- Opowiadanie: MPJ 78 - Legendy brokowskie - Fort pruski

Legendy brokowskie - Fort pruski

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Finkla, Użytkownicy II

Oceny

Legendy brokowskie - Fort pruski

 

Oberst Wilhelm Franz von Manteuffel latem roku pańskiego tysiąc siedemset dziewięćdziesiątego szóstego patrzył z wysokiego brokowskiego brzegu na Bug. Miejscowym się zdawało, iż kontempluje piękno przyrody. Pułkownik był jednak Prusakiem doskonałym i nie pozwalał sobie na tego typu słabości. W myślach już wyznaczał miejsce, w którym stanie fort broniący mostu na rzece. Postanowił wykorzystać drobne niejasności zapisów paktu pieczętującego trzeci rozbiór Polski. Słupy graniczne pomiędzy Królestwem Prus, a Monarchią Habsburgów ustawił na starorzeczach Bugu, a nie na obecnej linii rzeki. Pozyskał w ten sposób dla Prus nie tylko garść ziemi, ale też strefę buforową. Forteczna artyleria będzie ją miała w całości w swoim zasięgu.

W tym momencie duma powinna rozpierać pruskie serce, ale jakoś tak się nie działo. Oczami duszy Wilhelm widział potężny fort, z ceglanymi kazamatami armat, most solidny na filarach z kamienia, miasto silne i ludne, z brukowanymi ulicami, domami krytymi czerwoną dachówką, stojącymi równo jak żołnierze podczas musztry. Nad tym wszystkim powiewałby pruski sztandar. Na razie jednak dała o sobie znać smutna rzeczywistość.

– Herr Oberst posterunek kontrolny ustawiony. – Młody leutnant wyprężył się w postawie zasadniczej przed swoim dowódcą.

– Widzę. Jak wyniki rekonesansu.

– Most na Bugu, to typowa tutejsza prowizorka. Kilkanaście związanych linami czółen, na których ułożono deski. Miejscowi zwijają go na zimę, a i latem podczas burzy jest ściągany na brzeg.

– Jak wygląda sytuacja w mieście?

– Kilkadziesiąt chałup rozrzuconych przy błotnistych uliczkach. Brak porządku typowego dla miast pruskich.

– Ratusz?

– Nie mają.

– Co! – Franz von Manteuffel stracił na chwilę panowanie nad sobą.

– Burmistrz prowadzi sprawy urzędowe w jednej z izb własnego domu. – Leutnant wyprężył się jeszcze bardziej, samą postawą podkreślając, iż to nie jego wina.

– To w takim razie gdzie się rajcy miejscy zbierają?

– Rady miejskiej też nie mają.

– To kto tu rządzi, do kroćset?

– Udało mi się ustalić, że jest tu dwóch urzędników burmistrz i policjant ziemski.

– Niewiarygodne!

– Dlatego dokładnie to sprawdziłem.

– A jakieś narzędzia utrzymywania porządku, szubienica, pręgierz albo dyby?

– Nie udało mi się niczego takiego znaleźć.

– Fryderyk II miał rację, mówiąc nam kiedyś, że oni są jak Irokezi. Zaprowadzimy tu europejskie wartości i cywilizację. Tam pod pałacem zbudujemy porządną szubienicę na minimum sześciu wisielców. Zakujemy w dyby na rynku kilku tutejszych dzikusów, tak na dobry początek. Przydałoby się też wychłostać publicznie kilka kobiet. To zawsze podoba się gawiedzi. Znajdziesz mi odpowiednich przestępców.

– Jawhol, her oberst!

– Czego więcej udało się wam dowiedzieć?

– Miasto jest spustoszone, dawniejszymi wojnami, do tego jak odcięliśmy je granicą od Gdańska, padł szlak handlowy na tutejszej rzece. – Leutnant był rzeczowy, zorientował się jednak, iż nie może poprzednich rozbiorów przedstawiać w tak negatywnym świetle. – Teraz, gdy należy do Prus powinno odzyskać znaczenie przynosząc dochody naszemu królestwu.

