- Opowiadanie: Hanzo - Dziewczyna z kolorami

Dziewczyna z kolorami

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Dziewczyna z kolorami

 Wydarzyło się to w czasach, kiedy mieszkałem z człowiekiem, który miał ładowarki zamiast rąk. Dzisiaj nie potrafię sobie nawet przypomnieć jego imienia. Pamiętam tylko dziesiątki kabli o wszystkich możliwych końcówkach. Dawały się podpiąć do każdego urządzenia. Wyrastały z sinych szram po bokach pozbawionego ludzkich kończyn tułowia jak odnóża jakiejś cybernetycznej stonogi i tak też się poruszały – po owadziemu.

Ten człowiek nigdy nie nosił koszulki. Może wtedy nie wymyślono jeszcze koszulek przystosowanych dla takich jak on. Zajmował jeden pokój, a ja drugi. Starałem się nie korzystać z kuchni, kiedy słyszałem, jak obija się bezsensownie o ściany i szafki.

Był piątek trzynastego. Nie lubię wychodzić na zewnątrz w zwykłe dni, a takiej pechowej daty nie dałoby się wyciągnąć mnie z mieszkania siłą. To tylko teoretyczne porównanie. Nie istniał wtedy i nie istnieje teraz nikt, kto miałby najmniejszą ochotę wyciągać mnie skądkolwiek dokądkolwiek.

Postanowiłem zabić czas pozostały do soboty, oglądając teledyski na YouTube. Od zawsze najbardziej lubiłem te, które zaczynają się ostrzeżeniem, że zawarte w nich efekty stroboskopowe mogą wywołać atak u osób chorych na epilepsję. Oglądałbym je dzień i noc, bez przerwy, i nigdy nie poczułbym się źle. Psychodeliczne migawki na dnie moich oczu. Gdyby ktoś kiedyś zapytał mnie o hobby, odpowiedziałbym bez wahania – teledyski niebezpieczne dla epileptyków. Wpisałbym to w CV pod rubryką „zainteresowania”. Nie wstydzę się, bo są tacy, co mają dziwniejsze pasje.

Tak minąłby mi cały dzień i nie poznałbym miłości swojego życia, gdyby nie prozaiczny fakt. Skończyły mi się papierki do kręcenia papierosów. Wiem, że ludzie nazywają te rzeczy inaczej. Mówią: „bletki” albo „bibułki”. Ja mówię „papierki” i nie znam nikogo innego, kto by tak robił. To moja kolejna cecha charakterystyczna. Gdybyście chcieli mnie odnaleźć, wystarczyłoby zapytać ekspedientkę w sklepie tytoniowym na centrum o faceta, który kupował „papierki do papierosów”. Powiedziałaby, że owszem, był taki jeden. Potem opisałaby mój wygląd. Wskazała, skąd i o jakich porach przychodziłem.

Odchodzę od zmysłów mniej więcej pół godziny po ostatnim, wypalonym papierosie. Zwykle mniej. Prawie słyszę w takich momentach, jak coś trzeszczy między neuronami mojego mózgu. Jakby domagało się drapania i miało pęknąć, jeśli się tego pragnienia nie zaspokoi. Tak też się stało tamtego dnia.

Wychodząc z bloku, starałem się sobie wmówić, że pech nie istnieje. A może po prostu coś się komuś kiedyś popierdoliło i tak naprawdę piątek trzynastego miał być uznawany za jakiś super szczęśliwy dzień, a nie na odwrót, i teraz żyjemy w błędnym założeniu? Takie pomyłki zdarzają się częściej, niż się to wydaje. Sam tak miewam. Kiedy pytam się przed lustrem, czy jestem dzisiaj szczęśliwy, raz na dziesięć razy coś mi się popierdoli i odpowiadam, że tak. Nie wiem dlaczego, ale czasami tak mam.

Nie lubię ludzi z prostego powodu, być może najprostszego ze wszystkich. Nie mogę na nich patrzeć. Kiedy przyglądam się komuś dłużej niż sekundę czy dwie, twarz tej osoby zaczyna się wykrzywiać. Oczy rozlewają się po policzkach, usta poszerzają do czoła i dalej, nos zamienia w jakieś potworne kulfony. Jazda jak po ostrym kwasie, a ja przecież nigdy nawet nie próbowałem narkotyków. Dzieje się tak z twarzą każdego, na kogo spojrzę. Nie wiem, czy oni wyglądają tak naprawdę, czy to ja patrzę w niewłaściwy sposób. Przestałem się nad tym zastanawiać w wieku kilku lat. Szkoda psuć sobie tym głowę.

