- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Północ poszukuje narzeczonej

Północ poszukuje narzeczonej

Część głównej osi, czyli nie przyczynki jak Loszek, Przepowiednia czy Przeklęci.

Co trzeba wiedzieć, by się nie pogubić na początku?

Jest las, tak wielki, że podróżuje się nim kilka miesięcy. Po obydwu końcach południowym i północnym wybujały mocne państwa. Stałyby się mocarstwami, ale w tym lesie toczą ze sobą rozliczne wojny. Nie pośród drzew, ale na rozległym polu. Wyrzynają się regularnie co kilkanaście lat. Lubią to. Aż pewnego razu poginęli wszyscy, pojawiający się na polu posłańcy zawarli ze sobą pokój, co prawda nie pierwszy, ale tym razem gwarantowany małżeństwem wnuczki władcy południa i syna króla północy.

W stosownym czasie akt potwierdzono toporem zaślubinowym, ale tego okazało się za mało, bo taki pożyteczny przedmiot jednak za małżonkę nie wystarczy, więc rusza królewna z południa. I przepada.

Na północ docierają uciekinierzy, niosąc niewiarygodną opowieść. Najbardziej niesamowite w niej to, że prawdziwą. Ale dostojnicy nie dają wiary, póki nie zostaną przekonani, wtedy usiłują się wymigać od akcji ratunkowej. Król im nie pozwala, on wiązał z dziewczyną z południa wielkie nadzieje. Więc pójdzie ekspedycja, by odnaleźć zgubę, a na jej czele stanie wyjątkowy szczęściarz, królewski syn.

Co się dzieje z królewną, dla misji ratunkowej nie jest znaczące, można śledzić jej przebieg, bo sami uczestnicy wyprawy wiedzę w tym temacie posiadają skąpą.

Istotniejsze postacie, które miały wpływ na obecne wydarzenia i pojawią się do nich nawiązania.

Mauglis Trzeci – król północy,

Nartagan – jego doradca,

Burgani – osławiony wódz,

Antaker – król południa,

Earleen – zgubiona królewna,

Magard – uciekinier, który doniósł o wypadkach w lesie

Frela – herszt z obrzeży lasu dokonujący śmiałych wypadów rabunkowych.

Reszta towarzystwa nie brała istotnego udziału we wcześniejszych wydarzeniach i w publikowanym fragmencie może sama się przedstawić.

Jest fabuła, rozbudowani i niejednoznaczni bohaterowie, sceneria, tempo i sekrety.

To zapraszam.

 

Oceny

Północ poszukuje narzeczonej

 

Bardzo był z siebie rad.

Rozkazy spełniano bez zwłoki, oddział kipiał utajoną siłą, maszerowano szybko.

Sprawa zdawała się łatwa jak z bicza strzelił.

Bez najmniejszego trudu znajdował dziesięć sposobów na wykonanie zadania. Znał ludzi. Ten las, to las, taki jak inne, tyle że większy. Uroki słabsze od gorliwszych modlitw. Żadna zamawiaczka nie osłoni się mamrotaniem przed ostrym żelazem. Nikt tej magii w szerokim świecie nie ogląda. Więc Trali nie obawiał się Norgadoru, a wraz z nim jego wojsko. Czuł jego siłę, jadąc na czele dzielnych wojaków. Za nim prężyła się moc, niby w kopii, gdy rycerz zmusi konia do cwału. On w tej kopii grotem.

Uda się. Jak zawsze. Bo tym prawdziwie zdolnym wszystko idzie jak z płatka. W taki sposób kolejna chlubna historia do sagi o księciu z podupadłego rodu, mocarzu co własną siłą przywraca rodowi należne mu miejsce i utraconą cześć. Nie zaśmieją się więcej butni pankowie, którym Mauglis Słaby pozwolił urosnąć ponad przeznaczoną im miarę.

Uda się, bo wieść o pochodzie Arvanionczyków rozniesie się wkrótce, przyciągnie posłańców, obwiesiów i banitów, radych przysłużyć się panu, który wróci ich na stare śmieci. Oni skorzy do tego, by grzać się przy cudzym ogniu i zabawić się z wesołymi druhami na królewskim dworze. Niech się tylko zaczną rozchodzić się nowiny, a zaczną języki już szczypią plotkarzy. Nie opędzi się od pochlebców. Najtrudniej będzie prawdę rozeznać. Ale gdy to już się stanie, wtedy odzyska zgubioną księżniczkę.

Siła z nim. Znał tę drużynę, choć nigdy dotąd ojciec mu jej nie dawał. Skąpił, stary pryk. Trali słuchał swego wojska z radością. Śpiewającego w czasie pochodu, w czasie popasu mało gadającego po próżnicy. Nie narzekającego, że wodzowi spieszno. On wypoczął w siodle, bo jemu spać łatwo, wojakom to też przychodziło bez trudu. Chłopy na schwał, zbrojni, waleczni i obeznani z Norgadorem.

Byli tu już kiedyś, na niezbyt, co prawda, udanej rejzie. Z winy bojaźliwego monarchy i marnych dowódców, ale i wtedy dokazali niejednego, gdy przyszło im przyhamować zapędy buńczucznego Freli, nazbyt zuchwale sobie poczynającego. Siedząc w Wilczym Gnieździe, zbój mienił się udzielnym władcą, a ufając w obronność Norgadoru napadał na sąsiadów. Arvanion ucierpiał najbardziej. Lecz wtedy nie upadł jeszcze tak nisko pod rządami gnuśnego władcy, by nie wymierzyć kary. Wymierzył, choć Mauglis Trzeci kazał ruszyć późno. Nie tak poczynałby sobie śmiały Trali. On nie pozwoliłby kąsać się wściekłym psom. Było, przepadło. Dano wtedy ujść łotrzykom, nie zmieciono ich ze szczętem. Wojsko poniosło bolesne straty, ale ta drużyna sprawiła się znakomicie.

– Gdybym ja tam był wtedy – książę zaciskał pięści.

Niechybnie dopadłby zbója w jego gawrze i już nie popuścił. A ojciec tylko strażnice pobudował na pograniczu z Norgadorem, gdzie rozpuszczeni i niekarni żołdacy mieli niekończące się używanie.

Dziedzic rozparł się w siodle, przypomniał sobie, jak przed samym wyjazdem kazał temu pyszałkowi Auglisowi przekazać wieści swym wiernym druhom. Nie było ich pod ręką, gdy ruszano w drogę.

– Powiedz, by dołączyli do mnie jak najspieszniej! Niech zadbają o wszystko, co potrzebne dla dziedzica Arvanionu. Spamiętasz? – surowo zwrócił się do głuptaka na ojcowskiej służbie. Mauglis dobierał sobie same niedojdy!

Następca tronu przenikliwym wzrokiem przewiercał się do wnętrza małej, struchlałej duszy. Znalazł w niej miałką obmierzłość. Chłystek zamiast za miecz chwytać, zostawać giermkiem, trzymał się starca. Pospolity pętak próbujący ukraść łaski władcy lepszym od siebie.

Jedna sprawa załatwiona, ponadto od ojca odpoczynek. A druga, z księżniczką, łatwa. Zatem nie biedził się nad nią wcale, gdy w czasie jazdy co raz zasypiał i śnił o słodkiej, niewinnej Islamince, przymilnej sikoreczce z gorącego południa, gdzie rozkwitają wszelkie miłosne sztuki. A każdy kolejny sen był coraz bardziej obiecujący od poprzedniego.

 

***

 

Trupy zostały ściągnięte na cztery zwaliska. Unosił się mdlący odór, który książę wytrzymywał z trudem. Od pobojowiska uciekały lisy, wilki i inne stworzenia, zaś do roboty zabrały się wrony, kruki i sępy. Poza tym istne zatrzęsienie much.

– Nie ma tak ich tak wiele – osądził Gauso.

Traliemu zdało się mrowie, toteż nic nie odrzekł drużynnikowi.

Gauso dotrzymywał panu towarzystwa w czasie drogi. Książę niejedno słyszał o tym wojaku. Był ciekaw człowieka. Ów okazał się wielce przemyślnym. Dowodził wojskiem i utrzymywał w nim karność, ale do kompanii następcy tronu stanowczo się nie nadawał. Nie te maniery, pośledni stan, w ogóle jakiś niekrzepki. Po tych kilku dniach Trali miał dość jego zawikłanych sądów, badawczych oczu i łba wielkiego jak ceber.

Ale zgodzić się w końcu musiał, wiedział, że bynajmniej nie o muchy chodziło. Trupów znaleziono o wiele mniej niż można było spodziewać się po wyprawie Islamińczyków, których liczba miała dochodzić do trzech setek. Zatem gdzie reszta?

– Prędko tu się uporamy – zauważył wódz drużyny.

– Mnie trzeba szukać księżniczki! – osadził go książę.

– Na razie nie wiemy, gdzie jest.

– Ruszyła ścieżką! – Trali podniósł głos.

– W ciągu ostatniej godziny minęliśmy trzy prowadzące na zachód – pojednawczo zauważył Gauso. – Mogła to być każda z nich. Na skraju śladów nie widać.

I znowu miał rację. Za każdym razem ją miał. Za tę drażniącą umiejętność jego pan najchętniej kazałby go oćwiczyć.

– Słusznie – zgodził się, choć wszystko mu się w środku burzyło. – Trzeba je zbadać.

– Zajmę się tym.

– Wydaj rozkazy! – polecił dziedzic Mauglisa i wreszcie zdołał uwolnić się od natręta, komplikującego proste sprawy. Lecz gdy się uwolnił, nie wiedział co ze sobą począć. Trupów oglądać nie chciał.

Wódz drużyny oddalił się z ulgą. Znał wielkich panów. Z nimi nieustannie trzeba politykować. Rozkazywać nie ma jak, z rozumnymi wywodami nie pchać, bo oni lubią gadać, nie słuchać. Drażniło ich byle co. Ten młody jeszcze nie taki najgorszy, choć daleko mu do Mauglisa. Ojca dziedzica Arvanionu Gauso poważał niezmiernie.

– Coś widzę, że sprawa okaże się trudna – westchnął dowódca, ale nieco się pocieszył, bo trudne sprawy prostsze od łatwych. Byle sposób znaleźć. Łatwe mają ich sto, stąd nie wiadomo, którego się chwycić, trudne tylko jedno rozwiązanie. Ale gdy je odkryje, a stanie się tak z pewnością, wtedy przeprowadzi rzecz rzetelnie, ku zadowoleniu wszystkich. Co nie miało dla niego żadnego znaczenia, bo cenił sobie zdanie tylko króla Mauglisa.

Zebrał setników i dziesiętników. Wszyscy oni pokasływali i zatykali nosy. Przesadnie.

– Tutaj ów bój się odbył, ale, że nie tu dla nas najważniejsza sprawa, to wiecie?

– Wiemy.

– Minęliśmy trzy ścieżki, którymi pani królewna Islaminii mogła się udać, jak spostrzegła otharów. Pójdzie zatem pięć dziesiątek.

Milczeli jak zwykle, gdy mówił. Nie pytali, bo po co, skoro on już sobie sprawę ułożył? Ale Gauso lubił, kiedy pytali, bo całą rzecz ponownie mógł sobie rozważyć. Lubił rozważać. Brakło mu, po prostu, Eterela. A musiał go zdegradować. Znowu. Druh w stolicy życia używał ponad wszelką miarę. Choć kolejny raz pozbawiony szarży, nie dawał odczuć, że ma żal do kamrata. Wodza, poważał jak zwykle, ale już tylko mieczem mógł go wesprzeć. Czyli nie w gronie setników. Prostych wojów na radę nie wzywano.

– Trzy ścieżki, lecz pięć dziesiątek, bo to Norgador, a wiecie, że w nim wszystko nagle się zmienia. Pamiętacie, jak ruszyliśmy na Frelę i jak nam wtedy szło? Niby nie najgorzej, niby wroga cisnęliśmy, ale drogi gubiliśmy stale, a o stronach świata mieliśmy znikome wyobrażenie. Wszystko tu inaczej. Magia mocna, nam nieprzychylna. Łaska boska, żeśmy wtedy żywoty wynieśli.

Oni mniej Bogom dziękowali, a więcej swemu dowódcy. Wtedy o kierunkach świata wyobrażenia żadnego nie mieli i gdyby nie Gauso, jakimś sposobem odnajdujący drogę, pogubiliby się jak statki we mgle, które wtedy zawsze kończą gdzieś na mieliznach lub podwodnych skałach. On umiał więcej zobaczyć, dopasować się, łatwo to mu przychodziło. Otwarta głowa. Nic dziwnego, łeb jak ceber!

– Ledwie życie unieśliśmy, choć to przecież był tylko skraj Norgadoru. Dlatego idzie pięć dziesiątek.

– Mamy zbadać ścieżki?

– Tak.

– Jak daleko?

– Ile się da – oznajmił Gauso. – Jednak kiedy droga stanie się zbyt trudna i nagle pojawi się mgła, słońce zaświeci lub stanie się coś, co w Norgadorze tylko się przydarza, macie zawracać co rychlej. A jeśli znajdziecie ślady, wtedy niech pięciu zostanie, a pięciu wraca. Trzech weźmie straż przy ujściu ścieżki do traktu, dwóch przybędzie do mnie z nowinami. Na miejscu, o ile możliwe, zbadać ślady, starać się nie zadeptać.

– A co znajdziemy?

– Skąd mam wiedzieć? Ale głupi nie jesteście. Służycie w drużynie! I macie oczy. Patrzcie, myślcie.

– Kto idzie?

Gauso wyznaczył i kazał ruszać bezzwłocznie. Po czym ponownie rozejrzał się po pobojowisku. Ciężko westchnął.

– Trzeba tu zrobić porządek. Zatem zostaniemy grabarzami, ale obóz też warto założyć.

– Tu? – wykrzyknął jeden z setników.

– Nieopodal – postanowił wódz. – Cofniemy się do rzeczki, co płynie w parowie po wschodniej stronie gościńca. Godne tam wzniesienie obdarowane ze wszystkich stron stromymi podejściami. Wielce obronne. Weźmiesz swoich – zwrócił się do setnika, takiego co rzadko gadał po próżnicy – i założysz obszerny obóz. Za kilka dni dojadą wozy, wtedy słuszniej się oporządzimy. Tymczasem wykop rowy od północy, południa i zachodu, doprowadź je do jaru, nad którym wznieś jakiś płotek, ziemię syp na wał wokół rowów. Zresztą wiesz co i jak, a my tymczasem pogrzebiemy Islamińczyków, by ich kości nie zostały rozwłóczone, a duchy nie błąkały się i zła nie czyniły. Żywo! Już każdy wie co robić?

 

***

 

Od chwili gdy zagłębił się w ścieżkę, przestał żałować, że posłano go na zwiad. Norgador okazał się nadzwyczaj łaskawy. Drzewa rosły wysoko, ale nie gęsto, ich korony nie zasłaniały jasnego nieba, szlak wspinał się na łagodne wzgórza, z których roztaczał się widok iście bajeczny, a gdy wiódł przez doliny, to tajemnie cieniste, urokliwe i nieskalane oraz jakoś przyjazne. Czasem rozszemrany strumyk leniwie przetoczył przez szlak skrzącą się wodę. I tyle.

Wyjrzało słońce.

Lecz spomiędzy drzew nie wypadł żaden potwór, ziemia się nie zapadła, ni drzewa nie wyrwały z niej poskręcanych korzeni, ani nie sięgały drapieżnymi konarami, by miażdżyć i rozrywać.

Zatem nie zawrócili. Zaczęli śmielej rozmawiać, a nieściszonym głosom ludzkim towarzyszył cichy leśny szmer, wilgotny powiew wiatru znad rozległych jezior i niezrozumiały, wabiący szept.

Jechali tak przez las, śmiali się, dowcipkowali, radowali, że sami pod słoneczkiem ciepłym, gdy mniej szczęśliwym towarzyszom przyszło wgryzać się w twardą ziemię, by wznosić wał lub, co gorsza, zakopywać nadgniłe trupy.

Nawet nie spostrzegli, jak głosy zaczęły stawać się wyraźniejsze, a wiatr pochłodniał i gdyby nie dziesiętnik, co obiecał sobie czujność, zginęliby bez ratunku. Ale on oglądał się co pewien czas za siebie, dlatego zobaczył jak droga za nimi się zamyka.

– Stać! – wrzasnął.

Obok przemknął jakiś cień, za nim kolejny, a ciemna chmura z nagła przesłoniła niebo.

W trwodze zawracali spłoszone wierzchowce i mało je poganiali, gdy zaczęły pędzić ścigane przez ciemniejący opar, co wyciągał ku nim mroczne pasma, niby morski potwór niezliczone macki. One podążały za uciekinierami, długimi pazurami sięgając po końskie brzuchy i pęciny. Rumaki rżały i pędziły z wiatrem w zawody, ze strachu nie znając zmęczenia. Na którymś ze wzgórz uporczywy pościg wreszcie zaczął ustawać, lecz wtedy sypnął śnieg. Zawierucha zrodziła się w jednej chwili, od razu gwałtowna. Ludzie z trudem opanowali szarpiące się i kwiczące zwierzęta. Pognali dalej, zważając, by nie dać się ponieść obłąkańczemu strachowi. Aż wreszcie zawieja ustała i tylko ostatni, żałosny jęk przeniknął ludzkie serca, niby daremna skarga konającego.

Zatrzymali się na wzgórzu i spojrzeli za siebie. Biały ślad znaczył ich drogę. Nigdzie indziej śnieg nie spadł. Dalej było zielono, choć coś się zbierało. Korony drzew rozkołysane bardziej niż należy, szum podnosił się głośniejszy, znowu wyjrzało słońce. Nagle śnieg zaczął się topić, z ziemi powstała mgła, by opaść prędko, a wtedy wszędzie wokoło rozpanoszyła się bujna zieleń.

– Lepiej stąd uchodźmy – zaufany woj zwrócił się do dziesiętnika.

W lesie coś się działo, ani chybi! Ścieżka już mroczniała niczym loch.

Nie zwlekali. Droga powrotna okazała się ciężka i nieznana, coś za nimi podążało, co słyszeli, a przede wszystkim rozpoznawali po strwożonych wierzchowcach i swych własnych nagle lękliwych duszach. Ale wrócili na trakt. Co prawda słabi, cisi, wciąż niewierzący, że udało im się życie wynieść ze śmiertelnych uścisków morderczego licha.

 

***

 

Jaki upierdliwy zwiad!

Najpierw mokradła, potem skały, po nich gęstwa, w której ścieżka co raz się gubiła, a oni musieli zsiadać z wierzchowców, by prowadzić je przy pyskach i szeptać uspokajające zaklęcia, wreszcie wzburzona rzeka, pełna dołów i głazów to gładkich i śliskich, to chropowatych i o krawędziach niby ostrza. Poobijani i pokaleczeni z trudem wywlekli się na drugą stronę nurtu, po to, by ugrzęznąć w lotnych piaskach i znowu zapadać się w mokradłach, tym razem smrodliwych od siarki, brodzić wśród pękających rozgłośnie baniek i rozpalających się ogni.

– Czy ktokolwiek da radę przebyć takie piekło? – zrzędził dziesiętnik.

Żadnych śladów, oczywiście, nie znaleźli. Nie było widać, by ta droga prowadziła dokądkolwiek indziej niż do coraz większych trudów. Zatrzymali się na jakimś bagiennym ostrowie, wokół którego rozpętała się istna burza błędnych ogni i cmokających baniek rozsadzających się wśród odoru nie do zniesienia.

Prawie krzyczeli do siebie, a wtedy do gardeł dostawało się coś cuchnącego, co lepiło się do języka i podniebienia tudzież ćmiło w oczach.

– Zawracamy! – postanowił dowódca. Nie wierzył, by zaginiona królewna wędrowała takim szlakiem.

Oczekiwali, że powrót okaże się łatwiejszy, bo Norgador rad z ich upokorzenia, przepuści ich czym prędzej, by wyleźli na trakt.

Było jeszcze gorzej. Męka zakończyła się dopiero wraz z gościńcem, na którym znaleźli się niespodziewanie, za to ubłoceni, posapujący z wysiłku i przemoczeni do suchej nitki, słowem ledwie żywi.

Chwilę ledwie postali, a gdy spojrzeli za siebie, po przeklętej ścieżce ni ślad nie pozostał.

– Tegom właśnie oczekiwał – tonem nabrzmiałym od żółci przemówił dziesiętnik i kazał ruszać do obozu.

 

***

 

Rozstali się z dziesiątka Jagota. Życzyli sobie nawzajem szczęścia i pełni czarnych przeczuć zagłębili się w las. Nic, że tamtym niezadługo przyjdzie zrobić to samo. Im już.

Jeźdźców zrazu ogarnął półmrok, a po nim złowróżbne przeczucia, które nie opuszczały ich ani na chwilę. Podążali tak pośród cieni i trwożnej pewności rychłej śmierci. Jechali długo, bardzo długo, cienie się rozjaśniły, serca zwolniły. Już nie biły niespokojnie. Nic się nie działo. Może to najgorsza zapowiedź, a może wręcz przeciwnie. Droga wlokła się niemiłosiernie.

– Znowu na trakcie? – zdziwił się dziesiętnik, kiedy wynurzyli się z gęstwy, a jego woje otoczyli go ściśle.

Nie mogli pojąć, jak to się stało. Ale próbowali wykorzystać niespodziewaną sposobność.

– Wracamy do obozu? – spytali z nadzieją.

Lecz tuż obok otwierała się kolejna ścieżka. Wołała do siebie. Słyszeli jej posępny, wabiący głos. Tam krył się mroczny cień, a na samym końcu, niby lepka pajęczyna, śmiertelna zasadzka.

– Przed siebie!

Nie mieli wyboru. Nie po to zostali posłani, by umykać jak tchórze nim cokolwiek się zaczęło. Woje ruszyli z obawą. Bo co powie dowódca, albo reszta, gdy usłyszą odpowiedź na pytanie: jak było? Co powiedzą księciu, że droga ich znużyła, toteż postanowili wracać, by nabrać sił? Trali nie zrozumie. Gauso może tak, ale dowódca nad swym strachem umie zapanować, zaś później zacznie wyznaczać zadania łatwe i nudne. Jak to tchórzom. Choć złym słowem nie napomknie.

– My już… – sapnął któryś tchórzliwy. Myślał jak oni wszyscy.

Dziesiętnik nie pozwolił mu dokończyć.

– Milcz, zajęcze serce! My tu nie w pielesze przyszli, ale by królewnę ratować, naszą panią. A w potrzebie życie dać – spojrzał wokoło. – Taka wojacka dola!

A tak chciałby posłuchać, że już swoje zrobili, więc nie muszą nic więcej, bo ścieżka, co tak niespodziewanie się otwarła, zniknąć może bez śladu. A może to właśnie ta? Ta jedyna. Lecz w sercu mu coś przestrzegając, krzyczało, że ich ostatnia!

 

***

 

Jechali szybko, szukając swojej drożynki. Właściwa powinna znajdować się nie dalej niż o pół godziny od pobojowiska, nawet bliżej. Królewna z Islaminii popędzała wierzchowca, nie inaczej poseł i wojowniczka, zatem Jagot nie spodziewał się odnaleźć śladów zguby, choć w Norgadorze wszystko możliwe.

Woje śpiewali, on patrzył po wzgórzach, później za siebie i na zachód, gdzie nad rozległymi wodami świeciło słońce i skąd niósł się chłodny powiew, a czasem jakby szept. Wtedy serce upadało.

I tak jechali pospiesznie ze dwie godziny. Wyloty ścieżek w tym czasie spotykali kilkakroć. Lecz wszystkie po wschodniej stronie. Wzrok już ich mylił, imaginacja podpowiadała widoki, jakich nie było. Dalej nie ma po co pędzić. Gauso uznałby, że szukanie jakiejkolwiek ścieżki byle wleźć do lasu, to jednakże nadużycie rozkazów, a wódz potrafił dawać do zrozumienia, że nie jest rad, gdy nie był. Mało znający go głupki mieli go bowiem za wyrozumiałego. A on w istocie miał naturę kota, który pazurki ostrzy, by w czasie okrutnej zabawy raniły do krwi.

– Dość! – rozkazał Jagot.

– Wracamy? – ktoś podjął ochoczo.

Dziesiętnik w pierwszej chwili chciał zarządzić popas, ale wtedy Gauso obdarłby go ze skóry. Konie odpoczną w drodze powrotnej, niespiesznej, bo nie ma dokąd pędzić. Po drodze też się pożywią.

