- Opowiadanie: parampampam - Na całym ciele

Na całym ciele

Napisałem i wstawiłem. Może się spodoba

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Na całym ciele

Zanim nastąpiło pełne przebudzenie, kiedy sen nie odpuścił do końca, ale jawa dawała już o sobie znać, w umyśle powstawały na wpół realistyczne, fragmentaryczne obrazy poprzedniego życia. Twarze tak dobrze znane, ale nie mogące przypasować się do dźwięków i zapachów, migawki szans i straconych możliwości wywoływały jedynie niedającą się przyporządkować życiu gorycz, która męczyła i silnie naciskała na i tak zmęczony umysł. Uchwyty przytrzymujące go w pozycji stojącej przestawały pomagać, a zaczęły wyrządzać ciału krzywdę. Czując budzącą się świadomość, nienaturalnie co prawda przytomniejącą, maszyneria zakończyła działanie i zwolniła ucisk. Dopiero po upadku na kolana obraz rzeczywistości zaczął docierać do niego w pełni. Początkowo rozmazany, szarość połączona z różnymi odcieniami niebieskiego. Później, z wciąż pochyloną głową, mógł w pełnej ostrości dostrzec strukturę budowy podłogi. Ból upadku odegnał kłębiące się w umyśle wizje, ale nie odeszły one w zapomnienie. Z wysiłkiem próbował wstać, lecz kilkukrotne próby kończyły się upadkami i większym bólem.

Po długiej chwili leżenia na podłodze i próbie zebrania sił, zwrócił uwagę na swoje ciało. W pierwszych momentach po przebudzeniu instynktownie przyjmował do wiadomości strukturę budowy swojej osoby. Kiedy przed oczami stanął mu, po raz kolejny, obraz nieznanych ludzi, spostrzegł różnice między sobą a nimi. Podniesiona na wysokość oczu ręka była doskonale biała. Tylko intensywnie niebieskie linie zaburzały idealną gładkość, tworzyły wzniesienia niebieskich gór na całym ciele. Postacie ze wspomnień tak energiczne i płynne w swoich ruchach wzbudzały zdumienie i zazdrość, poczucie straty. On sam przez brak siły fizycznej i wciąż powiększającą się siłę intelektualną nie mógł znieść słabości i biernej postawy. Białe ciało wiło się po podłodze, nie wykazywało żadnych cech szczególnych. Było gładkie, nie miało wykształconego torsu, i narządów płciowych. Palce, jeszcze bez paznokci, uderzały o ciemną podłogę, wykonywały ruchy jakby pragnęły ją zagarnąć, wziąć w garść. Ręce objęły głowę pozbawioną włosów. Stworzenie chciało krzyknąć, wydobyć choćby tylko mały świst. Bardzo tego pragnął, ale w miejscu ust mieściła się błona uniemożliwiająca porozumiewanie się. Desperackie próby zwrócenia uwagi świata na siebie skutkowały jedynie wzmożoną aktywnością nosa, z którego wydobywała się wydzielina osiadająca na całej twarzy i brudząca biel ciała.

Szał powoli ustępował miejsca rezygnacji. Z tak wątłymi siłami nie był w stanie osiągnąć żadnego, nawet w najmniejszym stopniu zadowalającego, efektu. Nie uwzględniał też delikatności swojego ciała, krzywda wyrządzona sobie nie mogła powstrzymać napływających emocji. Spostrzegł na przedramionach, udach i łydkach zasinienia, które z czasem stawały się coraz  wyraźniejsze. Musiał odpocząć, czuł się wyczerpany. Nie pamiętał przeszłości, nie wiedział, czy w ogóle istniała. Jedynym znakiem życia poza tym, co odczuwa teraz były wspomnienia. Jeżeli może je nazwać wspomnieniami. Uśmiechnięte kobiety, przyjaciele, wspólne radości. Nie wiedział jakie było źródło tych obrazów. Ale teraz musiał spać.