Wsiadłem do tramwaju, wodząc wzrokiem gdzieś po podłodze. Dawno temu nauczyłem się, że to najbezpieczniejszy sposób. O ile w pobliżu nie ma dzieci, ludzi nieprzeciętnie niskiego wzrostu albo bobasów w wózkach, mogę przejechać tak całą drogę do centrum, nie oglądając ani jednej potwornej gęby.

Najpierw poczułem jej zapach. Pachniała słońcem. Wiem, że to dziwaczne skojarzenie i sam nie potrafię dokładnie tego opisać, ale tak było. Pamiętam, co pomyślałem w pierwszym odruchu.

Pomyślałem, że ktoś, kto tak pachnie, musi mieć nadzwyczaj ciepłą skórę.

Siedziała dwa rzędy ode mnie i nie byłoby w niej niczego niezwykłego, gdyby nie nadrzędny fakt, który w parę chwil wywrócił do góry nogami wszystko, co wiedziałem dotychczas o świecie.

Jej twarz nie wykrzywiała się w potworną maskę. Jak długo bym nie patrzył (a patrzyłem bardzo długo), pozostawała niezmienna i piękna. W życiu nie pomyślałbym, że mogę spotkać kogoś takiego. Nie miałem co do tego złudzeń, a oto stało się – w piątek trzynastego, który miał być taki pechowy.

Zachwyt nad dziewczyną sprawił, że przegapiłem swój przystanek i wiele kolejnych. Mógłbym podziwiać ją do śmierci.

Chciałbym podziwiać ją do śmierci.

Była nieduża, miała czarne włosy, nastroszoną grzywkę i lekko odstające uszy, do tego raczej szeroki nos oraz zamyślone, brązowe oczy, którymi patrzyła na przesuwające się za szybą, miejskie krajobrazy. Musiała wyczuć na sobie mój wzrok, bo w pewnym momencie jakby wybudziła się z głębokiego bezruchu, spojrzała wprost na mnie i uśmiechnęła się, na co odpowiedziałem tym samym. Poklepała miejsce obok siebie, a ja skorzystałem z zaproszenia.

Zapytałem, dokąd jedzie.

– Wracam do domu. Wiozę kolory, które kupiłam w mieście – powiedziała zachrypniętym, ale w pewien sposób przyjemnym głosem.

Pomyślałem, że mówiąc „kolory”, dziewczyna miała na myśli farby albo coś w tym rodzaju, lecz kiedy otworzyła reklamówkę, zrozumiałem, że wiezie w niej dokładnie to, co powiedziała – kolory. Skłębione, ruchliwe i migocące kolory.

– Chciałbyś popatrzeć, jak maluję i napić się herbaty?

Zgodziłem się bez sekundy namysłu.

Wysiedliśmy na ostatnim przystanku, w miejscu, którego nigdy dotąd nie odwiedzałem. Tramwaj odjechał, strzelając iskrami z drutów, a my ruszyliśmy w przeciwnym kierunku. Zaproponowałem, że poniosę jej reklamówkę, ale powiedziała, że te kolory są całkiem lekkie.

– To może potrzymam cię chociaż za rękę?

– Byłoby naprawdę miło.

Opuściliśmy miasto przez dziwną bramę, która zdawała się nieadekwatna do obecnych czasów. Ktoś namazał na łuku z kruszejącej cegły krótkie graffiti. „PORNOGRAFIA ZABIJA WYOBRAŹNIĘ” – głosiły niezdarnie postawione, białe litery. Pomyślałem, żeby zapytać dziewczynę, co to właściwie ma znaczyć, ale zrezygnowałem. Nie chciałem psuć tych pięknych chwil gadaniem o takich farmazonach, rozumiecie.

Później długo wspinaliśmy się ścieżką prowadzącą na górujący ponad miastem szczyt. Ta wędrówka mogła trwać kilka godzin, a ja się nawet nie zasapałem. Trzymając jej małą, ciepłą dłoń, mógłbym wejść bez postoju na zasrany Mount Everest.

– Nie wiedziałem, że ktoś mieszka na szczycie tej góry – przyznałem.

W odpowiedzi wzruszyła tylko ramionami. Potem nie odzywaliśmy się, dopóki nie dotarliśmy do jej domku.

Miasto widziane z góry wyglądało jeszcze gorzej niż od wewnątrz. Bąbel nieczystości, ponad którym kołowały ogromne, czarne sępy z pociętymi workami na śmieci zamiast piór.