– Pałac nadaje się na siedzibę?

– Ledwo ledwo, zawiesiłem tam nasz sztandar, i wyznaczyłem miejscowych do wykonania najpilniejszych napraw dachu.

– Dobrze, możecie się odmeldować.

– Jawohl, herr oberst!

 

Wilhelm von Manteuffel zastanawiał się, co powinien zrobić oraz jak to się ma do środków, którymi dysponuje. Nie były to wesołe rozważania. Regiment liczący tysiąc sześciuset żołnierzy trzeba będzie podzielić. Pierwszy batalion rozbity na kompanie będzie pilnował granicy od Nura przez Małkinię, Brok po Udrzyn. Drugi batalion zabezpieczać będzie Ostrów, Czyżew i Zaręby. Z prostego rachunku wynikało, iż Wilhelm w Broku będzie mieć około dwustu czterdziestu ludzi, wliczając w to swój sztab i orkiestrę regimentową. Jeśli odliczy się od tej liczby kompanię alarmową, żołnierzy na posterunkach, tych wysyłanych na patrole i w celu zdobycia furażu, do budowy fortu zostanie mu mniej niż czterdziestu chłopa. Tymi siłami nawet prosty fort ziemny budowałoby się latami.

Tak odległy termin zakończenia prac był nie do przyjęcia. Oberst von Manteuffel napędzany był pragnieniem zdobycia uznania króla, zdobycia orderów i nadań ziemskich. Zasługami i nagrodami nie zamierzał się z nikim dzielić, słusznie zakładając, że gdy sukces ma wielu ojców, to każdemu z nich w najlepszym przypadku przypada ledwie niewielka część nagrody, a częściej jedynie dobre słowo. Właśnie z tego powodu od razu odrzucił koncepcję wsparcia budowniczych fortu, miejscowym chłopstwem. Wówczas nagrodą podzieliliby się z nim członkowie płockiej Kriegs und Domänenkammer. Co mu więc pozostawało? Była jedna metoda, ryzykowna, ale przecież kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana.

 

Nocą podczas pełni księżyca w eksbiskupiej komnacie von Manteuffel przystąpił do dzieła. Wysypał okrąg z soli, naprzeciw niego narysował krwią czarnego kota pentagram. Na szczycie każdego ramienia gwiazdy ustawił czerwone świece o knotach z włosów rudej kobiety. Stojąc wewnątrz solnego kręgu, zaczął czytać skomplikowane formuły z księgi oprawionej w ludzką skórę. Środek pentagramu rozjarzył się niczym ognisko, w powietrzu dał się czuć dym. Wilhelm na chwilę przymknął oczy, gdy je otworzył, zdumiał się niezmiernie. Wewnątrz pentagramu stały dwie postacie. Jedna z nich ubrana była z polska w kontusz koloru zgniłozielonego, żółte hajdawery, wysokie czerwone buty, pas słucki z przypasaną szablą. Dało się również dostrzec jeden róg na głowie, drugi najprawdopodobniej zasłaniała założona na bakier czapka z czaplim piórem. Znajdujący się obok mężczyzna ubrany był na niemiecką modłę w czarne trzewiki, białe pończochy, spodnie ledwie sięgające za kolano, czarny frak z koronkowymi wyłogami i mankietami. Na głowie miał trójkątny kapelusz.

– Przybywam na wezwanie – rzekli jednocześnie.

– Kim jesteście?

– Mefistofeles. – Dworsko skłonił się trójkątnym kapeluszem jeden.

– Rokita – rzekł ten drugi i od razu zapytał. – Czego chcesz od nas człecze?

– Pomożecie mi wybudować ziemny fort nad brzegiem Bugu. – Oberst prosto wyłożył swoje żądania.

– Oczywiście, choć będzie to co nieco kosztować. – Mefisto uśmiechnął się znacząco.

– Się zrobi, będzie pan usatysfakcjonowany, wystarczy tu podpisać – Rokita z miną typowego polskiego budowlańca, złotej rączki, wyciągnął gotowy cyrograf.

