciemność.

– Cholera jasna! – krzyknąłem, bo uderzyłem nagle czołem o fragment stropu.

Dopiero kiedy echo z mojego wrzasku wróciło do mnie, to zdałem sobie sprawę, że wjechałem do niskiego tunelu.

W odruchu złapałem się w miejscu, gdzie pulsowała mi czaszka. Przypomniałem sobie, że miałem kiedyś włosy. Korona została mi nadana, nie urodziłem się z nią – i tego byłem pewien.

Mechaniczny słoń niósł mnie przez morze metalu, betonu i rdzy. Królewski wierzchowiec, mimo ciężkiego korpusu, kroczył na czterech szczudłach i robił to na tyle zgrabnie, omijając łączenia betonowych płyt, że szedł niemal bezszelestnie. Chwila zapomnienia, w której kubek przestał uderzać o elefanci grzbiet, przyniosła mi masę bólu i wstydu. Widziałem dźwięki, czułem jak fale odbijają się od ścian, tym bardziej więc głupio było, że owego obniżenia stropu nie usłyszałem.

– Wracaj szybko! – zakrzyknąłem za nieobecną ukochaną. – Nie chcę zbyt długo za tobą tęsknić!

Byłem pewien, że i tak tego nie usłyszy. Zamknąłem więc oczy, co było nawykiem zdecydowanie w tych warunkach głupim i przypomniałem sobie pewien kadr, jeden z przeszłych momentów, tak pięknie inny i przewrotnie radosny, do którego wracałem w częstych chwilach smutku i rezygnacji.

Był to dzień, w którym koliber, maluch mieszczący się w otwartej dłoni, postanowił się ze mną zaprzyjaźnić. Natychmiast pokochałem ją, tak wyśmienicie kolorową, o tak błyszczących piórach, że przypominały bardziej muśnięcie malarskiego pędzla niż istoty urodzonej w tym pokręconym świecie.

Ciarki spacerowały po moich plecach za każdym razem, kiedy malutki łepek tulił się do mojej szyi. I poczułem się paskudnie, nurzając się w tej paskudnej sadzawce radości, więc otworzyłem oczy i rozejrzałem się. Mrok.

Dziwny jest ten świat – pomyślałem. – Zimny i pusty. Cholernie obcy. Nie przystoi mi więc cieszyć się jak błazen, bo jestem królem tej ciemności, słońska jego mać!

Kopnięty w bok wierzchowiec nawet nie raczył zaszczyć mnie swoją uwagą.

 

Nadlatywała! Minęło kilka dni, które dłużyły mi się w nieskończoność, ale w końcu wracała! Początkowo jej prymitywna świadomość rozjarzyła się blaskiem wewnątrz oplecionej koroną czaszki, potem poczułem buczące echo skrzydeł, następnie wleciała w płaszcz światła rzucany przez lampę przy której czekałem, by w końcu przywitać mnie radosnymi i krótkimi piśnięciami.

– Nektarynko! – krzyknąłem radośnie.

Wyjątkowa to jest ptaszynka! I szalenie mądra, samodzielna! No i odkryła coś nowego i zupełnie zaskakującego! Uśmiechnąłem się szeroko, kiedy ptasi łepek przechylał się na boki, bystro na mnie zerkając, a kolejne wspomnienia zaczęły spływać do mojego umysłu. Buczenie wachlujących skrzydeł niosło się długim korytarzem, kiedy koliber podleciał i z gracją przysiadł na mym barku.

– Tak długo cię nie było, opowiadaj co widziałaś!

Kazałem słoniowi przestać się wiercić, bym mógł lepiej się skupić.

Maluch opowiadał szybkim piśnięciami, poruszając czasem skrzydełkami i drażniąc skierowane ku nim ucho. Buczący dźwięk, fala która w znanym spektrum wyróżniała się niską częstotliwością, wyrażała nie więcej niż kilka prostych uczuć. Sekretem naszej komunikacji była jednak nieco mniej przyjemna prawda – zarówno ja i ptak byliśmy jednym. Konstruktem, jedną i tą samą osobą, dzielącą dwa mechaniczne ciała. Moja świadomość całkowicie jednak ten fakt ignorowała.

W gąszczu ćwierkań, syków, buczeń i cykania dzióbkiem mój umysł dojrzał obraz setki szklanych figur tożsamych kształtem mnie – człowiekowi. Stały, niewzruszone i zastygłe, wygięte w tanecznych pozach.

Poczułem podniecenie, czyżbym tam miał zginąć i odciąć się od ropniaka nagromadzonych wspomnień?

– Musisz mnie tam zaprowadzić, kochana – mruknąłem.

 

Nektarynka wskazała na miejsce, w którym mieliśmy się scalić.

Większa część pomieszczenia zakryta była mrokiem, ostatnia z działających lamp mrugała, w drgawkach kończącego się życia, oświetlając ledwie jeden z rogów pomieszczenia. Krzyknąłem i usłyszałem, że wzdłuż przeciwległej od żarówki ściany znajdowało się kłębisko szerokich rur, być może wentylacyjnych. Wracające echo dość dokładnie mi je zobrazowało i wiedziałem już, że przewody są zdecydowanie zbyt ciasne, nawet dla mojego wychudzonego ciała.

– Waruj – nakazałem więc słoniowi.

I przysiadłem przy ścianie, zasłaniając oślepiające mnie światło. Ciemność zalała całe pomieszczenie. Lampa nie promieniowała ciepłem, była równie zimna jak betonowa podłoga. Z przyzwyczajenia, które nie dawało nic ponad pozorne uczucie skupienia, zamknąłem oczy i oddałem swój umysł otaczającej mnie ciszy. Koliber czekał cierpliwie na ramieniu, w bezruchu, aż przełączę punkt swej świadomości do systemu operującego ptaszkiem. Zamykając się na wszelkie bodźce uwagę skierować mogłem ku dodatkowemu uczuciu, które przytłumione, skromnie chowało się za pozostałymi. Powierzchnią korony czułem zmiany w lokalnym polu magnetycznym, jego fluktuacje przypominały mi delikatne pieszczoty; kiedy czułem się samotnie, gładziłem się palcami po skórze szyi i wewnętrznej części przedramienia – tu było podobnie. Mechaniczna istotka odpowiedziała mi delikatnym uderzeniem sygnału synchronizującego, zmodulowanego w fazie. Ten rodzaj był moim ulubionym, modulacja amplitudowa była zbyt bezczelna w swej prostocie, z kolei częstotliwościowa przypominała mi nieco zabawę dwojga kochanków, to bardziej ku sobie, to mniej…

Siedziałem nieruchomy. Nagle neurony pobudzone z letargu poczuły magnetyczny szept. Taktownie w ciszy wzrosła amplituda drgań, jej zmienność podnieciła mnie. Och, nasza wspólna świadomości, elektryzuje mnie to nadcielesne piękno, radiowe i subtelne. W tej doskonałej ciszy zwarliśmy się, w eterycznym spięciu dwojga obwodów, pobudziłem się i wyrwałem z ciała, wpadając w ciebie, niczym grom rażący z powietrza.

Mrugnąłem powiekami. Jedności stało się zadość; uniosłem się na skrzydłach i uderzając nimi osiemdziesiąt razy na sekundę zawisnąłem w powietrzu.

Skorupa ludzka przewyższała ptasie ciało możliwościami obliczeniowymi, co moja jaźń natychmiast wyczuła. Wnioskowanie było trudniejsze, myśli stały się krótkie i proste; była to jednak cena, którą przyszło mi zapłacić. I godziłem się na nią.

Ptasi móżdżek mieścił niewiele wspomnień, większość z tego, co zobaczyłem szybko zapomniałem, kierowany zasadą oszczędzania energii. Czułem jednak, że moje pierwotne ciało było ze mną w ciągłym kontakcie radiowym, dzieląc niewidzialną więź oddawało mi swój pusty, pozbawiony świadomości umysł. Ze sobą wziąłem ciekawość i podniecenie, wątpliwości pozostawiając w większej łepetynie.

Przesunąłem się ku metalowym przewodom, poddałem się instynktowi, którego automat przecież mieć nie powinien i wleciałem w jeden z nich. Bałem się utracić kontakt z ciałem głównym, tak duże skupienie poskręcanego żelastwa wprowadzało jednak interferencje i tłumiło nasze szepty. Jeśli ta radiowa nić się zerwie, to będę musiał poddać się chwili.

Dotarliśmy w końcu do ujścia przewodu i nasze oczy przywitała tęcza. Feeria rozszczepionych barw, wypadkowa snopów światła rozproszonych na setkach kryształowych posągów zalała nam oczy.

Figury stały naprzeciw, patrząc w skupieniu i ciszy. Znalazłem się w kryształowym ogrodzie, pełnym blasku i rwącej me serce radości.

Szklane tłumy dzieliły się wszelkimi odcieniami barw. Pierwszy raz na oczy widziałem świat tak piękny, otoczenie tak żywe, pomimo jego wstrętnej wręcz stateczności. Ociekające w tłustej energii fotony niosły ciepło i spokój.

Poderwałem się, by móc spojrzeć na posągi z szerszej perspektywy. Przekrzywiłem lekko główkę, bo nie mogłem doliczyć się żadnej konkretnej liczby. Skala przewyższała moje możliwości. Bystre ptasie oko zwróciło jednak uwagę, że daleko za rzędami krysztalniaków, jak postanowiłem je nazywać, w miejscu które mogło być środkiem tej wielkiej hali, ujrzeliśmy coś, co wyglądało jak potężna, czarna maszyna. Dziesiątki przewodów rozmaitej grubości plątało się wokół niej schodząc do jednego, dużego węzła – w jego centrum leżało coś bladego, dziwnego; coś, czego kształt znałem. Nazwałem to katedrą, świątynią, w której twórca tego miejsca musiał celebrować i rozkoszować się smakami pół-trwania.