Znowu jechali ze śpiewem. I coś nazbyt długo nie dostrzegali żadnej ścieżki. O wiele za długo. Ale wreszcie wypatrzyli, a przy niej trzech jeźdźców. Jagot nie rozpoznał ich z dala, takoż i miejsca. „A jednak ktoś coś znalazł” – pomyślał. Dziwnie mało go to ucieszyło.

 

***

 

Zanurzyli się w otchłań lasu, a im dalej weń się zagłębiali, tym głębszy mrok ich otulał. Ciepły był, gruby, jak nieskąpa pierzyna, ale najbardziej duszny. Tam, u kresu dróżki, w najtajniejszych odmętach czekał złowrogi los. Jakże zazdrościli tym szczęśliwcom, którym przyszło poznawać zwykłe ścieżki Norgadoru. Wokół nich krążą bestie pokryte łuskami, z wielgachnymi rogami na łbach, posępne drzewa sięgają ku nim mocarnymi konarami, a ziemia co rusz zamienia się w młakę i wciąga wgłąb. Tamto wszystko pospolicie groźne.

Tu gorzej.

Wokoło wyniosłe pnie o szarej i siwej korze, rzadkie korony, tyle, że spoza tej rzadzizny nie widać ni skrawka nieba. Puszcza cicho szumi, ludzkie dusze upadają, bo za każdym razem, niczym sztormowa fala brzeg, tak ich szarpie okropna pewność. Zguby ostatecznej.

Podążali jednak ku swemu przeznaczeniu.

Rozkaz! Honor wojacki i takie tam rzeczy, o których najlepiej wykrzykuje się w gwarnej karczmie. Dobra rzecz tak pochełpić się przy piwku. Teraz czas zapłaty, którą uiszcza się najpierw z głębi strwożonych serc, a później bladych, starczych rąk, takich, co tylko drżą. Droga się dłużyła. Mało patrzyli na boki. Tam tylko nieruchome, czujne drzewa.

Mrok zapadł gęstszy.

„To kres” – pomyślał dziesiętnik i rozpacz go ogarnęła. Tak wydostał się wraz ze swą drużyną na otwartą przestrzeń. Otwartą na dwie strony, długą, dość szeroką linią.

Gościńca.

– Ależ my znowu na trakcie! – jakiś bystry woj spostrzegł, to, co innym umykało, bo umierali ze strachu.

– Czyżby?

– Nie mylę się. To trakt!

Inni powątpiewali, nie wierzyli w tyle szczęścia, ale dziesiętnik już nie. Czuł na sobie wilgotny powiew, prawdziwy i zimny, lecz nie ten dojmujący chłód, gdy słyszał ów niezrozumiały szept z zachodu, co nazbyt łatwo znajdował drogę do struchlałego serca.

Udało się. Ale w którą stronę teraz? Nie rozpoznawał miejsca.

Wojom zdawało się, że na południe, bo jakże inaczej? Ale on już na tyle rozumiał Norgador, by tak ich, jak i swoim przeczuciom zbytnio wiary nie dawać. Więc nie dał. Trzeba na północ, którą po tym rozeznał, że po lewej ręce miał ową przeklętą, ukrytą krainę, która dusze mroziła. Ci, którzy tam żyli, musieli być z lodu.

Podążyli w ciemnościach, bo te wkrótce zapadły i tak minęli pobojowisko, które poznali tylko po tym, że wilki wciąż się po nim włóczyły, szukając żeru. Bestie ledwie ludziom ustępowały, nie lękając się żelaza.

Wrócili, gdy wszyscy w obozie stracili nadzieję, że ich kiedykolwiek znowu zobaczą. Śmiertelnie umęczeni zwalili się jak jeden niczym nieczułe kłody, a przecież nie była to jakaś nadzwyczaj trudna wyprawa, ot taka przechadzka jak po zwykłym lesie.

 

***

 

Kazali badać, to badał. Rozkaz wykonać mus. Posuwał się jednak wolno i co rusz schodził ze ścieżki. Ludzie ciskali się, ale musieli słuchać dziesiętnika. Nie raz upadali, bo niepomiernie gęsto jakiś korzeń wysuwał się spod ziemi albo niespodziewanie otwierał się przepastny dół. Dookoła coś przemykało, pohukiwało i szeleściło, zbierały się cienie i duch upadał. Słowem, zwykłe, norgadorskie sprawki. Owszem, czuwał, miał dobry oszczep pod ręką, okuty solidnie przy grocie, a także strzały nagotowane. W większości pobłogosławione przez bogobojnych kapłanów. Bał się, rzecz jasna, to osławiona puszcza, ale tak umiarkowanie.

Niedaleko ujechali od traktu. Liczne konary zwieszały się nad głowami, przy szybkiej jeździe niechybnie wysadziłyby z siodła. Słusznie, po co się spieszyć, skoro wszystko mus zbadać?

Z daleka zobaczył potężne drzewo. Na oko buk, a taki, że w jego pobliżu inne wydawały się dziećmi, takie drobne. Olbrzym nisko zwieszał gałęzie nad ziemią, ścieżka szła akurat pod jego koroną. Ledwie wyjechali za tego giganta, gdy zobaczyli otwartą przestrzeń, polanę uczynioną ręką zbrojną w topór i ogień, a w jej środku siedem kopców rzetelnie obwiedzionych kręgami głazów.

Dziesiętnik sapnął.

– Tośmy w domu – oznajmił.

– To? – zdziwił się jego zastępca.

– Nie widzisz? Na oko poznasz, że dość świeże.

– Chyba nie – tamten chrząknął – za wiele ziela, by to było przed kilkoma dniami.

– Głupiś!

– Czemu to? – przyboczny pozwalał sobie na więcej, bo od innych był bystrzejszy, zatem bardziej potrzebny.

– Bo to Norgador!

– I cóż?! – wykrzyknął, ale sam sobie odpowiedział. – Tu każdy chaszcz szybciej rośnie.

– Trzeba posłać po Gauso.

– A może tymczasem napocząć te kopce?

– Taki z ciebie odkrywca? Wódz nie będzie rad, jak coś zepsujesz. Rozejrzymy się wokoło. Może znajdziemy jeszcze jakiś trop. Tak mi się zdaje, że się na pofortuniło.

Niejeden słuchając o takim szczęściu, spluwał przez ramię dla odegnania licha.

 

***

 

Gauso wolałby dopilnować pochówków. Nie godzi się ludźmi ciskać, szarpać i poniewierać, a kląć przy tym brzydko. Woje na przyzwoite obyczaje nie zważają, bo oni nie grabarze, zatem taka robota im nie w smak, tym niewdzięczniejsza, że odwiecznych wrogów trzeba grzebać z takim szacunkiem, jakby to rodzeni byli. Ponadto musiał zająć się obozem, zadbać o to, by rów wykopano odpowiednio szeroki, bo może zza wałów przyjdzie dać odpór, a na pewno wewnątrz obozowiska zmieścić tabory, które niedługo nadjadą. Przy tej robocie zastali go posłańcy z nowinami o dokonanym odkryciu. Westchnął, po czym ruszył do księcia, by zdać sprawę.

– Kopce? – podjął dziedzic Arvanionu.

– Wokół spalenizna, może to groby – podpowiedział Gauso.

– Księżniczki?

Woj myślał szybko, a w czasie marszu do dzielnego Traliego niejedno już sobie ułożył, zaś sprawę rozważył na kilka sposobów, co prawda nie w ten sposób, by dziewczyna miała leżeć pod siedmioma kopcami, to niedorzeczne. Jedno mu wychodziło. Chrząknął. Książę uspokoił się nieco, rygoru mu brakło, ale na polu bitwy dawał wyraz męstwu, dowodząc jak dobra płynie w nim krew, wojowników od pokoleń. Gauso z ukontentowaniem odnotował ową zmianę. Dobry materiał, tylko krawca trzeba umiejętnego, by go skroić.

– Otóż nie widzi mi się, mój panie. Na księżniczkę ruszyło siedmiu…

– Sześciu! – poprawił spadkobierca przemyślnego Mauglisa.

Gauso znowu chrząknął. Jemu raczej nie przerywano. Trzeba o wiele bardziej się postarać, by tego materiału nie zepsuć.

– Siedmiu czyhało na gościńcu, ścieżką podążyło sześciu, tu jeden łeb dał.

– W rzeczy samej!

Gauso bardzo nie lubił, gdy potwierdzano mu oczywistości, ale przypomniał sobie jak to ma być krawcem i prosząc Boga Jedynego o łaskę cierpliwości, ciągnął:

– Słowem, zależało im na niej. Gdyby mieli ubić, po co by tylu czekało? A jeśli odpowiesz mi, panie, że uciekinierów się spodziewali, to czemuż aż sześciu podążyło ścieżką za panią Earleen? Myślę, że wiedzieli, kim jest.

– Jakiś szpieg musiał być z Islamińczykami! – wykrzyknął na to Trali.

Woj wzruszył ramionami, bo tracił cierpliwość. Był szpieg albo nie było, ale napad wyglądał na zaplanowany, droga ucieczki obstawiona, a wędrowanie przez Norgador długie. Z lasu sto razy można było przypatrzeć się Islamińczykom i wyśledzić tę jedyną. Sam by tak zrobił, zatem dlaczego ktoś inny nie miałby? Oni ułożyli plan, wykonali go sprawnie, choć… Te kopce!

– Czyli wynika z tego – ciągnął tam, gdzie mu przerwano – że nie pojechało tylu, by ją w sześciu mordować. Raczej by pochwycić żywą.

– Ale kopce! Przypuszczasz, że groby?

– Nie ruszone jeszcze. Myślę, że tak.

– Czyje? – pytał książę. Oczekiwał natychmiastowej odpowiedzi na wszystkie wątpliwości.

– Sprawdzimy to, ale otharów było siedmiu w zasadzce – odrzekł wódz drużyny. – Jeden zginął na trakcie, o losie pozostałych wiemy tyle, że ruszyli za panią Earleen.

– I zabójcy ich pogrzebali? Coś mi się zdaje, żeś się bardzo zapędził, panie Gauso, choć takiś domyślny.

– Może tak być – mruknął woj. – Ale na gościńcu zwyciężyli. Znaleźliśmy wiele trupów, ale nie tyle, ilu było Islamińczyków. Reszta znikła. Myślę, że została uprowadzona.

– Przez zabójców otharów, którzy godnie grzebią wrogów?

– Nie sądzę, by wrogowie o to dbali! – wypalił dowódca. – Reszta dzikoludów dotarła na to miejsce… Lecz wszystkiego tam się lepiej dowiemy – wzruszył ramionami. – Po co gadać po próżnicy? Trzeba nam ruszać.

– To wydaj rozkazy! – polecił książę i się odwrócił. Zdawał się rozdrażniony.

Gauso porzucił nadąsanego młokosa, sprawnie wszystkim rozporządził. Wziął setkę wojów i kazał ruszać. Trali oczywiście dołączył.

– Ale myślisz, że tam nie ma Earleen?

– Nie – odparł dowódca.

Myślał, co myślał. Wiedział, że przy kopcach dowie się więcej, ale teraz już jednego był pewien, że przenigdy nie chce być krawcem! Niech kto inny obrabia ten kosztowny, królewski materiał.

 

***

 

Żołnierze pod rozkazami Gauso nauczyli się sumiennie wypełniać naznaczone obowiązki. Byli skuteczni i sprawni, cenili sobie swój fach. Przekazywali treściwe wiadomości, nie gadali po próżnicy, rozumieli jakie ich miejsce, wiedzieli też, czego potrzebuje ich wódz, by wszystko ogarnąć. Zatem on był rad, a będąc przy tym żołnierzem z krwi i kości, choć małego powołania, ale o wszystkim donosił księciu. Czemu Trali dziwił się niezmiennie.

Sam bym słówka skąpił.

Ze swej strony dziedzic Arvanionu nauczył się już po kilku dniach nie cierpieć tego zawołanego woja i tegoż oczekiwał w zamian, zatem prędzej spodziewałby się, że wódz da zginąć wszystkim, że zatraci wyprawę i siebie samego, niż spełni swoją powinność.

Z daleka dojrzeli potężnego buka, pod którym siedział dziesiętnik. Ów ledwie ich zobaczył, skoczył w ich stronę. Gauso wiedział w czym rzecz, toteż zatrzymał oddział. Skinął na kilku.

– Czy pójdziesz z nami, dostojny panie? – zwrócił się do księcia.

– Tak.

Gauso zeskoczył z konia, a za nim dowódca setki, którą wzięli ze sobą. Konieczności dreptania piechtą dziedzic Arvanionu nie zrozumiał i w pierwszej chwili nie zamierzał naśladować drużynników. Był wszak nie byle kim, przyszłym królem. Lecz woj z naprzeciwka na koniu nie siedział, maszerował, zaś ten cały Gauso niczego nie czynił bez zastanowienia. Trali rad nie rad, poszedł w ślady tego wojaka, choć czuł się przy tym jak głupek.

Spotkali się w pół drogi.

– Tak myślałem, że wyjdę naprzeciw, by śladów nie deptać więcej niźli konieczne.

– Słusznie – przytaknął Gauso. – Może coś odkryjemy.

Trali poczuł się jak jeszcze większy głupek.

– W pięciu zostaliśmy – tłumaczył dziesiętnik. – Jagot tu przybył ze swymi i podążył dalej ścieżką, by zbadać co i jak. Mówił, że szczęście mu dzisiaj sprzyja, więc grzech z okazji nie skorzystać. Spodziewa się wrócić z pełnymi rękoma.

– Dałby Bóg. Tymczasem my tutaj róbmy swoje. Oprowadź nas po tym żalniku. Powiedz co znalazłeś. Jak dotąd to jedyny ślad.

Dziesiętnik okazał się konkretny. Ostrożnie zbadał okolicę. Znalazł pieńki po ściętych drzewach, niemal niknące w oczach. Porastające zielskiem. I w zasadzie nic ponadto. Norgador upominał się o swoje i zacierał ślady intruzów. Tylko te kopce, chronione przez kamienne kręgi, rzucały się w oczy.

Pniaki obejrzeli, więcej nic nie zobaczyli, a później nie było wyboru, musieli do ziemnych usypisk.

– Przyjdzie nam rozkopać – zaczął Gauso.

– Nie podoba mi się to – westchnął setnik. – Jakieś złe niechybnie się przyplącze.

Książę obrzucił go gniewnym wzrokiem.

– Ty nie będziesz musiał – postanowił wódz drużyny.

– A czemu to? – syknął Trali.

– Założymy drugi obóz w pobliżu tej ścieżki, mój książę, ale bliżej Arvanionu. Miejsce jakby odpowiednie. Może i lepsze od poprzedniego.

– Nie szkoda sił? – Trali na każdą rzecz patrzył z jej gorszej strony.

– Szkoda, ale drugi obóz może się przydać. Zatem – Gauso zwrócił się do setnika – weźmiesz siedem dziesiątek i zaczniesz pracę. A my tu tymczasem zbadamy sprawę. Spodziewam się znaleźć kilka odpowiedzi na moje pytania.

– Ludzi wystarczy? – spytał setnik.

– Aż nadto. Potrzebuję po trzech na każdy kopczyk, raz, by sobie nie przeszkadzali, dwa, by się nie umęczyli. Mam po pięciu – wyjaśnił synowi mądrego Mauglisa, po czym zwrócił się do drużynnika. – Ruszaj już! Czas drogi, a dzień w Norgadorze bezpieczniejszy od nocy, dlatego do zmroku musimy sprawić się ze wszystkim.

Wyznaczył po pięciu na grób, zostawiając sobie tylko dwóch kompanów, jednego długorękiego, o oczach bystrych, wysokim czole, a rysach jak u panny, w drugim Trali rozpoznał medyka, do którego osobiście nie znał i nie budził w nim przesadnego zaufania, ale który dowódcy drużyny nadzwyczaj przypadł do gustu. Razem chodzili od wykopu do wykopu. Książę patrzył na prężące się mięśnie i liczył tracony czas. Godziny leciały, które owocniej można byłoby spożytkować. Nudził się niewyobrażalnie. Pytał też sam siebie: „Czemu to wszystko ma służyć i jaką wiedzę zdobędziemy, bo skoro księżniczka tu leży, to jako trup, a jeśli nie, to ścierwa nie przemówią, bo nikt magów w drogę nie zabrał. W Arvanionie ostatnio coś ich niedobór, odkąd Mauglis nakazał wszelkim czarnoksiężnikom praktyki obmierzać obłupianiem żywcem ze skóry”.

– I co myślisz? – Gauso spytał swego długorękiego kompana.

– Ja od miecza. Ty jesteś myśliciel.

– Nie bocz się już na mnie, Eterelu.

– Ja? Słusznie, żeś mi szarżę odebrał, jeszcze miałby ktoś do ciebie żal, a tego bym nie zniósł. Znasz mnie. Wielkość dostrzegam, to dla siebie słusznie nie chcę nic. Należało mi się. A mi za jedno, czy jestem setnikiem, czy pachołkiem! – ze śmiechem wyrzucił z siebie woj. – O głupstwa nie chowam urazy – machnął ręką. – Co tu robimy, bo dziewki, przecież nie znajdziesz?

Za tę „dziewkę” książę, by go utopił, lecz za pytanie uściskał.

– Najpierw ślady zbadamy.

– Wiele ich nie widać. Kiep pomiarkuje. Pewnie znajdziesz samych truposzczaków. Ale to wiesz. I tego się właśnie spodziewasz. Przesadzasz z tym szukaniem rady u mnie, bo ja mogę zapytać, po co te wykopki?

– Dla pewności.

Eterel wzruszył ramionami na znak, że on takowej nie potrzebuje. Wystarczy, że ma druha, który i tak wszystkiego dawno się domyślił. Bo taki już on.

– Panie! – zawołał jeden z dziesiętników.

– Mamy coś! – inny krzyknął z drugiej strony.

– Powoli! – nakazał Gauso.

Kolejni też się odzywali. Zaczęto oglądać znaleziska. Przede wszystkim tłumoczki z barwnych tkanin, które ukazywały wewnątrz kości poczerniałe po spaleniu. Gauso polecił rozszerzyć wykopy, by niczego nie pominąć, ale zachowywać jednocześnie szczególną ostrożność, by nie uszkodzić żadnego znaleziska. Cieszył się jak dziecko, gdy reszta jeszcze przez godzinę się mozoliła, by wreszcie mógł uznać, że wszystko, co miało zostać odkryte, zostało odkryte.

Wyniesiono kości złożone w barwnych tkaninach, poza tym długie sztylety i pierścienie z czarnymi kamieniami oraz rogi do picia okute srebrem, a także wielkie orzechy nierozpoznawalnego rodzaju wypuszczające odrostki.

– To wszystko.

Nie było tego aż tak wiele. Nic dla złodziei grobów. Gauso przywołał Eterela i medyka, wspólnie rozłożyli znaleziska, pilnując przy tym, by nie pomieszać ze sobą przedmiotów i kości wydobytych z różnych wykopalisk. Byli rzetelni, cierpliwi, mówili do siebie, choć nieczęsto, jak to ludzie, których od dawna złączył wspólny fach. Niezwykła wręcz zgodność. Książę z początku usiłował dociec w czym rzecz, ale nie na długo starczyło mu cierpliwości, wkrótce dołączył do reszty wojów, rozsiadłych po tym, jak ich praca dobiegła końca. Oni czekali, posilali się, poprawiali oręż, rozprawiali o sekretach Norgadoru, nie okazywali zniecierpliwienia. Naczelnik wie. Trali gotował się w środku.

– Mój panie – po przebadaniu znalezisk Gauso wrócił do księcia – wiemy już wszystko.

– Zatem zdradź mi, gdzie księżniczka?

Dowódca zakłopotał się, podrapał po głowie, chrząknął. Spojrzał ze zdumieniem.

– Tego nie wiem, lecz mogę wyjaśnić to, co stało się tutaj. Tak myślę. Lecz wcześniej trzeba byśmy tym kościom – wskazał na szczątki – sprawić godny pochówek.

– To dzikoludy?

– Niewątpliwie.

– I chcesz godnie grześć tych morderców, wrogów rodzaju ludzkiego? – syknął spadkobierca Mauglisa.

– Zostali pochowani przez swoich – zauważył wódz drużyny. – Wolałbym nie bezcześcić ich szczątków.

– Naszych zostawili na żer ścierwojadom!

– Czy my tacy jak oni? – odparł na to woj.

– Na nic lepszego nie zasługują!

– Może to i prawda. Lecz oni obcego rodzaju niż my. Kto wie, jakie zło ściągniemy na siebie, jeśli pohańbimy te kości? I Norgador tu. Nieznane nam jego prawa. Niewątpliwie jakaś magia, która niekiedy dławi mnie w środku. Wolę niczyjego gniewu nie wywoływać i wszystko zostawić w takim stanie, w jakim zastałem. Jeśli godnie pogrzebiemy te kości, to duchy nie będą życzyć nam zła i nie pójdą za nami, by szkodzić.

– Duchów się nie lękam! – Trali zazgrzytał zębiskami.

– Ale twoi ludzie tak, mój panie.

– Rób co chcesz! – syknął książę.

Gauso pamiętał w jaki sposób spoczywały szczątki. Uważny był. Orzech kładł pod materiałem, pierścień u góry, sztylet z drugiej strony, róg z trzeciej, tak że wspólnie z pierścieniem tworzyły trójkąt. Przywołał swoich i odmówił krótką modlitwę, po czym nakazał zasypać doły. Kończyli już z tymi kopcami, obwodząc je kręgami kamieni, gdy od ścieżki wiodącej na zachód dobiegł zgiełk. Woje poderwali się i sięgnęli po broń. Coś pędziło. Górą przede wszystkim, bo poruszało koronami drzew. Od zachodu naciągał mrok. Ale wcześniej dostrzegli dziesiątkę Jagota, która mknęła ile sił w wierzchowcach. Uciekinierzy dopadli do kompanów, dowódca osadził rumaka.

– Uciekajcie! – krzyknął.

Wszystkich poderwał. Drużynnicy dopadli do koni i nie popędzając ich, bo zwierzęta rwały same z siebie, rzucili się w stronę traktu. Na zakręcie Trali obejrzał się za siebie, towarzyszyło mu kilku wojów i Jagot, który postanowił strzec następcę tronu.

– Gauso został – zmartwił się dziesiętnik.

Dowódca drużyny nie uciekł ze wszystkimi, ale też nikogo nie zatrzymywał. Nawet Eterela. Jego nie musiał. Woj, który w swoim czasie nie bał się skrzyżować miecza z samym Burganim, nie lękał się też byle cienia na niebie, tym bardziej takiego, który się kłębił bezkształtnie. Chrząknął jednakże.

– Dlaczego nie wiejemy?

– Za późno.

– Jagotowi dotąd się udawało.

Ale Gauso milczał. Eterel z westchnieniem wyciągnął miecz.

– To nic nie da – przestrzegł wódz.

– Wiesz, że łatwiej mi rękę obciąć niż oręż odebrać, dlatego mimo wszystko spróbuję – odparł woj i podniósł żelazo nad prawe ramię.

– Magii tak nie ruszysz. W czym innym nasza nadzieja.

– Ale tego przecież nie wyjawisz, znam cię. To żelazo potrzymam dla otuchy.

Trali zobaczył jak do tych dwóch zbliża się ściana cienia, płomieni, błysków i splatających się pasm, giętkich niby macki mgły, choć całkowicie nieprzenikalnych. Ta nawała wzniosła się wyżej niż drzewa i zawisła nad dwoma śmiałkami, trochę na podobieństwo węża czającego się na małą myszkę. Ze ściany mroku wysunęły olbrzymie skrzydła i zaczęły okrążać parę ludzi stojących przy grobowych kopcach.

Trali patrzył jak urzeczony, wsłuchiwał się w szmer i pogłos nierozróżnialnych dźwięków, w których pobrzmiewała groźba. Czekał aż pochłonie śmiałków. Lecz skrzydła się zatrzymały. Wydało się, że kamienne kręgi ułożone wokół mogił otharów rozbłysły światłem, a ziemia pomiędzy nimi poruszyła się. Musiał na chwilę zmrużyć oczy, a gdy je otworzył, zobaczył jak kurtyna cienia cofa się, ognie w niej się rozpraszają, natomiast błyskawice gasną. Wkrótce też zawierucha przeminęła zupełnie, tylko z dala doleciał jakiś żałosny głos, po czym powiało chłodem. Dziedzic Arvanionu spiął konia i skierował go w stronę dwóch wojów. Za nim podążyła reszta jego towarzyszy.

