- Opowiadanie: Finkla - Cena magii

Cena magii

Kolejna próba wzięcia się za bary z tajemniczymi emocjami w tekście i czytelniku. Tym razem bez wypadów w stronę nauki, tylko coś, co przydarzyło się pewnej rodzinie. Jestem ciekawa, jak mi wyszło.

Bardzo dziękuję PożeraczceBułek (a może wolisz: Pożeraczowi?) za betę. :-)

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Cena magii

Amos obudził się niedługo przed świtem, dysząc i drżąc.

– Zły sen, najdroższy? – spytała Nino, odwlekając moment odrzucenia pledu i wstania z łoża. Tulenie się do silnego i ciepłego ciała męża dawało o wiele więcej przyjemności. Za oknem ptaki już zaczynały chwalić bogów śpiewem.

– Śniło mi się… Objawiła mi się Łagodna Królica.

Nino podparła się na łokciu, aby lepiej widzieć małżonka w niepewnym świetle rodzącego się dnia. Teraz mogła dostrzec nawet ślad siennika odciśnięty nad brodą i pasemko czarnych włosów, mimo rześkości poranka przylepione potem do czoła. Swoje włosy, równie ciemne, odgarnęła za ucho. Bogowie nie nawiedzali śmiertelnych tak sobie, bez celu. Ciekawość paliła kobietę.

– I?

– Powiedziała, że daje mi moc czarownika.

– Ach!

Cała gama uczuć zawarła się w tym westchnieniu. Czarownik! To ktoś o wiele wyżej niż wytwórca sandałów, nawet sandałów tak wygodnych i pięknie zdobionych, że chętnie noszą je kapłanki. Ba! Czarownik stoi wyżej od pisarza! Jak wspaniale być żoną maga, który potrafi rozwiązać każdy problem!

– I dała ci moc? – niecierpliwie dopytywała żona.

– Nie jestem pewien. Coś się we mnie zmieniło…

– Co, oblubieńcze mojej duszy?

– Jakby w mojej głowie… Jakby tam był dom. Jedna ściana została zburzona i okazało się, że za nią znajdują się kolejne izby. Ale jeszcze nie wiem, jakie sprzęty w nich stoją.

– Och, to wspaniałe! Dzięki niech będą Łagodnej Królicy! Rzuć jakiś czar, mój magu!

– Nie wiem, jak to się robi.

– Ale jak to? – Nino poczuła się jak bukłak przebijany strzałą. – A jeśli to był tylko sen?!

– Nie sądzę. Czuję się… Już ci mówiłem, jakoś inaczej. Doznałem iluminacji.

– Czego?

– Jak by ci to wyjaśnić… Nie wiedziałem, ale bogowie zesłali mi wiedzę. Tak, jak światło lampki oliwnej rozjaśnia mrok.

Nowe, mądrze brzmiące słowo niemal rozwiało wątpliwości Nino. Małżonek wcześniej nigdy się tak nie wyrażał. Jednak ziarenko podejrzliwości pozostało.

– A kiedy się upewnisz? Kiedy zaczniesz rzucać zaklęcia?!

– Bogini powiedziała, że muszę pójść do świątyni i porozmawiać z arcykapłanką. Tam dowiem się więcej.

– Więc nie każmy Królicy czekać, Amosiku kochany!

Nino zerwała się i zakrzątnęła przy mężowskim śniadaniu, nie licząc na rozespanych i leniwych niewolników.

Wkrótce położyła na stole przed Amosem kawałek wczorajszego placka – uznała, że szkoda czasu na pieczenie świeżego chleba – ser, kilka fig oraz kubek piwa. Złapała cebrzyk i popędziła do obórki wydoić kozę, trzymaną w obejściu ze względu na dzieci, by mąż dostał chociaż ciepłe mleko, zanim ruszy w drogę.

Kiedy przyszły czarownik popijał świeżo udojony przysmak, do kuchni przyczłapał, trąc zaspane oczka, pięcioletni Szupri. Natychmiast wgramolił się tacie na kolana. Zaczęli gawędzić, zgodnie pociągając na zmianę po łyczku.

– Tatuś, tatuś!

– Co, skarbie?

– A ja wczolaj namalowałem pięknego konika. Chcesz zobaczyć?

– Nie teraz. Jak wrócę. Gdy skończymy mleczko, muszę iść do świątyni Łagodnej.

– A dlaczego?

– Tak mi kazała Królica.

– A weźmiesz mnie ze sobą?

– Ktoś musi zostać w domu, zaopiekować się mamą, Nissą i tym śpiochem Amosidem. – Szewc delikatnie starł białe wąsy z malutkiej buzi.

W tym czasie Nino otrzepywała z kurzu odświętną szatę męża.

Właśnie – szatę. Świąteczną, ale nadal z szarego płótna, tylko cieńszą, staranniej utkaną i haftowaną srebrną nicią przy troczkach na piersi. Ciekawe, czy Amos będzie nosił kolorowe ubrania, jak kapłanki. To byłby ogromny zaszczyt, prawda, ale mąż tak nie cierpiał różowego, przypisanego służkom Łagodnej…

Wyekspediowawszy małżonka, Nino nakarmiła swoje trzy ukochane urwisy – Amosid i Nissa też już zdążyli wstać. Sama również zjadła śniadanie, choć nie odczuwała zbytnio głodu – co innego zajmowało jej myśli. Poprzydzielała niewolnikom zadania i pospieszyła na targ.

Przyszła za wcześnie, setki tomarijczyków i tysiące ich żon, dzieci i służących tylko co wstały, crescendo głosów przekupniów i klientów dopiero się rodziło, popychane niezbyt jeszcze palącymi promieniami słońca. Pokręciła się chwilę, obserwując, jak spóźnialscy wykładają towary na straganach. Wreszcie dostrzegła, że sąsiadka, piękna i dumna ze swej urody Batszo, podchodzi do kramu piekarskiego. Nino czym prędzej wkroczyła w chmurę smakowitego zapachu świeżego chleba i stanęła obok kobiety w sukni zasznurowanej tak niedbale, że ukazywała stanowczo za wiele.

– Sella, moja droga, daj mi tuzin miodowych bułeczek – zwróciła się do piekarzówny. – Mamy dziś z Amosem wyjątkowy powód do świętowania.

– Czyżby twój niewydarzony szewc znalazł kupca na aż dwie pary sandałów? – zainteresowała się jadowicie sąsiadka. – Łgarstwem oczywiście, bo jakżeby inaczej?

– Och, witaj, Batszo. Wybacz, nie poznałam cię. Myślałam, że to jakaś lafirynda w naprędce narzuconej sukni przybiegła po śniadanie dla rozczarowanego klienta.

– Gdybyś w moim wieku miała co pokazywać mężczyznom, w ogóle nie nosiłabyś sukni! – Batszo, niby to poprawiając szatę, jeszcze powiększyła dekolt.

– W twoim wieku? Chyba Żółwica odebrała ci zdolność rachowania! Jeszcze długo nie będę miała tyle wiosen, co ty teraz!

Mała Sella dzielnie próbowała zażegnać rozkwitającą awanturę:

– Proszę, oto bułeczki, pani Nino. Cóż takiego się wydarzyło?

– Och, chyba nie powinnam o tym mówić, żeby nie zapeszyć – szewcowa mimowolnie pogładziła talizman na szyi – to dopiero początek zmian…

Oczy sprzedawczyni rozbłysnęły, Batszo niby to uważnie oglądała chlebki o fantazyjnych kształtach, ale uszy zaczerwieniły jej się z ciekawości.

– No dobrze, powiem, tylko nie powtarzajcie nikomu… Amosa nawiedziła bogini i powiedziała mu, że zostanie czarownikiem – szepnęła szewcowa.

A potem przełożyła bułki do kosza, zapłaciła i odeszła, triumfalnie kołysząc biodrami. Wręcz czuła na plecach kłujące zazdrosne spojrzenie Batszo. A pewnie! Każdy wiedział, że magowie są wyjątkowi, za swoje usługi żądają ogromnych pieniędzy i otaczają się luksusami godnymi księcia.

 

Nino pokręciła się jeszcze po targowisku, odwiedziła kilka straganów, w każdym napomknęła o niesamowitym wyróżnieniu, które spotkało ich rodzinę. Wreszcie kosz z zakupami zrobił się ciężki i szewcowa zamierzała skierować kroki ku domowi, gdy zobaczyła męża wychodzącego z karczmy „Pustynna Róża”.

Amos był przerażony i blady jak niewypieczone ciasto chlebowe. Kobieta przez chwilę wahała się, czy biec za małżonkiem, czy też sprawdzić, co takiego zaszło w oberży. Widok szewca spokojnie zdążającego prosto do domu zadecydował. Z mężem jeszcze zdąży porozmawiać. A skoro Nino przypadkiem znalazła się w pobliżu, najpierw zajrzy do karczmy. Może Amos rzucił urok tak potężny, że aż wystraszył się własnej mocy?

Wewnątrz zacienionego budynku nic nie wskazywało na spektakularne wydarzenia. O tej porze niewielu ludzi odwiedzało oberże. Kilku kupców z południa siedziało w rogu, żując betel, popijając swój ulubiony gorzki napar i gawędząc wesoło, acz niezrozumiale. Stary Szakri leżał obok dzbanka z winem i chrapał donośnie. Pod ścianą dwaj pijani mężczyźni, znani szewcowej tylko z widzenia, obejmowali się i przepraszali wzajemnie.

– Ninjo! – zawołał karczmarz. Nawet to krótkie imię wymawiał z obcym, miękkim akcentem. – Jeśli sukas męza, to właśnie wysedł. Biegnij, a jesce go złapies.

Kobieta nieśmiało podeszła do gospodarza.

– Dzień dobry, Mirdżu. Widziałam Amosa, wydawało mi się… – Zawahała się. Żona nie powinna obgadywać małżonka z obcymi mężczyznami. Z przyjaciółkami to co innego. No, ale już zaczęła mówić. Ciągnęła więc: – Że jest zdenerwowany. Czy coś się tu stało?

– To nie w „Pustynnej rózy”! – kategorycznie oświadczył karczmarz. – Juz psysedł roztsęsiony. Zamówił kubek wina, ale ledwie umocył usta, tamci dwaj – nieznacznie pokazał podbródkiem – zacęli sobie wymyślać i rwać się do bitki. Amos odstawił kubek, jakby znalazł w nim scyny wielbłąda, a nalałem najpsedniejsego wina, słodkiego jak nowo poślubiona, młodziutka zonka, słowo daję! I wysedł.

– Pójdę za nim. Muszę się dowiedzieć, co go trapi.

 

***

 

– I jak, mężu umiłowany, jesteś już czarownikiem?

– Jestem, jestem – zamruczał, nawet nie odsuwając rąk od twarzy.

– Czy będziesz musiał nosić różowe szaty?

– Czarownik nie potrzebuje kolorowych szat!

– Jak to nie? Myślałam…

– Nie mogę o tym mówić! – Odwrócił się z niechęcią.

– A co z nowymi izbami w domu wewnątrz twojej głowy? Czy dowiedziałeś się w świątyni, jakie dostałeś meble?

Amos myślał przez chwilę, po czym odrzekł:

– To chyba mogę ci powiedzieć. – Ożywił się odrobinę, zerknął na żonę, która nie odrywa od niego rozpłomienionych oczu. – Nauczyłem się czytać. Pewnie są jeszcze inne, potrzebne czarownikowi talenty, ale o nich przekonam się we właściwym czasie.

Nino poczuła, jak ramiona prostują się jej z dumy, a piersi nabrzmiewają, jakby znowu spływało do nich mleko. Jej mąż opanował sztukę czytania! Coś, na co kandydat na pisarza potrzebuje długich lat spędzonych w szkole! Nie bez powodu ten zawód cieszy się ogromnym szacunkiem. A jej przezdolny Amosik nauczył się wszystkiego w ciągu jednej nocy! Nie mogła się doczekać, aż przekaże nowinę sąsiadkom. Na razie ciekawa była granic mężowskich możliwości.

– Pisać też potrafisz?

– Nie próbowałem. Pewnie potrafię, choć nie tak wprawnie jak doświadczeni urzędnicy.

– Okaż mi, Amosiku najdroższy, moc, którą obdarzyła cię Królica! Rzuć jakiś urok dla swojej słodkiej Ninonki! – Usiadła na ławie obok męża, objęła go, przytuliła się.

– Daj mi spokój! – Mag wstał i odszedł na drugi koniec izby, nagle na powrót zdenerwowany, sztywny i obcy.

– Co ci jest, mój luby? – zaniepokoiła się kobieta. Amos nigdy nie pozostawał tak nieczuły na pieszczoty młodszej o kilka lat żony.

– Nic!

– Co ci powiedziała arcykapłanka? Czy coś wyczytałeś?

– Nie mogę nikomu powtarzać. To sprawa między mną a boginią.

Czarownik nie chciał w żaden sposób zdradzić, co go trapi.

 

Zaraz po południowym posiłku do domu szewca zaczęły zaglądać sąsiadki. Każda podawała jakiś mniej lub bardziej wydumany pretekst wizyty – a to przyszła pożyczyć garstkę rozmarynu, a to spytać o przepis, a to szukać psotnego synka… Ale wcale nie chciały słuchać, że Amos opanował sztukę czytania. Każda z ciekawością gapiła się na gospodarza, jakby oczekiwała, że od wczoraj wyrosły mu rogi, a co najmniej zielona broda długa na dwa łokcie.

Co odważniejsze uskarżały się na rozmaite niedogodności, wyraźnie oczekując, że Amos jednym gestem rozwiąże problemy bolących stóp, zaginionych owieczek, niekiełkującego ziarna, córki, która odrzucała wszystkich kandydatów na męża… Mag początkowo próbował wyjaśniać, że może prosić Łagodną Królicę tylko o rzeczy leżące w jej gestii, ale prędko zrezygnował – kobiety i tak zdawały się nie słuchać.

Najbardziej namolna była gruba piekarzowa, Kando. Utyskiwała, że małżonek już nie pragnie jej tak, jak przed laty. Wzdychała, że dałaby wiele za przywrócenie młodzieńczej sylwetki lub chociaż mężowskich pieszczot i roziskrzonych spojrzeń. Nino współczuła kobiecie, której urodę skradły liczne ciąże i porody, i próbowała znaczącymi spojrzeniami i wymownymi gestami skłonić maga do pomocy.

Czarownik jednak nawet nie spróbował. W końcu rozczarowana Kando skierowała się do wyjścia. Na pożegnanie syknęła jeszcze gospodyni:

– Prawdę mówiła Batszo! Twój mąż jeszcze nie rzucił ani jednego zaklęcia, a ty już zadzierasz nosa i gardzisz dawnymi przyjaciółkami!

Nino, wściekła, że wymarzona zazdrość sąsiadek wydaje tak cierpkie owoce, zwróciła się do męża:

– Dlaczego nie pomogłeś Kando?!

– Nic nie rozumiesz, kobieto! Nie wiesz, co przeczytałem w świątyni! Magia ma swoją…

– Ja nie rozumiem?! Przecież Łagodna może rozpalić ogień pożądania w każdym, co dopiero w niestarym jeszcze piekarzu! Mężczyźni w jego wieku bywają jurni jak młodzieniaszki! To już nie bóle brzucha ani głupawy czy niewydarzony syn! Mogłeś rzucić czar, tylko nie chciałeś! Nie rozumiesz, co czuje kobieta! Jesteś po prostu ograniczony i pod…

Już wykrzykując te słowa, Nino wiedziała, że posuwa się za daleko. Ale nie potrafiła powstrzymać języka. Amos w trzech szybkich krokach przemierzył kilka łokci dzielące go od żony. Podniósł prawą pięść. Szewcowa osłoniła głowę rękoma, aby chociaż urodziwą twarz uchronić przed ciosem…

…który nie padł. Ze wszystkich wydarzeń owego pamiętnego dnia, to wydało się Nino najdziwniejsze i najbardziej złowróżbne. Amos, zamiast nauczyć pyskatą połowicę szacunku, jak to miał we zwyczaju, opanował gniew, usiadł ciężko na ławie i ukrył nagle pobladłą twarz w dłoniach.

 

***

 

Młody czarownik potrzebował rozmowy z bardziej doświadczonym kolegą, ale w całym Tomaris nie mieszkał żaden mag. Ani teraz, ani za pamięci najstarszej kapłanki Przedwiecznej Żółwicy. Odziana w fiolet służka bogini mądrości, spędziwszy pół dnia w świątynnej bibliotece wśród pergaminów i tabliczek, powiedziała Amosowi, że ostatni czarownik żył w osadzie za czasów pradziada obecnie panującego księcia.

Szewc musiał więc wyruszyć do pobliskiego Katsikopolis, gdzie mógł zasięgnąć rady aż u czterech magów różnych bogów.

Nino postanowiła wykorzystać podróż małżonka, aby odkryć jego tajemnice. Najpierw zapewniła sobie pomoc młodszej siostry, żony pisarza. Jeśli tylko szewcowej udałoby się dostać do tego miejsca w świątyni, gdzie Amos poznał swoje zgryzoty, spróbowałaby skopiować wszystkie odnalezione napisy. A wtedy Kamoro, która nieco nauczyła się czytać, powie Nino, co oznaczają znaki.

Potem schowała woskową tabliczkę pod suknią i udała się do centralnej dzielnicy, gdzie znajdowały się świątynie, także chram Łagodnej. Szybko przekonała posługaczy, że musi rozmawiać z kapłanką i wkrótce pokłoniła się młodziutkiej kobiecie w bladoróżowej szacie. Akolitka, jak wszystkie wybranki Królicy, twarz miała śliczną, a sylwetkę ponętną.

– Jakaż sprawa przywiodła cię do świątyni Łagodnej Królicy?

– Chodzi o mego męża, pani.

– Czyżbyś pragnęła odwieść małżonka od składania ofiar bogini? – Piękność zmarszczyła smoliste brwi.

– Skądże! – Nino, oburzona posądzeniem, zatrzepotała rękoma. – Chodzi o Amosa. Słyszałaś o nim, pani? Został czarownikiem.

– Ach! Jesteś więc jego żoną! I co?

– I mój mąż bardzo się trapi nowymi obowiązkami. Chciałabym go wesprzeć, jak przystoi kochającej żonie. Ale nie wiem, jak mam to zrobić.

– Chodź za mną.

Dziewczyna zaprowadziła Nino do starszej kapłanki. Starszej w latach – kształty miała pełniejsze, dojrzalsze – i w hierarchii świątynnej – nosiła znacznie ciemniejszą suknię, koloru płatków dzikiej róży. Szewcowej aż oczy zalśniły na widok szaty o tak intensywnej barwie. Ukłoniła się znacznie głębiej niż młodej akolitce.

Na starszej kapłance słowo „mag” nie wydawało się wywierać szczególnego wrażenia. Nino długo tłumaczyła, że musi pomóc małżonkowi. Jeszcze nie wie jak, ale wystarczy odwiedzić miejsce, do którego i jego zaprowadzono. Obowiązkiem żony jest choćby wysprzątać izbę, w której trudzi się mąż. Amos tak nie znosi wszędobylskiego pyłu… Przytaczała coraz to nowe argumenty za dopuszczeniem jej do tajemnic maga.

Wreszcie kapłanka ustąpiła.

– Dobrze, zawiodę cię do komnaty czarodziejów – obiecała z uśmiechem, który wcale nie spodobał się szewcowej.

Długo szły przez labirynt pomieszczeń i korytarzyków. Szewcowa nie potrafiłaby trafić z powrotem do wyjścia, ale nie przejmowała się tym, chłonąc piękno przybytku Łagodnej. W świątyni nie znalazłoby się ani jednej ściany pozbawionej ozdób. A to mozaiki z marmuru w różnych odcieniach, zazwyczaj przedstawiające Królicę i jej dokonania, a to płaskorzeźby ze scenami tak wyuzdanych igraszek, że Nino, matka trojga dzieci, rumieniła się ze wstydu. Młoda żona próbowała zachować w pamięci kilka co ciekawszych pozycji.

Wreszcie kobiety zatrzymały się przed kamiennym prostokątem obramowanym marmurem rzeźbionym w nieskomplikowany, geometryczny wzór. Z prawej strony, na wysokości pasa znajdowało się ciemnoróżowe wgłębienie.

– Oto wejście do komnaty czarowników – ogłosiła kapłanka, jakby z triumfem w głosie.

– Ale jak je otworzyć? – spytała skonsternowana Nino.