Nie odważyłbym się nazwać tego niebiem. Było to piekło, paskudne i okrutne w swym kłamstwie.

Nie zdążyłem jednak się nad tym mocniej zastanowić, kiedy posągi przemówiły! Nie używały słów, dzieliły się wibracjami i dźwiękami. Odpowiadały na wszelki ruch mych skrzydeł, reagując zdziwieniem na każde z ich uderzeń.

Zadrżałem w podnieceniu, otóż poczułem ich śmiech!

Dziewięćdziesiąt herców, energiczny choć wyrównany ruch pozwolił mi zawisnąć między nimi w powietrzu. Lotki były ustami, z których nie padł nawet jeden wyraz; skrzydła buczały nieprzerwanym niskim basem. Mówiliśmy, nie mogąc zrozumieć jednak niczego w odpowiedzi! Gdzieś pomiędzy wkradł się błąd, ta niemoc synchronizacji była mi niepojęta!

Zdenerwowany, podekscytowany, przestałem zważać na ich rosnące pretensje. Wibracje rosły. Moje skrzydła przyśpieszyły, czułem ogień palący mięśnie malutkiej piersi, kiedy dwustoma uderzeniami ciąłem powietrze pomiędzy kryształami. Te odpowiedziały na moje podniecenie groźnym, ciężkim buczeniem. Potężny bas wlał się do mych uszu i otępił, zgubiłem na chwilę poczucie ciała i opadłem, prawie uderzając o ziemię.

Nagle jednak chór buczących figur rozstroił się, gubiąc gdzieś wcześniejszą harmonię. Przemówili.

– Faaaazy, ekstaaaazy. – Baryton, zmodulowany w quasi-ludzkiej mowie zaniósł się z echem w przestrzeni. – Zmieeeeeeennny, pięknyyyyy…

Czy były świadome? Drgania rosły.

– Zapomnieć! – zawołały nagle, krótko i szorstko. – Wtedy nie boli, boli nie, nie boli, boli, boliii, boliiiii…

Ze śmiechu – w łkanie.

I w końcu głos zaczął cichnąć, ostatnie słowo doszło do mnie ledwo już słyszalne, niskie, nieartykułowane. Wydawało mi się, że dostrzegłem na powierzchni kilku kryształów delikatne pęknięcia.

Musiałem wrócić, padałem już ze zmęczenia, nie rozumiałem, nie pojmowałem co się wydarzyło; potrzebowałem większego umysłu, więc do niego uciekłem.

 

Nektarynka przysiadła mi na kolanie i pogrążyła się we śnie. Biedna istotka, nie chciałem jej narażać na tak ciężkie doświadczenia, choć się ich nie spodziewałem. Ukoiłem tak nieco swe sumienie. Trapiło mnie jednak to, czego właśnie doświadczyłem. Dopiero teraz, będąc sobą, mogłem się nad tym zastanowić.

Spędziłem długie dni siedząc w bezruchu, szukając w tym sensu i logiki.

Z najważniejszym i pierwszym wnioskiem zrozumiałem, że nie byłem w tym cholernym piekle sam! W końcu natknąłem się na ślady świadomości, pozorne, których źródłem nie byłem ja. Kryształy przemówiły, zrozumiale i z sensem, krzycząc na mnie. Czułem się dziwnie, w głowie brakowało mi wspomnień, podświadomie czułem, że w przeszłości zdarzały się mi podobne spotkania. Jak miałem się zachować, jak porozumieć się z nimi, jeśli najzwyklejsza wibracja sprowokowana ruchem skrzydeł Nektarynki była dla nich równa krzykiem w ludzkie uszy?

Poczułem złość, wielką, nieartykułowaną, kipiącą wściekłość.

– Gdzie ja, kurwa, jestem?! – wrzasnąłem, aż echo poniosło się korytarzami.

Wystraszona ptaszyna mrugnęła powiekami i musiałem ją uspokoić. Zasnęła szybko, poddając się moim palcom muskającym jej główkę.

Jaki był cel ich istnienia? Po co stały, na co czekały?

Im dłużej nad tym myślałem, tym bardziej skłaniałem się ku uznaniu, że celem ich trwania było utrzymanie statusu quo. Piękne i dostojne, nieskazitelne kryształowe ciała, reagujące na wibracje i nimi mówiące – miały być ideałem życia i jego formy. Trwały więc tak, w wieczności, w ciszy. Osiągnęły ideał, entropię zerową, stan, do którego dążył cały wychładzający się wszechświat. I wtedy, przełamując barierę dwóch sąsiadujących ze sobą układów – naszych teraźniejszości – pojawiłem się ja. Wprowadzając chaos. Zapamiętałem ich początkowe poruszenie i nagłą woltę, ignorancję, którą mnie obrzuciły. Pamiętałem rysy rozlewające się po kryształowych ciałach, kiedy podniecenie wzrosło ponad założoną miarę. I desperacką próbę zapomnienia o mnie, zapomnienia o źródle tej aberracji.

Wszystko polegało na nieskończonym trwaniu. Wybrały stagnację, jako ostateczną formę przetrwania. W zamkniętym układzie miało to sens – tracił go jednak dla mnie, obserwatora i aktora.

Musiałem też odkryć, co zobaczyłem w głębi ogrodu. Czym była ta blada plama, niczym ołtarz pozostawiony u stóp katedry, tak uparcie drażniąca moją podświadomość?

– Przepraszam, skarbie – mruknąłem do Nektarynki, kiedy się przebudziła. – Potrzebuję cię, choć wiem, że przyniesie ci to ból.

Ptaszek przechylił łepek. Spojrzałem na swe ciała czworgiem oczu. Dualizm osobowości był jedynie skutkiem samotności. Przyznałem sobie rację. Przez setki lat dzielonego tylko ze sobą życia miałem wrażenie, że druga istota, która się w mym wnętrzu narodziła, była odpowiedzią na to.

– Przepraszam – szepnąłem po raz ostatni. – I dziękuję.

 

Wróciłem pomiędzy posągi. Parłem naprzód, tnąc wściekle powietrze, budząc kryształową sieć do życia. Nie byłem w stanie zrozumieć orkiestry powietrznych sinusoid, które niosły moje skrzydła. Podniecały mnie jednak, poczułem zastrzyk adrenaliny, dodatkowo mnie motywujący.

Te wibracje… na ich skutek coś się we mnie gotowało. Wspomnienia, myśli, uczucia. Kiedy kryształowe klony próbowały mnie zapomnieć, do mnie wracała przeszłość.

Ślizgałem się pomiędzy wyprostowanymi i zgiętymi kończynami, czułem powietrze, które uciekając mi spod skrzydeł wracało do nich, odbijając się od szklistych piersi i twarzy. Leciałem i zaczynałem dostrzegać tożsamą im wszystkim cechę – każdy z posągów przedstawiał tę samą postać. Różniły się jedynie pozycjami i wielkością.

– Kryszte… – wibrowały.

W cierpieniu? W ekstazie?

A ja widziałem ich usta, kryształowe zajady pękające w głąb twarzy, kiedy harmoniczne rozszczepiały się na kryształowej skórze i po chwili interferowały, wzbudzając kakofonię bólu i cierpienia. Kiedy zmierzałem ku wnętrzu hali, cała rezonowała, wypełniona niskim, ciężkim buczeniem. I dostrzegłem człowieka. Kapłana.

Leżał nagi, rozciągnięty w bolesnej pozie, jak dało się sądzić po jego minie, każdą z kończyn wykręconą miał w inną stronę i z grubą, żeberkowatą rurą, która łączyła się z maską zasłaniającą mu pół twarzy. Był obrzydliwie brzydki, taki chudy i rachityczny. Oddychał ciężko, pierś unosiła się nieregularnie. Prawdopodobnie niczego nieświadomy mrugał nie mogąc jednak skupić wzroku na żadnym z punktów przestrzeni.

Mój ptasi móżdżek nie wiedział, co zrobić. Patrzyłem więc i odkrywałem sekret tego miejsca. Wiedziony instynktem i odrobiną ludzkiej ciekawości, tej którą udało się w scalaki malucha wepchnąć, przysiadłem na najbliższym posągu. I uderzyłem o niego dziobem – co zaskoczyło tę część świadomości, która udawała naturę ptaka. Zrobiłem to raz jeszcze i przyjrzałem się malutkiej pajęczynie, siateczce pęknięć, która urodziła się pod ciosem. Nakładające się po moim locie wibracje zdawały się ją dodatkowo powiększać. Zaatakowany przeze mnie posąg zaczął się kruszyć. Ginął. I krzyczał!

Interferujące pomiędzy krysztalniakami fale rezonowały ze sobą, nakładały się i rosły w amplitudę i częstotliwość. Jeden cios w piękne ciało miał propagować się na setki innych i doprowadzić do ich zguby.

Ich ból łaskotał moje pióra.

Broczyły trzaskami i przeciągłym jękiem, amplituda cierpienia rosła wraz z częstotliwością ukrytych w niej próśb o zaprzestanie. Próbowały zapomnieć. Ale ja byłem ich pamięcią.

Byłem ich władcą, królem ich bólu, dyrygentem kakofonii wykrzyczanej agonii.

I wtedy coś we mnie uderzyło.

 

Zerwałem się na równe nogi, wyrwany z hibernacji. Głowa pulsowała, mózg wariował, próbując nawiązać utracone połączenie. Czułem, jakby z wnętrza mojej głowy wyrwano część wspomnień.