– Czy wiesz co to było? – Trali zwrócił się do wodza drużyny.

Ten chrząknął, potarł po karku. Uśmiechnął.

– Mało brakło a nasza śmierć.

– Jesteś czarownikiem?

– Nie, mój panie.

– Ale powstrzymałeś to.

– Gdzieżby! To same othary.

– Dzikoludy? – zdumiał się dziedzic Mauglisa.

– Czułem jak przy mnie stanęli – wtedy sapnął Eterel. – Wielcy wojownicy, z którymi na pewno wolałbym się nie mierzyć. Ale opowiedzieli się po naszej stronie.

– Dobrze, żeśmy ich godnie pogrzebali – mruknął któryś woj.

Gauso milczał.

– W drogę! – rozkazał wreszcie. – Nic tu po nas.

 

***

 

Podczas drogi do traktu Gauso wezwał Jagota i kazał przedstawić wszystko, co jego podwładny znalazł.

– Właściwie nic – odpowiedział dziesiętnik.

– Zatem przed czym uciekałeś?

– Trzeba by od początku.

– Zaczynaj.

– Długo mało co się działo. Ściśle, nic. Wiesz, jaki bywa Norgador. Dla nas okazał się obojętny. Ot bór, jakich wiele. Jechaliśmy radzi, że ktokolwiek coś znalazł, bo my dotarliśmy gościńcem daleko na północ, nie znajdując ni jednej ścieżki na zachód. Głupio wycofywać się z niczym i marnym tłumaczeniem, że w Norgadorze o pogubienie dróg łatwo. Klęska boli. Wróciłem, znalazłem posłańców, poszedłem ich tropem, a później dalej. Myślałem o tym, co znaczą te kopce i zdały mi się grobami. Chyba nie chybiłem w swych domysłach?

– Nie chybiłeś.

– Przekroczyliśmy kilka strumieni, wspięliśmy się na jakieś pagórki. Słowem nic znaczącego i wartego zapamiętania. Jeśli mnie spytasz, czym zbudziliśmy gniew Norgadoru, odpowiem, że nie wiem. Może po prostu tym, żeśmy ludzie, a ten las nienawidzi wszystkich obcych? On skory do gniewu. Nie znamy praw tej krainy. Żyjemy obok tej puszczy, nie wiedząc o niej nic, a to niezwykłe knieje. Nigdzie nie ma tyle magii co tu. Wszędzie słaba niby cień, tu silna, jakby miała w tych borach swe gniazdo. Trzeba nam maga, Gauso i to prawdziwego.

– Najjaśniejszy Pan którego ze skóry nie obdarł, to wygnał. W Arvanionie nie znajdziemy żadnych. Wracając do rzeczy, na koniec coś zobaczyłeś?

– W rzeczy samej. Myślisz, że to wywołały ową furię?

– Kto wie.

– Ty wiele rozumiesz. Po co nam mag, skoro mamy ciebie?

– Nie dworuj sobie – Gauso upomniał wojaka.

– A jakże – Jagot wrócił do opowiadania. – Zmierzaliśmy w stronę tych grodów, co to zdają się być ze złota. Słońce nad nimi świeci i woda chyba wokoło nich. A może co innego… Głośniejsza mowa się odzywała. Wiesz, ta co to brzmi niby szept mrożący serce. Mało po ludzku gadają tamtejsi. Chyba wolałbym za wiele z nimi nie mieć do czynienia. Ale nim mogłem naocznie przekonać się o ich wymowności i bogactwach ukrytych krain, wcześniej ujrzałem wieże na wzgórzach. Nic więcej, tylko wieże.

– Jak wyglądały?

– Takie strażnicze. Potężne, to trzeba przyznać. Na taką jedną patrzyłem, co miała strzaskany szczyt, a i tak wyrastała prawie na sto łokci. Wtedy się zaczęło. Ktoś spadł z konia i rękę sobie połamał, inny zaplątał się w chaszczach, jakich przedtem nie było. Ziemia się rozstąpiła, buchnęła para i siarkowy odór. Coś zaczęło się zbliżać. Nie czekaliśmy. Daliśmy drapaka. Później było jeszcze gorzej. Myślisz, że ta wieża coś znaczy?

Gauso wzruszył ramionami.

– Dowiemy się, jeśli dotrzemy do niej.

Tymczasem znaleźli się na trakcie. Skierowali się na północ, gdzie zakładano kolejny obóz, a który to dowódca chciał zobaczyć na własne oczy. Stamtąd posłał do południowego obozowiska po dziesiętników dowodzących pozostałymi podjazdami. Musiał też rozmówić się z księciem.

Trali czekał. I to długo, a od dawna się burzył.

Gauso odnalazł Eterela.

– Rozmówić się trzeba z miłościwym panem.

– Taka rola wodza – przytaknął prosty woj.

– Ty też byłeś przy badaniu.

– Weź medyka.

– Czemu nie ciebie?

– Nie lubię naszego książątka – bez wahania wypalił Eterel. – Pewnie bym się nie powstrzymał, język by zapiekł, jak to zwykle i bym grubo odszczekał. A z tym paniskiem trzeba politykować. A ja go nie lubię.

– I ja go nie kocham.

– Tyś wódz.

– Mówiłeś to już.

– Nie lubię go.

– I to też słyszałem.

– Politykować nie umiem z tymi, których nie lubię.

– To wezmę medyka.

– I ja mam swoje sprawy.

– Nie chlej na umór! – przestrzegł wódz.

Druh odwrócił się i poszedł wielce rad z siebie samego. Niedaleko musiał. Prace przy obozie szły szparko, lecz nie wszyscy równie się trudzili. Znalazło się kilku takich, którzy potrafiąc opróżniać manierki, dbali o to, by nigdy nie pozostały pustymi. Gadali wiele, w spokoju ich zostawiano. Przywitali głośnego woja, który kiedyś z samym Burganim skrzyżował klingi, a którego od tamtego czasu złowrogi wódz wspominał jako nadzwyczajnego fechtmistrza. Nie bez racji jak gadano. Właśnie ten nieustraszony szermierz stanął naprzeciw ciemności i ją przegnał.

– Jakże to było? – pytali ciekawi, gdy po kilku łykach za zdrowie, swoboda stała się większa.

– Tak było, że othary nas wsparli.

– Co mówisz?

– Duchy ich przy nas stanęły. Rosłe, świecące i silne.

– Święcące, co powiadasz?

– Jako ogień.

– Nie bałeś się, że duszę ci wydrą?

– Bałem się i nie. Dobrze nam życzyli. Dzięki Gauso, oczywiście, który nakazał pogrzebać ich godnie. Ale byli obcy. Szeptali coś i grozili ciemności. Nie rozumiałem ich wcale.

– Pewnie dlatego, że to nie nasz rodzaj.

– Ani chybi – zgodził się Eterel.

 

***

 

Dziedzicowi Arvanionu należała się rzetelna relacja, zatem Gauso szczegółowo opisywał grobowe znaleziska. Starał się niczego nie pominąć. Stąd określił kształt i położenie przedmiotów znalezionych przy szczątkach otharów. Chciał, by Trali zyskał własny ogląd, nim zapozna się z cudzymi domysłami, bo tych dowódcy drużyny nie brakowało. Książę milczał. Opisywanie znalezisk nudziło go, przecież sam je widział, on życzyłby sobie wniosków na samym początku.

– Otóż, co z tego wynika, moim zdaniem – zastrzegł Gauso i na chwilę zawiesił głos, ale wywód nie został mu przerwany – a dodam, że uzdrowiciel też przychyla się do mego zdania.

Medyk przytaknął. Dotąd nie powiedział ni słowa i nie zamierzał tego zmieniać. Natomiast Trali się gotował.

– Rzetelnie zbadaliśmy kości otharów – ciągnął wódz. – Siedmiu ich było, tylu, ilu czekało na królewnę z Islaminii. Dziwnym by się okazało, gdyby to byli jacyś inni. Zgodzisz się ze mną, panie?

– Wywód zdaje mi się rozumny, ale oczywiście nie masz dowodu, że to ci sami?

– Rozumowanie tylko i ślady. Znaleźliśmy takie na kościach. Jeden z zabitych stworów nosił takie, które zdały się pochodzić od oręża wojowniczki i barona Magarda.

– Spalenie ich nie zatarło?

– Nadmieniałem już o tym, kiedy przedstawiałem znaleziska – odparł Gauso i skrzywił się nieco, bo dwa razy o swych odkryciach mówić nie lubił. Albo ktoś słucha, albo jednym uchem wpuszcza, a drugim wypuszcza. Źle z kimś takim się zadawać. – Kości otharów mocne. Tkanki spłonęły, ale piszczele i kręgi prawie nietknięte, choć poczerniałe, stąd ślady dobrze widoczne. U jednego rany liczne i rozmaite, pozostali…

– Zatem zabił ich mag?

Gauso nieco się zniecierpliwił.

– Mój panie, nie powiedziałem przecież, że całkiem brak uszkodzeń! Mało ich po prostu. Tego jednego othara rozpoznaliśmy po licznych ubytkach. Ciężką miał śmierć. U pozostałych tego nie wypatrzyliśmy, ale obydwaj się zgodziliśmy z Deutrim – zwrócił się na chwilę do medyka, który tak łbem machał, jakby kości mu wymiękły – że uszkodzenia świadczą o śmiertelnych ranach. W trzech przypadkach wyglądających na zadane grotami, pewnie strzał. W trzech od miecza, w tym raz odcięta głowa. Ktoś, kto dzikoludów pozabijał, wyjątkowo znał się na rzeczy.

– Skąd wiesz, że jeden?

– Prawda, mogłoby być ich więcej, ale raczej niezbyt liczny oddział, bo wtedy czemu nie stawiliby czoła reszcie otharów?

– Skąd…

– Bo ktoś pogrzebał tych siedmiu! – gwałtownie objaśnił Gauso. – Godnie i zdaje się z otharowym obyczajem. Nie sądzę, by uczynił to zabójca. Dziwne by to było bardzo. Choć dziwne jest i to, a także straszne, że znalazł się ktoś, kto tych sześciu pozabijał tak łatwo jak stary woj niedorostków.

– Z zasadzki nietrudno.

– Jeśli tak, to tylko trzech. Pozostali zginęli od ostrza. Jeden z uciętą ręką i smagnięty przez plecy, drugi przeszyty na wylot, trzeci pozbawiony głowy. Każdy nieco inaczej. Rzekłbym, że zrobił to jeden człowiek, ale dowodów nie mam, no i mało tych ciosów. Mniej niż Magard i wojowniczka. Kto to był?

– A jednak zabójców mogło być więcej.

– Dziesięciu? Nie, bo wtedy wszystkich by powystrzelano. Po co ryzykować starcie mieczem? Nie więcej niż trzech, bo wtedy każdy z ciętych mieczem, pewnie dostałby i strzałę. Bardzo umiejętnie strzelano.

– Dobrze, ale co dalej?

– Dalej, mój panie?! Jest ktoś mocniejszy od tych stworów, jakiś ukryty wojak, w którego to mocy znalazła się królewna Islaminii.

– A gdzie jest?

– Jedyny nasz ślad to ta ścieżka.

– I wieże na wzgórzach. Pewnyś, że ona nie w rękach otharów?

– Oni odeszli z niczym! – Gauso gwałtownie uciął głupie domysły, wszak raz odrzucone.

– Zatem, zatem… – zaczął książę i zrozumiał, że nie wie co robić, a mimo to żadnych rad nie potrzebuje.

 

***

 

– Dowódco! – Gauso został obudzony przez woja ze straży. – Kazałeś – usprawiedliwiał się podwładny, bo noc wciąż była dojrzała.

– Mów!

– Wróciła ostatnia dziesiątka.

Gauso ucieszył się.

– Wszyscy żywi?

– Tak, ale okrutnie umęczeni.

– Widziałeś ich?

– Tak, ledwie co. To znaczy po tym jak tu dotarli, do obozu.

– Nic nie znaleźli?

– Nic, dwukrotnie za to wstępowali na ścieżki, a żadnej nie przecięli!

– A powinni, prawda? Ale Norgador…

– Tu inaczej, wrogie pustkowie.

Gauso się roześmiał.

– Jak na pustkowie, dziwnie tu tłoczno, a to od otharów, a to od ich zabójców.

– Nas pewnie by pozabijali, choć zapewne w końcu i tak drzewa to uczynią. Ten las nie kocha ludzi.

Dowódca roześmiał się ponownie.

– O nie, żyjemy przecież! Póki co, ledwie nas dostrzega. I wolałbym, żeby tak zostało do końca.

– Dowódco – woj się zawahał. – Słyszałem co znaleźliście i słyszałem, że książę nakazuje wyprawę ścieżką Jagota, tą do wzgórz.

– Tak, to jedyny nasz ślad.

– Znajdziemy tam panią z Islaminii?

– Kto wie. Książę wierzy, że ona czeka na niego u końca tej ścieżki. Dałby Bóg… Ale idź już i tyś zmęczony.

Odprawiony wojak poszedł. Sam dowódca wyszedł na zewnątrz namiotu. Już się jako tako rozczmuchał. Płonęło kilka niewielkich ognisk, a przy jednym drużynnicy zdawali się bardziej ożywieni. Ruszył tam. A jakże, tak jak się domyślał, na miejscu zastał Eterela opowiadającego o tym jak to dzikostwory powstali z grobów i pomogli odepchnąć ciemności. Jak zacisnęli mocne dłonie na rogach w lewej ręce, które zamieniły się we włócznie, zaś prawe na sztyletach, a one stały się oburęcznymi mieczami. Jak on razem z nimi wzniósł broń i rzucił wyzwanie złu. I wszystko rozumiał, bo wtedy był jednym z nich. Prawie nikt już go nie słuchał, a on nie zważając na nic, wciąż opowiadał to samo.

Gauso nakazał dwóm wojom podeprzeć tokującego, bo bohater ledwie trzymał się na nogach. Doprowadzili go do posłania. Eterel padł jak kłoda.

„Dobrze” – pomyślał dowódca, lecz druh nie zasnął jeszcze.

– Byłem wtedy z nimi. Byłem – powtarzał. – I już taki zostanę.

Gauso roześmiał się. Kolejny raz tej nocy. A dziwnie mało go ona przerażała. To następnego dnia się lękał.

– To były trupy, przyjacielu.

– Jak ja, jak ja – powtarzał Eterel, ale coraz ciszej. Wreszcie zasnął.

– Pijany w trupa! – ponownie roześmiał się dowódca, po czym zaczął modlić się gorąco do Boga Jedynego, by miał go w opiece, jak i tych wszystkich ludzi, nad którymi powierzono mu komendę w tym lesie, którego praw nie znał, a których złamać nie chciał, by nie sprowadzić sobie na kark śmiertelnych wrogów. Bo cała ich nadzieja, że takich jeszcze nie zyskali.

 

***

 

Ruszył z setką żołnierzy. Pozostali wciąż zajmowali się umacnianiem obozów. Trudności zaczęły piętrzyć się od samego początku. Ledwie minęli groby otharów, przed którymi Eterel demonstracyjnie wyciągnął miecz na znak pozdrowienia, a wyprawa natknęła się na bagno. Gdy je przebyto, ścieżka prawie zanikła. Z trudem przebijano się przez gęstwę, by później zagubić się pośród labiryntu skał.

Książę przywołał Jagota, Gauso przysłuchiwał się jak woj najpierw jest łajany za niepowiadomienie o trudach, dopiero później wypytywany. Dziesiętnik miał do powiedzenia raptem tyle, że jemu zwiad udał się aż do wzgórz z wieżami. Dowódca słuchał, zaś później do niczego się nie wtrącał, tylko dawał baczenie na lampę, która miała palić się przez połowę dnia. Gdy zgasła, rzekł księciu, że trzeba nakazać powrót. Trali się wściekł, ale nic więcej nie dokazał. Zawrócono.

Powrotna droga okazała się równie niewdzięczna, choć tym razem ścieżka wiodła ich w całkiem odmienne ustronia. Trali w tym czasie do nikogo się nie odezwał, póki, tuż przed zmierzchem nie wrócili do obozu. Wtedy rozkazał, by kolejnego dnia się gotować na następną wyprawę.

Tym razem ruszyli mniejszą gromadą. Poszło sześć dziesiątek. Książę uznał, że takie siły wystarczą w zupełności, tym bardziej, że każdy dzierżył pobłogosławiony oręż. A mniejsza liczba miała wędrować szybciej.

Tak też było.

Trali cieszył się ze swej przemyślności, dopóki nie natknął się na rozdroże. Po prostu krzyżowały się dwie ścieżki. Przywołał Jagota. Gauso znowu w milczeniu przysłuchiwał się odpytywaniu dziesiętnika, który wyjaśniał, że gdy on wędrował pierwszy raz na żadne rozdroża się nie natknął. Po postu jechał przed siebie.

– Mam dość słuchania o tych wzgórzach, których dotąd nie widziałem ani razu. Gdzie one są?! – wykrzyknął dziedzic Arvanionu.

Nikt mu nie odpowiedział.

Na próżno się wściekał.

Kazał ruszać dalej. Środkową.

Jechali długo bez przeszkód aż znowu natknęli się na kolejne rozdroże. Tym razem spadkobierca Mauglisa nikogo nie przesłuchiwał. Po prostu wybrał środkowy szlak. Powtarzało się to jeszcze dwa razy, nawet się nie zastanawiał, aż zrozumiał, że za każdym razem wraca w ten sam zakamarek. Bo choć drobiazgi się zmieniały, to już rozpoznawał co bardziej znaczne drzewa. Wybrał zatem szlak prawy, by jeszcze szybciej wrócić na rozdroże, później zaś lewy, który go wywiódł na gościniec niedaleko pola bitwy. Lecz wtedy zaczęło zmierzchać, zatem ze złością nakazał popas.

Kolejnego dnia w wyprawie wzięły udział tylko cztery dziesiątki. Żeby w drodze nie marudzić. Arvaniończycy nie dotarli nawet do grobów otharów, gdy ogarnęła ich mgła gęsta niby mleko. Na dwa kroki ledwie widziano, a ilość rozdroży niepomiernie wzrosła. Trali miotał się, ale nic nie mógł zdziałać, bo sam mało co widział, a by czegokolwiek się wywiedzieć, musiał wzywać wojów przed swe oblicze, bo mgła tak tłumiła głosy, że słyszał wyraźnie tylko tego, kto znalazł się nie dalej niż o trzy kroki.

Próbował jednak, aż wreszcie dotarł na jakąś polankę, gdzie gęste opary nieco się przerzedziły, a tam stwierdził, że zaginął jakiś woj. Nakazał poszukiwania, po których brakło już dwóch. Zawrócił do traktu, a gdy doń dotarł, brakowało trzech. I nikt, kogo wypytywał, nie umiał mu powiedzieć co się z nimi stało, za to przerażone głosy powtarzały jedno: Norgador, Norgador.

Wrzeszczał, by dodać ludziom odwagi, ale to nie pomagało. Wezwał dowódcę drużyny i oznajmił, że zarządza dzień odpoczynku, po czym zaszył się we wzniesionym dlań namiocie i już z niego nie wychodził. Bo i po co? Nie miał tu ni jednego druha, by się doń odezwać. Tu jeden w drugiego, sami oporni!

 

***

 

Gauso pojawił się w namiocie książęcym, by zdać relację. Usiadł, bo tak mu nakazano, ale wina nie tknął. Trali raczył się nim obficie. Oczy mu błyszczały.

– Posłałem zwiad – oznajmił woj.

– Twoja rzecz. Ty się tym zajmujesz.

– Trzeba zbadać okolicę. Zaniedbywaliśmy tego dotąd, a może znajdziemy inne ślady.

Trali nie słuchał. Podniósł się gwałtownie.

– Wyjdźmy stąd! – wykrzyknął.

Milczał w czasie drogi, a ona zawiodła ich na plac, na którym ćwiczyli drużynnicy. Książę przyglądał im się długi czas.

– Są sprawni – pochwalił.

– Wybrani z najlepszych.

– To i my dołączmy.

– W robieniu mieczem każdy z nich bieglejszy ode mnie, mój panie. Nie będziesz miał ze mnie wielkiego pożytku.

– Odmawiasz?

– Jak każesz, książę.

– Stańmy zatem – ucieszył się Trali, po czym sam raźno skoczył po ćwiczebne miecze i tarcze. – Poszermujemy nieco.

– Jak wola.

– Może się rozczmucham.

Trali przed walką, jak zwykle odczuł miłe mrowienie. Znał się na tym, toteż najpierw rozciągnął ręce i nogi, później lekko zamachał mieczem, zastawił się tarczą, wreszcie pewien własnego ciała, że go nie zdradzi, wskazał wojowi miejsce. Na tegoż patrzył jego druh, ten długoręki, urodziwy o pańskim, dumnym wejrzeniu. Przerwał swoje ćwiczenia, pozostali udawali, że ze sobą szermują.

Na początku książę sprawdził na ile stać rywala. To wódz drużyny, powinien biegle znać swój fach. Uderzał pewnie, wprawnie zasłaniał się tarczą, nogami robił do rzeczy. Ale już po kilku złożeniach syn Mauglisa wiedział, że nie ma do czynienia z żadnym mistrzem. Ot, zaledwie z takim, który opanował kilka niezbyt trudnych kombinacji ciosów i uników, wykonując je odruchowo. I nic ponadto. Spróbował czegoś trudniejszego i od razu z powodzeniem. Złapał Gauso w wypadzie i bez najmniejszego kłopotu wybił mu miecz.

– Podnieś! – zarządził natychmiast.

– Mój panie… – tamten chciał się tłumaczyć.

– Walczmy! – pospiesznie nakazał przyszły pan Arvanionu.

Zaatakował, jakby był jakimś sztormem, rozhukanym morzem szarpiącym brzeg, który musi podmyć i zwalić. Machał mieczem, okrążał przeciwnika i spychał go, aż mocno bijąc, wreszcie trafił go w pierś, po czym minął zastawę, obszedł i zdzielił przez plecy. Przerwał i roześmiał się.

– Nie jesteś z pewnością żadnym mistrzem – ocenił.

– Mówiłem to, panie – namiestnik drużyny ciężko oddychał, a na twarzy był czerwony.

Długoręki woj wściekle zaciskał pięści, a reszta mniej umiejętnie udawała, że zależy im tylko na własnych ćwiczeniach. Raz za razem rzucali ukradkowe spojrzenia to na swego wodza, to na dziedzica królestwa.

– Nie może być, bym nie dał ci choć jednej szansy na rewanż. Jeszcze raz! – chrapliwie nakazał Trali. Nie podobały mu się owe oskarżycielskie oczy, w których widział współczucie dla pokonanego i wzgardę dla zwycięzcy. Był ich panem! Przymusi ich do szacunku!

Tym razem potrzebował ledwie trzech złożeń, by obalić przeciwnika na ziemię. Stanął nad nim, dotykając zaokrąglonym końcem miecza piersi na wysokości serca.

– To już trzeci raz. Wedle wszelkich prawideł, zasłużone moje zwycięstwo.

– Tak, mój panie – zgodził się upokorzony wódz.

– Tom się rozczmuchał! – stwierdził następca tronu, odwrócił się i odszedł, ciesząc się hańbą drużynnika i rad niezmiernie, że dokonał jej na oczach jego towarzyszy.

Łeb jak ceber, a nie zdzierżył.

Wracał tak radosny jak po ujeżdżeniu krnąbrnego źrebaka, którego okiełznał i zmusił do posłuszeństwa, czyniąc zeń posłusznego wierzchowca. Nie widział, jak Eterel machnął na wojów, każąc im iść precz. A oni, choć niby mało widzieli, ten gest zobaczyli natychmiast. Zaraz opuścili plac, gniewnie mrucząc coś pod nosami. Nie uszło jednak ich uwadze, jak Eterel podszedł do ćwiczebnego miecza księcia, połamał go, a szczątki wściekle rozrzucił.

 

***

 

Kiedy natknęli się na zwiad, postanowili pospieszyć do druha. Tabor poruszał się jednostajnie i raczej wolno, a im już się ckniło do dawno nie widzianego kompana, choć przecież nie narzekali na brak rozrywek. One też chciały z nimi. Piszczały i śmiały się, ale nie było jak brać dziewek na siodła i pędzić z nimi. Cudaczny widok.

– Nie zostawiajcie nas tak! – płakały.

Lecz oni okazali się nieugięci. Białki ze wszystkimi dotrą jutro. Można bez nich przeżyć. Dzień. Popędzili sami wśród ich narzekań i złorzeczeń. Po drodze nie spotkała ich żadna przygoda, tylko coś wokoło szeleściło albo z daleka krzyczało lub czasem chłód oblewał wątpia. Zwykłe rzeczy w Norgadorze.

