- Opowiadanie: mirekson11 - Wyprawa do NieMyślęNic i jej tragiczne skutki

Wyprawa do NieMyślęNic i jej tragiczne skutki

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Finkla, Zalth

Oceny

Wyprawa do NieMyślęNic i jej tragiczne skutki

 

Jako że od dziewięciu lat wakacje spędzali w smoczej krainie, tego roku nie mogło być mowy o innym miejscu. Owiane legendą Szklane jezioro od wieków przyciągało śmiałków i poszukiwaczy przygód, takich jak Robert i Max.

Celem wyprawy był trzydniowy odpoczynek nad wodą; pierwszego dnia mieli pływać kajakiem po jeziorze, dzieląc się dziełami wyobraźni i opowiadając straszne historie, dzień drugi przeznaczony miał być na wędrówkę po lesie, zaś trzeci na opanowanie sztuki nie-myślenia.

– Zobaczysz, że tym razem to j a wygram! – Max szczerzył zęby w zadowoleniu. Ostatni miesiąc był dlań czasem na wymyślanie opowieści, a swe twory uznał za godne uwagi, więc jak najszybciej chciał podzielić się nimi z przyjacielem. To pragnienie musiał zaspokoić.  

– Zobaczysz – dodał – tym razem nie ty odbierzesz nagrodę. Smocze jaja będą  m o j e, hę! Moje! – Szturchnął przyjaciela w ramię.

Długowłosy blondyn o imieniu Robert parsknął śmiechem i nie odpowiedziawszy na zaczepki, zanurzył rozmarzone spojrzenie w błyszczącym krystalicznie czysto płaszczu błękitnej wody. Promienie słońca potulnie głaskały leniwie kołyszące się na wietrze fale. Od zachodu po wschód, jezioro otaczał parkan leśnej głuszy, złożonej z pnących się wysoko ku czystemu niebu sosen i świerków. Tuż nad brzegiem jasny piach przetykały kamienie o przeróżnych tajemniczych kształtach; od malutkich, płaskich, po wielkie, niczym fioletowe rozgwiazdy.

– Hę! Max! Widzisz to? A więc natura sama zatroszczyła się o kamienne kręgi! – Dłonią wskazał przyjacielowi grupę około dziesięciu kamieni tuż nad brzegiem – były ułożone w różnych odstępach, jednak całość tworzyła okrąg, którego wnętrze ozdabiał jasny piach.

– Dobre! Nie myślisz chyba, że to jakieś procesy geologiczne? Hm, z tego, co wiem, nie tylko my tu przychodzimy. Nie bądź naiwny, stary – rzucił Max, po czym oddalił się od przyjaciela i poszedł ku budynkowi przy lesie.

Wypożyczalnia kajaków otwarta była od poniedziałku do piątku od samego rana. Nigdy nie umawiali się z handlarzem na określoną godzinę, bowiem sklep czynny był zawsze w godzinach wyznaczonych i zawsze pełen był sprzętu najlepszej jakości.

Andrzej stanął tuż pod drzwiami budynku. Zdziwiony, dłońmi szarpnął klamkę. Nic z tego. Spojrzał na zegarek na nadgarstku.

Ósma trzydzieści.

Hm, powinno być otwarte… Potem zaglądnął przez okno, mrużąc oczy. Wnętrze puste. Może jest jakaś informacja, pomyślał wodząc wzrokiem po elewacji. Na prawym oknie przyklejono niewielką karteczkę z napisem:

W PONIEDZIAŁEK SKLEP CZYNNY OD DZIESIĄTEJ.

PRZEPRASZAMY.

Max krzyknął głośno, przywołując przyjaciela.

Odwrócił się w stronę jeziora. Robert moczył nogi przy brzegu i zdawał się być pochłonięty rozmyślaniem.

– Opowieści powinieneś mieć już przygotowane! – wrzasnął Max, idąc ku brzegowi. – Zasady były jasne. Nie ma wymyślania od chwili rozpoczęcia wyprawy.

Stanął w kamiennym kręgu i rozejrzał się uważnie po okolicy.

– Sklep zamknięty – powiedział, nie przestając się rozglądać – a w okolicy pustka. Cisza. Zupełna cisza.

– I bardzo dobrze! – Robert zachichotał.

– Co znaczy, dobrze? Że nie wypożyczymy kajaka? No, ja bym już wolał wypłynąć.

– Co ci tak spieszno? Masz trzy dni wolnego. Nie musisz nic.