 

Wypoczął przez sen, a zmęczenie zaczęło ustępować innym potrzebom. Zaczął odczuwać chłód. Przez sen nabrał także sił, lecz usta wciąż były zamknięte. Próbował wstać. Oparł ręce o podłogę, na których zobaczył rosnące już paznokcie i wstał z kolan. Ustał na czarnej podłodze złożonej z kwadratów, między którymi znajdowały się nieduże wgłębienia. Zimne podłoże rozciągało się na kilkanaście metrów wzdłuż. Salę, w której się znajdował, oświetlały lampy halogenowe mieszczące się na suficie. Mimo że zajmowały dużo miejsca, dawały mało światła. Widoczność nie była najlepsza, prawie nie było widać trzech drzwi wbudowanych w ściany na końcu pokoju.

Poprzednie pomieszczenie już znał. To pomieszczenie nie wyglądało na zachęcające do pozostania w nim. Nie miał żadnego powodu, żeby tam zostać. Skierował się ku drzwiom. W miejscach, gdzie stawiał stopy pozostawiał mokre ślady. Całe jego ciało zaczęło pokrywać się cieczą. Początkowo myślał, że się topi, ale nie czuł niczego go co mogłoby na to wskazywać. Wszystko było dla niego niezrozumiałe. Sytuacja, w której się znalazł i możliwe sytuacje przeżyte wcześniej nie dały objąć się rozumem. Wizje, których jest uczestnikiem i mieszkańcem świata tak różnego od tego, w którym się znajduje, są tak odległe od stanu w którym się znajduje, że to, co mógł znaleźć za drzwiami mogło się okazać tylko przydatną informacją. Przy wyborze drzwi nie mógł kierować się świadomym wyborem. Wyciągnął rękę przed siebie, do tych znajdujących się naprzeciwko niego. Z otwartych drzwi wydobywał się chłód. Zaczął go na sobie czuć. Coraz wyraźniej zarysowywała się na nim linia torsu, a żyły chowały się głębiej pod skórę. Rumieniła się, lecz zasinienia wciąż pozostawały boląc już mniej. Wciąż nie do końca przystosowany do posługiwania się swoim ciałem, co rusz popełniał błędy. Potykał się, przewracał, co dla niewykształconego do końca ciała kończyło się boleśnie.

Halogeny i tutaj przystrajały sufit. Mniej więcej taka sama liczba jak w pokoju, w którym się obudził ale tutaj panowała większa ciemność. To pomieszczenie było dużo większe. Słaba widoczność nie pozwalała dojrzeć jakichś cech szczególnych tego pokoju, wydawał mu się pusty. Wraz z poruszaniem się wzdłuż pomieszczenia, coraz wyraźniej rysowało się wgłębienie, które przecinał most zbudowany z tego samego materiału co podłoga. Ta szczelina była znacznie głębsza niż początkowo myślał. Po wejściu na most spostrzegł, że znajdowały się tam wykształcone już zupełnie nagie ludzkie ciała. Były przeraźliwie chude, niektóre nie zdradzały żadnych oznak życia. Zdziwił go brak uczuć jakimi darzył te stworzenia. Bał się jedynie, że nieskoordynowane jeszcze do końca ruchy mogą sprawić, że spadnie na dół i dołączy do nich. Idąc nad szczeliną zaczął dostrzegać postać stojącą na jej końcu. W pełni wykształcony, ale niewysoki z niezadbanymi włosami i ubrany cały na biało człowiek . Nie bał się go, choć postać ta wzbudzała wzmożoną uwagę.

Podszedł, przystanął i chciał się przywitać, ale próba wydobycia dźwięku zakończyła się niepowodzeniem, zapomniał o błonie w miejscu ust.

– Poczekaj – powiedział człowiek w bieli.

Przytrzymał głowę stworzenia, wyjął skalpel i wbił go w błonę. Stworzenie rozwarło żuchwę czym powiększyło otwór do rozmiarów zwyczajnych ludzkich ust.

– Mógłby być z ciebie postawny mężczyzna – znowu odezwał się człowiek w bieli – coraz wyraźniej zarysowany tors, wyraźne rysy twarzy, widać też umięśnienie. Ale to nie wpływa na przebieg naszego spotkania. Chodźmy.

Stworzenie było zdezorientowane, poszło za człowiekiem nie wiedząc nic o jego zamiarach, wiedząc jednak, że posiada on wiedzę, która może mu wiele wytłumaczyć.