– Tego może dokonać tylko mag. Przykłada dłoń tutaj – wskazała na wgłębienie – a drzwi znikają.

Szewcowa przytknęła rękę do dołka. Nic się nie stało. Wklęśnięcie okazało się gładkie i chłodne.

– A co jest za tymi drzwiami?

– Nie wiem. Kiedy twój mąż tam wchodził, widziałam tylko ciemność. Nikt oprócz czarowników nie ma dostępu do tej komnaty. Nawet arcykapłanka.

 

Pierwsza próba poznania tajemniczego problemu Amosa okazała się całkowitą porażką.

Następne nie nastąpiły prędko – pod nieobecność męża na Nino spadły dodatkowe obowiązki: musiała przejąć zarządzanie warsztatem. Nie brakowało jej ogólnej wiedzy – tę posiadła w rodzinnym domu, pod okiem ojca, również wytwórcy sandałów. Ale nie znała możliwości czeladników tak dobrze jak Amos, popełniła kilka błędów. To przez nią cudownie wyprawiona kozia skóra została zmarnowana. No i nikt nie potrafił dorównać Amosowi w zdobieniu butów. Szewc zazdrośnie strzegł sekretu tłoczenia skóry w piękne wzory. Bez czujnego oka gospodarza, dochody ze sprzedaży spadły.

Bieda bynajmniej nie zajrzała w oczy Nino, głód nie groził rodzinie ani pozostałym domownikom. Ale świeżo upieczona czarownikowa musiała nagle zacząć oszczędzać, przestać chodzić do amfiteatru na przezabawne komedie, zrezygnować z kilku planowanych zakupów, odmawiać najbliższym drobnych przyjemności, rzadziej przygotowywać kołacze i dodawać do nich mniej miodu oraz bakalii, zmniejszyć ilość drogich przypraw… Nie tak wyobrażała sobie życie żony maga.

Po niespełna trzech miesiącach, kiedy już szewcowa przyzwyczaiła się do nowych zadań i coraz lepiej sobie z nimi radziła, wrócił wyglądany z utęsknieniem Amos. Synowie wypatrzyli ojca wcześniej i z radosnym piskiem pobiegli go przywitać. Gdy stanął w drzwiach, obarczony siedmioletnim Amosidem i pięcioletnim Szuprim, również żona i córka z radością rzuciły się w stronę pana domu. Nino nieco wolniej – zaskoczona zmianami, jakie zaszły w wyglądzie męża w ciągu tych niewielu tygodni rozłąki. Strasznie wymizerniał – czyżby w Katsikopolis cierpieli głód? – oczy miał zaczerwienione, poruszał się szybciej, jakby nerwowo. Ale to nadal był jej ukochany Amosik. Już ona go utuli, ukoi, odkarmi. Krzyknęła na nastoletniego niewolnika, aby pobiegł na pastwisko, po jagnię na ucztę.

 

***

 

Amos przywiózł rodzinie piękne podarki. Nino dostała koszulę z cieniuchnego płótna, tak jasną, że niemal książęco białą. Ale to nie jakość tkaniny najbardziej zachwyciła kobietę. Ubiór ozdobiono bladoróżowym haftem. Jako żona maga Łagodnej Królicy miała prawo do tej odrobiny koloru w strojach. Wreszcie marzenia zaczynały się spełniać! Gwałtowny wybuch radości pchnął kobietę w objęcia męża. Nino oplotła nogami talię Amosa, zasypała twarz pocałunkami, lekko ugryzła w szyję i polizała w ucho. Czarownik przez chwilę radośnie oddawał pieszczoty, lecz nagle przestał.

Wkrótce żona przekonała się, że koszula leży doskonale, podkreśla, co podkreślać powinna, eksponuje wąską kibić. Aż żal skrywać takie cudo pod wierzchnią suknią! Czarownikowa jednak miała pewność, że to dopiero początek, że wkrótce pojawią się inne, jeszcze ładniejsze szaty.

Malutka Nissa dostała od ojca przepiękną lalkę – z długimi gładkimi włosami i przyodzianą w bajecznie kolorowe ubranko, typowe dla kapłanek Pajęczycy.

Pięcioletni Szupri otrzymał drewniany, kunsztownie rzeźbiony koński łeb osadzony na grubym patyku, z ogłowiem z czerwonych rzemyków. Natychmiast dosiadł rumaka i zaczął galopować dookoła izby.

Pierworodnemu ojciec przywiózł miniaturowy rydwan, zdobiony piękniej niż jakikolwiek mebel w domu. I koła naprawdę się obracały!

Dzieciaki powitały podarki radosnymi piskami. Po kilku chwilach cała trójka wypadła na dziedziniec i wkrótce chłopcy wozili w rydwanie najpierw lalkę, a potem również jej właścicielkę.

 

Nino szybko przekonała się, że zmiany w mężu nie ograniczają się do zewnętrznych. Amosa nawiedzały ataki kaszlu, ale nie wydawał się tym ani trochę przejmować, chociaż żona wzdrygała się przy każdym paroksyzmie. Mag, wzruszając ramionami, wyjaśnił, że zaziębił się, bo poranki w Katsikopolis są chłodniejsze z powodu wielkiej rzeki przepływającej przez miasto. Twierdził, że choroba szybko minie.

Ledwie zasiedli do powitalnej uczty, Amos rozsupłał podłużny woreczek wiszący przy pasie i wyjął z niego dwa srebrne patyczki, pokryte misternymi wzorami. Potem sięgnął za pazuchę po równie pięknie zdobioną czarkę. Wreszcie – zamiast odkroić plaster pieczeni i położyć go na swój chleb – posiekał mięso na drobne kawałki, które wrzucił do miseczki. Później nie odgryzał ogromnych kęsów jagnięciny razem z pieczywem przesiąkniętym smakowitym sosem, lecz przy pomocy pałeczek chwytał cząstki potrawy i przenosił do ust. Lewą ręką odłamywał po odrobinie placka i maczał w oliwie. Do picia zażądał wina o cudownym, słodkim aromacie, które przywiózł w wielkim bukłaku. Rozcieńczył napitek i od czasu do czasu zanurzał wargi w upojnie pachnącym płynie.

Po dłuższej chwili gospodarz zorientował się, że domownicy nie jedzą, nie rozmawiają, nie żartują, tylko w głuchej ciszy wpatrują się w niego.

– Nie będę żarł łapami i pazurami, jak zwierzę – oznajmił i wrócił do dystyngowanego spożywania smakołyków.

 

W nocy również zachowywał się dziwnie. Z zainteresowaniem wysłuchał pomysłów, które żona podpatrzyła w świątyni. Zaakceptował entuzjastycznie wszystkie, ale jego wysiłki były jak ogień spalający kupkę siana – szybkie i nie przynoszące rozgrzania. Na hubkę Nino padło tylko kilka iskier, które zaraz sczezły, zatopione nasieniem.

Czarownik wkrótce zachrapał, a jego żona jeszcze długo przewracała się z boku na bok w poszukiwaniu pozycji, która odgrodziłaby ją od ponurych myśli. Nino przemknęło przez głowę, że ktoś – magia? Królica? – podmienił czułego i troskliwego męża. Kobieta próbowała usprawiedliwiać ukochanego: że wytęskniony, że zmęczony, że chory… Ale rozczarowanie nie chciało słuchać wyjaśnień. Hardo odpowiadało, że Amosowi już wcześniej zdarzało się podróżować i kasłać, lecz nigdy z takim skutkiem.

 

Były również inne zmiany – w ulubionych rozrywkach maga. Porzucił wyścigi rydwanów, które niegdyś śledził z upodobaniem, i zaczął towarzyszyć żonie w wyprawach do amfiteatru. Jednak, w odróżnieniu od Nino, przedkładał tragedie nad komedie. Skupował zwoje z poezją. Z początku odczytywał wiersze małżonce, ale ta nie gustowała w mowie wiązanej – nie potrafiła zrozumieć, co właściwie twórca chce jej przekazać, używając tak wielu długich i trudnych słów. Ceniła jedynie zwięzłe i celne epigramaty, które z kolei nie odpowiadały czarownikowi.

Mimo całej nerwowości ruchów, Amos wydawał się nieludzko opanowany. Od powrotu z Katsikopolis nie uderzył ani żony, ani dziecka, ani nawet niewolnika. Ale i nie śmiał się razem z nimi. Mówił cicho i spokojnie. Spał niezwykle czujnie.

Dzieci też zauważyły metamorfozę Amosa, nawet dwuletnia córeczka. Pewnego popołudnia Nissa podeszła do maga, położyła mu na kolanach lalkę w kolorowym ubranku i poprosiła:

– A tejaz oddaj mojego tatusia.

 

Zgodnie z zapowiedziami maga, jego kaszel wkrótce ustał. Ale po trzech dniach zaczął niedomagać mały Szupri. Stracił apetyt, potem chęć do zabaw. Nino rozłożyła sobie stary siennik przy posłaniu chłopca i tam spędzała noce, czuwając, z rzadka wpadając w krótkie drzemki znaczone koszmarami.

Pewnej nocy, długo przed świtem wbiegła do sypialni, z obłędem w podpuchniętych oczach. Zaczęła szarpać Amosa:

– Wstawaj! Szupriemu się pogorszyło! Wstawaj, zrób coś! No, rusz się!!!

Mag, błyskawicznie oprzytomniały, bez śladu rozespania na twarzy usiadł na łożu, ale nie kwapił się do wyjścia spod rozgrzanego nakrycia.

– Co mu jest?

– Jest chory! Cały rozpalony! Gorączka! Majaczy! No, idź wreszcie do niego! – Nino miotała się po izbie, to podbiegała do wejścia, to przebierała wśród wiązek zasuszonych ziół, to popatrywała na domowy ołtarzyk.

– Wezwałaś medyka?

– A nie możesz rzucić zaklęcia?! Ty potrafiłeś wyzdrowieć!

– Nie mogę. Uzdrawianie nie leży w gestii Królicy. Tu potrzeba maga Żelaznodziobego, a takiego nie ma nawet w Katsikopolis – odpowiedział spokojnie. – Zrozum to wreszcie, kobieto. Magia ma swoje ograniczenia. Mnóstwo ograniczeń!

Nino zastygła na środku izby, potem powolutku odwróciła się w stronę męża, ciągle nie mogąc uwierzyć w beznamiętność Amosa. Ale jego twarz wtórowała opanowanemu głosowi – żadnych rumieńców, raczej znudzenie. Jakby po raz setny pokazywał dziecku, po czym odróżnić koźlą skórę od wołowej.

W końcu posłano po medyka, a ten zalecił napar z kory wierzbowej na zbicie gorączki.

 

***

 

Szupri walczył z chorobą, Nino walczyła z myślami o mężu. To już nie był Amosik, kochanek jej duszy, tylko czarownik Amos, obcy mężczyzna. Kiedyś nie zostawiłby żony samej z troskami, lecz wspierał na każdym kroku, trzymał za rękę, jeśli już nie miał żadnego pomysłu na rozwiązanie problemu. Scałował łzy… Kobieta miała wrażenie, że mag wyprowadził się do nowych izb odkrytych we własnej głowie, do których ona nie miała dostępu. Teraz rozmawiał z małżonką tylko przez okno, traktując ją jak przechodnia, nigdy nie zapraszając do środka.

Amos rzucił urok.

Całe Tomaris zatrzęsło się od plotek. Nie, czarownik nie pomógł choremu synowi. Uznał za stosowne wesprzeć starego namiestnika miasteczka, aby zdołał sprostać oczekiwaniom nowej żony, dwudziestoletniej wdówki, pięknej niczym kapłanka Łagodnej.

Owszem, zapłatę otrzymał Amos iście książęcą. Nino nigdy jeszcze nie widziała takiej ilości złota. Czarownik rzucił się w wir zakupów jak wieśniak z zapyziałej wioski, który pierwszy raz w życiu zobaczył targ. W domu pojawiły się posążki piękne niby najurodziwsi ludzie zaklęci w kamień, meble z pachnącego drewna, haftowana pościel, szkatułki inkrustowane drogimi kamieniami… Ale nic z tego nie ucieszyło gospodyni. Bez słowa przyjęła drogą suknię i obojętnie wrzuciła do okutej srebrem skrzyni. Nino wydawało się przez chwilę, że mag poruszył uchem, jakby nadstawiając je na podziękowania, których się w końcu nie doczekał. Pewnie to kolejna cudowna umiejętność potrzebna czarownikom. W każdym razie mąż nie przejął się brakiem reakcji na podarek, podczas gdy żona czuła, że jeszcze moment, a rosnąca w niej furia wepchnie obmierzłemu durniowi do gardła cieniutką tkaninę albo zadzierzgnie troczki dookoła szyi.

Bo na matczynym sercu leżał inny ciężar – Szupri mizerniał z dnia na dzień. A Amos twierdził, że nie potrafi w żaden sposób pomóc synowi, więc nie robił nic. Bywały dni, kiedy malec czuł się lepiej, sięgał po zabawki i ulubione potrawy, chichotał. Wtedy i Nino odżywała – jadła z apetytem, przypominała sobie, jak przywołuje się na twarz szczęśliwy uśmiech. A kiedy indziej chłopczyk majaczył, płakał, skarżył się na ból brzuszka… Wówczas matka nie odchodziła od łóżeczka, a najżywszym elementem na jej wykrzywionej grymasem twarzy były spływające łzy.

Wierzbowa kora zwalczyła gorączkę, ale nie mogła pokonać samej choroby.

 

***

 

Na drugi dzień po spaleniu ciała Szupriego do Nino przyszła piekarzowa. Była to pierwsza wizyta jakiejkolwiek sąsiadki od czasu, gdy znajome przekonały się, że Amos nie będzie dla nich czarował.

Kando bacznie zlustrowała gospodynię – porozdzierane podczas wczorajszej ceremonii szaty, twarz ściągnięta bólem, jaśniejsze ślady łez na pokrytych popiołem policzkach, zapuchnięte oczy…

– Wiem, co czujesz, biedactwo – powiedziała i poklepała młodszą kobietę po dłoni. – Sama oddałam płomieniom trójkę swoich.

Nino siedziała bez ruchu, wpatrując się w jeden punkt, chyba daleko za ścianą, może nawet w innym świecie. Niemal nie mrugała.

– Jadłaś coś?

Piekarzowa zakrzątnęła się po domu, znalazła w kuchni garniec piwa, zaczerpnęła kubek. Wkruszyła do niego kawał przyniesionej bułeczki. Wróciła do gospodyni, otoczyła ją pulchnym ramieniem, prawą ręką podniosła naczynie do jej ust.

– Pij! Masz jeszcze dwoje dzieci, musisz być silna dla nich. Nie możesz sama się rozchorować.

Nino bezwolnie przełknęła.

– Wiem, że ból jest okropny. Kiedyś minie. – Kando odstawiła opróżniony kubek. – Ale pustka w sercu zostanie na zawsze – dodała z westchnieniem.

Czarownikowa nadal milczała. Niedobrze. Lepiej, gdyby powiedziała cokolwiek, choćby zaczęła krzyczeć lub płakać. Byle wyrwać ją z tego otępienia, które potrafi zabrać zmysły, jeśli tylko mu się nie sprzeciwiać. Nie bez powodu straszono rozbrykane pociechy starą garncarzową.

– Jak się mają twoje dzieci? Nissa pewnie jeszcze nic nie rozumie, ale Amosid jest już duży, na pewno odczuł utratę brata. Musisz opowiedzieć mu, że Żelaznodzioby zaopiekuje się Szuprim, a kiedyś znowu się spotkają.

Cisza.

– A Amos? Jak przeżył śmierć syna?

– Nie mów do mnie o nim! Nie chcę rozmawiać o tym… synu niemrawej owcy!

Kando ukradkiem odetchnęła z ulgą.

– Ale dlaczego? Zawsze tak go kochałaś…

– A teraz go nienawidzę! To on przywlókł zarazę do domu! A potem nie zrobił dla Szupriego nic! Nic, rozumiesz?! Nawet nie napoił małego bulionem! Tylko płacił medykom. Swoją bezcenną, przeklętą magię wolał zachować dla starego zbereźnika, któremu nie stawał tak często, jak życzyłaby sobie ta młoda lafirynda!

Nino rozpłakała się, chociaż jeszcze rano myślała, że zużyła już cały zapas łez dla Tomaris.

– Mój też nic mi nie pomagał przy dzieciach, a mieliśmy całą gromadkę… Tylko wiecznie doglądał swojego pieca. A nocami palił w moim, aż iskry leciały. Potem i to minęło…

– Ale kiedyś Amos był inny. Bawił się z maluchami. Karmił, kiedy jeszcze nie umiały trafić jedzeniem do buzi, nosił na rękach, robił im śliczne butki… Żaden dzieciak w Tomaris nie miał równie pięknych.

– I co?

– I przeklęta magia go odmieniła! Stał się obcym człowiekiem! Nie znam go i nie chcę znać! Ech, szczęśliwsza byłam jako szewcowa… Życie pod jednym dachem z tym człowiekiem to męka!

– Ty tak poważnie? Myślisz o rozstaniu?

– Myślę. Dostałam w posagu kawałek ziemi, mogłabym z niego wyżyć.

– Czy Amos sypia z innymi obywatelkami Tomaris?

– Nie, nawet niewolnic nie podszczypuje. Chociaż niedawno jedna zaczęła zadzierać nosa, jakby coś ich łączyło…

– A może bije bez powodu ciebie albo dzieci?

– Nie, teraz już nie. Niegdyś obrywałam, kiedy za bardzo pyskowałam albo wrzeszczałam na niego. Ostatnio w ogóle jakby nas nie zauważał. Więcej troski poświęca nowym meblom! Widziałaś, jak zachowywał się przy stosie pogrzebowym?

– Widziałam. Jakby zmarł ktoś ledwie znajomy. Ale myślałam, że nie chce publicznie okazywać uczuć. Mężczyźni czasem wpadają na takie głupie pomysły.

– To nie poza. W domu zachowuje ten sam spokój. Bez ustanku.

– Hmmm. To musi być dla ciebie straszne, kochana. Nie sposób jednak powiedzieć, że nie potrafi utrzymać rodziny. – Kando powiodła wzrokiem po kosztownych sprzętach. – W takiej sytuacji kapłanki Domolubnej oddałyby dzieci pod opiekę ojca. Na pewno Amosida, być może zdołałabyś zachować Nissę. Karmisz ją jeszcze piersią?

– Nie, odstawiłam pod koniec zimy. I tylko to mnie powstrzymuje: nie zamierzam utracić także tych dzieci, które mi zostały.

– I pomyśleć, że wszystkie kobiety w okolicy, od podlotka do bezzębnej staruchy, zazdroszczą ci męża czarownika. Bezzębnej staruchy… – powtórzyła jak echo, po czym zerwała się, aż zwały ciała zafalowały. – Przypomniałam sobie!

– Co takiego?

– Kiedy byłam dzieckiem, babka opowiadała mi, co usłyszała od własnej babki. Za rządów pradziada naszego księcia… No, teraz to już więcej niż pradziad… Nieistotne. Kiedyś nastała wyjątkowo deszczowa wiosna. Wszystkie rzeki wezbrały, podtapiały każdą osadę leżącą na brzegu. Powódź groziła także Katsikopolis. A wtedy, musisz to wiedzieć, spichlerze stały o wiele niżej.

– Bez sensu – prychnęła Nino. – Kto tak buduje?

– Teraz już nikt. A koszary to już w ogóle wzniesiono tuż przy porcie, żeby wojsko mogło szybko wsiąść na łodzie. I jeszcze przy granicy czaili się barbarzyńcy z północy. Sytuacja była bardzo groźna.

– Gdyby powódź osłabiła tak wielkie miasto… – Gospodyni ze zrozumieniem pokiwała głową. – A jeszcze gdyby dołączyła zaraza…

– Toteż właśnie. Każdy wiedział, że jest źle. I wtedy książę wysłał czterech magów Flądry.

– Aż czterech?! W całym kraju było ich aż tylu?

– Pewnie wysłał wszystkich. To byli staruszkowie, drobni, zasuszeni i przygarbieni. Poszli do najwyższego punktu brzegu, gdzie rzeka wpływała do miasta i wypatrywali nadchodzącej fali. A katsikopolitańczycy z bezpiecznej odległości obserwowali czarowników, jak dumnie stoją w tych swoich przebogatych szatach, haftowanych złotą nicią i zdobionych kamieniami szlachetnymi. A kiedy wreszcie starcy zobaczyli spiętrzoną wodę, rzucili zaklęcia. I nagle rzeka zaczęła płynąć szybciej, jak rwący górski potok, o którym kiedyś opowiadał mi stryjek, jak kaskada przy młynie! Ale dzięki nim miastu prawie nic się nie stało.