– Stary, opowieści czekają. Boże! Jak możesz być tak spokojny, kiedy na sercu tyle historii, a każda chce być wypowiedziana!

Robert spojrzał mu głęboko w oczy, idąc wolno tyłem ku głębi jeziora. Był już zanurzony do kolan.

– Czemu nie możesz wytrzymać? To tylko opowieści! – krzyknął.

– Pfu! Tylko opowieści? Stary, jak dla mnie, traktujesz je zbyt lekkomyślnie.

– Nie widzę w tym nic lekkomyślnego. O! Widzisz! – Palcem wskazał rybę płynącą tuż obok. – To chyba…

– Olkum? Nie widzę stąd dokładnie, ale to może być on.

– Chyba tak. Tak! To Olkum.

Max szurał niespokojnie nogami po piachu. Co teraz? Myślał. Co będą robić przez półtorej godziny?

– Monopolowy! – krzyknął. – Skoczę do sklepu!

Robert palcem postukał się w głowę.

– Dobrze się czujesz? – zakpił. – Chcesz zniknąć na godzinę po to tylko, żeby kupić głupie piwo? Zresztą, po co ci teraz piwo? Miałeś nie pić!

– Są wakacje.

– Dlaczego chcesz sobie spieprzyć pracę? Przez dwa miesiące nie piłeś. Dobrze ci idzie na AA i na terapii. Jedno piwo zniszczy kawał roboty, który odwaliłeś. Dobrze się zastanów. Zresztą, do sklepu masz jakieś dwa kilometry. Nie chciałoby mi się iść tak daleko. No, chyba, że do mojej Grażki, hę! – Zachichotał.

Max westchnął ciężko.

– Pamiętaj – pouczał Robert – po co tutaj jesteś. Opanować…

– Opanować sztukę nie myślenia. – Mechanicznie dokończył zań przyjaciel. – To jest trudne! Siedzenie i nic nie robienie jest męczące.

Spojrzał na zegarek.

– Mamy jeszcze ponad godzinę. Co robimy?

Robert ściągnął koszulkę i podchodząc bliżej brzegu, cisnął ją na wielki kamień.

– Chcesz pływać? – zapytał Max.

– Oczywiście.

– Ale woda zimna – zauważył, zanurzając palce. – Jak możesz się kąpać w lodowatej…

 – Jest świetna! Hartuje ducha!

– Myślisz, że przez kąpanie wygrasz ze mną?

Sylwetka umięśnionego przyjaciela zniknęła pod wodą. Słychać było tylko ćwierkanie ptaków i lekki szum liści na wietrze. Po przeczystym niebie szybował dumnie sokół.

Na pustym niebie jasny jest lot sokoła…

Nie pamiętał, kto był autorem tego tekstu, ale zawsze bardzo go lubił.

Lubił go, lecz w rękawie miał o wiele, wiele lepszą opowieść, która musiała być wypowiedziana. Teraz! W tej chwili. Już nie wytrzyma! Jest zbyt dobra i zbyt jasno zna każde ze słów, a jeśli nie opowie jej teraz, może zniknąć na zawsze.

– Robert! Chodź tutaj!

Przyjaciel wypłynął na powierzchnię i zmierzał właśnie ku brzegowi.

– Szybciej! – pospieszał Max.

Przypominał sobie elementy historii, sprawdzając, czy aby wyuczył się dokładnie wszystkiego. Zadowolony przyznał przed sobą, że zna każde słowo opowieści. Dobrze, że laptop… Wystarczą dwie godziny przed ekranem i dobra pamięć, a całe opowiadanie zostaje w głowie. Jednak, niestety, jak życie pokazuje, zapomnienie przychodzi, kiedy zechce i nie pyta.

Robert zawył z zadowolenia niczym nasycony wilk.

– Co za kąpiel! Świetnie! Na to właśnie czekałem. – Oczy błyszczały mu z radości.

– No już! Siadaj w kręgu – nakazał Max. – Mam pomysł. Teraz, przed wypłynięciem opowiemy sobie po jednej historii, potem, płynąc kajakiem, drugą, a wieczorem trzecią.

– Nie możesz wytrzymać? Boże! – Robert pokręcił głową. – No, dobra. Skoro tak bardzo boisz się zapomnienia…

Kiedy usiedli już w kamiennym kręgu Max z dumą oznajmił, że będzie pierwszy.