Za to druh ucieszył się niepomiernie.

– A toście mi sprawili niespodziankę! – zawołał, wychodząc z namiotu, po tym jak jego uszu doszło zamieszanie, jakie wszczęli i nazbyt radosne okrzyki.

– Zmizerniałeś – ocenili.

– I całkiem zdziczałeś – zmartwili się.

– Ty nasz biedaku! Zaraz cię przywrócimy do życia – śmiali się.

Sześciu ich było, zawołanych kompanów. Swawolnych, przebiegłych i zuchwałych, a choć hultaje i w wieżach raz po raz zamykani, tudzież osławieni niejednym łotrostwem, wciąż jednak nosili głowy, wiedząc z doświadczenia, kiedy ostatnia pora żeby brać nogi za pas, a jeszcze lepiej kiedy można wrócić z wygnania. Umilali życie swemu książęcemu kompanowi. Jak nic sczezłby bez nich marnie.

– Masz jakieś wieści o dziewce? Opowiadaj, cóżeś tu zdziałał. – zażądał Ufertarin, jedyny w tym gronie nie z ojca wielmoży.

– Oby nie o suchym pysku! – zawołał Hergurifemibazar, którego zwali po prostu Herem, by języka sobie nie połamać. – Nie każesz nam chyba pościć?

– Widzę, że przydałoby się wam. Czuję, że po drodze nie żałowaliście sobie niczego.

– Takiś to kamrat? – Alhetar z Rhon kułakiem otarł oczy. – A my do ciebie… jak do brata!

– Toż swemu obiecujesz, że którejś nocy pozbawisz go męskości, bo z kiepem mniejszy kłopot. Chodźcie, nie będziemy stać przed namiotem!

Ruszfik, najbystrzejszy w tym gronie rozejrzał się. Nie uszły jego uwadze nieżyczliwe spojrzenia, ni napięcie zapierające dech.

– Coś tu chyba cię nie kochają, ty nasz królu?

– Chodźcie! – pociągnął ich.

– No, no – już w środku Kobbano On zerknął na zacną kolekcję pustych garnców i flasz. – Nie żałowałeś sobie.

– Nudno – następca Mauglisa wzruszył ramionami.

– A myśmy bawili się zacnie! – wypalił Ghreza.

Któryś go szturchnął, ale mina Traliego świadczyła, że domaga się wyjaśnień.

– Ano… wiesz kto z nami ruszył? Zgadnij!

– Nie wierzę!

– Wszystkie! Aiulle jasnowłosa, Ergen z kaganatu, Nigissa i cesarzówna Eudora, i ona też.

– Ravianka? – krzyknął narzeczony Earleen.

– Twoja aktoreczka.

– Pozwolono im?

– Znasz nas! – roześmiał się Her. – Ruszfik wszystko urządził.

– Opowiadajcie! – niecierpliwie zażądał książę. – W jaki sposób podeszliście starego capa, to znaczy mego dostojnego rodziciela, bo nie wierzę, by pozwolił naszym wesołym damom ruszyć do lasu, gdzie ma być cnotliwie i zgrzebnie? Niby na pogrzebie. Jak to się udało?

– Jako rzekłeś – zaśmiał się przemyślny Ruszfik. – Mauglis pozwolił ruszyć tylko zaopatrzeniu i najpotrzebniejszym rzemieślnikom. Kilku rymarzom, płatnerzom, kotlarzom i jakiemuś, niby niezbędnemu tałatajstwu. On i ten jego podnóżek pilnowali, by wyprawa poszła taka, jak przykazano, czyli nudna. Więc my, oczywiście, nie czekaliśmy, posłaliśmy swoich tu i tam. Wieści poszły we wszystkie strony, najęliśmy jedną karczmę, a drugiej oznajmiliśmy, że ucztę gotujemy, po czym sami chyłkiem wyprawiliśmy się ze stolicy i cichaczem ruszyliśmy na południe. Szliśmy spiesznie komunikiem i wyobraź sobie, natknęliśmy się w karczmie na nasze damy. One wyszły jeszcze przed nami, bo się stęskniły za tobą, niebogi. Co by nie mówić, zamieszenie, jakie wywołaliśmy, bardzo im w tym pomogło.

– Wynagrodzę im to! – wykrzyknął Trali. – Lecz was Mauglis obedrze ze skóry – zachichotał.

– Żeby to miało grozić pierwszy raz – Ghreza lekceważąco wzruszył ramionami. – Mało nam grożono lochem, pręgierzem albo postrzyżeniem w mnichy? Na groźbach zawsze się kończyło, bo tobie najpierw, mój książę, król musiałby ściągnąć cugle, a to mu nigdy się nie udało. Bać się nie ma czego, byle zanadto oczu nie koleć przez jakiś czas, poza tym tam cały obóz ciągnie. Bo kiedy rozeszła się wieść, że czekamy, by do ciebie dołączyć, zaraz zebrała się godna gromadka, by dotrzymać ci towarzystwa w tym ponurym miejscu, a w biedzie pocieszyć. Wszystkim Mauglis łbów nie urwie. Skończy się na paru parobkach. Jak zawsze.

– Opowiadaj lepiej, co z tobą się z działo – rzekł Ruszfik.

– Tak, teraz pora na książęcą historię! – zawołał Her.

Zatem następca tronu pokrótce przedstawił swe niezbyt wesołe dzieje i jeszcze skromniejsze dokonania, ale że czynił to barwnie, zgrabnie i żartobliwie, zatem oni śmiali się z tych wszystkich niepowodzeń. Najbardziej, rzecz jasna, ubawił tym, jak rzucał pyszałkiem Gausem o ziemię.

– Mauglis ceni go nadzwyczajnie – po zakończeniu historii zauważył Kobbano On. – Nie będzie zachwycony.

Królewski dziedzic czknął.

– Tym się przynajmniej pocieszyłem.

– Czym niby?

– Nie tym oczywiście, że rzuciłem wyskrobka w pył ziemi, ale tym, że mój pan rodzic, się pogniewa. No i tym wreszcie! – podniósł dzban.

– Bracie! – Ufertarin rzucił się, by go obejmować.

Rozpłakali się, jak to czuli przyjaciele, a później śpiewali. Niezbyt długo. Sen ich wkrótce zmorzył. Choć, rzecz jasna, skuteczniej trunek.

 

***

 

Ufertarin, jak to pospolitak, łeb miał jak ceber, zatem zostawał w namiocie, bo potrzeba go nie gnała. Ruszfik umierał, jak to on zwykle, a książę chrapał na boku. Raczej gromko niż smacznie. Zbudzony potoczył nieprzytomnym wzrokiem.

– Wina? – podchwycił kmiecy syn rad, że ma towarzysza.

– Daj! – Trali pił chciwie. – A wy? – zwrócił się do reszty.

– Na plac pójdziemy poćwiczyć.

– Co wam tak pilno?

Kobbano On roześmiał się.

– Toż damy przybędą dzisiaj – wyjaśnił.

Trali machnął ręką. Jemu za jedno. Ale oni wiedzieli swoje, toteż woleli być przytomni, rześcy, a nade wszystko nie cuchnący gorzałką. Przynajmniej z początku. Warto zatem potrudzić się, wypocić, otrzeźwieć i jakąś kąpiel wziąć. A gdzie poty lepsze jak nie na placu i przy mieczu?

Zastali tam kilku wojów, jednych przy łukach, drugich podczas szermierki. Nie przyglądali się im za wiele, bo nie spodziewali się czegokolwiek nauczyć. Od wojów wymagano karności w szyku, uderzenia całą rotą, nie ćwiczono w fechtunku, tak jak urodzonych. Ci rozciągnęli mięśnie i stawy, złapali za oręż i jak zawsze Alhetar radził sobie najlepiej. Miał ku temu smykałkę i nie bez powodu uznawano go za jednego z najbieglejszych zapaśników w Arvanionie. Bawił się wybornie, markując ciosy, podskakując i stosując wymyślne finty, więc przyciągnął zainteresowanie drużynników, bo sztuka jaką się wykazywał, zdawała im się nadludzką. Szczególnie taki jeden przyglądał się nad wyraz natrętnie. Książęcy druh nie znał wcale tego człowieka, to i nadzwyczajnej ciekawości zaczął się bardzo dziwić.

– Myślisz, że tak przypatrując się nam podczas zapasów, staniesz się lepszym wojem? – zwrócił się wreszcie do natręta.

– Może tak być – odparł ów.

– Z samego patrzenia marna nauka.

– Ano – tamten potaknął pospiesznie. – Alem na razie niczego takiego nie zobaczyłem, żeby zaraz się uczyć – odrzekł, a jego towarzysze roześmiali się jak z żartu.

– Tożeś taki mistrz? – zaczepnie rzucił Alhetar.

– Gdzie tam! – wojak parsknął.

– Znaczy my słabi? – rozdrażnił książęcego kompana, bo ów śmieszek nie patrzył ciekawie, ale drwiąco, a każdym słowem obrażał.

– Wszystkiegom jeszcze nie widział. Skąd mi wiedzieć?

Alhetar ruszył w jego stronę, a za nim pozostali książęcy kamraci.

– Naucz mnie zatem, mistrzu! – zażądał, głosem sykliwym niby wąż.

Żołdak pokręcił głową.

– Czemuż to?! – do rozmowy włączył się Her. – Brechać umiesz, ale na placu śmierdzisz tchórzem?

– Bo Gauso mi za to głowę urwie – drużynnik odparł jak prostak.

– Taki straszny?

– Smok nienażarty!

– Nie wygląda.

– Bo udaje.

Niby śmiesznie gadał, ale oczy mrużył, kamraci następcy tronu wiedzieli, że natrząsa się z nich, to złość ich brała, tym większa, że przegadać go nie umieli.

– Ochronię cię! – syknął książęcy druh.

– Nie zdołasz, jak nic urwie!

– Stawaj! – wrzasnął Alhetar.

– Nie mogę.

– Stawaj. Powiem, że ci kazałem, a ty mój rozkaz musiałeś spełnić.

– I obronisz mnie? – nagle zaciekawił się woj.

– Powiedziałem.

– Dajesz słowo? – drużynnik nastawał.

– Tobie? Toś urodzony? Pospólstwu nie przynależy się parol – fuknął kompan księcia.

– Jam woj.

– I co z tego?!

– No, żem woj – drużynnik mrużył oczy.

Alhetar się wściekł.

– Daję! – wrzasnął. Dygotał. – Stawaj wreszcie!

– Jeszcze jedno, przed gniewem księcia też mnie ochronisz?

– Takiś pewien, że mi gnaty policzysz?

– Jam woj – tamten powtórzył.

– Daję i dość tego gadania, błaźnie!

Żołdak odszedł trochę na bok, natychmiast podbiegł do niego jego kamrat. Dziesiętnik.

– Czyś ty oszalał, Eterelu? Gauso łeb ci za to urwie. Będzie musiał.

– Przecież słyszałeś, że ma się za lepszego i wyzywa mnie na rękę. Afront wielki nie przyjąć rycerskiego wyzwania.

– Jakie tu rycerstwo widzisz?! Za głupiego mnie masz?! Takim tłumaczeniem Gauso nie zwiedziesz. Mówię ci, że…

– Łeb mi urwie. Wiem, ale – Eterel podjął chytrze – słyszałeś jako szlachetny rycerz obiecał mnie bronić?

– Przed Tralim też?

– Słowo dał. To ty się nie bój, bo takie przyrzeczenie to wielka rzecz dla urodzonego. Nic mi nie będzie – zakończył z szelmowskim uśmiechem.

– Cóżeś się ty tak na niego zawziął? Urazę chowasz? – dociekał dziesiętnik. – Przybyli ledwie co i jeszcze ów panek nie mógł ci zaleźć za skórę, bo dotąd nie wychodził z namiotu. Pojąć nie mogę… chyba, że na dworze drogę ci zastąpił?

– Gdzie tam! W stolicy po swojemu dawno bym sprawę załatwił. Wprawę wielką w tym mam. I choć to proceder nieszlachetny, to niejednemu szlachetnemu pokazałem, co trzeba, po zadku kopiąc. Prawdę rzeknę, że nie znam go wcale. A jeśli nawet kiedyś widziałem, to i tak nie pamiętam. Nie on mi za skórę zalazł.

– To czemu karku nadstawiasz? – zdziwił się dziesiętnik.

– Bo dobry z niego szermierz, najlepszy spośród tamtych i jak mu skórę wygarbuję, to tak jakbym reszcie zadki przetrzepał.

– I co ci z tego przyjdzie?

– A to, że to druh Traliego!

– Rozumiem – dziesiętnik wreszcie pojął przyczynę urazy.

– Nareszcie! Bałem się, że do wieczora będziesz się nad tym rozwodził.

– Ej, ty! – krzyknął Alhetar.

– Słyszysz, jaki niecierpliwy? – zaśmiał się kamrat wodza.

– Źle to się skończy – sapnął dziesiętnik.

– Marudzisz.

– Idziesz wreszcie, czy nie? – pieklił się urodzony pan.

– W tej chwili, jaśnie baronie! – zawołał Eterel.

– Tylko nie przesadź, głowy mu chociaż nie rozbij – szepnął dziesiętnik do druha.

– To nie książątko – odparł długoręki woj. – Tego kilka razy rzucę na ziemię i w pyle wytaczam, by wstyd go zapiekł. Nic więcej.

Dzierżyli drewniane miecze i tarcze, korpusy ochraniali grubymi, pikowanymi kaftanami, a nogi mocnymi skórzniami. Druh Traliego ruszył pierwszy, czego dziesiętnik przypatrujący się starciu w zasadzie oczekiwał. Lecz zdziwił się, bo rycerzyk po kilku ciosach nie leżał jeszcze w prochu ziemi, w ogóle radził sobie nadzwyczaj sprawnie. Wręcz zaczął spychać Eterela. Powstała zatem w woju zrozumiała obawa przed wyrokami losu, które nie ukarzą niegodziwości. Książęcy druh pokazywał, że miecz to mu nie pierwszyzna.

Eterel po prostu czekał, zalecając sobie cierpliwość. Choć popędliwość go ponosiła. Już chciałby skórę przetrzepać. Ale wreszcie się doczekał, zatem zadał cios. Który jednak został odbity. Dokładnie tak, jak on sobie tego życzył. Bez trudu wytrącił oręż przeciwnikowi z ręki, po czym rąbnął go tarczą w ramię. Alhetar zachwiał się, zadrobił, po czym po trzech krokach walnął zadkiem na ziemię. Woj był bardzo z siebie rad. Nie szło wcale o to, by zwyciężyć. To łatwe. Chodziło o to, by sponiewierać.

Szlachcic zerwał się szybko, woj odstąpił, a tamten ledwie chwycił rękojeść, rzucił się do ataku z nisko pochyloną głową. Ot, pyszałek. Drewniane miecze stuknęły, tarcze zadudniły i naparły na siebie, wrogowie zadyszeli sobie w twarze. Aż Eterel, który mocniej się zaparł, podciął nogi Alhetarowi. Urodzony znowu zapoznał się z glebą.

Nie spodobało się to jego druhom. Niegodnym zdało im się ze strony woja stosowanie gminnych podstępów, jakby to rzeźnicy się okładali, a nie ludzie miecza.

Wściekły pan z dobrego rodu zerwał się i już całkiem dając upust gniewowi, rzucił się, by zetrzeć w pył znienawidzonego przeciwnika. Tym razem Eterelowi poszło jeszcze łatwiej. Zanurkował pod tnącym mieczem, a swoim ze wszystkich sił przygrzmocił wroga w korpus, tak mocno, aż z kaftana poszedł kurz. Alhetarowi tchu zabrakło. Pochylił się, a wtedy został kopnięty w zadek i powalony w pył ćwiczebnego placu.

Tego już jego druhom było aż nadto. Poderwali się i ruszyli na obmierzłego woja, by wymierzyć sprawiedliwość pachołowi poniżającego lepszych od siebie. Dość tego! Woj obrócił się, by przyjąć ich godnie, a za nim stanęli jego kompani. Z całkiem jasnymi zamiarami. Szlachcicom przyszło zatem jak niepysznym uchodzić z pola, zabrawszy uprzednio obitego druha.

Dziesiętnik roześmiał się. Zwycięzca nie wydawał się taki uradowany.

– Niepotrzebnieś się wtrącał – syknął.

– Uznałem, że wystarczy.

– I tych tak samo, bym…

– Ty umiaru nie znasz. Im większa hańba, że druha na ich oczach obito, niż gdyby im samym gęby rozkwaszono – stwierdził dziesiętnik.

I dziedzicowi Arvanionu też tak się zdało, bo wzrok mu dopisywał, a druhów swych znał. Od słowa do słowa, a wyciągnął czemu są tacy milczący i źli.

– Gauso mi wołać! – zażądał potomek rozważnego Mauglisa.

Do czasu przybycia wodza drużyny książę miotał się po namiocie. Strach było na niego patrzeć, bo ogień bił mu z twarzy, a dyszał ciężko. Ledwie woj wszedł do środka, Trali przypadł do niego, jakby chciał go rozszarpać.

– Dziesięć plag! – wycharczał. – Wlepisz mu dziesięć plag!

– Komu, mój panie?

– Temu twemu bezczelnemu kompanowi.

– Za co?

– Nie twoja rzecz! – wykrzyknął rozjuszony następca tronu. – Zrobisz to, co ci się każe.

– Tak, panie, lecz król…

– Ja tu rządzę!

– To królewska drużyna – odparł przemyślny Gauso. Ni na krok nie odstąpił. Kiedy książę wciąż się miotał, namiestnik na twarzy nosił uprzejmy uśmiech, ale patrzył bacznie, choć nie wyzywająco. Był mądrym człekiem, lecz jego spokój tym bardziej roznamiętnił syna Mauglisa. – Mój panie – ciągnął woj – król mnie zlecił dyscyplinowanie swych wojów, by porządek był, a ja kary dobieram stosowne do przewin. Tę muszę znać, by osądzić, czy sprawiedliwa, bo mniej zdziałam surowością, więcej rozwagą i umiarem. Zatem ukarzę, ale odpowiednio. Zatem czym zawinił?

– Obraził mego przyjaciela.

– W jaki sposób? – dociekał Gauso.

– Mojej hańby ci mało? Więcej chcesz? Mego druha obrażono! Mnie obrażono!

– Chyba wiem, co uczynił Eterel – rzekł na to namiestnik drużyny. – On nierzadko daje odczuć jak biegle włada bronią.

– Plagi! – krzyknął Trali.

Gauso skłonił się godnie i wyszedł.

– Nie może być! – natychmiast po tym odezwał się Alhetar. – Dałem słowo.

– A ja nie! – wypalił Trali.

– Dałem słowo i w twoim imieniu.

Na to powstał Ruszfik, któremu już mniej ćmiło się we łbie.

– Zatrzymaj go! – zwrócił się do Ufertarina i wskazał kamratowi wyjście z namiotu.

Zawsze miał wielki wpływ na tego kompana, który słuchał go bardziej niż księcia. Kmiecy syn wypadł na zewnątrz tak, jakby go coś goniło.

Wzburzony, wściekle dyszący Trali, stanął przed swym rozumnym kompanem.

– Czyś ty oczadział?! Ja mu plagi kazałem wlepić!

– Tyś już Gausem po ziemi tarzał.

– Mnie wolno. Jam przyrodzony pan!

– A mnie, jak zawsze, mus ciebie strzec cię przed nieodwracalnym głupstwem.

– Za kogo ty się masz?

– Za przyjaciela.

Trali dygotał cały.

– Przecież to Eterel, nie rozumiecie? – Ruszfik zwrócił się do pozostałych, bo i oni nie pojmowali, czemu się wtrącił. – Eterel, ten, który mierzył się z Burganim.

– I został łatwo pobity – burknął Ghreza.

– Czyś ty, Alhetarze nie słyszał o tym starciu? – bystry awanturnik zwrócił się do najwybitniejszego fechtmistrza z tego grona. – Głośne to było.

– Słyszałem, ale Ghreza ma rację…

– Bogowie! Zgłupieliście wszyscy! Burgani przecież gadał po tym niby zwycięstwie, że nie ceni go wcale, bo darowane. On milczek! Nie rozumiecie? Ten Eterel walczył na niby i każdy kto to widział, a później słuchał zwycięzcy, łatwo to pojął.

– A ja mu plagi wlepię! – wrzasnął rozjuszony potomek Mauglisa.

– I bunt będziesz miał.

– A ja słowo dałem – dodał swoje Alhetar.

Trali tego już nie zniósł.

– Precz mi z oczu!

Poszli sobie, jednak niezbyt stropieni książęcym gniewem. Bo nie pierwszy raz go doświadczali. Rozmawiali dość lekko, a gdy natknęli się na Ufertarina, odetchnęli. Okazało się, że posłaniec w porę dopędził wodza drużyny, nim ten zabrał się za wykonywanie książęcego rozkazu. Ruszfik odetchnął, zaś Alhetar zadumał.

– Czym się tak trapisz? – usłyszał.

– Nic, myślę tylko, czy nie zapłaciłem za winy Traliego? Zwykliśmy kryć się za jego plecami, ale tym razem to ja wziąłem za niego cięgi.

– To prawda, bo ów Eterel po to tobą rzucał o glebę, by urazić księcia.

– Ot, niesprawiedliwość!

– To za dawne uczynki, co pozostały nieukarane.

– Jednak niesprawiedliwość!

 

***

 

Ravianka pół dnia spędziła na poprawianiu fałd sukni i zagadywaniu Nigissy, mającej prawdziwy dar do pomad i barwiczek. Chciała wglądać strojnie i skromnie, a przy tym również frywolnie. Śmiała się wiele, ale i gasła. Żal było na nią patrzeć, bo zdawała się reszcie dziewcząt panną przed zaślubinami. Jakby tych chłopców nie znała, jakby od pierwszego wrażenia zależał przyszły jej los.

Wraz z resztą dotarła do obozu, w którym panował ład niezwyczajny. Jakby to wojsko jakieś było. Aiulle z północy, która najwięcej z nich wszystkich przeszła w życiu i o takich sprawach wiedziała niejedno, zaraz wytłumaczyła, że to przecież drużyna dowodzona przez Gauso. On rękę ma ciężką. Sprawny się okazał, co do jednego miejsca przygotowane, wszelcy rymarze, kołodzieje i płatnerze zaczęli rozstawiać warsztaty i gwar zrobił się miły uszom, czemu dziewczęta cieszyły się tym bardziej, że smutek dotąd czuły po odjeździe chłopców. Pozostali towarzysze w wędrówce należeli do prostaczej braci, która komplimenty płaskie prawi, a wyobraźnię podnieca myślą, jak na siano rzucić lub suknię co rychlej podkasać.

– Dobrze, że wreszcie jesteście – przywitał je Her.

– Źle jest – mruknął Kobbano On.

– Królewicz milczy – dorzucił Ghreza. – A jak się odezwie, to syczy. Więc wolimy jak już milczy.

– Rozruszamy go! – wykrzyknęła Ravianka.

– Oby – parsknął Her.

– Nieszczególnie wyglądasz – zmartwiła się Eudora, która wynosiła go ponad innych.

– Przez niego, bo pociął się z Ruszfikiem i bez racji, bo gaduła od wielkiego głupstwa go ustrzegł. Jak zawsze, to może i stąd. Powiem wam też, że poszukiwania niezbyt się dotąd udawały. Tropy niby jakieś znalezione, ale donikąd prowadzące. Bóg wie, ile dni przyjdzie tu siedzieć.

– Z nami? Chciałbyś przecież wieczność! – wypaliła Eudora.

– Ot i Trali – jęknął Kobbano On.

Książę zbliżał się szybko.

– Kto wie, czy was nie przegoni. Taki zły – przestrzegł Ghreza.

– Nie wydaje mi się – z błyskiem w oczach odparła Aiulle.

Ravianka poprawiła frywolne loki, nabrała tchu, po czym roześmiała się nienaturalnie głośno.

Książę okazał się jednak szarmancki, w ręce całował, o drogę grzecznie dopytywał, nie szczędził żarcików. Ale gorzałką cuchnął. Chłopcy wypadali korzystniej. Każdy z nich pachnący, godnie przybrany tudzież umyty. Trali w przeciwieństwie do nich spocony i wymiętoszony. Ale był następcą tronu i Ravianka nie odrywała od niego oczu. Szybko sobie podochocił, chociaż wieczór był młody, chwycił za rękę Ergen, jakby był dzikusem z kaganatu, któremu takie umizgi właściwe. Dziewczyna roześmiała, ale nie w smak jej to było, chociaż wychowała się wśród koczowników jako jedna z nich i takie konkury miała we krwi. Choć już nie w manierach. Bardziej cywilizowane pokochała. Królewskiemu synowi jednak się nie odmawia. Trali wepchnął ją do namiotu, ale sam nie wszedł do środka. Spojrzał za siebie.