– Nie wiem dlaczego się tu znalazłem, dlaczego tak wyglądam i kim ty jesteś. – powiedziało stworzenie coraz wyraźniej dostrzegając podobieństwa z człowiekiem w bieli.

– Nic sobie nie przypominasz? – spytał człowiek w bieli.

– Kim są ci ludzie w dole?

– Nie o to pytałem.

Wizje nie nadchodzące od dłuższego czasu znów przybyły, ale nie jako pojedyncze obrazy, fragmenty nieznanej całości, lecz uporządkowane w pewnym stopniu historie. Nadchodziły zapachy intensywniejsze niż wcześniej, sceny tak wyraźne, że mógłby dotykać ludzi w nich występujących. Wszystko to było tak zajmujące, że nie dostrzegł drzwi, przed którymi stanęli, nie pamiętał drogi, którą przebyli do tych drzwi. Człowiek w bieli chwycił gałkę drzwiową, spojrzał na stworzenie i zapytał się:

– Wchodzimy?

Stworzenie czuło przepływającą przez nie krew. Widziało i czuło swoje ciało przybierające określony kształt. Coraz bardziej czuło się człowiekiem.

– Tak, wejdźmy.

Z otwartych drzwi wydobywał się chłód. Zaczęło go na sobie czuć. Coraz mocniej wykształcające się ciało przyjmowało zimny wiatr drganiem. Drganie było też powodowane kolejnymi obrazami przychodzącymi przed oczy.

 

 Widziało stół i słyszało śmiech. Na drewniany stół skromnie zastawiony posiłkiem spływały promienie rannego słońca tworząc kwadraty jasnego brązu, których foremność niekiedy zaburzana była naczyniami. Okno wpuszczające światło wychodziło na zielone podwórze, na którym spokój roślinności nie był zaburzany żadnym wiatrem. Cieszące się oczy i radość na ustach kobiety siedzącej przy stole, skierowane były ku mężczyźnie, który zajmował miejsce po drugiej jego stronie.

 

– Czy my już tu byliśmy? – stworzenie zapytało się człowieka w bieli.

– Tak – odpowiedział.

Dół, nad którym stali wypełniony był ludźmi przeraźliwie wychudzonymi. Wśród nich rozmieszczeni byli też prawdopodobnie martwi. Niektórym krew zakrzepła na przegubach, nogach i piersiach. Widać było ślady ran na ciałach.

 

Nie musieli nawet nic mówić, zwykłe spojrzenia i wstydliwe spuszczanie wzroku wypełniało treścią całe ich spotkania.

 

– Nie wyglądają na cierpiących – powiedziało stworzenie wskazując na ludzi uwięzionych w dole.

– Do jakich wniosków cię to prowadzi?

– Chyba do złych, patrząc na twój wyraz twarzy.

– Dlaczego chciałeś wyciągać wnioski na podstawie ich powierzchowności? Spójrz jacy oni są dumni. Nie pozwolą nam na oglądanie ich upadku, chociaż przez swoją nie najlepiej akcentowaną dumę pokazują nam miarę tego, jak nisko upadli.

– Może wciąż uważają, że na to nie zasłużyli.

 

Łzy na tak delikatnej twarzy podkreślały tylko jej kruchość. Tym mocniejsze mogło wywrzeć to wrażenie zważywszy na fakt, że były to emocje prawdziwe. Prawdziwość nie była jednak powodem, który zatrzymałby go w miejscu. Świat oferuje tyle możliwości, tyle dóbr i usług, które człowiek może wykorzystać. On sam posiada bogatą osobowość. Też chce oferować światu własne możliwości. Nie są zbadane przecież do końca, a mogą pozostać nieodkryte, jeśli weźmie na siebie więcej odpowiedzialności.

 

– I właśnie dlatego tutaj jesteś. Instrumenty sprawiedliwości wymagają zrozumienia ich działalności, żeby spełniły swoją rolę.

– Sprawiedliwości? To jest sprawiedliwość?

– To, że zostałeś stworzony bez własnej wiedzy i udziału nie znaczy, że możesz brak odpowiedzialności wykorzystywać we własnym działaniu.

– Każdy powinien próbować naprawiać własne błędy.

– Jeśli ma na to czas.

– Ich czas się skończył?

– Tak. Chodźmy dalej.

