- Opowiadanie: Prorok T2 - Pociąg do Warszawy

Pociąg do Warszawy

Jest to moja nowa, poprawiona wersja szorta “Cesarska Maszyna”, pod zmienionym tytułem i o wiele lepiej dopracowana. Akcja opowiadania dzieje się w 1916 roku, w alternatywnej linii czasu, gdy na front I wojny światowej Austriacy postanowili wypuścić mechaniczne potwory, które wymknęły się spod kontroli swoim twórcom. Mam nadzieję, że błędów nie będzie tym razem zbyt dużo i opowiadanie będzie się lepiej czytać niż poprzednią wersję.

 

Miłego czytania!

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Pociąg do Warszawy

Jasne, nasycone miodowozłotą barwą niebo nad Wiedniem wskazywało na późną, popołudniową porę. Poniżej, w skręcającej w dół alejce, leżały stosy wybebeszonych trupów, palonych przez mechanicznych żołnierzy – Die Metalljäger.

Potwory, które stworzyli Austriacy, hybrydyzując ludzi, w tajnym bunkrze o numerze dwadzieścia trzy na zajętej przez ofensywę Państw Centralnych Białorusi. 

Wszystkie budynki stojące w zwartym szeregu wzdłuż stromej drogi, były zabarykadowane; w niektórych oknach wciąż paliły się światła. W oddali, tuż pod latarnią gazową, szczekał wściekle pies, stary owczarek niemiecki. 

Nagle obok zwierzęcia pojawił się mężczyzna w brązowym płaszczu i cylindrze, wyglądem przypominając wiktoriańskiego mieszczanina. 

Zbliżył się do jednego z budynków i powoli naciskając klamkę, otworzył skrzypiące drzwi. Nieznajomy mężczyzna natychmiast wszedł i zablokował wejście. Skierował swoje kroki na górę.

– Doktor Staeg? – zapytał grubym głosem wchodząc do pomieszczenia, zdejmując cylinder.

Pomieszczenie, nie wietrzone, wypełnił zapach papierosów. Przy niewielkim stoliku z popielniczką siedział na wózku inwalidzkim poszukiwany naukowiec. 

Rudowłosy osobnik nazywał się Jeremi Sądecki i jeszcze nie tak dawno należał do Pierwszego pułku Królewskich Dragonów. W czasie jednej z walk przeciwko niemieckim oddziałom stworzonym z własnych wersji, o wiele bardziej zabójczych, Der Stahljäger, stracił połowę lewej ręki, po której został tylko brzydki kikut. 

Twarz miał szczeciniastą, bez długiej brody, a jedynie z wąsami i kozią bródką.

– Jeremi… Khy, khy… Witaj – odparł doktór, kaszląc.

– Znów pan palił?

– Nałóg. – Uśmiechnął się starszy mężczyzna, uwidoczniając zmarszczki na czole. – Co cię do mnie sprowadza, bo wiem i znam cię na tyle, że nie zwykłeś mnie pytać o moje zdrowie – dodał, stwierdzając.

– Ma pan to, o co prosiłem?

– Ach, Die Lichtwaffe, mój najnowszy wynalazek – rzekł dumnie Niemiec, podjeżdżając do komody, obok łóżka po prawej. –  Zasilany koenzymami pierwotnymi metalowych, ze wzmocnionym napięciem i… dłuższym zasięgiem rażenia – wyjaśnił.

– Proszę mi wybaczyć, doktorze, ale… nie znam się na tej całej “bioinżynierii”. Poza tym i tak nie mogę strzelać. Te, skurwysyny, odrąbały mi lewą rękę. 

– I to nie problem.

Prócz przypominającego, zwykły karabin samopowtarzalny, Lichtarza, Staeg wyciągnął też wczesny prototyp mechanicznej protezy.

– Co to takiego? 

– Pomysł ze starych czasów – skwitował. – Podoba ci się?

– Tak, ale… Dlaczego?

– Chciałem się odwdzięczyć za ratunek spod łap feldmarszałka Zygfryda Heilicha. Gdyby nie ty, ten drań, wydłubałby mi drugie oko. 