– I ty, księżniczko! – zawołał na Eudorę.

Ona powstała, jeszcze po drodze Herowi coś odpowiadając, zdążyła także zobaczyć zmartwioną Raviankę, której łzy wezbrały w oczach. I to pewnie narzeczony Earleen też dojrzał i musiało mu się spodobać, że oczy aktoreczki błyszczą jak gwiazdy. Skinął tylko, a ona podskoczyła jak łania przeszyta strzałą. Eudora skrzywiła się mimowiednie.

W środku zabawa nie trwała długo. Trali posapywał i starał się, ale skończył szybko, szczęśliwie pokonany przez gorzałkę. Eudora, rada z siebie, że uniknęła karesów niedomytego pijaka, poprawiła suknię, tylko nieco rozpiętą i drwiąco zerknęła na pochrapującego księcia.

– Chłopcy czekają. I starać się będą bardziej. I o wiele bardziej zasłużyli – parsknęła wyniośle.

– Idę, pomóż mi – poprosiła Ergen.

Szybko się uwinęły, bo choć czarnowłosa, skośnooka piękność najwięcej doświadczyła awansów królewskiego syna, to jednak z podziwu godną zręcznością zawsze potrafiła uporać się z fatałaszkami. Niby czarodziejka. Wypadła też pierwsza z namiotu, a chłopcy zaczęli krzyczeć na jej widok. Eudora, słysząc ten zachwyt i podziw, nie mogła się doczekać, by podążyć za tamtą, ale zwróciła się do Ravianki.

– Zostajesz?

– Nie powinien być sam – odparła aktoreczka.

– I myślisz, że cię za to pokocha? – ciągnęła Eudora. – Uległością nie zdobędziesz jego serca.

– Wiem, głupia jestem.

Kurtyzana usiadła obok i mocno objęła przyjaciółkę.

– Śliczna jesteś. Ale on lekceważy takie, które lecą na każde zawołanie.

– Nie umiem inaczej, nie jestem księżniczką.

Eudora roześmiała się gorzko.

– Niby ja jestem? Teraz? Dawno mnie w niewolę sprzedano. Dziwne, że nie zabito wraz z rodzicami. Powinni byli raczej zabić. Bo kto wie, czy kiedyś ktoś się za mną nie ujmie, mimo tego, że zostałam królewską nałożnicą i to jedną z wielu? Ale nie żądam tego, ni mścić się nie zamierzam. Lata rozrzedziły mą cesarską krew, zresztą to ojciec był synem imperatora, jak tylko mało udaną córką następcy. On młode lata spędził na dworze w chwale, ja w zamtuzie wycierając cudze łóżka. A przecież mogło być gorzej. I wiesz – zwróciła się do nieszczęśliwej przyjaciółki – dola może się odmienić. Kto wie, może i nam przypadnie bycie szanowanymi damami?

– Zostaniesz ze mną? – poprosiła Ravianka.

Ale Eudora już wstała.

– On i tak śpi – odparła, z góry patrząc na spitego mężczyznę. – I jakoś za nim nie przepadam – to mówiąc wyszła do rozradowanego bractwa, z Herem na czele, który właśnie bardzo ładnie śpiewał.

Ravianka westchnęła, poczuła się opuszczona, a była smutna. Przytuliła się do swego księcia. Trali zachrapał głośniej.

 

***

 

Gauso posłał umyślnego do królewskiego syna, by powiadomić go o przybyciu Islamińczyków. Dziedzic Arvanionu drzemał jeszcze. Noc spędził niespokojnie, budząc się co chwila, nie uspokajany łagodnymi słowami dziewczyny. Inna mu się śniła. Piękna, a jak ogień pożądana w mroźną noc. Ona przemawiała, a jej głos huczał niby płomień. Szedł ku niej, lecz dziewka odsuwała się coraz dalej i dalej, a on zapadał w otchłań krzyczącą, że tylko taki los dla zuchwałych prostaków.

– Chodź, Ravianka! – Eudora pojawiła się nagle przy księciu i pociągnęła za sobą aktoreczkę. Tamta się broniła. – Chodź – cesarzówna-kurtyzana jednak nie ustępowała. – Nie uchodzi, to Islamińczycy, których królewna uprowadzona, a ta wyprawa po to, by ją odnaleźć. Nie marudź!

Niemal w ostatniej chwili zabrała przyjaciółkę z książęcego namiotu. Południowców już witano w bramie obozu.

Oni jechali dotąd szybko, mając wiele koni na zmianę. Teraz też się spieszyli, zatem niewiele dali wyprzedzić się posłańcowi. Ich władca oczekiwał wieści o swej ukochanej wnuczce. I choć wszystkie złe, musieli dostarczyć je bez zwłoki.

Trali nie zdołał się ogarnąć, gdy przyszło mu ich witać.

– Baron Magard – oznajmił Gauso.

Książę znał tego południowca. Ukłuło go, że sam taki zaniedbany, gdy po przybyszu widać dworską wytworność. Nic, że z drogi, że nieco zakurzony, ale prezentuje się pysznie. I wstyd jeszcze większy ogarnął dziedzica Mauglisa, że tamten obok miał damę. Ślicznotka to była nieco przypominającą Ergen, tyle, że przyćmiewającą tamtą urodą. Pewnie i Raviankę, która księciu już dawno się opatrzyła. Więc gapił się na dziką dzierlatkę niby sroka w gnat.

Magard na wyprawach spędził więcej niż pół żywota. Bystry był. Mało co uchodziło jego oczom, a tu nic. Dziedzic Arvanionu nie umiał niczego ukryć. Sponiewierany niby potępieniec, włosy zmierzwione, koszula rozchełstana, oczy zbłąkane. Nieco dalej umalowane dziewki przy trzech takich, co zdają się książęcymi druhami. One patrzą ciekawie, choć przy tym jakoś nieprzystojnie zdyszane. Nieco dalej jeszcze trzech zuchwalców, zerkających po sobie. Gauso opanowany, ale jego woje drwiąco przypatrują się swemu księciu. Istna poruta!

To wszystko wcale nie spodobało się słudze potężnego Antakera.

– Siądźże – następca tronu wskazał na stos skór. Na zewnątrz namiotu ustawiono stół. – Zjemy.

– Twoja wola, panie. W czasie jedzenia chętnie posłucham. Może już czegoś dowiedzieliście się o mojej pani?

– Niewiele.

– Zła to nowina. Nie wybaczę sobie, żem uciekł i nie legł na tym polu! – Magard rzekł z naciskiem.

– Wtedy i mnie by tu nie było. Nikt by się o niczym nie dowiedział. Także twój król.

– Zgoda. Ale mniej wywyższeni godnościami z honorem oddali życie. Ja stanę przed królem jak ostatni tchórz!

– I mnie wstyd pali, bo jak dotąd niewiele tu zdziałałem – dodał Trali i wreszcie przestał gapić się na Gauhgen. – Jedz, a ja tymczasem opowiem co mnie tu spotkało. Choć nie pocieszy cię to wcale.

I książę szczerze, bez zwodzenia oraz wszystkich tych frazesów, których sobie w takich razach nie skąpiono, uczciwie przedstawił własne dokonania. I wstyd go palił coraz większy, bo wysłano go, by szukał i nadstawiał karku, a nie pocieszał się omraczającą gorzałką i przylepnymi dziewkami. Magard zasłuchał się.

– A jednak niemało osiągnąłeś. Znaczna to pociecha.

– Jak to?! – prawie krzyknął Arvaniończyk. – Nie znalazłem Earleen!

– Lecz pewne to, że pani moja nie w łapach potworów, z których nie wyrwalibyśmy jej na pewno, bo zostałaby uprowadzona gdzieś w dzikie kraje. Tam na tej ścieżce, ktoś dzikoludów pozabijał strzałami i mieczem. Nie potwór to zatem i nie demon. Z żywym można się układać. I w Bogu nadzieja, że prawy to mąż, a zamiary ma cnotliwe.

– I przebywa w Norgadorze?

– Wdzięcznym ci, panie, za twą historię. Znacznie podniosła mnie na duchu. Tymczasem pora mi w drogę.

– Odpocznij jeszcze. Widzę, żeś pędził ile sił w koniach.

– Mój król czeka – powstający Magard odparł surowo. – Dość już go zawiodłem!

Odszedł, dosiadł wielkiego dwuroga, a za nim ta jego dzika towarzyszka i oddział trzydziestu Islamińczyków, z których każdy prowadził po dwa zapasowe wierzchowce. Spieszno im było jako prawdziwym wojom i wiernym sługom monarchy. Chociaż być może tylko po srogą karę. Trali podniósł rękę, życząc im dobrej drogi, czując przy tym jak palący go wstyd na popiół trawi wnętrzności. Ledwie obcy zniknęli, przywołał do siebie wodza drużyny.

– Gotuj trzy dziesiątki. Ruszam!

Sam zaś skierował się ku strumieniowi a z marszu wszedł po kolana, po czym zanurzył się wraz z głową w chłodny, orzeźwiający nurt.

 

***

 

Trzydziestu wojów poszło wraz z księciem. Za to zostali wszyscy jego druhowie. Tak nakazał. Syn Mauglisa do jednego Gauso zwracał się jako tako życzliwie, nakazując mu nie zaniedbywać w międzyczasie zwiadu, a może wreszcie wieści okażą się pomyślniejsze.

Ruszał z obliczem jak z kamienia ciosanym.

Wrócił po zmierzchu, gdy dowódca zadręczał się wyrzutami, że mimo wszystko nie pociągnął wraz ze swym panem. Wśród towarzyszy księcia brakowało siedmiu ludzi, a pozostali opowiadali cuda. Rąbali drzewa, strzelali do potworów, byli świadkami rozdzierania druhów i porywania ich przez powietrzne wiry. Lecz odpłacili pięknym za nadobne. Pobłogosławiony oręż śmiertelnie ranił wrogów. Sękate, drzewne stwory rozpadały się z chrzęstem, potwory gniły.

Dotarli całkiem daleko. Widzieli potrzaskaną wieżę na wzgórzu, ale do niej samej już nie udało im się dojść. Musieli się cofnąć, by unieść życie. Lecz wrócą.

Siedmiu jednak padło. Gauso znał ich od lat. Powtarzał ich imiona i prosił Boga, by miał On ich w łaskawej pamięci. Składał ofiary.

– Obudź mnie przed świtem! – zażądał następca tronu. – Jutro ruszam znowu. Przygotuj cztery dziesiątki.

– Panie, może ja…

– Nie. Król mnie powierzył tę sprawę!

 

***

 

– Panie, panie!

Trali jeszcze przez chwilę był nieprzytomny. Po czym wszystko sobie przypomniał.

– Już – odrzekł ze śmiertelnym znużeniem. – Ludzie gotowi?

Podniósł się. Nie chciał, ale inaczej nie było jak.

– Nie, panie.

– Więc…

– Przyszło takich dwóch z lasu.

Z początku książę nie pojął w czym rzecz. Zmęczenie otumaniało bardziej niż senność. Lecz wreszcie zrozumiał.

– Od Earleen? – wykrzyknął.

– Nie wiem – odrzekł namiestnik drużyny. – Nie chcieli o tym gadać. Ominęli straże, więc będę musiał ukarać niedbałych. Stanęli przede mną i zażądali bym prowadził ich do ciebie. Musieli się nam przypatrywać od dawna. Podałem się za wodza. W nos mi się roześmiali. Oni wiedzą o nas wszystko, my o nich nic. Nie podoba mi się to wcale!

– Mniejsza. Wprowadź tych chwatów!

– Nie podobają mi się.

– Zostaniesz ze mną.

Gauso wyszedł, a po chwili płachta się podniosła, lecz do środka weszli nie tamci zapowiadali, a Ghreza, Kobbano On i Her. Zasłona opadła, lecz niezadługo znowu została uchylona i tym razem wewnątrz namiotu stanęli zapowiadani leśni przybysze, a za nimi Gauso trzymający rękę na mieczu.

Trali przyglądał się obcym.

Wielkolud w pokrytym łuskami kaftanie bardziej rzucał się w oczy. To oczywiste. Był bardzo wysoki i chudy, za to dłonie miał ogromne i żylaste, podłużną głowę oraz mocny kark. Znad prawego ramienia sterczała rękojeść długiego miecza. Olbrzym patrzył czujnie, rzucając wokoło krótkimi spojrzeniami zimnymi od żądzy mordu. Wystąpił przed swego towarzysza, osłaniając go przed Arvaniończykami.

Drugi był karłem. I jak to karzeł poruszał się dość niewprawnie, podpierając się wyższą od siebie sękatą lagą, rozgałęziającą się na górnym końcu i zwieńczonym kozim czerepem z płonącymi czerwienią oczodołami. Dolny koniec lagi został okuty błyszczącym złotem kopytkiem. Karzeł był nieforemny, z trudem operował prawą ręką, poza tym brzydki. Lecz uśmiechał się i jakoś wesoło oczyma strzelał na wszystkie strony.

– Witaj, panie Trali, dziedzicu Arvanionu – odezwał się ów pokraczny człowieczek, starając się złożyć dworny ukłon.

Słabo mu się udało, bo kark miał sztywny. Jego ponad miarę rosły towarzysz tylko głową skinął. Bardzo znikomo.

– A ciebie jak mam zwać?

– Mnie? – karzeł roześmiał się niby z żartu. – Zwij mnie czarownikiem, dostojny panie.

– Zaś ciebie pewnie wojem? – następca tronu zwrócił się do kolosa.

Lecz ów milczał dumnie.

– Nie miej panie mu tego za złe, bo ci nie odpowie – oznajmił magik.

– A to czemu? Zabronisz mu? Nie ma własnej woli?

Karzeł ponownie się roześmiał.

– Nie w tym rzecz. Jemu język urezano. Nie wiem też, czy waszą mowę kiedykolwiek poznał. Ani uczonością, ani wrodzoną bystrością nigdy nie grzeszył. Ale w bitwie wart dziesięciu. Dlatego, panie, lepiej gadaj ze mną.

– Niech ci będzie! – książę rzekł srogo, bo drażniło go, że z jakimś leśnym pokurczem musi politykować. – Ze skóry kazałbym cię obedrzeć, za to żeś na wnuczkę króla podniósł bluźnierczą rękę, ale skoro ona w twojej mocy, to zasłużony pal cię ominie. Żądaj czego chcesz. Nie poskąpię niczego.

– Mylisz się, panie. Nie mam jej w rękach.

– Jakże to? To czego chcesz?!

– Pozwól Wasza Miłość, że odpowiem – czarownik mocniej oparł się na lasce. – To nie my napuściliśmy dzikołaków na królewnę z południa. To Frela, wściekły pies. Wiedz też, że nie ucieszy się on, bo niezawodni wojacy utracili ją. Przywiodą mu za to niewolników, za którymi bynajmniej nie tęskni, bo takich może nabrać z krain leżących na północ od Norgadoru. Niech żółcią się zatknie, obwieś! Jako więc widzisz, nie my podnieśliśmy zbrodniczą dłoń na królewnę, choć przyznam, że po szczęśliwej ucieczce przez pewien czas znajdowała się w naszej mocy. Lecz krótko.

– Nie masz zatem pani Earleen?

– Doskonale to ująłeś, szlachetny rycerzu.

– To czego chcesz?

– Pomóc.

– A w czym, jeśli wolno spytać? Ludzi mam dość. Siły mi nie brak.

– Myślałem raczej o tym, że wiedzą się przysłużę, bo oni wszak Norgadoru nie znają?

– Wszak nie! – parsknął syn Mauglisa. – Powiedziałeś, że i z waszych rąk pani Earleen zbiegła. Albo więc do mnie sama dotrze, albo z kimś innym będę tarżył się o okup za nią. Za wieść o zdradzie Freli, dzięki. Odpłacimy mu godziwie.

– Nie wiadomo czy ten ukryty ratownik, w którego mocy znajduje się teraz pani z południa, zechce się z tobą o nią tarżyć. To nierozpoznany zuch. Wiele w Norgadorze obiecuje się sobie po tej dziewczynie. To nie klejnocik na wymianę i nie zwykła branka. Za błyskotki jej nie dostaniesz.

– Mów jaśniej.

– Powiem chętnie, jak tylko dojdziemy do zgody.

Tym razem to dziedzic Arvanionu się roześmiał.

– Mały człowieku! – wykrzyknął. – Myślisz, że masz taką siłę, by mi się sprzeciwić?

– Pewnie nie, bo ze mną tylko jeden chwat.

– Ze mną trzystu!

– Co prawda w tym namiocie tylko czterech.

– Wystarczy.

A zatem niech stanie zakład między nami. Wysłuchasz mnie cierpliwie, jeśli mój woj ich pokona?

– Czemu miałbym przystać, siłę mam nad tobą.

– W rzeczy samej.

– Czyli musisz zdać się na mą łaskę, jeśli za chwilę plackiem nie masz leżeć i na wszystkie pytania skwapliwie odpowiadać.

– A prawo gościnności?

– Żebrzesz?

– Raczej oczekuję, że zostanę potraktowany jak przystoi to czynić dumnemu dziedzicowi północy.

– Niech tam, bawisz mnie.

Wtedy karzeł odezwał się do swego towarzysza, ale obcych słów Arvaniończycy nie zrozumieli.

– I cóż mu powiedziałeś? – zaciekawił się następca Mauglisa.

– By nie zabijał. Nie trzeba krwi między nami. Później trudniejsza zgoda.

– Słyszeliście? – Trali roześmiał się w głos. – Za dzieci was ma. Ja się przed krwią nie wzdrygam, bo z tą zgodą to nigdy nie wiadomo. Zabijcie! A ty – zwrócił się do czarownika – jeśli twój zawodnik padnie, zdradzisz mi wszystko, co wiesz.

– Niczego nie zataję – zapewnił mag.

Arvaniończycy przystąpili do rzeczy. Na początek spróbowali otoczyć olbrzyma, ale w namiocie nie było na to dość miejsca, zresztą on nie czekał jak skazaniec. Postąpił do przodu, zręcznie uniknął ciosu Hera, po czym chwycił go w pół i ścisnął. Wystarczyło. Ogłuszonym rzucił w Gauso, później Herowym mieczem odbił cios Ghrezy, kopnął go w kolano a Kobbana On zdzielił w czoło. Wymierzył jeszcze kilka uderzeń, po których przeciwnicy przestali się ruszać. Książę się zmarszczył, uniosła się płachta namiotu i do środka wpadła grupka Arvaniończyków na czele z Eterelem, który trzymał już miecz wyciągnięty z pochwy. Lecz następca tronu powstrzymał swych ludzi.

– Zabierzcie ich i opatrzcie – wskazał na leżących.

Oni zwlekali.

– Żywo! – nakazał.

Zatem skoczyli spełnić rozkazy pana. Druhów Traliego pochwycili ich właśni kamraci. Gniew im minął, skoro zobaczyli, że kompan w potrzebie. Biegli na ratunek, bo słysząc zgiełk w namiocie, wyrzekli się niewczesnej dumy. Oni nie tacy pamiętliwi. Dziedzic Arvanionu był im za to wdzięczny, ale teraz ich nie potrzebował. Pakta się zaczną. Zabrali więc swoich nieprzytomnych przyjaciół, z ulgą zauważając, że choć oni lecą z rąk, to dają oznaki życia. Oddychali.

Eterel chwycił swego dowódcę.

– Zostaw! – nakazał następca tronu. – Kiedy wróci do przytomności, okaże się niezbędny.

Woj podniósł się, ale sam nie wychodził.

– A ty czego?! – Trali zawrzał gniewem. – Ciebie do rady mi nie zapraszam. Precz!

Długoręki ociągał się, wyzywał spojrzeniem, lecz wreszcie poszedł, nim Trali drużynników zawezwał. W tym czasie czarownik spoglądał spode łba. Dziedzic Arvanionu wskazał mu stołek, sam sięgnął po wino, gestem zaprosił mieszkańca lasu, by się rozgościł, ale ten odmówił, kręcąc głową, po czym już bez cienia radości wbił mroczny wzrok w oczy Mauglisowego syna. Jakby chciał przejrzeć jego najtajniejsze sekrety i pragnienia duszy.

– Najlepiej będzie jak powiem, co wiem – zaczął karzeł. Tym razem jego głos brzmiał chrapliwie.

– A tak – zgodził się Trali. – Osiągnęliśmy co nieco, lecz raptem tyle, że odnaleźliśmy groby pobitych dzikoludów i zobaczyliśmy wieże w słońcu, dokąd ścieżka wiodła spod owego cmentarzyska. Choć Bogowie jedni wiedzą, czy tam wywiedziono księżniczkę. Nie ma z kim się porozumieć. Z ukrytych miast nikt do nas nie wyszedł by paktować.

Czarownik siedział jak skamieniały i myślał nad czymś usilnie, ale niczego nie zdołał odkryć. Zdawało mu się, że jakaś ważka tajemnica kryje się za tymi, niby zwyczajnymi słowami owego ignoranta z północy. Ogromna, lecz uciekała mu, toteż porzucił jej badanie. Nie po to przecież został posłany do Arvaniończyka.

– Jako rzekłem, wielka to nowina, że dziewczyna z wróżby pojawiła się w Norgadorze.

– Z jakiej wróżby? – zaciekawił się dziedzic północy.

– Później o tym! – niecierpliwie odparł mag. – Wiedz, że nie mamy czasu do stracenia, a każda chwila zwłoki oddala nas od jej znalezienia. Powiem ci wszystko, ale nie teraz.

– Myślałem, że od razu dowiem się w czym rzecz?

– Czas tracimy.

– Zatem tyle warte twe słowo! – gniewnie rzucił książę.

– Pewnie ona tam czeka, ale mamy możnych wrogów. Jak już wyruszymy, opowiem wszystko.

– Dobrze. Widzę, że chcesz mieć coś na później, ale muszę wiedzieć cokolwiek.

– Otóż wieści i do nas dotarły o jej pochodzie, ale tylko jeden szaleniec Frela odważył się zaplanować napaść i najął po to sławnych otharów, co jednak nawet dla niego nie skończyło się szczęśliwie. Za łatwe by to było, tak mi się zdaje. Wiele o tym rozprawialiśmy z panem Gadrakiem, który stoi na czele naszych włości.

– Królestwa?

– Później o tym! – rzucił karzeł. – Rzecz w tym…

– Że mnie znowu zbywasz! – warknął Trali. – Nie lubię tego bardzo.

– Waleczny rycerzu, nic ci nie da, że wywiodę teraz zamysły mego pana i opiszę nasz kraj. Pozwól mi mówić tak jak uznaję za słuszne, bo czas nie jest naszym sprzymierzeńcem. Chcę go oszczędzić tak wiele, jak to tylko możliwe.

Syn cierpliwego Mauglisa obiecał sobie już milczeć.

– W każdym razie po ucieczce twoja księżniczka wraz z jej wojowniczką służką, znalazły się w naszej mocy.

– A jednak! – Arvaniończyk długo nie wytrzymał. – Wiedziałem. Kminkiem sypiesz w oczy, pod wiatr podchodzisz, ale prawda przecież wyjdzie na jaw. Mów czego chcesz.

Karzeł patrzył na niego z zadumą.

– Mówiłem wszak o tym, że już jej nie mamy.

– Jak to?

Czarownik uśmiechnął się.

– Nigdy tej pani z pomocą nie przyjdziemy, skoro co chwila mi przerywasz – rzekł i zamilkł.

Cisza wisiała jakiś czas niby miecz nad szyją skazańca. Trali przerwał ją pierwszy.

– Mów! – wychrypiał.

– Jako rzekłem, ta pani była w naszych rękach. Jeden z naszych oddziałów natknął się na obydwie dziewki, kiedy zabłąkały się w lesie. Niedługo później starł się z szarymi, którzy są naszymi nieprzejednanymi wrogami i wtedy naszych wybito co do jednego.

– Skąd zatem wiesz?

– Do tego używam magii.

– Pokaż mi! – zażądał następca Mauglisa.

– Wymaga to niekrótkich przygotowań, poza tym wyczerpuje, a wiem co mi trzeba, zatem po co?

– By mnie przekonać, bom niedowiarek. Bo mnie zbywasz. Bo wiem za mało, a ty o moich ludzi prosisz, nie wiadomo po co.