– Chodźmy – poprosiła, otwierając drzwi drewnianej chatki.

Wszedłem za nią do przestronnej, jasnej kuchni. Powiesiła reklamówkę z kolorami na oparciu krzesła i zabrała się za przygotowywanie herbaty.

– Usiądź sobie, to chwilę potrwa.

Zapytałem, co właściwie zamierza malować, a ona wyjaśniła, że niebo.

– Wystarczy wejść na dach mojego domku, żeby dosięgnąć – powiedziała tak po prostu, jakby mówiła o najnormalniejszej rzeczy na świecie, a nie o malowaniu obrazów na niebie.

– Bardzo chciałbym zobaczyć, jak to robisz.

– Zobaczysz – zapewniła z uśmiechem, rozejrzała się (sam nie wiem za czym) i dodała cichszym, lecz szybszym tonem: – Zdradzić ci największą tajemnicę?

Zamieniłem się cały w słuch.

– Ludzie tak naprawdę nie lubią, gdy ktoś jest szczęśliwy – szepnęła, przybierając poważny, niemal zatroskany wyraz twarzy. – Dlatego uciekłam tak daleko.

Zanim zdążyłem dopytać o więcej, wróciła do parzenia herbaty. Poruszała się bardzo zwinnie. Myślę, że miało to wiele wspólnego z jej drobną budową ciała.

Trawiłem sekret, jaki mi przekazała i w pewnym momencie zanurzyłem się w te rozważania tak głęboko, że następne, co pamiętam, to jak dziewczyna podaje mi kubek parującej herbaty.

– Uważaj, bo to moja ulubiona porcelana – przestrzegła. – Byłoby mi bardzo przykro, gdybyś ją rozbił.

Przełknąłem ślinę i wyciągnąłem dłoń po naczynie z gorącym napojem. Naraz zrozumiałem, że nie–zbicie tego kubka to najważniejsze zadanie, jakie kiedykolwiek przede mną postawiono. Naprawdę nie chciałem sprawić zawodu dziewczynie, którą zdążyłem już przecież pokochać i sam nie wiem, dlaczego wspomniałem w tej chwili setki ostrzeżeń kierowanych do epileptyków. Tych o szkodliwości efektów stroboskopowych.

Ręka zadrżała mi, jakbym rzeczywiście dostał ataku padaczki, kubek wypadł spomiędzy palców i grzmotnął o podłogę.

Tysiąc bezsensownych kawałeczków w kałuży herbaty.

Zobaczyłem jeszcze, jak oczy dziewczyny zachodzą łzami i uciekłem stamtąd, nie potrafiąc wydobyć z siebie słowa. Prosiła mnie tylko o jedno, a ja zjebałem to na całej linii. Jakbym nie chciał, żeby była szczęśliwa. Dokładnie tak. Jak mogłem zachować się w równie idiotyczny sposób?

Zarumieniony ze wstydu zbiegłem do miasta i wsiadłem w pierwszy lepszy tramwaj.

Czasami wyglądam przez okno, starając się dostrzec domek na szczycie góry. Wyobrażam sobie, jak ona wychodzi na dach i maluje niebo kolorami. Prezentuje się to w mojej głowie bardzo pięknie.

Często myślę też o sekrecie, jakim się ze mną podzieliła. Że ludzie tak naprawdę nie lubią, gdy ktoś jest szczęśliwy…

Jest w tych słowach coś bardzo prawdziwego. Tak uważam.

 

Reykjavik, 13–18 czerwca 2017

Koniec

Komentarze

Gdybyście chcieli mnie odnaleźć, wystarczyłoby zapytać ekspedientkę w sklepie tytoniowym na centrum o faceta, który kupował „papierki do papierosów”. – na centrum?

 

Oczy rozlewają się po policzkach, usta poszerzają do czoła i dalej, nos zamienia w jakieś potworne kulfony. – niby wiem, co to miało być, ale potknęłam się w tym miejscu – szerokość “idzie” na boki, a kierunek od ust do czoła to w górę – wysokość… 

 

Bardzo mi się spodobało to o pachnieniu słońcem. Aż mi się cieplej zrobiło. 