– Prawie?

– Och, woda trochę wystąpiła z brzegów. Ale nie bardziej niż przy zwyczajnej wiosennej ulewie. I żaden budynek nie został zburzony. Tylko prąd porwał albo poniszczył łodzie.

– Tamci czarownicy musieli stać się bohaterami! Tłum pewnie nosił ich na rękach!

– Otóż nie. Magowie zniknęli.

– Jak to: zniknęli?

– Nikt nie wie. Znaleziono tylko szaty trzech z nich. Te szaty z haftami i ozdobami z drogich kamieni. Jedna popłynęła aż na drugi brzeg. Ale w żadnej nie było maga.

– Myślisz że… – Nino umilkła, zakryła usta dłonią.

– Tak, tak właśnie myślę – Kando pokiwała głową – że jeśli czarownik prosi swojego boga o coś zbyt wielkiego, to znika. Kiedyś nie wierzyłam w tę opowieść, sądziłam, że to bajeczka dla dzieci. Ale jak przypomnę sobie twojego Amosa… Aleś zbladła, dziewczyno! Tylko mi tu nie mdlej. Masz, zjedz słodką bułeczkę. Sama piekłam, z myślą o tobie.

Nino posłusznie zaczęła skubać wciśnięty do ręki smakołyk, wtrącając między kęsami:

– To dlatego! Masz rację!

– Co: dlatego?

– Kiedy Amos wrócił z Katsikopolis, zobaczyłam, że bardzo schudł. Myślałam, że źle go tam karmili albo coś, ale w domu wcale nie nabierał ciała.

– I dlatego magowie nie chcą czarować. Boją się śmierci! Ubywa ich po trochu z każdym zaklęciem!

– Kiedyś Amos potrafił zaryzykować życiem dla syna… Kilka lat temu, kiedy nasz pierworodny był malutki, mniejszy niż teraz Nissa, a ja nosiłam w brzuchu biednego Szupriego… – Głos się jej załamał. – Pasterzom uciekł wściekły pies. Zabłąkał się na nasz dziedziniec, a Amosid roześmiał się i podreptał do zwierzaka. Ja rzuciłam się na ratunek, ale brzuch mnie spowalniał. Amos wypadł z warsztatu jak stał, z lekkim młoteczkiem w ręce. Widziałam, jak zasłonił syna, kazał mu pójść do mnie, a sam zaatakował bestię, potem nadbiegli ludzie z kijami i już było po wszystkim.

 

***

 

Zrozumienie, czym ryzykował Amos, rzucając czar, nieco ociepliło uczucia Nino do męża. Jednak co innego stanąć przed wściekłą bestią, kiedy człowiek widzi szansę zwycięstwa, a co innego zadrzeć z bogami, gdy wiadomo, że po każdym zaklęciu ubywa ciała.

Wkrótce wątpliwości zaczęły podgryzać czarownikową niby żarłoczne mrówki. Nino pogodziła się z sąsiadkami (a raczej to one, pod wpływem Kando, przestały się boczyć). Amos kupił tylu niewolników, że jego żona już nic nie miała do roboty przy gospodarstwie oprócz sprawdzania, czy polecenia zostały wykonane. Spędzała więc całe dnie na ploteczkach ze znajomymi. A nawet z nieznajomymi – w karczmie Mirdżu. Wszystkich wypytywała o magów i nikt nie widział czarownika malutkiego jak dziecko albo chudego jak patyk. Najczęściej opisywano drobnych staruszków, zawsze na swój sposób dziwacznych, ale niektórzy rozprawiali o wielkoludach wyższych od siebie o dwie głowy. Pomysł o stopniowo znikającym ciele nie do wszystkich faktów pasował.

Niepewność co do przyszłości rodziny i brak zaufania oraz szacunku dla męża znowu zaczęły męczyć Nino. Niegdysiejszy „oblubieniec duszy” irytował swoją obojętnością przy każdej okazji, każdego wieczoru, przy każdym wspólnym posiłku. Kobiecie brakowało wiedzy, aby zrozumieć męża, a jemu chęci, aby zrozumieć żonę.

Postanowiła poszukać odpowiedzi na swoje pytania w Katsikopolis. Tam, w wielkim mieście pełnym nieznających się nawzajem ludzi, będzie mogła pójść do świątyni Żółwicy i nikt na jej widok nie spyta: „Spójrz, czyż to nie żona naszego czarownika?”.

Nino już planowała podróż, kiedy odkryła, że po raz kolejny nosi dziecko pod sercem.

A to zmieniało wszystko.

Brzemienne kobiety nie wyruszały w drogę bez naprawdę poważnego powodu. Wprawdzie Tomaris od Katsikopolis dzieliły tylko dwa dni jazdy na wozie, ale nawet stosunkowo wygodny i powolny wóz nie chronił przed niezliczonymi uciążliwościami wyprawy. A jedzenie w karczmach, nieporównanie podlejsze od domowego? I bez tego ciężarną męczyły mdłości. A setki niebezpieczeństw czyhające na podróżnych? Nie, wizyta w wielkiej świątyni musiała poczekać.

Nino została również zmuszona do nowego spojrzenia na życie z Amosem. Potarganie więzów małżeńskich zawsze oznaczało gniew Domolubnej Kotki. Ale teraz i Łagodna Królica pokazała, że pragnie, aby rodzina jej czarownika pozostała całością. Tylko ostatni głupiec zaryzykowałby pomstę dwóch bogiń jednocześnie.

 

***

 

W stosownym czasie Nino powiła bliźnięta; chłopca i dziewczynkę. Odebrała to jako przeprosiny Królicy, próbę zadośćuczynienia za śmierć Szupriego. Amos chłodno oznajmił, że bardzo się cieszy i natychmiast zatrudnił mamkę, aby ułatwić żonie wykarmienie dwojga małych głodomorów.

Ledwie Nino wstała po połogu, formalnie przyjęła nowo narodzone dzieci do rodziny, przedstawiając je pięciu żywiołom. Obniosła obydwoje dookoła ogniska domowego, spryskała malutkie ciałka wodą, którą Amos wyciągnął ze studni, wetknęła w piąstki po grudce ziemi wykopanej przez ojca na dziedzińcu. Razem z mężem dmuchnęli w niemowlęce buzie. Od czasu do czasu zerkała na maga, szukając w jego twarzy oznak wzruszenia obecnego przy ceremoniach odprawianych dla starszych dzieci. Bezskutecznie. Amos wypełniał swoje zadania bez ociągania, ale i bez entuzjazmu. Ot, jakby dokładał nową koszulę do rozrastającej się garderoby: na tyle delikatnie, by nie podrzeć tkaniny, ale nie myśląc o powiększającej się rodzinie, nie snując dla dzieci żadnych planów na przyszłość.

Zastanawiała się, czy nie nazwać synka Szupri, po zmarłym bracie, ale zrezygnowała z tego pomysłu. Szupri nie żył i nic tego nie mogło zmienić, nic nie mogło zastąpić uścisku rączek dookoła szyi, szeptanych prosto w ucho słów „Kocham cię, mamusiu”, beztroskiego śmiechu na widok barwnego motyla… Nic nie mogło zapełnić dziury w kształcie pięcioletniego chłopca. Została tylko garstka drobnych kosteczek w glinianej urnie z wizerunkami Żelaznodziobego Kruka.

Kiedy przyszła pora nadać dzieciom imiona, Nino, stanąwszy przed domowym ołtarzykiem, wzięła synka na ręce i oznajmiła:

– Oto przekazuję ci ostatni żywioł, który będzie kształtować twoje życie, wiedzę. Wiedz więc, że nazywasz się Szekli. Witam cię w rodzinie, Szekli.

Chwilę później, trzymając córeczkę, powtórzyła formułę dla Leno.

 

***

 

Wspólne życie z mężem znalazło sobie nowe koleiny. Nino i Amos dzielili łoże (od niedawna z cudnie pachnącego palisandru, rzeźbionego w pędy róż), lecz poza tym traktowali się jak rodzeństwo: uprzejmie, troszczyli się o siebie nawzajem, jednak bez śladu ognistych uczuć, które niegdyś towarzyszyły szewcowi i jego połowicy. Czarownikowa całą swoją miłość przelała na czworo dzieci, rozpieszczanych bez umiaru. Jednak nie opuszczała jej myśl o poznaniu tajemnicy magów. Kiedy tylko odstawiła Szekli i Leno od piersi, wyruszyła w podróż do Katsikopolis. Zawczasu przygotowała sobie wyjaśnienie – gdyby Amos spytał – że jedzie złożyć ofiarę dziękczynną za zdrowe i wspaniale się chowające bliźnięta w wielkiej świątyni Łagodnej. Nie spytał.

Pierwsze kroki w Katsikopolis skierowała oczywiście do przybytku Żółwicy, najlepszego w tej części Imperium miejsca na poszukiwanie informacji. Jakże różnił się od chramu Królicy w Tomaris! Już z daleka widać było, że to ogromny budynek. Jasnofioletowe kolumny wznosiły się, proste i wysokie niby sosny w lesie. Na nich spoczywał książęcobiały architraw i biało-fioletowy tympanon. Głęboki cień obiecywał chłód, nawet podczas popołudniowego upału. Świątynia wiedzy przemawiała do rozumu, a zarazem kusiła elegancją.

Nino miała mnóstwo czasu na przemyślenie szczegółów. Ubrała się w najlepszą starą szatę, sprzed niemal trzech lat. Ani jedna różowa nitka nie zdradzała profesji Amosa. Czarownikowa złożyła ofiarę znaczną, wyróżniającą ją z tłumu niewolnic i wieśniaczek, ale o wiele mniej bogatą niż mogłaby sobie pozwolić żona maga. Dzięki tym zabiegom stanęła przed obliczem akolitki, dziewczątka jeszcze nie nawykłego do wyłuskiwania prawdy z niedomówień, po czym zalała rozmówczynię potokiem utyskiwań:

– Chodzi o mojego męża, pani, trzeciego syna szewca. Chudnie w oczach, ale medyk nie znajduje w nim żadnej choroby. I ja tak sądzę, uważam bowiem, że mojego małżonka, oby Dwunastu Bogów wiecznie obsypywało go łaskami, trapi jakaś zgryzota. Och, ileż to już razy pytałam go, cóż to za problem spędza mu sen z powiek! Ale nie chce mi wyznać. Zarządza warsztatem jak dawniej, na niczym nam nie zbywa, więc doprawdy nie wiem, co tak męczy owego chłopca, któregom niegdyś zaślubiła… Toż gdyby miał kochankę, którą pragnąłby przede mną ukryć, chodziłby rozradowany, znikał wieczorami z domu… A nic go nie cieszy, widzę przecież. I zachowuje się jak przykładny mąż. Dzieci mamy, dzięki niech będą Łagodnej Królicy, czworo. Najstarszy już dziewięć lat skończył, zaczyna się interesować szewstwem, jak przodkowie. A bystry je…

– Dobrze, rozumiem – przerwała znudzona kapłanka. – Jakiej pomocy oczekujesz od Przedwiecznej Żółwicy?

Nino jeszcze raz pokłoniła się, prosząc:

– Pragnę sposobu na skłonienie męża, aby wyznał, co go gnębi. Wtedy, jako dobra i lojalna żona, spróbuję pomóc nieborakowi w jego kłopotach.

– Istnieje specyfik, który da ci to, czego żądasz, ale nie jest tani. Jedna porcja kosztuje pół miny srebra. Czy stać cię na taką cenę?

Uradowana Nino energicznie pokiwała głową i sprawnie odliczyła pięćdziesiąt drachm.

Akolitka podniosła się ze swego wyściełanego fioletową skórą stołka i podeszła do półek zajmujących prawie całą ścianę na lewo od wejścia. Dłuższą chwilę grzebała w puzderkach, wreszcie znalazła pusty woreczek i odsypała miarkę ciemnozielonego proszku.

– Wrzucisz tę mieszankę do kociołka i zalejesz dwoma kubkami zimnej wody. Przykryjesz i odstawisz na pół dnia, potem zagotujesz. Kiedy wywar ostygnie, będzie gotowy do użytku. Trzeba wziąć jedną ósmą kubka płynu, dopełnić winem, może być rozcieńczone, i wypić do kolacji lub po niej. Zapamiętasz?

Nino powtórzyła zalecenia.

– Specyfik po zaparzeniu zachowa właściwości przez około rok – dodała młodziutka kapłanka. – Potem zacznie tracić moc, a po dwóch latach będziesz musiała go wylać.

 

Dopiero w połowie drogi do domu Nino uświadomiła sobie, że nie spytała, komu należy podać doprawione wino.

Nazajutrz po powrocie czarownikowa przygotowała wywar. Po krótkim wahaniu sama sięgnęła po trefny kubek – tak było prościej niż podsuwać go Amosowi. A nuż kupiony od kapłanki proszek da pijącemu moc wydobywania odpowiedzi z opornego męża? Przełykała płyn, z pewnym niepokojem wypatrując reakcji organizmu. Nic nadzwyczajnego się nie działo, wino smakowało normalnie. Poszła do Amosa, który szykował się już do odpoczynku. Przytuliła się do męża stojącego w samej koszuli na środku sypialni.

– Powiedz, co cię trapi, dlaczego ciągle chudniesz?

– Ile razy mam ci tłumaczyć, że to sprawa między mną a Królicą? – Zniecierpliwiony czarownik odsunął się od żony, położył się i przykrył pledem.

Nino nagle poczuła ogromną senność, nawet nie pamiętała, jak znalazła się u boku maga.

Rankiem ujrzała pochylonego nad sobą Amosa. W jego oczach kryło się coś podobnego do śladu zaniepokojenia. Pogłaskał żonę po policzku – co za niewiarygodny wybuch uczuć! – i spytał:

– Wszystko w porządku?

– Tak. Dlaczego pytasz?

– Całą noc dręczyły cię koszmary, ale nie dawałaś się obudzić. Mamrotałaś tylko, że martwisz się o mnie.

Aha. Czyli wino należało dać Amosowi. Nie szkodzi, zostały jeszcze prawie dwa kubki wywaru.

– Bo martwię się. Nic cię nie cieszy, mizerniejesz bez przerwy…

– Niepotrzebnie. Nie przejmuj się chudnięciem. Możesz mi wierzyć, że mimo niego przeżyję nie tylko ciebie, ale i obejrzę stosy pogrzebowe wszystkich naszych wnuków.

Nino zadrżała. Wspomnienia ognia pochłaniającego ciałko Szupriego były wystarczająco okrutne. Bogowie nie powinni ludziom pozwalać na oglądanie śmierci potomków.

 

Wieczorem Nino podsunęła mężowi doprawione wino. Z drżeniem serca zerkała spod rozpuszczonych włosów, jak czarownik podnosi kubek do ust. Zauważy różnicę w smaku? Ona nic nie poczuła, ale Amos zrobił się taki wybredny i wrażliwy na niuanse…

Udało się, mag bez słowa komentarza wypił całą porcję wywaru. Ledwo skończył kolację, ziewnął, wytwornie zasłaniając usta, i oznajmił swoim patyczkom do jedzenia:

– Czuję się zmęczony, pójdę wcześniej spać.

Nino zorientowała się, że wstrzymuje oddech. Zaraz miała się dowiedzieć, jaką tajemnicę skrywa małżonek! Jak najszybciej położyła się obok niego, by nie uronić ani słowa. A te rychło nadeszły. Mag miotał się po łożu, jęczał i wykłócał się z kimś:

– Nie chcę być czarownikiem! Zabierz swoją przeklętą magię… Oddaj człowieczeństwo! Ja już widzę zmiany… Narastają… Co z ciebie za bogini miłości? Jak mogłaś mi… Nie chcę zmienić się w zwierzę! Żadne! Wolę umrzeć… Jako człowiek, rozumiesz?

Koniec

Komentarze

Historia praktycznie od razu mnie zaintrygowała. Podoba mi się, że jest obrana perspektywa żony maga – naprawdę można było się wczuć. Zmiany jakie zachodziły w Nino, troska o męża były bardzo autentyczne i tak samo jak ona, chciałam wiedzieć co się dzieje. W ogóle, cała relacja małżeńska jest świetnie skonstruowana. A ta końcówka, nie wiadomo czy śmiać się czy płakać ;)

Złapałam jakieś zdanie w którym można by było zmienić szyk, ale to drobnostka i nawet nie zapisałam sobie.

Dzięki, Deirdriu. :-)

Czyżby wreszcie udało mi się oddać te biiip! emocje? No, jeszcze w to nie wierzę, poczekam na inne opinie.

Babska logika rządzi!

Mój głos powinien starczyć za dziesięć ;) A poważnie mówiąc, jestem uwrażliwiona na to, żeby tekst wzbudzał emocje. Ale najwięcej punktów masz u mnie za to ostatnie zdanie. Uwielbiam takie zakończenia – niby zabawnie, ale potem… cholera jasna, co z tym kolesiem się działo przez cały czas.

Ja Ci nie wróg, mogę liczyć i za dziesięć. ;-) Ale dajmy szansę również innym dyskutantom.

Babska logika rządzi!

Opowiadanie bardzo fajnie pokazuje przeżycia drugiej połowicy maga. Podobało mi się miażdżenie jej złudzeń o przepychu i wspaniałym życiu – czy raczej jak bardzo nie zapewniają one szczęścia. Podobały mi się jej próby dowiedzenia się prawdy. Słowem – główna bohaterka to duży plus (poza jednym zgrzytem, ale o tym później).

Tekst dosyć długi i miałem wrażenie, że niekiedy dałoby się go skrócić bez straty dla treści – ale to subiektywne odczucie.

Uniwersum ciekawe – kojarzyło mi się ze starożytnością, taką Grecją z mieszanką Persji. Bardzo fajnie, ze zauważyłaś powszechności analfabetyzmu w tamtych czasach. Choć trudno mi uwierzyć, że Amos w jeden dzień posiadł sztukę czytania. Miałem podobne doświadczenie, gdy uczyłem się cyrylicy na lekcji rosyjskiego podczas studiów, w ramach dodatkowej nauki języka – zajęło to znacznie więcej czasu, a i tak bardzo długo dukałem miast płynnie czytać.

Największy minus to rozmowa z początku, która połamała moje zawieszenie niewiary jak Bane kręgosłup Batmana. Jak bardzo religijna nie byłaby bohaterka (a dalsze fragmenty mocno to podkreślają), jak bardzo nie pragnęłaby luksusów, ni w ząb nie mogłem uwierzyć, że tak łatwo kupiła tekst Amosa. Żadnych wątpliwości, żadnych tekstów, kompletnie nic. Ot, czym prędzej wysyła do świątyni. Mi to się nie kompiluje w głowie :/

Zakończenie mnie nie zaskoczyło, ale to nic dziwnego – zbyt długo obcowałem z Warhammerem, gdzie zmiana w królika to najlepsze, co może się stać z tych złych rzeczy ;) Toteż już od połowy przeczuwałem coś na zasadzie gniewu bogów.

Podsumowując: bardzo fajne opowiadanie, z ciekawym uniwersum, jednak paru zgrzytów się nie ustrzegło.

Edycja:

No i tytuł, mocno średni moim zdaniem. Ale to znowu subiektywne odczucie ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję, NoWhereManie. :-)

Fajnie, że bohaterka ogólnie na plus.

A o czym sądzisz, że można wywalić bez szkody?

Tak, to ma być starożytność. Wprawdzie punktem wyjścia był Sumer (czytałam niedawno coś na ten temat), ale wiedzy na ten temat (zwłaszcza codziennego życia) mi brakuje, więc uzupełniałam luki Starożytnym Egiptem i Grecją. Drachmy i miny są racze ewidentne. :-) To nie ja zauważyłam analfabetyzm, to bardzo długo było powszechne zjawisko. A opanować pismo oparte na piktogramach jest bardzo trudno. Znaczy, podobno – sama nigdy nie próbowałam.

Amos nie tyle opanował, co zostało mu to dane – niemal jak umiejętność sterowania helikopterem w Matriksie. Taka magia, pochodząca od bogini i już.

Nino zbyt łatwo uwierzyła, powiadasz? Hmmm. Możesz mieć rację, spróbuję dodać jakieś wątpliwości.

Warhammer zepsuł mi zakończenie?! To dziady! ;-)

To właściwie nie jest żaden gniew bogów. Po prostu tak kończą magowie. Dobrzy i źli.