Zmysły się wyostrzały. Idąc po raz kolejny drogą wyraźniej czuł podłoże, po którym stąpał. Podłoga była zimna, a stworzenie, coraz bardziej ludzkie, potrafiło doświadczać rzeczywistości intensywniej. Dotarli do końca pokoju. W trzy ściany wbudowane były drzwi. Wykonane tak samo jak te, przez które stworzenie przechodziło wcześniej. Człowiek w bieli chwycił za gałkę drzwiową znajdująca się naprzeciwko niego. Odwrócił się w kierunku stworzenia i zapytał się:

– Wchodzimy?

– Nie tutaj – odpowiedziało podnosząc rękę i wskazując nią drzwi mieszczące się po prawej stronie – chodźmy tam.

Człowiek w bieli chwycił za gałkę drzwiową znajdującą się w miejscu wskazanym przez stworzenie.

– Chodźmy.

Z otwartych drzwi wydobywał się chłód. Zaczęło go na sobie czuć. Wiatr przedzierał się przez rosnące już włosy na głowie. Przeciągnął w pełni już wykształconą ręką po czaszce. Tysiące pojedynczych włosów zebranych w garść było uczuciem znajomym, ale zapomnianym. Ręka idealnie dopasowywała się do obłego kształtu głowy. Ponowne doświadczalnie tak mało znaczących wrażeń było jak powrót do miejsca naznaczonego emocjonalnie, które opuściło się na dekady. Rozejrzał się po swoim ciele. Było młode i zdrowe. Mięśnie kłębiące się pod skórą nie imponowały wielkością, ale sam fakt określenia siebie jako człowieka napawał go dumą. Jednak towarzystwo postaci w bieli zaczęło wzbudzała w nim zawstydzenie. Dopiero co wykształcony człowiek był nagi.

– Wstydzisz się? Widzę, że się zaczerwieniłeś. Niepotrzebnie. Chodźmy.

 

Nie było to ciało wolnego człowieka. Nie tylko ciało tworzyło tego człowieka. Po przestąpieniu progu zobaczył, w pełnej gamie emocjonalnych kolorów, historię swojego życia. Historię, w której przyszłość była bardziej oczywista niż działania mające doprowadzić do jej zaistnienia. Historię jednej osoby i świata, w jego wyobrażeniach, mu podległego. Miał misję, w której wykonaniu nie mógł przeszkadzać mu żaden element nie pasujący do ustalonej wizji świata. Ciało rozkładające się i zagrażające drugiemu rozkładem było odebraniem możliwości sobie i nałożeniem na innego, młodego i zdrowego człowieka, ograniczeń przeszkadzających w realizacji, wyższych niż opieka nad chorobą, celów.

 

 – Czas, który został ci dany na ziemi miał przygotować cię do dzisiejszej rozmowy. Mówiąc dzisiejszej nie mam na myśli tego niepowtarzalnego momentu, bo nasza rozmowa ciągnie się od wczoraj i będzie trwała do jutra. Ten niepowtarzalny moment jest wiecznością. Od wczoraj tak dawnego, że twoja zdolność pojmowania czasu nie może tego objąć rozumem, do jutra tak odległego, że wyobraźnia próbując wytworzyć obraz jutrzejszy, może doprowadzić umysł do obłędu.

– Co to znaczy? Skąd te obrazy i ludzie tak umęczeni w tych dołach?

– Nie przygotowałeś się wystarczająco.

– Czy to jest kara? Przecież w moim życiu, jak w każdym, zdarzały się momenty gorsze, czy można za to karać? Gdzie ja się znajduję?

– Tam, gdzie sam siebie doprowadziłeś. A ten ton, ten wyrzut, który kierujesz razem ze słowami jest nie na miejscu. Kara jest konieczna za każdy przejaw naruszenia ładu. Ale nic z tego co się dzieje nie jest przejawem czystego zła. Przywrócona tu została sprawiedliwość. Naruszony przez ciebie ład, przez to, co się dzieje i co będzie się działo, zostanie naprawiony. Przynajmniej ład zewnętrzny.

Nowy człowiek zdał sobie w tej chwili sprawę, że mimo własnych wątpliwości co do słuszności zaistniałej sytuacji, nie odwróci działań, które dzieją się, i które mają się dziać.