– Okej – zgodził się przyjaciel. – Nie mam zielonego pojęcia, jak chcesz osiągnąć nie myślenie, kiedy targają tobą niecierpliwość i niepokój.

– Stary, nie mam zamiaru pracować całe życie nad głupim nie myśleniem! W mojej opowieści cele osiąga się szybko, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

– Dawaj, ja zamieniam się w słuch.

Max zanurzył spojrzenie w pierwszej na niebie chmurze i zaczął opowiadać historię o czterech mężczyznach, robotnikach budowlanych rozprawiających żywo przy obficie nakrytym stole. Jeden z nich, człowiek o ksywie Piotruś Pan, opowiedział zasłyszaną od wuja historię o spełniającym życzenia Janosiku.

 

 

 (…)

 

– Tak! Chodzi o niego, o tego górala z filmu! – krzyknął.

– Chuj z nim! – wrzasnął chłopak obok.

– Do dupy z Janosikiem! – wybuchnął zniecierpliwiony Gruby, który nie mógł znieść widoku nie swojego jedzenia na okrągłym stole. – Kiedy w końcu przywiozą pizzę? No, kurde… po całym dniu harówki należy się dobre żarcie, co nie? – Spojrzał na siedzącego obok Tygrysa. Towarzysz mrugnął na znak, żeby ten się uspokoił i spróbował wyluzować.

Piotruś Pan kontynuował:

– Bo widzicie, Janosik, którego znamy z legend, brał od bogatych i dawał biednym. Zaś Janosik, o którym mówił dziadek, nie musiał brać od ludzi. Ten bohater dosłownie wyskakiwał z butelki piwa i spełniał każdemu z obecnych na libacji jedno życzenie! Wyobrażacie tylko sobie! Pomyśl, Rudy, z harnasia wyskakuje człowiek i oznajmia, że możesz zażyczyć sobie nowego golfa. Co byś zrobił? Czego byś chciał?

Rudy nie mógł powstrzymać się od śmiechu. Wytarłszy łzy rękawem koszuli, przyznał, że kpi sobie z legend i bajek.

– Już nie jesteśmy dziećmi – rzekł do kamrata z pobłażliwością. – W sumie, zapomniałem, że ty jeszcze gonisz do matki po obiad! Sorry, ale ja od jakichś sześciu lat jestem na swoim.

Gruby, Tygrys i Rudy szydzili z opowiadań Piotrusia Pana, ale przyglądający się wszystkiemu z boku Bartek zainteresował się legendą i zachęcił kolegę, żeby kontynuował opowieść.

– Dokończ – powiedział, wsłuchując się w głos gawędziarza.

– A więc, skończyłem na życzeniach… Kiedy Janosik spełni twoje życzenie i, weźmy, na przykład, obudzisz się w łóżku z Jennifer Aniston, O! No powiedz, że byś nie pogardził? Ano, właśnie! – Uśmiechnął się, widząc przytakującego kolegę. – Po prostu mija sekunda, a ty masz, coś chciał. O! Na tym to polega.

– Dobra, dobra – skwitował Bartek – ale to w końcu bajka i, niestety, dzisiaj nic takiego nas nie spotka. – Wzruszył ramionami, po czym wyciągnął rękę po stojące przed nim piwo.

Światło w pomieszczeniu zgasło.  

Pokój ogarnęła niepokojąca atmosfera. Biesiadnicy, jak jeden mąż, stracili odwagę. Dobiegała do nich główna melodia z klasycznego filmu o Janosiku. Nie potrafili jednak określić, skąd napływają dźwięki.  

I nagle ze stojącej na środku stołu pustej butelki po harnasiu wypłynął wąski strumień światła.

Zatrzęsła się podłoga. Mężczyźni mocno chwycili się brzegów stołu.

– Co tu się, kurwa, dzieje?! – pytali jeden przez drugiego.  

Spojrzenia wlepili w pustą butelkę, która, nie wiedzieć jak, poszerzała się.

– Matko kochana! – krzyknął Gruby, wstając. Był gotów do ucieczki, jednak ciekawość wygrała z tchórzostwem.

Z butelki wypełznął człowiek. Tak, był to normalny człowiek, ale ubrany w góralski strój. Umięśniony facet, o długich, spadających do ramion ciemnych włosach. Na głowie miał regionalny kapelusz.

Robert poprosił, by przyjaciel wstrzymał się na chwilkę.