Edytka: Tytuł średni? Może i tak, ale wydaje mi się dobrze pasować do treści. Wiem, że bez fajerwerków. Póki co – zostaje.

Babska logika rządzi!

A o czym sądzisz, że można wywalić bez szkody?

Po wstępnym przejrzeniu: wymienianie prezentów po pierwszej podróży Amosa [ładne to to, ale nic mi nie wniosło]; opis wizyty Nino w świątyni, gdy chce zobaczyć komnatę czarodziejów [dla mnie najważniejszą informacją jest, że tam nie ma dostępu nawet arcykapłanka – cała reszta oprowadzania zbyteczna]; wyrzucenie jednej ze zmian w zachowaniu Amosa też by nie zaszkodziło [tylko nie tej ze sztućcami, bardzo fajny “foreshadowing”]; decyzja o podróży do Kostikapolis, którą i tak niweluje wiadomość o ciąży [można by skrócić rozważania na ten temat]; podanie sobie serum prawdy [powiem szczerze, miałem bohaterkę za inteligentniejszą, tutaj dodatkowo przedłużyło niepotrzebne oczekiwanie].

Zaznaczam tylko, że one sceny zaznaczyłem subiektywnym odczuciem :)

Amos nie tyle opanował, co zostało mu to dane – niemal jak umiejętność sterowania helikopterem w Matriksie. Taka magia, pochodząca od bogini i już.

Hmmm, zaszkodziło tutaj porównanie tego do podobnej umiejętności piekarza. Może dałoby radę dodać coś o niezwykłości tak szybkiej nauki, jakieś pojedyncze zdanie czy coś. 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Masz, zjedz słodką bułeczkę. Sama piekłam, z myślą o tobie.

Nino posłusznie zaczęła skubać bułeczkę, wtrącając między kęsami:

Powtórzenie. W ogóle bardzo często w tym tekście używasz dokładnie tego wyrazu. To pewnie dlatego, że pożeracz betował… [dosyć luźna uwaga, nie razi jakoś mocno, zauważyłem to dopiero jak wyszukiwałem tego fragmentu przez potraktowanie bułeczki ctrl+f ;]

A bystry je…

Troszkę mi nie pasuje taka stylizacja nagle, bo przedtem w wypowiedziach czarownikowej niczego takiego nie zauważyłem.

 

W pewnym momencie nie byłem pewien, o którym bogu jest mowa, ale ostatecznie nie miało to wpływu na całość akcji, więc bez różnicy.

Zakończenie może troszkę zaskakujące, ale bez szoku, nawet dosyć zabawne. Całość wydała mi się bardzo sucha, nieangażująca emocjonalnie [może poza sceną po kremacji syna, ale i tak sądzę, że matka trochę za szybko zainteresowała się historią piekarki]. Świat przedstawiony to taki najbardziej typowy świat fantasy jaki można sobie wyobrazić [zmieniamy nazwy bogów i jesteśmy w D&D]. Na plus przedstawienie dziennych rutyn bohaterki i tego jak się one zmieniają. Nie jestem pewien, czy wszystkie elementy tekstu wnoszą coś do historii lub rozwijają postacie, np. z perspektywy czasu wydaje mi się, że wprowadzenie postaci zazdrosnej koleżanki było dosyć bezcelowe.

Także chyba mogłoby być nieco krócej i wyszłoby na to samo.

Napisane bardzo dobrze, czytało się płynnie, bez zgrzytów, w sumie niczego innego się nie spodziewałem w tej kwestii. :]

Dobra, rzemieślnicza robota, ale nie sądzę, żeby zapadło w pamięć na dłużej.

No nieźle.

Dobra, pierwszy dialog już zmieniony.

Z wywalaniem tak lekko nie pójdzie. :-)

Bardzo często kusi mnie pokazywanie mojego uniwersum (a to duży świat, pewnie jeszcze o nim napiszę). Miałam nadzieję, że pokazanie jednego szczególiku tutaj, drugiego tam, wzbogaci opowieść.

Bez prezentów nie miałabym późniejszej scenki z małą Nissą, która oddaje lalkę, ale oczekuje powrotu dawnego ojca.

Do sprośnych płaskorzeźb w świątyni też później nawiązuję – a zależy mi na zaznaczeniu, że i seks się pogarsza.

Zmiany w Amosie też mają IMO sens – unikam zarzutu, że puenta jest do czapy, delikatnie przygotowuję pod nią grunt. Albo próbuję pokazać, jak mag chce się temu przeciwstawić.

Skrócenie rozważań o planowanej podróży – hmmm, warte rozważenia. Chociaż zawiera istotne informacje: ciąża, odległość między miastami…

No, ale jeśli jeszcze pojawią się głosy, że to zbędne dekoracje, to trzeba będzie ciachnąć.

Serum – ona nie wie, że to serum. Wie tylko, że tajemniczy środek ma rozwiązać jej problem, ale nie ma pojęcia, w jaki sposób, więc najpierw testuje prostszą i mniej ryzykowną opcję.

A zarzutu o porównaniu do piekarza nie rozumiem. Porównuję do pisarza. I Nino jest dumna z męża.

Babska logika rządzi!

Jak pisałem, potrzeba cięcia to moje mocno subiektywne odczucie. Dla mnie prezentacja świata nic by nie straciła, ale też rozumiem potrzebę pokazania złożoności uniwersum. Dlatego nie namawiam, po prostu podzieliłem się odczuciem ;)

A zarzutu o porównaniu do piekarza nie rozumiem. Porównuję do pisarza. I Nino jest dumna z męża.

Tfu, miałem na myśli właśnie pisarza. Ale ten piekarz  sam się nawinął na klawiaturę. To pewnie przez te bułki wymienione przez Skonecznego :) Ale wniosek ten sam – skoro porównano do zwykłego zawodu, który do nauki nie potrzebuje magii, to i Amosa nauczono niemagicznie. Znowuż – subiektywny wniosek Człowieka z Nikąd-Donikąd ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję, Skoneczny. :-)

Z powtórzeniem bułeczki coś zrobię. I nie, to nie jest wina bety. Pieczywko już tam było, zanim Pożeraczka zajrzała. ;-)

A bystry je… – to zdanie jest urwane w pół słowa. Kapłanka się w końcu zniecierpliwiła.

“W pewnym momencie nie byłem pewien, o którym bogu jest mowa” – wspominam głównie o dwóch boginiach; Łagodnej Królicy i Przedwiecznej Żółwicy. Inni bogowie pojawiają się bardzo sporadycznie.

Powiadasz, że nie angażuje emocjonalnie? No i skończyło się rumakowanie…

Świat podobny do D&D – trudno mi się bronić, bo nie znam D&D. Czy tam też tylko i wyłącznie kobiety pełnią funkcje kapłańskie? Zwróć uwagę, że rytuały związane z przyjęciem dzieci do rodziny wykonuje matka, ojciec pełni tylko funkcje pomocnicze – przynieść wody, wykopać grudkę ziemi. Czy tam każde główne bóstwo ma przypisany kolor, a kapłanki zawsze noszą szaty o tej barwie, zaznaczając hierarchię odcieniem? Tak, to są szczegóły, ale czym innym mam budować świat? No masz, jeden marudzi, że opisy świątyń zbędne, drugi, że sztampowo…

Zazdrosna koleżanka. Ona w pewnym stopniu przyczynia się do tego, że sąsiadki odsuwają się od Nino, która zostaje sama ze swoimi problemami. OK, nie ma to wielkiego wpływu na fabułę, ale powinno mieć jakiś na emocje…

Babska logika rządzi!

NoWhereManie, no to sam rozumiesz, że na razie nożyczki zostawiam w spokoju. :-)

Porównanie do pisarza. Marudzisz. A do jakich zawodów ma porównywać prosta baba, która dotychczas nigdy w życiu nie widziała czarownika? A i w całym miasteczku rzadko kto widział, bo od pokoleń taki tu nie mieszkał. Nauczył się czytać, którą to umiejętność opanowali głównie pisarze (i kapłanki, ale tego nie eksponują). I zrobił to w ciągu jednej nocy, więc żona jest dumna. OK, to nie umiejętności faceta, tylko magia zesłana przez boginię. Ale Nino i tak puchnie z dumy, a sąsiadki schną z zazdrości. ;-)

Babska logika rządzi!

Nauczył się czytać, którą to umiejętność opanowali głównie pisarze (i kapłanki, ale tego nie eksponują). I zrobił to w ciągu jednej nocy, więc żona jest dumna. OK, to nie umiejętności faceta, tylko magia zesłana przez boginię. Ale Nino i tak puchnie z dumy, a sąsiadki schną z zazdrości.

Nie powiem, to wyjaśnienie ma sens :) Po prostu inaczej spojrzałem na tę scenę ;)

Świat podobny do D&D – trudno mi się bronić, bo nie znam D&D. Czy tam też tylko i wyłącznie kobiety pełnią funkcje kapłańskie?

Pozwól, Finklo, że objaśnię ;) Lochy i Smoki to najbardziej generyczne fantasy jakie można sobie wyobrazić. To w rzeczywistości zbiór wielu uniwersów różnej maści, w małej części bardzo oryginalnych, w znacznie większej mocno tolkienowskich różniących się w małych detalach – wszędzie tylko elfy, ludzie, krasnoludy, dobrzy i źli bogowie, i tak dalej.

<Podnosi ręce> Ja tylko tłumaczę, mi przedstawione uniwersum nie przypominało D&D, ale też znam jedynie kilka co ciekawszych planów (Planescape, Ravenlof, generyczny Faerun). ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki za wyjaśnienia.

No to uważam, że mój świat wcale nie jest podobny do D&D. Tu nie ma żadnych elfów ani krasnoludów, są tylko ludzie (i bogowie-zwierzęta, ale oni bezpośrednio się nie pojawiają). Niektórzy obdarzeni czarodziejską mocą.

Babska logika rządzi!

to zdanie jest urwane w pół słowa

Aaaa, widzisz. Zwracam honor. :D

 

Tego, że TYLKO kobiety pełnią funkcję kapłańskie w tekście za bardzo nie ma. Fakt, nie ma męskich kapłanów, ale nic nie wskazuje na to, że nie istnieją. To, rytuały i kolory szat, o których mówisz są w kontekście tego opowiadania elementami powiedziałbym bardziej dekoracyjnymi. Faktyczną akcję tekstu dałoby się zupełnie bezstratnie przenieść do innego uniwersum. Nie wykluczam, że ten świat jest bogaty, ale w tym tekście elementy, które mogłyby o tym świadczyć odgrywają za małą rolę, żeby mnie do tego jakoś mocniej przekonać.

No nieźle.

No dobra, z tym jestem się w stanie zgodzić – nie pokazałam wszystkiego, co wiedziałam, o swoim świecie. Ale to dramacik rozgrywający się wewnątrz jednej rodziny, nie było sensu ani okazji, żeby opowiedzieć o strukturze Imperium, dwunastu głównych bogach, ich kapłankach i świątyniach (na przykład chramy Niedźwiedzia, boga lasów, zawsze mieszczą się w jakimś niezwykłym drzewie), zwyczajach ludności. Wspominam tylko o tym, że kolory są ściśle limitowane – rody książęce noszą biel, a kapłanki kolory, bo to przewija się w myślach bohaterki, baby w końcu. I nawet różowy hafcik na koszuli bardzo ją cieszy.

Czy dałoby się przenieść do innego uniwersum? Tak, pod warunkiem, że tam też za magię płaci się paskudną cenę, w związku z tym skrajnie rzadko się jej używa. Wydaje mi się, że to raczej mało popularne w fantasy.

Babska logika rządzi!

O, Finkla i fantasy :)

Historia zainteresowała, ale z emocjami to już gorzej. Po pierwsze, na początku dałabym scenę pokazującą, jaką byli rodziną przed tym snem. Bo Nino ciągle narzeka, że mąż się zmienił, ale czytelnik nie miał szans zaobserwować go przed zmianą. A wiesz, że jedna scena pokazuje więcej, niż gadanie o tym przez całe opowiadanie ;)

Po drugie: jak chciałaś pojechać po emocjach, to najlepszą okazją było opisanie śmierci dziecka, rozpaczy matki i obojętności ojca. A tu Szupri choruje, nie wygląda na razie, że jakoś poważnie i bach – w następnym akapicie już po pogrzebie (swoją drogą, mocniej po emocjach mogłaś walnąć uśmiercając Nissi – bo o niej coś w tekście jest, że lalkę oddała bo chciała tatusia, postaci synków nie przybliżyłaś).

Po trzecie: zgadzam się z komentarzem powyżej, że trochę rzeczy jest zbędnych, jak gadka z zazdrosną sąsiadką czy za długi opis chodzenia po świątyni.

Po czwarte: nie zrozumiałam, dlaczego nie pomógł synowi a rzucił czar ‘staremu zbereźnikowi’. Dla kasy? Bogini mu kazała? Przydałoby się, imho, jakieś wytłumaczenie.

A końcówka mnie zabiła, aż sprawdziłam, czy nie ma w tagu ‘parodia’. Tzn. chodzi mi o ten tekst z królikiem, jakoś zabrzmiał tak… hmm… no… śmiesznie.

Nie rozumiem.

Kompletnie.

No dobrze,  zacznę od początku.

Nie będę rozwodził się nad sprawnością pióra, bo to wiadomo. Świat ciekawy i bogaty – raczej nie spodziewałbym się, że odwalisz tu fuszerkę ;-)

Nino jest super. Jej nadzieje, pragnienia, rozterki, wątpliwości, radości, smutki, jej przemiana (mozna powiedzieć – dojrzewanie), interakcje z otoczeniem, radzenie sobie z codziennością – pierwsza klasa. W ogóle warstwa obyczajowa jest znakomita.

Natomiast zakończenie… Zdumiewa. Przez cały tekst budowałaś napięcie, tajemnicę, wielką i być może nawet straszliwą, aż w trzewiach mnie wierciło, tak bardzo chciałem poznać sekret magii oraz jej zagadkową cenę… A tu co? Królik? Serio? I to wszystko? O to cała heca?

 

BĘDZIE SPOJLER

 

Jeśli Amos skróliczał, to ja zbaraniałem. Rozumiem, że facet dowiedział się, iż w bliższej lub dalszej przyszłości zmieni się w futrzaka. Jeśli zużyje zbyt dużo mocy, czy jakoś tak. I perspektywa owa jest tak przerażająca, iż tłumaczy totalną zmianę w zachowaniu Amosa, jego nagłe, emocjonalne inwalidztwo, niemalże odczłowieczenie (a może króliczał już powoli mentalnie?) No dobrze, niech będzie. Ale że nie ruszyła go choroba i śmierć syna? Jeżeli nie umiał mu pomóc (bo od chorób jest inne bóstwo), to dlaczego tego po prostu nie powiedział? Czy symptomem przyszłej, nieuchronnej transformacji jest uczuciowe wyjałowienie?

Zupełnie, totalnie nie rozumiem Amosa. Zakończenia właściwe też nie. W ogóle ostatnie zdanie sprawiło, że poczułem się zrobiony w bambuko. A szkoda, bi czytało się świetnie.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Pytasz w przedmowie o emocje. Hmmm, zależy jakie chciałaś obudzić w czytelniku. Tego, co często czuję czytając teksty bemik, tu nie poczułam. Za lekko było. Sam początek wprowadza lekką atmosferę, przy której moje emocje ograniczają się do przyjemności z lektury. Dalej, mimo że bardzo wymownie i ładnie pokazałaś zmiany zachodzące w Nino i jej podejściu do nowego życia z jego blaskami i cieniami, nie umiałam już się przestawić na cięższy kaliber i poczuć jej bólu. Zwłaszcza tego po stracie synka i zwłaszcza że mało tego dziecka było.

A ostatnie zdanie znów przywołało uśmiech i już na amen przykleiło do tekstu łatkę “humoreska”. 

Co nie zmienia faktu, że opowieść jak zawsze napisana fantastycznie i samoczytająco się, dzięki czemu po raz kolejny lektura była wysoce satysfakcjonująca. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki, Bella. :-)

OK, sugestia z pokazaniem szczęścia rodzinnego interesująca, ale już nie będę dopisywać dodatkowej sceny. Pewnie trzeba było tak zrobić… Tylko czy dałabym radę? A szczęście innych ludzi jest takie nudne… No, ale kiedyś pewnie spróbuję.

Pokazanie śmierci dziecka. Niby tak, ale jeszcze nie czuję się na siłach opisać coś takiego. Tym bardziej, że żadnej śmierci dotąd nie widziałam, musiałabym zrzynać z opisów innych.

No dobra, popatrzę, co tam się da wywalić. Ale heloł, gadka z sąsiadką na targu pokazuje, że Nino chwali się mężem na prawo i lewo. To istotna informacja IMO. Druga gadka, już w domu, króciutka mówi o rodzącej się niechęci sąsiadek do Nino. A już w trzeciej, po śmierci synka, jest mnóstwo konkretnych wiadomości.

Dlaczego nie pomógł synowi? Dwa fragmenty z tekstu:

Mag początkowo próbował wyjaśniać, że może prosić Łagodną Królicę tylko o rzeczy leżące w jej gestii,

– A nie możesz rzucić zaklęcia?! Ty potrafiłeś wyzdrowieć!

– Nie mogę. Uzdrawianie nie leży w gestii Królicy – odpowiedział spokojnie. – Zrozum to wreszcie, kobieto. Magia ma swoje ograniczenia. Mnóstwo ograniczeń!

No, jaka może być działka bogini, która jest królicą, uwielbia różowy i na ścianach świątyni ma zbereźne obrazki? I jak ja mam usuwać opisy świątyni, skoro to już nie jest jasne?

Końcówka zabrzmiała śmiesznie? A to już problem… Królik nie brzmi groźnie, to fakt, ale żadne zwierzę nie pasuje mi lepiej do wizerunku tej akurat bogini.

Babska logika rządzi!

OK, rozumiem, że nie mógł sam uzdrowić syna – ale chyba mógł, jako mag, poszukać kogoś w świątyni innego bóstwa odpowiadającego za zdrowie? Nino poszła do światyni i kupiła całkiem skuteczny specyfik, który rozwiązał jej problem – czemu żadne nie poszło kupić specyfiku na chorobę dziecka? No i dalej nie wiem, czemu rzucił czar temu niedomagającemu, skoro tak wiele ta magia kosztowała.

PS. Że boginii-króliczyca to ok. Po prostu tekst na koniec ‘zmieniam się w królika’ zabrzmiał jak autoparodia. Może lepiej byłoby chociaż to jedno zdanie usunąć.

No i dalej nie wiem, czemu rzucił czar temu niedomagającemu, skoro tak wiele ta magia kosztowała.

Bo taka była jego rola, w którą go wmanewrowała bogini? To była jej działka, więc chyba nie mógł odmówić. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

No właśnie, się zastanawiam czy nie mógł – wszak zaraz na początku, jakaś kobieta chciała, żeby podobną przysługę wykonał dla jej męża – i odmówił.

Ja to widziałam tak, że sam wtedy jeszcze nie wiedział co i jak. Po coś pojechał do Katsikopolis – po wiedzę, potwierdzenie, pewność – co jednak może, co musi. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ooo, aleście się rzucili do czytania. Przed północą nie wypadało? Z balu Kopciuszki wróciły? ;-) Dziękuję.

Thargone,

Fajnie, że chociaż warstwa obyczajowa Ci się spodobała.

Zakończenie wszystko popsuło? Chodzi o to, że ten królik zbyt śmiesznie wygląda? Dobra, spróbuję jakoś przebudować końcówkę, żeby go wywalić.

Tak, Amos przez pół tekstu stopniowo króliczeje. I fizycznie, i mentalnie. Uważasz, że królik przejąłby się chorobą potomstwa? Tutaj ma znaczenie jeszcze jeden czynnik, ale skoro nie widać, to już trudno, nie będę wyjaśniać. Przecież powiedział – przytaczam cytaty w odpowiedzi na komentarz Belli. Tylko do żony ta informacja nie dotarła, nadal ma mu za złe, że nic nie zrobił.

 

Śniąca,

No właśnie, raczej na tych bemikopodobnych reakcjach mi zależało.

Za mało dziecka, powiadasz? OK, zapamiętam.

A końcówka rozbawiła? No dobra, już widzę, że muszę to jakoś zmienić…

Babska logika rządzi!

Nie nadążam…

Ale nieźle kombinujecie.