– Przecież to nie musi mieć miejsca – zaczął żałośnie – ta ciągłość, o której mówisz. To  nie działo się ciągle i zawsze. Były momenty, były przecież lata, w których nic złego nie miało miejsca.

– Określiłeś dokładnie swój stosunek do rzeczywistości. Twoja postawa świadczy o podejściu do dobra i zła. Zaznaczasz miejsce godności i powagi ludzkiej w twoim życiu. Nie liczy się, według ciebie, to kim byłeś za życia ziemskiego?

– Liczy się, ale… znosiłbym różnice między dobrem a złem.

 

Zieleń, w którą była ubrana odbijała słońce tak, że wyglądało to jakby promienie z niej wychodziły. Szkliste oczy nie chciały przestać patrzeć na mówiącego do niej człowieka. Słowa, które wypowiadał tak silnie oddziaływały na nią, że nie mogła dać żadnej sensownej odpowiedzi. Lekkie zakłopotanie mówiącego nie było spowodowane emocjami, które wywoływał u kobiety, tylko słabo odczuwalnego żalu wywołanego zakończeniem trwającego przecież sporo czasu związku, który jakąś zażyłość między nimi wytworzył. Dochodził do tego stan byłej już wybranki będący przecież główną przyczyną zakończenia współżycia.

Osoba zmagająca się z rakiem wymaga poświęcenia wzmożonej uwagi, ale kobieta była pewna, że jest on gotowy na poświęcenie. Łączyła ich przecież wyjątkowa więź. A tak przynajmniej myślała. Ciężko przyjąć do wiadomości tak niespodziewane słowa.

On nie chciał się angażować w sprawy, które jeszcze mocniej związałyby go z miejscem, w którym się znajduje. Cała ta zażyłość była tylko sposobem na mile spędzony czas. Nie miał, według siebie, wpływu na to, w jakim kierunku ta znajomość się rozwinęła.

 

Mięśnie napinały się i zwalniały nacisk. Człowiek wpatrywał się w podłogę, a przez jego głowę przepływało tysiąc myśli. Położenie, w jakim się znalazł zaczynało oddziaływać na jego samopoczucie, a czuł się coraz słabiej. Nogi odmawiały unoszenia ciężaru jaki stanowił tułów. Dłonie zaczęły się pocić, poczuł ciepło ogarniające całe ciało. Ogarnął go głód. Spostrzegł, że przez długi czas wędrówki nie miał niczego w ustach. Stworzenie, które przerodziło się w człowieka osiągnęło stan, który pozwolił mu w końcu na dojrzenie w pełni świata stworzonego przez niego. Istota w bieli stała, nie wypowiadając żadnych słów.

Nowy Człowiek nie mógł dłużej stać w tym miejscu. Nie mógł patrzeć na postać w bieli i na siebie. Wszystko wydawało mu się skończone. Przerwał niemoc, przemógł ciężar i zaczął biec. Robił to bez wyraźnego celu, chciał tylko znaleźć się jak najdalej stąd. W tym momencie dały o sobie znać brak doświadczenia i nieskoordynowane ruchy. Już na początku biegu potykał się o własne nogi. Później, przy nabieraniu prędkości nie martwił się już o możliwe konsekwencje. Biegł szaleńczo, lecz tuż przy moście łączącym dwa brzegi przedzielone dołem stracił równowagę i wykręcając ciało uderzył skronią w poręcz mostu. Krew pozostała na poręczy i przybarwiła czerwienią podłogę i ludzi znajdujących się na dole.

Człowiek, w tym ułamku sekundy, który dzielił upadek głowy i uderzenie, ujrzał przed sobą jasnowłosą twarz przyozdobioną wilgotnymi smugami tworzonymi przez spływające z oczu łzy, której wyraz prosił o jedno wyrozumiałe spojrzenie.

Koniec

Komentarze

Czołem!

 

“… wywoływały jedynie nie dającą się przyporządkować życiu gorycz …” – niedającą

 

“Czując koniec snu, nienaturalnie co prawda zakończonego, maszyneria zakończyła działanie i zwolniła ucisk” – powtórzenia

 

“Początkowo rozmazany, szarość połączona z różnymi odcieniami niebieskiego, później, z wciąż pochyloną głową, mógł w pełnej ostrości dostrzec strukturę budowy podłogi.” – podzieliłbym to zdanie na dwa mniejsze.