– Dziękuję.

– Najpierw przetestuj.

Metalowe zaczepy przyczepiły się do końca kikuta, tu, gdzie u normalnego człowieka zaczyna się zgięcie. Z impetem przybiły do niego, pobierając krew, zebraną w specjalnym zbiorniku, specjalnie zabezpieczonym osłonami. Jeremi poruszył metalowymi palcami, całkiem sprawnie.

Und was? Ist passt? – Siwowłosy Staeg przeszedł na niemiecki.

Chyba… Ich denke… Ja, ist passiert. Danke, herr Doktor. – odpowiedział Jeremi, poprawiając się.

– Bitte schön. 

 

<-…->

 

Opowieść Pierwsza – Jeremi Sądecki

Nocny powrót na Habsburg Bahnhof

 

Kawalerzysta splunął siarczyście na asfalt, po którym już dawno nie krążyły żadne, powoli odchodzące w czasy Belle Epoque, powozy i karoce, a także nowe kreacje, samochody wytworu Rudolfa Diesla. Żadnego z nich nie ujrzał.

Zbliżała się powoli noc. Pastelowe, granatowe puchowe chmury krążyły po niebie, a milknące, rozbielone ceglaste słońce, uchodziło za horyzont. Zamiast mieszkańców, zajmujących się handlem, rozmowami albo obroną przyczółka żołnierzy, pojawili się Jaegerzy, z wymalowanymi na nich Krzyżami Stalowymi, wspólnymi emblematami dla Austro-Węgierskiej monarchii i Imperium Niemiec.

Jeremi obejrzał się i pobiegł w stronę jednej z ulic, tam, gdzie nie sięgał patrol maszyn. Nim się obejrzał, przeskoczył przez niewysokie ogrodzenie, zmierzając do krypty, w której znajdowało się tajne przejście. Na nocny pociąg do Warszawy.

Nagle usłyszał czyjeś kroki, ryk oraz obrotową piłę. Ciche spazmy konającego nieszczęśnika dało się słyszeć we wszystkich korytarzach. Rudowłosy postanowił zająć się tym natychmiast, dążąc do eliminacji Jaegera.

 

***

 

Morda była rozkrojona w poprzek.

Po lewej stronie, mechaniczna część z wydłubanym oczodołem i metalowym uzębieniem, to jednak prawa strona stanowiła bardziej ludzki pierwiastek tej bezrozumnej istoty.

Rzeźnia, to tylko lekki eufemizm, jaki można odnieść do miejsca, gdzie Jaeger obierał, ciął i przetwarzał swoje ofiary z poprzednich polowań. W “mroźni”, miejscu o sztucznie zaniżonej temperaturze przez jego samego, znalazło się kilka osób.

Liczba ofiar topniała w nadzwyczajnym tempie, a ostatnim z żywych cywili okazywał się Simon Dokustajevič, serbski robotnik i nacjonalista z “Czarnej Ręki”, tej samej, z której powodu doszło w ogóle do wybuchu Wielkiej Wojny.

Hałas piły maszynowej nasilał się. Krew bryzgała na wszystkie strony, ochlapując ściany o barwie zgaszonego wapna. Łańcuchy trzymały dłonie kobiety, a z jej wnętrzności wylała się gęsta posoka i strumień narządów wewnętrznych. Maszyna wymieniła narzędzie i przemieniła trzewia w enzymy odżywcze. Olbrzymim łapskiem wyważył drzwi do lodowatego pomieszczenia. 

Serb nie miał sił się bronić, cały czas się trząsł i szczękał z zimna. Czarnooki Jaeger chwycił go za szyję, niosąc niby zwierzę i przykuł do łańcuchów. Simon ledwo krzyknął. 

Bestia ryknęła głośno, aż zatrzęsły się, ustawione na półkach chemikalia. Odwrócił się, aby móc kontynuować upiorne mordy i polowania. 

Wybuch zielonego, rażącego światła odrzucił metalowego do tyłu. Jeremi stanął nad nim. 