Generalnie bardzo ładnie smuto. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Przypadłość bohatera jest ciekawa i stanowi plus tego opowiadania. Dodatkowo człowiek z kablami zamiast rąk – nic nie wnosi do fabuły i to mi się spodobało. Taka abstrakcja dodająca realizmu Twojemu światowi. Jest to short, a postarałeś się, Autorze o kilka intersujących drobnostek. Dla mnie takie głupotki są ważne i chwała Ci za nie, Autorze. Potem ta tajemnicza kobieta. Rozumiem dlaczego bohater się w niej zakochał, ale nie wiem już skąd wzięła się między nimi ta poufałość. Od tak się trzymają za ręce? Nie kupuję tego. Kolory i malowanie nieba – to już ma potencjał na jakiś dłuższy tekst. Zakończenie z rozbiciem filiżanki też mi się nie podobało. Jednak zgodzę się z mądrością przekazaną bohaterowi przez kobietę – ludzie nie lubią jak ktoś jest szczęśliwy. Choć to zdecydowanie nie jest sekret. I jeszcze jedno – nie lubię kiedy Narrator bluźni. Nie przeszkadza mi to w dialogach, ludzie mówią tak na codzień, ale narracja musi być kulturalna. Pozdrawiam!

Piotr Czestkowski

Przeczytałam. Ładnie napisane, ale to w Twoim przypadku nic niezwykłego. 

Od momentu, kiedy przedstawiłeś współlokatora głównego bohatera, spodziewałam się czegoś straszliwego, a opowieść popłynęła sobie w zupełnie inną stronę – powstał niemal romans. Ale jakoś nie mogę znaleźć przesłania tego tekstu. Może chodzi o to, że rządzi nami przypadek? Albo że nawet znajdując szczęście, nie potrafimy go zatrzymać?

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Mam wrażenie, Hanzo, że przeczytałam czyjś sen. W dodatku dość osobliwy, składający się z dwóch, niepasujących do siebie części – to co dzieje się w mieszkaniu bohatera ma się nijak do historii, zaczynającej się w tramwaju, w chwili ujrzenia dziewczyny i kończącej stłuczeniem kubka. A ponieważ nie przepadam za tego typu opowieściami, Dziewczyna z kolorami, jakkolwiek porządnie napisana, niestety, nie przypadła mi do gustu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

śniąca, Pietrek, bemik, regulatorzy – dziękuję serdecznie za czas poświęcony na lekturę i Wasze komentarze! smiley

Ale jakoś nie mogę znaleźć przesłania tego tekstu.

W założeniu to po prostu historia o dwójce psychicznie chorych ludzi, którzy spotkali się przypadkowo w tramwaju i zakochali się w sobie. Zakończenie nieszczęśliwe, bo jakie inne mogło by być w takiej sytuacji…

Mam wrażenie, Hanzo, że przeczytałam czyjś sen.

Pisząc to opowiadanie, celowałem w gatunek realizmu magicznego. A przynajmniej taki był zamiar. laugh

I jeszcze jedno – nie lubię kiedy Narrator bluźni.

W tym opowiadaniu pofolgowałem sobie trochę z przekleństwami, bo tak naprawdę cała ta historia to narracja pierwszoosobowa, monolog głównego bohatera. Pomyślałem, że to doda realizmu jego słowom, a wulgaryzmy starałem się zamieszczać tylko w miejscach, które uznałem za warte szczególnego podkreślenia.

 

Pozdrówka! devil

 

W za­ło­że­niu to po pro­stu hi­sto­ria o dwój­ce psy­chicz­nie cho­rych ludzi, któ­rzy spo­tka­li się przy­pad­ko­wo w tram­wa­ju i za­ko­cha­li się w sobie.

To zda­nie wy­ja­śni­ło wiele i po­zwo­li­ło do­strzec wię­cej. Bo jak­kol­wiek bo­ha­te­ra mo­gła­bym po­dej­rze­wać o pewne od­chy­le­nia od normy, to przy­pa­dłość dziew­czy­ny zu­peł­nie mi umknę­ła. Pew­nie dla­te­go, że wi­dzia­łam ją ocza­mi chło­pa­ka.

Prze­czy­ta­łam opo­wia­da­nie raz jesz­cze i zre­wi­do­waw­szy po­gląd na nie, kli­kam Bi­blio­te­kę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie również takie wyjaśnienie pasuje i nieco bardziej rozjaśnia tekst.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Hmmm. Do mnie nie trafiło. Jakoś nie potrafiłam wczuć się w głównego bohatera, irytował mnie.

Namalowałeś smutny świat.

Babska logika rządzi!

Dziękuję serdecznie za nowe komentarze smiley

Bardzo mi się spodobał człowiek z ładowarkami zamiast rąk :) I bardzo dobre wykonanie, więc generalnie mi się przyjemnie czytało :)

W założeniu to po prostu historia o dwójce psychicznie chorych ludzi

 

Psst, zaburzonymi. Systematycznie się odchodzi od używania wyrażenia choroba psychiczna w kontekście psychiatrii i psychologii.