 

“Ręce objęły głowę pozbawioną włosów. | Stworzenie chciało krzyknąć, wydobyć choćby tylko mały świst.” – tak samo w tym miejscu

 

“Coraz wyraźniej zarysowywała się na nim linia torsu, a żyły chowały się mocniej pod skórę. Skóra rumieniła się …” – powtórzenia

 

“– Mógłby być z ciebie postawny człowiek – znowu odezwał się człowiek w bieli” – powtórzenia.

 

“dostrzegając podobieństwa z człowiekiem w bieli. – Nic sobie nie przypominasz? – spytał człowiek w bieli.” – powtórzenia

 

Dalej już nie wypisuję, pewnie inni wskażą więcej błędów. smiley

Warto, żebyś przejrzał tekst jeszcze raz. Kilka poprawek i będzie przyjemniejszy w odbiorze. 

Witaj, rogas!

 

Dzięki bardzo za rady!

język miejscami niezgrabny, ale mam nadzieję, że tak źle po poprawkach nie będzie

Bardzo mi się dłużył ten tekst. Czytałam i czytałam opisy budzącego się stworzenia i nie miałam pojęcia, o co chodzi. Irytowało mnie to. Dopiero pod koniec coś się zaczęło wyjaśniać, ale do tego czasu zdążyłam się już znużyć bohaterem. OK, nagrzeszył. Ale nie przywiązałam się do niego wystarczająco, żeby współczuć.

Interpunkcja strasznie słaba, a to nie ułatwiało odbioru.

Babska logika rządzi!

Bardzo nużące opowiadanie, w dodatku nie umiem powiedzieć o czym. Czytałam, nie bardzo wiedząc o czym czytam, a wykonanie i fatalna interpunkcja dodatkowo utrudniały lekturę.

 

Napisałem i wstawiłem.

Szkoda, Parampampam, że po napisaniu, a przed wstawieniem, nie znalazłeś trochę czasu na przeczytanie i wygładzenie tekstu.

 

Oparł ręce o pod­ło­gę, na któ­rych zo­ba­czył ro­sną­ce już pa­znok­cie i wstał z kolan. Ustał na czar­nej pod­ło­dze zło­żo­nej z kwa­dra­tów… – Powtórzenie.

Pierwsze zdanie jest dość koślawe.

 

Wi­docz­ność nie była naj­lep­sza, pra­wie nie było widać trzech… – Powtórzenie.

 

pra­wie nie było widać trzech drzwi… – …pra­wie nie było widać trojga drzwi

 

Po­przed­nie po­miesz­cze­nie już znał. To po­miesz­cze­nie nie wy­glą­da­ło… – Powtórzenie.

 

W miej­scach, gdzie sta­wiał stopy po­zo­sta­wiał mokre ślady. – Nie brzmi to najlepiej.

 

ale nie czuł ni­cze­go go co mo­gło­by na to wska­zy­wać. – Zbędny grzybek w barszczyku.

 

Sy­tu­acja, w któ­rej się zna­lazł i moż­li­we sy­tu­acje prze­ży­te wcze­śniej… – Czy to celowe powtórzenie?

 

miesz­kań­cem świa­ta tak róż­ne­go od tego, w któ­rym się znaj­du­je, są tak od­le­głe od stanu w któ­rym się znaj­du­je, że to, co mógł zna­leźć za drzwia­mi mogło się… – Powtórzenia.

 

że spad­nie na dół i do­łą­czy do nich. – Masło maślane. Czy można spaść na górę?

 

i ubra­ny cały na biało czło­wiek . – Zbędna spacja przed kropką.

 

– Nie wiem dla­cze­go się tu zna­la­złem, dla­cze­go tak wy­glą­dam i kim ty je­steś. – po­wie­dzia­ło stwo­rze­nie… – Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

nie do­strzegł drzwi, przed któ­ry­mi sta­nę­li, nie pa­mię­tał drogi, którą prze­by­li do tych drzwi. – Powtórzenie. 