Otumaniony Jaeger leżał bezwładnie. Pistolet automatyczny Mauser szczęknął w dłoni szczupłego kawalerzysty. Głuche uderzenie w iglicę, odciągniętej do tyłu, spowodowało zapłon. W głowie potwora powstała dwu-milimetrowa wyrwa. 

Guten abend – wycedził przez zaciśnięte zęby i wyszedł, zostawiając za sobą trupa.

Koniec

Komentarze

Jak poprzednio, widze pomysł na uniwersum. Może nie jakieś super oryginalne, ale definitywnie mające potencjał. Sam tekst zaś – chaotyczny. Mocno. Pokazujesz jak Polak dostaje broń, potem idzie do pociągu do Warszawy, potem zabija jaegra. I to właściwie tyle.

Nie pokazujesz szerszego spektrum świata. Czy to jakaś postapokalipsa, gdzie te metalowe potwory wyrwały się spod kontroli? Czy też może już dyktatura Imperium Niemieckiego, gdzie są one główną osią? Mało informacji, bardzo mało. Przydałoby się rozbudować tekst właśnie o nie.

Bohater też obojętny. Nie znajduję z nim żadnej więzi poza faktem, że to Polak. Fajnie go opisujesz, ale nic poza tym nie dajesz. Dlaczego poluje na jaegry? To jakiś łowca? I czemu akurat jego wybiera doktor, zamiast zdrowszego kandydata, któremu nie zaszkodziłoby bycie Niemcem? Nacjonalizm w owym okresie był bardzo mocny.

Technicznie jest nienajlepiej. Ot, choćby takie zdanie:

Poniżej, w skręcającej w dół alejce, leżały wybebeszone stosy trupów, palone przez mechanicznych żołnierzy – Die Metalljäger, potworami stworzonymi poprzez hybrydyzację ludzi przez Austriaków, w tajnym bunkrze o numerze “23”, na zajętej przez ofensywę Państw Centralnych Białorusi. 

Bardzo długie, musiałem przeczytać ze trzy razy, by zrozumieć, że Białoruś nie teleportowała się pod Wiedeń, a Metalljäger nie są hybrydą ludzi i Austriaków. Przydałoby się je podzielić na mniejsze zdania, bardziej zrozumiałe.

 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki za przeczytanie. Poprawiłem fragment, który mi wskazałeś, NoWhereManie. Nie chciałem za wiele zdradzać ze świata przedstawionego w szorcie, nie byłem też pewien czy się spodoba. Tekst nie jest postapokalipsą, choć przyznaję, że przypadkiem wkradły mi się takie elementy. Jeżeli chodzi o Jeremiego, to tak, jest łowcą, a powody dla których zabija “maszyny”, chciałem wyjaśnić w kolejnych takich opowiadaniach z tego uniwersum, a doktor po prostu chciał się odwdzięczyć za uratowanie kilka lat temu. Wiem, że nacjonalizm w ówczesnych czasach był bardzo silny, ale chciałem też pokazać, że w pewnych sytuacjach nie był decydujący. 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Podzielam opinię NoWhereMana. Pomysł, czy też raczej przedstawiony w szorcie zalążek pomysłu metalowych żołnierzy mógłby być ciekawy, ale obecnie właściwie nic o nich nie wiadomo. Opowiadanie mogłoby zyskać, gdyby było dłuższe i lepiej rozwijało wątki, jako szort sprawdza się kiepsko – ani nie prezentuje świata, ani nie przedstawia spójnie jakiejś pojedynczej idei.

Chciałem, aby opowiadanie za wiele nie zdradzało. Zależało mi na tym, aby na razie przedstawić ogólny zarys uniwersum i krótką historię, której wątki kontynuowałbym w kolejnym opowiadaniu.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Przykro mi, Anonimie, ale mimo zmiany tytułu i, jak twierdzisz, wprowadzenia poprawek, wrażenia z lektury Pociągu do Warszawy są takie same jak po przeczytaniu Cesarskiej maszyny.