– Ważne to powody, lecz przyzwanie zmarłych to magia wyższego rzędu i może zostać wykryta, a jest przez kogo, bo pośród szarych przebywa potężny magik. Jeśli przyzwę zabitych, by opowiedzieli ci w czym rzecz, wtedy on pewnie się o tym dowie, a kiedy się dowie, wtedy może przejrzeć moje zamysły. Wynik taki, że twej pani nie odzyskamy.

– To paktować będę z nim.

– Nam twoja księżniczka niepotrzebna, panie królewiczu, bo nam nic do jej przeznaczeń. Ale są tacy, których takie widoki pociągają jak misia barć pełna miodu. A miś wszystko zmiażdży, by do słodyczy się dobrać. Są w tych lasach tacy, którzy podobnie widzą twą wybrankę. Z Frelą już mieliście do czynienia, kto wie, czy szarzy nie okażą się bardziej zawzięci. Wszystko postawię, że będą.

– Lubisz hazard.

– Tylko kiedy zwycięstwo pewne.

Trali sapnął.

– Co to za przeznaczenie?

– Później o tym! – uciął karzeł, jak każdą rzecz, której nie chciał wyjawiać.

– Później… To po com ci ja?

– Weźmiesz stu swoich i ruszymy, by wydrzeć z łap szarych tę córę południa.

– A tuś mi! – wykrzyknął Arvaniończyk. – Wiedziałem, że brak ci sił, bo inaczej miałbyś w rękach panią Earleen. Słaby jesteś ty i twój pan, skoro stu żołnierzy dokona tyle, ile nie zdziałało norgadorskie królestwo!

– Chyba nie wiesz o czym mówisz! – po raz pierwszy czarownik odezwał się gniewnie. – Szarzy to nasi wrogowie, stąd baczenie mamy na nich stałe, a oni na nas. Jeśli wyruszymy, oni będą o tym wiedzieć i zgromadzą znaczne siły, po czym dojdzie do nieuniknionej bitwy, której rozstrzygnięcie niepewne, a nam korzyść żadna, bo teraz z ukrytymi szaraczkami nie chcemy otwartej wojny. Co innego wy, wasza magia Norgadorowi obca.

– Nie ma wśród nas ani jednego czarnoksiężnika! – sapnął następca tronu.

– Lecz modlicie się dzień i noc, a to wystarczy – odrzekł leśny magik. – A stu ludzi zdołam ukryć, używając własnej mocy.

– A mówiłeś, że nie możesz użyć magii?

– Wyższej nie mogę, mówiłem już, prostą, owszem, zawsze. Mieszkańcy Norgadoru bardzo was ciekawi i wiele szpiegują, lecz bez złych zamiarów i nie stale, a tylko dla zaspokojenia ciekawości. Wkrótce się nią nasycą. Was z powodzeniem przeprowadzę pod samą siedzibę szarych, gdzie żyje ów mag i gdzie znalazła się twoja luba. A skoro już wiesz na czym stoisz, to postanów, czy moja pomoc ci potrzebna, czy też ją odrzucasz? Ale wiedz, że innego sprzymierzeńca nie znajdziesz prędko, a prawdę rzekłszy, wcale! – oświadczył karzeł.

– Przyjmuję ją. Zostaniesz sowicie wynagrodzony.

– Nawet wiem w jaki sposób.

Arvaniończyk zaśmiał się wyniośle.

– I wreszcie przeszliśmy do istoty rzeczy. Mów, czego chcesz, wszystko dostaniesz.

– Za pracę godzi się zapłata.

– Jeszcze żadnej nie wykonałeś.

– Ale kiedy już swoje zrobię, chcę ją otrzymać bez zwłoki.

– Mów co to – prychnął następca północnego tronu.

Karłowi zapłonęły oczy.

– Chcę twoich niewiast!

– Nie może być! – wykrzyknął Trali, zrywając się na równe nogi.

Mierzyli się wzrokiem. Arvaniończyk zawisł nad mieszkańcem puszcz, ale w tym dziecinny przekomarzaniu, to większy uległ. Karzeł patrzył uporczywie.

– Dam złoto! – wycedził spadkobierca Mauglisa, siadając.

– Mamy kilka kopalni kruszców, a w Nogadorze są cenniejsze skarby. Chcemy tych niewiast, Wasza Miłość!

– I jak ty to sobie wyobrażasz? – parsknął dziedzic północnego tronu, wiercąc się na siedzisku.

– Panie mój! – odezwał się na to Gauso, bo wróciła mu przytomność i od pewnego czasu ze zdumieniem obserwował ten niecny targ. – Tego nawet nie godzi się słuchać!

Karzeł nie odpowiedział, za to patrzył to na jednego, to na drugiego z ludzi północy. Książę spuścił swoje oczy, jego sługi były płomienne.

– Taka cena za tę dziewczynę – mruknął przybysz.

– One są wolne! – syknął potomek Mauglisa.

– Do ciebie należą. Tyś ich pan, a stanowisz nie tylko o tych kilku dziewkach, ale o całym swym władztwie. A twemu krajowi potrzebna dziewczyna z południa.

– Moi ludzie nigdy na to nie przystaną – słabo opierał się książę. – Rozszarpią tak mnie, jak i ciebie.

– Na to znajdzie się sposób. Tym się nie martw. Myśl o swym dziedzictwie, rodzonym ojcu i klęsce, jaką poniesiesz, wracając z niczym.

– Panie! – jęknął namiestnik drużyny.

Dziedzic tronu zacisnął zęby.

– Dobrze, dam ci kilka – westchnął, stale myśląc o tych, których obrazy stanęły mu przed oczyma. Lecz je odpędził.

– Dasz mi te wszystkie, które wybiorę.

– Co?! – wrzasnął dziedzic Mauglisa.

– Nie krzycz, panie. Nie przystoi przyszłemu królowi. Żal ci markietanek i kurtyzan? Ty prowadzisz żołnierzy do śmiertelnych zapasów, przelewasz tak krew ich, jak i swoją własną. Nie drzyj się, jak dziewka. A my nie potwory. Nie ukrzywdzimy białogłów. Dobrze im u nas będzie, może lepiej niż u ciebie. Demonom ich przecież na ofiary nie oddamy, a ty wyboru nie masz. Jeśli ja ci nie pomogę, wrócisz z niczym albo wszystkich żołnierzy wytracisz, po czym też wrócisz z niczym, bo ty jednak przeżyjesz. Czuję moc twego szczęścia.

– Później o tym! – syknął potomek Mauglisa.

– Niech będzie. Teraz twoje słowo wystarczy.

– Później.

– Zatem wtedy wyruszymy.

– I ty też nic nie będziesz miał z tego.

Karzeł uśmiechnął się.

Znowu gapili się na siebie. Z takim samym wynikiem jak poprzednio.

– Masz moje słowo – wreszcie wycharczał dziedzic Arvanionu.

Gauso powstał.

– Stój! – szepnął czarownik, a głos mu się zmienił nie do poznana. – Milcz! – nakazał.

Woj odwrócił się, próbował przemówić, lecz żadne słowo nie wydostało się z jego ust.

– Zarządź, że wyruszamy, książę, a ludzi wyznacz stu – mieszkaniec lasu przemówił do dziedzica północy. – Nie obawiaj się o naszą umowę. Ten człowiek bez mej zgody słowa nie wyrzeknie. Ów sekret zatrzymamy tylko dla siebie.

 

***

 

Na czele jechał milczący olbrzym i wskazywał drogę, książę ze swymi druhami, czarownikiem i Gauso znajdowali się mniej więcej w połowie oddziału. Trali zabrał ze sobą oddanych przyjaciół, pozostawiwszy w obozie jednego Kobbano On, zlecając mu, by miał na wszystko oko i wszędzie rozsyłał wojów, niby na zwiad.

Jak na razie wyprawie wiodło się nadzwyczajnie. Podążano przez sosnowe zagajniki, nigdzie po drodze nie natykając się na trudności. Karzeł zabronił rozmawiać, więc tylko czasem jakiś koń zarżał z cicha lub zadzwonił miecz, i tyle.

Po sosnowych borach nastały olbrzymie modrzewie, pośród których kryły się migotliwe stawy i jeziorka, do nich jednakże zbliżać się nie było wolno, za to droga stała się jeszcze łatwiejsza, gdyż brukowana. A las znowu się zmienił.

– Skąd tu taki gościniec? – zdumiał się Ghreza. – Trali wiesz coś o tym?

– Spytam naszego przewodnika. Czarowniku… – następca tronu zwrócił się do karła.

– Nie teraz! – ów syknął.

– Później o tym – dodał cierpko dziedzic Arvanionu – bo wiecie…

– Zaczekajcie tu! – nakazał mag i ruszył naprzód, wymijając Arvaniończyków. Cały oddział się zatrzymał.

– Ejże! – krzyknął za nim Alhetar.

– Może troll pod mostem gnijące uroki plecie? – ktoś zamruczał.

Drogę przecinała rzeczka, ale nie stanowiąca nieprzebytej przeszkody, bo z obydwoma brzegami połączonym solidną, kamienną przeprawą. To przed nią zatrzymał się oddział. Dalej ciemniała ściana lasu, już nie olszyn, buków, cisów i jodeł, wśród których ostatnio podążano, a wyniosłych, omszałych brzóz, a tam coś czekało.

Trali podążył za karłem, a za nim jego druhowie. Lecz nim dotarli do czarownika, ów już przekraczał most. To nie nie na nim, ani pod nim czyhała jakaś paskuda. Chcieli pociągnąć dalej za niepozornym czarownikiem, ale olbrzym ich zatrzymał. Mimo braku języka, okazał się nad wyraz wymowny.

– Zobaczymy, bo skoro most przebyty, to żaden troll nadgniły – mruknął Ruszfik, przez co powstrzymał swego księcia, który już wrzał w środku, bo zakazów nie cierpiał.

Karzeł niewiele ujechał, by widzom zaczęło się zdawać, że znika w mroku, choć do ściany posępnych drzew nie było zbyt daleko. Ale on zatrzymał się na skraju, zsiadł z mierzyna i wyciągnął przed siebie laskę. Trali przypomniał sobie blask otaczający Gauso i Eterela, gdy dwaj woje stanęli nad grobami dzikoludów, zaczął oczekiwać podobnego zjawiska. Zamiast tego wokół karła ciemność zgęstniała i otoczyła go niczym stado wron. Czarownik zawołał. Nie znajdował się szczególnie daleko, lecz jego głos ledwie dochodził. Odpowiedział mu szmer szeptów z pobrzmiewającą w nich groźbą i szum czegoś, co skrzypiało i zgrzytało. Mag znowu zawołał. Groza zdawała się mijać, a mrok rozpraszać. Po czym rozległ się wysoki ton, bardzo podobny do gwizdu, a wtedy coś uniosło się w górę, zaś Arvaniończyków dobiegł łopot ogromnych skrzydeł. Już po chwili ciemność zmieniła się w zwyczajny półmrok, jaki typowy w cieniu rzucanym przez drzewa. Wokoło nastała cisza.

Milczący olbrzym nakazał ruszać. Arvaniończycy przejechali przez most. Książę ze swymi towarzyszami dotarł do czarownika.

– Co to było? – syn Mauglisa odezwał się natychmiast, bo cierpliwość nigdy nie należała do cnót, jakie czcił przesadnie.

– Zawalidroga – odparł pokraczny czarownik.

– Z czymś podobnym już miałem do czynienia, gdy na grobach otharów stali moi żołnierze. Ciemność cofnęła się przed nimi.

– Wtedy tylko chciała was odpędzić – zauważył mag. – Tu siedział kozodój, który rzuciłby się na nas, by szarpać i nurzać się we krwi. Nie dałby nam przejścia, bo w nim natura taka, że prędka do zwady.

– Nas stu.

– I co po tym? Może byśmy go ubili, bo jestem tu z wami. Ale przy okazji ludzi wykrwawili.

– To moi ludzie – zauważył Trali.

– Ale cel nasz wspólny, a on ucierpiałby na stracie czasu. Kto by na tym zyskał? Ty? Nie, siwy krętacz kryjący się pośród szarych. Wiedziałby, że się zbliżamy, bo głośno by o tym rozprawiano, a on wróg. I mnie, i kozodojowi.

– Toś go do sojuszu wciągnął?

– Jego? – karzeł parsknął. – Łatwiej starą jędzę zmienić w cnotliwą pannę! Na nic sojusze w Norgadorze, bo jeden dzień trwają. Słów tu używa się po to, by głupich zwieść. To nie wasz ludzki kraj, gdzie wierzycie w honor i nie łamiecie obietnic.

– I u nas różnie bywa – prędko odrzekł Trali.

– Tak? Później cię o to zapytam w jaki sposób słowa dotrzymujecie. Przyznam, żem bardzo tego ciekaw. Ale teraz muszę odpocząć, bo jestem śmiertelnie znużony. Z tym stworem niełatwa sprawa, a magia jest jak dziura w worku ze zbożem, im większa, tym więcej ziarna się sypie. Teraz spocznę, mości książę.

Karzeł albo drzemał, albo z nikim nie chciał gadać, w każdym razie podczas dalszej jazdy nie dał ni znaku życia. Uczynił to dopiero przed nastaniem nocy. Zerknął na ciemną ścianę drzew, które wśród otaczającego lasu zdawały się niczym wyspa na morzu.

– Tam staniemy! – wskazał.

Ale następcy tronu nie podobała się owa gęstwa, jakże odmienna nawet od potężnych, gniewnie poskręcanych drzew Norgadoru. Bo tam, gdzie mu pokazywano, konary były nagie i nisko zwieszone nad ziemią, korzenie wyciągały się na powierzchnię, a pnie co do jednego były popękane, z obszernymi dziuplami, w środku których ciemność tkała pajęczyny. Żaden Arvaniończyk nie chciałby zanocować pośród podobnego zagajnika.

– Wolę stanąć tu – odrzekł Trali. – Miejsca dość.

– Tam moja moc wzrośnie – zachrypiał karzeł, jakoś chciwie, pożądliwie, niby lubieżnik w dziewiczej izdebce.

– Tu wolę! – sprzeciwił się dziedzic Mauglisa.

– To zostań, ale ja tam muszę! – syknął karzeł i poszedł.

Do księcia zbliżył się Gauso. Dziwnie było namiestnikowi drużyny w tym lesie, gdzie wszystko głośniejsze, większe i bardziej wymowne. Na próżno zamykał oczy i próbował nie słuchać. Czuł, że oszaleje, bo zdawało mu się, że rozumie szmer drzew, głuchy jęk ziemi i porywy wiatru. Odezwać się zaś nie miał do kogo, bo Eterelowi nakazano zostać na trakcie. Lecz do księcia, swego pana, musiał iść, bo będąc żołnierzem, znał swą powinność, a wiary dochowywać umiał i chciał.

– Panie, musisz o czymś wiedzieć.

– Ty mówisz?

– Nie o wszystkim mogę.

– Czego chcesz? – Trali podniósł głos.

– Wiem, gdzie gościniec.

– Jak to? – zaśmiał się następca tronu. – Trafiłbyś? Nie może to być! – wykrzyczał.

– A jednak.

– To i pewnie tego kozodoja byś odegnał? – prychnął królewski syn.

– Tego bym nie dokazał.

– Proszę – zakpił dziedzic Arvanionu – to jednak nie dorównujesz czarownikowi! Gdyby mocy ci nie brakło, wyzwoliłbyś się spod jego władzy. Ale tego nie możesz.

– Umiałbym jednak ominąć tego demona. Wiem też jak trafić do wioski szarych. Inną drogą niż czarownik nas wiedzie. Łatwiejszą.

– Skąd?… Nigdy tu nie byłeś!

– Tego nie pojmuję. Ale co wiem, to mówię. Czuję ten las, mój panie. Nie łżę.

– A umiałbyś tak nas poprowadzić, by oni tego nie zauważyli?

– Tego nie wiem.

– Gauso, tyś rozum postradał – Trali położył mu rękę na ramieniu. – Może to przez ten urok? Tobie zdaje się, że las rozumiesz. Niepodobna! Ani kozodoja byś nie ominął, ani nikogo byś nie osłonił, gdyby Norgador wystąpił przeciwko nam. My potrzebujemy tego karła, choć z niego przeklęty czarownik. Lecz bez pomocy wszyscy niechybnie zginiemy. Idź, wypocznij, bo widzę, że tego ci potrzeba bardziej niż kiedykolwiek.

– Mój panie, mógłbym pójść do tych ludzi, by prosić o wydanie królewny. Czuję, że posłuchaliby.

– I nas zdradzić? Nie, namiestniku. Dobrze, że czarownik związał się zaklęciem milczenia. Bajdurzysz. Idź już!

Po chwili do księcia zbliżył się Ruszfik.

– A czego chciał nas zmyślny woj?

– Oszalał do szczętu!

 

***

 

Żołnierzom nie pozwolono rozpalić ognisk, zatem siedzieli w półmroku, niepewnie rozglądając się wokół i wsłuchując się w życie lasu. Ale było raczej cicho. Dogryzali wędzone mięsiwo i popijali gorzałkę, by się rozgrzać. Chłód wprawdzie nie doskwierał, ale z manierką w garści raźniej.

Trali nagle zatęsknił za obozem i pozostawionych w nim towarzystwem ujmujących dam. Zaraz jednak przypomniał sobie, że słowem zaręczył, iż wyda je, więc humor przestał mu dopisywać. Jakże inaczej działo się w Arvanionie! Prosto i radośnie. Wiadomo, czego się trzymać, ludzie życzliwi, znani, a nawet gdy nie zawsze przychylni, jak Argyli, czy Bartinard, to swoi.

A tu? Miesiąc na niebie nie taki, jak w rodzinnym kraju, cienie dziwaczne jak nigdzie, a najgorsza tamta mroczna wyspa drzew. Jakoś strasznie świecąca.

Przyszedł Alhetar i podetknął manierkę z gorzałką, ale kompan nie chciał.

– Widzę, żeś nie w humorze.

– A ty tak?

– Ot, byle nie patrzeć na tamten gaik – zawołany szermierz nie zerknął nawet na ostępy, gdzie zniknął czarownik. – Jak patrzę, wtedy cierpnę cały i gryzie mnie coś.

– Może mendy?

– Dałby Bóg. Pocieszyłbym się, że godna zapłata za uciechę.

– Dworujesz sobie. On tam poszedł.

– Czuję się przy nim tak, jakby dym mnie dusił. Próbuję nabierać powietrza, ale dym to tylko, więc krztuszę się. Kiedyś tak miałem, na pograniczu z Esgladurem. Pamiętasz, jak otoczono nas w stanicy i całą podpalono? Ledwie wtedy ducha nie wyzionąłem.

– Muszę wiedzieć, co on tam robi.

– Czaruje.

– A jeśli zmawia się z wrogami?

– Ten wielgachny siedzi wśród nas – zauważył Alhetar. – Nigdzie się nie wybrał, za to znalazł najzawziętszych mruków i zdaje mi się, że jemu wśród nich dobrze. Gdyby czarownik coś knuł, wziąłby go ze sobą, by baczenie dawał i strzegł przed wykryciem zdrady.

– A jednak muszę wiedzieć!

– Beze mnie!

– Pójdę sam! – postanowił dziedzic północy i zaraz się zerwał, by swój zamiar natychmiast wprowadzić w życie.

Szybko dotarł do matecznika grozy i cienia. Wbrew żywionym obawom od razu wypatrzył karła, jakby jakaś tajemnicza siła wskazywała drogę. Zatrzymał się i wbijał wzrok w mizerną postać leżącą na ziemi w kręgu wytyczonym przez wielkie, czerwone muchomory. Grzyby na zmianę mieniły się to ogniem, to krwią oświetlane siną i zielonkawą poświatą, której źródła Arvaniończyk nie umiał odnaleźć. W tym blasku widział ogromne wije gromadzące się wokół karła, wznoszące się nad nim ćmy wielkie na łokieć i ważki nie mniejsze niż ramię. W kręgu ziemia na zmianę puchła i zapadała się, aż następcy tronu zdało się, że patrzy na żywe serce, co bije wolno i ciężko. Ono mroczne i straszne.

Niedługo tak patrzył. Karzeł wkrótce się podniósł i spojrzał wprost na przybysza, wyczuł obcego. Mroczna, duszna fala ogarnęła człowieka.

– Przyszedłeś wyszpiegować moje sekrety? – czarownik zakrakał wzgardliwie. – Nic ci po tym. Nie pojmiesz!

– Przyszedłem ze sprawą. Moc cię opuszcza, czarowniku!

Mag przyjął to oświadczenie z uśmiechem takim, jaki miałby gad po połknięciu królika. Krocionogi i węże wiły się wokół jego nóg, ważki i ćmy tworzyły świecącą chmurę, zaś ziemia pod nim biła wstrząsana potężnym rytmem.

– Gauso wolny jest – oświadczył książę.

– Niepodobna!

– Otóż, ledwie przed chwilą oświadczył mi, że wie w jaki sposób wrócić na trakt, wie także jak trafić do tych szarych. Wiedziałby też którędy pójść, by ominąć kozodoja, z którym się zmagałeś. Widzisz, przemówił.

– Ciekawe – szepnął karzeł. – Są tacy ludzie. Nawet jeśli on takim ptaszkiem, to nie znaczy, że uwolnił się spod mojej władzy.

– Myślałem, że powiesz, iż on łże. Jak to, jest zatem inna droga?

– Mnóstwo. Moja najlepsza, bo szarzy jej nie strzegą.

– Pojąc trudno.

– Nic w tym dziwnego. A teraz pójdź za mną, wyprowadzę cię.

– Sam trafię – warknął Trali.

– Spróbuj.

Dziedzic Arvanionu odwrócił się pewien, że sam wyjdzie z tego mrocznego matecznika, ale natychmiast natrafił na mur ciernistych krzewów, musiał go obejść. Dalej ciągnęły się leszczyny, które chłostały go po twarzy i łapały za poły. Zdziwił się. Czarownik przyszedł mu z pomocą. Nie szli krótko, ale wreszcie wydostali się spomiędzy zaklętej gęstwiny. Następca tronu odetchnął, bo dotąd zdawało mu się, że coś go dławi, odbiera dech i jak dym wciska się do płuc. Karzeł pozostał, Trali poszedł już sam i z każdym krokiem coraz lżej robiło mu się na sercu.

 

***

 

Cały dzień przeszedł Arvaniończykom na mozolnych przeprawach, a pod sam wieczór przebijali się przez mgłę. Na zbiórce dwóch ludzi nie można było się doliczyć.

– I tak poszło łatwiej niż się spodziewałem – rzekł na to czarownik. – Za dwa dni staniemy na miejscu.

– Moi żołnierze giną! – książę zawrzał gniewem. – Myślisz, że mam ich bez liku?

– Dwóch tylko.

– Coś mi się zdaje, że tracisz moc. Mnie kminkiem w oczy rzucasz, ale Gauso mówi, że przez te mgły wcale nie musieliśmy się przedzierać.

– Słusznie, ale tydzień byśmy je obchodzili. Wtedy staruch by nas wyśledził. Bo on ma szpiegów bez liku. A ty rozpaczasz jak dziecko! Co znaczy strata dwóch pachołków?

– To moi ludzie!

– A ty ich kochasz? I mój pan Argaus swoich też miłuje. Widać władcy tak mają.

– A mówiłeś, że on się zwie Gadrak?

– A tak, tu znany pod takim imieniem. Ciekawym czy Frela tamtych otharów żałuje? Pewnie nie. Co mu tam! Najemnicy pójdą sobie jak…

I karzeł nagle zamilkł, co dziwne było, skoro wcześniej przemawiał ochoczo i radośnie.

– Jak to? – szepnął słabo.

Tali nadstawił uszu.

– W czym rzecz?

– Odchodzę – oświadczył czarownik i jakby się zmówił z olbrzymem, bo ten porzucił grono swoich milczków i skierował się do niego.

– Jak to? – zdumiał się syn Mauglisa. – Mieliśmy do szarych. W matnię nas wprowadziłeś! Mów, bo pchnę!

Olbrzym był coraz bliżej.

– Uszła mi rzecz wielkiej wagi, o której mój pan musi się dowiedzieć natychmiast.

– I teraz to pojąłeś?

– W tej chwili. Was wyprowadzi twój człowiek. Trafi na trakt.

– O nie, bratku! Mów w czym rzecz!

Czarownik podniósł laskę, ale wokoło stało stu Arvaniończyków i choć jeszcze niczego nie spostrzegli, rzuciliby się na jedno słowo swego pana, by ubić obcych. A wtedy Gadrak nie dowiedziałby się o niczym.