– Nein, nein, tu trzeba podpisać – niemiecki diabeł wyciągnął własny dokument.

– Na obydwu, mam się podpisać? – von Manteuffel był już niemal zupełnie skołowany.

– Ależ skąd, tylko na moim! – krzyczał polski diabeł.

– Nein, nein, ja zaoferuje lepsze warunki! – przekrzykiwał go Mefisto. – Nie dość, że zbuduję, to jeszcze będę do końca życia waszej miłości, wały forteczne naprawiał.

– Łże ci on jak bura suka na mrozie! Ja mam znajomości z rusałkami, wodnikami i brzeginkami. Tylko ja mogę załatwić, że ta budowla będzie trwać!

– Jestem wieloletnim przyjacielem rodziny, od lat ze mną wasz ród paktuje!

– Za jedną duszyczkę to zrobię, nie musi być jaśnie pana obersta, może być syna, albo i wnuka. – Podbijał ofertę Rokita.

– W promocji to zrobię za darmo, a rozliczymy się przy innych przysługach. – Przelicytował go Mefistofeles.

 

Ta ostatnia oferta przeważyła. Oberst podpisał cyrograf niemieckiego diabła. Wściekły Rokita wyciągnął szablę. Mefistofeles w ostatniej chwili zasłonił się szpadą. Na oczach coraz bardziej przerażonego pruskiego oficera, przedstawiciele piekieł rozpoczęli pojedynek. Już po kilku cięciach ich broń przybrała barwę ognia, przy każdym kontakcie krzesząc snopy iskier. Trudno powiedzieć, czy to od nich, czy też może od którejś z przewróconych świec, wybuchł pożar. Wilhelm von Manteuffel opuścił ochronny krąg soli. Płomienie i walczący zagrodzili mu drogę do wyjścia.

– Ratuj mnie – zażądał od Mefistofelesa.

Diabeł w przelocie złapał go, i wyskoczył z nim przez okno. Żegnał ich krzyk Rokity.

– Ścierwo złośliwe, zobaczysz, tak załatwię ten twój fort, że żaby i krety będą tam stacjonować a nie ludzie.

 

Wilhelm Franz von Manteuffel, co prawda stracił w pożarze kwaterę, ale dopiął swego. Miesiąc później mógł z dumą zameldować do Berlina, że nowa granica została zabezpieczona silnymi ziemnymi fortyfikacjami. Dostał za to w nagrodę awans na generała. Mefistofeles wielokrotnie się zastanawiał, czy dobrze zrobił ratując życie swojego klienta. Przez lata miał bowiem masę pracy ratując szańce podczas wiosennych powodzi. Nawet kiedy w roku pańskim tysiąc osiemset siódmym Prusacy się wynieśli, jego zobowiązania nadal były ważne.

Rokita był uparty i konsekwentny, a w roku tysiąc osiemset szesnastym wreszcie dopiął swego. Stary von Manteuffel zmarł, a niebronione przez Mefista umocnienia zmyła powódź. Od tej pory po dziś dzień na terenie dawnego fortu stacjonują krety i żaby. 

Koniec

Komentarze

Fajna opowieść, zwłaszcza konflikt diabłów na tle narodowościowym. Upór Rokity Napisane także przystępnie, choć technicznie doskonale nie jest.

Zgrzytnął jeden fragment:

Fryderyk II miał rację, oni są jak Irokezi. Zaprowadzimy tu europejskie wartości i cywilizację.

Nie wiem czemu cesarz pruski porównywał do Irokezów – czemu nie do bliższych nam historycznie nacji barbarzyńskich, jak Hunowie albo Madziarowie. No i termin “wartości europejskie” to tak źle brzmi. Prędzej “pruską dyscyplinę” lub cosik podobnego.

Podsumowując: fajnie się czytało i humor też poprawiło :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Jeśli pominąć fatalną interpunkcję, opowiadanie czytało się całkiem nieźle.