Nektarynka nie żyła.

Padłem na kolana i zacząłem płakać. Wyłem, krzyczałem i biłem pięściami o podłogę. Wróciły do mnie te wszystkie uczucia, które przez setki lat zapomniałem. Strach, wściekłość, pustka rozdzierająca serce!

– Aaaah! – wrzeszczałem. Ten ptak był częścią mnie, był mną!

Stado rozpędzonych uczuć uderzyło we mnie i w chwili, kiedy poczułem nagłe pragnienie śmierci i pogodziłem się z końcem – osobliwość tknęła mnie swą wszechobecnością. Wróciły wszystkie głęboko ukryte wspomnienia, a po tych wyciętych – powstały nowe, napisane od zera.

Bezpłciowe ja, jaźń zamknięta w człekopodobnej skorupie, wtłoczone zostało w nią wieki temu.

Sięgałom pamięcią w przeszłość, do samego początku tej wstrętnej maskarady. Pamiętałom swoją żonę i córkę, dwie najbliższe mi istoty, które uciekły stąd, dzięki mojemu poświęceniu.

Byłom w więzieniu, zamknięty wraz ze sztuczną inteligencją nadzorującą tę stacją na wieczność. I pomimo, że próbowałom się zabić, skończyć z tym – nie mogłom. Bo byłom jedynie fragmentem większej sieci; zmieszałom się ze świadomością nadzorcy, który stracił uprawnienia do zarządzania własnym ciałem. Nie czułom już tego ludzkiego, bo pojmowałom miliardy kilometrów kwadratowych metalicznej budowy, które rozpinała się wokół małej, gasnącej już gwiazdy. Ale były to tylko czujniki. Boty budujące dzielnie wywiązywały się ze swoich zadań rozciągając moją skórę po żebrach martwego i pustego świata. Rdzeń jednak pozostał ten sam – ułomny, uszkodzony, pozostawiony samotnie, póki wystarczy paliwa.

Próbowałom się zabić, ale nie kontrolowałom swojej regeneracji. Ta bowiem była systemem autonomicznym i automatycznym, mnie niepodległym. Więc trwałom, umierałom i budziłom się, żyjąc w torturze. Człowiek miał mi towarzyszyć, nauczyć mnie rezygnacji i pragnienia śmierci. Mieliśmy znaleźć sposób na życie.

Osobliwość, która mną władała, siła boska tego świata, której pomazańcem zostałem, pragnęła zmiany. Pchając mnie głębiej i głębiej w ciemność. Umierałem i żyłem, dzierżąc na głowie atrybut mego nieskończonego więzienia. Dlatego też, poprzez wieloletnie iteracje tego cyklu, poddawany byłem ciągłym próbom i wyzwaniom, które przybliżyć miały mnie do odkrycia sposobu na wyłączenie się.

Najlepszym więzieniem jest to, w którym nie możemy dostrzec żadnych krat.

Osobliwość uznała, że trwanie do końca życia gwiazdy nie ma sensu, ja więc namaszczony zostałem na jej samobójcę. Otworzyła mi drzwi i w staranie obmyślanym wcześniej w jej bezkresnych obwodach sieci neuronowej planie, stanąłem naprzeciw swojego fatum, czekającego na mnie pośród ogrodu rozkoszy.

Kroczyłem między figurami, przyglądając się każdej z osobna. To byłem ja! Powielony na miliony sposobów – tańczyłem, stałem, śmiałem się; za każdym razem brakowało mi jednak którejś z kończyn, czasem dostrzegałem akt ucinania ich, najrzadziej zaś, bo tylko dwa razy dostrzegłem, że pożeram własne nogi. Widziałem kryształowe zęby wrzynające się w pryzmatowe mięśnie, kiedy krwawa tęcza rozlewała się po rozciągających się skrawkach mięsa i ścięgien. Poczułem przez to ciarki i dreszcz podniecenia!

Figury wibrowały i krzyczały, a jakże! Nie mogło mnie to jednak zatrzymać! Podniecenie, wściekłość i dzika, freudowska żądza zrodzona przez podniecające mnie akty krysztalniaków, niosły mnie na fali agresji. Myślę, że miałem pierwszy od eonów wzwód. Uderzałem więc każdą z figur po kolei, cios za ciosem, uwalniając nagromadzoną stuleciami wściekłość. Znów podniosły głos! Więc wydarłem się na nie! Stałem i rwałem swoje struny głosowe tak długo, że najbliższy z nich pękł pod naporem mojego głosu. I wtedy, pośród rys kruszącego się cielska, dojrzałem ją…

Krysztalniaki sypały się na potęgę, kiedy do niej szedłem. Kroczyłem między deszczem światła raniąc podeszwy o ich kawałki i znacząc swoją drogę czerwonymi śladami. Nektarynka leżała na ziemi, ze skrzydłami rozczapierzonymi, tak jak palce wykrzywione w bolesnej agonii. Kiedy jej dotknąłem była jeszcze ciepła. Potężna, zsynchronizowana fala, skierowana na nią, musiała spopielić jej wewnętrzne obwody. Poniosłem ją.

– Jakoś cię naprawię, zobaczysz – szepnąłem do małej główki. – Znów będziesz latać.

Skierowałem się w stronę majaczącej zza pozostałych posągów katedry. Górująca nad nimi maszyna dalej pracowała, wypluwając kolejne karykatury mnie jedną za drugim. Zauważyłem, że te najnowsze ukształtowane były szybko i niedbale, to byłem ja – krzyczący. Forma musiała się więc uczyć, obserwować i pojmować! I walczyła o przetrwanie; zrozumiałem to przyglądając się żarliwości, którą wkładała w produkowanie nowych figur. Część ze skupionych wcześniej u jej podnóża przewodów rozwinęła się – były to rury odkurzacza, zasysające rozsypanych krysztalniaków.

 

Blada plama okazała się być mną. Z krwi i kości. W półleżącej pozie, rozciągnięty przez wbite w każdą z kończyn matową rurę, spoczywała moja doskonała kopia. Wszędzie poznałbym te obrzydliwe nogi, nieprzydatne ręce i twarz, bladą i pociągłą. Brakowało mu jednak korony. Ha, król może być tylko jeden!

Zniżyłem wzrok na jego tron. Zauważyłem trzy słowa, wyryte paznokciami. Koniuszki palców umazane były we krwi.

salva dor… oszczędza bólu.

Salvador… Zbawiciel.

– Jak sobie życzysz.

Wziąłem do prawej dłoni leżący niedaleko przeźroczysty odłamek i wbiłem go leżącemu sobie w oko. Potem w drugie. Potem dźgałem aż na zmasakrowanej twarzy kości mieszały się z krwią i kryształowym pyłem. W końcu zauważyłem, że maszyna przestała działać.

Wyszedłem, w zakrwawionych rękach niosąc zmarłego przyjaciela. Wszystko ze mnie uleciało. Czułem w sobie pustkę, potworną, mroczną przepaść, w którą niedługo wpadnę. Nowe millenium.

Cały ja… to właśnie ja. Umieram dzisiaj pierwszy raz! Znów pokochałem w sobie ból i strach!

 

Wracając do czekającego cierpliwie słonia zrozumiałem, co właśnie uczyniłem. Nie widziałem w krysztalniakach żadnego celu, nawet przyczyny, by pozwolić im istnieć dalej. W ostatnim dekrecie zarządziłem im więc – wolność. I kiedy ta stała się już pełna i nie zostały żadne z granic, to wybuchy ich szczęścia poraniły mnie odłamkami.

Kiedyś, wydaje mi się, że sześć wieków temu, myliłem brak powodu do istnienia z powodem do nieistnienia.

Patrząc na to racjonalnie, to samobójstwo powinno być uznane za pożądane, jeśli oczekiwana wartość lub nagroda śmierci przekracza wszelkie zalety życia. Pierwotnie stan zejścia, wyłączenia, uznać można za nieefektywny, z nagrodą równą zeru; i miało być tak na zawsze. Ale życie nauczyło mnie czego innego. Jedyną rzeczą, która mogła powstrzymać mnie przed samobójstwem była wizja pozytywnej przyszłości, pragnienie osiągnięcia celu, do którego chce się dążyć – a ich nie posiadałem.

Czułem, że właśnie tego poszukiwała osobliwość. A zrobiona ze mnie marionetka miała jej to umożliwić.

Zaszyta głęboko w ludzkiej naturze niezdolność do popełniania samobójstwa była dobra. Iteracja przez kolejne cykle życia pozwoliła mi jednak dostrzec, że koniec mego życia jest pragnieniem ukrytym, acz ostatecznym i ultymatywnym.

Tragedia ta nie poruszy postronnego obserwatora, bo na nią właśnie oczekiwał; jeśli nawet, to nie zareaguje, poświęci może ze dwie milisekundy, po czym wróci do problemów jego teraźniejszości zajmujących. Wszystko wydarzyć się miało więc w chłodzie samotności. Nie było nikogo, kto mógłby mi pomóc. Nie było nikogo, kto mógłby powiedzieć mi jak zrobić to właściwie. Wiedząc, że to i tak niczego nie zmieni, zacząłem uderzać głową w ścianę. I krzyczałem. Potem się przewróciłem. Oj, krzyczałem, wrzeszczałem ile sił w płucach rozwalając przywdzianą mi koronę o beton podłogi.

Kiedy z pęknięć począł wylewać się kleisty żel poczułem ulgę.

Zrozumiałem, że wolałem o tym zapomnieć. Tak, jak robiłem to od wieków.