– Ktoś ubił dzikoludów.

– To jasne – wyrzucił z siebie niecierpliwy dziedzic Arvanionu.

– Nie moi przecież – zauważył czarownik. – I nie wojowniczka, towarzysząca Islamince. Uszło to mej uwadze. Dziwne, bom o tym ni razu nie pomyślał. Mój pan też. A to najstraszniejsze, bo ten ktoś rzucił ćmę na nasze umysły. Łatwo to uczynił, zatem jest mocny. Większy niż staruch od szarych, bo jego siły znam, a zamiary przenikam. Mój pan natychmiast musi się dowiedzieć o dokonanym odkryciu. Nie ma chwili do stracenia!

– To wielkoluda poślij, niech wieść przekaże.

Lecz karzeł znowu się zadumał.

– Zostanę jednak – rzekł po chwili z namysłem, a zarazem obawą.

Olbrzym zatrzymał się i cofnął do swoich milczków. Trali płonął z ciekawości.

– A tym razem cóżeś odkrył?

– To że teraz wszystko rozumiem, kiedy mi do szarych tak blisko jak nigdy. Sposobność trafia się jedyna w swoim rodzaju, by pognębić wroga, a ja dokonuję takich odkryć, które wszystko obracają w niwecz. Nie może to być! Trzeba skończyć jedną sprawę!

Trali odetchnął, choć dalibóg, nic z tego nie pojmował.

 

***

 

Kolejny dzień mijał na uciążliwej wędrówce. Wszyscy słaniali się ze znużenia, tylko czarownik zdawał się bardzo ożywiony i stale zagadywał księcia. Aż tego ostatniego brało podejrzenie, bo niejedno mu zostało zdradzone, niby komuś zaufanemu.

– Urok na mnie rzucasz?

– Po czym tak mniemasz, Mauglisowy synu?

– Bo sam wiele gadasz, a i ja niejedno mówię. Pytałeś o urządzenie Arvanionu. Mówiłem o wszystkim. Zagadnąłeś o Snaronie, niczego nie ukryłem. Wspomniałem nawet o zamachu na Burganiego. Opisałem wszystkie dzielnice i ludy w nich żyjące.

– A to jakieś tajemnice?

Następca tronu zamyślił się.

– Nie – stwierdził wreszcie.

– Ot, zwykła ciekawość.

Umilkł, zatem zmora usiadła Traliemu na piersi. Gdy do tego czarownika nie mówił, to jakby zanurzał się w mroku, a duszność mu ciążyła, od której daremnie się odwracać. Przed oczyma przewijały mu się krwawe obrazy i na nic wzrok spuszczać, one w głowie siedziały. Gdy karzeł znowu o coś zapytał, on zaczął mu odpowiadać żywo, chętnie i bardzo obszernie. I nie raz przy tym wyrzekał, że w ojczyźnie nie dzieje się najlepiej, bo łotry podłego stanu urosły ponad miarę.

– Tak to? – zdziwił się czarownik. – Powiadasz, że stara rodowa szlachta w poniżeniu? Że zapomniane dziedziczne zasługi? Oni przecież nie raz dawali odpór, jak przychodziło wam do rozprawy z Islaminią. Po Norgadorze wieść się roznosi, że tym razem południe niemiłosiernie pognębi północ. Dziwne to, bo w chwalebnej przeszłości nie raz pokonywaliście butnych południowców, choć zwykle mniej was było.

– Dobra szlachta dziś w poniewierce – Trali zadygotał ze złości.

– Co powiadasz?! Twój ojciec tak ją poniżył? Mówi się u nas, że Mauglis chytry, że władzę wzmocnił, jak nikt przed nim. Ja sam zwę go Rozumnym.

– A on ludziom niepewnego rodu, wręcz wątpliwej krwi, oddał cały kraj. Zasłużeni dziś jęczą. W szlachetnych krew od tego gorzeje.

– Ty chyba będziesz innym panem?

– Daj to Boże! – z zapałem wykrzyknął dziedzic północy.

Czarownik przyglądał się mu z wielką ciekawością. Ale bardziej niż ciekawie – drwiąco.

 

***

 

Kiedy wieczorem stanęli na nocleg, mag oznajmił księciu, że jutro do południa dotrą na miejsce, o ile wyruszą o świcie.

– Ludziom trzeba o tym powiedzieć – rzekł następca arvaniońskiego tronu.

– Pewnyś ich?

– Nie uciekną! – książę się roześmiał. – Stąd nie ma dokąd.

– Rzecz w tym, czy noc zejdzie im spokojnie, kiedy spróbują zasnąć z myślą o boju?

– Nie pierwszy to raz.

– Norgador wiele zmienia.

– Ty się nie bój! To drużyna! Wybór z wyboru. Oni brali udział w niejednej bitwie. Nie raz przejeżdżali po brzuchach nieprzyjaciół, zdobywali grody, zdarzało się, że cofali, odgryzając się jak wilki. Nigdy im odwagi nie zabrakło.

– Ale Norgadoru się boją. Jeśli dodasz im nowiny o walce, jeszcze mniejszy będzie z nich pożytek.

– Racja. Radzisz zatem nic im nie mówić?

– Najwyżej jutro! – niecierpliwie uciął mag.

 

***

 

Ledwie rankiem ruszyli, ledwie minęła godzina, a jeśli więcej, to o odrobinę, ledwie rozczmuchali się nieco, gdy karzeł przemówił do księcia:

– Dziw! Dotarliśmy.

– Może być? – zdumiał się młodzian. – Głowę bym dał, że minęło nie więcej jak dwie godziny. Norgador łudzi nas wszystkich?

– Nawet mniej, ale jesteśmy na miejscu. Nie pojmuję, jak to się stało. Dziwna rzecz.

– Mniejsza z tym! – Trali ucieszył się i zatarł ręce. – Teraz to wiem co mam robić – i na potwierdzenie tych słów zaraz zaczął zwoływać podwładnych.

Karzeł ledwie go powstrzymał.

– Wysłuchaj mnie najpierw! – rzekł z mocą.

Wyjaśnił swój plan. Ale ten nie przypadł Arvaniończykowi do smaku, zaś gdy czarownik spróbował dzielić dziesiątki, następca tronu zaczął oponować. Stanęło wreszcie na tym, że oddział zostanie podzielony na sześć części, cztery po dwie dziesiątki, jedną, do której zostaną dodani druhowie Traliego i tę, do której zostaną dołączeni książę, czarownik i Gauso. Na to dziedzic Arvanionu przystał, lecz wtedy przyszło mu stoczyć jeszcze jedną batalię. Oczywiście z wodzem wojów.

– Panie mój, tam przed nami nie zbrojny wróg za wałami, lecz wioska spokojnego ludu, starców, niewiast i dzieci.

– Tudzież mężów w sile wieku.

– Czy wielu?

Syn Mauglisa nie wiedział.

– Szliśmy tak, by o naszym pochodzie było głucho. Nasz przewodnik mocny czarownik – tłumaczył Gauso. – Zwodzi nas, mami i kłamie. Nie znadziemy tam licznego zastępu wojów. Napadniemy na słabych i bezbronnych.

– Czego ty chcesz?

– My woje. Krew przelewamy w walce. My nie mordercy.

– Zrobicie, co każę! – warknął dziedzic północy.

– Tak, panie. Lecz czy to nasza sprawa? Nam kazano odnaleźć panią z południa i bezpiecznie zaprowadzić do królewskiej siedziby, nie toczyć wojny w Norgadorze. Co nam do rozprawy nieznanego nikomu Gadraka z jakimiś szarymi? Naszymi rękoma jedni drugich chcą pognębić.

– Słusznie. To co mam czynić?

– Pójdę do tych tam i zażądam, by wydali nam królewnę.

Książę namyślał się, ale niezbyt długo.

– Nie, wtedy zostaną przestrzeżeni. Nie radzisz jak wódz Arvanionu, lecz jak sprzymierzeniec tych z lasu. To nie mój lud, nie będę po nim płakał. Jeśli do nich przemówisz, oni później stawią mocniejszy opór i nasza krew popłynie obficiej. Ale słusznie prawisz, że nie przyszliśmy tu mordować. Żadna chwała dla Arvanionu z takiego triumfu. I słusznie, że nie nasza to sprawa, zatem, kiedy wyjdziemy z gęstwy, od tamtych będzie zależeć w jaki sposób potoczą się sprawy. Jeśli zamyślą walkę, uderzymy i Bóg da, zwycięstwo nas ozdobi. Lecz jeśli pójdą po rozum do głowy, zrozumieją, że cała ich nadzieja w pokorze. Wtedy weźmiemy co nasze i odejdziemy w pokoju.

Trali przemawiał surowo, bo chciał przełamać opór woja, któremu takie ustępstwo zdawało się nazbyt małym. Gauso rozumiał, że to tylko zrzucanie z siebie winy, ale niczego więcej nie mógł oczekiwać. Arvaniończykowi musi bardziej zależeć na szczędzeniu własnej krwi niż cudzej.

Dziedzic Mauglisa wezwał jednakże wszystkich dowódców i przekazał im swą wolę. Mało jednak na nich zważał, za to usilnie wpatrywał się w czarownika, jakby oczyma chciał mu wwiercić się w mózg. Karzeł nie obrócił na niego oczu. Milczał.

– Coś powiesz wreszcie? – książę zwrócił się do mieszkańca Norgadoru, po tym jak już odprawił dziesiętników.

– To może się udać – mag przemówił z namysłem. – Nasz oddział oraz niemego woja ruszy z jednej strony. Reszta to usłyszy i dołączy, a wtedy swoje dostaniesz.

– I może bez przelewu krwi.

– Mnie to za jedno, obym swoją nagrodę wziął, choć powiem, że ja cudzej zwykle nie żałuję. Ale to twoi ludzie.

– Moi! – prawie wykrzyczał następca tronu – To ruszajmy, czasu szkoda.

Za olbrzymim Norgadorczykiem poszły trzy oddziały. Dwóm miał wyznaczyć miejsce, na czele trzeciego stanąć sam. Podobnie karzeł. Arvaniończycy szli ostrożnie, zataczali ogromne koło na skraju osady, którą tylko czasem dostrzegali. Wrogowie ich jeszcze nie wypatrzyli. Wkrótce wszystkie oddziały znalazły się na wyznaczonych miejscach.

– Na pewno uderzą wraz z nami? – dopytywał się Trali.

– To już chcesz walki?

– O ile zostanę zmuszony…

– Szarzy spostrzegą nas wcześniej, niż myślisz.

– Ale dotąd tego nie uczynili? Cicho tam.

– Pora! – stwierdził czarownik.

Napastnicy wyszli na ogromną polanę. Osada była rozległa, mogło ją zamieszkiwać i ze trzy tysiące ludzi. Tak może się działo w latach świetności. Które przeminęły. Zabudowania na skraju zostały dawno opuszczone, zaniedbane budynki chyliły się ku ziemi niby schorowani żebracy. Przywódca Arvaniończyków pomyślał, że uda się dojść niespostrzeżenie aż do środka osady, gdzie widziało się kilku miejscowych. Lecz nagle odezwało się głośne wołanie.

– Zobaczyli nas! – krzyknął gniewnie. – Żywo na nich!

Jego podwładni rzucili się naprzód, a wraz z pierwszą dziesiątką także wszystkie pozostałe.

Książę biegł jako pierwszy i dotarł dość daleko, nim zobaczył jakiegokolwiek nieprzyjaciela. „Może się poddadzą” – roił sobie. Ale widać tamci nie mieli takiego zamiaru, bo jakaś strzała zaświstała mu koło ucha. Obejrzał się, by zobaczyć jak jeden z jego ludzi łapie się za ramię, a po nim kolejny za brzuch. „Łup! Łup!”. Krew zatętniła mu w skroniach, a wzrok się zaćmił i nim pojął sam siebie, wrzasnął przeciągle:

– Morduuuuuuj!

Nagle zobaczył przeciwników. Wyroili się z chat, zebrali się w kupy. Jednak nie zdążyli uderzyć. Na najliczniejszą niczym lawina zwalił się olbrzym, gruchocząc i łamiąc wszelki opór. Bzyknęły jeszcze jakieś strzały, ale z coraz to nowych miejsc dobiegały rozpaczliwe krzyki mordowanych i chrapliwe wrzaski rozradowanych zabójców.

Trali też zebrał się w sobie, by nie stać bezczynnie, skoro jego woje dzielnie dokazywali. Ale wrogów nie mógł nigdzie znaleźć. Miotał się. Zamiast mężów w sile wieku wszędzie widział wyrostków i starców, a jeszcze więcej niewiast i dzieci. Wszyscy szli pod nóż. Książę odwrócił się ze zgrozą. To nie był bój, to była rzeź, a on za jatkami nie przepadał.

– Trzeba mi znaleźć Earleen! – postanowił.

Ze strachem uświadomił sobie, że jakiś rozzuchwalony żołdak dopadnie księżniczkę i poużywa sobie na niej. Już dobiegały go dzikie wrzaski.

– Tylko gdzie ona? – daremnie się rozglądał. Wokoło krew, gdzieniegdzie ogień. – Czarownik będzie wiedział – rzekł sobie.

Karzeł na swym mierzynku kierował się do środka osady. Trali pobiegł do niego, po drodze chłonąc oczyma wstrząsające obrazy mordów i gwałtów, ale za czarnoksiężnikiem nie nadążył. Kiedy wreszcie znalazł się na rynku zewsząd otoczonym znaczniejszymi budowlami, ów już dostarczał paliwa do ognia magii. Wzniósł właśnie laskę, by powalić w proch ziemi starego nieprzyjaciela. Siwowłosy czarodziej, odziany w zieloną tunikę i brunatny płaszcz giął się przed mocą wroga. Wokół niego potężniał migotliwy wał brzmiący jak fala na morzu, co szarpie nadwyrężoną łódką, by ją potrzaskać i zatopić. Książę spojrzał w górę na ową powódź, godzącą w starca. Trzaskała i syczała, mieniła się okrutnym blaskiem, a przemykały w niej gadzie kształty. Żmije i jaszczury kłębiły się tam i wyciągały cielska ku bezbronnej ofierze. Poniżej miotała się gęstwa plugastwa.

Syn Mauglisa wstrząsnął się i na chwilę zabrał wzrok od tego widoku, bo choć miał czarownika za sprzymierzeńca, to dziwnie mało mu życzył powodzenia w obecnym starciu. Lecz gdy spojrzał ponownie, zamiast triumfującego karła nad starcem przygniecionym zwałami pełzającego robactwa, ze zdumieniem zobaczył nad ramionami jasnego czarodzieja szumiącą chmurę ciem i motyli. Po chwili młody książę zdziwił się jeszcze bardziej, bo nawałnica robactwa na ziemi przemieniło się w dywan barwnego kwiecia i liści, które jak ochronny mur osłoniły swego twórcę. Czarodziej przełożył własną laskę do lewej ręki, prawą wyciągnął nieco przed siebie. Otworzył dłoń ku górze, a wtedy chmura nad nim rozmigotała się żywiej, po czym znikła. Szybko zwrócił się ku czarownikowi, przybliżył dłoń do ust. Lekko dmuchnął.

Wicher uderzył w ciemnego maga. Ów musiał obydwoma rękoma przytrzymać się swej laski. Zaostrzony koniec wbił w ziemię. Zadygotał, targany wściekłymi porywami wichru mruczał jakieś ochronne zaklęcia, lecz mało miał nadziei, skoro pojął, że zadarł z mocniejszym.

Nie był wszakże sam. Zza węgła wypadł olbrzym, ale by nie zwrócić na siebie uwagi, przypadł do ziemi, a późnej ukrył wśród budynków, po czym podniósł krzywy miecz w całkiem jasnych zamiarach. Umyślił sobie podkraść się niepostrzeżenie do jasnego czarodzieja i przeciąć go na dwoje. Jednak miał jeszcze do przebycia co najmniej trzydzieści kroków, gdy został dostrzeżony.

Mag obrócił się, w jednej chwili puszczając karła, który ciężko oparł się na swej lasce i ostatkiem sił zmagał się z bolesną słabością. Nie upadł, ale w niczym nie mógł pomóc swemu towarzyszowi. Ten zaś widząc, jak cały jego zamysł legł w gruzach, zerwał się do biegu. Zrobił ledwie kilka kroków, kiedy coś nim szarpnęło, jakby go arkany złapały za plecy i ciągnęły w tył. Mimo to postąpił do przodu, choć to wyglądało tak, jakby z wysiłku za chwilę miał poszarpać sobie wszystkie ścięgna i mięśnie. Obrzmiał. Czarodziej wyciągnął ku niemu prawą dłoń i dmuchnął w nią lekko. Wicher uderzył tak, jak poprzednio w karła, ale olbrzym okazał się mocniejszy. Szedł mimo to. Ale żelazo ledwie trzymał w rękach i drżał cały.

Czarodziej zdumiony ową nadludzką wytrzymałością, wziął laskę w prawą rękę i uderzył ją lekko w ziemię, po czym podniósł i rozgałęziony koniec skierował przeciw wrogowi. Owego w tej samej chwili poderwało w górę, po czym poniosło kilkanaście kroków i rzuciło na pobliski budynek. Widać olbrzymi woj walnął w jakiś słup i go połamał, bo kawałek dachu obsunął się i przygniótł dzielnego męża.

Zwycięski starzec ponownie obrócił się w stronę karła.

– Jeśli on zginie, moja sprawa przepadła! – rzekł sobie książę. A mimo to nie ruszył z odsieczą.

Tymczasem jego żołnierze biegający po całej osadzie, kupą wypadli na plac, gdzie toczyła się walka magów. W pierwszej chwili przystanęli, nie rozumiejąc w czym rzecz, ale zaraz zobaczyli swego pana, po czym na swój sposób wytłumaczyli sobie jego bezruch.

– Zabić charakternika – wrzasnęli.

Chmarą skoczyli na starego czarodzieja, zmuszając go, by zwrócił się ku nim. Machnął laską i z najbliższego budynku posypał się gont i krokwie, później pochyliły się ściany i to wszystko runęło na Arvaniończyków. Musieli odstąpić, przerażeni. Rumowisko stanęło w ogniu.

W międzyczasie karzeł odzyskał siły. Znowu wbił laskę w ziemię, dłonie położył na łbie kozła. Sięgnął myślą do najmroczniejszych zakamarków własnej duszy, znalazł tam dość siły, by otworzyć drzwi tego świata dla najpotworniejszej magii. Wezwał ją na pomoc i skierował przeciw czarodziejowi. I owa moc, wgryzając się w ziemię jak robak, drążąc w niej korytarze jak kret, sunęła pod powierzchnią, wynurzając się z ukrytego świata.

Lecz czarodziej dostrzegł w porę to niebezpieczeństwo. Zobaczył macki potwora sięgające ku niemu, skrzyżował dłonie i powstałą świetlistą tarczę rzucił przeciw bestii. Jednak nie powstrzymał jej. Wbił zatem laskę w ziemię, nacisnął, by weszła głębiej i trzymał ze wszystkich sił, choć ona wyrywała mu się z rąk jak żywa. Utrzymał, choć drżał na całym ciele. Bestia schowała się w norze, a później uciekła do mrocznego świata, z którego się wzięła.

Przegnał ją. Ale ten triumf wiele go kosztował.

Trali skoczył. „Jeśli czarownik przegra” – myślał sobie – „cóż ja dokażę? Stary mag nie odda mi Earleen, prędzej wepchnie w jakiś wilgotny loch, a wtedy wszystko stracone”. Przebiegł kilka kroków, po czym zatrzymał się, jakby mu nogi uwięzły w błocie. I nie tylko nogi, także korpus i ręce. Rozejrzał się. Nic go nie trzymało. A na piersiach zmora mu usiadła, bo nie mógł oddychać. „Co się dzieje?” – przeraził się. Zrozumiał, gdy zobaczył czarodzieja kierującego przeciw niemu swą sękatą laskę.

Jednak i ów potężny mag nie posiadał nieskończonych sił. Zachwiał się, zbladł, ciężko oddychał. Póki co pozostawał zwycięski, bo umiał powstrzymać każdego przeciwnika, radząc sobie z każdym jak z niepokornym wierzchowcem. Tyle, że wśród nich znalazł się jeden mocny ponad wszelkie wyobrażenie.

Olbrzym wygrzebał się spod rumowiska. Znużony czarodziej tego nie zobaczył. Wielkolud krwawił z wielu ran, był uwalony pyłem i wapnem, w gruncie rzeczy przypominał pobielanego trupa. Tyle, że siły jeszcze zachował. Przynajmniej na to wyglądało. Dźwignął jakąś belkę, bo oręż gdzieś mu się zawieruszył i zataczając się, ruszył w stronę czarodzieja. A poruszał się całkiem żwawo.

A jednak stary mag, mimo że osłabiony tak, iż w oczach mu się ćmiło, dostrzegł nowe zagrożenie. Obrócił się. Nie tak prędko wszakże jak poprzednio i mniej pewnie machnął laską. Olbrzym tymczasem cisnął swoim pociskiem. Belka leciała w stronę maga, ale nim go trafiła, spadła na ziemię. Czarodziejska tarcza strąciła ją, ale nie do końca tak, jak chciał starzec. Tram nie wytracił całego pędu, odbił się od ziemi, a siwy czarodziej nie zdążył już ani go odepchnąć, ani się przed nim uchylić. Uderzył go w ramię, a siłę jeszcze miał znaczną, zatem wybił mu z rąk laskę, a jego samego obalił w proch.

„Wolny!” – w myślach zawył Trali, lecz gdy spróbował się poruszyć, osunął się na kolana, a by twarzą nie paść, musiał zaprzeć się rękoma. Z drugiej strony także jego ludzie daremnie szukali drogi, zaś olbrzym leżał nieruchomo, jakby wyzionął ducha. Tylko karzeł się poruszał i to nad podziw szparko. Kulał wprawdzie, ale nigdy nie chodził zbyt zgrabnie, sił również mu ubyło, bo w magicznym starciu utracił ich mnóstwo, ale determinacji mu wystarczyło za wszystko inne. Zdobyta wiedza wszak podpowiadała, że stary mistrz nie będzie słaby bez końca i choć belka przetrąciła mu ramię, to zbierze się wkrótce, zaś gdy na powrót laskę pochwyci, wtedy wszystko przepadnie, bo z takim przeciwnikiem nie każdemu się mierzyć. Pomocnik Gadraka przeliczył swe siły i poniósłby niechybną klęskę, gdyby oto nie dopisujące nadzwyczajne szczęście. Trzeba korzystać z okazji, bo druga taka prędko się nie trafi.

Czarodziej, jak to karzeł odgadł, już wyciągał ręce po swój magiczny kijaszek. Mały czarownik zdążył w ostatniej chwili. Zamachnął się lagą i spuścił ją na kark starca, po czym znowu uderzył i jeszcze później. Bił tak długo, póki się nie upewnił, że zwycięstwo jego. Czarodziej nie ruszał się, więc karzeł mógł wreszcie odsapnąć. Przezornie jednak chwycił laskę wroga, rozejrzał się, a widząc, że wielkolud zaczyna dawać oznaki życia, przywołał go do siebie. Skrwawionemu wojowi nakazał stróżę, po czym wielce uradowany machnął obydwiema laskami i uwolnił dziedzica Mauglisa. Tymczasem także Avaniończycy pojawili się na placu, bo wreszcie znaleźli przejście obok przygasającego rumowiska. Z okrzykami skoczyli do swego księcia.

– Earleen szukajcie! – wrzasnął na nich następca tronu, rozjuszony ich niewczesną radością. – A jak który ją tknie, pasy każę drzeć ze wszystkich!

Rozbiegli się jak spłoszone ptactwo. Młodzian dyszał ciężko.

– Nic złego spotkać jej nie może. Nie bój się – mruknął czarownik.

– Jak to? Rozkaz dałem, ale może za późno. Jak ją który drab ucapi…

– Twoi dziesiętnicy pomyśleli o tym wcześniej. A jakby nawet nie pomyśleli, to wojowniczka każdemu by łeb rozbiła, gdyby jakiś głupi czegoś spróbował.

Trali nieco odetchnął.

– Słusznie – zgodził się.

– Pewnie też jej tu nie ma.

Arvaiończyk w pierwszej chwili nie zrozumiał.

– Jak to nie ma? – wrzasnął, gdy pojął znaczenie słów. – To po co my tu? Skąd wiesz?

– Bo nad tym czarodziejem odniosłem wiktorię, zatem on nie mógł ukryć przede swych myśli.