Wykonanie nadal pozostawia wiele do życzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, Reg. Popracuję jeszcze nad kolejnymi opowiadaniami z uniwersum Pociągu do Warszawy oraz nad samym opowiadaniem. Mam nadzieję, że następnym razem będzie lepsze.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Musisz się bardzo przyłożyć, bo masz w tekście sporo usterek i nie najlepiej sformułowanych zdań. Dopóki jednak publikujesz anonimowo, na moją pomoc raczej nie licz.

 

edycja

Widzę, Proroku, że się odanonimowałeś, więc pewnie zajrzę ponownie i wyłapię to i owo. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Okej, Dzięki, Reg. Czekam na poprawki :)

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Pociąg do Warszawy jest napisany bardzo źle. Poniżej masz łapankę początkowego fragmentu opowiadania. Nie mogę wskazać błędów i usterek w całym tekście, bo musiałabym pochylić się nad niemal każdym zdaniem. Chyba rozumiesz, że nie mogę napisać Twojego opowiadania.

 

Jasne, na­sy­co­ne mio­do­wo-zło­tą barwą niebo… – Jasne, na­sy­co­ne mio­do­wozło­tą barwą niebo

 

le­ża­ły wy­be­be­szo­ne stosy tru­pów… – …le­ża­ły stosy wy­be­be­szo­nych tru­pów

Zakładam, że wybebeszone były trupy, nie stosy.

 

Po­two­ry stwo­rzo­ne po­przez hy­bry­dy­za­cję ludzi przez Au­stria­ków… – Nie brzmi to najlepiej.

Może: Potwory, które stworzyli Austriacy, hybrydyzując ludzi…

 

w taj­nym bun­krze o nu­me­rze ”23”, na za­ję­tej… – …w taj­nym, dwudziestym trzecim bun­krze na za­ję­tej

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

Wszyst­kie domy i ka­mie­ni­ce, zbite cia­sno w jed­nym sze­re­gu, wzdłuż stro­mej drogi, były za­blo­ko­wa­ne… – Wszyst­kie budynki stojące w zwartym sze­re­gu wzdłuż stro­mej drogi

Dom i kamienica to synonimy. Co to znaczy, że domy były zablokowane?

 

Nagle obok zwie­rzę­cia po­ja­wi­ła się ludz­ka syl­wet­ka, o śred­nim wzro­ście, odzia­na w brą­zo­wy płaszcz i cy­lin­der… – Sylwetka to kształt postaci. Ubrana może być postać, ale nie sylwetka.

Proponuję: Nagle obok zwie­rzę­cia po­ja­wi­ł się niewysoki człowiek/ mężczyzna w brązowym płaszczu i cylindrze

 

Po­wo­li po­cią­gnął za głow­nię klam­ki, otwie­ra­jąc drzwi, które za­ję­cza­ły z gło­śnym sko­wy­tem. – Mężczyzna przed chwilą był pod latarnią. Kiedy podszedł do budynku, którego drzwi właśnie otwiera? Co to jest głownia klamki? Obawiam się, że drzwi nie jęczą ani nie skowyczą.

Proponuję: Zbliżył się do jednego z budynków i po­wo­li naciskając klam­kę, otworzył skrzypiące drzwi.

 

Nie­zna­jo­my męż­czy­zna na­tych­miast wszedł i za­blo­ko­wał wej­ście zdro­wą ręką. – Skąd wiemy, że miał chorą rękę?

 

Skie­ro­wał swoje kroki na górę, gdzie miał na­dzie­ję zna­leźć to, czego szu­kał. – Skąd mamy wiedzieć, jakie były jego nadzieje? Do tej pory mężczyzna poruszał się pewnie, nie sprawiał wrażenia, że czegoś/ kogoś szuka.

 

– Dok­tor Staeg? – za­py­tał gru­bym gło­sem, ścią­ga­jąc cy­lin­der. – Kogo pyta? Przed chwilą był na schodach i nie ma słowa o tym, by był z nim ktoś, komu mógłby zadać pytanie. Nie zostało też powiedziane, że wszedł do jakiegoś mieszkania.

Cylinder się zdejmuje, nie ściąga.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Rozumiem, Reg. Poprawiłem błędy.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Może zainteresuje Cię ten wątek: http://www.fantastyka.pl/loza/17

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka
Patronujemy