Czy mógł sprowadzić kogoś? Mógł – posłał po medyka, płacił im. Ale nie zadziałało. Lekarz leczy (taki starożytny zwykle z miernym skutkiem), mag robi cuda. A innego czarownika (od Kruka Żelaznodziobego, który odpowiada za śmierć, a także za leczenie) w mieście po prostu nie ma. A zresztą na usługi innego czarownika to Amosa jeszcze nie stać.

Czy mógł odmówić? Niby mógł, ale taka jest rola maga. Tak jak rycerz nie bardzo mógł odmówić udziału w wojnie seniora. Ale zwróćcie uwagę, że rzucił czar dla najpotężniejszego człowieka w mieście i zdarł z niego kupę forsy. A tracić człowieczeństwo dla dobrego samopoczucia przyjaciółki żony…

Do Katsikopolis pojechał podejrzeć starych wyjadaczy przy pracy, poznać cennik, zwyczaje…

Babska logika rządzi!

Ej, ale jak on zamienia się w królika, to czemu zamiast jeść rękoma, oburza się, że nie będzie ‘jak zwierzęta’ i organizuje sobie sztućce? ;p

OK, zmodyfikowałam zakończenie i dorzuciłam odrobinę wyjaśnień na początku choroby chłopca. Jak teraz wygląda?

Dobre pytanie, Bella. :-) Ale z tej dziedziny, której nie chcę tłumaczyć. Skoro tekst nie mówi sam za siebie, to trudno. Zadam tylko naprowadzające: czemu chodzi do amfiteatru na tragedie, zamiast na wyścigi rydwanów, jak każdy normalny facet? Czemu czyta poezję? Czemu kompulsywnie kupuje luksusowe sprzęty? Czemu na początku wybiegł z karczmy, porzucając niedopite wino? Czemu jest nieludzko opanowany? Czemu przestał bić żonę?

Babska logika rządzi!

Przeczytałam,ale skomentuje rano :)

No dobra, to poczekam. :-)

Babska logika rządzi!

Finklo, no właśnie, czemu? Wydawało mi się, że przemiana w maga jakby ‘ucywilizowała’ go o stopień w górę (naumiał się czytać, przestał lać żonę, amfiteatr, sztućce itd.), nabrał inteligencji (przy okazji zobaczył, że żona prosta i głupia;)) kosztem emocji, dlatego ‘zezwierzęcenie’ mnie zdziwiło. W ogóle, zwierzęta mają wpisany w instynkt dbanie o potomstwo, dopóki się nie usamodzielni, bo inaczej to by wyginęły, więc ten brak pomocy chłopcu też mi do skróliczenia nie pasuje. Może czegoś nie dostrzegłam – naprowadź :)

Końcówka, moim zdaniem, teraz brzmi lepiej.

No dobra, napiszę Ci PW. Nie mam już koncepcji jak bardziej naprowadzić bez zdradzania wprost, o co chodzi.

Babska logika rządzi!

Pisz, przeczytam i idę spać:)

Pojszło. To ja też zaraz idę.

Babska logika rządzi!

Bardzo porządna bajka dla dorosłych. Czytałam z ogromną przyjemnością i nic nie wydało mi się zbyt długie czy niepotrzebne. Nie miałabym nawet nic przeciw jeszcze dłuższej historii, dokładniej opowiadającej losy rodziny Nino i szewca-maga, tudzież świata, w którym kazałaś im żyć.

Powody zmian w zachowaniu Amosa i jego niechęć do czynienia czarów zaczęłam podejrzewać dość wcześnie, a upewniłam się po powiciu przez Nino bliźniąt. No, pomyślałam, teraz będą się rozmnażać jak króliki w Australii…

Czytałam opowiadanie przed zmianą zakończenia i muszę powiedzieć, że ostatnie zdanie tamtej wersji nad wyraz mi się podobało. ;D

 

ob­ser­wu­jąc, jak spóź­nial­scy wy­kła­da­ją to­wa­ry na stra­ga­nach. Wresz­cie do­strze­gła, jak są­siad­ka… – Czy oba jaki są konieczne?

 

zo­ba­czy­ła męża wy­cho­dzą­ce­go z karcz­my „Pu­styn­na róża”. – …zo­ba­czy­ła męża wy­cho­dzą­ce­go z karcz­my „Pu­styn­na Róża”.

 

O tej porze nie­wie­lu ludzi od­wie­dza­ło obe­rże. – Literówka.

 

– To nie w „Pu­styn­nej rózy”!– To nie w „Pu­styn­nej Rózy”!

 

Szew­co­wej aż oczy za­lśni­ły na widok szaty o tak głę­bo­kiej bar­wie. Ukło­ni­ła się znacz­nie głę­biej niż mło­dej ako­lit­ce. – Powtórzenie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, Reg. :-)

Cieszę się, że bajka wyszła porządna. Argument przeciwko skracaniu też miły. :-) Ale nie jestem pewna, czy to fajnie, że zbyt wcześnie dojrzałaś kierunek zmian w Amosie. Zgadza się, bliźnięta nie są przypadkowe. I zgadza się – to dopiero pierwsza parka. Potem nawet trojaczki raz były. ;-)

Pierwotne ostatnie zdanie. No, mogło się podobać, ale zbyt wielu odbiorców bawiło, trzeba było zmienić.

Dzięki za błędy, zaraz poprawię. Tylko “oberże” to nie literówka – chodziło mi o liczbę mnogą.

Babska logika rządzi!

Tylko “oberże” to nie literówka – chodziło mi o liczbę mnogą.

Podejrzewałam taką możliwość, tyle że w tekście, przynajmniej do tego momentu, jest mowa tylko o jednej oberży.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No tak, Nino zagląda do tej jednej, ale uwaga dotyczy knajp w ogóle.

Babska logika rządzi!

OK. Jasne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

:-)

Babska logika rządzi!

Tradycyjnie nie czytam wcześniejszych komentarzy, więc coś się może powielić.

 

Za oknem ptaki już zaczynały chwalić bogów swym śpiewem / Zbędne

 

…mimo rześkości poranka przylepione potem do czoła / Zbędne, wynika z kontekstu

 

Bogini powiedziała mi, że muszę pójść do świątyni i porozmawiać z arcykapłanką / Zbędne

 

Sama złapała cebrzyk i popędziła do obórki wydoić kozę / Zbędne

 

Ożywił się odrobinę, zerknął na żonę nie odrywającą od niego rozpłomienionych oczu / Lepiej: Ożywił się odrobinę, zerknął na żonę, która nie odrywała od niego rozpłomienionych oczu

 

Mag początkowo próbował wyjaśniać, że może prosić Łagodną Królicę tylko o rzeczy leżące w jej gestii, ale prędko zrezygnował – kobiety i tak zdawały się go nie słuchać / Zbędne

 

Przecież Łagodna może rozpalić ogień pożądania w każdym, co dopiero w niestarym jeszcze piekarzu! Mężczyźni w jego wieku jeszcze bywają jurni jak młodzieniaszki! / Bez drugiego “jeszcze” będzie ok

 

Amos w trzech szybkich krokach przemierzył kilka łokci dzielące małżonków / To zdanie jest napisane tak, jakby podchodził nie do swojej żony, a do jakiejś innej dwójki ludzi. Lepiej: Amos w trzech szybkich krokach przemierzył kilka łokci dzielących go od żony (lub od Nino)

 

Starszej w latach – kształty miała pełniejsze, dojrzalsze, i w hierarchii świątynnej – nosiła znacznie ciemniejszą suknię, koloru płatków dzikiej róży / Interpunkcyjnie może tak: Starszej w latach – kształty miała pełniejsze, dojrzalsze – i w hierarchii świątynnej – nosiła znacznie ciemniejszą suknię, koloru płatków dzikiej róży

 

A to mozaiki z różowego marmuru w różnych odcieniach / Zbyt podobne brzmienie zbyt blisko siebie

 

Wreszcie – zamiast odkroić sobie plaster pieczeni i położyć go na swój chleb – posiekał mięso na drobne kawałki / Zbędne

 

Kiedyś nie zostawiłby żony samej z troskami, lecz wspierał na każdym kroku, trzymał za rękę, jeśli już nie miał żadnego pomysłu na rozwiązanie problemu / Konsekwentnie w formie: Kiedyś nie zostawiał żony samej z troskami, lecz wspierał na każdym kroku, trzymał za rękę…

 

Nino rozpłakała się, chociaż jeszcze rano myślała, że zużyła już cały zapas łez dla Tomaris / Chyba dla Szupriego?

 

Tylko wiecznie doglądał swojego pieca / Zbędne

 

Ja rzuciłam się na ratunek / Rzuciłam się na ratunek

 

Jednak co innego stanąć przed wściekłą bestią, kiedy człowiek widzi szansę zwycięstwa, a co innego zadrzeć z bogami, gdy wiadomo, że po każdym zaklęciu ubywa ciała.

Jednak wkrótce wątpliwości zaczęły podgryzać czarownikową niby żarłoczne mrówki / Bez drugiego “jednak” będzie ok

 

Zastanawiała się, czy nie nazwać synka Szupri / Bez cudzysłowu

 

Akolitka podniosła się ze swego wyściełanego fioletową skórą stołka / Zbędne

 

Specyfik po zaparzeniu zachowa swoje właściwości przez około roku / Zbędne

 

Językowo bardzo ładnie, dojrzale i świadomie. Coś tam niby powyżej wypunktowałem, ale wszystko to drobnostki i nie ma się czego przyczepić (no, może masz trochę manierę wpychania w różne miejsca tych wszystkich niepotrzebnych swoich, swego i sobie, ale to rzecz łatwa do poprawienia). Za język więc duży plus. Drugi plus za oddanie klimatu i realiów – ten element wypada w tekście bardzo dobrze. Podoba mi się, że mimochodem – a to przy zakupach, a to przy codziennych obowiązkach bohaterki itp. – nienachalnie przemycasz opisy świata przedstawionego, jakieś smaczki, szczególiki itp. Małe rzeczy, które budują większy obraz i pokazują, że twoja historia i twój świat nie zamyka się na jednym domu czy miasteczku. Trzeci plus za to, że na głównego protagonistę nie wybrałaś maga, a jego żonę – to daje fajną perspektywę, pozwala wprowadzić zagadkę i utrzymuje napięcie.

Jeżeli czegoś mi zabrakło, to większego ciężaru emocjonalnego, gęstości. Ale to nie do końca zarzut – tzn. czy to zarzut zależy od tego, co chciałaś osiągnąć. Wyszła ci zgrabna opowieść-przypowieść, lekka, czasem pisana trochę z przymrużeniem oka, więc jeżeli o to chodziło, to świetnie, właśnie taki rezultat osiągnęłaś. Ale jeżeli miało mocniej i głębiej poruszyć – to w moim przypadku nie poruszyło. Z jednej strony dlatego, że twój sposób prowadzenia narracji w tym tekście buduje pomiędzy czytelnikiem (w sensie, że mną, za innych się nie wypowiadam) a bohaterami spory dystans. Z drugiej strony – emocjonalnie tekst załamuje się w okolicach śmierci Szupriego. Do tego momentu budujesz atmosferę, pokazujesz wątpliwości i obawy Nino, kumulujesz opowieści w chorobie i śmierci jej syna – i to jest dobre, tzn. tutaj emocjonalnie osiągasz najwyższy punkt. Jeżeli tekst miał być bardziej gęsty i emocjonalny to od tego momentu powinno być jeszcze intensywniej – a zrobiło się lżej, wróciła gawęda, przypowieść, emocje poszły trochę na bok. Szczerze mówiąc spodziewałem się, że jakoś mocniej wykorzystasz śmierć Szupriego zarówno w kreacji postaci Nino (ewolucja bohaterki, złość, rozpacz, pretensje, narastająca frustracja, ból itp.), jak i ogólnie w fabule (tzn. myślałem, że np. to śmierć syna / bliskich będzie tą straszną ceną, że na śmierci Szupriego się nie skończy itp.).

Na koniec mały minus za coś, co dość luźno i swobodnie nazwę sobie brakiem refleksji społecznej. Bo nie wiem, jak inaczej to ująć. Chodzi mi o to, że odwzorowujesz realia antyczne – w tym niewolnictwo, bicie żony, dzieci, służby. To jest element świata, jaki zbudowałaś i na jakim się wzorowałaś. Spoko. Ale wspomniane powyżej elementy opisałaś łagodnie, wręcz z przyzwoleniem, aprobatą – i o ile to jest sensowne w kontekście świata przedstawionego i antycznego, o tyle brakuje mi jakiejś oceny i pogłębienia tego tematu. Bo jednak współczesność jest jaka jest. I takiej refleksji wg mnie potrzebuje.

Tyle. Czołem!

Dziękuję, Rorschachu. :-)

Poprawki zaraz wprowadzę, ale nie ze wszystkimi się zgadzam. OK, często “swój” nie niesie istotnej informacji, nie precyzuje który, ale coś tam podkreśla. IMO zdania “Bo ty ciągle majstrujesz przy motocyklu” i “Bo ty ciągle majstrujesz przy swoim motocyklu” mają nieco inną wymowę – o coś takiego chodziło mi przy piecu piekarza. Przy łzach Nino myślała, że zużyła zapas dla całego miasteczka.

Miło, że świat się spodobał.

Jeśli chciałam zachować tajemnicę co do skutków rzucania magii (a chciałam ;-) ), nie mogłam snuć opowieści z punktu widzenia maga. Ale znalazłam kogoś, kto stał blisko.

Emocje. Celowałam w tekst poruszający, ale z tym od zawsze mam problem (lekkie i humorystyczne same mi wychodzą, nawet kiedy się o to nie staram). No trudno, skoro coś tam zawarłam, to już jest postęp.

A jaka narracja nie budowałaby dystansu? Koniecznie musi być pierwszoosobowa czy można osiągnąć ten efekty przy trzecioosobowej?

Śmierć Szupriego. Hmmm, czuję się za cienka w uszach, żeby dobrze opisać śmierć dziecka. No i doświadczeń brak. Dlatego prześlizgnęłam się po tym. Może nie trzeba było… Fabularnie to ona do czegoś służy, ale to jeszcze nie jest ta główna cena, to tylko wypadek przy pracy.

Przemoc i niewolnictwo. No, sama jestem przeciwko, ale dla moich bohaterów to są normalne sprawy. Może nawet wierzą, że jak “chłop baby nie bije, to jej wątroba gnije”. Owszem, gdyby tłukł bez powodu, to już przesada, wtedy przy rozwodzie kapłanki bogini opiekującej się rodziną opowiedziałyby się po stronie kobiety. Ale jeśli baba zanadto pyskuje, to sama się prosi o łomot. I nie bardzo widzę tu miejsce na pokazanie własnej opinii.

Babska logika rządzi!

Zmienione zakończenie straciło niepotrzebny element komiczny, nie usunęło jednak największego (według mnie) problemu. Właściwie dwóch.

Po pierwsze – przez cały tekst rosło we mnie przekonanie, że dzieje się coś dużo grubszego, wstrząsającego, a nawet straszliwego, w każdym razie coś, od czego zależą losy. Nie tylko Amosa. Dlatego rozczarowałem się, jak Nino powitalną pochędóżką. Ale to akurat może nie jest najistotniejsze – inni czytelniczy niekoniecznie muszą narobić sobie oczekiwań na wielki finał, może tylko ja tak mam :-)

Po drugie – ważniejsze – zachowanie Amosa wciąż wydaje mi się zdumiewające. Okej, uparte używanie pałeczek i uteatralnianie się to desperackie próby zachowania człowieczeństwa. Ale dlaczego urata uczuć? Skąd oschłość, niemal nadnaturalne opanowanie, zdziadzienie, miałki seks (że szybko i mało spektakularnie to rozumiem – królikowstwo – ale odniosłem wrażenie, iż igraszki miały miejsce raczej sporadycznie). Gdyby facet zmieniał się we flądrę, jak ci od powodzi, to jeszcze okej. Ale króliki prowadzą życie krótkie, lecz szalone i niezwkle intensywne, na wysokich obrotach, pełne pasji, niebezpieczństwa, walki i namiętności. I opiekują się młodymi, jak jażde ssaki. Gość był bardziej królikiem przed przemianą, niźli po.

Dlatego, jak już pisałem, Nino jest świetna, w całej rozciągłości. Ale Amosa nie kupuję kompletnie.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Mi też bardziej podoba się postać Nino. Moim zdaniem dobrze ukazane są jej emocje i zmiany zachodzące w jej wnętrzu. A Amos? W sumie to może miał prawo być taki trochę niezrozumiały :)

Tekst jest oczywiście napisany bardzo dobrze i z przyjemnością go czytałam. Nie wiem, jakie było pierwsze zakończenie, ale obecne jak najbardziej mi odpowiada.

Hmmm. Dla mnie utrata człowieczeństwa to byłby poważny problem. Coś takiego nielicho by mnie wystraszyło. Wiem, że kiedyś muszę umrzeć, ale zgubić gdzieś własną świadomość? Ojjjj, nie chciałabym.

Bardzo dobrze zgadłeś, dlaczego Amos się uteatralnia na siłę. Opanowanie jest z tej samej bajki – zwalczanie niskich, zwierzęcych instynktów. Utrata uczuć? Wydaje mi się, że króliki się nie zakochują, wszystkiego się boją. Trochę inaczej je sobie wyobrażamy. ;-) Seks. Nie wiem, jak często małżonkowie to robią. Amos chciałby co chwila, ale Nino przestało to sprawiać przyjemność, a mąż stara się zachowywać po ludzku i nie gwałci. Mam wrażenie, że mag zaczął się dobierać do niewolnic. Opieka nad młodymi – no tak, młodym dostarcza się żarełko/ kasę, uczy zawodu. Ale co królik robi, kiedy króliczątka zachorują?

Ale możliwe, że źle sobie wyobraziłam przynajmniej niektóre przemiany Amosa i coś pokopałam.

Babska logika rządzi!

Dziękuję, Katiu. :-)

Każda opinia, że coś udało mi się zrobić dobrze z emocjami mnie cieszy, bo uczucia to dla mnie terra incognita.

Pierwotnie ostatnie zdanie brzmiało: “Nie chcę zmienić się w krołika!”. Albo jakoś podobnie.

Babska logika rządzi!

To jak dla mnie też mogło być :)

 

 

To chyba bardziej zając ;)

Emocje głównej bohaterki całkowicie w porządku, a Amos trochę za woalem, ale to przecież kobiety są bardziej emocjonalne :)

Uczucia to dla mnie terra incognita.

Ja od dawna podejrzewałem, że jesteś eksperymentalną SI ;-)

 

Ja po prostu zupełnie inaczej wyobrażam sobie zachowanie faceta, który powoli króliczeje, lub choćby ma świadomość, że to wkrótce nastąpi. Stąd dysonans. Ale to przecież twój Amos i twoje króliki, więc zapewne masz rację :-)

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Ale niektórych śmieszyło.

A obrazek świetny i pasuje jak ulał. Nie odróżnię królika od zająca.

No, przynajmniej chyba baby chętniej uzewnętrzniają emocje. Ale ja jestem jakimś wyjątkiem.

Babska logika rządzi!

Poprzednie było do Katii.

Thargone, teza, że jestem androidem, już się kiedyś po portalu przewijała. Nie potwierdzam, nie zaprzeczam. ;-)

I króliczeje, i ma świadomość… Taaa, jesteście skazani na moją wizję. Biedactwa.

Babska logika rządzi!

OK, często “swój” nie niesie istotnej informacji, nie precyzuje który, ale coś tam podkreśla. IMO zdania “Bo ty ciągle majstrujesz przy motocyklu” i “Bo ty ciągle majstrujesz przy swoim motocyklu” mają nieco inną wymowę – o coś takiego chodziło mi przy piecu piekarza.

Jasne, niekiedy “swoje” coś ze sobą niesie. Ale akurat w podanym przykładzie dla mnie nie ma różnicy znaczeniowej – kontekst wskazuje, że chodzi o “swój” motocykl, warte byłoby tylko podkreślenia, gdyby chodziło np. o motocykl sąsiada itp. Ewentualnie można się powołać na różnicę brzmieniową – tzn. zdanie “Bo ty ciągle majstrujesz przy swoim motocyklu” będzie bardziej potoczne, więc jeżeli chodziłoby o podkreślenie charakteru wypowiedzi jakiegoś konkretnego bohatera… No może. Ale znów ta różnica brzmieniowa raczej wynika właśnie z osłuchania i z tego, że dużo osób niepotrzebnie używa takich dookreśleń, więc nagle dziwnie jest bez nich (choć poprawnie i lepiej).