– Ja… ja… pasy każę z ciebie drzeć!

– A wtedy kto cię wyprowadzi na trakt?

– Gauso chociażby! – wydarł się potomek przemyślnego Mauglisa.

– A gdzie on? – parsknął karzeł. – Twój sługa nie zniósł całej tej nieprawości, jaką tu zobaczył i odszedł. Błąka się gdzieś, ale pewnie wcześniej czy później trafi na szarych i zyska u nich zrozumienie, jako wspólników, których połączy słuszna nienawiść do jednego wroga. Ciebie. Jeśli ja cię nie wyprowadzę, sczeźniesz tu jak pies! A teraz muszę do chaty czarodzieja i radzę szczerze, byś nie lazł za mną, bo w tym siedlisku ukrytych mocy, stracisz zmysły!

Co mówiąc, wszedł do najokazalszej budowli, a dziedzic Arvanionu pozostał na placu z żółcią nie mieszczącą się w wątrobie.

Kiedy karzeł wydostał się ze środka, bardzo ostrożnie stawiał kroki, niosąc niepozorne zawiniątko. Zatem książę domyślił się, że właśnie tego czarownik pragnął najbardziej i po to tu przybył. Poczuł się jak dziecko, które zwiedzione nagrodą, później użala się nad sobą, iż zostało oszukane.

– Cała ta wyprawa była kłamstwem? Bacz, bo choćby przyszło mi w tym lesie położyć głowę, to ciebie ubiję za zdradę.

– Twoja narzeczona tu była, chłopcze.

– Ale mam na to tylko twoje słowo?

– Była tu, wierz mi. Choć wyprowadzono ją.

– Dokąd?

– Nie wiem. To ukryte.

– Przecież poznałeś myśli tamtego?

– Lecz cel wędrówki utaił ktoś inny, a jest potężny niezmiernie. Możemy spróbować wypytać tego maga, bo czego myślami nie zdradzi, to ustami wypowie. Chodź ze mną!

Ledwie doszli, a Trali jak żbik rzucił się na starca. Chwycił go za rzemień zawieszony u szyi, a bardziej za pierścień na tym pasku. Węzeł puścił i książę zacisnął w swej dłoni ów klejnot. Starzec drgnął, odzyskał przytomność.

– Behetaur! – krzyknął dziedzic Arvanionu. – Przecież się nie mylę, bo bliźniaczy sam nosiłem w pałacu. Behetaur, pierścień zaręczynowy od wieków zdobiący narzeczoną pana Arvanionu! Earleen musiała tu być!

– Mówiłem przecież – karzeł wzruszył ramionami.

– Gdzie jest księżniczka?! – wrzasnął młodzian i szarpnął starcem.

Lecz czarodziej milczał, zatem Arvaniończyk znowu go złapał i zaczął nim potrząsać jak jabłonią, gdy chce się, by pospadały dojrzałe owoce. Nie uzyskał jednak żadnej odpowiedzi. Puścił wreszcie zniechęcony. Dopiero wtedy starzec przemówił. Ale książę niczego nie zrozumiał.

– Co on mówi? – zwrócił się do czarownika. – Nie znam tej mowy.

– Przeklął cię – odparł karzeł.

– Tyle o to dbam! – dziedzic północy strzelił palcami.

– Ciekawe to jednak niezmiernie – ciągnął czarownik. – Powiedział, że biedakiem zostaniesz po kres swych dni, a choćbyś skarb znalazł i trzymał go w rękach z całych sił, to nigdy posiadać go nie będziesz! Pozostanie ukryty.

– Pytaj go, gdzie schował dziewczynę!

Karzeł zaczął badanie, ale starzec uparcie milczał. Trwało to jakiś czas, Arvaniończyk już tego znieść nie mógł, więc znowu zaczął potrząsać starcem, niby sitem, by plewy uleciały.

– Czy ty wiesz, co czynisz? – przemówił wtedy siwy czarodziej.

Zdumiony Trali puścił starego maga.

– Rozumie mnie, rozumie! – wychrypiał.

Lecz więcej z ust starca nie padło już ni jedno słowo. Ów patrzył jakoś bacznie i litościwie. Arvaniończyk cofnął się, bo nie umiał znieść takiego wzroku. Potrząsnął głową niby dziki rumak, gdy chce się pozbyć arkana. Coś go zapiekło w środku i trzewia przepaliła mu trucizna. Zachrypiał, a ręką sięgnął po nóż, po czym owładnięty wściekłością, której źródła nie śmiał pojąć, wbił ostrze w pierś czarodzieja aż po sam jelec, a później znowu i znowu, póki w tych oczach widział ową straszną litość. Przestał dopiero, gdy w źrenicach starca zabrakło życia.

– Teraz to już na pewno nic nam nie wyjawi – ocenił czarownik.

– A mówił?! – wrzasnął młodzian.

Karzeł z zaciekawieniem przyglądał się wypogodzonemu obliczu starego czarodzieja. Śmierć ujęła mu lat.

– Ale żeś go zabił… Przelałeś krew maga.

– Tyle o to dbam! – książę pstryknął palcami.

Czarownik rzucił laskę starca, a ta upadła obok bezwładnego ciała okolonego aureolą krwi.

– Nie zda mi się na nic. Nie chce mnie słuchać. Pora ruszać! – zwrócił się do Arvaniończyka. – Wieści o tym boju rychło się rozejdą. W godzinę zbierz swoich, bo dłużej nie można zwlekać. Kto tu zostanie ponad ten czas, położy głowę. Idź już! – i posłał go tak, jak odprawia się byle pachołka.

 

***

 

Przez resztę dnia udało im się przejść kawał drogi. Tak zapewniał czarownik. Posępne chmury wisiały nad zbrojnymi podczas ich przemarszu, w ciągu dnia panował półmrok, zaś zmrok nastał tak niespodziewanie, że przyszłoby im nocować pomiędzy złowrogo skrzypiącymi drzewami, gdyby w ostatniej chwili przewodnik nie znalazł polany. Traliemu wzniesiono szałas, on rad w nim się schował, nie chcąc z nikim dzielić swej klęski. Nic nie osiągnął, tylko ludzi wygubił, Gauso gdzieś zaginął, rannych bez liku. I noc nie zapowiada się lepiej, tylko wyglądać odwetu szarych. Nie wychodził jednak z szałasu. Wstyd własnym wojom pokazać się na oczy. Oni wciąż się na niego gapili. Poza tym zimno kąsało niby w samotnym grobie.

Wbrew przeczuciom noc minęła spokojnie. Nad rankiem szarym i mżystym doliczono się wszystkich żołnierzy. Znowu ruszono spiesznym komunikiem. Dzień nastał parny, oczy się kleiły i tylko nieustanne nawoływania dziesiętników sprawiały, że żaden z wojów nie zagubił się po drodze, bo coraz otwierały się wiodące w las przestronne i niepokojąco powabne ścieżki.

Kiedy na noc stanęli, następca Mauglisa znowu się zaszył we wzniesionym dlań szałasie. Zasnął od razu, bo w drodze utrudził się niezmiernie. Spał ciężko, budził się co chwila z suchym gardłem i pękającą głową. Wreszcie postanowił opuścić owo wycieńczające schronienie. Nie chciał jednakże, by ktokolwiek go zauważył. Legł z boku, a wtedy ukoił go zdrowy sen.

Obudzony został nagle. Dziki wrzask i trzaskające płomienie towarzyszyły jego powrotowi do świadomości, z krainy marzeń, gdzie zawód nie boli, bo nieznany. Wrzeszczeli jego właśni żołnierze i usiłowali odpędzić napastników, którzy jeden przez drugiego wyrywali się w kierunku płonącego szałasu.

Wrogowie nie porażali liczbą. Nie udało im się wiele dokazać, choć w pierwszej chwili ich gwałtowny atak zmieszał szyki Arvaniończyków, ale gdy ci doszli do siebie, dali twardy odpór, kładąc trupem kilku napastników. Reszta wkrótce znikła w cieniach nocy. Wtedy jakiś dziesiętnik przypadł do swego księcia, a wraz z nim dzielny Alhetar z Ron.

– Żyjesz! – ucieszył się wierny druh. – Od zmysłów odchodziliśmy, kiedy twój szałas stanął w ogniu. Chcieli ciebie dostać.

– Skąd wiedzieli?

– Był z nimi Gauso – przez zęby warknął posępny dziesiętnik. – Rozpoznałem go. Prowadził tych skrytobójców. Zdaje się, że to szarzy. Nie wygubiliśmy wszystkich.

– Chybili – ocenił Trali.

I oni tak osądzili, ale zaraz po tym inna myśl zaczęła ich nękać, że niemało drogi pozostało do traktu.

 

***

 

Szli jeszcze dwa i tylko dzięki czarownikowi udało im się wrócić na gościniec. Karzeł odnajdywał zgubiony szlak, zmuszał gęstwę do przepuszczania pochodu, odganiał wrzeszczące dziko potwory. To on ich ocalił.

Choć wcześniej wystawił na zgubę.

I do obozu z powrotem przywiódł tylko czterdziestu. Pozostali położyli głowy nie wiadomo gdzie. Na trakcie czarownik wskazał na północ.

– Tam wasz obóz. Czekaj na mnie. Kiedy znajdę nowe ślady, wrócę – zwrócił się do księcia.

Lecz potomek rozważnego Mauglisa wcale mu nie wierzył.

 

***

 

Następnego dnia dwa oddziały Arvaniończyków ruszyły w głąb Norgadoru. Obydwa wróciły poszarpane. Ale następca tronu postanowił, że nie ustąpi. Kolejnego ranka więc poszły kolejne. Jeszcze więcej żołnierzy położyło głowy.

Lecz on się zawziął.

Trzeciego dnia straty okazały się przerażające.

– Wygubi nas wszystkich – woje mówili do siebie w rozpaczy.

W lesie nic nie umieli osiągnąć. Gubili drogę, przedzierali się przez chaszcze, ginęli nie wiadomo kiedy. Nic tu się na nich nie zgadzało, a zostali odkryci.

Ruszfik poszedł do druha.

– To do niczego nie prowadzi – oświadczył.

– Wolę, by wyginęli co do jednego, niżbym miał wracać zhańbiony klęską – odrzekł dziedzic Arvanionu.

– Ty wrócisz, bo ostatni cię zawloką, choćby wbrew tobie. Chcesz czy nie, ale wtedy staniesz przed królem i powiesz: nie odnalazłem wprawdzie dziewczyny, ale twoich najlepszych drużynników wytraciłem, byś zdał się na łaskę panów, których nienawidzisz.

– Czego ty ode mnie chcesz? – wykrzyczał Trali cały czerwony i z wezbranymi żyłami na skroniach.

– Nie wolno nam życiem tych ludzi rozporządzać tak głupio – twardo obstawał przy swoim przemyślny Ruszfik.

Dziedzic Mauglisa dyszał ciężko, zaciskał pięści i chciał kompana rozedrzeć na sztuki.

– Niech ci będzie! – wychrypiał. – A teraz zejdź mi z oczu!

Więc Arvaniończycy siedzieli w jednym obozie, bo drugi porzucono i patrzyli na chmurne niebo, przynajmniej do czasu, kiedy nie nastała noc najgorsza ze wszystkich.

Najpierw na obóz uderzyli szarzy. Trup słał się gęsto. Kiedy zaczęto obliczać straty, Trali łapał się za głowę, żołnierze zaś powtarzali sobie nawzajem, że tamtych wiódł Gauso. A po boju Eterel wpadł jak kamień w wodę.

– Dołączył do druha – zrozumieli.

Chcieli wracać.

Później przyszło coś jeszcze gorszego. Zerwał się wicher, po nim rozszalała ulewa, błyskało, a na koniec jakiś jeździec przedarł się przez obóz. Wprawdzie nie zabił nikogo, ale po jego przejeździe mrok padł na każde serce. Ów demon rodem z czeluści znikł w zachodniej ścianie Norgadoru, a młody książę, patrząc za nim, czuł, jakby mu ktoś duszę wydarł.

– Przeklęty on! – trwożliwie odezwał się Ghreza.

Trali doskonale go rozumiał. Nawet czarownik nie potrafił obudzić w nim takiej zgrozy.

Później już się nie kładł, zaś nad ranem zebrał ludzi.

– Wiecie, że czekamy na czarownika – zwrócił się do nich. – Lecz to czekanie kosztowało dotąd niejedno życie. Nadaremno. Zostaniemy tu – ludzie pospuszczali głowy, bo nie przypuszczali, że może być inaczej. Legną w tym przeklętym miejscu co do jednego. – Zostaniemy trzy dni – rzekł im – a później wracamy do Arvanionu.

Odszedł szybko, by nie patrzeć, jak poklepują się po plecach nagle pełni otuchy i śmieją się do siebie, wprawdzie wciąż zlęknieni, ale radzi, że uszli niechybnej śmierci.

 

Koniec

Komentarze

Uff, przeczytałem dwie trzecie i na tej postawie wystawię ci komentarz, nie dam rady wszystkiego. Tym bardziej, że czym dalej, tym lepiej i nie wydaje mi się, by przeczytanie całości wniosło coś nowego w moje wnioski.

Przede wszystkim, w takiej wersji książki bym nie wydał. Możliwe, że już usłyszałeś takie słowa od wydawców. Wyjaśniam dlaczego ja bym nie wydał. Twój styl, stary język, jest naprawdę dobry i charakterystyczny, świetny na opowiadanie, ale zbyt trudny i przytłaczający na powieść. Musisz pamiętać, że na co dzień nikt tak nie rozmawia i czytanie jest przez to utrudnione. Musiałbyś część poprawić na “normalny język”, zastanawiałem się jak i myślę, że najlepiej byłoby pozostawić dwór i wysoko urodzonych, jako tych cywilizowanych i myślących normalnie, a niższą kastę zostawić w prastarym języku. Bo rozchodzi się o to, że bohaterowie nie tylko mówią, ale też myślą w starym. Nie znaczny, że królewscy nie mają tak rozmawiać z gawiedzią, nawet powinni, ale między sobą już normalnie, to mogłoby świadczyć o ich większej kulturze i obyciu. Na tę chwilę, jest to zbyt ciężkie.

Co do samej historii, składna, choć pogubiłem się na początku, z dwóch powodów. Po pierwsze wszyscy są w lesie, mówią i myślą tak samo (w starym!), jadą i robią różne rzeczy i nie wiedziałem, kto jest kto. Ograniczyłbym myśli bohaterów do jednego czy dwóch, żeby nie mieszać, a ty wprowadzasz i Traliego, Gauso i dziesiętnika. Po co znać mi na początku myśli i problemy ich wszystkich? Później idzie to już lepiej. Wprowadzasz szlachtę, damy i księżniczkę, a łatwiej się w tym połapać. Podsumowując tę myśl, za dużo ludzi w lesie na początek, albo bardziej ich opisuj, używaj imion, cech charakterystycznych, żeby czytelnik mógł łatwiej ich rozpoznać i zakodować w głowie.

A teraz trochę w detalach:

cz.1

Następca tronu przenikliwym wzrokiem przewiercał się do wnętrza małej, struchlałej duszy. Znalazł w niej miałką obmierzłość. Chłystek zamiast za miecz chwytać, zostawać giermkiem, trzymał się starca. Pospolity pętak próbujący ukraść łaski władcy lepszym od siebie.

Czy ten chłystek gdzieś jeszcze będzie? Jeśli nie, zbędne rozwodzenie się, tekst sugeruje jakbyś wprowadzał kolejnego bohatera.

cz.2

Wszystko tu inaczej. Magia mocna, nam nieprzychylna.

To, o czym mówiłem już przy opowiadaniu, za dużo krótkich zdań. Mocno przejrzałbym całość pod tym kątem.

cz.6

Czuł na sobie wilgotny powiew, prawdziwy i zimny, lecz nie ten dojmujący chłód, gdy słyszał ów niezrozumiały szept z zachodu, co nazbyt łatwo znajdował drogę do struchlałego serca.

W powieści wystrzegałbym się takich kwiecistych, elokwentnych zdań. Nic nie wnoszą do akcji i mogą stać się męczące. I tutaj moja rada, coś, co w powieści zawsze sprawdzać trzeba. Czytaj i sprawdzaj, które zdanie popycha akcję do przodu, a które nie. Rozwój, zmiana psychiczna bohatera to też akcja, ale wszystkie inne zdania powinny wylecieć z tekstu. Mam wrażenie, że na tym forum mówię o tym tylko ja i Piotr Tomilicz.

Czy powyższe zdanie popycha akcję do przodu? Nie. Do wywalenia.

cz.10

– Ale powstrzymałeś to.

– Gdzieżby! To same othary.

– Dzikoludy? – zdumiał się dziedzic Mauglisa.

Dialogi masz na tyle krótkie (w tej części), a opisy na tyle sprawne, że nie bałbym się powtórzeń. Ten dziedzic Mauglisa brzmi trochę sztucznie. Poprawiłbym część dialogów na imiona, nie ma się co bać.

 

To na tyle, więcej twoich tekstów raczej nie przeczytam, są jeszcze inni, mam nadzieję, że zrozumiesz. I powodzenia! Tekst ma duży potencjał, ale trzeba nad nim popracować i uprościć trochę język. Swe zdanie powiedziałem :)

 

 

Darcon

 

Nic nie słyszałem od wydawców, więc wątpię w ich istnienie.

Propozycję zmian przemyślę. Za pewien czas, bo niedawno ten tekst poprawiłem, i to całość, więc czuję się nim zwyczajnie zmęczony.

Przemyślę ten język, choć pomysł innego wysławiania się odrębnych sfer nie do końca mi pasuje. Ale może wymyślę coś innego lub łatwiejszą stylizację.

Z imionami, sam wiesz, trzeba uważać, bo za często powtarzanie razi, ale kto wiem, może powtarzam aż za rzadko?

Chłystek był w drugim rozdziale, poświęconym naradzie w Arvanionie, to królewski ulubieniec, a pojawiają się podejrzenia, że nieślubny syn Mauglisa, Trali mógł o tym słyszeć, a przynajmniej powinien, w każdym razie z wielu powodów tego smyka ma prawo nie lubić.

To co tu opublikowałem, to nie pierwszy rozdział, dopiero siódmy, ale on od biedy może istnieć samodzielnie, reszta bynajmniej.

 

Oczyszczę głowę, rozważę uwagi. Pewnie niejedno poprawię. Tekst musi być lepszy.

Ale jakoś nie wierzę, że w wyniku takich działań praktyczniej zaowocuje .

 

Język jest dobry i nic nie trzeba zmieniać, przemyślałem swoją opinię. Napiszę więcej w niedzielę.

 

Edit:

Zostaw język jak jest, tak to prawda, trzeba się do niego przyzwyczaić, ale przez to powieść jest ciekawsza, to jej znaczna cecha charakterystyczna. Niełatwo jest wydać to, co teoretycznie nie mieści się w “kanonie”. Steven Erikson (tak naprawdę Lundin) przez osiem lat nie mógł wydać w Stanach swojej monumentalnej “Malazańskiej Księgi Poległych”, w końcu zgodzi się w Anglii, ale musiał to zrobić pod pseudonimem, gdyż wydawcy, którzy drukowali jego beletrystykę dla kobiet bodajże, nie zgadzali się aby ktoś wiązał tamte książki z Księgą :) To dopiero ciekawe… Oczywiście później gdy Księga okazała się sukcesem, zmienili zdanie, ale cóż, Steven powiedział “za późno”.

Dwóch będę się trzymał, jakaś różnica w dialogach musi być, tzn. zdanie w dialogu nawet bez podpisu musi być jasne, czy wypowiedział je szlachcic, czy wieśniak, myślę, że to logiczne i nada opowieści wiarygodności. To po pierwsze, po drugie kwieciste zdania. Na początku rozdziałów tak, na początku nowych wątków, czy kluczowych akapitów tak, w środku tekstu, zwłaszcza przeplatające akcję, zdecydowanie nie.

Darcon

 

Tutejsze forum uświadomiło mi to, co już jakoś wiedziałem.

Tylko bardziej.

Uczestnicy portalu kochają i nienawidzą wydawców. Równocześnie. Skąd taka ambiwalencja?

Wydawcy są kochani, bo posiadają klucze do nieba bram, znaczy wydania. Nienawidzeni, bo mogą ich nie użyć.

Poza tym forumowicze jak i wydawcy są tacy sami. Hołdują tym samym zasadom, piszą w ten sam sposób, w związku z tym, to samo uznają za godne publikowania.

Nie ma szans, nie przebiję się. Będę tłukł głową w mur. Tekst zostanie wywalony bez czytania, a jak czytany, to na zasadzie po zdaniu tu i tam, po czym całościowa konkluzja: nie rzuca na kolana. Tak jak i tu. A ja nie chcę pisać jak inni, to ślepa uliczka.

Mogę dyskutować o sensowności danych zabiegów, ale jeśli nikt nie zajrzy do tekstu, to i dyskutować nie ma z kim. To co sugerujesz., to w zasadzie praca redakcyjna, ale ona możliwa wtedy, kiedy do tekstu ktoś zajrzy i powtórzę to samo: nie zajrzy.

W każdym razie dziękuję za uwagę.

 

Pozdrawiam. 

 

Ufff, czytając na raty, doszedłem do końca.

Język trudny, dla mnie ciężki do zrozumienia – ale to przez stylizację. Myślę, że nie ma co go zmieniać. Jeśli celujesz w fanów takiego podejścia, to powinni to łyknąć. Inna sprawa, ilu ich jest.

Bohaterowie – ciężko ocenić. Widzę jedynie ich fragment, na dodatek środkowy, więc nie wiem, czy mogę ich polubić. Książę wydaje mi się nijaki, inni przez prowadzenie narracji trzecioosobowej zlali mi się w jedno. Ale tu też mogły dojść problemy z początkowym zrozumieniem języka stylizacji. Potem jednak lepiej ich rozróżniałem, ale wrażenia mocnego nie zrobili.

Wydarzenia – widzę fragment. I właśnie przez to mnie nie zaciekawiły, bo ani nie wiem jak się zaczęły, ani jak się skończą. A suche streszczenie z początku to cholernie słaby haczyk.

Poza tym forumowicze jak i wydawcy są tacy sami.

Śmiem się nie zgodzić. Forumowicze nie są jak wydawcy. Są jak czytelnicy/widzowie/widownia. Dokładnie tacy, jak ci, co kupują książki w księgarniach, chodzą do kina i wybierają program telewizyjny, przy którym spędzą wolny wieczór.

Bo wyobraź sobie, że nieznajomy oferuje Tobie, abyś obejrzał półtorej godziny odcinka serialu za darmo. Ale jest jeden szkopuł – jest to odcinek siódmy. Jak oglądasz, to niewiele rozumiesz z fabuły. Jasne, jest jakieś przypomnienie, co było poprzednio, ale nie tłumaczą ci wielu szczegółów – po cholerę wysłano tylko tylu chłopa, jak wygląda geografia świata, co wyróżnia bohaterów itp. Gdyby to był pierwszy odcinek, to byłaby szansa zainteresować, bo a nóż widelec okaże się serial interesujący. A tak, to ciężko. Półtorej godziny to szmat czasu, a tu inne filmy nęcą. Czy zdecydowałbyś się na to?

Podejrzewam, że tak właśnie myślała większość czytelników, patrząc na srogie przedsłowie, pełne imion bohaterów, których nie idzie zapamiętać,  a spisywać na kartkę nikt nie zamierza, oraz suchy opis poprzednich wydarzeń. Potem trafiają na trudny język. I w mig tracą zainteresowanie – zwłaszcza że obok tyle konkurencji, zawierającej skończone teksty w mniejszej ilości znaków, a oferującej równie dobre, jak nie lepsze doznania. Bo z nickiem na forum jak z marką – są tacy, co możesz czytać w ciemno, bo w najgorszym razie zmarnujesz piętnaście minut, a nie półtorej. A teksty “Anonimów” to z reguły wielka niewiadoma.

Człowieku znikąd, ty to chyba czytasz wszystko :)

W robocie zdarzają się wolne chwile, a że internet znam wzdłuż i wszerz, to i poczytać raczej wolę :) Ponadto każde, nawet najgorsze opowiadanie/anime/film może mieć w sobie ciekawy koncept, który wystarczy wydobyć, przekuć, przerobić, przemienić i voila! Parę moich najlepszych sesji rpg narodziło się jako próba opowiedzenia zdekonstruowanej historii, którą jakiś mangaka niemiłosiernie skrzywdził wykonaniem ;)

Nowa Fantastyka
Patronujemy