– To nie tak! – Wyciągnął dłonie ku górze. – Nie tak! Oryginalny Janosik nie miał góralskiego stroju. To nie tak!

Max zacisnął zęby i wykrzywił twarz w grymasie.

– Pamiętaj o Drugim Prawie Opowieści – powiedział, i cytując Wielką Księgę, dodał: – Opowiadacz może interpretować rzeczywistość wedle własnej woli i naginać fakty, co służyć ma doskonaleniu opowieści półfantastycznej i fantastycznej. Wszelkie zabiegi uznawane w prozaicznej rozmowie za nieuczciwe, w dobrej opowieści osiągnąć mogą inny, doskonalszy i uczciwszy wymiar.

Robert, chcąc nie chcąc przyznał, że przyjaciel ma rację.

– Skoro już powołujesz się na Księgę – bąknął. – Niech ci będzie. Ale miej też na uwadze pierwsze, najważniejsze prawo. – Tutaj zacytował: – Opowiadacz musi baczyć na każde zdanie swej opowieści i nie może zapominać, że historia, którą opowiada jest nie tylko dziełem wyobraźni, ale jeśli się w nią mocno wierzy, może zostać urzeczywistniona. Ponadto pierwsze prawo Fantastycznej Opowieści mówi, że to, co utrzymywane w umyśle, wyraża się na poziomie ciała, a to, w co umysł mocno wierzy, przy odpowiednich okolicznościach i intencjach może zostać urzeczywistnione.

– Nie lubię pierwszego prawa – przyznał Max. – Zawsze je pomijam. Jest głupie. Wymyślił je jakiś debil.

– No, sam nie wiem. Ja tam wolę uważać, co mówię – stwierdził Robert.

Max machnął ręką i oznajmił, że przerwa zakończona.

– Nie przeszkadzaj. Teraz opowiem do końca. – I ciągnął dalej:  

– Ej! Widzicie to, co ja? – bąknął Piotruś Pan. – Przecież to Janosik! Unosi się w powietrzu!

Poczuli się jak dzieci, przed którymi stoi surowy nauczyciel. Z niedowierzaniem i szeroko otwartymi ustami patrzyli na człowieka, którego czubek głowy dotykał sufitu.

– Ty… ty jesteś tym Ja… Janosikiem? – wystękał Gruby.

Góral zmarszczył czoło…

Naraz niebo zasnuło się ciemnymi chmurami i rozległ się mocny grzmot. Chłopaki przelękli się niezmiernie, nie mogąc uwierzyć w to, co ujrzeli. W dali pioruny uderzały z niewyobrażalną mocą. Dotychczas przezroczysta tafla jeziora zmętniała, a samo niebo całkowicie zakryła ciemna kołdra poszarpanych chmur. Wiatr już nie kołysał liśćmi drzew, ale biczował je podmuchami.

– Do cholery jasnej, co się dzieje?! – krzyknął Max.

– Mówiłem – szepnął Robert. – Tyle razy mówiłem, żebyś uważał na to, co mówisz i w co wierzysz.

– Myślisz, że to…

– Tak. Tak właśnie myślę. Za bardzo wierzyłeś w tę głupią historię.

 Z głębin wynurzyła się postać ogromnego mężczyzny. Umięśniony góral wyglądał niczym Janosik z opowieści Maxa. Wypisz, wymaluj, od stóp do głów doskonały, spełniający życzenia góral-dżin.

– A więc!? – Rozległ się potężny głos, którego dźwięk odbił się echem od krańca ziemi po kraniec, od zachodu po wschód. Drzewa potulnie uchyliły swe konary przed Panem Janosikiem.

– Chłopie! Ty, coś mię wezwoł, wypowiedzże zecenie! Teroz!

Max stwierdził, że skoro już pojawił się wybawca, to niechaj spełni jego największą prośbę. W końcu przybył tutaj po to, żeby…

– Chcę osiągnąć stan nie myślenia! – krzyknął tak, żeby Janosik dobrze go usłyszał. Doskonale pamiętał, że trzeba baczyć na słowa, bowiem dżiny w swej naturze mają branie pewnych zdań zbyt ogólnikowo.

– Tak! – dodał. – Chcę osiągnąć stan nie myślenia i nie musieć już więcej walczyć z alkoholizmem. O, tak! – Ucieszył się na samą myśl.