Przy łzach Nino myślała, że zużyła zapas dla całego miasteczka.

Tego, przyznaję, jakoś nie załapałem. ;)

A jaka narracja nie budowałaby dystansu? Koniecznie musi być pierwszoosobowa czy można osiągnąć ten efekty przy trzecioosobowej?

W emocjach zupełnie nie chodzi o rodzaj narracji – a o to, jak blisko trzymasz się bohaterów, jak głęboko w nich (i w siebie) zaglądasz, jakie tematy poruszasz. Może być pierwszoosobowa, może być trzecioosobowa, co zechcesz. W twojej narracji (w tym opowiadaniu) dystans wynika m.in. z tego, że kiedy przychodzi do opisania czegoś rzeczywiście bardziej znaczącego, istotnego np. przeżywania śmierci syna i konsekwencji, jakie powinno to za sobą nieść – jak sama przyznałaś – robisz uniki. Uciekasz w humor. Nawet jeśli uważasz, że nie umiesz opisać czegoś tak ciężkiego to, cóż, musisz spróbować, inaczej nigdy się nie nauczysz i inaczej nie zniwelujesz tego dystansu. Jeśli trzeba – wypruj sobie flaki. Przeżyj najgorsze i najlepsze ze swoimi bohaterami.

(Nawiasem mówiąc – niektórzy autorzy mają problem z brakiem dystansu – może u ciebie problemem jest właśnie zbytnie odseparowanie i chłodne podchodzenie do opowieści. Co właściwie czujesz, kiedy piszesz?)

Emocje. Celowałam w tekst poruszający, ale z tym od zawsze mam problem (lekkie i humorystyczne same mi wychodzą, nawet kiedy się o to nie staram).

Bardzo widać w tym opowiadaniu, że lekkość i humorystyczność wychodzi ci łatwo. Ale (poza już wspomnianą narracją) wpływ na charakter opowieści ma też tematyka, którą wybierasz. Tak jak thargone miałem wrażenie, szczególnie po śmierci Szupriego, że tekst skręci w mroczniejsze rejony. A tymczasem… Sama chyba musisz przyznać, że powolna zamiana w królika ma większy potencjał humorystyczny niż tragiczny. To też narzuca określony rodzaj odbioru i emocji.

Przemoc i niewolnictwo. No, sama jestem przeciwko, ale dla moich bohaterów to są normalne sprawy. Może nawet wierzą, że jak “chłop baby nie bije, to jej wątroba gnije”. […] I nie bardzo widzę tu miejsce na pokazanie własnej opinii.

Tak jak pisałem – ze względu na konwencję świata przedstawionego zabieg jest spójny i sensowny. I zdaję sobie sprawę, że jakaś refleksja na ten temat może być trudna lub może nawet całkiem niemożliwa w obrębie tej konkretnej historii. Ale nawet racjonalnie zdając sobie z tego sprawę, emocjonalnie mi tego brakuje. Niestety, nic się z chyba z tym moim czuciem nie da zrobić.

Zdania z motocyklami. No, dla mnie jest różnica. “Swój” podkreśla, że machina jest faceta, a nie wspólna. Przez to zdanie bardziej zyskuje wymowę “zajmujesz się własnymi sprawami, zamiast dbać o nasz związek”. I piekarzowa właśnie to chciała powiedzieć – miała mężowi za złe, że za bardzo oddziela ich zajęcia, nic nie robią wspólnie, tylko on piecze, a ona troszczy się o gromadę dzieciaków. Ale może to już arkana niedostępne mężczyznom. ;-)

Czyli nie uciekać przed trudnymi tematami? OK, trzeba będzie spróbować. Ale z wyprutymi flakami będzie mi się niewygodnie pisało. I klawiatura może się zapaćkać, i kompowi eksperyment może zaszkodzić… Myk! I znowu uciekłam w humor. ;-) To się robi samo!

(Nawiasem mówiąc – niektórzy autorzy mają problem z brakiem dystansu – może u ciebie problemem jest właśnie zbytnie odseparowanie i chłodne podchodzenie do opowieści. Co właściwie czujesz, kiedy piszesz?)

Podejrzewam, że masz rację. Dystansu mi nie brakuje. Co czuję? To zależy od temperatury otoczenia. ;-) No, nic szczególnego. Zastanawiam się, jak tekst zostanie odebrany. Kalkuję na chłodno, czy wspominać o zapuchniętych oczach, czy wystarczą ślady po łzach na brudnych policzkach.

Bardzo widać w tym opowiadaniu, że lekkość i humorystyczność wychodzi ci łatwo.

OMG. Bardzo widać? A mi się wydawało, że to jeden z moich cięższych tekstów, że bohaterowie mają prawdziwe problemy… Nie dostrzegałam humoru w zamianie w zwierzę. A że królik… No, ta bogini mi jakoś najbardziej pasowała fabularnie. Czy lis albo orzeł wypadłyby lepiej?

Niewolnictwo. Przyszło mi do głowy, że coś takiego robi Rowling, pokazując stosunek Hermiony do skrzatów. Ale panna Granger pochodzi spoza świata czarowników, więc może się buntować. Tutaj nie widzę miejsca na podobną postać.

Babska logika rządzi!

W moim odczuciu najcięższym Twoim tekstem jest Nagroda wojownika. A tu bohaterowie problemy mają, jak najbardziej, ale pozostaje kwestia ich pokazania. Pozwól, że przywołam jedno zdanie z mojego komentarza pod Nagrodą…W trakcie (czytania – dopisek teraz) kotłowały się we mnie różne uczucia.

Tu humor i gawędziarska lekkość te uczucia stłumiły (u mnie, żeby nie było, że piszę za wszystkich).

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

“Nagroda” jest najcięższa? Może tak być… Ale w tamtym tekście osiągnęłam coś przypadkiem i ciągle nie wiem, jak ja to zrobiłam. Może chodzi o to, że naprawdę nie lubię fanatyków?

Humor? Tu prawie nie ma humoru, IMO. Jedyny świadomie zabawny kawałek, to jak piekarzowa wspomina, że mąż nocami palił w jej piecu, aż iskry szły.

A gawędziarskiej lekkości to nawet nie potrafię zdefiniować. Ech…

Nic to. Poeksperymentuję sobie, zbiorę różne doświadczenia, może kiedyś uda się wydestylować emocje z tekstu i dodawać po kropelce, gdzie mi będą potrzebne.

Babska logika rządzi!

Ale może to już arkana niedostępne mężczyznom. ;-)

My mężczyźni tacy mniej zniuansowani. Kajam się ;P

Podejrzewam, że masz rację. Dystansu mi nie brakuje. Co czuję? To zależy od temperatury otoczenia. ;-) No, nic szczególnego. Zastanawiam się, jak tekst zostanie odebrany. Kalkuję na chłodno, czy wspominać o zapuchniętych oczach, czy wystarczą ślady po łzach na brudnych policzkach.

O, i właśnie. Dystans jest niezbędny podczas, powiedzmy, postprodukcji. Ale na etapie tworzenia emocje związane z tym, co przeżywają bohaterowie, a nie np. z samym procesem pisania, mogą się okazać potrzebne. Tzn. na pewno są autorzy, którzy pisząc na chłodno, potrafią wzbudzić w czytelniku całą gamę emocji, ale widać ty nie jesteś takim autorem. To nic złego. Po prostu musisz spróbować innego podejścia. Pisz z emocjami, a może i czytelnicy więcej emocji przeżyją. (Może nie. Ale co ci szkodzi spróbować?). Wyobrażaj sobie i przeżywaj, i nie uciekaj.

OMG. Bardzo widać? A mi się wydawało, że to jeden z moich cięższych tekstów, że bohaterowie mają prawdziwe problemy… Nie dostrzegałam humoru w zamianie w zwierzę. A że królik… No, ta bogini mi jakoś najbardziej pasowała fabularnie. Czy lis albo orzeł wypadłyby lepiej?

Nie znam innych twoich tekstów, więc nie wiem, jak ten wypada na ich tle, ale serio, to była moja pierwsza myśl – że lekkość i humorystyczność łatwo ci wychodzi. (Przepraszam). Zamiana w zwierzę ogólnie ma humorystyczny potencjał, a w królika to już szczególnie. (Choć wyobrażam sobie, że można z tego zrobić niezły horror. Ale jednak potencjał humorystyczny jest duży, więc jak horror/groza nie jest twoją mocją stroną, to taki wybór jest ryzykowny. Łatwo skrewić). Bardziej poważny wydźwięk miałoby np. jakieś potworzenie bohatera, niepokojące zachowania i zmiany ciała czy właśnie wspomniana już przeze mnie droga – czyli to, że cenę za magię w okropny sposób płaciliby najbliżsi maga, a nie on sam.

Niewolnictwo. Przyszło mi do głowy, że coś takiego robi Rowling, pokazując stosunek Hermiony do skrzatów. Ale panna Granger pochodzi spoza świata czarowników, więc może się buntować. Tutaj nie widzę miejsca na podobną postać.

Zawsze mógłby się pojawić bohater, który by np. niewolnictwo czy bicie krytykował – jakiś uliczny natchniony filozof, krzykacz, jakaś kapłanka, ktoś inny (tacy też na pewno w starożytności byli i na pewno kwestionowali porządek rzeczy – jakby nikt nie chciał zmian, nie doszlibyśmy do miejsca, w którym jesteśmy dzisiaj), wtedy inni bohaterowie, w tym główna bohaterka, mogliby zapędy owego postępowego człowieka komentować, krytykować (”no jak to tak, bez niewolników?!”) lub może nawet popierać (”w sumie to miło, jakby mnie mąż nie bił”). Ale – znów! – to jest duży dodatek, niekoniecznie pasujący do historii, a co więcej, mogący zupełnie zmienić jej wydźwięk. Więc tak. Ciężko.

Rorschachu,

Emocje związane z tym, co przeżywają bohaterowie? Hmmm. Mam świadomość, że to ja ich wymyśliłam, naprawdę nie istnieją i nic nie czują, więc… Powiadasz, żeby sobie wyobrażać? No, ale wtedy wyobrażam sobie, co ja bym zrobiła. A ja bym uciekła w humor. Albo w chłodne, naukowe wyjaśnienia. Próbuję – napisałam w przedmowie, że to kolejne podejście. Bywało gorzej. ;-) Z takim opisaniem śmierci chłopca – doszłam do wniosku, że jeżeli ja to zrobię, to spłycę, wolałam zostawić to wyobraźni Czytelnika.

Widać lekkość, to widać i nie masz za co przepraszać. :-) Horror na pewno nie jest moją mocną stroną. Jeśli jesteś ciekaw, jak wygląda tekst pisany z założeniem, że ma być lekko, to polecam “Partię na kacu”.

Gdyby mag pod wpływem szału robił krzywdę najbliższym? Niby pomysł ciekawy, ale w takiej sytuacji powinien się wyprowadzić i problem załagodzony.

Jakiś filozof albo krzykacz krytykujący niewolnictwo? Faktycznie, to jest jakiś pomysł. Tylko Nino musiałaby się zainteresować filozofią i polityką. Albo ktoś z jej bliskich. To by się dało zrobić, teoretycznie przynajmniej. Ale powiązać to z raczej rodzinną fabułą – może być trudno.

Babska logika rządzi!

Humor? Tu prawie nie ma humoru, IMO.

Finklo, lekka i pełna humoru jest dla mnie scena, gdy Nino i Batszo spotykają się przy straganie z pieczywem. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Rorschachu, z czystym sumieniem mogę Ci polecić każdy tekst Finkli, więc jak tylko będziesz miał chwilę, to możesz nadrabiać. 

 

A gawędziarskiej lekkości to nawet nie potrafię zdefiniować.

Najwyraźniej (przynajmniej w moim odczuciu) masz ją po prostu we krwi i nie zdajesz sobie z tego sprawy. Nie umiem wymienić żadnego Twojego tekstu, który by się tą lekkością stylu nie cechował (przynajmniej z tych, które czytałam, bo wszystkich – tych starszych, jeszcze mi się nie udało). 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Serio? Ja tam widziałam dwie baby: jedna chwaliła się cyckami, druga przyszłymi osiągnięciami męża. Obie dogryzały sobie, ile wlazło. Wyszło zabawnie? Hmmmm.

Babska logika rządzi!

Śniąca, fajnie, że mam lekkość pióra we krwi, ale dobrze byłoby potrafić wytoczyć i cięższe działa. No, przynajmniej wiedzieć, gdzie te kolubryny stoją…

Dzięki za polecanki. :-)

Babska logika rządzi!

Emocje związane z tym, co przeżywają bohaterowie? Hmmm. Mam świadomość, że to ja ich wymyśliłam, naprawdę nie istnieją i nic nie czują, więc… Powiadasz, żeby sobie wyobrażać? No, ale wtedy wyobrażam sobie, co ja bym zrobiła.

Myślę, że właśnie o to chodzi, żeby bohaterowie zaistnieli – i w twojej świadomości, i czytelników. Bez zaangażowania trudno o emocje – np. bardziej mnie zaboli porysowanie mojego auta niż jakiegoś tam obcego auta na parkingu. Bo nie mój problem.

Z takim opisaniem śmierci chłopca – doszłam do wniosku, że jeżeli ja to zrobię, to spłycę, wolałam zostawić to wyobraźni Czytelnika?

I słusznie. Czytelnik dużo sobie wyobrazi. Ale trzeba dać mu ramy. To nawet lepiej. No i nie chodzi o łopatologiczne pisanie typu “tak bardzo rozpaczała po śmierci syna, rozpaczała, rozpaczała”, a raczej pokazanie tej rozpaczy (i emocji w ogóle) przez działania, interakcje z innymi bohaterami itp.

Gdyby mag pod wpływem szału robił krzywdę najbliższym? Niby pomysł ciekawy, ale w takiej sytuacji powinien się wyprowadzić i problem załagodzony.

Hm. Czemu nie. Ale akurat tutaj chodziło mi o to, że kiedy zachorował Szupri, myślałem, że właśnie to będzie tytułową ceną – tzn. zdrowie i szczęście bliskich maga. Że to oni będą płacili za każdy jego czar.

 

No i zgadzam się ze Śniącą, że gawędziarskość jest bardzo dla ciebie charakterystyczna (na tyle, na ile mogę powiedzieć po lekturze jednego tekstu, ale to naprawdę czuć).

 

Mój komentarz być może będzie kontrowersyjny, ale aż do ostatniej wypowiedzi Amosa trudno mi było doszukać się w tym opowiadaniu fantastyki. :D Jest w tekście cała kupa boginek, postaci wznoszą modły, tu Amos pomaga niby komuś z impotencją, ale nic namacalnego się tak naprawdę nie dzieje. Postaci wierzą, że to magia i niby ja, jako czytelnik, mam wierzyć na słowo razem z nimi? A jeśli jakaś kobieta ogłasza (uwaga, znów będzie kontrowersyjnie), że wymodliła u papieża ozdrowienie syna z jakiejś białaczki, to to też jest magia? Taki Martin w Grze o tron też mnóstwo czasu poświęca sprawom totalnie obyczajowym, ale te wątki paranormalne jednak się ciągle gdzieś tam przewijają. Kreujesz całkiem zajmujący świat, Finklo, ale skąpisz tej fantastyki niemiłosiernie.

Nadal mam w pamięci Twój mit o stworzeniu świata i pamiętam z niego tyle, że było tam pełno zwierząt i ostatecznie powstali ludzie. Za dużo informacji tam próbowałaś przemycić na raz. Tutaj natomiast wprowadzasz bóstwa pokazując je w konkretnej sytuacji i to jest moim zdaniem wielka siła tego opowiadania, bo te postaci zaczyna się po prostu pamiętać i kojarzyć, dlaczego w rozmowie pada odniesienie do akurat takiego, a nie innego zwierzęcia. Brawo.

Przyznam, że skusiłem się na ten tekst przez wzgląd na zapowiadane emocje. I nie wiem czy właśnie tak miało wyjść. :p Główna bohaterka to słodka idiotka, która z czasem staje się zgorzkniałą idiotką obrażoną na męża. Amos to z kolei wystraszony snem buc, który z czasem staje się oziębłym bucem. Odniosłem wrażenie, że niezrozumienie, jakie zaczęło narastać u Nino względem męża wzięło się stąd, że czarownik w krótkim czasie z prostego rzemieślnika stał się osobą nad wyraz inteligentną, o czym świadczyłoby nauczenie się czytania w jedną noc. Jeśli dalsze postępy w zdobywaniu wiedzy zachodziły równie szybko, to Amos i Nino szybko straciliby po prostu jakąkolwiek płaszczyznę kontaktu między sobą. Jak często bowiem się zdarza, że profesor i sprzątaczka tworzą parę? Gdzie tu emocje? W pewnym momencie opowiadania Nino wymienia w kolejnych akapitach, jak zmieniał się mąż. Wymienia i wymienia. A mi się aż cisnęło na usta pytanie: no i co z tego, kobieto? :<

Ze wszystkich postaci najbardziej ludzko wypadła piekarzowa, gdy przyszła pocieszać Nino po śmierci syna. Jej wspomnienia o utracie dzieci, o mężu który się zmienił, a także troska jaką okazywała o koleżankę i jej dzieci – wszystko wypadło bardzo autentycznie. Nino wypada przy niej płasko, nie czuć za bardzo dramatu po stracie dziecka, nie czuć rozgoryczenia z faktu bycia coraz bardziej odtrąconą. Owszem, ona zauważa te rzeczy, ale jakby na nie nie reaguje. Moim zdaniem dużo lepiej poradziłaś sobie z przedstawianiem emocji w Twoim srebrnopiórkowym tekście.

A że napisane świetnie, to nie muszę mówić. ;)

Pozdrawiam!

No dobra, spróbuję bardziej wczuwać się w bohaterów przy kolejnej okazji. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Emocje przez działania i interakcje… No, niech będzie.

A, żeby po każdym czarze ktoś umierał? Okrutne… Ale gdyby plotka się rozeszła, to ukochane żoneczki wybijałyby magów jeszcze przed wystruganiem sobie kostura… W czarnej magii tak może być, że co paskudniejsze zaklęcia wymagają ofiary z człowieka. Nie, dla mnie to chyba przegięcie. Niewygodnie bym się czuła, opisując taki świat. Chciałam uniwersum, w którym magia istnieje, ale używana jest bardzo rzadko.

Gawędziarstwo. Zawsze mi się wydawało, że jestem zbyt lakoniczna. Ale nie będę się z Wami kłócić. ;-)

Babska logika rządzi!

Dziękuję, MrBrightside. ;-)

Nie no, fantastyka jest, tylko Ty jej nie łyknąłeś. Pokój magów w świątyni naprawdę otwiera się tylko przed czarownikami, Amos zmienia się, także fizycznie i to żadne psychosomatyczne wpływy. Tak, zgodzę się, że wymodlenie zdrowia o niczym nie świadczy. Ale w moim świecie magia istnieje, jest realna. Magowie Flądry potrafią uchronić miasto przed powodzią, a dla maga Królicy zostaje impotencja. I to jedna z tych bardziej namacalnych opcji. ;-)

O fajnie, że zapamiętałeś mit. Zgadza się, to jest ten sam świat. I uważam, że to uniwersum nadaje się do wielokrotnego użytku.

Słodka idiotka? Ostro… Ja celowałam w głupią, ale ze względu na młodość i brak porządnego życiowego doświadczenia. Amos ma prawdziwe powody do strachu. Po samym śnie wcale się nie bał.

Powiadasz, że emocjami mi nie wyszło? OK, kolejny głos na nie. Fajnie, że chociaż piekarzowa się broni.

Babska logika rządzi!

Ufff… Udało się ululać mojego skrzata, więc mogę w końcu skomentować.

 

Finklo – fajnie, że wzięłaś się za bary z emocjami. To trudny temat i o ile jednym przychodzi łatwiej, to innym sprawia sporo kłopotu. Może najpierw takie uwagi techniczne, a potem o tych trudach i znojach z emocjami…

 

(uprzedzam, może nie być chronologicznie, ale to Twój tekst, więc wiesz, gdzie co jest)

 

– Och, witaj, Batszo. Wybacz, nie poznałam cię. Myślałam, że to jakaś dziwka w naprędce narzuconej sukni przybiegła po śniadanie dla rozczarowanego klienta.

***

Swoją bezcenną, przeklętą magię wolał zachować dla starego zbereźnika, któremu nie stawał tak często, jak życzyłaby sobie ta młoda dziwka!