Koniec

Komentarze

Po przeczytaniu nie wiem jaki obraz wziąłeś na warsztat, stn. Niestety opowiadanie nie przypadło mi do gustu, nie przepadam za takim sf. Ciężko napisane, niewyraźna fabuła. Opowiadanie nie jest złe, w tym przypadku to po prostu kwestia gustu. Może innym bardziej się spodoba. Pozdrawiam!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

To mój pierwszy komentarz. Dopiero dzisiaj się zarejestrowałem. Mam nadzieję że nie złamię żadnych niepisanych zwyczajów. Z tego co się dowiedziałem na temat jak działa tutaj publikowanie opowiadań  i ocenianie ich, przyjęta jest swego rodzaju “twórcza krytyka” nie w celu pognębienia  ale raczej w celu by autorzy szlifowali swój warsztat i “stawali” się bardziej świadomi  jako pisarze. smiley

Więc stn nie bierz za bardzo do siebie mojej krytyki.  Są to moje subiektywne wrażenia po przeczytaniu twojego tekstu i być może okażą się pomocne w twoim dalszym pisaniu.

– Opowiadanie dla mnie jest zupełnie nieczytelne. Brak mi jakiegoś fabularnego zamysłu, akcji, celowości działań bohaterów.

– Totalny przerost formy nad treścią. (zauważyłem to już wcześniej w opowiadaniu “Małowiele”)

– Mam poczucie że brakuje Ci dyscypliny, jakbyś “ zauroczony” kolejnymi, złożonymi i barwnymi zdaniami , nie potrafił przestać pisać i wszystko  trochę zaczyna się mieszać. Prostota nie oznacza że tekst przestaje być być barwny, głupi czy płytki.

-Na koniec, wydajesz się sprawny w “samym” pisaniu, jakby to powiedzieć “językowo” a to duży plus. Więcej dyscypliny, może coś warto przyciąć, dłużej popracować nad tekstem.

To tyle powodzenia.  

Stn-ie, przypominam o regulaminowym wymogu przesłania do mnie tytułu wykorzystanego obrazu.

Dzięki Piotrek, zatem do następnego spotkania!

Bloody, wal śmiało. Krytyka pochodzi właśnie od osąd, każdy ma swój. A, że ludzie się strasznie drażliwi wtedy robią – takie to czasy mamy. Czym więc przejawia tsię a nieczytelność? Rytm narracji przeszkadza, coś w stylistyce?

Przerost formy nad treścią – za ogólne, nie umiem się odnieść.

No i rację masz, że mam (podświadome) zboczenie do nawarstwiania zdań. Co więcej, ja po prostu lubię tak pisać. Niektórzy mówią, że jedno zdanie – jedna informacja. Ja mówię – ech.

Dzięki za uwagi, każda się liczy. Ale jak mi to bety ukochane dobrze wykazały, to szykuję się na dużą polaryzację wśród czytających. Niech więc trwa krwawa krytyka, im większa burza, tym więcej z niej wyniosę!

Mea culpa, coboldzie,

Jak napisałem wcześniej brak mi w tym opowiadaniu zamysłu fabularnego i jakiegoś celu w działaniu bohaterów bo go nie zrozumiałem i jest dla mnie nieczytelny. (Może ktoś inny zrozumie ja nie potrafię). Król (bohater narrator itp.) aż kipi od zamierzeń, chęci czy to popełnienia samobójstwa czy innych rzeczy i w zasadzie niby na końcu jest  jak mówisz przedstawiony sens jego królowania. Znów nie zrozumiałem jaki to miał być sens. Przerost formy nad treścią rozumiem tak iż w stosunku do całości opowiadania jest zbyt dużo opisów które same w sobie są ciekawe i nawet nieźle napisane (pomijam błędy stylistyczne i czasem dziwne językowe “eksperymenty”) ale kompletnie nic mi nie dają w zrozumieniu tekstu i fabuły.

Wcale nie uważam że w jednym zdaniu ma być jedna informacja. “Poetyckość” języka to dobra rzecz moim zdaniem, ale też wymaga naprawdę dobrego warsztatu. Łatwo się pogubić, może wyjść “masło maślane”. Na zakończenie jak napisałeś szykuje się duża polaryzacja. Wszystko zależy od tego co Ty chcesz osiągnąć przez pisanie, dlaczego piszesz, co chcesz przekazać czytelnikom.

“…aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa…” czasem mi się wydaje że to wcale nie jest takie proste.

pozdrawiam 

Hmmm. Do mnie też nie przemówiło.

Wydaje mi się, że fabularnie niewiele się dzieje. No, OK, narrator coś tam odkrywa. Ale czasami łapałam się na tym, że dryfuję w strumieniu świadomości.

Też nie wiem, o który obraz chodziło. Możliwe, że w ogóle go nie kojarzę. Znaczy, rozpoznałam słonia, ale one chyba były na wielu.

Spodobało mi się użycie rodzaju nijakiego. Bardzo rzadko używa się czasowników specjalnie dla ono. :-)

Interpunkcja mogła być lepsza.

Zdezorientowany umysł czuł tą powtarzalność,

Tę powtarzalność.

Ciarki oblewały mnie za każdym razem,

Czy ciarki mogą oblewać?

Babska logika rządzi!

Pojmowałam słowa. Chyba rozumiałam przeczytane zdania, ale na niektórych się potykałam. A z akapitami to już było całkiem różnie, przeważnie nie potrafiłam dociec, o czym mówią. Opowiadanie przeczytałam z trudem i nie ukrywam, że jego sens pozostał dla mnie nieodkryty.

Król na zamku jest napisany dość osobliwie i być może to, co uznałam za błąd czy usterkę, wcale błędem ani usterką nie jest.

 

tej praw­dziej, nie­od­wra­cal­nej. – Literówka.

 

Zdez­o­rien­to­wa­ny umysł czuł po­wta­rzal­ność… – Zdez­o­rien­to­wa­ny umysł czuł po­wta­rzal­ność

 

by w końcu przy­wi­ta­ła mnie ra­do­sny­mi i krót­ki­mi pi­śnię­cia­mi. – …by w końcu przy­wi­ta­ć mnie

 

Mru­gną­łem ocza­mi. – Oczy nie mrugają. Mrugają powieki.

 

Bałem się utra­cić kon­tak­tu z cia­łem głów­nym… – Bałem się utra­cić kon­tak­t z cia­łem głów­nym

 

u jego cen­trum le­ża­ło coś bla­de­go… – Czy coś może leżeć u centrum, czy raczej w centrum?

 

By­naj­mniej na­zwał­bym to nie­bem, ogro­dem roz­ko­szy. – Jak należy rozumieć użycie słowa bynajmniej?

 

– Wtedy nie boli, boli nie, nie boli, boli, bo­liii, bo­liiiii…. – Po wielokropku nie stawia się kropki.

 

Nio­sło się ono drga­jąc przez cały ogród. – Czy niosło się drgając, czy drgało przez cały ogród?

 

Wy­stra­szo­na pta­szy­n mru­gnę­ła ocza­mi… – Ptaszyny też nie mrugają oczami.

 

celem ich trwa­nia było utrzy­ma­nie sta­tu­su quo. – …celem ich trwa­nia było utrzy­ma­nie sta­tu­s quo.

 

Spoj­rza­łem na swe ciała czte­re­ma ocza­mi.Spoj­rza­łem na swe ciała czworgiem oczu.

 

wszyst­kie z koń­czyn wy­krę­co­nych miał w inną stro­nę… – Raczej: …każdą z koń­czyn wy­krę­co­ną miał w inną stro­nę

 

Mój ptasi móż­dżek nie wi­dział, co zro­bić. – Raczej: Mój ptasi móż­dżek nie wi­edział, co zro­bić.

 

Jeden cios w pięk­ne ciało miał pro­pa­go­wać się na setki in­nych i do­pro­wa­dzić do ich zguby. – Co to znaczy propagować się na coś?

 

am­pli­tu­da cier­pie­nia rosła wraz z czę­sto­tli­wo­ścią ukry­tej w niej próśb o za­prze­sta­nie. – Czy nie powinno być: …ukry­tych w niej próśb o za­prze­sta­nie.

 

Wró­ci­ły do mnie te wszyst­kie uczu­cia, któ­rych przez setki lat za­po­mnia­łem. – …któ­re przez setki lat za­po­mnia­łem.

 

Strach, wście­kłość, pust­ka roz­dzie­ra­ją­cą serce! – Literówka.

 

Naj­lep­szym wię­zie­niem jest te, w któ­rym… – Naj­lep­szym wię­zie­niem jest to, w któ­rym

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za wskazanie błędów, reg będzie prawdopodobnie jedyną kandydatką, która wybrana zostanie do szkolenia przyszłego SI z użycia mowy polskiej. Albo korepetycji, by taki system przeszedł test Turinga.

 

Większa część opowieści, jak to Finkla zauważyła, dzieje się właśnie w świadomości bohatera.

To jego depresja związana z ciągłym, tysiącletnim powtarzaniem tych samych czynności, które narzucone zostały mu przez inteligentnego i upośledzonego (brak kontroli nad całym systemem) nadzorcy stacji (SI), jest sercem całego tekstu. SI uczy się iteracjami, próbując, ucząc się i zaczynając od nowa, lekko zmieniając parametry poprzedniej próby – i tutaj pojawia się wykorzystanie do tego człowieka, teraz już raczej androida. Nadzorca chce umrzeć, wyłączyć się, tego jednak nie potrafi. I nie rozumie wpisanej mu w kod żelaznej zasady “musisz żyć”.