Jako że góral wybawca zrozumiał polecenie, uczynił wedle woli opowiadacza, po czym dosłownie zniknął im z oczu, a życie prędko wróciło do normalności – jezioro znów błyszczało krystalicznie czystą wodą, niebo było bezchmurne, a liście drzew kołysały się łaskotane lekko podmuchami orzeźwiającego wiatru.

Jednak poza Robertem i rzeczywistością jedna osoba nie była już tą samą, a na pewno jej umysł.

– Stary! – wrzasnął Robert. – Po co bawisz się w takie historie?! Wiedziałeś, że to niebezpiecznie.

Max nie reagował. Stał, niczym słup soli, wpatrując się gdzieś w bezkres. Patrzył i patrzył, nie mogąc przestać. Na twarzy jasno wymalowane miał kunsztowne, niemal buddyjskie nie myślenie.

– Stary! Nawet, jeśli nie myślisz, to powiedz, chociaż, że mnie słyszysz, co?!

Jego milczenie było odpowiedzią.

– Stary! Ej! Halo! – Robert stanął o krok przed nim i wymachiwał rękoma, jednak Max nawet nie mrugnął okiem, a jego wyraz twarzy nie zmienił się ani trochę. – Halo! Mówię do c i e b i e! Zaraz otwierają sklep! Wypożyczymy wreszcie ten twój zasrany kajak!

Max stał się kimś, kim zawsze pragnął zostać – posągiem za życia. Chciał aprobaty i podziwu otoczenia. I teraz osiągnął swój cel, lecz nie był skałą godną zachwytu, a pomnikiem bezmyślności, który, jak na ironię, stoi w NieMyślęNicach.

Robert, przerażony nie tyle własną samotnością, bezradnością, co poczuciem utraty przyjaciela prędko przypomniał sobie, że rozwiązanie zagadki może zawierać któryś z tekstów Wielkiej Księgi, tak więc czym prędzej rzucił się na torbę i wyciągnął z niej stustronicowe dzieło.

Rozgorączkowany przerzucał kartkę po kartce.

Ósmy… dziewiąty… szesnasty… dwudziesty piąty… dziewiąty…

W końcu znalazł właściwy punkt. Rozdział trzydziesty dziewiąty mówił:

Osoba, która całkowicie poddała się opowieści i nie zachowała wskazań pierwszego punktu, może zostać wchłonięta przez opowieść lub przez jeden z jej wątków. Istnieją przypadki nieodwracalności zdarzeń, a do nich należą:

Opowiadacz świadomie nie chce wracać do rzeczywistości, bowiem trwanie w ciekawej opowieści jest dlań wybawieniem.

Opowiadacz chce wracać do rzeczywistości, jednak przez swą lekkomyślność stał się niewolnikiem antagonisty swej opowieści.

Jeśli opowieść miała charakter życzeniowy, a opowiadacz pokusił się o magiczną prośbę (podmiot spełniający nie ma tutaj znaczenia), życzenie staje się rzeczywistością, a charakter spełnionej prośby i jego skutki są nieodwracalne – patrz, punkt pierwszy.

Robert upuścił Księgę, jakby nagle zaczęła płonąć. Przerażone spojrzenie wbił w bezmyślną twarz przyjaciela.

To koniec? – pytał w duchu. Jednak nie było mu łatwo rozstać się z Maxem, więc czekał, cierpliwie czekał na cud, o którym Księga nie mówiła. Rozłożył nad brzegiem namiot i czekał jeden dzień, drugi, aż dotrwał do końca tygodnia, kiedy to zrozpaczony musiał przyznać, że utracił kompana na zawsze.

Na pożegnanie zostawił na kamieniu tuż obok stóp Maxa Wielką Księgę i spoglądając ku zachodzącemu słońcu przyrzekł Bogu, że nigdy, już nigdy w życiu nie wymyśli żadnej opowieści. Tak więc dekady upłynęły mu na pilnowaniu przysięgi aż po kres.

Mijały dni, miesiące i lata. Miejsce nad brzegiem stało się słynne na cały kraj. Po upływie roku nad jezioro przyjeżdżały pielgrzymki buddyjskich mnichów adeptów, aby móc podziwiać tak zwany Wielki Posąg Milczenia. Z klasztoru Shangri-La nadjeżdżały tłumy, pragnące pojąć wielką mądrość Maxa. Znaleźli się również i desperaci na żmudnych ścieżkach duchowego rozwoju, którzy składali pokłon posągowi niczym Absolutowi. Szukający prawdy ostatecznej badali drzewo genealogiczne Maxa, by móc odnaleźć jego bliskich i usłyszeć od nich prawdziwą opowieść o bóstwie, bowiem, jak niektórych wtedy uczono, do oświecenia można było się zbliżyć naśladując żywoty świętych.

