- Opowiadanie: soku1403 - Szkoła przetrwania

Szkoła przetrwania

Chciałbym podziękować moim betom: funthesystemowi oraz dogsdumpling. Robili, co mogli, by tekst wypadł jak najlepiej.

Życzę wszystkim przyjemnej lektury :)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Szkoła przetrwania

Zew natury

Poczuł mało przyjemną wilgoć na twarzy. Odkleił zaspane, wciąż opadające powieki, kompletnie zdezorientowany. Ciecz napłynęła mu do oczu. Adrian początkowo wrzasnął, lecz po chwili zorientował się, iż to tylko woda.

Nieznaczny wodospadzik znajdował się na półce nad łóżkiem. Chłopakowi nawet nie chciało się zastanawiać, co coś takiego robi w jego pokoju. Był wyczerpany po wczorajszym dniu i nie zamierzał przedwcześnie wstawać. Już od dawna miał dość tej parszywej rutyny. Pragnął jakiegoś powiewu świeżości. Czegoś zaskakującego i fascynującego zarazem.

Doszły go dziwne odgłosy. Jakby ktoś się głośno krztusił.

Oderwał plecy od łóżka i zamarł ze zdumienia. Olbrzymi goryl bił się w pierś, powodując gromki huk, jednocześnie drąc się wniebogłosy. Do tej nieznośnej melodii dołączał także plusk wody uderzającej o twarz Adriana.

Huk-roar-plusk, huk-roar-plusk, huk-roar-plusk.

No dobra, już wstaję – pomyślał poirytowany chłopak. I wszystko nagle ustało. Goryl przestał się drzeć i samookaleczać, natomiast wodospad nie miał już w sobie ani krzty wody.

– I tak pięć dni w tygodniu – mruknął Adrian, wychodząc z pomieszczenia.

Gra o ząb

Otaczały go. Wielkie, paskudne poczwary. Adrian nie miał zbyt wiele czasu na myślenie. Sięgnął po tubkę pasty do zębów i jednym szybkim ruchem ją odkręcił. Bakterie, zarazki i inne cholerstwa zbliżały się, plując jakimś śluzem. 

Chłopak w ostatniej chwili strzyknął substancją w najbliższego potwora. Ten zawył i rozpuścił się w mgnieniu oka. Reszta posłusznie się odsunęła, lecz Adrian nie zamierzał im odpuszczać. Podbiegł do jednego i wepchał mu pastę w szlamowate cielsko. Następnego potraktował tak samo, pozostałym poderżnął glutowate gardła nawodnioną szczoteczką.

I tak wrócą wieczorem – pomyślał – ale przynajmniej będę gotowy.

Długa droga

Ktoś założył mu na głowę koronę. Ciernie wbijały się w jego czaszkę, powodując nieprzyjemny ból. Do tego wręczono Adrianowi wielki, wypełniony po brzegi plecak i pogoniono biczem. Najwidoczniej nikogo nie obchodziła jego nieznaczna wada postawy, która pogłębiała się z każdym dniem.

Chłopak z trudem utrzymywał ciężar na plecach. Kolana się pod nim uginały, a czoło pociło niemiłosiernie. Chciał się zatrzymać, odpocząć, ale w takich momentach jego tył znów smakował bólu, a do ucha szeptano mu: "Nie ma czasu".

Wreszcie kazali Adrianowi przystanąć przed szarym, ponurym budynkiem.

– I co teraz? – spytał, nie czując nóg i rąk, i mając wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mu z piersi.

Nie odpowiedziano mu, lecz wymierzono kolejny cios biczem. Rozległy się gromkie, entuzjastyczne śmiechy. Gawiedzi się to podobało.

Adrian ruszył dalej z narastającym niepokojem.

Cena cierpliwości

Słońce dominowało na bezchmurnym niebie, gdzieś przeturlał się uschnięty okrągły krzak rodem z westernu. Adrian rozejrzał się z nadzieją, iż zaraz coś się pojawi na horyzoncie. Była to próżna nadzieja.

Zerknął na zegarek w telefonie. Czekał już dwadzieścia minut, a tu ani żywej duszy.

Próbował jakoś zabić czas, lecz bezskutecznie. W pobliżu nic nie zachęcało do jakiejkolwiek rozrywki. 

Czego ja się spodziewałem? – pomyślał Adrian.

Schylił się na skromnej, jedynej w okolicy ławeczce, zupełnie nie przejmując się swą wadą postawy. Ale co mógł poradzić na to, że taka pozycja była wygodniejsza?