Dziwka mi tu nie pasuje… Ladacznica, nierządnica – to prędzej.

 

Sama złapała cebrzyk i popędziła do obórki wydoić kozę, trzymaną w obejściu ze względu na dzieci, by mąż mógł chociaż napić się ciepłego mleka, zanim ruszy w drogę.

Kiedy przyszły czarownik popijał mleko,…

Skoro miała służbę, to dlaczego tyle rzeczy robiła sama? I potem napisałaś, że to nie służba, tylko niewolnicy i przy tym się trochę zszokowałam, bo dla mnie służba nie jest równa niewolnictwu. Może gdybyś najpierw o tym drugim wspomniała, to bym się tak nie zdziwiła.

W ogóle trochę powtórzeń się zdarzyło (normalna sprawa), ale że czytałam gruuubo po północy, to nie wyłapywałam na bieżąco, wybacz.

 

Zaakceptował entuzjastycznie wszystkie, ale jego wysiłki były jak ogień spalający kupkę siana – szybkie i nie przynoszące rozgrzania. Na hubkę Nino padło tylko kilka iskier, które zaraz sczezły, zatopione nasieniem. 

PIĘKNE :)

 

Wieczorem Nino podsunęła mężowi doprawione wino. Z drżeniem serca zerkała spod rozpuszczonych włosów, jak czarownik niesie kubek do ust.

Wiem, że chodzi o “podnosi”, ale jakoś mi to dziwnie brzmi…

 

No i na koniec perełka, którą u mnie wywołałaś:

Wreszcie kobiety zatrzymały się przed kamiennym prostokątem obramowanym marmurem rzeźbionym w prosty, geometryczny wzór. Z prawej strony, na wysokości pasa znajdowało się ciemnoróżowe wgłębienie.

– Oto wejście do komnaty czarowników – ogłosiła kapłanka, jakby z triumfem w głosie.

– Ale jak je otworzyć? – spytała skonsternowana Nino.

– Tego może dokonać tylko mag. Przykłada…

Zgadnij, co mi ten opis zasugerował :D Naprawdę byłam pewna, że mag musi tam włożyć… no różdżkę… (błagam, niech ktoś napisze, że pomyślał tak jak ja!!! blush)

 

Bardzo dobrze, że zmieniłaś zdanie o króliku, mi też nie zagrało.

 

Co do emocji – przedstawiłaś historię z perspektywy Nino, o Amosie wspominając jakoś tak mimochodem, więc czytelnika tak naprawdę nie rusza jego los na koniec. Zamienia się w królika? W marchewkę? Traci człowieczeństwo? So what? Po prostu mamy mało empatii w stosunku do tego bohatera. Zwłaszcza, że sam nie ujawnia zbyt wiele, nie chce rozmawiać z żoną i w ogóle jakiś gburowaty jest.

Według mnie fajnie by było na początku przedstawić go jako kochającego męża i ojca, dodać kilka czułości wobec dzieci. Dałaś co prawda opis obrony małego przed zdziczałym zwierzakiem, ale to nie to samo. Może gdyby o poranku któryś z synów podkradł się do sypialni albo czekał na ojca w sieni, żeby mu coś pokazać/pobawić się? A Amos z czułością by go pogłaskał po głowie/wziął na ręce/na barana? Takie ciepłe sceny przybliżają bohaterów. 

Przemianę też moim zdaniem zbyt subtelnie zaznaczyłaś. Czytelnik musi mieć jakiś trop, jakiś ślad,  czegoś odrobiniunieczkę się domyślać, bo na koniec dajesz mu obuchem po głowie i głupieje. Też na początku myślałam, że ceną jest np. życie dzieci/żony/jakaś inna straszliwa ofiara. Zezwierzęcenie jawi mi się mało strasznie (wiem, jestem taka mądra, bo mi to nie grozi).

Za to bardzo udała Ci się scena z laleczką. To mi jakoś najbardziej na emocjach zagrało.

A obojętność wobec dzieci jako element przemiany – zdecydowanie najsłabszy moment.

Zwłaszcza, że musiałaś to wyjaśnić w komentarzu. Musisz to albo mocniej zaznaczyć (to jego zezwierzęcenie) albo no sama nie wiem… Wiem tyle, że każdy (normalny) rodzic zrobiłby dla swojego dziecka wszystko (wezwał medyków, a nie mógł poprosić o pomoc magów? na pewno było coś, czego by jeszcze spróbował) i na pewno by zareagował na śmierć potomka. Ergo – coś musisz dać wcześniej/bardziej dosłownie o wewnętrznej przemianie w zwierzaka. Może jakaś rozmowa z kapłanką? a może Amos by poszedł do świątyni, a Nino by podsłuchała jakieś fragmenty rozmowy???

 

Ogólnie – napisane oczywiście fajnie, emocje co prawda nie do końca się udało przedstawić tak, jak byś chciała, ale to chyba bardziej wina konstrukcji i perspektywy, niż braku umiejętności :) Dobry początek na bemikowanie :)

 

Według mnie fajnie by było na początku przedstawić go jako kochającego męża i ojca, dodać kilka czułości wobec dzieci.

Zgadzam się. W pewnym momencie, gdzieś w połowie, Nino narzeka, że gdzie się podział ten jej kochający mąż. Zaliczyłem wtedy konkretne WTF, bo nigdy Amosa takim nie pokazałaś, przynajmniej nie do tego momentu. ;)

No to się doczekałam. Dziękuję. :-)

Dziwka kontra ladacznica/ nierządnica. Nie bardzo. Raz, że te określenia wydają mi się zbyt miękkie na wkurzoną kobietę. Dwa, że nie pasują mi do epoki. Co byś powiedziała na “zdzirę”?

Z powtórzeniami spróbuję zawalczyć.

Służba a niewolnicy. Chyba masz rację, ale wydawało mi się, że jeśli niewolnik usługuje, to jest służącym. A czy Nino naprawdę dużo rzeczy robi sama? O śniadanie zadbała, bo tak było szybciej. No i mężulka czeka ogromny awans społeczny. Chyba warto mu przypomnieć, które to kochające rączki są najważniejsze. Na targ idzie, żeby się pochwalić.

Co do magicznych drzwi… Iluzjo, wolę nie wnikać, co Ty robisz z klamkami. ;-) No i jak ja mogę napisać coś na poważnie, skoro Czytelnicy mają takie skojarzenia? ;-)

Emocje. Aha. Czyli chcąc pokazać odczucia Nino, trochę wylałam dziecko w kąpielą i zrobiłam z maga zimnego sukinkota?

Zacząć od domowej scenki. Już o tym wspominała Bella. Ale mam wątpliwości, bo opisy szczęścia są nudne i lepiej na początku pokazać coś ciekawszego. Za to Twój pomysł jest ciekawy. I chyba tak zrobię, niech się Nissa obudzi wcześniej. A może Szupri?

Przemiany. Trochę tego pokazałam – czerwone oczy, nerwowe ruchy (także uchem)… Reg zgadła, jaki będzie finał.

Nie mógł poprosić magów – żadnego odpowiedniego nie ma pod ręką. Ani nawet o dwa dni drogi. A i tak Amosa jeszcze nie stać na ich usługi. Magowie od zdrowia też się cenią.

O przemianie w zwierzę nie chcę pisać wprost, bo to ma być puenta. No i Amos nie może z nikim o tym rozmawiać. Bogini zabroniła. Gdyby magowie kłapali dziobami, to każdy w Imperium by o tym wiedział. A nawet kapłanki nie mają pojęcia.

Babska logika rządzi!

Dobrze, dobrze, Panie Jasnostronny, już edytuję… ;-)

Babska logika rządzi!

Hmmm, no ale wiesz, Reg jest wyjątkowa :) Kwestia przemiany jeszcze do przemyślenia, ja wiem, że chcesz to zostawić na mocny finał, ale sama zobacz – z wielu czytelników tylko regulatorzy się domyśliła… 

No musisz się sama nad tym pogłowić. A sceny czułości właśnie najfajniej pokazać przez gesty. Oprócz tego, że dziecko może wcześniej buszować po domu, to przecież kochający tata może zajrzeć do potomstwa i na przykład, och jej, przykryć kołderką, która się zsunęła z małych stópek? heart

Dobra, dopisałam mały dialog przy piciu mleka. Jak teraz wygląda?

Babska logika rządzi!

Oooo :) Super :)

Tak się to robi, bejbe :)

 

Wkrótce położyła na macie przed Amosem (najpierw myślałam, że mu śniadanie do łóżka przyniosła, to trochę niedopowiedziane jest) kawałek wczorajszego placka – uznała, że szkoda czasu na pieczenie świeżego chleba – ser, kilka fig oraz kubek piwa (imo, wywal piwo, bo potem piszesz, że z kubka posiągał mały… wiem, że był też kubek mleka, no ale brzmi to dziwnie). Złapała cebrzyk i popędziła do obórki wydoić kozę, trzymaną w obejściu ze względu na dzieci, by mąż dostał chociaż ciepłe mleko, zanim ruszy w drogę.

Kiedy przyszły czarownik był już w połowie kubka (jakoś mało zgrabnie to brzmi), do kuchni przyczłapał, trąc zaspane oczka, pięcioletni Szupri. Wgramolił się tacie na kolana. Odtąd zgodnie popijali na zmianę po łyczku i gawędzili ( a to trochę zalatuje “odtąd żyli długo i szczęśliwie:P wiem, czepiam się):

Ale ogólnie scenka super, o coś takiego właśnie chodzi.

Nie, używają mat zamiast obrusów. Pomyślę, jak to doprecyzować. Nie wywalę piwa. Taki posiłek na sucho może słabo smakować. Pamiętaj, że lodówki nie mieli, serek zdążył trochę obeschnąć…

Ale marudzisz… ;-) Dzięki.

Edytka: Zresztą, wtedy jeszcze nie znano szkodliwego wpływu alkoholu na dzieci. A wodą znacznie łatwiej się było struć niż piwem…

Babska logika rządzi!

To może kufel daj zamiast kubka? Albo dzbanek ?

Nie jestem pewna, czy w starożytności używali kufli… Ale pokombinowałam inaczej. Lepiej?

Babska logika rządzi!

yes

Dziwka kontra ladacznica/ nierządnica. Nie bardzo. Raz, że te określenia wydają mi się zbyt miękkie na wkurzoną kobietę. Dwa, że nie pasują mi do epoki. Co byś powiedziała na “zdzirę”?

To ja się tak wtrącę znienacka i zaproponuje heterę

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dalej będę kręcić nosem. Teraz to jest jędza, seksualny pierwiastek jakoś się ulotnił. A w Starożytnej Grecji to ponoć była raczej luksusowa kurtyzana. Za przyjemne na wyzwisko.

Babska logika rządzi!

Lafirynda – to moje ostatnie słowo. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobra, lafirynda jest w porządku. ;-)

Ale nie bardzo rozumiem, czemu Wam się dziwka nie podoba…

Babska logika rządzi!

Jest taka pospolita, wszechobecna i jakże blisko jej do dziewki, czyli do zwykłej panny służącej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Toż normalny człowiek w nerwach najczęściej pospolitymi słowami rzuca. A kobieta też człowiek. ;-)

Babska logika rządzi!

I przy okazji brzmi współcześnie i wulgarnie ;p

No dobra, że współcześnie, to jest jakiś argument. :-)

Babska logika rządzi!

Wciągające. Podobało mi się :)

Dziękuję, Anet. :-)

Babska logika rządzi!

Jeszcze dodam od siebie kilka przemyśleć po lekturze, bo tekst został w mojej głowie na dłużej. Jak zwykle, mój pierwszy komentarz był emocjonalny i pełen zachwytu (który nie opadł). A dzieje się w komentarzach, dzieje, więc podzielę się dodatkowymi uwagami.

To, co mi się rzuciło pierwsze i od razu mnie zdobyło, to przemiana Amosa. Jak dla mnie, była perfekcyjnie poprowadzona. Od razu pojawiło się skojarzenie z inicjacją szamańską. We śnie przychodzi bogini i mówi mu, że ma zostać magiem. A że mamy kulturę o starożytnych podstawach, sprawa została wzięta bardzo poważnie. W takim wątku ważne jest zrozumienie, że człowiek staje się narzędziem bogów, a jego możliwości życia codziennego zostają mocno ograniczone. I tak, Finklo, potraktowałaś Amosa łagodnie, w wielu kulturach takiego człowieka się wyrzuca ze społeczności, chociaż musi wypełniać obowiązki jak uzdrawianie etc. Fakt, że jest tak nieobliczalny, tylko dodaje realizmu – w trakcie choroby szamańskiej przyszły szaman “umiera” i przechodzi różne fazy. Jedna z nich to faza szaleństwa. Amos też wycofuje się od najbliższych – znowu, powszechny motyw. I co ważne, ponieważ choroba szamańska przypomina okres łagodnej lub ostrej psychozy w przebiegu np. schizofrenii, nie jest zaskakująca zmiana z dnia na dzień. Jest taka grupa schizofreników, którzy nagle dostają pełne spektrum objawów. Zresztą, wiele zaburzeń psychicznych może drastycznie zmieniać osobowość. Stopniowość procesu została mimo wszystko w tekście zachowana – Amos wyjeżdża w świat po nauki. Bardzo mi się to podobało. I jako bonus, osoby z psychozą mogą być apatyczne, i właśnie do tej kategorii Amos świetnie pasuje – np. nie przeżywa pogrzebu własnego dziecka. Więc jak dla mnie, postać Amosa jest bardzo konsekwentnie poprowadzona.

Zakończenie – pierwsza wersja od razu przypadła mi do gustu. Aktualna jest tak bardzo rozbudowana, że już straciła na autentyczności. W końcu Amos śpi, a w tym stanie raczej nie byłby w stanie sklecić tylu zdań. Powiedzenie, że nie chce być królikiem, jest o wiele bardziej autentyczne. I tak jak widać po komentarzach – królik nie jest brany zbyt poważnie. I bardzo dobrze, bo jaki to jest szok dla Amosa, że może całkowicie skróliczeć. W ogóle motyw przemiany w zwierzę też jest fascynujący i zamiast poprawek, oczekiwałabym kolejnego tekstu na ten temat. W końcu to częsty motyw w mitologiach świata, więc jestem zaintrygowana, co Finklo z tym zrobisz :)

Dzięki, Deirdriu. :-)

Fajnie, że rozwinęłaś.

Przemiana szamańska w ogóle nie przyszła mi do głowy, kiedy pisałam. Ale jak tym czytam o objawach, które opisujesz, to korci mnie, żeby włączyć do świata (aczkolwiek już nie do opowiadania) taki wątek.

Nie wydaje mi się, że potraktowałam Amosa łagodnie. Cóż, może pocieszy do informacja, że mogło być gorzej. Czytać już umie, niech korzysta. ;-)

Chyba masz rację, że aktualnie Amos mamrocze zbyt składnie jak na kogoś śpiącego. Spróbuję nieco przymulić jego wypowiedź.

Przypomniało mi się jeszcze, że motyw przemiany w zwierzę przerabiał również Bułhakow. Całkiem nieźle Mu to wyszło. ;-)

Babska logika rządzi!

Deidriu, być może masz rację, że postać Amosa i jego przemiana jest poprowadzona konsekwentnie i prawdopodobnie. Rzecz w tym, iż cała opowieść przedstawiona jest z punktu widzenia Nino. Ona męża nie rozumie, a w rezultacie nie rozumiem go również ja. To trochę jak oglądanie japońskich filmów, które nie były robione z myślą o zachodnim widzu. Bez solidnej znajomości kontekstu kulturowego, za cholerę nie wiadomo, dlaczego bohater robi to, co robi, co go motywuje i czemu to akurat to, a nie co innego jest dla niego takie ważne. Być może trudno uznać to za wadę tekstu, bo przecież wynika to z pewnej "konsekwencji" w tworzeniu postaci, ale uważam, że opowiadanie na tym cierpi. Gdyby nie twój wykład, w życiu nie pomyślałbym o takiej interpretacji zachowań Amosa. Być może, miast konsekwentnie przedstawiać świat oczami Nino, Finkla powinna odrobine bardziej skupić się na samym mężu. Ułatwiło to zrozumienie postaci i zaoszczędziłoby wielu WuTeeFów

 

Iluzjo – ja też od razu pomyślałem o "różdżce" maga ;-)

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Nie ukrywam, że zbieżność zmian zachodzących w Amosie z inicjacją szamańską jest przypadkowa. I bębenka sobie nie zrobił! ;-)

Być może opowiadanie ucierpiało. Ale gdybym pokazała spojrzenie Amosa, nie byłoby żadnej tajemnicy ani wielkiego zaskoczenia. Nie ma zaskoczenia, nie ma WTF… ;-)

Babska logika rządzi!

Ufff… Dzięki, thargone, bo już się bałam, że coś ze mną nie tak :D

To, że jest Was dwoje, jeszcze nie znaczy, że wszystko w porządku. Ludzie zazwyczaj otwierają drzwi rękoma… ;-p

Babska logika rządzi!

Albo kluczem… ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Klucz też trzymają w łapie. Przynajmniej ja tak robię. Ale kto wie, może są ciekawsze sposoby. ;-)

Babska logika rządzi!

Zakończenie powala :) czytając cały kombinowałem co ma być tą ceną magii i nie zgadłem :)

 

Dziękuję, MPJ.

Fajnie, że powaliło. OK, możesz już wstać. ;-)

Póki co tylko Reg zgadła. Ale wiadomo, Bogini…

Bogini? Reg, pytanie kontrolne: ile masz nóg? ;-)

Babska logika rządzi!

Jeszcze dwie. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czyli niby to nie Ty…

Ale lepiej zachować czujność. ;-)

Babska logika rządzi!

Ej, no ja bardzo przepraszam, ale kto o wyuzdanych pozycjach wcześniej wspominał :P? A potem to ciemnoróżowe wgłębienie na wysokości pasa… 

W Pogromcach Duchów był Strażnik Bramy i Klucznik, a kluczem bynajmniej nie był klucz… ;)

Jak każdy Twój tekst, który wstawiłaś na NF i nie tylko, czytałam z przyjemnością, choć tu miałam chwile, że niektóre fragmenty jedynie skanowałam.  

Napisałaś, że to Twoja wprawka z emocjonalności. Według mnie jesteś na dobrej drodze, ale daleko jeszcze do tego, żebym ocierała łzy. Najlepsza pod względem ruszenia czytelnika scena, to fragment, gdzie córeczka oddaje lalkę, żądając zwrotu prawdziwego tatusia. Najbardziej niewykorzystany motyw to według mnie choroba i śmierć średniego syna. Czegoś tu ewidentnie zabrakło. 

No i końcówka – czytałam ją wprawdzie po Twoich poprawkach, ale i tak nie zrobiła wrażenia. Jakoś słabo i płasko w porównaniu do reszty tekstu.

Gdybym miała taką możliwość, oczywiście że kliknęłabym bibliotekę, ale wcześniejsi czytelnicy zrobili to już za mnie.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Iluzjo, owszem, pisałam o wyuzdanych pozycjach, ale z ludźmi. Nie z klamkami! ;-)

A jakbyś opisała cudowny zamek reagujący na linie papilarne/ DNA w świecie, który nie zna nawet skobla?

Dzięki, Bemik. :-)

Fajnie, że było przyjemnie, szkoda, że nie bez przerwy.

Dobrze, że droga się zgadza. Mam nadzieję, że maszeruję we właściwym kierunku. ;-) Scena z córeczką? Mnie też się wydawało, że zawiera jakiś ładunek emocjonalny.

Czyli szósty punkt do Biblioteki. ;-) Dzięki!

Babska logika rządzi!

@thargone, nie zgadzam się z takim punktem widzenia, że opowiadanie cierpi, ponieważ nas, jako czytelników, jest wielu. Żadna historia nie usatysfakcjonuje wszystkich. Dla mnie siłą “Ceny magii” było to, że można było się zastanowić nad tym, co się dzieje. To, co uznaje się za mało zrozumiałe opisanie postaci i rzecz do zmiany, dla mnie jest furtką do interpretacji. Zwłaszcza, kiedy tekst Finkli naprawdę wiele sygnalizuje i można dotrzeć do sensu jaki się za tym kryje. Jeżeli zacznie się tekst odzierać z możliwości refleksji, tylko da dosłowne rozwiązania, stanie się kolejną zwykłą opowiastką fantasy. A nie ukrywam, że wielką miłośniczką gatunku nie jestem – naprawdę musi być “coś”, żeby mnie zainteresować i nie ukrywam, że widzę potencjał.