 

spoj­rzał na stwo­rze­nie i za­py­tał się: – …spoj­rzał na stwo­rze­nie i za­py­tał: 

 

któ­rych fo­rem­ność nie­kie­dy za­bu­rza­na była na­czy­nia­mi. Okno wpusz­cza­ją­ce świa­tło wy­cho­dzi­ło na zie­lo­ne po­dwó­rze, na któ­rym spo­kój ro­ślin­no­ści nie był za­bu­rza­ny żad­nym wia­trem. – Powtórzenie.

 

stwo­rze­nie za­py­ta­ło się czło­wie­ka w bieli. – …stwo­rze­nie za­py­ta­ło czło­wie­ka w bieli.

 

Wiatr prze­dzie­rał się przez ro­sną­ce już włosy na gło­wie. Prze­cią­gnął w pełni już wy­kształ­co­ną ręką po czasz­ce. – Czy dobrze rozumiem, że wiatr miał już w pełni wykształconą rękę i przeciągnął nią po czaszce?

 

Po­now­ne do­świad­czal­nie tak mało zna­czą­cych wra­żeń… – Literówka.

 

po­czuł cie­pło ogar­nia­ją­ce całe ciało. Ogar­nął go głód. – Powtórzenie.

 

ude­rzył skro­nią w po­ręcz mostu. Krew po­zo­sta­ła na po­rę­czy… – Powtórzenie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Coś w tym tekście jest – jakiś pomysł na fabułę. Niestety, zbyt dłużące się opisy zagłuszyły mi sens opowiadania, strasznie przy tym nudząc. Sądzę, ze dałoby się skrócić tekst o połowę bez szkody dla treści.

Technicznie jest poniżej średniej. Sporo powtórzeń i zła interpunkcja. A to dodatkowo utrudniało zrozumienie opisów, jak i zrozumienie sensu przedstawianych obrazów.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Rzeczywiście sporo powtórzeń w tym tekście i jakichś takich niezręcznych konstrukcji. No bo nie rozumiem, w jakim celu pisać gałka “drzwiowa”, tym bardziej, że kilka zdań dalej znowu masz drzwi, skoro sama gałka/ klamka w zupełności wystarczy :(

 

I cały czas dzieje się prawie to samo. Różne opisy, odmienne nazwy na nazwanie tego samego – wstawania, łapania czegoś tam, kręcenia się po podłodze. Mogłoby mieć to rację bytu, gdyby zdarzało się dużo, a dużo rzadziej.

 

Ale w tym mnóstwie znaków, zdań, wyrażeń, fraz, no już sama nie wiem czego, bo trochę tego było :D Zdarzyło się kilka ładniejszych zwrotów. O, taki przykład:

 

Nadchodziły zapachy intensywniejsze niż wcześniej, sceny tak wyraźne, że mógłby dotykać ludzi w nich występujących.

Wiem, że nie był to odosobniony, a przynajmniej bardzo odosobniony, przypadek, ale nie skopiowałam sobie wszystkiego i, masz ci los, przepadło :(

Nie wiem sam, co mi się marzy, jaka z gwiazd nade mną świeci - J.Kaczmarski

Wziąłeś na warsztat trudny temat, do tego pomysł dosyć widowiskowy, zapewne świetnie wyglądałby jako film, ale będąc opowiadaniem, w twoim wykonaniu trochę kuleje. Zbyt często wspominasz o chłodzie, część zdań nieskładana, choć wiem, że trudno jest opisać w czasie rzeczywistym dokładnie scenę. Chociażby pierwsze zdanie

Zanim nastąpiło pełne przebudzenie, kiedy sen nie odpuścił do końca, ale jawa dawała już o sobie znać, w umyśle powstawały na wpół realistyczne, fragmentaryczne obrazy poprzedniego życia.

“Budził się”. Tak to można skrócić :) Oczywiście wiem, że chodziło ci o barwny opis i efekt, ale mnie ten dobór słów “nastąpiło, nie odpuścił, dawała” po prostu nie pasuje. Przebudzenie nie następuje, sen nie “nie odpuszcza”, a jawa nic zazwyczaj nie daje. Co nie znaczy, że nie widać potencjału, jest i to całkiem duży, ale trzeba nad tekstem solidnie popracować.

Nowa Fantastyka
Patronujemy