Minęło kolejne dwadzieścia minut, nim ktoś wreszcie postanowił się pokazać. I to nie jedna osoba, a cały tabun ludzi, którzy zrazu przytłoczyli biednego Adriana, klejąc się do chłopaka, krzycząc i śmiejąc się, dopóki nie zabrzmiał ten irytujący, nieznośny dźwięk.

Krew i łzy (chociaż bez potu też się nie obeszło)

Niski grubasek w małych okularkach zmierzył zgromadzonych srogim spojrzeniem. Wszyscy na chwilę wstrzymali oddech, czekając na przełamanie milczenia. W końcu grubasek wybełkotał nazwisko Adriana. Ten posłusznie położył się na żelaznym stole, jak kazał tłuścioch.

– Pierwsze pytanie. – Przywiązał go do stołu. – Z czego głównie składa się gaz syntezowy?

– Co? – To pojęcie było Adrianowi nieznane.  – Nie wiem.

Grubasek wyjął zza opasłych pleców siekierę i odrąbał chłopakowi nogę.

– Aaaaaaa – zaryczał Adrian. – Co pan zrobił?

Grubasek zlizał odrobinę krwi z ostrza, a resztę wlał do słoika z napisem "Pamiątki po moich ofiarach uczniach". 

– Jeszcze cztery pytania – oznajmił. – Drugie: Jaka jest dokładna wartość pH w wodzie destylowanej?

– Ale boli…

– Wiesz czy nie?

– Nie… wiem…

Druga noga także stała się przeszłością.

– Jak się nazywają nuklidy pierwiastków mające taką samą liczbę neutronów?

– Proszę…

Lewa ręka.

– Na czym polega efekt ebulioskopowy?

– Ja…

Prawa ręka.

– Ostatnie pytanie: Jaki metal posiada największy współczynnik odbicia światła?

– Ja… – wysapał Adrian. – Ja nie wiem… proszę…

Grubasek zacmokał z rozczarowaniem, przymierzając się do ostatecznego ciosu.

– Takie pytania powinny być bułką z masłem dla czwartoklasisty. Wstyd!

Głowa.

Bitwa wszystkich bitew

Był na to gotów jeszcze przed wkroczeniem na salę pełną stolików i krzeseł. Uzbroił się w najbliższy widelec oraz nóż. Łyżkę zawiesił u boku.

Ruszyli z bojowymi okrzykami na ustach. Adrian szarżował na Wojtka Beryńskiego, a Wojtek Beryński na Adriana. Niegdyś najlepsi przyjaciele, dziś, w obliczu zupy pomidorowej i pierogów ruskich, najgorsi wrogowie.

Obie armie starły się z donośnym zgrzytem. Adrian już sięgał po pieróg, kiedy to Wojtek błyskawicznym ruchem wytrącił mu z dłoni widelec. Do gry weszły noże.

Adrian machnął narzędziem, lecz Beryński sparował cios, rozrywając znajomemu rękaw. Tym samym odsłonił wyjątkowo szpetną bliznę – pamiątkę pewnego grudniowego barszczu. Beryński doskoczył do niego, jednak zbyt szybko i zbyt nieroztropnie. Adrian wykonał unik, a Wojtek wleciał na gorący garnek z zupą, parząc sobie twarz.

Adrian podniósł widelec, po czym tryumfalnie uniósł go, opuścił i wbił w pieróg. Nieraz wygrywał takie potyczki. Nazywano go “Stołówkowym Mścicielem” i straszono nim najmłodszych. Krążyły liczne plotki o ciemnowłosym, garbatym smakoszu o okrągłej twarzy. Niestety, blask Adriana gasł poza tym jednym, magicznym pomieszczeniem. W pozostałej części budynku był zwykłym, niewyróżniającym się chłopcem.

Zatopił zęby w delikatnym cieście. Smak zwycięstwa był czymś nieprawdopodobnym do opisania.

Właściwe wyjście

Teraz w prawo. 

Nie mógł się uwolnić od przeraźliwego krzyku i nierytmicznych, pośpiesznych kroków.

Labirynt tym razem postanowił wprowadzić go w ślepy zaułek. Adrian odwrócił się, lecz było już za późno. Podciągnął wciąż opadające spodnie, oczekując swego prześladowcy.

Na końcu ścieżki stała ciemna, mroczna postać z przerażającym uśmiechem na pozornie spokojnej, brodatej twarzy.

– Niech się dzieje wola nieba – rzekł i wybuchnął opętańczym śmiechem. – Niech się dzieje wola nieba, niech się dzieje wola nieba! – Spojrzał na Adriana. – Niech się dzieje wola nieba…

Pieprzony romantyzm – pomyślał chłopak.

– Niech się dzieje wola nieba… – powtórzył mężczyzna.

– Czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko! – wypalił pierwsze co mu przyszło na myśl.

– … z nią się zawsze zgadzać trzeba! – Postać podbiegła do Adriana, ale nagle z krzaków coś wyskoczyło. Druga podejrzana postać niezwykle sprawnie poradziła sobie z nieprzyjacielem.

– Dziękuję panu – wyszeptał Adrian.

Mężczyzna o charakterystycznych bokobrodach skinął głową.

– Fredro to nic, ale ze Słowackim mogą być problemy. Bo kto nie był ni razu człowiekiem…

– Eee… Litwo?

Adrian kontynuował ucieczkę.

Schody do Nieba

Schody były długie, ale przynajmniej ruchome. Na ich końcu natomiast widniały drzwi. Drzwi, do których wszyscy chcieli się dostać. Zebrani przepychali się, niektórzy prowokowali bójki, byle tylko postąpić stopień wyżej. 

Adrian utknął pomiędzy dwoma mięśniakami, którzy usiłowali iść dalej. Bezskutecznie. Chłopak miał nadzieję, że odpuszczą, że dadzą mu w spokoju przejść, jednak oni za wszelką cenę pragnęli wydostać się z budynku. W pewnym momencie schody zablokowały się.

– Co jest?

– Co się stało?

– Idźcie do przodu!

– Nie czekajcie!

– O co chodzi?

Ktoś gwałtownie się szarpnął, Adrian ledwo utrzymał równowagę.

Z każdym krokiem zbliżał się do światła. Do tego wspaniałego, jaskrawego światła. Czuł, że za chwilę ono go pochłonie, pożre swym niesamowitym blaskiem.

Gdy wreszcie stanął przed drzwiami, uśmiechnął się. Oto nadeszła wolność.

Zwierzę w klatce

Mała dziewczynka i jej matka z uśmiechem patrzyły na chomika biegającego w kółku.

– Cieszysz się, że masz zwierzątko? – spytała kobieta.

– Tak! – zawołało uradowane dziecko. – Kocham mojego Adrianka!

Koniec

Komentarze

Nie robiłam łapanki, bo w przypadku absurdu nigdy nie wiem, czy dziwaczna konstrukcja lub sformułowanie to zwykły błąd, czy zamierzone coś. 

O ile niecodzienna opowieść o codzienności (jak rozumiem, to jest jeden dzień z życia), przedstawiona jest momentami niezłymi metaforami (Gra o ząb i poderżnięcie gardła szczoteczką – dobre), to Zwierzę w klatce wybiło mnie kompletnie z równowagi i toru. I w tym momencie kompletnie nie wiem, co czytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Absurd jak absurd. Parę razy śmiechłem, zwłaszcza podczas “Gry o ząb” :) Poza tym okej, ale bez jakiś większych rewelacji.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Fajne :)

Dziewięć absurdalnych miniaturek połączonych postacią Adriana i… w zasadzie to wszystko, co mogę powiedzieć o Szkole przetrwania, bo nie wiem jaka idea przyświecała Ci, Soku.

 

Ad­rian już się­gał po pie­ro­ga […] pod­niósł wi­de­lec, po czym try­um­fal­nie uniósł go, opu­ścił i wbił w pie­ro­ga. – Raczej: Ad­rian już się­gał po pie­róg […] pod­niósł wi­de­lec, po czym try­um­fal­nie uniósł go, opu­ścił i wbił w pie­róg.

 

rzekł i wy­buchł opę­tań­czym śmie­chem. – …rzekł i wy­buchnął opę­tań­czym śmie­chem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za komentarze. Śniąco, Reg – założenie tekstu jest dość proste ;) 

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Hmmm. Ni w ząb nie zrozumiałam. Poszczególne fragmenty – OK, absurdalnie, ale jasno. Ale żeby ze wszystkich razem chciał wyjść rozsądny obrazek, to już nie.

Babska logika rządzi!

Pogubiłem się… Na początku sądziłem, że bohaterem jest chłopiec, a my poznajemy świat oczyma jego wyobraźni – pobudkę, pójście do szkoły itp… a tu na koniec okazuje się, że Adrian to chomik… i nic już nie rozumiem smiley

Finklo, dzięki za odwiedziny. Szkoda, że się nie odnalazłaś :)

a tu na koniec okazuje się, że Adrian to chomik

Rogasie, to absurd ;) Ostatnia część to tak jakby podsumowanie całego tekstu.

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Szczerze mówiąc, to opowiadanie nie podobało mi się od początku. Nie lubię takiego humoru. Tekst nie trafił w mój gust. Jednakże zakończenie obraca całość w bezsens. Choć mam koncepcję – czy Adrian to chomik, który śni o byciu człowiekiem?