Zabieg z Nino jest świetny – dlaczego nie poddać się jej zagubieniu? Dlaczego od razu szukać wytłumaczenia? Podoba mi się taka tajemniczość. Może to być na następny tekst etc.

Dyskutujcie sobie, dyskutujcie, a ja poczytam. :-)

Babska logika rządzi!

Deidriu, to fakt, że czytelników jest wielu. Właściwie powinienem napisać– tekst cierpi według mojej, niezwykle subiektywnej opinii. Ty zrozumiałaś zachowanie Amosa, Finkla (zakładam) też go rozumie. Ale dla mnie facet jest owadzio (nawet nie króliczo) obcy. Wciąż uważam, że gdyby autorka nie wykastrowała go emocjonalnie, gdyby pozwoliła mu pocierpieć, pomiotać się, poszaleć, dostać, za przeproszeniem, pierdolca, opowiadanie zyskałoby, przemiana Amosa uprawdopodobniła, a zakończenie nie powodowało zdumienia (w niedobrym znaczeniu) i wzruszenia ramion. Okej, mozna zauważyć, że Amos coś ciężko przeżywa, ale sposób pokazania tego jest po prostu nietrafiony. Zwłaszcza, że wydarzenia sugerują (i to nie tylko moje wrażenie), iż cena magii jest dużo wyższa, niźli zwierzęca metamorfoza (w bliżej niesprecyzowanej przyszłości) samego czarodzieja. Jeśli tekst był próbą pisania o uczuciach, to sukces jest jeno połowiczny. Wiem, że opowiadanie jest o Nino, ale motorem wydarzeń pozostaje jej mąż. A ten nie wzbudził we mnie żadnych emocji.

Masz oczywiście rację, że możliwość interpretacji, nawet najbardziej odjechanych, to zaleta. I fajne jest to, że coś, co ja uważam za największą słabość tekstu, według ciebie jest jego siłą.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Witam, ja tu tylko wpadłam opisać krótko moje subiektywne odczucie.  Tekst jest ładnie napisany ( zazdroszczę, bo tak nie umiem), ale myślę, że mógłby być krótszy.  Myślę, ze jakby obciąć historię o te parę scen, zbyt dużo by nie straciła.  Ale to tylko takie moje ten tego skromne zdanie ^^

Dziękuję, Marin. :-)

Można się nauczyć ładnie pisać, próbuj.

A które sceny byś wycięła? Ale wcale nie obiecuję, że wezmę nożyczki, raczej większość rzeczy jest mi do czegoś potrzebna.

Babska logika rządzi!

Wciąż uważam, że gdyby autorka nie wykastrowała go emocjonalnie, gdyby pozwoliła mu pocierpieć, pomiotać się, poszaleć, dostać, za przeproszeniem, pierdolca, opowiadanie zyskałoby, przemiana Amosa uprawdopodobniła, a zakończenie nie powodowało zdumienia (w niedobrym znaczeniu) i wzruszenia ramion. – thargone

 

Rozumiem ten punkt widzenia, ale właśnie dlatego w poprzednim komentarzu wspomniałam o zaburzeniach psychicznych. Amos ze względu na to, co się z nim dzieje, jest “wykastrowany emocjonalnie”. Finkla “przypadkowo” opisała świetnie relację osoby w tzw. normie, z osobą, która cierpi na jakąś formę zaburzenia psychicznego.

Nie do końca rozumiem, dlaczego dodanie opisu cierpienia, poszalenia, miałaby być bardziej prawdopodobna. Jest cała masa ludzi, którzy mają depresję, schizofrenię, różne formy psychozy, np. w wyniku uzależnienia i ich funkcjonowanie jest porównywalne do tego, co opisała Finkla. Fakt, że mam inną płaszczyznę odniesienia, bo też obcuję z takimi osobami, więc siłą rzeczy osoba Amosa musiała zadziałać. Druga sprawa, gdyby Amos miał zaraz szaleć, uznałabym, że Finkla poszła na łatwiznę i pewnie nasza wymiana komentarzy byłaby inna :)

 

Zwłaszcza, że wydarzenia sugerują (i to nie tylko moje wrażenie), iż cena magii jest dużo wyższa, niźli zwierzęca metamorfoza (w bliżej niesprecyzowanej przyszłości) samego czarodzieja.

Znowu odniosę się do szamanizmu. Otóż w czasie inicjacji, dusza umiera i część, lub cała, zostaje zamieniona. Ten strach przed skróliczeniem, jest niczym innym, tylko strachem przed śmiercią. W sumie, to nie znam już chyba wyższej ceny za przekleństwo (bądź dar), od bogów.

 

Finkla, coś Ty zrobiła. Cholera, trzeba było prostszy tekst napisać ;D

Któż to może być autorem tekstu z ponad setką komentarzy w 48h?

I jakież to kontrowersje budzi to opowiadanie?

 

Czytało się świetnie, naprawdę gawędzić, Finklo, potrafisz jak mało kto na portalu. Choć wolę krótsze formy, to tutaj naprawdę nic bym nie ciachał. Zawiesiłem się tylko w momencie “Amos rzucił urok” – ten chwyt narracyjny tak jakoś ni z gruchy, ni z pietruchy.

Motyw “ceny magii” w fantasy wręcz klasyczny, ale zmiana perspektywy narracji powoduje, że robi świeże wrażenie. Do tego dekoracje, to podupadające gospodarstwo domowe, sąsiadki, kameralność problemu tak jakoś mi się skojarzyły z Gedem i Tenar.

Kapitalne światotwórstwo. Nie znam systemów gier fantasy, ale Twój system religijno-kapłańsko-magiczny podoba mi się bardzo. Jest dokładnie tak skonstruowany, że nie przygniata opowieści, tylko ją ubogaca. Dla mnie idealnie wyważone połączenie znanych motywów i własnych pomysłów, zgrabnie przy tym wplecione w narrację, bez infodumpów.

Końcówka rozczarowała. Tutaj muszę zgodzić się z Thargone. Nie zaskoczyła, nie przewróciła nic do góry nogami, a po tak długo budowanym napięciu spodziewałem się naprawdę wybuchowej tajemnicy. Rozumiem pomysł budowania postaci Amosa, jako kogoś szamocącego się między człowieczeństwem a króliczością, ale te przemiany nie są końca czytelne. No bo: uchem strzyże, pali Ninie hubkę i nie przejmuje się potomstwem ale z drugiej strony ciągle wtrzącha mięcho. Srebrnymi widelczykami, ale jednak. Chyba jednak przedobrzyłaś z tym pomysłem, zwykłe ukróliczenie byłoby łatwiejsze dla czytelnika. Przy tym, prawdę mówiąc, to co miało świadczyć o próbie trzymania się człowieczeństwa odebrałem jako zniewieścienie Amosa – i podejrzewałem, że zmienia się nawet nie w królika ale w królicę.

No i cały czas liczyłem, że dowiem się co jest w tym sekretnym pokoju w świątyni. Niedomknięcie tego wątku wciąż mi dokucza.

 

De­ir­driu, kon­tro­wer­syj­ne tek­sty wcale nie muszą być złe. :-) Ale Two­jej in­ter­pre­ta­cji na­praw­dę się nie spo­dzie­wa­łam. :-)

 

Co­bol­dzie, dzię­ki. :-)

Chyba już w dobę mia­łam coś koło setki. :-)

Miło, że nic byś nie cia­chał. Bo i ja wcale nie mam na to ocho­ty.

Kur­czę, motyw ze­zwie­rzę­ce­nia cza­row­ni­ków kla­sycz­ny? Ech, a wy­da­wa­ło mi się, że wy­my­śli­łam coś w miarę no­we­go. No, przy­naj­mniej sko­ja­rze­nia z Ur­szu­lą bar­dzo mi po­chle­bia­ją. :-)

Cie­szę się, że świa­to­twór­stwo przy­pa­dło do gustu. Cią­gle bu­du­ję to uni­wer­sum i do­brze wie­dzieć, że nie wy­cho­dzi źle.

Koń­ców­ka słaba? Hmmm. Może po­win­nam wzmoc­nić w sobie te mę­skie pier­wiast­ki i zro­bić kro­czek w stro­nę praw­dzi­we­go męż­czy­zny. ;-) Ale ro­zu­miem za­rzu­ty – góra uro­dzi­ła mysz. Z usza­mi kró­li­ka.

Mię­cho. O tym nie po­my­śla­łam, ale spo­koj­nie. Wbrew po­zo­rom Amos ma przed sobą jesz­cze dłu­gie życie (mówi Nino, że po­cho­wa wnuki). Muszę jesz­cze prze­my­śleć i upo­rząd­ko­wać pro­ces prze­mia­ny. Może i zwy­kłe ukró­li­cze­nie by­ło­by ła­twiej­sze do czy­tel­ni­cze­go po­łknię­cia, ale uwa­żam, że by­ło­by mniej lo­gicz­nie. Każdy sądzi po sobie, a ja bym się wście­kle bro­ni­ła przed zby­dlę­ce­niem. Cho­le­ra, pew­nie nawet tfu! po­ezję bym czy­ta­ła i wma­wia­ła sobie, że spra­wia mi to dys­tyn­go­wa­ną przy­jem­ność.

Cie­ka­wa spra­wa, że można to ode­brać jako znie­wie­ście­nie. Pew­nie tak. Cie­ka­wam, ile w tym praw­dy, a ile tego dro­bia­zgu, że sama je­stem babą. Ale takie po­lo­wa­nie – wy­bit­nie męska roz­ryw­ka – ko­ja­rzy mi się z czymś mocno zwie­rzę­cym. Za to sztu­ka – z czymś wznio­słym. Sztu­ka, li­te­ra­tu­ra i inne takie ra­czej już nie są bar­dzo nie­wie­ście. Ma­la­rza­mi, po­eta­mi, me­ce­na­ta­mi prze­waż­nie byli fa­ce­ci… No bo… tak się hi­sto­ria uło­ży­ła. A jak Ty uwa­żasz? Albo ina­czej: czy przy­cho­dzą Ci do głowy ja­kieś nie-bab­skie formy uczło­wie­cza­nia? Opo­wia­da­nie dow­ci­pów?

 

Edytka: Aha, jeszcze pytałeś o sekretny pokój. Kiedyś może opiszę przemianę z punktu widzenia czarownika. Ale na razie to tajemnica. :-)

Babska logika rządzi!

czy przychodzą Ci do głowy jakieś nie-babskie formy uczłowieczania?

Nooo, jest tego mnóstwo… to znaczy… na przykład… bo ja wiem?

Zbieranie znaczków pocztowych?!

Zbieranie znaczków! Że też sama na to nie wpadłam! ;-)

Babska logika rządzi!

Deirdriu, kontrowersyjne teksty wcale nie muszą być złe. :-) Ale Twojej interpretacji naprawdę się nie spodziewałam. :-)

 

Lubię zaskakiwać ;)

Mission accomplished. ;-)

Babska logika rządzi!

Hmmm. Żeby się nie rozpisywać, skoro tyle już było powiedziane :P Od początku świetnie się czytało. Nie mogłem się oderwać od tekstu, a często się to nie zdarza. Żona Maga super, sąsiadki też, dzieci kiepsko, ale nie rzuca się jakoś w oczy. Niestety nasz Mag to klapa. I to głównie przez zakończenie opowieści, czyli powód calej zmiany w nim. Rozumiem przesłanie, ale czegoś tu zabrakło. Mysle, że po prostu przesadziłaś z jego przemianą, przez co powód przedstawiony na zakończenie odebrany jest przeze mnie jako żart w kierunku czytelnika. Myślę że jeśli poprawisz ziomka Maga to będzie z tego opowiadanie na 6. A tak to jest na 6 do zakończenia, po którym pragnę wyrzucić telefon przez okno :p Mimo to chętnie zajrzał bym do tego uniwersum głębiej, tym bardziej, że siebie przedstawiasz świat, jak również kobiece postacie ;)

Dziękuję, Danielu. :-)

Cieszę się, że tekst wciągnął.

Nie bardzo widzę, jak mogłabym zmienić maga. W moim świecie taka jest cena magii i już. Widocznie coś z kompozycją tekstu nie zagrało i zbyt długo każę czekać Czytelnikom jak impet finału.

Babska logika rządzi!

Myślę, że po prostu zbyt wysoko sięga napięcie w stosunku do finału ;) Ale z drugiej strony, to właśnie to napięcie tak komponuje się z całą resztą ;)

No właśnie – na coś takiego wygląda. I wielu Czytelników narzeka, że finał rozczarował. Ale finału zmieniać nie chcę – musiałabym przebudowywać świat, a ten element akurat mi się podoba – a obniżanie napięcia i sztuczne skracanie niezłej reszty tekstu też wydaje się słabym pomysłem. :-/

Babska logika rządzi!

Myślę, żę jak już jest tak jak chciałaś to zmieniać nie ma co ;)

Może niezupełnie tak chciałam, ale zmiany IMO popsułyby mi świat. ;-)

Babska logika rządzi!

No, zagrało zacnie. Uśmiechnęło, zaniepokoiło, zaciekawiło… i wciągnęło bez reszty. Wciągnęło zacnie. Ciekawa solidna historia. Jestem kontent z lektury. Dzięki! :D

To ja dziękuję, Blackburnie. :-)

Cieszę się, uśmiechnęło, wciągnęło i jeszcze inne rzeczy zrobiło.

Edytka: I dziękuję za zgłoszenie. :-)

Babska logika rządzi!

Nie trzeba, opowiadanie bardzo dobre. I jestem pod mocnym wrażeniem, bo to fantasy z króliczkami i żółwikami, a mimo to nie byłem w stanie się oderwać od lektury. Tak po prostu. :)

Cieszę się. :-) Wiesz, króliczki mogą wywoływać pozytywne skojarzenia. ;-)

Babska logika rządzi!

Eee… "nie ze mną te numery, Bruner”. Co innego taki prawdziwy króliczek – pieczony. ;)

Mnie się podobała ta bajka dla dorosłych – taka dojrzała. No coś tam po prostu znalazłem dla

siebie. ;)

Boginię chciałbyś upiec? No ładnie…

Dobra, ogólnie fajnie, że bajka się spodobała. Niech będzie, że to z powodu dojrzałości. :-)

Babska logika rządzi!

Bardzo wciągająca historia w interesującej scenografii. Nie wiem, czemu tak się przejmujesz tymi emocjami, jak dla mnie nie jest z tym źle (nie jest to jeszcze poziom bemik, ale czuję, że zmierzasz w dobrym kierunku). Więc całość super, oprócz zakończenia, które nie do końca mnie usatysfakcjonowało. Nie chodzi mi o zamianę w królika, to akurat może być, ale całość jest trochę urwana. Chciałbym się dowiedzieć, jakie dalsze konsekwencje wywoła ta zamiana.

Dziękuję, Zygfrydzie. :-)

Czemu tak się przejmuję? Bo mam wrażenie, że to bardzo ważny element, którego moim tekstom zazwyczaj brakuje. To trochę jak z harcerską sprawnością do naszycia na rękawie – chcę zdobyć przekonanie, że mam taką umiejętność i w razie potrzeby będę potrafiła ją wyciągnąć z rękawa. A że teren totalnie obcy, to zmierzanie w dobrym kierunku cieszy.

A, chciałbyś wiedzieć, co dalej… Na pewno będą mieli jeszcze wiele dzieci, a Amos będzie żył długo, chociaż niezbyt szczęśliwie. Nino jakoś będzie musiała się pogodzić z sytuacją i decyzją bogini. Nic ciekawego, IMO. Tajemnica odkryta, zwijamy kramik. ;-)

Babska logika rządzi!

Będę pisał krótko. Mogą zdarzyć się powtórzenia, nie sposób przeczytać te komentarze :)

Początek niemrawy i trochę niewprawny. Zgrzytały mi określenia typu “odrzucenie pledu”, “chwalić bogów śpiewem” czy “niepewnym świetle rodzącego się dnia”. Taka chęć pokazania kunsztu ponad sens i płynność fabuły. Ale każdy ma swoje gusta, domniemam, że innym się podobało.

Są niespójności w logice. Nina wie wszystko o magach, a później okazuje się, że od jakiejś setki lat żadnego w wiosce nie było. To skąd to wie, jak niepiśmienna i racząca się bardziej plotkami i straganami, niż wiedzą. Żyją w osadzie, a w niej amfiteatr i wyścigi rydwanów nawet. Można jednak powiedzieć, że to drobiazgi. Także finał niestety niespójny dla mnie z treścią. Skoro pragnął umrzeć jak człowiek, dlaczego nie zachowywał się jak człowiek? Nie mógł wyleczyć syna czarami, ale mógł mu dać siebie, ojca, człowieka. Być przy nim, opiekować się nim. Tak wiem, następowały w nim zmiany, które zauważał, ale których tak naprawdę nie było, to znaczy zmian. Zupełnie połknęłaś przemianę wewnętrzną bohatera. Praktycznie od przebudzenia ze snu, od samego początku, bohater jest słaby i zrezygnowany. Nie widzę przemiany, widzę całe opowiadanie tego samego człowieka. Co prawda Nina wspomina jaki przedtem był cudowny, ale to za mało.

Świat za to barwny i przekonujący, także bohaterowie drugoplanowi bardzo mi się spodobali.

 

Dziękuję, Darconie. :-)

Oj tam, oj tam. Co to jest nieco ponad setka komentarzy? ;-)

Zwroty na początku – może masz rację, że dwa pierwsze trochę sztuczne, ale ten ostatni uważam, że jest w miarę w porządku. No, nie mieli ludzie lampki nocnej, dopiero zaczynało świtać, więc jasno nie było.

Wiedza Nino o magach – wcale nie wie dużo. Chyba mniej niż ja wiem o celebrytach – że bogaci i że lubią luksus. A skąd równie niepiśmienni rosyjscy chłopi wiedzieli, że car dobry batiuszka, tylko urzędnicy swołocze? Ta wiedza może pochodzić z plotek. Mogła kiedyś zobaczyć któregoś w Katsikopolis, mógł mag odwiedzić miasteczko (na przykład przysłany przez księcia w celu zażegnania jakiejś klęski żywiołowej), mogła jej o tym opowiedzieć sąsiadka, która widziała maga, kiedy pojechała do córki żyjącej w innym mieście…

Żyją w miasteczku – to nie byle co, ma co najmniej dwie świątynie. Nie jest to metropolia jak Ateny, Ur czy Luksor, ale jest tylko o rząd wielkości mniejsze. Ale to dobre pytanie – będę musiała jeszcze przemyśleć wielkość poszczególnych ośrodków. I całą geografię świata.

Amos. Zachowywał się jak człowiek, ale tak, jak on to rozumiał. Tłumił naturalne, zwierzęce odruchy, trochę zmieniał się psychicznie. Zgadzam się, że nie pokazałam dobrze tego procesu. Częściowo wynika to z tego, że nie pomyślałam, a częściowo – patrzyłam na sprawę oczami Nino. Pewnie można to było jakoś lepiej rozegrać.

Dobrze, że chociaż świat i drugoplanowi w miarę się udali.

Babska logika rządzi!

Nie chociaż, w końcu podobało mi się wszystko, oprócz głównego bohatera, właśnie z Nino na czele :) Tak, wczułaś się w nią i przytłumiłaś Amosa :) Co do miasteczka, może przydałby się dwu, trzy zdaniowy szerszy opis, żeby czytelnik miał jasność. A może opis mi umknął przy tych charakterystycznych bohaterach. Gdybyś do obserwacji Nino (męża) dodała takie słowa jak “ciągle”, “znowu”, “cały czas” nic nie mówi, siedzi z twarzą ukrytą w dłoniach i takie tam, nie oczekiwałbym wtedy zmiany bohatera, tylko zaakceptował go, jakim jest. Nino widziała zmianę męża, bo pamiętała go jakim był kiedyś, ja nie miałem tej możliwości, to znaczy dostałem Amosa po zmianie i nie mogłem się ustosunkować do spostrzeżeń Nino.

Rozumiem też twoje chociaż :) Cały komentarz narzekań i jedno dobre zdanie na koniec, a to nie tak :) Rozmawiamy o niuansach, z fachowcem rozmawia się o drobiazgach ;)

Teraz lepiej. ;-)

Krótki opis miasteczka? Hmmm, brzmi rozsądnie.

Ciągle i znowu też da się zrobić.

No bez przesady, nie marudzę, tylko poznaję opinie odbiorców. :-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka
Patronujemy