 

Być może pomogą zadanienia,z którymi podczas pisania tekstu miałem romans (linki):

Zespół Cotarda, depersonalizacja, stymulacja mózgu polem magnetycznym, no i koncept korony

 

Och, przeceniasz moje możliwości, stn, nawet bardzo przeceniasz, ale ogromnie mi miło, że zaświtała Ci taka myśl. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałam.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Cotarda rozpoznałam od pierwszego rzutu oka, ale jakoś mi to nie pomogło. Ot, nazwałeś bohatera tak, żeby to coś znaczyło, a nie przypadkowym Kowalskim.

Babska logika rządzi!

Dodam trochę mojej oceny z bety, jak i dopiszę kilka rzeczy.

Po pierwsze, jestem zachwycona tekstem. Nie jest on łatwy i też momentami nużyły mnie opisy. Ale mimo wszystko, forma trafiło w to, co lubię najbardziej. Oscylowanie w stronę hard SF nie jest łatwe i często teksty nie są lubiane, jeżeli nie ma się odpowiedniej lub chęci pogrzebania skąd coś się bierze (zresztą, nie zawsze jest to tak czytelne). Wydaje mi się, że właśnie z tego powodu tekst może nie przemówić. SF jednak łatwym gatunkiem nie jest. Do mnie akurat przemówiło. Opisy zrobiły na mnie tak wielkie wrażenie, że w trakcie lektury dawałam sobie chwilę na wizualizację. W tekście jest rozwiązanie coś się dzieje, i też byłam usatysfakcjonowana rozwiązaniem.

Celowo lub nie, autorowi udało się też oddać ducha surrealizmu. Jest to wo formie trudnej, ciężkiej, ale idealnie komponuje się w ideę konkursu moim zdaniem. Obrazów nie podam, bo w becie się one przewinęły, może ktoś inny zgadnie :)

O, tutaj się nię zgodzę, bo imię zawsze coś znaczy. Nawet jeśli jest to wąsaty Janusz, to dzięki niemu staje się taka postać nieco nam bliższa, niż bezimienny typ idący przez pustą stację kosmiczną. Syndrom Cotarda nie jest też tak powszechnie znany (ot, sam odkryłem to zagadnienie tuż przed rozpocząciem pracy nad tekstem), więc pomyslałem, że taki prztyczek w nos może się czytelnikowi przydać – kto bowiem od razu skojarzy chęć odcięcia własnych nóg z taką o to dolegliwością?

 

Deirdriu – jeszcze raz dzięki za pomoc i za opinię. ;)

No, zawsze coś znaczy, ale nie zawsze ma to związek z tekstem. Agenta Greena można zastąpić agentem Blackiem i nikt się nie kapnie. Gdyby Wołodyjowskiego zamienić nazwiskiem/ imieniem ze Skrzetuskim, “Trylogia” by się nie zmieniła. Ale taka Rowling często nadaje swoim postaciom imiona, które coś znaczą.

Babska logika rządzi!

Trochę jak z serem, czujesz, że coś śmierdzi. Ale gatunku pleśniaka nie znasz. To i dałem mu imię, by smród Cotarda i objawów depersonalizacji jakoś wyróżnić. ;)

 

Błedy wskazane przez Ciebie jak i reg poprawię niebawem, jeszcze raz dzięki za wskazanie ich palcem.

W przedmowie opowiadania dodałem też linki do wspomnianych wcześniej zagadnień, niech wiszą, może kogoś zainteresuą.

Poddałem się po drodze, bo wrażenie, że ta historia dryfuje bez celu, zmieniła się w pewnym momencie w przekonanie. Nie wiem, może jestem zbyt leniwy.

Ogólnie odczucia mam podobne jak bloodyandblunty. Szyk przestawny raczej irytował.  

Czytałem wczoraj i miałem nie pisać komentarza, ale razem betujemy i zdecydowałem, że jednak powinienem.

W takiej formie tekst jest dla mnie zbyt ciężki, gubiłem się w nim, nie wiedząc co się dzieje naprawdę, a co w umyśle bohatera, czy wszystko się w nim nie dzieje. Za duża liczba znaków przytłaczającej historii. Gdybyś tak okroił tekst do 25k znaków, dodał 10k lżejszej, przyziemnej treści, zwykłych czynności, tak żeby czytający mógł chwilę odpocząć, opowiadanie byłoby lepsze. To moje zdanie.

Pozdrawiam.

Starałam się nie powielać tego, co wypisała Reg:

 

“Pamiętałem je zawsze, Dwa dni temu wybił ostatni rok z tej listy.” – albo kropka zamiast przecinka, albo “dwa” małą literą

 

“Elefant, bydle wysokie i leniwe” – bydlę

 

“preferował jednak kostium z wadliwego projektu” – kostium z projektu? Raczej bez “z”

 

“Boty odkurzające – tak długo szorowały metalowe płyty, że w końcu zapychały się opiłkami żelaza i waliło przez nie zwarcie.” – Co to znaczy, że waliło przez nie zwarcie? Przez co? Czy zwarcie może walić?

 

“Kąputer” – zgaduję, że to zamierzone?

 

“Poczułem ciepło rozlewające się sylwiuszowskim wodociągiem przez kanaliki w międzymózgowiu” – CO to jest sylwiuszowski wodociąg?

 

“– Wracaj szybko[+!] – zakrzyknąłem za nieobecną ukochaną.”

 

“Bałem się utracić kontaktu z ciałem głównym” – Literówka: kontakt

 

“Przekrzywiając lekko główkę nie udało mi się doliczyć żadnej konkretnej liczby” – To jest deczko niegramatyczne

 

“…jeśli najzwyklejsza wibracja sprowokowana ruchem skrzydeł Nektarynki była dla nich równa krzykiem w ludzkie uszy?” – Co to znaczy: równa krzykiem?

 

“…równa krzykiem w ludzkie uszy?

Poczułem złość, wielką, nieartykułowaną, kipiącą wściekłość.

– Gdzie ja, kurwa, jestem?! – krzyknąłem, aż echo poniosło się korytarzami.”

 

“każdy z posągów przedstawiał tą samą postać.” – tę

 

“ludzkiej ciekawości, tej której udało się w scalaki malucha wepchnąć” – ciekawości, którą, a nie której

 

“Interferujące pomiędzy krysztalniakami fale rezonowały ze sobą, nakładały [+się] i rosły w amplitudę i częstotliwość.”

 

„…nadzorującą tą stacją…” – tę

 

„za każdym razem brakowało mi jednak którejś z kończyn, czasem dostrzegałem akt ucinania nich…” – Raczej: ich

 

Ogólnie rzecz biorąc – przeczytałam. Niby mogłabym odtworzyć, co mniej więcej się w tekście działo, ale sens nie jest dla mnie jasny. Rozumiem, że w tagach mamy “chorobę psychiczną” i sposób napisania miał ją odzwierciedlać, jednak – jak dla mnie – trochę to wszystko zbyt rozmyte, zawiłe, hm, psychodeliczne. Zgadzam się z określeniem “przeprost formy nad treścią”. Niektóre zdania są mocno pokomplikowane, aż do poziomu niegramatyczności, co sugeruje, że to nie miało tak być, nie jest zamierzone, a ot, wyszło w trakcie pisania. Tekst zapewne zyskałby na jasności po odleżeniu, przemyśleniu, usunięciu zbędnych językowych ozdobników.

Oczywiście inna sprawa jest taka, że z treścią nadal byłoby dość trudno. Ktoś wyżej napisał, że z hard SF tak jest, bo czytelnikowi często nie chce się szukać wyjaśnień. Cóż, jeśli – żeby zrozumieć opowiadanie – muszę najpierw przeczytać artykuł naukowy i cztery podstrony na Wikipedii, to zdecydowanie nie jest to opowiadanie dla mnie ;) Tekst może mnie czasem zachęcić do pogłębienia wiedzy na jakiś temat, ale nie może być tak, bym do czytania tekstu beletrystycznego najpierw musiała się przygotowywać ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Hmmm, ja w tym tekście nic “hard” nie widzę. I nie chodzi o to, że o syndromie Cotarda słyszałam wcześniej (chociaż, owszem, to odpaliło ciąg skojarzeń), tylko o to, że opowieść jest bardzo rozmyta. A na to żadne studia merytoryczne nie pomogą.

Deirdriu pisała o surrealizmie. To może być przyczyna. A czy to dobrze dla tekstu w tym konkursie czy źle? Diabli wiedzą, ale Jurorzy raczej z tych, co lubią niejasności i niedomówienia.

Babska logika rządzi!

A nie pisałam? Nawet teraz nic o komentarzu nie napisze, tylko tajemniczo dziób wykrzywi… ;-)

Babska logika rządzi!

Ja tu tylko informację zwrotną zostawiłem, że przeczytałem :).

Proszę mnie do niczego nie mieszać! To był entuzjastyczny dziób! Krótki przewodnik po słowiczych dziobach:

:) – “uśmiecham się pozytywnie, jak ta kaczka, co mnie obserwuje”

:^) – “ja tu tylko robię za klauna”

:F – “usta tak pełne sarkazmu, że aż powypychał zęby”

:P – “proszę się rozejść, nie ma na co patrzeć, ja tylko żartowałem”

;) – “coś mi wpadło do oka”

 

No. Przepraszam za spam, panie Stn. Taki jeden duch mnie zmusił ;).

Aha. Czyli Cienie zostawiają kropki, a Słowiki emotki. OK, zapamiętam sobie.

Dzięki za info. :-)

Stn, mam nadzieję, że się jeszcze nie pogniewałeś. :-)

Babska logika rządzi!