Po dziewięciu latach, legend o Maxie namnożyło się niczym owadów nad jeziorem, a żadna z nich ani odrobinę nie była bliska prawdy. Niektórym udało się odnaleźć jego rodzeństwo i kuzynów, natomiast jedyna osoba znająca prawdziwą historię już dawno zmieniła personalia, a ślad po niej zaginął.

Wokół posągu dobudowano szeroką platformę i molo, gdzie składano bóstwu dary. Tuż pod pomnikiem, na kamiennej płycie wyryto napis:

MAXIE WIELKI, CHROŃ NAS OD NADMIERNEGO MYŚLENIA! AMEN!

 

Koniec

Komentarze

Ciekawa opowieść, z przesłaniem. Trochę moralizatorskim, ale niech będzie. Myślenie należy cenić.

Fajny tytuł, przyciąga uwagę.

Bohaterowie nieco czarno-biali.

Technicznie bardzo przyzwoicie.

wyciągnął z niej stu stronicowe dzieło.

IMO, stustronicowe. I nie szkodzi, że podkreśla.

Tuż pod pomnikiem, na kamiennej płycie złotym dłutem wyryto napis:

Złoto jest bardzo miękkie, nie nadawałoby się na dłuto. I cholernie trudno byłoby wyryć nim coś w kamieniu. Chyba że w talku abo innym piaskowcu. ;-)

Babska logika rządzi!

Nie zdążyłem przeczytać drugiej wersji na becie, ale jest zdecydowanie lepsza niż poprzednia.

 

Masz plusa za postępy i ciekawy pomysł. :)

Sith Happens!

Fajne :)

Też nie czytałam jeszcze drugiej wersji, ale w wolnej chwili zerknę na pewno! ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Całkiem niezły pomysł i, co stwierdzam z satysfakcją, takież wykonanie. Ciekawy zabieg z wykorzystaniem fragmentu własnego, dawniejszego opowiadania.

Oby tak dalej, Mireksonie. ;)

 

ka­mie­nie o prze­róż­nych ta­jem­ni­czych kształ­tach; od ma­lut­kich, pła­skich, po wiel­kie, w kształ­tach ciem­no­sza­rych i fio­le­to­wych roz­gwiazd. – Powtórzenie.

 

Po­myśl, Rudy, z Har­na­sia wy­ska­ku­je czło­wiek i oznaj­mia, że mo­żesz za­ży­czyć sobie no­we­go Golfa. – Po­myśl, Rudy, z har­na­sia wy­ska­ku­je czło­wiek i oznaj­mia, że mo­żesz za­ży­czyć sobie no­we­go golfa.

Nazwy piwa i pojazdów zapisujemy małymi literami.

 

wy­cią­gnął rękę po le­żą­ce przed nim piwo. – Piwo zazwyczaj stawia się, nie kładzie.

 

Bie­siad­ni­cy stra­ci­li od­wa­gę jak jeden mąż. – Raczej: Bie­siad­ni­cy, jak jeden mąż, stra­ci­li od­wa­gę.

 

speł­nia­ją­cy ży­cze­nia góral Dżin. – …speł­nia­ją­cy ży­cze­nia góral dżin.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witajcie!

Serdecznie dziękuję wszystkim za opinie i sugestie. Szczególne podziękowania dla Zalth, Regulatorzy, Joseheim i Finkla. Za chwilę zabieram się za kolejną wersję. Moim celem jest, by tekst był bardziej perswazyjny, pozwolę więc sobie na zmianę m.in. przymiotników (w opisach) oraz imion bohaterów. Inspirację do tego pomysłu zaczerpnąłem po przeczytaniu fragmentu tekstu Umberto Eco “Wymyślanie wrogów i inne teksty okolicznościowe”, który polecam nie tylko miłośnikom fantasy.

Pozdrawiam i życzę miłego weekendu :-)

Podobał mi się początek. Najbardziej drugi akapit. Enigmatyczność miejsca i czasu, oryginalność przyjacielskiego rytuału, przebijające się w tle sugestie dotyczące uzależnienia – to miało swój klimat. Jeszcze motyw potęgi słowa, magii opowieści – to rzeczy, które lubię. Potem jednak poszedłeś w kierunku absurdu, groteski i klimat szlag trafił. Poza tym konstrukcyjnie zapowiadałeś: trzy dni, stopniowe wtajemniczenie, pojedynek i nic z tego nie dałeś czytelnikowi, urwałeś po pierwszej opowieści.