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Dzięki, że wpadłeś, Pietrku. Szkoda, że Ci się nie podobało.

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Pierwsze dwie sceny w tej wersji wypadają dużo lepiej. Choć goryl jakoś do mnie nie przemówił ;) Fajnie, że zostawiłeś element wodny.

Mnie się akurat zakończenie podobało. Ogólnie odczytałam tekst jako metaforę życia – że najpierw szkoła i szkoła, człowiek myśli, że jak skończy, to czeka go wolność (wreszcie!), a tu Ups! kołowrót życia toczy się dalej :P

"Punctuation is used to indicate delivery, not to conform to the rules of grammar". Sarah Kane

I dobrze myślisz ;) Jeszcze raz dzięki za betę!

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Jor łelkam :)

"Punctuation is used to indicate delivery, not to conform to the rules of grammar". Sarah Kane

Gdybyś usunął część z chomikiem, całość miałaby przynajmniej sens. A on również jest potrzebny w absurdzie, bo wskazuje czytelnikowi, że lektura niosła w sobie celowość.

Ogólne wrażenie pozytywne – przedstawiłeś rzeczywistość w absurdalnym świetle, czytało się całkiem dobrze :)

Fantastyki, gdyby odrzeć całość z absurdu, chyba tu nawet nie ma.

 

Tyle ode mnie.

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Dzięki, że wpadłeś, Count. To właśnie część z chomikiem miała nadawać sensu, być puentą tekstu, ale najwidoczniej nie wyszło. Cóż, trzeba próbować dalej :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Wybacz, że dopiero teraz spieszę z komentarzem do poprawionej wersji. Ogólnie mam wrażenie, że poszedłeś w dobrym kierunku. Lepiej prezentują się dwie pierwsze sceny, na które pomarudziliśmy. Wyłapałem też elementy dopracowania postaci Adriana i myślę, że próba wniesienia czegoś do kreacji bohatera była dla Ciebie dobrym ćwiczeniem. Szkoda, że nie poczekałeś trochę, bo pomógłbym jeszcze doszlifować tekst, ale z drugiej strony nic straconego, warsztat musisz wypracować sam, mądrze korzystając z uwag czytelników. Dobrze, że próbujesz nowych rzeczy i chyba mogę nieśmiało stwierdzić, że jest coraz lepiej ;)

No, na pewno jest coraz lepiej. I będzie jeszcze lepiej :)

Dzięki, Fun. Fajna przemowa motywacyjna :D

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Strasznie się zmęczyłem czytając ten tekst. W absurdzie też musi być logika, aby czytelnik potrafił wyobrazić sobie absurd wymyślony przez autora. “Nieznaczny wodospadzik”? Co to za określenie? Chłopak martwi się kroplami wody i dopiero w połowie pierwszego tekstu orientuje się, że w pokoju siedzi z nim goryl, który wali się w klatę? Jakiej wielkości jest pokój? Jakieś 12m2? Czy to jest fizycznie możliwe, żeby nie zauważył go od razu? Ba, żeby to właśnie goryl nie wybudził go ze snu? Chaos popędza chaos w tym tekście, który nie ma związku z absurdem. Paskudne poczwary są raz wielkie, raz bakteriami, które z czymś wielkim zupełnie mi się nie kojarzą. Drogę krzyżową porównać z drogą do szkoły… Wiem, że nastolatkowie wiele problemów wyolbrzymiają, taka natura, ale to porównanie jest znacznie, znacznie przesadzone. Dalej też nie jest lepiej, niski grubasek, który z określenia kojarzy mi się z chłopcem, a okazuje się mężczyzną. Schody ruchome, po których wszyscy chodzą tam i z powrotem… Niewłaściwe dobierasz określenia i mylisz w tym czytelnika, ale wystarczy ten krytyki, bo nie chcę cię zniechęcać.

Pisz, pisz i pisz. Dużo. A jak chcesz napisać dobry absurd, poczytaj Akanira i dobrze sobie przeanalizuj. Pozdrawiam.

 

 

Dzięki za opinię :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Nie ma za co dziękować. To nie jest tak, że siedzę i czekam, komu przytrollować pod opowiadaniem, dać do pieca. Ciężko było pisać ten komentarz, ale czasem trzeba. I tak wyróżniasz się na tle rówieśników przyklejonych do srajfona. Pewnie inne teksty masz lepsze, zajrzę kiedyś.

Doskonale wiem, że to nie hejt, a Twoja opinia :) Nie podobało się – trudno. Zachęcam do zapoznania się z moimi innymi tekstami ;)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Nowa Fantastyka
Patronujemy