Mam jednak nieodparte wrażenie, że podobna scena mogłaby wydarzyć się nie tylko w opisanym miejscu, ale niemal wszędzie. Innymi słowy – trochę mało brokowskości jak na brokowską legendę.

Mnie również przywołanie wypowiedzi o Irokezach i europejskich wartościach wprawiło w spore zdumienie. Zdało mi się wręcz nie na miejscu, takie ni z gruchy, ni z pietruchy.

 

to każ­de­mu z nich w naj­lep­szym przy­pad­ku przy­pa­da le­d­wie nie­wiel­ka część na­gro­dy, a czę­ściej je­dy­nie dobre słowo. – Nie brzmi to najlepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dowcip polega na tym,  że te wtręt z Irokezami jest jak najbardziej na miejscu i z epoki. Pochodzi z listu Fryderyka II, który po I rozbiorze w liście do jakiegoś swojego przydupupasa użył sformułowania “Biednych tych Irokezów będę się starał oswoić z cywilizacją europejską.” w kontekście Polaków z zagarniętych ziem. Ponieważ Prusacy pojmowali kwestie cywilizowania specyficznie, stąd te dopytywanie się obersta o szubienice, dyby i pręgierz. ;)

 

Przyjmuję do wiadomości, skoro twierdzisz, że zdanie jest umocowane historycznie i ma rację bytu, ale nie ukrywam, że i tak brzmi mocno osobliwie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sympatyczne, szczególnie motyw walki czartów mi się spodobał. Ech, gdyby tak częściej skakali sobie do gardeł.

Kto by pomyślał, że Fryderyk słyszał o Irokezach i cywilizacji europejskiej. Może jeszcze sam był punkiem? Co skrywa pikielhauba? ;-)

– To kto tu rządzi do kroćset?

Przekleństwa zazwyczaj wydzielamy przecinkami, bo to wtrącenie (uwaga: ale mogą również stanowić integralną część zdania: “Stara kurwa pieprzyła się jak małpka bonobo”).

Babska logika rządzi!

Pełen jestem podziwu, MPJ 78, że znalazłeś taki ciekawy fragment listu Fryderyka II ;)

Abstrahując od tego, zrodziło się we mnie pytanie, jak wspominać o takich ciekawostkach w tekście, by dać czytelnikowi do zrozumienia, że tak niepojęty fakt miał miejsce i że nie jest wymysłem Autora. Tutaj mogliśmy liczyć na szybką odpowiedź. Czy w innych przypadkach też liczyć na elokwencję czytających, czy też raczej przybliżyć sytuację, by ten uznał po ilości informacji fakt za prawdziwy? Ot, taka zagłostka.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Może dodać gdzieś “(nieświadomie) cytując cesarza”?

Babska logika rządzi!

Oświecenie, to była ogólnie porypana epoka, Królowie z gatunku zimnych drani stawiali sobie za punkt honoru mieć znajomych filozofów. Katarzyna Wielka i Fryderyk II znaleźli sobie tego typu przyjaciół we Francji.  Irokezi żyli w krainie wielkich jezior i już wówczas dali się we znaki Anglikom i Francuzom tzn. kolonistom z tych państw.  Nie wiem jak wyglądała wcześniejsza korespondencja Fryderyka II może w niej jego francuski “przyjaciel” skarżył się na Irokezów? 

 

No cóż tak przy okazji muszę się wytłumaczyć iż mam słabość do tego typu dziwnych cytatów i faktów na dodatek zapominam, że nie jest to zazwyczaj wiedza specjalnie powszechna. 

 

Aż sobie trochę o tym z ciekawości poczytałem smiley Fryderyk II chyba częściej używał tego typu porównań – podobno francuzów miał określać "Irokezami objaśniającymi astronomię”…

Tekst mi się podobał, przeczytałem z przyjemnością – zwłaszcza to jak leutnant tłumaczy zawiłości polskiego urzędnictwa wink

Dziękuję za opinie smiley

Nowa Fantastyka
Patronujemy