No i kim, u licha, są Andrzej i Mirosław?

Witaj Cobolt!

Faktycznie, tekst jest podzielony na dwie partie. Pierwsza część to opis miejsca i rytuału, ukazanie motywu potęgi słowa i niezwykłości opowieści. Są to sprawy subtelne, klimatyczne.

Drugą partię pisałem kolejnego dnia – pewnie w innym humorze i nastawieniu. Ot, tak nagle stwierdziłem, że opowiadaniu przydałoby się mocne, absurdalne uderzenie atomowe. Istotnie, z chwilą wkroczenia Janosika klimat się zmienił, ale czy szklak go trafił, hm… sam nie wiem. Osobiście, najbardziej podoba mi się właśnie zakończenie i to, co dzieje się po zniknięciu Janosika. 

Dzięki za komentarz!

Pozdrawiam.  

Nie wiem, czy nie powielam czegoś, co wyłapano przed moją wizytą tutaj ;)

 

Ostatni miesiąc był dlań czasem[-,] na wymyślanie opowieści

 

„Mirosław moczył nogi przy brzegu i zdawał się być pochłonięty rozmyślaniem.” Nie Mirosław, tylko Robert ; )

 

„Max spojrzał mu głęboko w oczy, idąc wolno tyłem ku głębi jeziora. Był już zanurzony do kolan.” – Znowu mylisz bohaterów; p Nie Max, tylko Robert.

„Robert palcem postukał się po głowie.” – Raczej: w głowę.

 

„– Dlaczego chcesz sobie spieprzyć pracę.” – Skoro to pytanie, to przydałby się znak zapytania na końcu.

 

„Ach, dobrze, że laptop.” – Dobrze że laptop co…?

 

„Jeden z nich, człowiek o ksywie Piotruś Pan[+,] opowiedział zasłyszaną od wuja historię o spełniającym życzenia Janosiku.”

 

„(…)

Co to za pusta linijka zaczynająca się od półpauzy…?

 

„ale to w końcu bajka i, niestety[+,] dzisiaj nic takiego nas nie spotka.”

 

„– Pamiętaj o Drugim Prawie Opowieści – powiedział, i cytując Wielką Księgę, dodał[+:]Opowiadacz może interpretować rzeczywistość…”

 

„Wypisz, wymaluj, od stóp do głów doskonały, spełniający życzenia góral dżin.” → góral-dżin.

 

„– Chcę osiągnąć stan nie-myślenia!” – No to zdecyduj się, bo raz piszesz nie-myślenie, a raz nie myślenie. Zachowaj konsekwencję w nazywaniu tego szczególnego stanu ;)

 

„…trzeba baczyć na słowa, bowiem Dżiny w swej naturze mają branie pewnych zdań zbyt ogólnikowo.” – Czemu dżin wielką literą? Tym bardziej, że górala dżina napisałeś małą?

 

„…jezioro znów błyszczało krystalicznie czystą wodą, niebo było czyste, bezchmurne…”

 

„Jego milczenia było odpowiedzią.” – Milczenie

 

„Robert stanął o krok przed nim i wymachiwał rękoma, jednak Andrzej nawet nie mrugnął okiem…” – Zmienianie imion bohaterom nie popłaca ;D Nie Andrzej, tylko Max, nie?

 

„Max stał się kimś, kim zawsze pragnął zostać – posągiem za życia. Zawsze pragnął aprobaty i podziwu otoczenia.”

 

„Rozgorączkowany przerzucał kartka po kartce.” – Albo przerzucał ją, albo kartkę po kartce.

 

„Przerażone spojrzenie wbił w bezmyślną twarz przyjaciela.

To koniec? – pytał w duchu. Jednak nie było mu łatwo rozstać się z przyjacielem, więc czekał, cierpliwie czekał na cud, o którym Księga nie mówiła. Rozłożył nad brzegiem namiot i czekał jeden dzień, drugi, aż dotrwał do końca tygodnia, kiedy to zrozpaczony musiał przyznać, że utracił przyjaciela na zawsze.”

 

„…aby móc podziwiać[-,] tak zwany Wielki Posąg Milczenia.”