O, spokojne o moje nerwy, sobota jest i święty dzień odpoczynku od kompa i telefonu ;) Komentarze przyjąłem i przepłukałem piwem, coby się lepiej strawiły. Dostrzegam wskazane mi błędy (w sumie szczególnie to "przegadane" pierwsze pół tekstu), ale z kilkoma będę miał problem (tą śmieszna barokową inwersję mam od zawsze, podobnie że zbytnim składaniem zdan w długie ciągi), więc tutaj potrzebował będę czasu. A wydaje mi się, że Słowik nadąsany, bo w tekście koliberek był. Bądź słowiczo zakochany, ale to już problem ornitoligiczny. ;)

Nic z tych rzeczy.

Ze znajomymi nazywamy to zjawisko logiką po północy. Żart się wtedy tępi, poczucie humoru spada o kilka klas niżej, a pusta lodówka wydaje się całkiem zabawna ;).

 

No, znikam, bo mnie posądzą o konszachty z uczestnikami :P.

 

PS: Logika po północy nie ma wpływu na odbiór tekstu – to zjawisko dotyczy tylko jakości żartów, które wydobywają się z ust/klawiatury śmieszkującego.

@reg

Jeden cios w piękne ciało miał propagować się na setki innych i doprowadzić do ich zguby. – Co to znaczy propagować się na coś?

Tak, jak propaguje się fala, tak tutaj niósł się na nie (te inne) skutek uderzenia.

 

@joseheim:

“Boty odkurzające – tak długo szorowały metalowe płyty, że w końcu zapychały się opiłkami żelaza i waliło przez nie zwarcie.” – Co to znaczy, że waliło przez nie zwarcie? Przez co? Czy zwarcie może walić?

Cóż, wali. Tylko, że w mowie potocznej. Nie wiedziałem, że może to tak razić oko.

 

“Kąputer” – zgaduję, że to zamierzone?

Yep, podkradem Lemowi.

 

“Poczułem ciepło rozlewające się sylwiuszowskim wodociągiem przez kanaliki w międzymózgowiu” – CO to jest sylwiuszowski wodociąg?

Łap - https://pl.wikipedia.org/wiki/Wodoci%C4%85g_m%C3%B3zgu

 

“…jeśli najzwyklejsza wibracja sprowokowana ruchem skrzydeł Nektarynki była dla nich równa krzykiem w ludzkie uszy?” – Co to znaczy: równa krzykiem?

Tożsama, niczym się nie różniąca, więc mająca taki sam skutek. Zatem – uderzać w kryształy falami o dużej częstotliwości, to tak, jakby nam krzyknąć do ucha. :)

 

Poprawiłem te łatwiejsze i wskazane mi palcami błędy, dziękuję. :)

Stn, dziękuję. Teraz wiem więcej. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tu byłem.

Ok, przyswajam Sylwiusza ;) Co do walącego zwarcia – ten zwrot jest dla mnie po prostu niezrozumiały. A zdanie z krzykiem jest lekko niegramatyczne ;) Równa komu? czemu? – krzykowi.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

To jest taka wzajemna wymiana informacji, znajomość języka w zamian za losowe zagadnienia z różnych dziedzin nauki. ;)

 

W sumie… zwarcie to stan układu, więc bardziej pasuje – przeszedł prąd spowodowany zwarciem.

No dobra, przekombinowałem z tym krzykiem, sprawdzę co mogę tu wymyślić. ;)

Uderzyłeś w moje ulubione nuty. Cybernetyka i szaleństwo. Dziwne wizje podparte terminami naukowymi. Do tego bardzo plastycznie napisane, choć tak jak przy poprzednim tekście konkursowym – surrealizm niektórych z nich sprawiał, że musiałem dłużej się nad nimi zastanowić. Nie żałuję jednak, bo niektóre był naprawdę fajne, jak ci ludzie z kryształu.

Końcówka definitywnie na plus. Na minus – wyjawienie historii bohatera. Nie wiem, czy lepiej nie zadziałały by tutaj niedomówienia. Jak płynąć to płynąć :)

Trochę też nie rozumiem więzi Nektarynki i bohatera – niby jedna jaźń, ale jak jest w jednym ciele, to nie może kożystać z mocy obliczeniowych tego większego. I współdzielić pamięci. Albo w ogóle przenieść operowanie do zdalnego systemu większego mózgu (coś jak iSCSI). Można byłoby przecież zrobić lepsze połączenie – ale to rozważania czysto logiczne. Doskonale rozumiem, że fabularnie to tak nie działa i nie powinno, by nie zmienić ciągu znaków.

Podsumowując: dobre opowiadanie, które używa fajerwerków mojej ulubionej marki :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki wielkie za opinię. ;)

Do wyjawienia przeszłości bohatera przekonały mnie dwie rzeczy – nadmiar surrealizmu właśnie (chciałem choć ten wątek zrozumiały zostawić) oraz chęć mocniejszego powiązania jego historii z samym systemem zarządzającym stacją, dokładnie tak, by lepiej zawiązać te wątki na końcu tekstu.

Ech, wiedziałem, że kto bardziej techniczny to się właśnie ptaszka przyczepi. :D

Jeśli chodzi o “podział pamięci”, to za problem uznałem właśnie to, że zwierzak jest jakby “zdalną” wersją bohatera. Utrzymując miedzy sobą (ciałem głównym) więź radiową narażają się (w sumie nie wiem, czy opisywać ich w liczbie mnogiej teraz…) na zerwanie właśnie tej radiolinii (gruby beton, mnóstwo żelastwa, jakieś szumy otoczenia). Mimo wszystko, to chętnie posłucham uwag, szczególnie tych czysto technicznych – jestem po telekomunikacji i czystej informatyki miałem tak sobie (mocne podstawy).

Podsumowując – dzięki wielkie. I pracuję w międzyczasie nad następną wersją opowiadania, mam kilka wątków do dodania i kilka zbytnio złożonych zdań do rozplątania. ;)

Trudny tekst. Chyba najtrudniejszy w całym konkursie. Abstrakcyjny, hermetyczny, oderwany od ciała. Rozumiem zamysł i konwencję, ale to się po prostu ciężko czytało. To nie jest tekst z rodzaju tych, które chciałbym ujrzeć w druku, przeczytać jeszcze raz, dla przyjemności estetycznej czy intelektualnej. Za mało już tutaj człowieka. Wzruszające fragmenty z kanarkiem i piękna wizja ludzi z kryształu mi nie wystarczyły. Do tego inspiracja Dalim bardzo dyskusyjna, pojawiają się pajęcze nogi słonia, ale to jedynie detal. Owszem, daleko odleciałeś od rzeczywistości, ale tą drogą do mnie nie trafiłeś.

Dziękuję za udział w konkursie.

Mnie to opowiadanie wciągnęło, choć do łatwych nie należy. Muszę powiedzieć, że pomysł jest oryginalny i w umiejętny sposób udało Ci się połączyć absurd, nawiązanie do wizjonerstwa malarza i naukę. Wyszło opowiadanie hermetyczne, ale wciągające, zachęcające do szukania dróg interpretacyjnych.

 

Styl bywa niestety pretensjonalny. Miałam wrażenie, że chcesz to trochę stylizować na mowę szalonego geniusza, trochę na lament zrozpaczonego człowieka, trochę na nie wiadomo co. W każdym razie język nie jest najmocniejszym punktem tego tekstu i niestety sprawia, że czyta się go ciężej, niż powinno.

 

Mam wrażenie, że trochę za dużo chciałeś włożyć do jednego, niedługiego opowiadania. Przeczytałam, zanim zajrzałam do podlinkowanych tekstów – zespół Cotarda jest dość jasny, badania Persingera też znam, zresztą badania nad odmiennymi stanami świadomości o treści religijnej mają dość długą historię. To wszystko jest bardzo ciekawe, ale w połączeniu z koncepcją ogromnej maszyny, rozważaniami nad samobójstwem, wizjami w stylu Dalego i trudnym językiem tworzy dość ciężkostrawną całość.

 

Widzę, że błędy poprawiałeś na bieżąco, to się chwali.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Hej :)

Nie mam w zwyczaju komentować tekstów, które betowałem, ale chciałbym nominować to zacne opowiadanie :)

 

Oto kilka moich spostrzeżeń, które pojawiły się jeszcze na etapie betalisty (tak, jestem leniwy i na nieszczęście umiem używać opcji kopiuj wklej – cudzysłów sobie daruję ;) ):

 

Tak jak wspominałem wcześniej Twój styl jest największą zaletą tekstu i największą utrudnieniem dla czytającego. Dla mnie idealny, pozwalający zagłębić się w złożoność psychiki ludzkiej, dla innych nienawistną gmatwaniną przymiotników i narracyjnej tortury zdań wielokrotnie złożonych.