 

Tekst bardzo mi się podobał. Lubię, kiedy sobie czytam, nie wiem do końca co się dzieje, ale dalej czytam, oddaję się klimatowi i czekam na finał. Świetna atmosfera – początek bardzo chłodny, też nastawiłam się na motyw rodem z horroru, a tu robisz przejście w znacznie cieplejsze klimaty. Aż zaczęłam sobie wyobrażać, że dziewczyna mieszka w piernikowym domku – bardzo subtelnie przedstawiłeś bajkową scenerię.

katia72, Deirdiu – dziękuję za lekturę i komentarze! smiley

Autorze,

Bardzo piękne opowiadanie! Piękne i… smutne.

Przypomniałeś mi dzieło, które kiedyś zaprzątnęło mi głowę na kilka miesięcy i zostawiło  trwały ślad w wyobraźni. “Wędrówka Iranona” (The Dreamquest of Iranon) Howarda Lovecrafta.

Twój tekst nasunął mi podobne myśli i skojarzenia jak w podanym wyżej utworze. Mądre, dobre myśli i piękne skojarzenia. To cenię :)

 

Pozdrawiam serdecznie!

Tak często używam tego zdania, że napiszę je z góry: "Staram się jak mogę!"

Rokitnik – dzięki serdeczne za lekturę i komentarz! smiley Nie znam tekstu, o którym wspominasz, ale że lubię prozę Lovecrafta, na pewno się z nim zapoznam. :)

Polecam! Nie pożałujesz :)

Po polsku jest dostępne bodaj jedynie w zbiorze “Przyszła na Sarnath ZAGŁADA” w genialnym tłumaczeniu Macieja Płazy. Jeśli się weń zaopatrzysz, otrzymasz “przy okazji” najlepsze opowiadania z cyklu Krainy Snów, w tym słynną baśń “Ku nieznanemu Kadath śniąca się wędrówka”. Lovecraft nie tylko horrory pisał świetne! :)

Tak często używam tego zdania, że napiszę je z góry: "Staram się jak mogę!"

Ładne i dobrze napisane.

Zgrzytnęło “popierdolenie” ale tylko dlatego, że powtórzone dwukrotnie w jednym akapicie . Człowiek z ładowarkami fajnie wciągnął w lekturę, choć w pierwszej chwili wyobraziłem go sobie jako transformersa z takimi maszynami budowlanymi zamiast rąk. Motyw filiżanki i samo zakończenie bardzo ładne.

KLIK!

Nietuzinkowe opowiadanie, taka romantyczna historia w klimatach Dawida Lyncha. Bardzo fajne opisy postaci i uczuć, choć mi też zgrzytnęło np. “popierdolenie”. Tym niemniej bardzo ujmująca lektura z fajnym zakończeniem.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

cobold, NoWhereMan – dziękuję serdecznie za lekturę i komentarze! smiley

historia w klimatach Dawida Lyncha

Swego czasu obejrzałem wszystkie filmy Lyncha, bardzo sobie cenię tego reżysera. wink

Bardzo mi się podobało. Ładne takie.

Spoko, ale moim zdaniem trochę niedopracowane. Przede wszystkim – słaby balans. Przez pierwszą część tekstu drobiazgowo opisujesz bohatera, by później okazało się, iż te obrazy nie są do niczego potrzebne. Pomagają się wczuć, zwiększają immersję, to prawda, ale by nabrało znaczenia, tekst powinien być jednak bardziej rozbudowany i dłuższy.

Opisy piękne. I dziewczyny, i rzeczywistości, i siatki z kolorami. Pod tym względem fajnie.

Do warsztatu też nie mogę się przyczepić.

Zakończenie natomiast mnie skonsternowało:

Często myślę też o sekrecie, jakim się ze mną podzieliła. Że ludzie tak naprawdę nie lubią, gdy ktoś jest szczęśliwy…

A ktokolwiek myśli, że lubią? Z ludzi takie już stworzenia, że myślą przede wszystkim o sobie (i swoich najbliższych czasami), więc myśl wydała mi się dość oczywista… Ale może żyję w złym świecie :P

 

Reasumując – opowiastka ciekawa i sprawnie napisana, ale pomysł zasługuje na bogatsze, głębsze również w sferze egzystencjalnej, wykonanie ;)

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Nowa Fantastyka
Patronujemy