 

„Z klasztoru Shangri-La nadjeżdżały tłumy, pragnące pojąć wielką mądrość Andrzeja.” – Maxa?

 

„Po dziewięciu latach, legend o Maxie namnożyło się niczym owadów nad jeziorem…”

 

 

Przeczytałam wreszcie. Po zmianach i po dodaniu zakończenia jest zdecydowanie lepiej ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dzięki, Joseheim.

Masz słuszne uwagi. Naniosłem poprawki.

Pozdrowienia!

Podobało mi się. Dobra technika, przesłanie, klimat… Jak dla mnie, to najlepszy Twój tekst :)

Dzięki, Katia 72!

Mój osobisty wniosek:

  1. wpaść na dobry pomysł
  2. naszkicować, czyli napisać pierwszą wersję.
  3. następnego dnia poprawić błędy
  4. wrzucić na betę – korzystać z uwag betujących
  5. odczekać kilka dni – w międzyczasie nanosić poprawki.
  6. umieścić na portalu i wyciągać wnioski z kolejnych uwag i sugestii użytkowników.

Pozdrowienia!

Mireksonie, tak naprawdę tekst powinien leżeć tak długo, żebyś w ogóle zapomniał, co w nim napisałeś ;D Oczywiście w przypadku krótkich opowiadanek, które piszesz dla wprawy, to nie, ale jeśli będziesz kiedyś chciał napisać coś, co ma dla Ciebie naprawdę duże znaczenie – im dłużej się odleży, tym lepiej.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dzięki za uwagę, Joseheim ;-)

Masz rację a propos dużych teksów, na przykład powieści. “Vana Hai”, swoje największe dzieło, piszę od dwóch lat. Zmieniałem kilkakrotnie całe rozdziały. Ostatnio nie zaglądałem do powieści przez dwa miesiące, by po upływie czasu spojrzeć nań innym okiem, z dystansu, i znów poprawić. 

Tak na marginesie, zabawa z powieścią to czarodziejska podróż dookoła świata. 

Pozdrawiam!

Ciekawe. Na pewno tekst odbiega od standardowej fantastyki – zmieniłbym oznaczenie z “fantasy” na “inne”. Trochę mogę się podpisać pod komentarzem Cobolda (”Witaj Cobolt!” – po tym liczę, że mnie przywitasz “witaj fuckthesystem” ;)). Początek intryguje, ale ostatecznie tekst zbiega w chaotyczne rejony. Nie bardzo wiem, czy to jakaś alternatywna rzeczywistość; nie wyłapałem też, kim właściwie są bohaterowie. Z jednej strony zachowują się jak młodzi, z drugiej jak nieco starsi. 

Myślę, że powinieneś zwrócić uwagę na to spostrzeżenie:

Poza tym konstrukcyjnie zapowiadałeś: trzy dni, stopniowe wtajemniczenie, pojedynek i nic z tego nie dałeś czytelnikowi, urwałeś po pierwszej opowieści.

To dość ważne, żeby wyczuć, co się obiecuje czytelnikowi, a potem tę obietnicę spełnić (co nie wyklucza zagrania czytelnikowi na nosie). Nie wypada zaczynać, dajmy na to, od melodramatu, by przejść przez space operę i skończyć na bizarro. Tutaj gatunek się nie zmienia, choć jest trudny do uchwycenia, ale zmienia się klimat, może wymowa. No nierówny tekst po prostu. 

Warsztat do szlifowania, ale jest nieźle. Przykładowo, chodzi o takie rzeczy:

Wypożyczalnia kajaków otwarta była od poniedziałku do piątku od samego rana. Nigdy nie umawiali się z handlarzem na określoną godzinę, bowiem sklep czynny był zawsze w godzinach wyznaczonych i zawsze pełen był sprzętu najlepszej jakości.

Razi mnie użycie nazwy “sklep” jako synonim “wypożyczalni”, a do tego dołożenie słowa “handlarza”. W życiu nie pomyślałbym o osobie wypożyczającej kajaki, że to handlarz. 

I jeszcze uwaga odnośnie tytułu. Byłby naprawdę dobry (moim zdaniem), gdybyś zapisał nazwę miejsca jako Niemyślęnice, a nie NieMyślęNice. Twój zapis jest dla mnie zbyt natrętny, jakbyś się bał, że czytelnik nie zrozumie. Zapis bez dużych liter w środku mógłby dodać opowiadaniu nutkę realizmu magicznego. 

Nowa Fantastyka
Patronujemy