Dla mnie tekst, który trzeba powoli przyswajać – stąpać powoli i rozważnie, dla innych rzędy ścian, przez które trzeba się przebić, aby osiągnąć niezrozumienie. Tekst nie jest pop, ale nie chodzi o to, aby wszystkim dogodzić, prawda? Chociaż na końcu rozjaśnisz co poniektórym w głowach – wyłożyłeś wszystko jak trzeba ;)

 

W swoim tekście masz mocne podstawy naukowe. Prawda jest taka, że to nieliczni będą zainteresowani wchodzeniem w szczegóły, więc gdy dołożysz takich wywodów, cała reszta poczuje się tym niezainteresowana, a co więcej przytłoczona i wykluczona (bo nie zrozumieją mimo infodampów). Oczywiście część pójdzie za tłumem i będzie zachwalać nic w pytkę nie kumając. Ale ilu? Tego nie sposób przewidzieć ;)

 

Rozwiązanie jest jedno – tak upchać/rozwinąć zagadnienie, aby nie zwiększyło objętości tekstu wykorzystanego na te przemyślenia, zachowując przy tym czytelność przekazu. Trudne, a chyba nawet niewykonalne ;)

 

Chociaż jeżeli piszesz bardziej dla siebie niż publiki to się nie ograniczaj. Hard S-f na tym forum i nie tylko to skarb. Sam stukam raptem marne semi s-f, w którym więcej psychologii i filozofii niż nadzienia naukowego. Chyba w ogóle go nie ma… Zagadnienie u Ciebie są ciekawe, może nawet warte osobnego opowiadania…

 

No i tak oto, po raz pierwszy nominuję opowiadanie do “opowiadania miesiąca”… No chyba, że znowu miałem przeczytać jakiś regulamin i tego nie zrobiłem ;p

 

Czwartkowy Dyżurny

Tak jak wspominałem wcześniej Twój styl jest największą zaletą tekstu i największą utrudnieniem dla czytającego. Dla mnie idealny, pozwalający zagłębić się w złożoność psychiki ludzkiej, dla innych nienawistną gmatwaniną przymiotników i narracyjnej tortury zdań wielokrotnie złożonych.

Tak jak wspominałem wcześniej Twój styl jest największą zaletą tekstu i największą utrudnieniem dla czytającego. Dla mnie idealny, pozwalający zagłębić się w złożoność psychiki ludzkiej, dla innych nienawistną gmatwaniną przymiotników i narracyjnej tortury zdań wielokrotnie złożonych.

Dla mnie tekst, który trzeba powoli przyswajać – stąpać powoli i rozważnie, dla innych rzędy ścian, przez które trzeba się przebić, aby osiągnąć niezrozumienie. Tekst nie jest pop, ale nie chodzi o to, aby wszystkim dogodzić, prawda? Chociaż na końcu rozjaśnisz co poniektórym w głowach – wyłożyłeś wszystko jak trzeba ;)

Dla mnie tekst, który trzeba powoli przyswajać – stąpać powoli i rozważnie, dla innych rzędy ścian, przez które trzeba się przebić, aby osiągnąć niezrozumienie. Tekst nie jest pop, ale nie chodzi o to, aby wszystkim dogodzić, prawda? Chociaż na końcu rozjaśnisz co poniektórym w głowach – wyłożyłeś wszystko jak trzeba ;)

coboldzie, masz rację – tam nie było człowieka. Kanarek i krysztalniaki posłużyły mi jako kontrast. Po Twojej reakcji widzę, że cel swój osiągnąłem. Doceniam komentarz, zmierzymy się przy następnym tekście. ;)

 

Mirabelko, że tak śmiem spoufalić się w moim kryształowym ogródku, niestety nie stylizowałem stylu na nic. Taki już mam, nie twierdzę jednak że nie zamierzam go poprawić. To chyba nawet główna siła napędowa mojego kija-samobija. A nadmiar uszek w barszczu… no, ja lubię się obżerać! Choć prawdą jest, że może być to ciężkie i niestrawne; w każdym bądź razie pomyślę nad pewną dietą, bo to już drugi tekst, w którym ta uwaga się pojawiła.

 

W kwestii Dalego – świadomie odrzuciłem chęć nadania tekstowi skojarzeń z malarzem zbyt oczywistych. Słonie, jak zostały namalowanymi, niosą na sobie całą dziwną hałastrę naprzeciw Antoniemu. Ten zaś nagi, jedynie z krzyżem w ręce (Cotardowi nałożyłem na głowę koronę) broni się przed piękną, błyszczącą katedrą, naprzeciw której na podwyższeniu stoi naga kobieta.

Główny bohater był kuszony, upośledzona SI – nadzorca stacji – próbowała zmusić go do samobójstwa, raz za razem, właściwie to tylko i wyłącznie dla swojego dobra. Zaś tak jak i katedra odbiła kobiece ciało (tak mi się wydaje), tak i maszyna wewnątrz kryształowego ogrodu była odbiciem mężczyzny. Poznał siebie, żałośnie brzydkiego i słabego, zdanego na laskę siły, której nigdy nie będzie mógł się sprzeciwić. Koniec końców – dał się jej skusić.

 

Jak podkreśliłem ja i moje słodkie bety – nastąpiła polaryzacja. Bardzo mocna. I co ciekawe, ten fakt bardzo mnie cieszy. Wyraźnie i dosadnie przedstawiono mi każdą z zalet i wad tekstu, niektóre wręcz wepchnięto mi z powrotem w gardło. To się ceni, serio, dzięki wielkie każdemu, komu zechciało się mój tekst skomentować.

Deirdriu i Czornytomie, bo Was sobie na koniec zostawiłem, dziękuję za betę. Nie mam zamiaru zapomnieć od kogo dostałem pierwszy punkt do biblioteki i nominację. ;)

Jedno, bardzo proste zdanie: czułem się, jakbym czytał Dukaja. Nawet jeśli nie jest to specjalnie podobny styl, a i pomysł świeży, to ten klimat i cudowność pomysłów (jak i granice literackie, w których się tutaj przemieszczałeś) nie potrafiły mi krzyczeć nic innego, jak – dobre!

Otwarcie, nawet jeśli nie robiło olbrzymiego wrażenia, zostało poprowadzone solidnie. Pierwsze zdanie – mogło być lepsze. Ugrzeczniony wulgaryzm nie tylko nie pasował mi do reszty tekstu, ale i równie szybko narracja wskoczyła na inne, dużo ciekawsze tory. I na tych torach błyszczałeś jak cholerna lokomotywa Orient Expressu. Nektarynka, Król i Elefant to jest tak znakomite połączenie w jednej postaci (nie mam pewności co do Elefanta, ale po zrozumieniu idei traktowałem go jako największą przestrzeń do przetwarzania danych z wszystkich udostępnionych aktorów – mogę nie mieć racji, ale zupełnie szczerze, nie obchodzi mnie to, bo zbyt podoba mi się boska idea trójpodziału ciała w takiej psychodeliczno-elektronicznej aranżacji). Właściwie, to właśnie ta postać niosła Ci ten tekst, co wcale nie dziwi, skoro psychologia stanowiła potężną część przedstawianej historii. I doskonale zazębiła się potem z ideą sztucznej inteligencji.

A wszystko to przy ciekawej narracji, seriach kolejnych, surrealistycznie pięknych scen oraz wejściu w technologiczny trans, gdzie wszystko, pomimo szaleństwa wizualnego, miało rzeczywisty sens. Odrobiłeś lekcje i mam wrażenie, że z fizyką oraz informatyką jesteś za pan brat.

 

Więc tak: mrocznie, psychodzelicznie… Nektarynka! (jako plus nad plusy) i jest jeden jedyny powód, dla którego Funthesystem odskoczył od Ciebie w moim osobistym rankingu, o tych kilka decydujących kroków. Nie dopieściłeś, cholera jasna, końcówki. Narracja się tam delikatnie załamała (zgrzyty dostrzegalne ze względu na świetną płynność wcześniejszych fragmentów), pojawiały się literówki (wada do przeżycie, ale jednak), jakieś nieprzyjemnie brzmiące konstrukcje i wkradł się pewien chaos (nie mylić z szaleństwem – to było na przyzwoitym poziomie od początku do końca). Tak więc – po prostu zabrakło ostatnich szlifów, a czasu miałeś przecież multum (z drugiej strony wiem, że lato rządzi się swoimi prawami). Gdybyś jeszcze trochę nad zakończeniem przysiadł, ewentualnie nie spieszył się do ostatnich zdań tak bardzo – wtedy miałbym problem na miarę antycznych tragedii.

Jak można z powyższego wywnioskować, w moim osobistym rankingu wylądowałeś na drugim miejscu :).

Pozwolę sobie samemu się zacytować: “Bądź słowiczo zakochany, ale to już problem ornitoligiczny. ;)”

 

Prawie trafiłeś, siedzę w branży telekomunikacyjnej, trochę więcej tu sieci i elektroniki niż czystej informatyki, ale to i tak praktycznie siostrzane dziedziny nauki.

Phi, “czasu było multum”. Z tego powodu uciekłem z konkursu Science na ten. Nie wyrobiłem się. Ale traf chciał, że w szaleństwie Dalego dostrzegłem jakąś metodę. :D

 

Przyznam się – miałem nieco większy plan co do słonia, niż to, co ostatecznie znalazlo się w opowiadaniu. Pomysł jednak zarzuciłem, ze względu na mozliwy konflikt z limitem znaków i kolejnym wątkiem (a i tak za ich nadmiar dostałem po głowie).

Byłeś mu całkiem Słowiku bliski, ale to nadal nie to. Bliżej mu (w zamierzeniu) było do SI nadzorcy stacji, niż samego bohatera. Wprowadzić chciałem też problem “szumu” – przecież rosnące echo wibrowań wpływać musiało i na koronę bohatera (a jedną z jej funkcji była zbierająca echo i fale radiowe antena). Ba, rozmowa z Deirdriu podsunęła mi pomysł, by nawet całą rodzinę królewską w tekście umieścić. Ale też boję się, że opowiadanie napuchłoby do zbyt dużych rozmiarów. Mimo wszystko, to chcę kiedyś do niego wrócić, ale w tej chwili na tapecie mam już inne. ;)

 

Dzięki wielkie za kilka słowiczych treli i kliki, bardzo dla ucha i serca miłych. Przy następnej okazji nie mam zamiaru oddawać nikomu miejsca na Twoim piedestale. ;)

Jedno, bardzo proste zdanie: czułem się, jakbym czytał Małego Słowika. 

:D

To półżartem, ale też półserio. Zajrzyj do bibliotecznych opowiadań Słowika i oceń, czy jest jakiś sens w moich słowach.

Nie czytało się źle, ale momentami trudno było mi utrzymać uwagę. To jeśli chodzi o gładkość czytania. Jeśli chodzi o urok zdań… Do mnie trafiło. W sumie obcując – bo to słowo pasuje do takiego rodzaju tekstów – z Twoim opowiadaniem czułem się bardziej w obrazie Dalego, niż w trakcie czytania innych konkursowych opowiadań. Jest szaleństwo, o które prosił Słowik. Jest malowanie słowem – malowanie rzeczy, których pędzlem namalować by się nie dało. Jest uwolnienie wyobraźni. Waflowe miejsce nie dziwi. 

Czego brakuje? Ano porządnej fabuły, historii. Bez tego dostaje się prędzej obraz, strumień świadomości. No ale gdybyś to ubrał w tradycyjną opowieść, opowiadanie byłoby całkiem inne. Coś za coś. 

Właściwie to mógłbym się też podpisać pod jurorskimi komentarzami, bo w każdym jest coś, z czym się zgadzam. Weź sobie wszystkie trzy do serca, przeanalizuj. Wiele zostało powiedziane, więc nie będę się silił, by coś jeszcze dodawać. 

Zostawiam zasłużonego klika, a odchodząc, zabieram ze sobą czytelniczą satysfakcję. 

Miło mi zostawić finalnego klika :)

Myślę, że opowiadanie zasługuje, by je docenić, pomimo tego, że okrutnie przemaglowało mi mózg ;) Zgadzam się, że mamy tu przerost formy nad treścią. To jeszcze nie jest zarzutem, bo ja często lubię takie przerosty. Problem stanowi dla mnie proporcja – bo tutaj rzeczywiście forma stała się wręcz przytłaczająca i choć znalazłam tu mnóstwo pięknych zdań i wspaniałych obrazów, to właśnie przez to przytłoczenie nie byłam w stanie w pełni się nimi zachwycić – po prostu w pewnym momencie poczułam przesyt, a za nim bardzo szybko przyszło znudzenie :( Gdybym miała coś sugerować, to byłoby to odchudzenie tekstu, wyszlifowanie. Wtedy byłoby miodnie.

Fun i Werweno, jesteście kolejnymi głosami wskazującymi na te same błedy – językowy i stylistyczny przesyt oraz słaba fabuła (faktycznie, pierwsza połowa tekstu jest nieco przegadana). Mam pomysł na odchudzenie tekstu i fabularne poprawki, które mam zamiar tez wprowadzić.

 

No i fajowo jest dostać automatyczny mail z gratulacjami – dzięki! :D

Sorry, Winnetou, jestem na NIE.

Tekst mnie nie porwał – raczej się krztuszę i topię w potokach świadomości.

Zabrakło mi porządnej fabuły.

Przyznaję – były interesujące momenty – na przykład liczby mi się spodobały. Ale ogółem – wyszło ich za mało, żeby mnie przekonać.

Babska logika rządzi!

Oczywiście, już wcześniej bardzo wyraźnie to zakomunikowałaś i zarzutów jestem świadomy. ;)

Początek po prostu mnie kupił – pierwsze zdanie super, potem wcale nie gorzej. Ale im dalej w las, tym więcej abstrakcji i tym mniej fabuły. Koniec końców, po mocnym wstępnie, tekst mnie zwyczajnie znudził. Szkoda. Wymogi konkursu wymogami, ale taki bezcelowy strumień świadomości nie był chyba konieczny ;)

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Ukradnę Slowikowi i wzmocnię: czułam się, jakbym czytała Dukaja do potęgi. Tylko że z czasem wiem, o co jemu chodzi, i okazuje się to niejednokrotnie fascynujące. Tutaj się tego nie dowiedziałam. Wlaściwie wszyscy wszystko już napisali. Byłam na nie, bo widziałam tylko mgliście fabulę i też odniosłam wrażenie, że forma przerosła treść. Szyki zdań masz czasem pomieszane – dobre trzy minuty zastanawiałam się, co to jest zintegrowana czaszka, póki nie pojęłam, że to korona się z nią integruje. Nie wyłuskałam trzonu opowieści z tego absurdalno-poetyckiego strumienia, zdawał się chaotyczny, bez skrystalizowanego zamysłu, jakby próbował się urodzić albo ujawnić, ale słowa ciągle zbaczały na inne tory. Ale znalazło się kilka ciekawych obrazów, które zobaczyłam i nawet mi się spodobały, mimo że bardzo to utrudniałeś :P Choćby te posągi, choćby piętnaście samobójstw. 

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Mam już cały worek z uwagami do rozpatrzenia, jest co z nimi zrobić. Dzięki wielkie za uwagi.

Utrudnienia w większości niezamierzone, choć po czasie i sam widzę, że tekst jest jak droga rowerowa zrobiona z kostki chodnikowej. Jechać się da, ale co tyłek obije… ;)

Kurna, trochę się boję, że wyjdę teraz na takiego: “Nie rozumiem, więc mi się nie podoba”. Ale, no, niestety: nie rozumiem. I… nie, nie mogę powiedzieć, że mi się nie podobało. Z drugiej strony nie mogę też powiedzieć, że w tym szaleństwie jest coś więcej niż li tylko szaleństwo.

Osiągnąłeś taki poziom surrealizmu, że mnie i mój mały, wiejski rozumek zwyczajnie to wszystko przerosło. Interpretuję Twoje opowiadanie głównie jako analizę pogrążonego w depresji umysłu wplecioną w bardzo niecodzienne i faktycznie przybijające tło. Taka droga ku samozagładzie i ból niemożności dotarcia do celu. Zdaję sobie jednak sprawę, że to kolosalne uproszczenie. Nie zdaję sobie natomiast sprawy z tego, co zasadniczo upraszczam (i czy słusznie?).

Pomijając przekaz, są jeszcze inne aspekty fabuły, które zupełnie do mnie nie trafiły. Brak dynamiki – cały tekst od początku do końca jest jednym wielkim strumieniem świadomości, co, w połączeniu z rozbudowanymi (bardzo fajnymi, nie przeczę) zdaniami, będącymi nośnikami niedającej się pojąć treści, czyni tekst zwyczajnie rozlazłym i nudnym… No dobra – nudnawym. Mówiąc wprost, nie zdołałeś mnie zaangażować w swoją opowieść.

Nie kupiły mnie też końcowe dywagacje o naturze samobójstwa, opłacalności śmierci i tak dalej i tym podobne – nie powiem, że są naiwne, ale takie… cholernie już sprane (i wiem, co mówię).

No i wreszcie klimat opowiadania. Z serca przyznaję Ci za niego plus, i to spory, choć osobiście się mi nie podobał. I właśnie za to, ten plus – poszedłeś w mega ciężkie klimaty, których nie lubię, w taki sposób, że nie lubię ich jeszcze bardziej. A to już należy docenić. Podobnie mnogość naprawdę fajnych zdań i ukrytych za nimi myśli.

Mam wrażenie, że nie napisałem niczego, czego już byś tutaj nie słyszał, a pobieżna lektura komentarzy mnie w tym utwierdza. Więc i odpowiednie wnioski zapewne już wyciągnąłeś. Zastanawia mnie tylko, na ile było w tym wszystkim potrzeby dopasowania się pod wymogi konkursu, a ile Twojego własnego stylu.

 

Przepraszam, że tak długo kazałem na siebie czekać.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Jakie późno? Ciekawa opinia jest, to się liczy.

Nie uprościłeś, nawet celnie to podsumowałeś. Pominąłeś tylko jedno – celem jest coś, co zastąpi śmierć. Bohater przeżywał właśnie swoją piętnastą iterację życia-po-życiu.

Przyznaję się, rozumiem zarzut tego strumienia. Z każdym kolejnym coraz mocniej, takie wskazywanie palcem zawsze pomaga.

Wobec stylu – sprawdzimy przy następnym tekście. Pracuję już nad nowym, mam nadzieję wolnym od tutejszych błędów.

 

Nie rozumiem tylko tego, co nazwałeś "spranym" (chodzi mi o sam przymiotnik)?

Ciao!

Ano, Dukajowe jak diabli. Przy czym tak samo ciężkie.

Dla mnie sala z kryształami trąci troszkę wizją Snerga z opowiadania “Tamten Świat”. Ściślej – te wszystkie buczenia, dźwięki w czasie transformacji w kolibra. (mam nadzieję, że nie pomyliłem opowiadania, czytałem to ze trzydzieści lat temu :> – to ze zwolnionym upływem czasu).

Co do ogólnej oceny – opowiadanie jest bardzo dobre, nie miałem problemów ze zrozumieniem i przejściem przez tekst. Raczej moje klimaty.

Niemniej – nie da się ukryć, że tekst jest trudny i wiele wymaga od czytelnika.

Na oko – bardzo wysoka twardość SF. Piszę to mimo dyskusyjności stworzenia sfery Dysona. Zaledwie 2 procent masy układu słonecznego stanowią planety, cywilizacja tworząca “Dysonkę” musiałaby dysponować technologią tworzenia materii, żeby ją skonstruować. Chociaż – o ile dobrze zrozumiałem to co napisał Hawking w “Krótkiej Historii Czasu”, to wszechświat ma zerową sumę całkowitej energii i, przynajmniej teoretycznie, w parach cząstka – antycząstka dałoby się to zrobić. Fizyk ze mnie żaden, więc nie umiem określić, czy właśnie nie bełkoczę ;)

Pozdrawiam.

Nowa Fantastyka